niedziela, 30 września 2012

"Amerykański derwisz" Ayada Akhtara

Nie mogłam przejść obojętnie wobec tytułu ze słowem "derwisz" w zawartości! "Derwisz" jest już jak słowo wytrych, które pociąga za sobą coś niezwykłego, jakąś kolejną ciekawą historię z odrobiną orientu w tle. Cóż mi uczyniłaś Elif Safak..;) I cóż.. Książka, którą czyta się jednym tchem. Pierwsza myśl po lekturze: "co za książka, co za lekkość pióra!" Nawet gdy podejmuje się tak ważnego tematu jak konflikty religijne czy problemy związane z restrykcyjnością zasad wyznawanej wiary. A także tematu powolnego procesu odchodzenia od tej wiary.

Hayat Shah jest studentem islamistyki, powoli odkrywającym jak cudownie jest odchodzić od zasad swojej wiary. Jest młody, pełen optymizmu, właśnie udaje mu się zawiązać znajomość z piękną Rachel. Wszystko się układa, dopóki nie zadzwoniła jego matka i poinformowała o śmierci swojej przyjaciółki, a dla Hayata niejako przyszywanej cioci, Miny. Ta informacja uwalnia wspomnienia z dzieciństwa, które Hayat opowiada Rachel.

Mina pojawiła się w życiu rodziny Hayata gdy ten miał niespełna 12 lat. Mina jest zmuszona do emigracji z rodzinnego kraju, Palestyny, do Stanów, ponieważ zgodnie z prawem Palestyny były mąż może odebrać jej synka, 4-letniego Imrana, gdy ten ukończy 7 lat. Zamieszkuje w domu rodzinnym Hayata stając się dla niego przyszywaną ciotką, inspiracją, pierwszą fantazją erotyczną i najlepszą przyjaciółką. To Mina wprowadza Hayata w tajniki Koranu, tłumaczy znaczenie kolejnych sur, wciąga go w wir zasad islamu. Chłopiec oczarowany urodą Miny swoje uczucia przelewa na Koran i naukę kolejnych sur na pamięć. Pojmuje wiele zasad dosłownie i stąd zaczyna dostrzegać wśród dorosłych muzułmanów coraz więcej obłudy i hipokryzji. Jakie to swoją drogą znajome. Fascynacja Miną jest tak ogromna, że gdy u jej boku pojawia się adorator, Nathan, chłopiec zaczyna się denerwować. Jego obecnością, blaskiem oczu ciotki gdy patrzy na wybranka, planowanym ślubem. Nie jest to jednak łatwa sprawa ponieważ Nathan jest Żydem. Muzułmanka i Żyd? Jak się okazuje, religia może człowiekowi mocno w życiu namieszać i związać ręce. Nathan jednak z miłości do Miny decyduje się na zmianę wyznania i chce przejść na islam. Tutaj też napotyka jednak sporo problemów, a pierwsza i jedyna wizyta w meczecie kończą się niemalże publicznym linczem. Hayat zaś dodaje swoje trzy grosze gdy robi wykład Imranowi na temat  Żydów w Koranie, a potem wysyła nieszczęsny telegram. Gniew dwunastolatka powoduje spore zamieszanie i ostateczne zerwanie z Nathanem. Mina zaś, wierna tradycji islamu ostatecznie unieszczęśliwia się na całe życie.

To książka, która może być źródłem dyskusji: Czy rzeczywiście warto bezkrytycznie słuchać zasad wyznawanej wiary i kończyć jako bita i poniżana żona? Czy to rzeczywiście jest wyznawanie wiary gdy dostosowuje się ją do kultury w jakiej przyszło człowiekowi żyć? Czy powinno się odczytywać Koran (bądź inne święte księgi) dosłownie? Gdy czytam o kimś kto ślepo podąża ścieżką wiary jestem zafascynowana, a jednocześnie przerażona, że tak można. Jako istota wolna, która jak Hayat, wyzwoliłam się z wyznania jakie mi wpajano w dzieciństwie, jednocześnie jestem pełna podziwu i litości dla takich osób. Czasami mam wrażenie, że są nic tak nie zniewala, jak ludzki umysł.

Z przyjemnością sięgnę po kolejne książki Ayada Akhtara, które mam nadzieję, wyjdą spod jego pióra.


Amerykański derwisz, Ayad Akhtar, Sonia Draga, Katowice 2012
Czytaj więcej

sobota, 29 września 2012

"Morze, morze" Iris Murdoch

Krótko o inspiracjach i morzu ;)

To co podoba mi się w blogach książkowych to nie tylko to, że za ich pomocą można odkryć ciekawe pozycje literackie, ale także to, że za ich pomocą można odkrywać kolejne blogi. Tak właśnie trafiłam na blog Patrycji Barczyńskiej o ślicznej nazwie Bezszmer, który zainspirował mnie do poznania twórczości Iris Murdoch. Zatem gdy zobaczyłam w bibliotece tytuł Morze, morze.. wybór pierwszej książki tej autorki był przesądzony ;)

Mielno, 2007
Uwielbiam patrzeć na morze. Jest coś  niezwykłego w jego spokoju, bo choć nim napawa, również jest on podszyty nutą niepokoju, związanego z jego bezkresem. Kocham szum fal, pianę, gdy zderzają się z brzegiem, spacery wybrzeżem, oglądanie zachodu słońca. Zdarzyło się nam kiedyś spędzać wakacje nad morzem w lipcu. Rzadkość, bo nasza tradycja już wieloletnia każe nam spędzać tam czas we wrześniu. Ale wtedy studiowaliśmy, mieliśmy tylko jednego Potwora, Pestkę i akurat złożyło się, wyjechaliśmy w lipcu. Nad morzem tradycyjny tłum. Nie lubimy spędzać czasu na leżaku, plackiem do słońca, więc często robiliśmy kilometry wzdłuż brzegu. Pewnego dnia, słońce jak zwykle prażyło, pogoda zaczęła gwałtownie się zmieniać. Silny wiatr przyniósł ze sobą ciemne chmury, dosłownie z chwili na chwilę zrobiło się ciemno i zaczęło lać. Deszcz przemoczył nas w kilka sekund do suchej nitki. Ludzie uciekli z plaży w parę minut. Zostaliśmy sami w tej mrocznej ulewie. Patrzyliśmy z zachwytem na tę zmianę, ale wtedy pojawiło się coś co nas przyprawiło o dreszcze - pioruny. Najpierw na linii horyzontu, ale potem coraz bliżej, aż w końcu któryś z przytłumionym hukiem uderzył w piasek. Hipnotyzujące zjawisko. Oczywiście wtedy daliśmy już nogi za pas, ale nadal gdy wspomnę tamten wyjazd przypominam sobie to wydarzenie z taką wyrazistością, jakby miało ono miejsce przed chwilą..

Morze, morze

Dotąd raz mi się zdarzyło spotkać tak antypatycznego bohatera literackiego, że niemalże zacierałam ręce z uciechy, gdy coś mu groziło. Był to Simonini wykreowany przez Umberto Eco w Cmentarzu w Pradze. W książce Iris Murdoch, przyznaję, sytuacja się powtórzyła. Bo choć Chalres Arrowby nie jest wściekle zapalonym antysemitą, to jednak jest potwornym megalomanem, któremu wydaje się, że wszystko się mu należy. Nabzdyczony, pompatyczny i podobnie jak Simonini, nękający mnie częstymi wstawkami z informacją co zjadł i w jakiej ilości. Obaj obrzydliwie się obżerają, co we mnie, ciągle na dietach wszelkiego typu, może wywoływać tylko zawiść ;) Ale z drugiej strony Charles Arrowby skojarzył mi się z tą szaloną zmianą jaka zaszła wtedy nad morzem. Ze spokoju prosto w niepokój związany z  piorunami i hukiem burzy. Tak samo Charles z pozornego spokojnego emeryta zamienia się w człowieka pełnego zaślepienia i obsesji.

Ale po kolei.
Charles Arrowby to emerytowany aktor teatralny, scenarzysta i reżyser. Po latach współpracy z londyńskim teatrem postanawia odejść na emeryturę. Kupuje więc domek w spokojnej nadmorskiej osadzie i tam postanawia mieszkać sam w spokoju i ciszy, przerywanej szumem fal. Początki tej emerytury są niemalże sielankowe. Kąpiele w morzu, obfite posiłki, samotność, spokój i wspomnienia, które Charles spisuje w swoim dzienniku, być może docelowo autobiografii? Wspomina swoje dzieciństwo, kuzyna Jamesa, kobiety, które odegrały ważną rolę w jego życiu, jak Klementyna, wspaniała aktorka, która go niejako odkryła i stworzyła. Ale potem pojawiają się kolejno kobiety, które Charles w jakiś sposób niszczył - rozbijał im małżeństwa, nie odwzajemniał ich uczuć, a przynajmniej tak twierdził, aż w końcu znudzony porzucał na rzecz kolejnej zdobyczy. Nigdy się nie ożenił, ponieważ w ogóle nie rozumiał idei małżeństwa. Zresztą, tak naprawdę na całe jego życie miało wpływ zdarzenie z dzieciństwa, kiedy to pierwsza jego miłość, Hartley, po prostu od niego odeszła. Ta pierwsza miłość we wspomnieniach Charlesa jawi się jako ideał najczystszej, najpiękniejszej miłości. Wspomnienia o niej w tej samotni w jakiej znalazł się na własne życzenie Charles, ożywają i stają się mu jeszcze droższe. Jakie więc jest jego zdumienie, gdy pewnego dnia odkrywa, że Hartley mieszka wraz z mężem w tej samej wsi co on.. I właśnie to odkrycie jest niczym uderzenie pioruna. Nagle Charles jest nie tylko przekonany o tym, że jego miłość do Hartley jest nadal tak mocno jak dawno temu w ich dzieciństwie, ale że ona, Hartley, na pewno czuje to samo. I tak powoli rodzi się obsesja, która prowadzi Charlesa do coraz bardziej dziwnych działań, łącznie z porwaniem samej Hartley i przetrzymywaniem jej przez kilka dni w domu. Jego przekonanie o słuszności swoich działań jest tak ogromne, że ignoruje prośby kobiety o powrót do domu, do męża. Dalsze wydarzenia są równie dziwnie i pewne swoistego obłąkania. Oczekiwanie na jakieś takie przywrócenie rozsądku głównemu bohaterowi trwa w zasadzie do ostatnich stron powieści.

Jest w tej powieści dużo dziwnych rzeczy. Opisy morza barwne i plastyczne. Dialogi chwilami miałam wrażenie, teatralne - pełne ekspresji i mocy. Rozmowy refleksyjne, głębokie. Narracja nieśpieszna. Upodobałam sobie postać Jamesa, kuzyna, którego w powieści nie ma za wiele, ale to jego mogę nazwać głosem rozsądku w całej historii. Całość najlepiej czytać powoli, najlepiej poświęcić tej książce więcej czasu. Bez odrywania się, jak czasami musiałam to uczynić wysiadając z pociągu. Teraz, gdy mogłam na chwilę utonąć w pościelowej szalupie i oddać się jej treści, cieszę się, że mogłam jej poświęcić ten spokojniejszy czas. Polecam bez dwóch zdań.


Morze, morze, Iris Murdoch, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986
Czytaj więcej

piątek, 28 września 2012

Ponieważ zrobił na mnie wrażenie..

..film, nie trailer..
Jestem typem, który rzadko coś ogląda. Decyzja o braku telewizora w domu była świadoma i z pełną premedytacją. Traktuję telewizję jako pożeracz czasu, stąd wolę unikać. Wiem, że wciąga, wiem, dlatego trzymam się z daleka. Czasami brakuje mi takich kanałów jak "Discovery Channel", ale od czego ma się męża informatyka? Jak potrzebuję coś obejrzeć (tak, wiem, oglądanie na komputerze jest niewygodne, ale to jakoś mnie nie mobilizuje do zakupu telewizora, a do rzadkiego oglądania jak najbardziej ;D) on zawsze znajdzie odpowiednie dojście. A że potrzebuję rzadko to i nieczęsto jest taka konieczność.. Ale czasami się zdarzy. Zdarzyło mi się zatem trafić na film Hel, który po prostu jest niezwykły. I nie pozostawia po sobie żalu za utraconym czasem, a to rzadkie.




Trailer jest  kiepsko zrobiony, zlepia sceny nie do końca ze sobą powiązane, ukazuje film trochę jako głupkowatą komedię, ale pokazuje obsadę i główne wątki, dlatego umieszczam.
To dramat, podejmujący się trudnego tematu jakim jest uzależnienie od narkotyków, naprawdę wart uwagi. A rola Pawła Królikowskiego.. niesamowita! jestem pełna podziwu.


Hel, reż. Kinga Dębska, 2009
Czytaj więcej

poniedziałek, 24 września 2012

"Kobieta bez twarzy" Anny Fryczkowskiej

Po rozczarowaniu Jeźdźcem miedzianym postanowiłam w następnej kolejności wziąć się za książkę pisarki już wypróbowanej, która nie doprowadzi mnie do zgrzytania zębów ;) I nie zawiodłam się na kolejnej książce Fryczkowskiej, choć bez bicia przyznam, że po Starszej pani.. jakoś tak miałam nadzieję, że to też kryminał z przymrużeniem oka. A tu niespodzianka, nie tylko zabrakło tego przymrużenia okiem, ale jeszcze na dodatek książka nieźle mną wstrząsnęła i doprowadziła do furii - bo choć to niby polska wieś spokojna, to jednak spokoju na niej nie ma, a oprócz tego jak zwykle wychodzi na to, że człowiek człowiekowi wyrządza zło. Jeszcze, że człowiek człowiekowi, to norma w kryminałach, ale że dorosły dzieciom to już mnie krew zalewa, szlag trafia i nóż się w kieszeni otwiera. Co tylko dowodzi jak sugestywnie nasza rodzima pisarka kreuje świat przedstawiany w swojej powieści..:)

Hanna Cudny jest redaktorką poczytnego kobiecego pisma Przyjaciółka, ma dwoje dzieci, Michalinę lat dziesięć i Maksa lat trzynaście i męża. Ale w zasadzie czytelnik tego męża nie ma szans poznać, bowiem mąż już na początku powieści okazuje się być przeszłością w rodzinie Cudnych, umierając nagle i gwałtownie. A przynajmniej taką wersję opowiedziała dzieciom Hanna, bowiem ciężko jej było im wyznać bolesną prawdę, że ich ojciec popełnił samobójstwo. Dramat tej śmierci spowodował szybką decyzję o ucieczce z miasta na wieś, którą Hanna znała z dzieciństwa, dokąd przyjeżdżała z ojcem na wakacje. Ponieważ kojarzy to miejsce z sielanką wczesnych lat młodości mimochodem ma nadzieję, że taką właśnie sielankę zapewnią jej Świątkowice również teraz,  mimo, że upłynęło dobre dwadzieścia lat odkąd była tam ostatnio. Jednak Świątkowice choć pozornie nadal takie spokojne i sielankowe, szybko okazują się miejscem tajemniczych zniknięć i dziwnych wydarzeń. Po pierwsze w domu, który wynajęła Hanna z dziećmi, ciągle słychać dziwne odgłosy. Po drugie Miśka niedługo po rozpoczęciu roku szkolnego znajduje zwłoki kobiety bez twarzy w stawie. Po trzecie Maks podczas satanistycznej mszy, której przewodniczył wykopuje z grobu mężczyzny nadprogramowe zwłoki kolejnej kobiety. Okazuje się jednak, że to nie tylko nie jest wieś spokojna, ale też że Hannie i dzieciom może zagrażać poważne niebezpieczeństwo..

Książka jest prowadzona dwoma głosami narracyjnymi - pierwszy należy do Hanny, drugi do Miśki, oba pojawiające się naprzemiennie . Maks jako ten bardziej milczący i nieobecny w rodzinie, istnieje w relacjach matki i siostry. Przyznaję, że najbardziej podobały mi się relacje Miśki. Chwilami jak na dziesięcioletnie dziecko może zbyt rozgarnięta, ale też momentami beznamiętnie relacjonującą coś, czego kompletnie nie rozumie, dzięki czemu oddaje najobiektywniej opis danej sytuacji. A jednocześnie strasznie mnie martwił ten dzieciak, jak ona sobie poradzi, jak udźwignie w dorosłości to wszystko, czego była świadkiem. Bo najgorsze co zobaczyła Miśka, autorka ujawnia już na końcu..

Nie sposób zaprzeczyć - Anna Fryczkowska tak niesamowicie kreuje swoich bohaterów, że nie tylko mam wrażenie, że istnieją na pewno, co na dodatek martwię się o ich dalsze losy ;) Świetna odskocznia od kiepskiej książki. Choć przyznaję, mocna. Uderzenie związane z rozwikłaniem zagadki morderstw było dla mnie tak potężne, że musiałam książkę na chwilę odłożyć. Nie spodziewałam się tego. Nie w polskiej wsi spokojnej, nie w polskim krajobrazie w ogóle (choć wiem, że to naiwne tak myśleć). No i mam żal tylko o tego biednego prosiaka.. Czułam się tak, jakby go na moich oczach zaszlachtowano. Dla wegetarianki jednakowoż scena zbyt mocna. Zżymać się jednak więcej nie będę, bo nie ma jednak co ukrywać - to jest świetna książka! :) A polecać jej molom książkowych nie muszę chyba, z tego co widziałam dostała Złotą Zakładkę, więc w blogosferze książkowej została już doceniona należycie :) Polecam zaś wszystkim, którzy jeszcze o książce nie słyszeli ;)



Kobieta bez twarzy, Anna Fryczkowska, Prószyński - S-ka, Warszawa 2011
Czytaj więcej

niedziela, 23 września 2012

Jesienna "Alaska", Potwory i S-ka

Po prawie dwóch dniach wylegiwania się w łóżku uznałam, że mam dosyć. Potrzeba dotlenienia i zmiany otoczenia popchnęły nas do lasu. Ponieważ pogoda aż się prosiła o spacer nie mogłam jej się oprzeć :) Słońce, lekki wiatr, zapach jesieni. I tak oto wróciłam z katarem i fajnymi fotkami :)

Najpierw dołączył do nas pasażer na gapę, którego na użytek spaceru nazwałam Spikem:





Spike odtąd chodził za nami przez większość naszego spaceru bawiąc się głównie z Brunem, zaczepiając Pestkę i ogółem był bardzo zadowolony, że do nas dołączył ;)

Potwory

Pestka szaleje w lesie

Spike czuje się jak nasz ;)

"Alaskańskie" ścieżki ;)



Nasz pasażer na gapę najbardziej upodobał sobie Bruna )

Rzadkie ujęcie - cała trójka ;)

Szaleństwa Bruna ze Spikem ;)








No i kawałek samej "Alaski" ;)










Dlatego co tam katar. Warto było :)


Czytaj więcej

sobota, 22 września 2012

Z rozmyślań przeziębionej Katarzyny..

Przeziębienie zapakowało mnie do łóżka. W zasadzie bardziej uparty mąż, no ale przyczyną niewątpliwie jest przeziębienie. Muszę się wykurować w weekend, więc trwam sobie grzecznie w tym łóżku. I tak wzięło mnie na małe przemyślenia ;)

Dotąd nie miałam jakiegoś specjalnego przezwiska/pseudonimu. W szkole podstawowej może mnie jakoś nazywali, ale niestety z racji pewnych okoliczności rodzinnych mam wspomnienia z podstawówki w strzępach. W liceum trzymałam się na uboczu, interesowała mnie tylko moja polonistka i to ją nękałam ofiarowując jej nachalnie swoją dozgonną przyjaźń (z której dziś mam pakiet jej listów i parę książek, które mi ofiarowała, wstydliwe wspomnienia z tej nachalności, ale też parę wspaniałych, jak wspólne spacery i rozmowy). Więc nie wiem, może też mnie jakoś nazywano, ale z racji kompletnego odcięcia się od obydwu moich klas - najpierw biologiczno-chemicznej a potem maturalnej ( a więc naturalnie jak na humanistkę przystało ;) informatycznej) nie mam o tym żadnej wiedzy. Dopiero na studiach mogę powiedzieć zaczęłam jakieś relacje społeczne ;) Ale wtedy to już nie był czas na przezwiska, bo nikt chyba o tym nie myślał, biorąc pod uwagę ilość lektur jakie mieliśmy do przeczytania i omówienia (uroki studiowania polonistyki..;D) I tak zawsze byłam pospolitą Katarzyną. Nie żebym swojego imienia nie lubiła, wprost przeciwnie, jestem do niego dość mocno przywiązana ;) Co nie zmienia jednak faktu, że w szkole co druga dziewczynka miała tak na imię, podobnie było na studiach, a w pracy każdą Kasię trzeba wymieniać z nazwiskiem, żeby było wiadomo, o którą dokładnie chodzi.

Dziewczyna z Alaski powstała więc z kompilacji kilku tęsknot. Niewątpliwie ta najważniejsza to za byciem dziewczyną ;) Trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy - dziewczyną już raczej nie jestem, określenie kobieta jest już bardziej stosowne. Alaska zaś pochodzi z dwóch źródeł. Po pierwsze od dawna tak nazywamy nasz Józefów.  Nazywanie naszej małej miejscowości Alaską wzięło się z pierwszej spędzonej w Józefowie zimy.. Moja przyjaciółka mogłaby opowiedzieć tę historię nieco dobitniej, bo to ona się przebijała przez śnieg i mróz przez całą Warszawę do Józefowa i to ona podsumowała, że cholera gdzie myśmy zamieszkali, bo to chyba już Alaska jest..  :) Przyjęło się tak łatwo, bo Alaska to miejsce, za którym wzdycham odkąd mój szef (były już niestety..) przywiózł ze swojej miesięcznej wyprawy zdjęcia z Alaski i pokazał nam to przepiękne miejsce w całej jego krasie..

Źródło zdjęcia
Od jakiegoś jednak czasu Dziewczyna z Alaski kłuje mnie w oczy.  Z jednej strony podoba mi się bardzo, z drugiej wydaje mi się zbyt infantylna. A ponieważ nie miałam nigdy przezwiska, nie mam kompletnie pomysłu na nowy pseudonim. W sumie, pomyślałam, po co mi pseudonim, skoro nie mam powodu żeby się jakoś specjalnie ukrywać i mogę spokojnie prowadzić bloga pod swoim imieniem i nazwiskiem? Nie byłabym sobą jednak gdybym i tu nie znalazła dylematu. Bo Katarzyna brzmi oficjalnie, Kasia kojarzy mi się znowu dziecinnie, a Kaśki nie lubię. Oczywiście usłużne strony www znalazły mi takie możliwości operowania moim imieniem, że jest z czego wybierać. Kate, Kejt, Katjusza, Kasja, Kasieńka, Kasieczka, Katerina, Kasiek... I jeszcze więcej. Ale nic jakoś specjalnie do mnie nie przemówiło. Może ta Katerina?.. Czasami tak mnie nazywano bądź co bądź. I tak sobie  rozmyślałam...

No i tak uznałam, po odtrąceniu miliona pomysłów, że po prostu zostanie Kasia Sawicka. To ci dopiero wynalezienie koła..;)


Czytaj więcej

czwartek, 20 września 2012

"Jeździec miedziany" Paulliny Simons

Rozumiem, akceptuję i przyjmuję do wiadomości fakt, że fabuła romansu osnuta jest wokół wątku romansowego, uwypuklonego do granic obrzydliwości i w związku z tym z całą otoczką fabularną naginaną do owego wątku. Już dawno w związku z tym obiecałam sobie, że za romanse brać się nie będę, bo przewidywalność ich fabuły i schematyczność zdarzeń jest za bardzo łatwa do przewidzenia i nie jestem w stanie tego zdzierżyć. Dlatego też na własny użytek oddzieliłam ziarna od plew i podzieliłam książki na romanse i na powieści o miłości.  Do tych pierwszych niewątpliwie zaliczam książkę Kolory tamtego lata Richarda Paula Evansa, czy Nadzieję Katarzyny Michalak. Do drugich np. Love story czy Dziwne losy Jane Eyre. W ten sposób sama dla siebie stworzyłam podział, dzięki któremu unikam wpadek. Ale nie zawsze udaje mi się przewidzieć, że dana książka okaże się romansem, a nie powieścią o miłości. Przyznaję, że dałam się potężnie nabrać porównaniu, które znalazłam na stronie wydawcy, cytuję "Epopeja chwytająca za serce jak Doktor Żywago” (źródło tu) . Nie wiem kto napisał to zdanie, ale Doktora Żywago nie czytał/a. Ewentualnie zna parę wątków z fabuły i dodał/a sobie dwa do dwóch i wyszło jemu/jej pięć. Bo w Jeźdźcu miedzianym nie tylko fabuła nie ma nic wspólnego z książką Pasternaka, ale również jest to najzwyklejszy romans, w którym fabuła jest naciągana do wątku romansowego do granic możliwości, do zatracenia realizmu sytuacyjnego oraz historycznego. Nie jestem historykiem i nie mam zamiaru udawać, że historię Rosji mam w małym paluszku, ani że wiem jak wygląda wojna, czy oblężenie miasta. Jednak pewne fakty z lekcji historii w głowie pozostają, pewne sceny z filmów czy zdjęć dokumentalnych ciągle mam przed oczami. I nijak ma się to do tego co zaserwowała mi Paullina Simons.



Fabuła jest prosta: miejsce akcji - Leningrad, poznaje się dwoje ludzi, Tatiana, przeciętna nastolatka z przeciętnej rodziny, w wieku lat siedemnastu, oraz Aleksander, żołnierz Armii Czerwonej, lat dwudziestu dwóch. Oczywiście poznają i zakochują, to nie ulega wątpliwości. Problemem jest Dasza, siostra Tanii, która pierwsza zaczęła spotykać się z Aleksandrem, oraz Dima, przyjaciel Aleksandra, który wyraźnie jest zainteresowany Tanią, a oprócz tego zna niewygodną tajemnicę Aleksandra. A tłem historycznym jest 22 czerwca 1941 roku, kiedy to Niemcy wypowiedziały Rosji wojnę. Początek jest dobry, dalej robi się ze strony na stronę coraz gorzej. Jak jestem w stanie zrozumieć, że na początku działań wojennych miasto mogło jeszcze nie odczuwać skutków wojennej zawieruchy i stąd Tatiana i Aleksander mogą sobie codziennie wieczorem spacerować i zajadać lody, tak gdy po 12 września Leningrad jest w stanie oblężenia, godzina policyjna została ogłoszona już dawno temu, miasto jest cyklicznie bombardowane, a czwórka osób wychodzi sobie na krótki spacer, co by żołnierzy odprowadzić, to już zaczyna mi to zgrzytać. Gdy dotarłam do momentu, gdy nieszczęśliwa Tatiana, nieszczęśliwa, bo nie może ze względu na siostrę być z ukochanym, chodzi sobie na dach oglądać bombardowanie miasta, zaczynam mieć uczucie, że zaszła jakaś wielka pomyłka i może autorce chodziło o fajerwerki, a nie o bomby? Zresztą, to, że autorka sama pogubiła się we własnych wątkach fabularnych zostało nawet odnotowane przez wydawcę, ale pozwolę sobie to już pominąć. Jednak Leningrad był oblężony. Jak było ciężko potwierdza to zdanie "Podczas trwającego blisko 900 dni oblężenia Leningradu w wyniku głodu, mrozu, bombardowań i ostrzału artyleryjskiego życie straciło prawdopodobnie ponad milion osób, choć oficjalne źródła radzieckie mówią o 670 tysiącach ofiar" (źródło tu). A Tatiana oglądała bombardowanie z dachu własnego domu. Pysznie!

Oczywiście nie jest tak, że autorka pominęła zupełnie te fakty historyczne. Bohaterów również dotyka głód, mróz i strach przed śmiercią, która jednak dotyka po kolei członków rodziny Tatiany. Gdyby zupełnie pominęła to wszystko, to myślę że odpuściłabym czytanie w połowie. Szczęśliwie jednak wszystkie te nieszczęścia Tatiany nie dotykają i nawet gdy jest bombardowany dworzec, na którym Tatiana czekała na pociąg w tłumie ludzi, nawet gdy wszyscy ci ludzie giną, Tatiana szczęśliwie unika śmierci. W ogóle Tatiana to super bohaterka. Najpierw przechodzi niezwykłą przemianę. Na początku przedstawiona jako samolubna nastolatka, która nawet nie potrafi zrobić zwykłych zakupów, Tatiana przeobraża się nagle w odpowiedzialną i mądrą gospodynię domową, która nie tylko nagle nauczyła się robić mądrze zakupy, ale również osiągnęła biegłość kulinarną oraz stałą się odpowiedzialna za całą swoją rodzinę. Oczywiście poświęca wszystko tej rodzinie, choć oni ewidentnie mają ją w nosie i sami nie dzielą się z nią niczym. Ma też niezwykłą intuicję psychologiczną - bardzo szybko rozszyfrowała przyjaciela Aleksandra! Potem unika śmierci po raz kolejny, co już mnie zafascynowało, bo jak się okazuje gruźlica, na którą zachorowała Dasza jest chorobą śmiertelną, ale gruźlica na którą zachorowała Tatiana chorobą śmiertelną już nie jest.  Najbardziej jednak intryguje to, że ciężarna Tatiana czołga się po lodzie, w trakcie akcji ratowniczej, potem oddaje półtora litra krwi ukochanemu, nadal głoduje i słania się z wycieńczenia, nie tylko ciążę donosiła, ale jeszcze urodziła zdrowego chłopca, mimo że ponownie zapadła na gruźlicę.

Perełkami w tej książce zaś są zdania takie, jak..:
Włączała radio z nadzieją, że beznadziejność sytuacji na froncie choć trochę ją rozweseli (str. 208)

Gdzie jest teraz najbezpieczniej? Ilekroć idę do sklepu, zawsze mnie ostrzeliwują. To takie.. niewygodne (str. 282)

Jęcz tak głośno, jak chcesz. Oprócz mnie, nikogo tu nie ma, a ja przejechałem tysiąc sześćset kilometrów, żeby usłyszeć jak jęczysz. (str. 472) (dotyczy rzecz jasna sceny erotycznej)

Mój mąż wczoraj nazwał mnie masochistką. "Po co ty nadal czytasz tę książkę?" pytał gdy po raz kolejny odkładałam ją z hukiem ze zwrotem "o żesz!!!". Przeczytałam ją po to, żeby móc z czystym sumieniem powiedzieć, że przeczytałam i że moja ocena wynika z tego, że tak, poznałam treść, wiem. Ale uparcie czytałam do końca, bo się do końca łudziłam, że autorka mnie jednak zaskoczy. Fakt, zaskoczyła. Gdy zapomniała co zrobiła z obrączką Aleksandra.


Jeździec miedziany, Paullina Simons, Świat Książki, Warszawa 2007

Czytaj więcej

wtorek, 18 września 2012

"Klaudyna w Paryżu" Colette

Czyli dużo Klaudyny i mało Paryża :)

Klaudyna w szkole jakoś specjalnie mnie nie zauroczyła - ani bohaterką, ani samą powieścią, dlatego kontynuację Klaudyna w Paryżu odłożyłam na bok. Czekała parę miesięcy i w końcu, gdy tak zachciało mi się czegoś lżejszego nareszcie i nieco zabawnego, pomyślałam, że może warto jednak wrócić do Klaudyny. Nie żebym pierwszą część zaliczała do szczególnie zabawnych. Jakoś alergicznie podchodzę do panienek robiących głupie dowcipy swoim koleżankom. Na szczęście Klaudyna, która wyjeżdża z ojcem do Paryża jest nieco bardziej stonowana, choć bez wątpienia nadal przemądrzała i niekoniecznie tak zabawna jak jej się wydaje. Ale czyta się Colette lekko i bez jakichś specjalnych zadyszek, więc ogółem uznaję to za przyjemny przerywnik.

Siedemnastoletnia Klaudyna opuszcza rodzinne i swojskie Montigny by udać się wraz z ojcem, wielbicielem ślimaków, do Paryża. Przeprowadzka wcale nie jest po jej myśli, choć woli udawać wszem i wobec, głównie przed koleżankami, że jest z niej zadowolona. Jak bardzo jednak była niezadowolona może potwierdzić ponad trzytygodniowe chorowanie, utrata włosów i wagi, która sprawiła, że z Klaudyny został cień przypominający bardziej chłopca niż dziewczynę. Gdy powoli jednak udaje się jej z choroby wykaraskać, tęsknota za Montigny jest już świadoma i oczywista, stąd nawet listy od głupiutkiej Łusi cieszą Klaudynę ku jej własnemu zaskoczeniu. Po rekonwalescencji Klaudyna odwiedza nareszcie ciotkę, siostrę ojca, gdzie poznaje swojego kuzyna, Marcela, z którym jak się wydaje zawiązuje bliższą znajomość. Marcel zwierza się kuzynce z uczuć do Charliego, w zamian za co Klaudyna karmi go kłamliwą historyjką o sobie i o Łusi. Ale mimo to przyjaźń kwitnie, dopóki nie zburzy jej ojciec Marcela, Renaud, w którym Klaudyna po prostu się zakochuje.

Chwilami trudno mi się było opanować. Musiałam sobie usilnie przypominać, że to jednak powieść, której akcja dzieje się ponad 100 lat temu, a więc nikogo absolutnie nie dziwiło, że siedemnastolatka wychodzi za mąż, a na pewno nie dziwiło, że wychodzi za mąż za mężczyznę dwa razy od siebie starszego. Niby nic takiego, jeśli można było wydawać za mąż dwunastolatkę, to siedemnastolatka to już w zasadzie stara panna..;) Dlatego pozwoliłam sobie nieco zdystansować się do fabuły i cieszyć się zabawnym, a chwilami  naprawdę czarującym, słownikiem Colette. Czego jak czego, ale przyjemności czytania nie można jej odmówić. Dlatego mimo chwilowego zgrzytania zębami całkiem przyjemne to czytadło. Ale czy sięgnę po kolejne części.. pozostaje pod znakiem zapytania.


Klaudyna w Paryżu, Sidonie Gabrielle Colette, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2011
Czytaj więcej

poniedziałek, 17 września 2012

"Spektrum" Krystiana Głuszko

Spektrum zarezerwowałam w mojej księgarni zaraz po przeczytaniu jej recenzji napisanej przez Izusr oraz po zajrzeniu na bloga autora. Dziś ok. godziny 12:00 w południe pojechałam odebrać ją z księgarni. W drodze powrotnej do biura zaczęłam czytać. Skończyłam po niespełna godzinie...

Trudno tę książkę traktować jak powieść. Jest to raczej wyznanie. Miejscami nieskładne, ale jak może być składne, skoro jest wspomnieniem chorego człowieka, wspomnieniem dotyczącym okresu najtrudniejszego, bo dla owej choroby zwyżkowym, a więc związanym z leczeniem i pobytem w szpitalu psychiatrycznym? Jak się okazuje terapie jakie są stosowane dziś niewiele się różnią od tych, znanych z Obłędu Krzysztonia, czy ze Szklanego klosza Sylvii Plath. Jak na przykład terapia insulinowa.


„Wstrząsy” insulinowe wprowadzone zostały do lecznictwa psychiatrycznego  przez polskiego neuropsychologa i neuropsychiatrę Manfreda J. Sakela w 1927 r. [39].  Polegały one na wprowadzaniu pacjenta (technika najwcześniej stosowana wobec osób uzależnionych od pochodnych morfiny [40], zasadniczo jednak – w schizofrenii [40, 41]) w stan śpiączki hipoglikemicznej i utrzymywaniu go w tym stanie za pomocą wzrastających dawek insuliny. (..) I w tym  przypadku obserwowane w fazie przedśpiączki/podśpiączki (semicoma) objawy ruchowe w rodzaju: jaktacji, miotania się, drgawek klonicznych czy tonicznego wzmożenia  napięcia mięśniowego [49], były zdecydowanie objawami ubocznymi terapii (skutek: zasadowicy metabolicznej, skurczu naczyń, głębokiego niedocukrzenia i niedotlenienia mózgowia, obrzęku mózgu, itp.) [14], a nie pożądanymi i celowymi elementami  składowymi terapii mającymi działanie terapeutyczne.*

W cytowanym opracowaniu ta metoda jest nazwana dawniejszą metodą i jako taka nie została omówiona szczegółowo. Wydaje mi się, że jednak w cytowanym fragmencie można znaleźć meritum całej terapii. Pacjentowi podaje się wzrastającą dawkę insuliny, której zadaniem jest wywołanie śpiączki insulinowej. Efektami owej śpiączki są okropne cierpienia: Rzucało jego ciałem, łóżko na którym leżał suwało się po całym pokoju, było to słychać wszędzie! Przytrzymujące go pasy, mimo swojej ogromnej wytrzymałości, wyglądały jakby miały zaraz zostać rozerwane na strzępy. Wstrząsy były bardzo silne. Po kilku godzinach koszmaru wstrzykiwali mu dożylnie glukozę, by go wybudzić**. Co nie zawsze udawało się od razu, jak podkreśla autor. O tym jakie to było trudne przeżycie może świadczyć fakt, że Krystian Głuszko opisuje to najpierw jako historię kogoś innego. Dopiero po jakimś czasie przyznaje, że opisywana postać to był on sam. Trzeba było ogromnego zdystansowania do tej sytuacji, żeby ją w ogóle opowiedzieć. Nieszczególny to był prezent na osiemnaste urodziny. Nie wyobrażam sobie nawet takiego przeżycia. A to nie jest jedyna forma terapii jaką jest leczony autor Spektrum. Zastanawiające jest to, że w żadnym momencie, żaden psychiatra nie orzekł konkretnej diagnozy, a jednocześnie stosowano szereg form leczenia, od leków psychotropowych, przez wstrząsy insulinowe, po terapie elektrowstrząsami, w efekcie której Krystian Głuszko cierpi również na epilepsję. 

Bohater Spektrum, a więc sam Krystian Głuszko, nie przeżył okresu dorastania jak większość nastolatków. Problemy ze zdrowiem psychicznym zaczęły się bardzo wcześnie, już w wieku 15 lat zaczął brać leki psychotropowe, niedługo potem był pierwszy raz hospitalizowany. Pobytów w szpitalu psychiatrycznym było w sumie cztery.  Wiązało się z nimi dużo lęku, cierpienia spowodowanego kolejnymi terapiami i ich efektami ubocznymi i po jakimś czasie nawrocie choroby i powrocie do szpitala. W którym opieka lekarska..cóż, wiele można by jej zarzucić. Brak lekarzy na dyżurach, picie alkoholu podczas dyżuru, wsparcie tak naprawdę udzielane przez salową a nie terapeutów. W sumie trzeba się cieszyć, że w szpitalach psychiatrycznych są tak wspaniałe salowe.. Co do lekarzy.. Opisywani w książce są usprawiedliwiani przez autora, że młodzi i mniej w związku z tym doświadczeni, bo ci doświadczeni wyjechali na urlopy i stąd na przykład została podjęta decyzja o leczeniu elektrowstrząsami mimo braku ważnych badań. Co właśnie skutkowało epilepsją - zanikami pamięci, atakami drgawek, siniakami po nich. Mam wrażenie, że opisywane leczenie jest ziszczonym snem jakiegoś sadysty, którego pomysły zalęgły się w głowach tych wszystkich lekarzy. Jak to świadczy o polskiej psychiatrii?

Ta książka to zbiór krótkich notatek z leczenia, z cierpienia, z nadziei najpierw na śmierć, a potem na lepsze jutro, na przyszłość. A w końcu historia o miłości, która pojawia się w odpowiednim momencie. Nie będę dyskutować nad jej walorami literackimi, bo w ogóle nie to tu chodzi. Spektrum to wyraz cierpienia, poczucia braku zrozumienia w społeczeństwie ludzi "zdrowych", samotności wynikającej z izolacji wywołanej czy to lekami, czy halucynacjami związanymi z chorobą. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno jest ciężko żyć z przeświadczeniem, że nikt autora nie zrozumie, bo nie zobaczy świata oczami osoby chorej psychicznie. Dlatego wydaje mi się, dobrze się stało, że książka została wydana, że pojawia się na blogach. Bo jeśli nie potrafimy zrozumieć tego świata, dobrze jest choć trochę go poznać, na przykład czytając Spektrum. Żeby na przykład dać autorowi wsparcie. Że choroba psychiczna wcale nie musi oznaczać wykluczenia ze społeczeństwa, używania zwrotów "wariat" czy stygmatyzacji. 



Spektrum, Krystian Głuszko, Dobra Literatura, Słupsk 2012

*źródło: Psychiatria Polska; 2008, tom XLII, numer 6; strony 797–818
http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_6_2008/Zyss%20s797_Psychiatria%20Polska%206_2008.pdf
** Spektrum, str. 17

Czytaj więcej

niedziela, 16 września 2012

"Strasznie głośno, niesamowicie blisko" Jonathana Safrana Foera

Wszystko, co się urodziło, musi umrzeć, co oznacza, że nasze żywoty są jak drapacze chmur. Dym, wzbija się z różną prędkością, ale drapacze płoną, a my jesteśmy w pułapce.*

11 września 2001. I wystarczy. Każdy chyba zna tę datę, niezależnie od szerokości geograficznej. Ogromny dramat. Nie do opisania. I do dziś na samo wspomnienie przychodzi mi do głowy jedno słowo: wstrząsające.

Oskar Schell jest niezwykłym chłopcem. Ma niezwykłego ojca.  Którego traci 11 września 2001 roku.. Co czuje dziecko gdy traci jednego z rodziców? Przerażenie. Koniec świata. Niedowierzanie. Szukanie potwierdzenia. Wiem, bo tak właśnie czułam. Poszukiwania Oskara, być może wynikające z nadwrażliwości, dla mnie były naturalną konsekwencją straty ojca. Szukałam dokładnie tak samo tej więzi, która została tak nieodwracalnie, nieodwołanie przerwana. Czytanie więc o Oskarze obudziło wiele emocji, ale tych dobrych, wynikających z zachowanych głęboko w pamięci, dobrych wspomnień o ojcu. Tych złych również. Pierwsza lekcja dotycząca utraty - taki dałabym podtytuł powieści Foera. Smutna, tak, ale też piękna i wzruszająca. A jej konkluzja jest prosta - każdy musi z tym uporać się sam ze sobą najpierw. Dopiero wtedy może zrobić następny krok by żyć z tą utratą dalej.

Dla Oskara sposobem na radzenie sobie z utratą jest poszukiwanie ojca. Szuka go, bo po ataku na WTC nie znaleziono jego ciała. Szuka go, bo trumna za którą jechali limuzyną z mamą i babcią była pusta. Szuka go, ponieważ znajduje w jego gabinecie niebieski wazon, w którym został ukryty klucz. Ponieważ chłopiec bawił się z ojcem w zagadki, podczas których musiał czegoś poszukać w różnych miejscach miasta, ów klucz traktuje jako wskazówkę do podobnych poszukiwań. Na kopercie, w której był klucz widniało słowo "Black", które chłopiec identyfikuje z nazwiskiem. Ale poszukiwanie w Nowym Jorku człowieka o nazwisku Black jest równie miarodajne jak szukanie w Warszawie kogoś o nazwisku Nowak. Chłopca jednak nie zraża taka ilość obywateli Nowego Jorku o nazwisku Black i rozpoczyna poszukiwania. Zgodnie z literami alfabetu. I w ten sposób odwiedza przez kolejne kilka miesięcy całą masę osób o tym nazwisku, spędzając na tych poszukiwaniach weekendy oraz godziny poświęcone nauce francuskiego, z którego lekcji jak sądzi, sprytnie się wywinął.

Ale fabuła tej powieści nie jest tylko historią poszukiwań Oskara. Jest również historią o poszukiwaniach jego dziadka, dziadka, którego chłopiec nigdy nie poznał, który odszedł przed narodzinami własnego syna, a ojca Oskara i opowieść babci, z listów pisanych bezpośrednio do Oskara. Opowieść Thomasa Schella poznajemy z listów do nienarodzonego dziecka, a potem do dziecka, których Thomas nigdy nie wysłał. Egzotyczna historia o utracie mowy, której podłożem były zdecydowanie emocje, a nie problemy ze strunami głosowymi,  o tatuażach na dłoniach ze słowami TAK i NIE żeby nie pisać w kółko tych dwóch najczęściej używanych słów, a wreszcie historia bombardowania Drezna, jakby dla równowagi tej trudnej historii ataków na Nowy Jork i Waszyngton, nadają powieści wielowymiarowość i spojrzenie na historię rodzinną z innej perspektywy. Z historii babci poznajemy drugą stronę trudnego małżeństwa tej dwójki, w którym było więcej reguł niż okazywania uczuć, więcej wyznaczania przestrzeni niż spędzania ze sobą czasu. I choć pozornie wszystko to wydaje się pozbawione miłości, jest tą miłością przepełnione po brzegi.

Szczerze mówiąc ta książka oderwała mnie trochę od ponurej i dusznej atmosfery "Cieni nad rzeką Hudson", z którą zmagam się już od tygodnia. Dlatego sama nie wiem czy moja ocena będzie do końca obiektywna. Bo to powieść wciągająca od pierwszych stron, pisana lekkim językiem, choć nie o lekkich sprawach, przez co oceniam ją naprawdę pozytywnie. Jest po prostu świetna i właśnie takiej potrzebowałam do oderwania się od ponurego nastroju jaki mnie trochę dopadł w ostatnich dniach.



Strasznie głośno, niesamowicie blisko, Jonathan Safran Foer, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
*. str. 340
Czytaj więcej

niedziela, 9 września 2012

"Szklany klosz" Sylvii Plath


 Wieczność mnie nudzi,
Nigdy nie pożądałam jej *



(..) gdziekolwiek bym się znalazła – na pokładzie statku czy przy stoliku paryskiej kawiarni – to i tak w gruncie rzeczy tkwiłabym tylko pod szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie. **


 Sylvią Plath jestem zainteresowana od dość dawna. Jej Dzienniki stoją u mnie na półce od jakiegoś czasu, podczytywane co jakiś czas. Grube tomiszcze sprawia mi ogromną przyjemność swoim ciężarem w dłoniach, ale też bywa, wywołuje sporo smutku i dziwnych emocji. Jej choroba, która zresztą sprawiła, że w ogóle się nią zainteresowałam odbijała się szerokim echem w pisanym od lat nastoletnich dzienniku. Wnikliwe spojrzenie na rzeczywistość, ale też dogłębna analiza własnych odczuć nie raz i nie dwa sprawiała, że odkładałam lekturę. Stąd Dzienniki można by rzec, są stale przeze mnie czytane, z dłuższymi bądź krótszymi przerwami. Zakładka zawsze zostaje w miejscu, gdzie skończyłam. Pewnego dnia zakończy się ta przygoda i myślę, że będzie mi dziwnie bez tej niezwykłej książki.

Myślę, że Sylvia Plath jest na tyle znaną postacią, że pisanie jej biogramu mija się z celem. Jeśli nie jej proza i poezja, to na pewno film z Gwyneth Paltrow z 2003 roku uczynił z niej znaną postać, choć film położył nacisk głównie na jej nieudane małżeństwo z Tedem Hughesem. Pokrótce zatem powiem tylko, że Sylvia Plath to jedna z tych tragicznych postaci, której zmaganie się z własnymi demonami doprowadziło do decyzji o śmierci samobójczej w wieku zaledwie 31 lat. Po stworzeniu kilku niezwykłych tomików poezji, siedmiu latach małżeństwa, urodzeniu dwójki dzieci Plath ostatecznie przegrała walkę z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym, którego stany maniakalne na pewno miały ogromny wpływ na jej twórczość, ale stany depresyjne doprowadziły ją do ostatecznej decyzji. Czego w tej całej historii nie mogę przeboleć, to tej dwójki dzieci, śpiącej za ścianą, gdy Plath odkręcała gaz..

Szklany klosz jest pisany w podobnym stylu co Dzienniki, uważany jest zresztą za powieść na poły biograficzną. Trudno zresztą oprzeć się temu wrażeniu, gdy główna bohaterka przeżywa podobne zdarzenia i zmaga się z podobnymi przemyśleniami co autorka. Powieść przenosi nas w lata 60-te ubiegłego wieku. Esther Grenwood jest młodą dziewczyną, której udaje się wygrać staż w modnym miesięczniku, a co za tym idzie, miesięczny pobyt w Nowym Jorku, zwiedzanie jego ważniejszych miejsc, pojawianie się na imprezach kulturalnych, bankietach i poznawaniu coraz to ciekawszych postaci. Wydaje się, że świat stoi przed nią otworem i oferuje jej niezliczone możliwości. Czy aby na pewno? Oto dziewczyna, która dziewiętnaście lat życia spędza na zabitej deskami prowincji, tak biedna, że nie może sobie nawet pozwolić na zaabonowanie magazynu, dostaje stypendium, studiuje w pierwszorzędnym college'u, otrzymuje jedną nagrodę, potem drugą i wreszcie wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie zaczyna sterować tym miastem jak własnym samochodem. Tylko że ja nie sterowałam ani tym miastem, ani w ogóle niczym, nawet własnym losem. Po prostu telepałam się z hotelu do redakcji, z redakcji na przyjęcie, z przyjęcia do hotelu, z hotelu do pracy jak bezwolny trolejbus. Powinnam się była chyba cieszyć tym wszystkim i przejmować jak inne dziewczyny, ale jakoś nie umiałam wykrzesać z siebie żadnej reakcji.*** Potem wcale nie jest lepiej. Esther próbuje chodzić na imprezy, ale nie potrafi się na nich bawić, jak np. jej koleżanka Doreen, próbuje stracić dziewictwo z przypadkowo poznanym tłumaczem pracującym dla ONZ, ale to tylko doprowadza ją do konkluzji, że nic nie potrafi. A potem jakby przeciwstawnie do niej do wizji o drzewie figowym i każdej fidze jako oferowanych przez świat możliwości, których nie jest w stanie zerwać i zjeść wszystkich na raz, stąd wszystkie w pewnym momencie więdną.

Po miesiącu takich dziwnych zmagań, bardziej ze samą sobą, niż aktywnego udziału w stażu, Esther wraca do rodzinnego domu w Bostonie. I tam zaczynają się poważniejsze problemy. Esther od tygodnia nie może jeść, spać, przełykać ani czytać. Co więcej, nawet jej pismo zrobiło się dziwne i kulfoniaste, jak nie jej. Wizyta u psychiatry, który zadał jej zaledwie parę pytań (o zgrozo, w tym jedno o college!) kończy się kolejną równie jałową wizytą, a w końcu decyzją o kuracji wstrząsowej. Doktor Gordon przymocował mi dwie płytki metalowe do skroni. Przytrzymujący je skórzany pasek werżnął mi się w czoło. Między zęby doktor wsunął mi drut i kazał zacisnąć szczęki. Zamknęłam oczy. Zapanowała cisza, krótka jak westchnienie. A potem coś zwaliło się na mnie, trzepnęło mnie i potrząsnęło mną z taką siłą, że byłam pewna, że nadszedł koniec świata. Liii... zapiszczało, powietrze przecięły niebieskie błyskawice, a niewidzialne ręce skręcały mnie jak kleszcze. Byłam pewna, że mi trzasną wszystkie kości, a życie ujdzie ze mnie jak żywica ze zrąbanego drzewa. Musiałam popełnić coś potwornego, żeby zasłużyć na taką karę.**** "Leczenie" jednak nie przynosi żadnych efektów, a raczej pogłębia tylko stan zaburzeń Esther, dlatego matka szuka dla niej rozrywek. A to wyjazd z przyjaciółmi nad morze, a to praca wolontariuszki na oddziale położniczym, ale każdy z tych pomysłów i tak jest chybiony, a Esther próbuje co jakiś czas w jakiś inny sposób popełnić samobójstwo. Gdy pewnego dnia znika bez śladu poszukuje jej nie tylko matka i znajomi, ale zostaje zaangażowana również miejscowa policja. Po tygodniu znaleziona Esther jest bliska swojemu celowi..

Nie da się ukryć, że książka jest przesycona do głębi uczuciem beznadziei i smutku. Esther nie może skupić się nawet na normalnych codziennych czynnościach, bo po co je wykonywać, skoro następnego dnia trzeba będzie je powtarzać i tak w kółko i w kółko. Ale też jest to niezwykła proza, z niesamowitymi opisami, potwierdzającymi bogatą wyobraźnię Sylvii Plath. Jest to też ciekawe studium przypadku, podobnie jak w Obłędzie Krzysztonia, ukazane od środka, od odczuć osoby cierpiącej na zaburzenie psychiczne. Jest też momentami zabawna, jak wtedy gdy Esther rozważa utratę dziewictwa, albo zmianę wyznania na katolickie, chociaż kompletnie nie wierzy ani w życie pozagrobowe, ani w  niepokalane poczęcie, ani w inkwizycję, ani w nieomylność tego ich malutkiego papieża o twarzyczce małpy*****. Uczucie przygnębienia jednak może się udzielać co wrażliwszym czytelnikom. Gdyby nie moja zaciętość psychologa, który był bardziej ciekawy od literaturoznawcy, podejrzewam, że przełożyłabym dokończenie lektury na jakiś inny moment :)



Szklany klosz, Sylvia Plath, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

* fragment wiersza Lata, źródło: http://plath.prv.pl/poezja.htm
** Szklany klosz, str. 252
*** tamże, str. 7
**** tamże, str. 198
*****tamże, str. 225
Czytaj więcej

sobota, 8 września 2012

"Odważni" Nicholasa Evansa

To jest moje pierwsze spotkanie z Nicholasem Evansem i zaliczam je do bardzo udanych. Do tej pory unikałam Zaklinacza koni, o którym jakoś nabrałam przekonania, że musi być tanim wyciskaczem łez, ale jednak teraz myślę, czy to aby nie był błąd i czy nie warto tego nadrobić. W każdym razie przeczytałam świetną powieść. Właśnie taką, przy której herbata wystygła..;)


Fabuła powieści prowadzi nas nierównomiernie jeśli chodzi o chronologię oraz miejsce wydarzeń. Akcja powieści rozgrywa się w późnych latach 60 -tych w Anglii, potem w Ameryce, by podryfować na fali czasu fabularnego do czasów nam bardziej współczesnych i wojny w Iraku. Teraźniejsze wydarzenia przeplatają się z przeszłością, by w ten sposób odsłonić wszystkie zaszłe wydarzenia, które doprowadziły głównego bohatera, Toma, do takiego a nie innego miejsca i punktu w życiu.. A zaczyna się dramatycznie, od spotkania trzynastoletniego syna, Tommiego, z jego matką. Z matką, która właśnie przebywa w celi śmierci, na której zostanie wykonany wkrótce wyrok śmierci na skutek rozprawy sądowej, podczas której została  uznana winną zabójstwa pierwszego stopnia. Ich rozmowa nie przebiega tak jak by sobie tego życzył chłopiec, który nie może pogodzić się z rzeczywistością. Będzie przez resztę życia sobie wyrzucać, że nie był dla niej tego dnia milszy..

Następnie cofamy się w czasie. Tommy ma 8 lat, jest wielbicielem westernów, oglądając je co wieczór oddaje się ulubionej rozrywce, dzięki której ucieka od rzeczywistości. A jakoś nie jest ona najlepsza. Rodzice właśnie postanowili wysłać go do elitarnej szkoły z internatem, czego chłopiec bardzo się obawia. W jego żołądku rośnie gula strachu, nie pomaga to co słyszy od swojej starszej siostry, która podobne "zesłanie" wspomina bardzo źle. Tommiemu jednak nie udaje się uniknąć wyjazdu do szkoły, ani zaznanych tam przykrości, bicia i znęcania się jakie uprawiają nie tylko nauczyciele, ale i uczniowie.

A potem autor wrzuca nas do czasów współczesnych. Dorosły Tom jest rozwodnikiem, jego jedyny syn Danny postanawia wstąpić do wojska i wziąć udział w działaniach wojennych w Iraku. Wywołuje to protest u Toma, którego nie potrafił powstrzymać i ostatnia rozmowa z synem, z którym relacje już nie należały do najłatwiejszych, poszła w złym kierunku i zakończyła się zerwaniem kontaktów. Jednak sytuacja ulega dramatycznej zmianie, gdy okazuje się, że Danny ma ogromne kłopoty na skutek nieudanej akcji w Iraku.

Przeplatane wątki z przeszłości wrzucają czytelnika do Hollywood w latach 60-tych. Hollywood z tego okresu, już odmalowane w Blondynce przez Joyce Carol Oates, wydaje się być naprawdę fatalnym miejscem (nie wiem jakim miejscem jest w tej chwili, ale jakoś nie mam mocno optymistycznych pomysłów co do zmiany). Wyścig szczurów, układy i znajomości, sypianie z producentami w celu zdobycia kariery. Blichtr, kawior i zepsucie. Z jakiegoś powodu to miejsce niektórych ludzi przyprawia o żywsze bicie serca. Przyciąga jak magnes. Tak było z Diane Reed, chociaż w jej przypadku duży wpływ na jej pojawienie się właśnie tam miał jej talent, który zaskarbił jej ostatecznie również i znajomości. Ale nie przyjaciół, bo w Hollywood nie ma czegoś takiego jak przyjaźń, a w każdym razie nic nie trwa tak krótko jak to co człowiek za przyjaźń uważał. Gdy zatem Diane zostaje skazana na karę śmierci tak naprawdę niewiele osób się za nią ujmuje...

Nie, nie zdradzę więcej. Ta książka, choć napisana prostym językiem, choć momentami czułam co tak naprawdę się zdarzyło, ma w sobie jakiś niepowtarzalny urok. Była trochę jak układanie puzzli. Niektóre elementy znajduje się dużo szybciej od pozostałych. Niektórych szuka się bardzo długo, ale za to ich odnalezienie daje dużo satysfakcji. Ale na pewno są takie, które zaskakują - czy to kolorem, czy fakturą. Tak bywało z niektórymi wydarzeniami w tej książce. Była jak układanka, którą z przyjemnością ułożyłam do ostatniej strony. Niewątpliwie parę elementów może być doskonałym materiałem na dyskusję. Niewątpliwie parę można było spokojnie pominąć.  Ale i tak czuję, że to pisarz po którego książki będę chętnie sięgać.


Odważni, Nicholas Evans, Albatros, Warszawa 2011
Czytaj więcej

piątek, 7 września 2012

Jesiennie :)

Wrzesień to dla nas dobry miesiąc. To czas ochłodzenia temperatury i dzięki temu dłuższych spacerów po lesie. W ogóle możliwości do tego lasu dotarcia, bowiem upały sprawiały, że Bruno mocno protestował przed każdym spacerem. I w trakcie. Pestka zresztą na najszczęśliwszą też nie wyglądała. Tak naprawdę dopiero wieczorami było nam wszystkim trochę lżej i czasami zapuszczaliśmy się w las. Ale to jesienią las pachnie niesamowicie. Wszystko, łącznie z kolorami nabiera intensywności. Każdy dźwięk staje się niesamowicie słyszalny, nawet gdy to tupot mrówek. Czasami Bruno intensywnie wpatruje się w jakiegoś robala i długo przetrawia fascynację jego czułkami. Chyba rozważa, czy coś z nim robić, czy może lepiej nie.. Czasami spotykamy innych psiarzy, wtedy jest długie witanie się czworonogów, a przy okazji krótka wymiana zdań między właścicielami. Czasami dłuższe postoje i pogawędki. A we włosach liście, na butach rosa. Bo jest wcześnie rano i tak naprawdę można spotkać tylko kogoś z psem. Albo jest późny wieczór i też tylko psiarze jeszcze się włóczą po lesie, bo innym już chyba za chłodno na takie eskapady. Tak naprawdę mam wrażenie, że dopiero jesienią wszystko wraca do normy..

Tak jak i czytanie. Ostatnio to chyba nie był dla mnie najlepszy czas. Handlarz śmiercią Sary Blaedel tak naprawdę nieco mnie zmęczył, zamiast dostarczyć jakichś większych emocji bądź żywiej zainteresować akcją. Jest to poprawny kryminał, może nawet dobry, ale gdy zostało się tak czytelniczo rozpuszczonym przez Stiega Larssona, Henniga Mankella, Jo Nesbo czy chociażby ostatnio Asę Larsson to cóż, wydaje się on jakimś takim ledwie cieniem na tle wymienionych (dla mnie) gigantów poetyki kryminalnej. I choć jest tu wszystko co powinien zawierać dobry materiał na kryminał, to jednak nie ma w tej książce nic co mogłoby zaskoczyć, mocniej zainteresować, czy chociaż wzbudzić więcej empatii wobec bohaterek. Cóż, nawet bohaterki są jakieś takie mało interesujące. Ale może to zły czas dla mnie na czytanie Sary Blaedel? Może gdybym przeczytała tę książkę w momencie jej oryginalnego wydania, prawie dekadę temu, może wtedy przemówiłaby do mnie? A może zwyczajnie, robię się coraz bardziej wybredna? Dlatego pozostawiam tę książkę bez specjalnego echa, na razie zostanie na półce, może kiedyś do niej wrócę i odkryję to, co zachwycało innych.

Teraz powoli zaczynam odchomikowywać te wszystkie lektury planowane na jesień. Liczę na fabułę, która mnie pochłonie bez reszty :) Cieszę się na długie wieczory. Cieszę się na kolory. I na długie spacery :)


Czytaj więcej

poniedziałek, 3 września 2012

"Tajemnica Noelle" Diane Chamberlain

Dziwnie się czułam wczoraj po lekturze tej książki. Na początku lektury było wrażenie niedopowiedzenia i chęć zrozumienia co się wydarzyło, stąd powieść na pewno nie nudziła. Bez dwóch zdań fabuła wciąga jak to mawiał mój kolega, jak bagno - od razu wsysa w całości. Ale obyło się bez wypieków na twarzy czy wielkich emocji. A według opisów miała złamać mi serce.. Choć skłamałabym mówiąc, że w ogóle obyło się bez wzruszeń.

Gdy Noelle popełnia samobójstwo jej dwie przyjaciółki, Torę i Emerson, ogarnia przerażenie, smutek i zdumienie. Podejrzewam, że każdy kogo bliska osoba nagle zdecyduje się odejść tak gwałtownie, jest zaskoczony i nie rozumie tej decyzji. W głowie krąży cały czas to samo pytanie- dlaczego? To pytanie nie dało spokoju przyjaciółkom i dlatego zaczęły poszukiwać na nie odpowiedzi. To do czego doprowadziły je poszukiwania zmieni całe ich życie...

Trzy przyjaciółki - Noelle, Tara i Emerson poznały się w akademiku. Tara i Emerson jako pierwszoroczne studentki zostały oddane pod opiekę starszej Noelle, wtedy już rezydentki, której zadaniem było wprowadzenie nowych studentek w środowisko akademickie. Od pierwszego spotkania zaiskrzyło, choć Noelle miała swoje osobiste powody, by tak się stało. Przyjaźń między dziewczętami wybuchnęła szybko i miała trwać całe ich życie. Gdy Noelle została dyplomowaną położoną obie dziewczyny wiedziały, że to ona będzie asystowała przy ich porodach. Pech chciał jednak, że oba zaczęły się mniej więcej w tym samym czasie. Noelle rozdarta między domowym porodem Tary i szpitalnym porodem Emerson, decyduje się zostać przy tej pierwszej w duchu mając świadomość, że Emerson jest pod dobrą opieką lekarzy specjalistów. Długi, całonocny poród Tary kończy się cudem narodzin małej Grace. Bezpieczna cesarka Emerson owocuje życiem dla małej Jenny.

Jednak jak się okazało po latach, tamtej wrześniowej nocy w 1994 roku coś się wydarzyło, coś co sprawiło, że od tamtego dnia do 2010 roku Noelle odbywała swoistą pokutę, bardzo dziwną i bardzo bolesną. Ale to wszystko jej przyjaciółki odkryją za późno.. Co więcej odkryją, że tak naprawdę w ogóle nie znały Noelle..

To co na pewno jest interesujące w fabule tej książki to sposób odkrywania kart przeszłości. Powoli, systematycznie, ale tak by wciągnąć w lekturę, autorka odsłania wszystkie okoliczności oraz emocje jakie doprowadziły Noelle do tej dramatycznej decyzji.  Niewątpliwie Diane Chamberlain ma pełną świadomość jak sprawić, by czytelnik nie oderwał się od jej książki do ostatniej strony. I za to cenię jej prozę. I pewnie sięgnę po więcej :)


Tajemnica Noelle, Diane Chamberlain, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012


Czytaj więcej

sobota, 1 września 2012

"Tygrysy w porze czerwieni" Lizy Klaussmann

Pomimo moich nieustępliwych poszukiwań nie udało mi się znaleźć ani tytułu wiersza, ani tytułu tomiku poezji zawierającego wiersz Wallace'a Stevensa, w  którym jest mowa o tygrysach w porze czerwieni. Mogę jedynie dzięki autorce powiedzieć, że tytuł powieści ma swoje źródło właśnie w tym wierszu i w jego, cytowanym w książce fragmencie:

Ludzie nie chcą śnić
O pawianach i barwnikach
Tylko tu i tam, jakiś stary żeglarz
Pijany i śpiący w butach
Chwyta tygrysy
W porze czerwieni*

Tygrysy pojawiają się w powieści w różnorodny sposób. Najpierw w nazwie rodzinnej posiadłości, w której dzieje się większość akcji powieściowej, czyli Tiger House. Następnie w postaci haftu na pięknym materiale zwiezionym przez dziadka Helen i Nick, dwóch sióstr ciotecznych, z Indii. ów materiał zresztą stanie się źródłem niezgody między siostrami. Jest również wypchany tygrys, również przywieziony przez dziadka. I jest jeszcze Ed, syn Helen, który potrafi przyczaić się równie cicho jak tygrys i obserwować otoczenie niczym niewidzialna postać..

Akcja powieści toczy się od września 1945 roku do października 1969 roku. Jej głównymi bohaterkami są niewątpliwie Nick i Helen, ale całą sytuację rozgrywającą się w rodzinie możemy obserwować oczami każdego członka rodziny. Zaczyna się od Nick, niejako famme fatale całej rodziny i  jej odczuć na temat świeżej, małżeńskiej rzeczywistości, która nie do końca jest taką, jakiej się spodziewała. Następnie jest Daisy, córka Nick i jej męża Hughesa, której ostatnie lato dzieciństwa brutalnie wprowadza ją w świat dorosłości, po niej słuchamy opowieści Helen, żeby przejść do relacji Hughesa, dzięki której będzie można zrozumieć jego dziwne zachowanie  na początku małżeństwa z Nick. Na zakończenie, niczym wisienka na torcie, jest historia Eda, najbardziej tajemniczej i niepokojącej postaci w całej rodzinie.

Tuż po wojnie obie siostry planują ułożyć sobie życie zgodnie ze swoimi marzeniami. Nick, która wyszła za mąż w czasie wojny będzie mogła nareszcie zamieszkać z mężem, który zostanie zwolniony ze służby. Helen, której mąż zginął na wojnie, będzie mogła wyjść za mąż ponownie. Obie są młode, obie przepełnione marzeniami, obie pragną szczęścia. Jednakże Hughes powraca z wojny odmieniony, relacje małżeńskie z Nick są napięte, wydaje się, że wszystko zmierza w złym kierunku. Helen zaś po ślubie odkrywa, że jej mąż jest zupełnie inną osobą niż sądziła. Obie kobiety z miłości do mężów decydują się na rzeczy, co do których nie są do końca przekonane. Nick zgadza się na dziecko. Helen zgadza się pomagać mężowi w jego dziwnej pasji, nie dostrzegając tego, że mąż ją obrzydliwie wykorzystuje.

Osią całej fabuły są właśnie wydarzenia w letniej rezydencji rodzinnej, Tiger House, gdzie cała rodzina zbiera się na letnie wakacje. Ed i Daisy mają mnóstwo miejsca na zabawę i szaleństwo (choć dziwny Ed nie należy do dzieciaków które szaleją, a ambitna Daisy dużo trenuje, żeby wygrać turniej tenisowy), Helen i Nick na swoje babskie rozmowy. Jednak sielankę pewnego lata zakłóca morderstwo oraz znalezienie zwłok właśnie przez Eda i Daisy. I tak naprawdę nikt nie był świadomy tego, jak to jedno tragiczne zdarzenie wpłynęło na całą rodzinę.

Jednak nie jest to powieść kryminalna. Jest to zdecydowanie powieść psychologiczna, o trudnych relacjach małżeńskich, rodzinnych, międzyludzkich w ogóle. Pokazuje jak miłość zaślepia i bywa trutką. Jak nieumiejętność rozmowy z ukochaną osobą prowadzi do rozpadu relacji małżeńskich.  I jak również to, że ilu obserwatorów danych wydarzeń, tyle ich wersji..

Książkę na początku czytałam trochę znużona. Akcja rozwija się w niej powoli, ale im bliżej końca tym czytanie idzie szybciej, z jakąś taką przemożną chęcią, by dowiedzieć się co dalej.  Koniec zaś..  Cóż, to naprawdę warto przeczytać :)


Tygrysy w porze czerwieni, Liza Klaussmann, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
* str. 448

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.