piątek, 30 listopada 2012

Poezja prozą pisana - o "Dukli" Andrzeja Stasiuka

Dukla to rzecz niebywała.
Niby treści niewielkiej, tekstu krótkiego, a jednak mam poczucie spotkania z czymś wielkim. Poetycko.
Dukla jest niczym dobry trunek, który najlepiej sączyć powoli. Dawkować małymi łykami, niespiesznie,  nawet gdy kusi, żeby jednym haustem, żeby pochłonąć całość, teraz, zaraz, natychmiast.
Dukla to parę opowiadań. Właściwie niektóre z nich można nazwać notatkami. Wariacjami na temat.
Dukla to obrazy. Malowane prozą.
Gdy się ją czyta, jest się jakby poza czasem.
 
Czas zamierał między sobotami. Tracił swoją lekką, przejrzystą postać. Puchł, gęstniał, obezwładniał, czepiał się ciała i może życie stawało się podobne do marszu pod wiatr. Czułem się tak, jakbym próbował biec w wodzie sięgającej piersi. Gesty snuły się za mną jeszcze długo potem, jak je wykonałem. Byłem pewien, że zostawiam ślady w powietrzu. Bo wtedy czas bardzo przypominał powietrze. Albo w wodę. Za to w sobotnie wieczory czas odzyskiwał swoją właściwą postać. Płynął tak prędko, że mnie wyprzedzał. Widziałem, jak umyka. Tak uciekają pejzaże za oknem pociągu. Nic nie można zrobić. Niby zostają w tyle, lecz ma się poczucie, że to one nas porzucają, a nie odwrotnie.*

Dukla to zbiór wspomnień o nieistniejącym czasie i zmieniającej się pod jego wpływem Dukli. Małej miejscowości w województwie podkarpackim. Banał? Ot wspomnienia z dzieciństwa? Pewnie tak. Ale Dukla to nie tylko mała mieścina..

No więc Dukla jak memento, jak mentalna dziura w duszy, klucz nie do podrobienia i duch porośnięty migotliwymi piórkami realności. Dukla warta litanii, Dukla ze spróchniałym ciałem Amalii zamiast serca, Dukla wypełniona przestrzenią, w której lęgną się obrazy i dopada przeszłość, a przyszłość przestaje obchodzić (..)**

Tak naprawdę, gdyby próbować zebrać tematykę tego tomiku, to wydaje się dość uboga. Czerń nocy na styku wschodzącego słońca. Wspomnienia z dzieciństwa, z pewnego lata pełnego słońca i spowalniającego czasu, którego bieg zmieniał się jedynie w soboty, fascynacji piękną dziewczyną, wspomnienia o dziadku. Obrazki z życia flory i fauny. Tyle, że te skromne obrazy oddane są w taki sposób, że mimo swej powszedniości, ba, banalności, przykuwają uwagę, spowalniają tempo lektury, wciągają. Mam świadomość, że nie każdego może pociągać taki typ lektury. Dla mnie jednak Stasiuk tworzy niezwykłą poezję. Choć pisaną prozą.

Dukla, Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
*str.. 34
** str. 66

Czytaj więcej

czwartek, 29 listopada 2012

Kto chce, niech czyta

Do Ewentualnego, Czytelnika
Nie jestem winien powstania tej książki. W każdym razie nie jestem winien sam. Rozliczni znajomi dokuczali mi stale: „Dlaczego nie zbierzesz w jedną całość teatralnych i filmowych swoich felietonów rozsianych po gazetach, Przekrojach i wyczerpanych przeważnie książkach? Wydał Boy «Flirt z Melpomeną», wydaj ty, jak przystało na Wiecha, ksiuty z tąże boginią! Będzie to kawałek historii teatru w Polsce Ludowej, widzianego oczami pana Piecyka, państwa Wątróbków, pana Krówki, pani Balon et consortes, jak się dawniej mawiało z tak zwanym przekąsem.” Długo się nad tym namyślałem, marudziłem, wzdrygała się dusza przed kradzieżą wielkiemu Boyowi połowy tytułu, jednak wreszcie zaniosłem materiał wydawcom. Muszę przyznać lojalnie, że zrobili wszystko, by opóźnić wyjście w świat tego dzieła. Lecz w końcu wbrew naszej woli plan, harmonogram, poślizg i inne raz rozpętane moce piekielne poniosły nas z sobą i książka jest. Kto chce, niech czyta.
AUTOR*

Ksiuty z Melpomeną zapewniły mi parę chwil genialnej rozrywki. Pan Piecyk jak zawsze chętnie i żywo wyjaśnia detalicznie co na scenie ujrzał, a jego interpretacje nie mają sobie równych. Państwo Wątróbkowie również są zapalonymi i częstymi gości teatralnych sal. Żona pana Watróbki, Genia, jest fenomenalną kobietką, jak jej się Cyganka** niegdyś naraziła kradzieżą kołdry, to i Carmen nie mogła darować i odwracała wzrok od sceny, żeby nie patrzeć na to złodziejskie nasienie.

Zacznijmy jednak od początku..
Wyobraźcie sobie Warszawę powojenną, Warszawę w latach 50-tych..

Źródło zdjęcia



Źródło zdjęcia









 Rwetes. Pośpiech. Odbudowywanie miasta,  praca, powstawanie trasy WZ. Ale też sprawy zwykłe, codzienne, zakupy, porządki, rozmowy. A w tych rozmowach.. Warszawa. Taka, jaka była, jaka jest. Jakaś inna, sympatyczniejsza od tej dzisiejszej. A warszawiacy, zasuwają niezwykłą gwarą, która zważcie to, nie ma sobie równej. Bo jak odróżnić warszawiaka od krakowiaka? Prosta sprawa! Na Ochocie, na Szmulkach, czy na Woli nie ma Kazków, ani Józków, ani Staszków ani żadnych tam Zdzisków. Jest Kaziek, Józiek, Stasiek, Zdzisiek***. Warszawiak to zresztą bardzo obyty towarzysko człowiek. Spędza wiele czasu w teatrze i w operetkach. Lubi oglądać nowe filmy w kinie. I nie masz bardziej zaznajomionego z polską historią i literaturą człowieka. Każde uchybienie w literaturze zauważy i niechybnie wytknie. I taka na przykład sztuka, o życiu Jana z Czarnolasu owszem, można powiedzieć, dosyć pouczająca, ale pod względem historycznym poważnie skopana. Z dużym felerem****. Bo Orszulki zabrakło! To nic, że sztuka obejmowała okres kawalerski w życiu Kochanowskiego, takiej nieścisłości darować nie wolno. I o tym właśnie opowiadają felietony Wiecha zawarte w tomie Ksiuty z Melpomeną, zgodnie z zapowiedzą z przedmowy. Innymi słowy recenzje przedstawień wszelakich, od tych nowoczesnych poprzez występy eksperymentalne, po klasyczne, w teatrze, operetce, a nawet w kinie. Na niczym nie zostawiając suchej nitki, ale chwaląc, że w ogólności to wszystkie są w deseczkie. W rozmowach, które Wiech "cytuje" przewija się cała plejada aktorska tamtych czasów, która jak się okazuje jest dość wrażliwa na krytykę gawędziarzy cytowanych przez Wiecha i tak wiele śpiewaczek operowych i aktorek schudło pod wpływem owej krytyki. Teatr jest bowiem miejscem nie tylko do przeżywania treści scenicznej, ale również miejscem, gdzie można przyjrzeć się uważnie kreacjom aktorskim, pomylić aktora z postacią filmową (biedny Kloss jako Jago został brutalnie spotwarzony), przeinaczyć całą treść fabuły i wynieść korzyści nie tylko duchowe. Ogółem, miejsce fenomenalne do spotkań kulturalnych i towarzyskich.

Podoba mi się tamta Warszawa, ta z przeszłości. Ale dzięki przeszłej Warszawie jakoś inaczej spojrzałam na tę codziennie mijaną w drodze do pracy. Jakaś nagle sympatyczniejsza się stała. Wiech nie tylko bawi i poucza historycznie i literacko (z przedstawień teatralnych bowiem też byłam ciemna masa i przyznaję bez bicia, że większość interpretowałam błędnie!), ale i zmienia punkt widzenia. Na zdecydowanie obszerniejszy i w większym kontekście. Warszawa jednak da się lubić, jak to śpiewał Dymsza :)


Ksiuty z Melpomeną, Stefan Wiechecki Wiech, Czytelnik, Warszawa 1963
* przedmowa do Ksiutów z Melpomeną
** zachowuję oryginalne określenia z tekstów Wiecha
***str. 118
**** str. 86
Czytaj więcej

niedziela, 25 listopada 2012

Wiech niemożebnie śmiechem leczy

Powinnam już dawno przyjąć do wiadomości, że nie literatura babska, z której najwyraźniej wyrosłam, że nie jakieś historyjki o miłości wielkiej, namiętniej i napotykającej ciągłe przeszkody na swej drodze do szczęścia, pomogą mi na chandrę jesienno - zimową.  Która co prawda dotąd nie miała do mnie dostępu, ale wystarczył jeden szaleniec, który chciał mi rodzinę rozjechać, żebym potrzebowała pociechy z literatury. Śmiechu mi było trzeba. Dlatego cieszy mnie, że Beznadziejnie zacofany w lekturze znowu naprowadził mnie rzecz nie tylko wartościową, ale i jakże przyjemną, jakże zabawną!

Helena w stroju niedbałem czyli Królewskie opowieści pana Piecyka jest niewątpliwie dowodem na to, szanowni czytelnicy, że wszyscy jesteśmy ciemna masa jeśli chodzi o znajomość historii Polski i w zaufaniu Wam powiem, żebyście czem prędzej po Wiecha sięgnęli, co by pan Piecyk Wam to detalicznie wyjaśnił. Albowiem mylicie się okrutnie sądząc, że pierwszym rodem królewskim byli Piastowie, gdyż zważcie to sobie, byli to P i a s t u s z k i e w i c z o w i e. Mylicie się też niemożebnie sądząc, że w podpaleniu Rzymu nikt z Polaków nie brał udziału, albowiem Łokietek tam był i sam szaleństwo Neronowe widział. Odradzam też dyskusje z panem Piecykiem, jakoby to inna epoka była, bowiem wrażliwy jest na przytyki, że mógł coś pomylić! I znów dzień cały, albo i dłużej, czekać trzeba będzie, żeby opowieści swe kontynuował! A że znał on historie królów i książąt polskich od pacholęcia to i ciekawych historyj moglibyście zostać pozbawieni. Bo nie tylko o rodach królewskich, ale też o naukowcach polskich Waszą wiedzę zweryfikuje mocno:

W tem czasie derektorem Pimu, czyli ministerstwa od przepowiadania wiatru, deszczu i inszego gradobicia był niejaki Kopernik, któren do dziś dnia w charakterze figury z koszykiem w ręce na słupie naprzeciwko Świętego Krzyża siedzi.
Otóż, uważasz pan, ten Kopernik, ponieważ że wszyscy byli na niego cięte, bo się przepowiednia nigdy nie zgadzała, miał cykorię, że posadę straci.
Jak on kazał  brać parasol i kalosze, słońce takie uderzało, że pot ludziom oczy zalewał, a jak znowuż przepowiadał pogode słoneczne, oberwanie chmury następowało i ludzie zmoczone do suchej nitki do domu wracali.
Ze zmartwienia, że go zredukują, wynalazek Kopernik zrobił.
"Ziemia się kręci" powiedział jednego razu. "A sprawdzić możecie to łatwo, ale tylko pod ankoholem się znajdując. Człowiek trzeźwy tego nie zauważy, bo przyzwyczajony jest tak nogamy przebierać, żeby mu ziemia nie uciekła. Ale małowiele przebywając na gaziku, od razu widziem, że wszystko się kręci, domy nie domy, latarnie nie latarnie, a jak się zatrzymamy, ziemia na nasz nie czeka, gania dalej, a my się przewracamy na mordę."
Tak powiedział Kopernik.*

Jest to tak wspaniała książeczka, że już wiem, że będę ją traktować jako remedium na kiepskie samopoczucie. Nie tylko, że wrócił mi dobry nastrój, ale i śmiałam się z tekstów pana Piecyka jak norka. Czytajcie Wiecha! :)


Helena w stroju niedbałem czyli Królewskie opowieści pana Piecyka, Stefan Wiechecki Wiech, Czytelnik, Warszawa 1979
* str. 59-60
Czytaj więcej

sobota, 24 listopada 2012

"Chodzę i pytam"

Dostałam w mailu (dziękuję :*), mialam przesłuchać wczoraj wieczorem, ale udało się dopiero dziś, dopiero teraz. Interpretacja.. po prostu niezwykła..

Chodzę i pytam: gdzie jest moja szubienica?
W czyim ogrodzie, w jakim lesie rośnie?
Na jakiej miedzy pasie cień kobiecy?
Na którym rynku świąteczną choinką?

W jakim pokoju zwiesza się nad stołem
Uprzejma pętla, bym ją szyją przetkał?
Na jakich schodach nareszcie ją spotkam?
Na którym piętrze sznur sobą wyprężę?

W której to stronie głowę ku niej skłonię?
W jakiej piwnicy, hałasie czy ciszy?
Na jakim strychu, ciemnym albo widnym?
W jakim klimacie, gorącym czy zimnym?

1969




Chodzę i pytam, Rafał Wojaczek, z tomu Na nucie najwyższej, wyd. 1992

Wiersz Rafała Wojaczka Chodzę i pytam w wykonaniu Dariusza Wasilewskiego. (Utwór pochodzący z płyty Rafała Wojaczka Ballady Bezbożne)


Czytaj więcej

piątek, 23 listopada 2012

Proszę państwa, oto pan(i) Jones

Potrzebowałam czegoś, co pozwoli na mały reset umysłowy. Czegoś lekkiego, nie zmuszającego do myślenia, nieskomplikowanego, czegoś jak głupia komedia omyłek, która daje rozrywkę na chwilę, żeby po tej chwili szybko o niej zapomnieć. Ponieważ kiedyś tam przeczytałam parę książek Katarzyny Grocholi, miałam w pamięci, że są właśnie lekkie, a nawet bywały zabawne. Dlatego gdy zobaczyłam w bibliotece Houston, mamy problem, wzięłam ją na zasadzie odruchu. Na reset. I jakkolwiek nie była to zła książka, jak również spełniała podstawowe wymagania (niewymagająca, lekko napisana) tak jednak przez to, że chwilami irytowała, reset nie był do końca udany.

Główny bohater, choć mężczyzna o oryginalnym imieniu Jeremiasz, jest wypisz wymaluj kolejną wersją słodkiej Bridget Jones. Podobnie jak Bridget koncertowo rozwala sobie w życiu to, co dla niego najważniejsze (ważną rozmowę o pracę, czteroletni związek), podobnie jest flejowaty i niezorganizowany, podobnie jak ona nie potrafi słuchać i ma manierę, że jeśli on uważa, że ktoś mówi coś innego niż mówi to tak jest (przez co znowu traci szansę na pracę), ma podobnie jak ona uprzykrzającą życie mamusię, która podobnie jak mamusia Bridget ma zwyczaj zaczynania zdania zawsze w ten sam sposób, upiornego dzwonienia w najmniej dogodnych momentach i matkowania, mimo, że Jeremiasz ma 32 lata i doprawdy, mógłby dorosnąć. Mniej więcej do połowy książki miałam przekonanie, że Grochola zrobiła czytelnikowi poważnego psikusa, pisząc nową wersję przygód Bridget Jones tylko w adaptacji do polskich warunków i zmieniając płeć, ale tak naprawdę pisząc dokładnie w tym samym duchu i z tymi samymi wpadkami, oraz problemami (znaleźć kobietę życia - choć ta kobieta jest w zasięgu ręki-  i pracę w zawodzie). Szczęśliwie jednak dla całej treści są w tej książce watki naprawdę fajne i ciekawe. Jeremiasz z zawodu i z pasji jest operatorem filmowym, który mistrzowsko wyczuwa światło, stąd  czytanie o historii powstawania ważnego dla Jeremiasza filmu, Lipa, o drzewie, które oglądał przez całe swoje życie z okna domu rodzinnego, było naprawdę świetnym kawałkiem. Oprócz tego Jeremiasz to ornitolog - amator. Opisy związane z życiem ptaków, podglądaniem ich obyczajów i zachowań to kawał świetnej prozy, z plastycznymi, żywymi opisami przyrody i emocjami, jakie ona wzbudza. A trzecim plusem, jaki zaliczam dla tej powieści to postać Ingi, mądrej dziewczyny, która próbuje Jeremiaszowi parę spraw uświadomić, ale jak napisałam, nasz bohater cierpi na chroniczną niezdolność do słuchania. Dlatego zajmie mu aż 500 stron tekstu odkrycie jego własnej Ameryki.

Minusów, oprócz pierwszej połowy wyciętej żywcem z Dziennika Bridget Jones jest jednak trochę więcej. Indolencja głównego bohatera w kwestiach zasadniczych to jedno, ale parę spraw mi się nie podobało szczególnie. Jeremiasz nie jest przedstawiony ani jako osoba wierząca, ani jako osoba, która ma jakieś wyznanie, toteż niespecjalnie do mnie przemówiła wizyta w kościele i przebieg rozmowy z księdzem. Wtłoczenie do treści powieści opowiadania, jakie było opublikowane w Bluszczu jakieś półtora roku temu, które zasadniczo zmienia sposób wypowiedzi jednej z bohaterek, również wydaje mi się dziwnym zabiegiem. Staram się jednak docenić fakt, że spędziłam z tą książką parę przyjemnych godzin, ostatecznie więc uznaję ją za lekką i przyjemną lekturę.


Houston, mamy problem, Katarzyna Grochola, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012


---------------------

Kaye zaskoczyła mnie wyróżnieniem w zabawie blogowej Liebster blog. Czyli stało się to czego się obawiałam, bo to jest coś jednocześnie miłego i wprawiającego w zakłopotanie. Wydaje mi się, że pisząc o książkach oddaję jakiś kawałek siebie, więc odpowiadanie na pytania dodatkowe.. jest trochę chyba zbędne. Ale korona mi z głowy nie spadnie, zatem poniżej moje odpowiedzi (jedno pytanie omijam ponieważ nie dotyczy mojej sytuacji życiowej):


1.   Czy prowadzenie bloga wzbogaciło Twoje życie? Jeśli tak, w jaki sposób?
Jeśli chodzi o aktualny blog - to chyba jeszcze nie mogę się do końca wypowiedzieć. Jestem na blogspocie od maja, więc zaledwie pół roku. Cały czas mam poczucie, że jestem tu początkująca. Ale mój pierwszy blog, związany z zupełnie inną tematyką, wzbogacił mnie o kilka fajnych znajomości, które swoją kontynuację znalazły w rzeczywistości pozablogowej.

2.  Z jakiego wpisu, który został opublikowany na Twoim blogu jesteś najbardziej dumny/a i dlaczego?
Mam tę wadę, że nic nigdy nie jest przeze mnie wykonane dobrze, zawsze znajdę jakiś błąd, usterkę, coś co mogłabym lepiej zrobić, napisać, opowiedzieć (problem perfekcjonistki). Ale lubię te swoje wpisy, które wynikają z prawdziwych zachwytów nad książką. Jak te o Krzysztoniu, Hłasce, czy Stasiuku.

3. Czy możesz podać przykład książki, której ekranizacja jej dorównuje lub ją twórczo uzupełnia?
Nie mogę, bo nie lubię ekranizacji w ogóle.

4. Jak definiujesz "szczęście"?
Dla mnie szczęście to prosty pakiet - Marcin (mój mąż), Potwory (nasze zwierzaki) i książki. Przy mnie i ze mną. I to jest szczęście.

5.   Czy historia rzeczywiście jest "nauczycielką życia"? Jaka jest Twoja opinia?
To się nazywa zadać trudne pytanie! Z jednej strony jest, bo uczy nas jak nie powinniśmy postępować, jakich błędów nie popełniać. Tylko, że człowiek, choć istota inteligentna, nie bardzo potrafi się uczyć.. Dlatego mam ambiwalentne odczucia, czy faktycznie jest "nauczycielką życia". Jeśli tak, to musi popracować nad metodami dydaktycznymi chyba..;)

6.   Kto jest Twoją największą inspiracją?
Richard Feynman, Frida Cahlo, Irvin Yalom, Jerzy Krzysztoń.

8. W jakiej umiejętności chciałbyś/łabyś się doskonalić?
W tak wielu.. Że zostawię tę odpowiedź właśnie tak :)

9. Co najbardziej lubisz w miejscu, w którym mieszkasz?
Wszystko! To moje prywatne Eldorado, nie muszę nic zmieniać.

10. Jeśli mógłbyś/mogłabyś przywrócić do naszego życia jedną staroświecką rzecz/zwyczaj, co by to było?
Naukę kaligrafii :)

11. Jakie jest Twoje najszczęśliwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Wszystkie wydarzenia, sytuacje, rozmowy z moim tatą, związane z moim tatą, spędzone z moim tatą.


Czytaj więcej

czwartek, 22 listopada 2012

"Cyrograf dojrzałości" Jerzego Krzysztonia

Jerzy Krzysztoń debiutował w roku 1949, w wieku zaledwie 18 lat, opowiadaniem Wspomnienia indyjskie, które weszło w skład zbioru opowiadań Opowiadania indyjskie, wydanego później w 1953 roku, który z kolei był summą doświadczeń związanych z przymusową emigracją do Kazachstanu, a później ewakuacją całej rodziny do Iranu, skąd los przerzucił ich jeszcze do Indii, a później Ugandy. Opowiadania indyjskie zawierały 9 opowiadań i nowel opatrzonych przedmową oraz słowniczkiem wyrazów obcych, czego niestety w późniejszych wydaniach już zabrakło. W związku z dbałością z jaką wydano Opowiadania indyjskie zbiorek zatytułowany Cyrograf dojrzałości wypada blado - nie ma przedmowy, nie ma słowniczka, druk jest mały i nieznośnie zbity, okładka niczym w celofanie, który wydaje się, zaraz odejdzie z niej niczym stara skóra z węża. Dlaczego jednak wspominam o Opowiadaniach indyjskich? Ponieważ Cyrograf dojrzałości zawiera cztery opowiadania, które właśnie pochodzą z tego pierwotnego wydania: Powiastkę o przewoźniku, Ojcowską koszulę, Dzień targowy i Białogębego. Jest też coś co łączy te cztery opowiadania - wszystkie dzieją się w Indiach, miejscem akcji jest Bombaj, oraz wszystkie dotykają tego samego problemu - biedy, głodu i niesprawiedliwości klasowej. Każdy z jej bohaterów przeżywa dramat życiowy związany z tym, że pochodzi z biednej rodziny, że próbuje wywalczyć dla siebie lepsze jutro, że musi walczyć o przeżycie ciężką, znojną pracą. Wśród tych czterech tytułów nowela Dzień targowy ma  przejmujący wydźwięk, jej zwarta fabuła, zawierająca się na kilku stronach, przedstawia ten dramat w sposób szczególny. Oto ojciec próbuje zdobyć pracę dla siebie, na wszelkim możliwym stanowisku, żeby utrzymać córkę. Jego własny sklep świeci pustkami, nie ma już towaru, nie ma funduszy na zakup nowego. Jedynie słońce jest stałym klientem. Gdy sytuacja dojrzewa do wyboru między śmiercią głodową własnego dziecka, a jakimkolwiek działaniem, Ram Sanadż decyduje się na działanie, które wstrząsa czytelnikiem i wywołuje mnóstwo refleksji. Nowela ta powstała w 1951 a jakże pozostaje aktualna..

Pozostałe trzynaście utworów wyróżnia się od tych pierwszych czterech miejscem akcji (w większości mają miejsce w Polsce, oprócz dwóch opowiadań: Oby dniem wskrzeszenia był, oraz Panna radosna , których miejscem akcji są kolejno: Włochy i Anglia)  oraz tematyką. Nadal jest to los człowieczy, nadal ważne problemy, ale związane już z odmienną sytuacją. Pojawia się temat rozrachunków wojennych (Nazajutrz po wojnie) oraz związanych z wojną stratami (Na kółkach), czy przyjaźniami (Rocznica Mercedesa), ale także próby ułożenia sobie życia w powojennej Polsce (Koralik), czy już takie bardziej przyziemne, problemy młodych, dojrzewających chłopców (Cyrograf dojrzałości, Randka). Nie brakuje też rozważań dotyczących natury człowieka, który w porywie namiętności potrafi chwycić za broń sporządzoną z rozbitej butelki (Sekret), czy nie potrafi odnaleźć samego siebie w relacjach rodzinnych (Syn). Cyrograf dojrzałości zawiera siedemnaście utworów, każdy jest oryginalny, każdy jest inny. Łączy je jedynie główny bohater, za każdym razem męski, ale w każdym utworze jest on w innym wieku, w innej sytuacji życiowej, z inną filozofią, innym imieniem i sposobem bycia. Gdy jest młody jego głowa nabita jest świeżymi pomysłami, namiętnością i próbą odnalezienia samego siebie. Czasami ten sam młody cierpi z powodu ran wojennych (jak utrata nóg w Na kółkach) czasami jest zwyczajnie postrzelonym młodzieńcem, który kombinuje jak poderwać dziewczynę (Randka) Starszy jest doświadczony o różne wydarzenia, szczególnie te wojenne, które pozbawiły go rodziny, nadziei, spochmurniły jego sposób myślenia. Na szczególną uwagę na pewno zasługuje Nazajutrz po wojnie, którego dramatyczna fabuła długo jeszcze pozostaje w myślach. Los człowieka rzuconego w wir wojenny, w wir wydarzeń, które potwierdzają ludzką zawiść, brak litości i kreatywność w torturach, człowieka, który odnajduje całą swoją rodzinę powieszoną na belce domu.. Który nie chce już żyć, ale zamiast zginąć podczas jakiejś bitwy okrywa się sławą i odwagą. Ale to nie odwaga. To pęd ku śmierci. Ku zatraceniu. I refleksje o tym, czy naprawdę warto dalej żyć, jak próbuje go przekonać jego współtowarzysz. I spotkanie Niemca, jednego niedobitka na drodze, i pokusa, żeby zabić..

Bohaterowie Krzysztonia nie postępują w jakimś odgórnie ustalonym schemacie. Mają swoje sekrety, swoje przemyślenia, swój bagaż doświadczeń, który na ogół milcząco dźwigają. Są przede wszystkim ludzcy w swoich działaniach. Popełniają błędy i ich żałują. Tęsknią i rozpaczają. Przeżywają swoje dramaty. A czasami po prostu kochają i próbują złapać kawałek swojego szczęścia. Jedno z opowiadań, jakby dla równowagi pośród kilkunastu dramatów, ma odrobinę wątku humorystycznego. Oby dniem wskrzeszenia był jest historią żołnierza, którego uznano za martwego, a który próbuje udowodnić wszystkim, że żyje. Powstaje prawdziwa komedia omyłek, ze szczęśliwym zakończeniem.

Dla mnie wszystko to, co napisał Krzysztoń, parafrazując krytyka literackiego Krzysztofa Masłonia, jest po prostu najlepsze. Nie umiem obiektywnie ocenić jego prozy. W moim odczuciu jest genialna.



Cyrograf dojrzałości, Jerzy Krzysztoń, Państwowe Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1975


Czytaj więcej

wtorek, 20 listopada 2012

"(...) zostawić taki obrazek swojej wrażliwości"

Gdy wczoraj skończyłam czytać Cyrograf dojrzałości zamknęłam oczy. Pod powiekami powidok słów Krzysztonia. Ciąg myśli, korowód obrazów, metafor i postaci. Zasnęłam ukołysana kolejnymi frazami.



Dlatego dziś dla odmiany.. Zostawiam fragment. Bez zbędnych zachwytów własnych i komentarzy.
Tytułem wstępu dodam tylko, że Cyrograf dojrzałości to zbiór nowel i opowiadań (jest ich w sumie siedemnaście). Część z nich była wcześniej wydana w tomiku Opowiadania indyjskie.


Koralik

Kto tam? - usłyszał jej głos. - Kto tam?
- Podejrzany typ o nocnej porze. Lepiej mu nie otwieraj dziewczyno.
Zanim nacisnął dzwonek, długo stał pod drzwiami, wpatrzony w mosiężną tabliczkę, w obnażone mięśnie drzewa pociągnięte politurą , z żywym pulsem w skroni - drzwi się uchyliły, ujrzał trzepot światła na jej włosach, przylgnęła do niego zwinnym ruchem,
- Nie rzucaj się opryszkom na szyję - powiedział
- Romek, Boże. Zaraz się rozpłaczę... Ty się nie śmiej . Oczy masz te same.
- Nawet pachnę. Ogoliłem się. Ostrzygłem. Wdziałem pożyczony garnitur. Zionę naftaliną. Prosto z antymolowego worka.
- Nie pocałujesz mnie?
- Sama jesteś Marta?
- Jeszcze nie wrócił z pracy - powiedziała. - Późno przychodzi.
- Twój stary nie byłby tak wniebowzięty, gdyby mnie tu zobaczył.
- Trzy miesiące. Mój Boże. Nareszcie cię zwolnili!
- Nie wpuścisz mnie do mieszkania?
Robiła wrażenie oszołomionej niespodzianką, wydało mu się jednak, że jest sztuczna i nieszczera, jakby obmyśliła scenę powitania do najdrobniejszego gestu i tylko nieprzewidziana trema psuła jej szyki; nawet wówczas, gdy schwyciła go za rękę wiodąc do wnętrza, podejrzewał, że wolałaby zostawić go za drzwiami. Pokój jej w niczym się nie zmienił, ten sam niefrasobliwy klimat wdzięku i wyobraźni, który nawet by katorżnika natchnął swobodą. Ze zdumieniem spostrzegł fotografię na stoliku przy tapczanie, obok lampki z brzozowego sęka.
- Trzymasz tego faceta w ramkach? Zastanawiająco podobny do mnie. I stary ci pozwala?
- Kładę pod poduszkę
- Tego się spodziewałem - zaśmiał się i odsunął ją lekko, gdy nachyliła twarz do pocałunku. - Usiądź pod lampą. Połóż ręce na stole. Nie bądź taka poważna. Zrób taką minę, jakbyś chciała kichnąć. No. O, właśnie!...- wpatrywał się przymrużonymi oczami. - Taką cię zapamiętałem... Rany boskie, któregoś dnia, akurat była grochówka w misce, byłem głodny i nie mogłem przełknąć ani łyżki, zapomniałem, jak ty wyglądasz. Słowo daję. Wiesz, człowiek chce coś sobie przypomnieć i za Boga nie może. I raptem. Nie wiem, chyba po dwóch dniach. Olśniło mnie! A co by było, gdybyś kiedyś nie kichnęła w mojej obecności?
Wstała szybko od stołu z iskierką w oczach, przyjmując kpinę jak najczulsze wyznanie; spojrzał na nią zbity z tropu; sporo wdzięku jawiło się w jej grze i gubił się chwilami; wyglądała swobodnie, w obcisłym sweterku, który świadczył jej piersiom zgrabny komplement.
- Zgadnij, co się zjawi na twoje powitanie?
- Twój stary, jeśli Bóg da.
Uklękła na podłodze i spod stolika wydobyła obrośniętą kurzem płytę. Dmuchnęła marszcząc nos, obłoczki zwiewne zawirowały w smugach lampy, pochyliwszy czoło dmuchnęła jeszcze mocniej podnosząc istny hamsin, burzę pyłu, zanurzając się w niej bez troski o urodę, z lekkomyślną co najmniej brawurą. Zasłonił nos i usta, póki żywioł nie ochłonął poskromiony kołysanką Gershwina.
- Pięknie, co? - powiedziała z uśmiechem.
- Co pięknie?
- Zdmuchnęłam trzy miesiące.


Cyrograf dojrzałości, Jerzy Krzysztoń, Państwowe Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1975, str. 180-182




Nagłówek jest cytatem z wypowiedzi Jerzego Krzysztonia z filmu Errata do biografii. Jerzy Krzysztoń.
Czytaj więcej

niedziela, 18 listopada 2012

Powrót do domu naJeżony trudnościami

Powinnam zacząć od wpisu w księdze skarg i zażaleń, do autora, że tak długo musiałam czekać na kontynuację Świata Zero (dodatkowo po pierwszej zakończonej w takim momencie!), ale ponieważ z założenia wybaczam ulubionym autorom to wpisu nie będzie. Ważne, że wyczekałam, potem jeszcze przeczekałam empikową pazerność (programowo nie lubię przepłacać, więc Empik omijam szerokim łukiem), ażeby nareszcie w piątek dorwać w mojej ulubionej księgarni drugą część Felixa, Neta i Niki o Świecie Zero.

O tym jak to było w 2004 roku, kiedy zaraz po pojawieniu się pierwszej części przygód trójki warszawskich gimnazjalistów zaczęłam czytać o przygodach Felixa, Neta i Niki, pisałam w zeszłym roku, więc nie będę się powtarzać. Dość dodać, że na kilka zaledwie czytanych cykli, tylko na Jeżycjadę i na cykl Rafała Kosika rzucam się w zasadzie zaraz po premierze, bo nie umiem czekać dłużej. Ot, mentalność nastolatki się odzywa. Nic tak jednak  nie odpręża jak właśnie taka lektura, dlatego naprawdę cieszę się, że premiera nastąpiła właśnie teraz. Potrzebowałam takiej odskoczni.

Felix, Net i Nika, trójka przyjaciół, która ma za sobą przygód bez liku, bardzo chciała mieć nareszcie spokojny rok. Jak zwykle pewne życzenia nie chcą się spełniać w ogóle, zamiast więc tego mają kolejną bardzo niespokojną i niepokojącą przygodę. Po niefortunnym przejściu przez testowany w Instytucie Pierścień (co było pomysłem niefrasobliwego Neta) trafiają niby do do swojego świata, ale zaczynają w nim dostrzegać różnice. Nieprawidłowa praca domowa, czy skład klasowy to mały problem, problem zaczyna się gdy po kolejnej próbie przejścia przez Pierścień, w celu odwrócenia efektu, znika bratosiostra Neta, czyli kilkumiesięczne bliźniaki, rodzeństwo Neta. Odtąd cała trójka próbuje trafić z powrotem do domu, przechodząc przez Pierścień po wielokroć, aby wrócić do swojego świata, do Świata Zero, gdzie będzie istniała Laura, do której poczuł żywsze uczucia Felix, będzie istnieć rodzeństwo Neta i stara kamienica na Pradzie, w której mieszka Nika. W kontynuacji Świata Zero ilość alternatywnych światów jakie przyjdzie im zwiedzić będzie znowu spora, a alternatywnych rozwiązań historycznych cała rozmaitość. Pojawią się w świecie, gdzie okupacja niemiecka nie została nigdy zakończona, a rodzice Niki żyją, przez co będzie im bardzo trudno opuścić ten właśnie świat. Dziewczynie będzie ciężko podjąć decyzję o kolejnym skoku, który zresztą nie zaprowadzi ich wcale do domu, a do świata, gdzie Powstanie Warszawskie zakończyło się sukcesem, ale podzieliło jednocześnie Warszawę na dwie części. Przyjdzie im jeszcze przeżyć niezwykłe przygody w świecie, w którym nigdy nie doszło do rozbicia dzielnicowego, ani powstania demokratycznego państwa, a Polska jest tak rozległym terytorium, że graniczy nawet.. z Chinami. Wątkiem zaś stałym i irytującym jest agent Mamrot, który jak Matrixowi agenci, pojawia się w każdej alternatywnej rzeczywistości, z tym samym irytującym zestawem zachowań i pytań, oraz tajemniczy Złoty Jeż, co do którego istnienia przyjaciele nie są do końca pewni, a z którym spotkanie.. niewątpliwie ich zaskoczy.

Ta część cyklu to idealny przykład na to jak kreatywny może być warsztat pisarza. Wymyślanie kolejnych rozwiązań historycznych wydarzeń ma wartość dodaną, bowiem pisarz mimochodem pozwala czytelnikowi na przyjrzenie się tej prawdziwej historii, co jak sądzę jest w takim wydaniu nawet największego marudera zachęci do powtórki z lekcji historii.Tu mam na myśli oczywiście czytelnika, do którego jest skierowany cały cykl, czyli do prawdziwej młodzieży, nie młodzieży z VATem, jak ja. A taki czytelnik jak ja myślę, że z przyjemnością podejmie tę grę autora, grę pod tytułem, jakby to było gdyby..

Oczywiście każdy wielbiciel tego cyklu dostanie tu to co najważniejsze - rzetelnego i analitycznego Felixa (mój faworyt bez dwóch zdań), niezwykłą Nikę, która dzielnością mogłaby zakasować niejednego chłopaka i roztrzepanego i działającego w myśl zasady "najpierw czyny potem przemyślenia" Neta, który irytująco wpakował superpaczkę w całą tę kabałę. Plus interesujące dialogi na temat alterświatów, ciekawa fabuła i przygody i całe czytanie trwa zdecydowanie za krótko! Ech..

Zdecydowanie Świat Zero dołącza do mojej listy ulubionych części. Noo dobrze, w zasadzie wszystkie są ulubione. Chyba tylko Pałac Snów podobał mi się najmniej..;)


Felix, Net i Nika oraz Świat Zero 2. Alternauci. Rafał Kosik, Powergraph, Warszawa 2012
Czytaj więcej

czwartek, 15 listopada 2012

Rozgoryczony, rozżalony, ale pełen opowieści. Hłaskower na emigracji.

Życie, które mi dano jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa. *


Gdyby mi ktoś powiedział jeszcze jakiś czas temu, że podczas lektury książek Hłaski będę nie tylko czerpać przyjemność z czytania, ale jeszcze się zachwycać tym co Hłasko napisał, to naprawdę pomyślałabym, że albo ten ktoś zna mnie za słabo, albo przecenia Hłaskę. Albo jedno i drugie. A tu proszę. Czytając Pięknych dwudziestoletnich miałam olbrzymią ochotę po prostu żywcem przepisywać kolejne akapity.  Bo choć to proza pełna rozgoryczenia, żalu i tęsknoty, bo choć wspomnienia dotyczą szarej polskiej rzeczywistości powojennej, to jednak Hłasko ma celne uwagi odnośnie życia, korzysta z ciekawej i pięknej symboliki, a między akapitami dużo mówi o przeżyciach, z których pozornie cynicznie kpiąc, tak naprawdę oddaje swój ból i ogrom doświadczeń.

Piękni dwudziestoletni powstało jako zbiór wspomnień związanych z emigracją i brakiem możliwości powrotu do kraju. Jest próbą rozrachunku dotyczącego pierwotnie decyzji własnej o przedłużeniu emigracji, a potem już związanej z utrudnieniami i niemożliwością tego powrotu w związku z decyzjami władz. Przy okazji jest formą autobiografii, krytyki literackiej, oceny kondycji polskiej literatury, historii oraz aktualnej sytuacji społeczno - politycznej. Jest zbiorem anegdot i wspomnień związanych z różnymi ludźmi. Jest ciągłym opowiadaniem, tak jak mu poradził Newerly.

Wątki autobiograficzne są przeplatane z anegdotami. Wyłuskiwanie ich jest wbrew pozorom przyjemną częścią lektury. Hłasko jako dziecko nie radził sobie w szkole, której ostatecznie nie udało mu się zakończyć. Że tak było, przyznaje bez żadnych skrupułów i upiększania rzeczywistości:

Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki do czytania - tak, że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą, matematyką i chemią zachodzi jakakolwiek różnica i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąkolwiek cyfrę; jeśli to się w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepchałem się tylko dzięki temu, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego.**

Zresztą, do całego swojego życia ma bardzo zdystansowane podejście  Gdy szkoły nie ukończył obowiązek państwowy zmusił go do podjęcia pracy. Zaczął już w wieku 16 lat. Imał się różnych zawodów i poznał specyfikę pracy w powojennej Polsce. A zatem po pierwsze wielkie krętactwo, mataczenia, oszustwa i przekupstwo. Uczy się cynicznego, brutalnego życia, które wymaga ciągłego przepychania się łokciami. Ale chce pisać. Pracę traktuje jako życiową konieczność, cel jaki widzi dla siebie jednak ma związek z twórczością. Dlatego nawet gdy  UB go zgarnia i postanawia zrobić z niego szpicla (każde przedsiębiorstwo miało komórkę Urzędu Bezpieczeństwa, a jego referent miał swoich kapusiów wśród pracowników), on to wykorzystuje na swój sposób. Informuje o tym kolegów, ci przekierowują go do samodzielnej pracy, tak by nie miał możliwości nic widzieć, a zatem nic zaraportować i zaczyna się pisanie kreatywnych raportów. Jak stwierdził sam autor tychże lipnych donosów, zawdzięczał im całkiem sporo, ponieważ rozwijało to jego fantazję i podnietę twórczą***. Pisanie jednak w powojennej Polsce jest mocno utrudnione. Działa cenzura, nie można swobodnie się wypowiadać i choć opowiadania Hłaski są filmowane, to nie są wydawane (!). Takiej Polski jak on widzi, twierdzą jego przeciwnicy, po prostu nie ma. To uczucie, że patrzy na świat innymi oczami niż reszta ludzkości jeszcze nie raz się powtórzy.

Pomimo rozgoryczenia Polską Hłasko do tej Polski tęskni cały czas. O sobie, że jest Polakiem, mówi z nieukrywaną dumą. Rozmyśla nad tym co aktualnie się w kraju dzieje, chociaż nie może do niego wrócić. Zostawia gorzką pigułkę o tym jak dzisiejsi piękni dwudziestoletni nie przejmują się losem swojego kraju:

Ci wszyscy chłopcy, z którymi ja zaczynałem, wiedzieli, że jest fatalnie, ale czekali przez lata, aby móc napisać jeden wiersz, jedno opowiadanie; aby móc namalować jeden surrealistyczny obraz czy też wystawić rzeźbę niepodobną do niczego. Ale to byli wszystko ludzie, którzy wbrew faktom i
wbrew wszystkiemu co działo się dokoła, usiłowali zachować wiarę, że nadejdzie chwila, w której wolno będzie powiedzieć: nie. My, łysiejący już i nie piękni, i nie dwudziestoletni, mieliśmy tych parę kroków w słońcu; jedni z nas robili to gorzej, drudzy lepiej, nie powstały w tym czasie dzieła o wielkiej wartości, ale być może przydadzą się one przyszłym kronikarzom jako dowody nędzy i nieudolności i jako dowody niemocy człowieka żyjącego w koszmarze, nie znajdującego w sobie siły, aby to wyznać. Ale jak powiedziałem: byli to ludzie, którzy wierzyli, że wolno im będzie powtarzać tylko to jedno najważniejsze w życiu każdego człowieka słowo: nie.
Kiedy dzisiaj spotykam ludzi pięknych, dwudziestoletnich i rozmawiam z nimi, przeraża mnie jedno: wszyscy oni wiedzą, że w Polsce jest źle; wszyscy nie mają złudzeń co do tego, że Polska jest krajem okupowanym ; natomiast nikogo to z nich specjalnie nie interesuje.****


Chęć by spisać całość tekstu ciągle we mnie tkwi. To jest niesłychane jak jego lektura objaśnia czemu Hłasko był taki, jaki był. Skąd ten cynizm i świat bez skrupułów w jego utworach. Dopiero teraz rozumiem, że trzeba go czytać między wierszami. Wtedy wyłania się zupełnie inny obraz, obraz człowieka, któremu przypadło w udziale żyć w okropnych czasach, z którymi próbował zmagać się na swój sposób, z postawą, że ma to wszystko gdzieś, chociaż tak naprawdę, to wszystko to go strasznie bolało.

Wydawca książki pisze, że długo Pięknych dwudziestoletnich nie można było wydać w Polsce - daty to pięknie dokumentują: Hłasko ukończył książkę w 1966, moje wydanie pochodzi z 1989 roku. Jednocześnie w krótkim wstępie ów wydawca dyplomatycznie umywa ręce od poglądów głoszonych przez Hłaskę, ciesząc się tylko tym, że nareszcie mógł książkę dostarczyć czytelnikowi. Czasami Hłasko jest istotnie dosadny. Czasami zbyt cyniczny. Czasami zbyt mroczny. Ale szczerze mówiąc w takiej sytuacji w jakiej się znalazł trudno o lepszy sposób ekspresji swojej opowieści.


Piękni dwudziestoletni, Marek Hłasko, Czytelnik, Warszawa 1989
*. str. 13
** str. 8
*** str. 46
**** str. 158
Czytaj więcej

wtorek, 13 listopada 2012

W poszukiwaniu piątej strony świata

Naszą bibliotekę miejską mogłabym zachwalać bez końca. Niby nieduża, niby tylko trzy pomieszczenia zajmuje, które w całości pewnie są wielkości naszego mieszkania (choć znowuż małego mieszkania nie mamy, dumne 65,5 m kwadratowego to nasza powierzchnia  mieszkalna, którą powoli wypełniamy książkami..), niby nie wszystkie działy rozbudowane (część literatury obcej wrzucona do jednego "wora") a jednak.. Złego słowa nie dam powiedzieć, peany pochwalne mogę pisać. Wybór jest ogromny, na dodatek nasza biblioteka stara się nadążać za nowościami, nie ujmując nic klasyce. Panie bibliotekarki - cudowne. Nie tylko poratują człowieka wolną reklamówką, gdy jak ten głupek rzuci się na sześć książek i nawet nie zabrał ze sobą żadnej torby, nie tylko pomogą szukać w przepastnych półkach, gdy człowiek ślepy czasami opisu nie zauważy, ale jeszcze biorą pod uwagę sugestie czytelnika (a ma ten czytelnik sugestii bez liku ;D) co ewentualnie można do biblioteki dokupić. Na dodatek jeśli ktoś nie ma sumienia wyrzucić książki może ją zostawić na półce na półpiętrze, przed wejściem do biblioteki. Stamtąd jeśli ktoś ma życzenie, może ową porzuconą zabrać. I tak właśnie trafiła do mnie książka Adama Bahdaja Gdzie twój dom Telemachu?. Stan - jak wyciągnięta z piwnicy, w której mogła przeżyć parę kataklizmów, a przynajmniej zalanie wodą. Sugeruje to zgrubienie kartek, dziwna ich sztywność i zapach. Ale jest cała! Strony są wszystkie, a ja nie wybrzydzam, o ile książka jest w całości. Poza tym ma dokładnie 30 lat od momentu wydania, więc jest mi bliska wiekowo. Radość więc miałam niesamowitą unosząc ją z biblioteki razem z innymi wypożyczonymi powieściami.

Już na okładce widnieje krótka notka biograficzna Bahdaja, która sugeruje, że niestety ta powieść jest kontynuacją Telemacha w dżinsach. Nic jednak straconego, ponieważ autor tak ładnie wprowadza a fabułę, że można łatwo się domyślić, co wydarzyło się w tej wcześniejszej powieści. Czyli nie gubiąc wątku (ale z myślą, że nadrobić można) czytałam dalsze przygody Maćka Łańko, który dostał bardzo ciekawą propozycję, a za nią jak się okazało, kryło się zadanie niemalże syzyfowe. Które z kolei niczym po nitce do kłębka doprowadziło do prawdziwej górskiej przygody. Ale nie uprzedzając faktów..

Telemach był synem Odyseusza, który razem z matką czekał na jego powrót. Nasz Telemach, czyli Maciek Łańko, został porzucony przez ojca, na którego pewnie również czekał (nie znam niestety szczegółowo pierwszej części) razem z matką. Niestety matka wkrótce umarła i chłopiec otrzymał sądową opiekę. W pierwszej części są opisane jego zmagania z trudną rzeczywistością i próbą odnalezienia ojca. Próba się nie powiodła, spowodowała jakieś przykrości, przez które w zamieszkiwanym dotąd Jarzembinie Maciek przestał czuć się dobrze. Dlatego gdy pojawia się w jego życiu stryj Waldek chłopiec przyjmuje jego dziwną propozycję. A propozycją tą jest zamieszkanie wraz ze stryjem i jego świeżo poślubioną żoną, oraz zajęcie się jej synem, Krzysiem, bo wiadomo jedynaka zawsze gorzej wychowywać, a dwójka dzieci, to co innego. To, że na Maćka zrzucono pedagogiczny obowiązek pilnowania chłopaka, nasz Telemach uświadamia sobie trochę za późno, gdy już zgodził się na przeprowadzkę do Błażejowa. I cóż, obowiązek ten doprowadzi do wielu przykrych sytuacji, do matactw i w końcu świństwa, jakiego ofiarą padnie Maciek i które to świństwo wygna go właśnie w bieszczadzkie góry. Do Jojo, przyjaciela poznanego właśnie w części pierwszej. Czy Telemach odnajdzie w końcu swoje miejsce, swój dom?

To nie jest powieść naszych czasów. Nie ma komórek, laptopów, nie ma nadprzyrodzonych zdolności, ani wampirów czy wilkołaków. Jest to powieść czasów odległych, gdy internet był pieśnią przyszłości. Dla naszej dzisiejszej młodzieży, zapewne czasów bez mała przedpotopowych, gdy ludzie pisali do siebie listy a wiadomości z innych regionów kraju przychodziły z kilkutygodniowym opóźnieniem. A jednak jest to niezwykła książka. Pełna mądrości i ciepła. Ale nie ma tu roztkliwiania się nad sobą, załamywania rąk. Jest dzielny chłopak, który choć w życiu utracił to co najważniejsze, czyli dom, rodzinę, poczucie stabilizacji, to jednak ma w sobie hart ducha, dzielność i siłę by walczyć dalej. I szukać swojej piątej strony świata. "Czemu ja wcześniej nie czytałam Bahdaja?" zadałam sobie to pytanie, gdy utonęłam w tej powieści i wynurzyłam się dopiero po jej zakończeniu. Przecież to genialny pisarz!


Gdzie twój dom Telemachu? Adam Bahdaj, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1982

Chyba jeszcze.. ;) Tydzień bez nowości
Czytaj więcej

niedziela, 11 listopada 2012

"Biały kruk" Andrzeja Stasiuka

Można by rzec - początki znajomości. Bo to, co czytane na studiach, fragmentami zaledwie, na potrzeby zajęć, szczęśliwie dawno poszło w niepamięć. I dobrze, dobrze, lubię zaczynać od początku. Na świeżą głowę, na głowę już starszą, nieco może mądrzejszą, acz niekoniecznie.

"Biały kruk" kojarzy mi się z rzadką książką. Ale mi się wszystko kojarzy z książką, więc to naturalne, że nawet określenie dość uniwersalne na coś rzadkiego w sztuce, dla mnie ma ścisły związek z książką. Czym jest biały kruk Stasiuka? Nie powiem, włączył mi się przez chwilę, uśpiony od jakiegoś czasu filolog polonista, który niegdyś pochylał się nad każdym zdaniem szukając w nim ukrytego drugiego dna, wyjaśniając symbolikę, dopatrując się metafor w najprostszej konstrukcji zdaniowej. Biały kruk Stasiuka jest zagadką. Jest powieścią na poły wspomnieniową, na poły dramatyczną, na poły oniryczną. Mocno pobrzmiewa w niej Hłasko, Konwicki i Krzysztoń. Stasiuk czerpie pełnymi garściami z męskiej, mocnej literatury, tworząc jednocześnie coś niezwykłego i oryginalnego. Podoba mi się Stasiuk. I to bardzo.

Biały kruk opowiada w głównym nurcie o eskapadzie, jakiej podejmuje się grupka przyjaciół - czterech przyjaciół jeszcze z czasów podstawówki i piątego, który dołączył do nich całkiem niedawno. W nurcie pobocznym jest pełna wspomnień z ich warszawskiej młodości z okresu PRL-u. Stasiuk niewybrednie szarość PRL-u oddaje opowieściami o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie, samotności i wymyślaniu rozrywek, z racji ograniczonych możliwości. Nurt główny jest pełen niespodzianek i dziwnych zdarzeń. Ot, grupa wyrusza na swoistą partyzantkę, na przygodę, którą początkowo traktują z przymrużeniem oka, nie do końca dając wiarę Bandurce, który wymyślił ów wypad, że będą się działy rzeczy ważne i poważne. Kto wie, może to na życie i śmierć nawet wyprawa? Jest co prawda rok 1993, ale wydaje się, że surowy klimat bieszczadzkich gór przenosi ich gdzieś w czasie, gdzieś tego czasu może wcale nie ma? Poetyckie opisy, zaśnieżone drogi, śnieg, biel, śnieg. I pojawiający się dwukrotnie prawdziwy biały kruk, o dziwo, wraz ze stadem kruków czarnych, które nie wykluczyły go ze stada, traktują jak sobie równego.  Czy to był prawdziwy kruk w kolorze biały, czy tylko przewidzenie dwójki przyjaciół? Czy to wszystko naprawdę się działo, czy tylko wymyśliły to ich zmęczone głowy?

Wyprawa powoli zamienia się w istną robinsonadę, a potem ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości. Pojawia się choroba i strach. Pojawia się realne zagrożenie. Przyjaciele gubią się nawzajem, gubią gdzieś po drodze swoją przyjaźń, a przynajmniej to co w niej było dotąd najistotniejsze. Pojawia się zwątpienie. Wyprawa nie kończy się tak, jak to osobie wyobrażali. Właściwie trudno powiedzieć o zakończeniu, bo brakuje domknięcia. I znowu wyobraźnia rusza pełną parą.

Nie spodziewałam się tego. Że znajdę nagle nowego pisarza, któremu tak zawierzę od pierwszego spotkania, że myślę już gorączkowo o kolejnej jego powieści. Poetycka proza zawsze do mnie przemawiała. Przemówiła i tym razem.

Polecam.


Biały kruk, Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1996

Tydzień bez nowości
Czytaj więcej

sobota, 10 listopada 2012

Mała zmiana

Kapryśność pogody spowodowała i u mnie kapryśność. Ktoś kto do mnie zaglądał wczoraj wieczorem i dziś rano mógł zaobserwować..trochę zmian.. Myślę, że na tym zakończę szaleństwa i zostawię tak jak jest teraz.

uff :D

Czytaj więcej

piątek, 9 listopada 2012

"A lasy wiecznie śpiewają" Trygve Gulbranssen

Książkę prosto z mroźnej, XVIII-wiecznej Norwegii polecała niegdyś Padma u siebie na blogu, wymieniając lektury na lato. Dla mnie lato jest porą taką samą jak każda inna w ciągu roku, to znaczy, że nie mam wakacji (ech, nostalgia) i jak większość pracujących mam tylko 26 dni urlopu (chlip, chlip) toteż latem z racji dobrej aury raczej nadrabiam trudniejszą literaturę (co nie oznacza, że czytam tylko taką), a lżejszą tradycyjnie zostawiam na okres jesienno -zimowy. I tak listę lektur spisałam i zostawiłam sobie na ten okres. I o tak, przyjemnie się czyta o lasach targanych śnieżycą w ciepłym domku, u boku jednego z ciepłych Potworów (jakoś tak siadają przy mnie zmianowo, a czasami osacza mnie cała trójka), powoli, może czasami ze znużeniem, ale ogółem dość przyjemnie.

A lasy wiecznie śpiewają to saga rodzinna, która opisuje los kilku pokoleń rodziny Bjorndal, której klamrami spinającymi całość jest niestety śmierć. Początkiem jest śmierć protoplasty rodu, ojca dwóch synów Tore i Daga, którą to śmierć poniósł w ramionach niedźwiedzia, a koniec jest śmiercią syna Daga, nazwanego również Dagiem, którą poniósł gdy próbował ratować tonące dziecko. Początek sagi, dotyczący losów dwóch synów Tore i Daga, sprawia wrażenie powierzchownego podejścia do całej historii. Życie trwa jakoś wyjątkowo krótko, śmierć pojawia się wyjątkowo brutalnie, wszystko przemija niczym w kalejdoskopie, niczym burza. Za szybko. Jakby można było czyjeś życie skrócić do stu stron i powiedzieć - no i umarli. Umarła. Zginął. Dużo jest śmierci w tej powieści, pojawia się jako mściwa reakcja znieważonego młodzika, jako przypadek losowy na oblodzonej rzece, w której pęka lód, jako wreszcie rezultat rozpaczy po ukochanym dziecku. Dopiero w następnym pokoleniu autor bardziej pochyla się nad swoimi postaciami, przybliża je czytelnikowi razem z ich uczuciami, niepokojami i myślami, pokazuje jak rodzi się miłość. A narodziła się od jednego spojrzenia między Dagiem, synem Daga, a Adelajdą, dumną i wyniosłą dziewczyną, którą właśnie owa miłość odmienia. Gdy po trudnym roku pełnym niepokojów i pewności, że jej miłość jest nieszczęśliwa, jej życie odmienia się zupełnie po poślubieniu ukochanego, wydaje się, że wszystko powoli zmierza ku stabilizacji i szczęściu. Autor jednak wymyślił to sobie inaczej i ponownie każe cierpieć swoim bohaterom..

To co najpiękniejsze w tej książce to zdecydowanie opisy przyrody. Szczerze mówiąc w ogóle wywaliłabym z niej człowieka i zostawiła w niej tylko ten śpiewający las, śnieżycę, bądź wiosenne budzenie się do życia. Te fragmenty sprawiały, że chciałam czytać ją dalej, że czekałam na kolejne, w których znowu posłucham o przyrodzie. Pięknej, bezlitosnej i wiecznej. Niezapomniane wrażenia.. A fabuła.. Cóż, chwilami była zbyt przewidywalna, chwilami nieco nużąca, czasami za dużo było śmierci. Chociaż wiem, że autor ma rację, życie to śmierć. Ale czytanie o takiej ilości śmierci, niemalże jednej po drugiej, osób w różnych wieku, bo i dzieci i starców.. Jakoś tak nie nastraja optymistycznie. Muszę przyznać, że to jednak bardziej lektura na lato, bo przez takie fragmenty zbyt przytłaczająca. Gdy do tego spojrzeć za okno, za którym ciemno i ciągle pada.. To jakoś tak smutno się robi. Dlatego polecam jak Padma, na lato :)


A lasy wiecznie śpiewają, Trygve Gulbranssen, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1987

Tydzień bez nowości
Czytaj więcej

poniedziałek, 5 listopada 2012

Gdy nad głową tylko kamienne niebo

Jerzy Krzysztoń to moje prywatne, literackie odkrycie roku. Rzecz jasna nie ma co chwalić dnia przez zachodem słońca, a co za tym idzie, ferować wyroki o odkryciach roku, gdy ten jeszcze trwa, ale już wiem, już czuję, że nic tego odkrycia nie zdetronizuje. Już Obłęd mnie zachwycił, potem Wielbłąd na stepie tylko to podkreślił, a Krzyż Południa stał się kropką "nad i" całego uwielbienia.  Kamienne niebo odkładałam ciągle na później. Z nostalgią i tęsknotą, że oto ostatnia powieść Krzysztonia, jaka została przede mną. Dłużej jednak odwlekać lektury nie mogłam, bowiem tytuł co chwila pojawiał się przed moimi oczami, gdy wybierałam z półek kolejne tomy do czytania. Stało się. Przeczytałam wszystkie powieści Krzysztonia. Teraz na poprawę nastroju będę polować na zbiory z jego opowiadaniami.

Kamienne niebo wygląda niepozornie. Nieduża książeczka, z ilością ledwie 239 stron, już na początku zadaje kłam tym pozorom i ukazuje całe bogactwo treści, której fabuła zamknięta w przestrzeni jednej tylko piwnicy, z kilkorgiem tylko ludzi, daje więcej emocji niż niejedna siedmiuset stronicowa heroiczna powieść historyczna. Chwilami gdzieś po głowie chodziła mi Dziewczyna Leśmiana. Chwilami miałam wrażenie, że Krzysztoń ubiegł te wszystkie filmy z tytułem Cube niemalże o całą epokę. I nie potrzeba było do tego specjalnej techniki, nowoczesnego sprzętu ani wirtualnej rzeczywistości. Wystarczyła wojenna Warszawa, Powstanie Warszawskie, bombardowanie i uwięzieni pod gruzami ludzie. I groza nie do opanowania. A jednocześnie poetycki język, typowy dla wszystkich dzieł Krzysztonia, oraz niezwykłe dialogi, które mają ponadczasowy wydźwięk. I brak zakończenia, który rozbudza wyobraźnię, mimo ciszy i ciemności, jaka zapada po ostatnim zdaniu. Reszta, cóż, pozostanie milczeniem.

Trwa wojna. Trwa powstanie. Na zewnątrz świat oszalał. Padają strzały, giną ludzie, trwa bombardowanie miasta. Siedmioro ludzi decyduje się schronić w piwnicy budynku, w którym dotąd mieszkali i znali się jako sąsiedzi. Safianowa, która pracuje w kamienicy jako dozorczyni, utrzymując dzięki pracy męża. Hanka Rumińska, skrycie rozżalona wobec męża partyzanta, razem z córką Celinką. Ewa, niedoszła sanitariuszka, która w piwnicy przeżyje osiemnaste urodziny. Maniuś, złodziejaszek, drobny warszawski cwaniaczek i Profesor, wykładowca na tajnych kompletach, zakochany w Petrarce romantyk. Już wkrótce zostaje ich tylko sześcioro - mąż Safianowej wyjdzie po wodę i w tym czasie zacznie się kolejne bombardowanie. Sześciopiętrowa kondygnacja runęła. Sześcioro ludzi zostało w piwnicy. Bez jedzenia, bez tlenu, bez światła. Co prawda mają stos marchewki, którą ktoś przechowywał w owej piwnicy, mają jeszcze trochę nafty, ale są to skromne zapasy, które mogą starczyć na ile? trzy, pięć dni?

Groza nie od razu dociera do wszystkich. Są jeszcze złudzenia, że ktoś ich odkopie, że mąż Safianowej przeżył i sprowadzi ratunek, że to tylko kwestia czasu. Dlatego starają się racjonować marchew, robić przerwy w zapalaniu lampy. Wierzą w ocalenie, choć z chwili na chwilę ta wiara jest coraz chwiejniejsza, żeby ostatecznie...

Wcale nie byli przygotowani na najgorsze, nikt nie jest na to przygotowany. Wierzyli, że tak jak weszli, tak też wyjdą z tej piwnicy. Inaczej, gdyby nie mieli tej wiary, zostaliby wszyscy na górze i choćby im dawano dziesięć łomów i łopat nie zeszliby na dół. (..) Mieli do tej piwnicy zaufanie, chcieli żyć, a na górze nie było już miejsca do życia. Ufali, że znajdą je pod ziemią. Ta ich ufność wzmocniona o dwa, trzy kilofy byłaby może nawet coś warta, ale sama w sobie, jak się okazało, nie była warta nic. Śmieszna ufność, której człowiek się chwyta, kiedy nie ma o co się oprzeć, bo samo życie i śmierć zależy tylko od przypadku. *

W takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie można tylko czekać na cud. Czekać i ufać. Albo oszaleć od razu ze zgrozy, co spotyka już drugiego dnia biedną Safianową. Można też łudzić się, że nie tylko się ocaleje, ale też będzie można powoływać do życia nowe pokolenia, w co wierzy biedna Ewa.. Ostatecznie możemy tylko się domyślać, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi, bowiem powieść obejmuje tylko pięć dni ich uwięzienia. Co dalej? Ile dni udało im się przeżyć jeszcze? Czy nadszedł ratunek? Czy Ewa z Hanką zrobiły to co planowały? To można dopowiedzieć sobie już tylko w wyobraźni.

Nazwisko Krzysztonia jest dla mnie swoistą marką - marką dobrej powieści, która wciąga do tego stopnia, że w trakcie lektury zaczęłam tęsknić za światłem, wodą i czułam głód. Czułam chwilami przerażenie i klaustrofobię. Ale też zachwyt nad poetyckim językiem, nad niezwykłymi dialogami, w których a i owszem, sens powstania często jest poruszany.  Nad bohaterami, którzy choć wykazują słabości, nie tracą hartu ducha, nie tracą tego, co się nazywa ludzkimi odruchami. Tradycyjnie..z całego serca.. polecam. Krzysztonia polecam w ciemno.



Kamienne niebo, Jerzy Krzysztoń, ISKRY, Warszawa 1977
* str. 126-127

Tydzień bez nowości
Czytaj więcej

niedziela, 4 listopada 2012

"Jak miał na imię Bohun?", czyli o niezwykłym zielu

 To, że z Ziela na kraterze pochodzi ksywka, jaką rodzina nadała Cesi Żak wiedziałam od dawna (dla niewtajemniczonych- chodzi o Szóstą klepkę Małgorzaty Musierowicz). Ale mimo to jakoś nie było mi z tą książką po drodze. Myślę sobie, że może jednak dobrze się stało. Gdybym próbowała przeczytać ją wcześniej na pewno bym jej nie przeczytała do końca. To jak zmienia się moja czytelnicza mentalność potwierdza właśnie ten przykład. Niegdyś odrzuciłby mnie język Wańkowicza, karkołomne zdaniotwory i dziwne neologizmy. Teraz choć chwilę mi zajęło wgryzienie się w ten styl, mogę przyznać, że czerpałam przyjemność z lektury, nawet jeśli chwilami drażniła (choć przyznaję, że winię za to wydawcę, nie autora*).

Ziele na kraterze wpisuje się w te moje ostatnio dość intensywne zainteresowanie wspomnieniami, biografiami i autobiografiami. Powieść Wańkowicza jest bowiem zarówno swego rodzaju autobiografią, biografią rodzinną, jak i zbiorem wspomnień.  Najpiękniejsza, najciekawsza i najzabawniejsza jest ta część, w której Wańkowicz opowiada o dzieciństwie swoich dwóch córek, Krystyny i Marty.  Obie dziewczynki co i rusz zyskują nowe rodzinne ksywki i tak obie nazywane są Dudami,bądź Kocimi Ogonami, oddzielnie Marta ma stały pseudonim Tili lub Tiliporek, Krysia nazywana na początku Pytonem (bo zadaje dużo pytań) przechodzi w Strusia. Rodziców nie omija to nazewnictwo. Po pysznej lekturze rodzinnej W pustyni i w puszczy ON czyli tato dostaje już na stałe na cześć słonia Kinga, imię rodzinne King, mama z biegiem lat staje się na dobre Królikiem. Czas spędzają na zabawach, udawanych podróżach pociągiem, czytaniu Sienkiewicza. Szczerze uśmiałam się z tych dialogów między dziewczynkami, a Kingiem, który choć często pełnił funkcje domowego potwora, był również ich najwspanialszym bohaterem. Oprócz tego krętaczem, kłamczuchem i potwornym gawędziarzem.

Teraz dzieci stawały się większe, umiały rachować do tysiąca i nie dały się spławić. Wobec tego Tata czytający gazetę, albo coś tam majdrujący, ułatwiał sobie sytuację, odpowiadając byle co:
- Tata, co to znaczy "transcendentalny"?
- Nietutejszy.
- King, co to znaczy "eklektyczny"?
- To znaczy po grecku "idiota".
- Co to jest tracheotomia"?
- Zabieg leczniczy w weterynarii, pozwalający dać kotu lewatywę, wsadzając go w cholewę od długiego buta.**

Sienkiewicz jest dominującym autorem w domu Wańkowicza. Podczas lektury trylogii kilkuletnie smyki zabawiają się w wymyśloną grę w "zielone" na tematy z trylogii, w którą bawiły sie ze znajomym Taty, adwokatem Stanisławem Święcickim. To jemu zadały tytułowe pytanie (Jak miał na imię Bohun?) i cóż, pan adwokat odpowiedzi nie znał, zmyślając, że o tym w trylogii nie było.

- Jak to? A przecież Krzywonos mówi "Jurku, mój przyjacielu". ***

Wyłania się z tej powieści obraz wspaniałej, kochającej się rodziny. Dziewczynki dorastają i z czasem uwidacznia się każdej z nich inny charakter. Tili, która od dzieciństwa chciała zostać żoną i matką, okazuje ogromny hart ducha i wolę przetrwania, gdy przyjdzie jej wyemigrować podczas wojennej zawieruchy. Krysia, która początkowo wydaje się aspołeczna, unikająca kontaktów z ludźmi weźmie czynny udział w Powstaniu Warszawskim, w którym przyjdzie jej zakończyć swoje młode życie. Śmiałam się i płakałam podczas lektury. Śmiałam się z dorastających dziewczynek i ich pomysłów. Byłam wzruszona czytając fragmenty dotyczące początków II wojny światowej, a potem losów Powstańców.. Zaś list Kinga do nieżyjącej już Krysi.. Czytałam już poprzez łzy...

Ziele na kraterze obejmuje swoją fabułą okres tzw. dwudziestolecia międzywojennego, oraz okres wojny. Wańkowicz jednak czasami cofa się wspomnieniami do okresu sprzed odzyskania niepodległości, czasów własnej młodości i narzeczeństwa. Jednym słowem, burzliwy czas, gdy niepodległość odzyskiwano, a potem walczono o stworzenie państwa polskiego. Mimo, że rodzinę autora los wrzucił w bardzo niekorzystny historycznie czas, potrafią oni czerpać radość z życia, wyrastać niczym to biedne ziele na kraterze, które teoretycznie nie ma szans rozkwitu, wydawać owoce swoją pracą i pokazywać, że miłość.. to naprawdę wszystko czego człowiek może pragnąć od życia.

Jest w tej książce tak wiele wątków, że nie jestem w stanie przekazać nawet części z nich. Jest to niezwykła powieść, do której warto wracać. Jeśli pozostałe książki Wańkowicza są podobne.. to pewnie wkrótce dopiszę go do listy ulubionych pisarzy.

Książkę wypożyczyłam z ciekawości i z chęci zapoznania się z twórczością Wańkowicza, ale  wpisała się również w wyzwanie Tydzień bez nowości :)


* trafiło mi się niechlujne wydanie, bez tłumaczeń wszystkich zwrotów obcojęzycznych (a jest ich sporo po niemiecku, francusku, angielsku, w spolszczonym rosyjskim i litewskim, który jako jedyny przetłumaczono), z masą błędów,; żeby było ciekawiej to wydanie jest wydaniem lekturowym
** Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 1997, str. 45
*** tamże, str. 40
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.