czwartek, 31 stycznia 2013

O kobiecej bezwględności w dwóch opowieściach Jun'ichirō Tanizaki

Jest coś takiego w literaturze japońskiej, co ma na mnie pozytywny, nieco magiczny wpływ. Jeśli zgodzę się, że reaguję czasami emocjonalnie, jak na kobietę przystało, na wzmianki o miłości, to mogę za przykład podać tego typu literaturę. Dwie opowieści o miłości okrutnej, Jun'ichirō Tanizaki wyszukane pieczołowicie na Allegro, trafiły do mnie w wersji po usunięciu jej z księgozbioru pewnej biblioteki, a więc z zatrzęsieniem pieczątek, ale za to w bardzo dobrym stanie. Szczerze mówiąc ostatnio darzę takie wydania ogromnym sentymentem. Taki mój mały wehikuł czasu, gdy okładka nie krzyczała do czytelnika natłokiem wykrzykników o bestselerze, miała skromną oprawę i nie strzelała drukiem jak dla małych dzieci. Coś niezwykłego..

Dwie opowieści są faktycznie dwiema historiami, których już same tytuły przyciągają wzrok, swoją malowniczością i z drugim dnem: Ashikari, czyli źle mi bez ciebie i Shunkinsho, czyli rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy. Samo słowo Ashikari, występuje tu w podwójnym znaczeniu jako "źle mi bez ciebie" i "ścinanie trawy"*, co z kolei unaocznia że i treść tej opowieści można rozumieć dwuznacznie. Wprowadzenie do tej historii nieco zdumiewa historycznymi nazwami miast takich jak Kioto czy Tokio, czy wspomnieniami o poezji i wydarzeniach sprzed wieków, jakie prowadzi narrator - główny bohater. Jest Święto Księżyca i poszukuje on dla siebie miejsca na samotność. Ląduje na piaszczystej ławicy zbiegu rzek Katsura i Yodo i poznaje niezwykłą postać i jego niezwykłą powieść, w której pojawia się pierwsza bezwzględna kobieca postać, Oyu, rozpieszczona najpierw przez rodzinę, a potem przez męża i jego rodzinę, żeby w swoim egoizmie wykorzystać również zakochanego w niej beznadziejnie mężczyznę. Jej uroda, urok, blask i piękny głos zdają się być wszystkim, czego potrzeba by ją pokochać. Nie ma znaczenia jej próżność, rozpieszczenie, zachowanie księżniczki, eksperymentującej dowolnie na innych ludziach.

Opowieść druga Shunkinsho, czyli rozmyślania nad życiem Wiosennej Harfy jest historią quasi biograficzną nauczycielki muzyki, Shunkin i jej relacji z jej pierwszym i najbardziej oddanym uczniem, Sasuke. Podobnie jak w opowieści pierwszej uroda kobiety staje się wielkim zagrożeniem dla mężczyzny, tak też Sasuke, jeszcze trzynastoletni, szybko zakochuje się w dziesięcioletniej Shunkin, która straciła wzrok ledwie rok wcześniej. Chłopiec od lat dziecięcych pełnił rolę jej sługi, odprowadzał na lekcje nauki gry na koto i samisenie*, wyręczał w wielu czynnościach, co nie zmieniło się przez całe ich wspólne życie. I jak całe życie spędzili razem, tak też całe życie Shunkin traktowała go podle, bijąc go, traktując z góry i poniżając. Biła go za czasów nauczania, co niejako było zgodne z tradycją nauczycielstwa w tamtym okresie, ale też dziwne dla dziewczynki, która sama nie była nigdy bita przez swojego nauczyciela. Podkreślała różnice stanowe między nimi - ona panna z bogatej, a więc znaczniejszej rodziny, on zaledwie sługa, niegodny tego, by być nie tylko jej mężem, ale nawet kochankiem.

Relacja pani - sługa pojawia się w obydwu tych opowieściach. Kobieta jawi się jako rozpuszczona przez wychowanie wyniesione z bogatego domu, bardzo egocentryczna istota, mężczyzna zaś, kochający ją bardziej od siebie, jako pokorny i łagodnie znoszący jej trudny charakter wierny sługa. Nieco dziwna kombinacja w kontekście współczesnej kultury, gdzie częściej demonizowało się podły charakter mężczyzn i niedolę pokornej kobiety. A opowiadania te zostały napisane na początku lat 30-tych ubiegłego wieku! Kłóci się to również ze stereotypowym obrazem japońskiej kobiety, cierpliwiej, łagodnej, posłusznej żony, swiadomej kochanków męża i przyjmującej z pokorą jego trudny charakter. Literacka prowokacja? Własne spojrzenie na świat relacji damsko - męskich? Chęć odwrócenia ról? Trudno mi powiedzieć. Niewątpliwie pozycja godna uwagi. Poprzez opisy dawnych zwyczajów, poezji, urody kobiecej i piękne wplecione przedstawienie przyrody, do historii dwóch miłości okrutnych  Jun'ichirō Tanizaki przekazuje czytelnikowi kawałek świetnej prozy. Nieco dziwnej, bo mogą dziwić te egzaltowane wypowiedzi o wielkiej, poddańczej miłości. Jednakże nie da się ukryć, naprawdę dobrze skomponowanej.



Dwie opowieści o miłości okrutnej, Jun'ichirō Tanizaki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971
* objaśnienie znaczeń słów pochodzi z posłowia książki, str. 184
** koto - japoński narodowy instrument muzyczny: 13 strun rozciągniętych nad długim, poziomym pudłem rezonansowym, a wprawianym w drgania plektronami nałożonymi na palce jak naparstki; samisen - popularny w Japonii od XVII wieku trzystrunowy instrument muzyczny, szarpany plektronem, rodzaj bałałajki, str. 184-189
Czytaj więcej

środa, 30 stycznia 2013

O pewnej malarce, która wymyśliła Muminki

Tove w swoim atelier, źródło zdjęcia

(...) obawiam się, że przez całe życie pozostanę apolityczną = asocjalną malarką, tzw. indywidualistką, która odwzorowuje cytryny, pisze baśnie oraz zbiera dziwaczne hobbystyczne przedmioty, i brzydzi się stowarzyszeń. Brzmi to nieco żałośnie, ale takiego życia pragnę.*

To pewnie był jeden z tych ciepłych, ale nie gorących sierpniowych dni. Tak naprawdę w powietrzu już było czuć zapach jesieni, choć lato jeszcze nadal królowało. I pewnie było oczekiwanie takich jakich wiele, gdy ma przyjść na świat dziecko, ale też takiego wyjątkowego, jakie czuje każda rodzina. Rodzina artystów, myślę, że mogę się pokusić o takie założenie, wyczekuje jeszcze intensywniej. Wrażliwsi na świat i ludzi, równie mocniej i wrażliwiej oczekiwali swojego dziecka. Pierwszego dziecka. Nieważne, jakiej będzie płci, ważne  że na pewno będzie artystą. Artystką.

Sierpień stał się odtąd ważnym miesiącem. Nie tylko dla rodziców Tove, ale i dla niej samej. Muminek właśnie ten miesiąc lubił najbardziej. A szczególnie jego końcówkę. Był koniec sierpnia. Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem. Las pełen był szumu, morze - niepokoju. W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział dlaczego. **

Cudowne dziecko przyszło na świat u zarania pierwszej wojny światowej, szybko musiała dorosnąć na skutek wybuchu drugiej. Nie był to dobry czas dla nikogo, dla artystów tym mocniej, że nie było już czasu ani sił na sztukę. Żeby jakoś się dołożyć do domowych wydatków brała się za różnego rodzaju chałtury, jak je nazywała, robiła ilustracje do bajek, grafiki, projektowała okładki, wszystko to traktowała jako pracę poboczną, tę niezwiązaną z jej pracą malarki. Bo przecież ona była malarką! Jej artystyczna dusza tylko w tym postrzegała wartościową siłę wyrazu dla własnego artyzmu, wrażliwości, jak również wyrazu swoich przemyśleń.

Rodzina, Tove Jansson, źródło zdjęcia
Przede wszystkim malarka. Tak o sobie mówiła i przez pryzmat takiego wizerunku chciała być postrzegana. "Muminkowy biznes" jednak sprawił, że na zawsze stała się mamą Muminków i autorką tylko tej serii. Bardzo niesłusznie. Jako malarka osiągnęła również niemały, choć związany z dużym nakładem pracy i poświęcenia, sukces, a także napisała wiele innych pozycji literackich, nie związanych z Muminkami. Jej prace doczekały się wielu wystaw, a wiele obrazów do dziś ma niezwykłą siłę przekazu.
 Jak ten bardzo ceniony przez krytykę, zatytułowany "Rodzina", na którym widać rozterki związane z czasem wojennym. Brat w mundurze żołnierskim, młodszy brat siedzący na przeciwko niego, rodzice,  matka zwana Ham i ojciec, zwany Faffanem, po przeciwległych brzegach obrazu. Tove w środku. Prawdopodobnie gdzieś wychodzi. Rodzina zaś, choć skupiona razem, jednak w jakiś sposób rozdzielona. Czy tylko wojną?

Źródło zdjęcia
Muminek pojawił się dość wcześnie, w postaci Niuchacza, jeszcze na etapie rysunków satyrycznych, na których równo wyśmiewała Hitlera i Stalina, niejednokrotnie narażając siebie i redakcję "Garma", w którym pełniła rolę nadwornego satyryka. Był nieco smuklejszy, z mniejszym nochalem, ale już widać było, że ma w sobie zadatki na Muminka. W tamtym okresie stał się jej niejako znakiem firmowym, pojawiał się w rogu obrazka, bądź w mniej eksponowanym miejscu. Żartowała sama z siebie nazywając się panią Niuchaczową. Z czasem Muminek stał się prawdziwym Muminkiem, zyskał Mamę i Tatę, pojawiła się Dolina Muminków, a z tym wszystkim, po wielu latach ciężkiej pracy również sława i przekłady na inne języki. A z przekładami dziwne zmiany jak ta w wersji niemieckiej, gdzie Muminki zostają nieco odmienione i odmawiają pacierz na dobranoc. Albo ta do wersji angielskiej (wersji komiksu z Muminkami) gdy Tatuś Muminka zamiast pisać na rolce papieru toaletowego musi skorzystać z bardziej stosownego nośnika. Jednakże mimo tych wszystkich dziwnych niedogodności Muminki i ich Dolina ulegają rozwojowi, zmianom, jak w życiu Tove pojawiają się nowi ludzie i nowe miłości, tak i do Doliny witają kolejne ciekawe postaci.

Między kolejnymi tomami opowieści prosto z Doliny Muminków pracuje pełną parą nad innymi projektami. Ilustruje między innymi Alicję w Krainie Czarów, Hobbita i inne pozycje przeznaczone dla młodego czytelnika. Decyduje, że nie chce rodzić dzieci, które będą służyły jako mięso armatnie w kolejnej wojnie. Podróżuje. Planuje ślub, a potem go odwołuje. Zakochuje się wreszcie tak jak została do tego stworzona - w kobiecie. Zakochanie w kobiecie było doświadczeniem oszałamiającym i diametralnie innym niż wszystko, co przydarzyło się jej do tej pory. Nowe uczucie wyzwoliło kolory, nowe myśli, pomysły i emocje, które silnie wpłynęły na jej życie zarówno artystyczne, jak i osobiste. Ta miłość poruszała zarazem serce i umysł.  (..) Teraz ja jestem słońcem, które świeci - notuje uszczęśliwiona malarka***

Niezwykła to biografia. Wykorzystuje fragmenty dzienników Tove, listów, recenzji, oraz cytatów z mniej znanych pozycji literackich. Przez pryzmat Muminkowej sagi, oraz kolejnych książek, a także obrazów,  przechodzimy kolejno od narodzin do śmierci Tove Jansson. Przez jej bogate życie artystyczne, podróżnicze, rysownicze, malarskie, pisarskie i w końcu to związane z potrzebą wolności i samotności, której nawet miłość nie powinna i nie może ograniczać. Wraz z kolejnymi tomikami z historią Muminków pojawiają się następne ich interpretacje związane tak ściśle z życiem i filozofią Tove.

Jest parę drobnych mankamentów, których nie wypada przemilczeć przez pryzmat zachwytu. Liczne powtórzenia autorki mogą dawać odczucie uciążliwości, jednakże momentami przypomnienie o jakimś fakcie opisanym pięćdziesiąt stron wcześniej może też być pomocne. Interpretacje prozy Tove czasami za bardzo oscylują w stronę teoretyczno - literacką, co może przeciętnego czytelnika zniechęcić, choć dla mnie było to tylko dodatkowym atutem. I cóż, jako drobna rysa na szkle wpadki edytorskie w postaci literówek.

Niezależnie jednak od tych drobnych minusów, to piękna pozycja. Wielbiciel Muminków, taki jak ja, może dać się przenieść ponownie w ich świat, może nawet trochę lepiej go zrozumieć i jeszcze bardziej zatęsknić za ponowną ich lekturą. Oprócz tego książka Boel Westin to nieprzeciętny obraz biograficzno - artystyczny niezwykłej kobiety. Myślę, że zachwyci nie tylko entuzjastów Doliny Muminków.


Tove Jansson: Mama Muminków. Biografia. Boel Westin , Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012
*str. 217
** str. 422
*** str. 185
Czytaj więcej

niedziela, 27 stycznia 2013

Jerzy Krzysztoń, "Mordercza próba nerwów"

Niedobry zmierzch. Śnieg  topnieje za oknem, brudnawe łachy, rozkisłe koleiny i furka się kolebie. Do swoich się kolebie. Chabeta do stajni, gospodarz do miski. A ja - do diabła!, morduję się w tym pociągu. Więc wymknęliśmy się jakoś z Podkarpacia, wkrótce Kraków, wielka niewiadoma... I zapalili światło! Podekscytowany tym, co się wokół mnie działo, umysł mój pracował sprawnie, ale z odrobiną gorączki. Fakty kojarzyłem prawidłowo, z obserwacji wyciągałem właściwe wnioski.

Zwłaszcza moja spostrzegawczość, którą długie lata ćwiczyłem, służyła mi wiernie w godzinie potrzeby, chwilach zagrożenia... Moja zimna krew, choć niebezpieczeństwo czai się tuż, tuż. Ano, proszę bardzo, panie i panowie! Proszę bardzo. Dziś mordercza próba nerwów, zgoda! Nikt nie może się domyślić, nikt z was, że ja wiem, co w trawie piszczy, panowie. Spokojny mój gest, pokerowe oblicze. Mam zamiar wynieść z tej gry skórę całą... I nie ośmieszyć się na waszych oczach, w tym przedziale nadzianym elitą tajniaków. Panie Buraczany Nos! o co udawać tę drzemkę? Z każdym słowem liczyć się muszę, zupełnie jak na publicznym wystąpieniu! Stronić od śliskich tematów (Słowacja!). Nie dać się wciągnąć w trefną dysputę polityczną. Dowcipów dwuznacznych nie opowiadać. Natomiast dozwolone rozmowy o pięknie życia etc. No, spróbujmy!

 Nachyliłem się do siwego emisariusza Stolicy Piotrowej i rzekłem na wskroś bezpośrednio, zazierając mu w oczy pod gęstymi brwiami: - "Bóg, który stworzył człowieka, aby ten Go znalazł... Bóg, którego szukamy po omacku w ciągu naszego życia - ten Bóg jest tak rozprzestrzeniony i dotykalny jak atmosfera, tak samo jak świat! Czegóż wam zatem brak, byście mogli Go ogarnąć? Tylko tego, by Go widzieć..." - tu urwałem cytat, cichutko włączając magnetofon wiszący na haku pod płaszczem.
 - Pytanie za sto tysięcy drachm. No?
 - Wygląda mi na świętego Pawła... - odrzekł po chwili namysłu.
 - Bravissimo! W rzeczy samej, to święty Paweł!
Uśmiechnął się delikatnie. I zatarł ręce całkiem jak chłopiec, który zbyt długo się nudził.
 - A teraz niech pan zgadnie. Zgoda?
 - Trudno. Zgoda.
 - Ale to będzie trochę dłuższe. Bo współczesne...
 - E, księże! Proszę mi nie podpowiadać!
- No dobrze! Więc tak... - i z dziwnym smutkiem zacierając mi w oczy mówił: - "Świat w ciągu całego mego życia..." Zaraz, tak? Hm, tak... "przez całe moje życie... powoli rozpalał się, rozpłomieniał w moich oczach, aż stał się wokół mnie całkowicie świetlisty od wewnątrz... Diafania Boża..." Pan wie? Tak? No dobrze. "Dziafania Boża w sercu wszechświata, ta, której doświadczyłem w kontakcie z Ziemią, rozjarzyła się... Chrystus, Serce wszechświata, Ogień zdolny wszystko przeniknąć, który powoli rozprzestrzeniał się wszędzie..." - On to mówił, a we mnie raptem serce skurczyło się, struchlało, ściśnięte jak drżąca piąstka! Uśmiechnął się złowróżbnie czy promiennie, nie wiem. - I to już wszystko... No, czyje to słowa?
 - Nie wiem... - szepnąłem zaschniętymi wargami.
 - Teilharda de Chardin.
- Ale panowie obkuci, kurcze! - zawołał wielkolud. Jakby sam chciał przystąpić do gry. Niechby i on się popisał... Już miałem go zachęcić, lecz siwy emisariusz łagodnym przymknięciem powiek poskromił moje zapały. Chrząknięciem zbył wielkoluda i natychmiast zwrócił się do mnie:
 - A którego z mistyków ceni pan najmocniej, proszę pana?
 - Tomasza !!a Kempis - odparłem. I rzeczywiście tak było.
 - Tomasza !!a Kempis!... Ho, to niespodzianka... - i spojrzał na mnie jakby z powątpiewaniem. - A zna pan świętego Jana od Krzyża? - i wbił we mnie gorejące oczy. - Czytał pan? Nie?... No, to serdecznie go panu polecam...

W milczeniu skinąłem głową, właściwie gotów na ścięcie. Ten Juan, święty Jan od Krzyża, hiszpański zakonnik i poeta, późniejszy święty, prześladowany był i przez przełożonych, i przez Inkwizycję! Zatem Watykan ustami swojego emisariusza daje mi dyskretnie do zrozumienia, z czym to powinienem się liczyć... Wokół mnie tężeje atmosfera! Błyskawicznie wypiłem łyk koniaku. A oni wszyscy przyglądali się, jak odkręcałem flaszkę i z lekka drżącą ręką napełniam kusztyczek. Musieli obserwować mnie tak nachalnie? I śledzić każdy mój ruch? Jakże w takich okolicznościach zachować swobodę! Czekają, sępy, aż zacznę kruszeć...


Obłęd, Jerzy Krzysztoń, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, str. 19-21


Jerzy Krzysztoń


--------------

Jerzy Krzysztoń to z pewnością jedna z najbardziej tragicznych postaci naszej powojennej literatury.
Powieściopisarz, dramatopisarz, tłumacz. Po wybuchu II wojny wraz z matką i bratem został wywieziony do Kazachstanu. W 1942 r. udało mu się dotrzeć wraz z rodziną do polskiego wojska, z którym został ewakuowany do Persji, a potem do Indii i Ugandy. Pod koniec lat 40. wrócił do kraju.
– Był jednym z najbardziej niedocenianych pisarzy polskich – mówi „Magazynowi TV” Joanna Siedlecka. – Jako jeden z pierwszych wydał oficjalnie powieść o gehennie Polaków na Wschodzie „Wielbłąd na stepie”. Książka przeleżała w PIW całe pięć lat. Pogrążyła ją recenzja wewnętrzna pułkownika Zbigniewa Załuskiego. Oddano ją do Czytelnika, a tam prezes Stanisław Bębenek jakoś przepchał.
Jej pojawienie się na rynku wywołało „burzę z piorunami”. Protestowała ambasada radziecka. Bębenek wzywany był na dywanik i nakazano wycofanie z księgarń 10-tysięcznego nakładu. To było niemożliwe, bo natychmiast się rozszedł. Żona pisarza Halina mówiła mi, że kiedy chodziła po księgarniach i pytała, czy jest „Wielbłąd na stepie”, jeden z pracowników odpowiedział: „Na stepie to może on jest, ale w księgarniach to z pewnością nie”.
W najwybitniejszych dziełach Krzysztoń nawiązywał do swojej biografii, zwłaszcza w powieści „Krzyż Południa” i wspomnianym „Wielbłądzie na stepie”. W ostatnich latach życia leczył się w szpitalach psychiatrycznych.
– Wystarczy wziąć do ręki „Wielbłąda na stepie” czy „Krzyż Południa”, by uzyskać klucz do zrozumienia jego rany. Fizycznej, jak utrata ręki, i psychicznego okaleczenia, które właściwie nigdy go nie opuściło – mówi Siedlecka. – Po amputacji ręki Krzysztoń porównywał siebie do Łazarza, który wstaje z martwych. Z niechęcią, ale jednak próbuje wrócić do życia. Zawładnęła nim ciężka choroba psychiczna, która trwała latami. Z okresami gorszymi i lepszymi. Próbował się leczyć, trafił do szpitala. Zaczął pisać „Obłęd”, mając nadzieję, że ta powieść stanie się lekiem, terapią. Niestety, ta terapia nie okazała się skuteczna.

Jan Bończa-Szabłowski 23-09-2010
Jerzy Krzysztoń sylwetka tragicznej postaci literatury PRL | rp.pl
Czytaj więcej

piątek, 25 stycznia 2013

"Nocny patrol" Siergiej Łukjanienko

W niektórych książkach jest zbyt wiele prawdy. W innych zbyt mało kłamstwa. Ludzie nie powinni tego czytać - dla własnego spokoju. Niech żyją z tą historią do której przywykli.*

Nikogo nie można zmusić do podłości. Nie da się nikogo wepchnąć w błoto, w błoto ludzie wchodzą sami. Bez względu na to, co będzie się działo wokół nich, nie ma i nie będzie usprawiedliwień. Ale usprawiedliwień i tak się szuka, i tak się je znajduje. Wszystkich ludzi tak uczono i oni okazali się pilnymi uczniami.**

Na ogół, sama z siebie rzadko sięgam po fantastykę. Mam paru swoich ulubieńców w tym temacie, lub, że tak to nazwę, okołotemacie, ale z reguły sięgam po książki w których wiodący jest realizm, niż magia. Czasami jednak dobrze jest zaglądać na blogi czytelników, sięgających właśnie po gatunki, których sami nie czytamy. Dzięki temu może nie przejdziemy obojętnie wobec naprawdę dobrego tytułu. Albo przynajmniej będziemy trzymać rękę "na pulsie". A dzięki uprzejmości niektórych blogerów możemy nawet poczytać książki z ich własnego księgozbioru. I tak ponownie dostałam kredyt zaufania, tym razem od Honoraty, i otrzymałam możliwość przeczytania Nocnego patrolu. Gdybym miała podsumować tę powieść w jednym zdaniu to powiedziałabym o niej trochę patosu, odrobina goryczy plus troszkę romansu, oraz oczywiście ciekawa fabuła, ale ponieważ nie da się tak do końca oddać tego w jednym zdaniu pozwolę sobie na tych zdań odrobinę więcej.

 Fabuła Nocnego patrolu rozgrywa się w Rosji, w Moskwie, w czasach mniej lub bardziej nam współczesnych. Główny bohater, Anton Gorodecki jest pracownikiem Nocnego Patrolu, który wbrew sugestii w nazwie, stoi po stronie Światła. Światło wieki temu podpisało Traktat z Ciemnością, dzięki czemu niektóre wiedźmy mają licencję na rzucanie uroków, wampiry mogą legalnie zaatakować określoną ilość osób, a jakiś Ciemny mag ma możliwość rzucenia kilku zaklęć. Układ zdaje się dawać szansę na równowagę sił Światła i Ciemności, ale czasami obopólne próby wywiedzenia przeciwnika na manowce powodują jej zachwiania. Ponieważ oba, zarówno Światło jak i Ciemność, mają swoje Patrole, Nocny i Dzienny, a więc również dwóch szefów, wielkich magów, Jasnego i Ciemnego, nieustannie trwa między nimi rozgrywka, o zwiększenie swoich wpływów w świecie ludzi, istniejącym równolegle, intuicyjnie odczuwającym świat Innych, ale nie mającym do niego dostępu. Jednakże Anton nie jest ot takim sobie bezwolnym pracownikiem, wykonującym bezmyślnie polecenia. Coraz częściej, szczególnie gdy odkrywa jak bardzo jest tylko pionkiem w działaniach swojego szefa, dokuczają mu przemyślenia odnośnie sensowności działań Światła i Ciemności, zasadności w ogóle istnienia obydwu Patroli, Dziennego i Nocnego i zasadności ingerowania w świat ludzi, którzy przecież od wieków się nie zmienili i nie potrafią uczyć się na swoich błędach. Gdy na jego drodze pojawi się ważna kobieta, te przmyślenia nabiorą jeszcze większej mocy i wprowadzą w myśli Antona więcej zwątpienia. I wreszcie, nieco nieszablonowego działania.

Powieść składa się z trzech historii, które teoretycznie można by czytać bez znajomości historii poprzednich, ale ponieważ ułożone są w pewną ciągłość, w której wydarzenia z poprzedniej części są kontynuowane w kolejnej, warto przeczytać je w całości. W pierwszej historii pojawia się chłopiec o imieniu Jegor, zwykły ludzki nastolatek, który jednak ma ogromne predyspozycje na Innego, kto wie, może nawet maga w przyszłości. Jegor jest jednak jak czysta, niezapisana karta, może wybrać zarówno Ciemność, jak i Światło.  Pojawiający się w drugiej części Dzikus również odegra ważną rolę w części trzeciej, podobnie jak Jegor. Toteż poznawanie tych postaci przez pryzmat wszystkich zdarzeń jakie miały miejsce zanim pojawili się w Zmroku pozwala na pełniejszy obraz całości. I całkiem przyjemną lekturę.

Minusy? Po części drugiej łatwo zauważyć schematyczność tych historii - w każdej w prologu pojawia się jakaś postać, która odegra znaczącą rolę w całej historii, w każdej Anton jest traktowany jak pionek w grze i w każdej olśnienie na temat tego co tak naprawdę się dzieje, dotyka Antona na niemalże sam finał akcji. Dodałabym do tego kilka miejsc, gdzie jest trochę zbyt dużo patosu, ale to naprawdę nie umniejsza przyjemności z czytania. To jest świetna książka, z ciekawą, mimo wszystko niebanalną fabułą. A nawet momentami zabawną..
  - Gdybyśmy zamieniali się tydzień później, musiałbyś się nauczyć korzystać z podpasek.
  - Jak każdy normalny mężczyzna oglądający reklamy umiem to robić perfekcyjnie. Podpaskę należy oblać jadowicie niebieskim płynem, a następnie z całej siły ścisnąć w garści.***



Nocny patrol, Siergiej Łukjanienko, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2007
* str. 203
** str. 367
*** str 200
Czytaj więcej

środa, 23 stycznia 2013

Wędrująca książka #2

Idąc za przykładem kolegi, który puścił w obieg pierwszą książkę, chciałabym dorzucić kolejne pozycje do wędrówki, tym razem z własnego księgozbioru. Będą dwie pozycje:



Pierwsza to  Klechdy sezamowe Leśmiana, czyli jedna z moich ulubionych książek.

Walczący z przebiegłym czarnoksiężnikiem książę Firuz Szach, skromny Ali Baba i jego sprytna niewolnica Morgana czy zakochany w Badrulbudurze Aladyn to tylko niektórzy bohaterowie tych przepięknych opowieści. Opowieści, w których szara rzeczywistość miesza się z magią, w których zwykłe wyprawy zamieniają się w niesamowite, barwne przygody i w których nagrodą za trudy jest zawsze spełnienie marzeń. A marzenia - o szczęściu, bogactwie, zdrowiu, miłości - to skarb największy ze wszystkich. I przez wszystkich upragniony. (źródło)


Zaś drugą jest Handlarz śmiercią Sary Blaedel czyli książka, która mnie nie porwała, ale może przypadnie do gustu komuś z Was ;)

 Wydział Zabójstw Komendy Miejskiej Policji w Kopenhadze opanowuje gorączka, kiedy w weekend wpływają zgłoszenia o dwóch zabójstwach. W jednym z kopenhaskich parków znaleziono ciało uduszonej młodej dziewczyny, a na tyłach hotelu Royal – zamordowanego dziennikarza. Asystent kryminalna Louise Rick uczestniczy w śledztwie w sprawie zabójstwa dziewczyny, ale zostaje wciągnięta również w drugie śledztwo, gdy okazuje się, że jej najlepsza przyjaciółka Camilla Lind, reporterka kryminalna w „Morgenavisen”, znała zamordowanego dziennikarza i zamierza sama rozwikłać zagadkę jego śmierci. Louise stara się powstrzymać przyjaciółkę od ryzykownych działań na własną rękę, ale Camilla nigdy nie słucha dobrych rad, gdy zwietrzy materiał na ciekawy artykuł. Gdy kontaktują się z nią osoby ze środowiska handlarzy narkotyków, sprawy przybierają dramatyczny obrót (źródło)


Zasady są dokładnie takie same. Dla przypomnienia:
Jej wędrówka ma polegać na wzajemnym przesyłaniu sobie książki. .
Czyli:
1. Wysyłam książkę do pierwszej chętniej osoby
2. Pierwsza osoba, po przeczytaniu książki wysyła ją do następnej osoby.
3. Kolejna osoba, do kolejnej na liście.
4. Ostatnia osoba odsyła do mnie

Zasady:
Są proste, po lekturze jest prośba by zostawić jakiś ślad po sobie w formie autografu bądź dedykacji. Dzięki temu prześledzimy jej wędrówkę. A ja po ich powrocie opowiem może w paru słowach gdzie to książki zawędrowały ;)


Zapisy na Leśmiana
1. Magda M. - wysłane - otrzymane
2. Mery - otrzymane
3. Lidia
...

Zapisy na Blaedel
1. Ida
2.
...




Czytaj więcej

wtorek, 22 stycznia 2013

"Utonięcie Rose" Marika Cobbold

Już od dawna wiadomo, że dużo łatwiej jest krytykować niż chwalić. Od jakiegoś czasu dużo mniej entuzjazmu mam jednak do krytykowania książek. Po pierwsze i najważniejsze, to tylko moja subiektywna opinia, która może do książki zniechęcić. Pochwała, tak samo subiektywna  ma jednak ten plus, że do książki zachęca i pozwala czytelnikowi na sformułowanie własnego osądu po lekturze. Zniechęcanie może sprawić, że książkę jednak ominie, a w najlepszym wypadku poczeka na jej egzemplarz w swojej bibliotece miejskiej. Mimo wszystko jednak od pewnego momentu gryzie mnie, gdy książka w jakiś sposób mnie rozczaruje i jedyne co mogę o niej napisać to dość niepochlebne wrażenia. Dlatego tym razem spróbuję podejść do tego metodycznie, bez pisania litanii, a jedynie wyłuszczenia, skąd rozczarowanie.

Fabuła Utonięcia Rose dotyczy tytułowego, zgodnie z domysłem, utonięcia, oraz jak to utonięcie wpłynęło na życie Elizy, najbliższej przyjaciółki Rose. Wypadek miał miejsce dwadzieścia pięć lat wstecz, gdy obie dziewczyny miały po szesnaście lat, uczyły się w szkole z internatem, gdzie podczas potańcówki, pomysł kąpieli nago w celu zwabienia do siebie chłopców, miał właśnie taki tragiczny finał. Dwadzieścia pięć lat później Eliza nadal gryzie się z ogromnym poczuciem winy, ponieważ tego fatalnego wieczoru, zostawiła przyjaciółkę nad jeziorem samą. Ostatecznie to poczucie winy rozrasta się do niebotycznych rozmiarów, sprawiając, że Eliza traktuje samą siebie jak morderczynię. Dodatkowo, gdy odzywa się do niej ojciec Rose, z propozycją wsparcia finansowego, to poczucie winy potęguje się do niemożliwości.

Taki wstęp może sugerować co najmniej interesującą lekturę, dlatego bardzo pozytywnie podeszłam do samej książki. W kilku punktach postaram się streścić, dlaczego dla mnie interesującą lekturą jednak nie była:

Narracja - momentami zbyt infantylna. Główna bohaterka ma czterdzieści jeden lat, a jednak często ma się wrażenie, że nadal mamy do czynienia z tamtą, szesnastoletnią Elizą. To wrażenie wzmacnia się gdy narracja mówi głosem drugiej bohaterki, Sandry/Cassandry, właśnie szesnastoletniej i autorka nie dokonuje tu specjalnego rozróżnienia w stylu myślenia. Jakkolwiek można zrozumieć, że żyjąca w wiecznym poczuciu winy Eliza ma ogromny problem z normalnym funkcjonowaniem, tak myślenie jak infantylna nastolatka jest trochę dziwne i sprzeczne z obrazem dorosłej kobiety.

Fabuła - tu najważniejsze zastrzeżenie, bo niestety, jest przewidywalna. Jest dość oczywiste, że sprawa utonięcia Rose nie jest do końca wyjaśniona i że nie ma pewności, co się dokładnie wydarzyło w wieczór potańcówki. Wprowadzenie wspomnień Sandry/Cassandry, nieudolnie starającej się o przyjaźń dziewczyn w okresie wspólnego uczęszczania do szkoły, bardzo szybko daje wyobrażenie o rozwiązaniu zagadki, łatwo też domyślić się motywu, skoro mowa o nastolatkach. Rozczarowanie jest podwójne, gdy okazuje się, że autorka w ogóle nie zaskakuje w tym względzie.

Główna bohaterka - jest po prostu mało wiarygodnie opisana. Poczucie winy w jakim żyje jest jakieś mętne, niby czuje się winna, ale nie ma Rose w jej wspomnieniach, nic nie ma o Rose w jej rozmowach, oprócz wymuszonych, banalnych stwierdzeń, jest tylko tamten wieczór i śmierć.  Mowa o jej najlepszej przyjaciółce, a nie ma żalu za utraconą relacją, za wspólnymi wieczorami. Jest tylko poczucie winy, które Eliza sama w sobie napędza, co sprawia, że odbiera się ich relacje jako mocno powierzchowne, czemu tylko wspomnienia Sandry/Cassandry zdają się przeczyć. Pozostaje wrażenie niedopowiedzenia.

Więcej o moich subiektywnych odczuciach nie będzie, choć takich punktów jest jeszcze kilka. Jak to napisał Stefan Wiechecki we wstępie do Ksiutów z Melpomeną - kto chce, niech czyta.


Utonięcie Rose, Marika Cobbold, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2012
Czytaj więcej

poniedziałek, 21 stycznia 2013

"Cudowne dzieci", Roy Jacobsen

W ogóle z niewielu rzeczy cokolwiek rozumiesz i, szczerze mówiąc to prawdziwe szczęście - mówi mama - że zrozumienie z reguły dawkuje się po trochu.*

Jestem typem nieco dziwnym - ani okładka, ani ładny ubiór nie robią na mnie wrażenia. Generalnie zawartość ma znaczenie. Nie zwrócę uwagi na książkę tylko dlatego, że projektant okładki włożył masę wysiłku w barwy, układ i projekt (nie dla mnie też wybiegi domów mody). Ale taką okładkę nie sposób przemilczeć! Bo nie chodzi o jej urodę (jeśli w ogóle można o niej mówić w takich kategoriach), barwy, zawartość strony tytułowej, ale właściwie o projekt całej książki. Wygląda jak stary pozszywany nićmi zeszyt. Zapisany po brzegi z małymi marginesami tylko na ewentualne komentarze. Właściwie cała książka jest po prostu tekstem, który tylko ma inny rozmiar czcionki na okładce.



I mogę powiedzieć tylko: oto przykład, jak powinna wyglądać książka! Bez zbędnych zdjęć, kolorów i dopisków jaki to niesamowity bestseller trzymamy w łapkach. Po prostu surowy tekst genialnie zszyty, dzięki czemu grzbiet książki nie jest koszmarnie powyginany po lekturze. Okładka ma jeden tylko minus - mogłaby być nieco sztywniejsza, mocniejsza. Wydawnictwo DodoEditor znalazło jednak we mnie zagorzałą zwolenniczkę (kolejna pozycja z tej serii, Gentlemani, czeka na półce). Tym bardziej, że to przecież tylko okładka. Bo to treść tej książki jest fenomenalna!

A zaczyna się niewinnie, trochę w stylu Tore Renberga, choć to lata sześćdziesiąte, nie dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, a Finn w przeciwieństwie do Jarlego ma trochę innego problemy na głowie. Przede wszystkim matka, która go wychowuje samotnie po rozwodzie z ojcem. Ostatnio kontakt z nią jest jakiś dziwny, jakby coś się między nimi popsuło. I ten nagły pomysł, łamiący wcześniejsze ustalenia, że nikt obcy z nimi nie zamieszka. Jednak Gerd, pracująca tylko na pół etatu w sklepie obuwniczym, nie widzi innego wyjścia, żeby jakoś utrzymać siebie i syna na powierzchni. Pracuje na pół etatu żeby syn zawsze miał matkę w domu po powrocie ze szkoły, ale coraz trudniej jest utrzymywać koniec z końcem. Pada więc decyzja, pokój Finna zostaje oddzielony od reszty mieszkania, a do gazety trafia ogłoszenie.

W życiu Finna zachodzą jednak aż dwie rewolucje jednocześnie. Niemalże jednocześnie razem z lokatorem, Kristianem, do ich wspólnego życia dołącza Linda, sześcioletnia córeczka.. ojca Finna. Z drugiego małżeństwa. Dziecku grozi Dom Dziecka, ponieważ ojciec zmarł, a jej matka po śmierci męża trafiła na odwyk. Gerd więc decyduje, że przygarną dziecko. Zawsze marzyła o córce, dlatego Finn podejrzewa, że to chęć spełnienia tego marzenia, nie tylko podjęcie się odpowiedzialności za bałagan jaki zrobił jego ojciec. Linda okazuje się dzieckiem niezwykle spokojnym, grubiutkim, małomównym, lubiącym dużo i dobrze zjeść i jednocześnie nieco otępiałym. Początkowo Gerd składa to na karb przeżyć dziewczynki, ale z czasem odkrycie prawdy okazuje się dużo bardziej szokujące.

O tym, że Linda zmieniła życie i spojrzenie na świat Finna, jak Charlotte Isabel Hansen życie i spojrzenie na świat Jarlego, wydaje się już dość oczywiste, ale jak bardzo mała wpłynęła na priorytety Finna było na swój sposób zaskakujące. U chłopca w wieku przedgimnazjalnym tak ogromne poczucie odpowiedzialności i troski za siostrę jest czymś niezwykłym, ale wbrew pozorom, opisanym bardzo naturalnie. Cała ta powieść jest niezwykle naturalna i sprawnie napisana. Narracja pierwszoosobowa chwilami może się wydawać za dojrzała na chłopca w wieku Finna, ale pozostaje wrażenie, że jest ona opowiadana z perspektywy już dorosłego człowieka, tym bardziej, gdy akcja powieści ma zakończenie kilka lat później. Mimo że zawartość każdego rozdziału nie jest ogromna jeśli chodzi o długość treści, to choć historia jest tak zwarta, to jednocześnie tak opowiadana, jakby to była niemalże saga rodzinna. Na swój sposób jest, choć dotyczy jednej rodziny i tylko jednego okresu z życia tej rodziny, ale sięga głębiej w warstwie wspomnieniowej, głębiej w warstwie zależności rodzinnych, popełnianych przez rodzinę błędów i konsekwencji jakie te błędy przyniosły. Pięknie napisana, mocnym, wrażliwym językiem, ale bez cienia przesady, bez skrajnych emocji, choć emocje jak najbardziej wywołuje - całą paletę odcieni. Mogłabym w zasadzie zachwalać bez końca, mimo przykrych scen i zakończenia bez happy endu jakiego czytelnik oczekuje. Dlatego bez zbędnych dłużyzn - sami sprawdźcie czemu Cudowne dzieci są takie.. cudowne.


Cudowne dzieci, Roy Jacobsen, DodoEditor, Kraków 2012
*str. 57
Czytaj więcej

niedziela, 20 stycznia 2013

sobota, 19 stycznia 2013

"Malarz świata ułudy" Kazuo Ishiguro

Pisarz, który potrafi pisać o Japonii, jakby był Japończykiem, jednocześnie noszący japońskie nazwisko, może wywołać parę pytań natury technicznej - zaliczyć jego powieść do literatury japońskiej, skoro o Japonii i Japończykach, czy jednak do literatury angielskiej, bo napisana jest w tym języku i w tym kraju wychował się autor? Kazuo Ishiguro jest dla mnie w tym momencie literacką zagadką. Gdybym nie przeczytała jednak krótkiej notki biograficznej na tylnej okładce książki, pewnie nigdy bym nie podejrzewała, że autor nie wychował się w Japonii. Bo pisze o Japonii tak jakby przeżywał jej historię na równi z rodakami. A w Malarzu świata ułudy podjął się trudnego dla Japonii historycznie momentu, gdy po wojnie, pod amerykańską okupacją, powoli próbuje odbudować swój świat na nowo. Akcja powieści bowiem rozpoczyna się w październiku 1948 roku w bliżej nieokreślonym japońskim mieście i obejmuje okres niepełnych dwóch lat, kończąc opowieść w czerwcu 1950 roku.

Masuji Ono jest emerytowanym malarzem, niegdyś w przeszłości cenionym, otaczanym przez pełnych podziwu uczniów i poważanym. Obecnie przebywa na emeryturze, mieszkając w swoim wielkim domu wraz z córką, Noriko. Wojna odebrała mu żonę i syna, ale nie niezachwianą wiarę i ufność w słuszność własnych ideałów. Jednak świat który współtworzył w przeszłości stracił rację bytu, okazał się porządkiem, któremu nie udało się uniknąć kompromitacji, a pewne zdarzenia z tej przeszłości mogą stanąć na drodze do szczęścia Noriko. Ponieważ młoda kobieta w Japonii, gdy wychodziła za mąż, była oceniania nie tylko indywidualnie, ale przede wszystkim w kontekście rodziny z jakiej się wywodziła.

Małżeństwo Noriko jest aranżowane zgodnie z tradycją. Swat zajął się znalezieniem rodziny odpowiedniej dla przyszłej małżonki i teraz trwają pertraktacje. Jak wiadomo podczas tych pertraktacji rodzina potencjalnego pana młodego może skorzystać z pomocy detektywa, w celu rozeznania się w historii rodziny przyszłej kandydatki na żonę ich syna. I właśnie taka możliwość sprawia, że obie córki, również przebywająca z wizytą starsza, Setsuko, zaczynają być nerwowe i obawiają się, że przeszłość ojca może wpłynąć na wynik pertraktacji. Co w sposób zawoalowany dają ojcu poznać, wywołując u niego najpierw gniew, a potem potrzebę, by córce jak najbardziej ułatwić wszystkie starania o małżeństwo, szczególnie, że pertraktacje z poprzedniego roku zostały tak nagle zerwane.

Rozrachunek z własną przeszłością prowadzi Ono nie tylko do wspomnień z okresu wojennego, ale również z lat dziecięcych, gdy odkrywał w sobie pasję do malarstwa, lat dorastania, gdy sprzeciwił się woli ojca, oraz lat terminowania u mistrza Mori, spod którego kurateli też ostatecznie się wyrwał. Wspomnienia te naprowadzają go powoli na momenty, z których sam nie był dumny i które sprawiają, że uda się w odwiedziny do dawnego ucznia. To te odwiedziny są momentem przełomowym w jego przemyśleniach.

Narracja pierwszoosobowa prowadzona jest lekko, ze wspomnień z przeszłości płynnie przechodząc do czasu teraźniejszego w powieści. Kazuo Ishiguro opowiada historię starego malarza delikatnie i z wyczuciem, jakby należała ona do kogoś mu bliskiego. Jest w tej historii pewna doza idealizacji starego świata, ale z błogosławieństwem dla przyszłości młodych, którzy ten stary świat chcą zamienić na nowy, stworzony niejako od nowa. Naturalnie, że czasem - gdy wspominam niegdysiejsze jasno oświetlone bary i tamto mrowie ludzkie zgromadzone pod lampionami, śmiejące się może trochę bardziej hałaśliwie niż ci młodzi ludzie wczoraj, ale tak samo dobrodusznie - odczuwam pewną nostalgię za przeszłością i za tą dzielnicą, taką, jaką była kiedyś. Ale gdy widzę, jak się odbudowało nasze miasto, jak szybko w ciągu tych ostatnich paru lat wszystko stanęło na nogi, szczerze się raduję. Mam wrażenie, że nasz naród, pomimo takich czy innych błędów w przeszłości, ma teraz nową szansę utorowania sobie lepszej drogi. Można tylko życzyć tym młodym ludziom pomyślności.*


Malarz świata ułudy, Kazuo Ishiguro, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000
*str. 191
Czytaj więcej

czwartek, 17 stycznia 2013

"Manazuru" Hiromi Kawakami

 Morze to nic nadzwyczajnego. Napływają fale i to wszystko. Usiadłam na niewielkiej skale i patrzyłam na otwartą wodę. Wiał silny wiatr. Od czasu do czasu dosięgały mnie rozbryzgi fal, mokłam. Choć według starego kalendarza wiosna dawno się już zaczęła, tego dnia było zimno. Pod skałę wpełzały i wypełzały spod niej wszy morskie.
 Nie planowałam tu przyjeżdżać*

Narracja w Manazuru to spowolnienie. Półpłynna substancja przypominająca powoli roztapiający się wosk. Zmuszająca do biernego podążania za niewysłowioną myślą postaci. Korzystania z przystanków. Gdy na autobus trzeba czekać dziesięć minut. A te dziesięć minut trwa w nieskończoność. Jak spadanie kropli w przybliżonym kadrze. W y h a m o w a n y m do granic możliwości, gdy kropla wydaje się nie odrywać od całości, płynąć, delikatnie o p a d a ć. Oddalać się z ogromnym opóźnieniem od macierzy. I czytelnik pozostaje w środku tej kropli, w tym spowolnieniu.

Manazuru to miejscowość nad Wewnętrznym Morzem Japońskim. Ma w sobie jakiś magnetyzm i dziwność. W drodze powrotnej obserwowałam Manazuru z okien pociągu. Zasnute było chmurami. A przecież w Atami świeci słońce. Manazuru tonie w zamęcie. Jednak mieszkający tam ludzie tego nie dostrzegają. Czują to tylko ci, co przekroczyli pewną granicę.** To dziwne miejsce przywołuje w niewytłumaczalny sposób do siebie Kei. Kei która znalazła to tajemnicze słowo w dzienniku swojego męża  Zaginionego przed trzynastu laty. Co mimo tak wielu lat nie daje jej nadal spokoju.

Kobieta w japońskiej literaturze to mógłby być ciekawy temat badawczy. Manazuru na tym skromnym etapie znajomości japońskiej literaturypotraktowałabym jako jedną ze zmiennych badania w tym temacie. Kobieta z wydm w odwróconej konfiguracji. To jej mąż zaginął, a ona zamknięta we własnym wnętrzu przeżywa dramat związany z zagadką jego odejścia. A Manazuru jest niczym przejście do innego świata, jak studnia u Murakamiego, dzięki której można skontaktować się z innymi bytami, próbować dotrzeć do zaginionego w sposób nie podlegający ani fizycznym ani ludzkim prawom. Na ile jednak jest to rzeczywiście kontakt, a na ile wspomnienia splecione z marzeniami, lub inaczej, marzenia, które zostały pomylone ze wspomnieniami?

Kei wychodzi za mąż z miłości, ogromnej i namiętnej za Rei. Owocem tej miłości jest Momo. Jednak Momo nie pamięta ojca, ponieważ ten zniknął gdy miała ona zaledwie trzy lata. Wtedy Kei poprosiła o pomoc swoją matkę. Dziś Momo jest dorastającą nastolatką, którą opiekują się dwie kobiety i widać, że brakuje jej ojca. Chciałaby dowiedzieć się o nim więcej, ale dla matki temat męża ciągle jest bolesny i nadal ciężko jest jej mówić o tym swobodnie. Kei jest trudną kobietą, wiele emocji dzieje się w jej głowie, niewiele przedostaje się na zewnątrz. Pozostaje więc swoistą zagadką nawet dla swoich bliskich. Również dla kochanka, z którym spotyka się od dziesięciu lat. Częste myśli o zaginionym Rei i wielokrotne czytanie jego dziennika spowodują, że odwiedzi Manazuru trzy razy. Za każdym razem towarzyszy jej dziwna kobieta, poza Kei, niewidoczna dla ludzkich oczu. Manazuru staje się miejscem gdzie rzeczywistość zostaje zatarta, miesza się z fikcją, z wyobrażonymi wydarzeniami, jest głosem myśli Kei, nie prawdziwych zdarzeń. To tu świat zamiera. Znika. A Kei może odbyć nieodbyte rozmowy.

Początek i zakończenie w Manazuru są jedynie kolejnymi akapitami, koniecznymi dla utrzymania porządku fabuły. Ale ta opowieść nie ma początku i końca, tak naprawdę jedyne co można zrobić, to przeczytać ją ponownie.

--------------

Hiromi Kawakami

Urodziła się w 1958 roku w Tokio. Powieściopisarka i eseistka, laureatka wielu japońskich wyróżnień literackich (poza nagrodą Akutagawy otrzymała także nagrodę Shikibu Murasaki oraz nagrodę Pascala za najlepszy debiut). Ukończyła biologię na Uniwersytecie Ochanomizu w Tokio. Jej prozę charakteryzuje subtelny styl („tak delikatny, że aż zapiera dech” – jak pisała „Télérama”), odrealnienie świata przedstawionego, a także inspiracja naukami ścisłymi i przyrodniczymi (źródło)





Manazuru, Hiromi Kawakami, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2011
*str. 11
**str. 51

Czytaj więcej

środa, 16 stycznia 2013

Synonim do słowa "zakupy"

Jakiś czas temu..
Podczas błogiej ciszy w pokoju biurowym, który dzielę z przyjaznym kolegą, usłyszałam, jak kolega w zadumaniu mówi trochę bardziej do siebie niż do mnie kurczę, muszę pójść na te zakupy, na co się ożywiłam i zaczęłam mu doradzać gdzie, w której księgarni i jakie dokładnie pozycje może znaleźć w cenach naprawdę przyzwoitych.  Kolega spojrzał się na mnie zdumiony i powiedział Kasia, ale ja nie mówiłem, że chcę kupić książki, tylko, że muszę się wybrać na zakupy! Spojrzałam się na niego zaskoczona. To co ty chcesz kupić?! zapytałam. Buty, muszę sobie kupić buty...
Jak to jest, że gdy słyszę słowo "zakupy" myślę tylko o księgarni?
Ponieważ przy roztaczaniu wizji o zakupach książkowych, które przedstawiałam koledze, sama nabrałam ochoty na zakupy, to niezwłocznie ten kaprys spełniłam. Z solenną obietnicą, że to naprawdę, naprawdę ostatnie, bo przecież muszę w końcu przeczytać to co zalega na półkach! Po czym konsekwentnie te zakupy powtórzyłam dwa razy.. I oto co ściągnęłam do domu:



Za dwie pierwsze książki mogę obwinić koleżanki blogerki (co przy okazji udowadnia, że nie tylko Zacofany w lekturze inspiruje ;P)
1. Dziennik, Anne Frank - zawiniła Imani
2. Gentlemani, Klas Ostergen - zawiniła Ultramaryna
oczywiście genialnymi recenzjami i zachętami do lektury! :)
3. Listy, Kerouac - Ginsberg - zawiniło LC, bo tam ujrzałam pierwszy raz ten tytuł, zobaczyłam krótki opis i już wiedziałam że to lektura dla mnie.
4. Baśnie i inne utwory prozą, Bolesław Leśmian - ponieważ kocham Leśmiana miłością ogromną i bezkrytyczną i jak ujrzałam, że Państwowy Instytut Wydawniczy wydaje dzieła wszystkie zebrane w smaczne, w twardych okładkach, grube wydania, wiedziałam że muszę mieć wszystkie. Tomów jest cztery, zaczęłam od tomu trzeciego, bo dotąd nie udało mi się przeczytać wszystkich Klechd polskich (jedynie kilka, zebrane gdzieś w dziełach rozproszonych) toteż zwyciężyła ciekawość nowości. Pozostałe tomy na pewno trafią do mojej biblioteczki w najbliższych miesiącach.
5. Tove Jannson: Mama Muminków, Boel Westin - to było więcej niż oczywiste, że jako wielbicielka Muminków muszę nie tylko przeczytać tę książkę, ale niestety również mieć (szczególnie po namiętnym jej oglądaniu i kartkowaniu w księgarni; wielokrotnym dodam)
6. Dziennik Mistrza i Małgorzaty, Michaił i Jelena Bułhakowowie - mogę chyba tylko powtórzyć argumenty z punktu 5 zamiast Muminków wpisując Mistrza i Małgorzatę :)

I po raz kolejny wychodzi na to, że dotrzymywać solennych obietnic, dawanych samej sobie, absolutnie nie potrafię. Zero silnej woli. To znaczy bardzo bardzo słaba silna wolna. Dobrze, że nie posiadam majątku, inaczej ten stos byłby znacznie większy.. A tak powstrzymują ograniczenia finansowe. I w sumie dobrze, bo wtedy wszystkie moje postanowienia wzięłyby w łeb.


Czytaj więcej

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jak Bilbo Baggins


Podwójnie zawiniłam.
Pierwszy raz, gdy dostałam ją od mojej wspaniałej polonistki, dokładnie 15 lat temu, gdy przywiozła mi ją jako pamiątkę ze swojej wizyty w Gdańsku. Razem z nią dostałam Początek Szczypiorskiego, który pochłonęłam od razu, a ona czekała dalej na półce.
Drugi raz gdy poznałam Marcina i od niej się tak naprawdę zaczęło. To znaczy dzięki niej Marcin odważył się ze mną porozmawiać, bo zobaczył ją na mojej półce. I pożyczył! Zastanawiałam się właśnie jak to się stało, że mam gdzieniegdzie rogi pozaginane. Domyślam się, że to jego robota. To drugie zawinienie jest o tyle poważne, że przecież od lat żyję pod jednym dachem z wielbicielem Tolkiena, to wypadałoby chociaż tę jedną jego książkę przeczytać...
Udało się dopiero dziś. Po piętnastu latach, po kilku przymiarkach, po wielokrotnym zaczynaniu jej treści przez te ostatnie lata, nareszcie przeczytałam od początku do końca. Nie zmieniło się tylko jedno - zawsze przychylałam się do oporu biednego hobbita przed przygodą, którą zafundował mu Gandalf i krasnoludy. Wolałam zostać w ciepłej norce, z pełną spiżarnią, brzuszkiem i ciszą dookoła. Niestety, trzeba było wyruszyć. A że pokrewieństwo dusz z hobbitem poczułam od razu to i podobnie jak Bilbo, zmieniłam zdanie na temat całej przygody i odbyłam ją z ogromną przyjemnością. Marcin może się teraz szelmowsko uśmiechać i powtarzać "a nie mówiłem?". I oczywiście, ciągnąć mnie do kina... Ci którzy czytają moje wrażenia z lektur już od dłuższego czasu, wiedzą, że nie lubię oglądać ekranizacji książek.


Opisywać dziś Hobbita, w sytuacji gdy czytało go już miliony czytelników, a w kinach można obejrzeć ekranizację, co prawda, dopiero pierwszą część, ale zawsze,  to jak pisać o tym, że za oknem mamy śnieg, bo zima. Oczywiście, nie każda zima musi sypnąć śniegiem, ale idea jest chyba jasna.
Dla mnie hobbit to nieduży, grubiutki stworek, który przedkłada wygodę i spokój swojego domku nade wszystko, więc już wiem, że to co sobie wyobraziłam nijak się ma do wizji reżyserskiej Jacksona. Owszem, lubię aktora, który wcielił się w Bilba, ale Bilbo bez brzucha, to nie Bilbo. Właśnie dlatego ekranizacji nie lubię, a że obraz wchodzi do głowy szybciej niż słowo to i zepsuć własne wyobrażenie potrafi w sposób analogicznie łatwy. Dlatego spróbuję bronić swojej wizji ile sił. A jest ona naprawdę przyjemna. Oto mały hobbit, ciepłolubny, zostaje sprytnie wciągnięty przez czarodzieja Gandalfa w wyprawę krasnoludów pragnących odzyskać dawno utracone bogactwa, aktualnie pilnowane przez groźnego smoka Smauga. Ażeby je zdobyć muszą odbyć długą wędrówkę, na wstępie której czyhają już niebezpieczne trolle, gobliny czy wargale. Będzie więc i walka wręcz i ucieczka i nareszcie brzemienne w skutkach spotkanie z Gollumem. Ale pewnie Wy to już wszystko wiecie.. Mogę tylko powiedzieć, że żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej. Bo choć dziś spodobała mi się bardzo to jednak wiem, że piętnaście lat temu wczułabym się w nią nieco bardziej, a już dwadzieścia lat temu czytałabym z wypiekami na policzkach. A tak Marcin był tylko świadkiem kilku okrzyków w dramatycznych momentach (a przecież Gandalf im mówił, żeby nie schodzili ze ścieżki!) i paru westchnień, gdy powoli zbliżałam się do końca. Naprawdę, miło tak wrócić na chwilę do dzieciństwa. Polecać nie muszę. Każdy fan Tolkiena albo już zna, albo ma w planach. A przeciwnicy i tak znajdą każdy możliwy pretekst by nie sięgnąć.

A teraz spędzam miły wieczór, w ciepłym, spokojnym domku, słucham szumu czajnika i całkiem jestem zadowolona, że Gandalf mnie jednak nie odwiedzi. Spokój i cisza nade wszystko. Bo ja naprawdę jestem jak Bilbo Baggins...oczywiście, zanim odezwie się w nim krew prapraprapradziadka Tuka..


Hobbit, czyli tam i z powrotem, John Ronald Reuel Tolkien, Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1997

Czytaj więcej

Wędrująca książka

Ponieważ nie mam pewności, czy z poprzedniego wpisu informacja o puszczaniu książki w obieg została odczytana, po tym jak edytowałam wpis, przypominam w razie czego o akcji w nowym wpisie :)

Wędrującą książką jest Walka kotów Eduarda Mendozy, własność Kota. Pik.



Jej wędrówka ma polegać na wzajemnym przesyłaniu sobie książki. .
Czyli:
1. Wysyłam książkę do pierwszej chętniej osoby
2.  Pierwsza osoba, po przeczytaniu książki wysyła ją do następnej osoby.
3. Kolejna osoba, do kolejnej na liście.
4. Ostatnia osoba do mnie lub do właściciela książki, ustalimy to już na końcu :)

Zasady:
Są proste, po lekturze jest prośba by zostawić jakiś ślad po sobie w formie autografu bądź dedykacji. Dzięki temu prześledzimy jej wędrówkę.

Pierwszą osobą, która się zgłosiła jest Ola. Jutro wysyłam do niej książkę. Po lekturze Ola wyśle do następnej osoby. Zgłoszenia przyjmuję w komentarzach do wpisu o książce, lub pod tym wpisem.


Lista osób:

1. Ola - wysłane - otrzymane - przeczytane
2. przynadziei - wysłane - otrzymane - przeczytane - zrecenzowane
3. Magda M.wysłane - otrzymane
4. książki-filmy-recenzje brak kontaktu
5. Cinnamon  blog nie istnieje (?)                                               
6. PannaP brak kontaktu
7. Mikstura


..




Czytaj więcej

niedziela, 13 stycznia 2013

"Walka kotów" Eduardo Mendoza

Nic łatwiejszego w świecie, niż widzieć to, co chce się zobaczyć. W przeciwnym wypadku mężczyźni nie żeniliby się z kobietami, a ludzkość wymarłaby tysiące lat temu.*


 Madryt, marzec, rok 1936. Hiszpania u progu wojny domowej, pełna wewnętrznego napięcia, nielegalnych wieców politycznych, zamieszek i rozdarcia. Do takiej Hiszpanii przybywa flegmatyczny, oraz mimo całego swojego wykształcenia, wiedzy i erudycji, mało rozgarnięty Anglik, historyk sztuki, Anthony Whitelands. O tym, jak mało jest on inteligentny (albo inaczej: słabo przewidujący) dowodzi chociażby zadanie jakiego się podjął z rąk człowieka, którego dotąd nie znał,  a o którym słyszał tylko niepochlebne opinie. Zadanie polega na ocenie prawdziwości obrazu, należącego do pewnej nobliwej, madryckiej rodziny. Podjęcie się tak niepewnej misji oraz wyprawy do Hiszpanii w celu nie do końca pewnej transakcji, z wiedzą, co w kraju już się zaczyna dziać może już sugerować wady charakteru Anglika. Który mimo całej swojej flegmatyczności wmiesza się w samo epicentrum spraw, które ani jego nie dotyczą, ani nie są związane do końca z jego zainteresowaniami, a które mogą go przyprawić o utratę życia. Do pewnego momentu zastanawiałam się nad umiejscowieniem tej powieści gatunkowo - komedia omyłek? tragifarsa? powieść szpiegowska? I niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie. Długo jednak w mojej głowie pojawiało się słowo - kpina. Ponieważ jest w tym jakaś kpina z czytelnika, żeby w tak doskonale zbudowane tło  historyczno - społeczne, wprowadzoną w sposób obrazowy wiedzę o dwóch ważnych hiszpańskich malarzach jak Velasquez, czy Tycjan, dodać do fabuły jako głównego bohatera kompletnego idiotę, co trochę kojarzy mi się ze starymi francuskimi filmami, gdzie przypadkowa, pechowa osoba była brana za szpiega, w związku z tym śledzona i inwigilowana, podczas gdy była najzwyklejszą postacią, ciepłymi kluchami, które nawet w szale pasji nie byłyby zdolne do radykalnych czynów. Anthony broni się jedynie swoją pasją - jego niekłamana fascynacja malarstwem sprawia, że ostatecznie przechodzi ochota by go udusić gołymi rękami.

Śmierć Akteona, Tycjan, Źródło zdjęcia
A zatem Anthony, historyk sztuki, udaje się do Madrytu, by ocenić nieznany sobie obraz. W pociągu jeszcze pisze list do swojej kochanki, Catherine, by zakończyć z nią tym listem kilkuletni romans. I już w tym pociągu zawiera ciekawą znajomość z przedstawicielem madryckiej policji. Takich znajomości Anthony zawrze jeszcze bardzo, bardzo wiele, stając się obiektem zainteresowania wszystkich wewnętrznych frakcji walczących, służb policyjnych,  szpiegujących i innych osób zainteresowanych losem Hiszpanii. Punktem wyjścia do dramatycznej części fabuły jest obraz Tycjana Śmierć Akteona, podziwiany przez Anthony'ego w trakcie oczekiwania na gospodarza domu, w którym miał dokonać oceny. Temat pochodził z wielu źródeł, z których wybijały się "Metamorfozy" Owidiusza. Wybrawszy się z przyjaciółmi na polowanie, Akteon gubi drogę i błądząc po lesie, zaskakuje Dianę, nagą, szykującą się do kąpieli w jeziorze. Rozgniewana bogini przemienia Akteona w jelenia, którego rozszarpują jego własne psy.** Obraz ten przedstawia moment przemiany Akteona oraz pierwsze ataki psów z jego sfory. Jest on interpretowany na różne sposobny, oprócz oczywistej sceny mitologicznej, choć wybrany moment dość osobliwy, stanie się swego rodzaju metaforą do sytuacji w Hiszpanii i z wolna szykującej się wojny bratobójczej. Wielu sądzi, że jesteśmy właśnie w takiej sytuacji. Błąd nie do naprawienia został popełniony, strzała opuściła cięciwę łuku; pozostaje tylko czekać, aż nasze własne psy rozerwą nas na kawałki.*** Obecność Anthony'ego więc cały czas sprawia wrażenie jakiejś pomyłki, w tej szczególnej dla kraju sytuacji. Jaką rolę odegra? Dobre pytanie. Oprócz tego, że popełni wiele dyplomatycznych gaf, rozdziewiczy obie córki gospodarza, który go przyjął i będzie musiał wiele razy uciekać by ratować życie, jego rola jest tu niejasna. Dokładnie jak tego biednego, przypadkowego, francuskiego szpiega, tyle, że Anthony'emu absolutnie brakuje jego typowej dobroduszności. Dlatego trudno lubić Anthony'ego i mu dopingować. Jest zadufany w sobie, zaślepiony, a że nie nadaje się na szpiega czy dyplomatę udowadnia niemalże na każdej stronie. Gdyby nie fabuła, która się broni ciekawą akcją, świetną narracją i dialogami, oraz niezwykłym tłem społeczno - politycznym, oceniłabym tę pozycję niżej. Ze względu jednak na wymienione walory oceniam ją całkiem pozytywnie.


Walka kotów, Eduardo Mendoza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
* str. 264
** str. 33
*** str. 334


--------------------

Za udostępnienie książki do lektury dziękuję Kotu. Pik :)


Edit: Na życzenie właściciela powieści puszczam książkę w obieg [cytując z komentarza: Tylko niech każdy, do kogo dotrze, podpisze się na niej gdzieś z tyły lub przodu choćby nickiem ;) Żeby można było prześledzić drogę ;)]. Jeśli ktoś jest zainteresowany lekturą proszę o informację w komentarzu. Zasada będzie taka, że do pierwszej osoby wyślę książkę ja, do drugiej osoba, która ją dostała w pierwszej kolejności, do trzeciej druga itd. A ostatnia osoba zwróci właścicielowi :)

Czytaj więcej

sobota, 12 stycznia 2013

Dobra zła książka - "Opętani" Witolda Gombrowicza

Mój projekt był w tym sensie niesłychanie radykalny: oddać się masie, stać się gorszym, niższym (..)*

Przepis na napisanie złej książki jest prosty. Należy wziąć wyświechtany motyw (na przykład romansowy albo z horroru) dodać do niego mało wyraziste postacie, najlepiej odrobinę wiarygodne, a przynajmniej do pewnego stopnia wiarygodne, dodać schemat typowej dla wybranego gatunku fabuły i nie mieć specjalnie talentu pisarskiego i proszę, oto jest. Gombrowicz próbował, ale chyba za słabo się starał. Bo choć Opętani to czytadło wielkiej wody, to również przyzwoita książka, z postaciami trochę bardziej niż wiarygodnymi, bo oprócz tego ciekawymi, toteż projekt na złą książkę upadł. Przynajmniej w odbiorze czytelników. W moim również.

Powieść ta ukazywała się pierwotnie w odcinkach w 1939 roku na łamach dwóch dzienników - w Dobrym Wieczorze - Kurierze Czerwonym w Warszawie oraz w Expresie Porannym Kielce Radom. To dlatego może w pewnym momencie, w trakcie lektury, zdziwić zmiana nazwiska głównego bohatera, wraz z wyjaśnieniem, że jak się okazało, istnieje naprawdę trener tenisowy o takim nazwisku! Zupełnym przypadkiem rzecz jasna.

A zatem mamy głównego bohatera - trenera tenisowego, Mariana Leszczuka, który jest zmęczony monotonią swojej codzienności i dlatego zgłasza się na trenera panny Mai Ochołowskiej, mieszkanki dworu w Połyce, który to dwór z powodów finansowych został przemianowany na pensjonat. Nieopodal dworu jest zamek, z bogatą historią, księciem dziwakiem, a w zasadzie szaleńcem, oraz jego sekretarzem, który próbuje szaleństwo księcia wykorzystać, a więc nachapać się ile się da, a potem ożenić z panną Ochołowską. Przyjazd Leszczuka, oraz pewnego dość nachalnego historyka, Skolińskiego, wpłyną znacząco zarówno na plany sekretarza, jak i jego narzeczonej i wywołają sporo zamieszania w okolicznej wsi. Dużą rolę także odegra sam zamek, prawdopodobnie pochodzący z XVI wieku, z licznymi, pustymi komnatami, w których słychać dziwne odgłosy, tupotanie małych, szczurzych łapek i obecność czegoś niewytłumaczalnego.

Jest tutaj wszystko - romans, jak się łatwo domyślić między panną Ochołowską oraz Leszczukiem, powieść grozy, którą akcentują dziwne i niewyjaśnione zjawiska związane z tajemnicą zamku, oraz zdarzeniami na zamku, powieść kryminalna, gdy kochankowie są świadkami morderstwa, a także powieść obyczajowa, ukazująca Warszawę lat 30-tych ubiegłego wieku. Można z tego było zrobić kiepską powieść? Materiał był wyśmienity, ale Gombrowicz nie poszedł do końca zgodnie  ze schematem fabularnym romansu czy kryminału i tutaj także przedstawia swoją podstawową tezę, kontynuowaną później w wielu powieściach. Tezę, mówiącą o tym, że człowiek nigdy nie jest sobą bowiem jest zniewolony, jak nie narzuconą mu przez społeczeństwo formę, to przez inne siły. W Opętanych tą siłą jest wściekłość. Ta cudza wściekłość wpłynie na dwójkę bohaterów, pokieruje ich losem w sposób dziwny i niewytłumaczalny, ażeby doprowadzić do najprostszej konkluzji i jakże banalnej - siła tkwi w prawdzie charakteru.

Jest to wielce przyjemne czytadło i o dziwo, nawet nie przeszkadza wątek romansowy. Ogółem, jako lektura odprężająca działa niezawodnie.



*z przedmowy Pożytek z niepowodzenia Konstantego A. Jeleńskiego do Opętanych Witolda Gombrowicza, str. 5
Opętani, Witold Gombrowicz, Res Publica, Warszawa 1990
Czytaj więcej

piątek, 11 stycznia 2013

Jerzy Krzysztoń, "Stu kobziarzy"

  W Comrie, małym miasteczku szkockim, popasaliśmy dwa dni i dwie noce. Przygarnął nas schludny pensjonacik, którego okna z jednej strony wychodziły na kamienne murki i wrzosowe wzgórza, a z drugiej - na stary cmentarzyk z kamiennym kościółkiem. Kiedy pod wieczór zalęgły się tam mgły, widok był jak z "Psa Baskerville'ów"- niesamowite opary wśród nagrobków i celtyckich krzyżów. W Szkocji zresztą odwiedzaliśmy groby, gdyż na cmentarzu w Perth spoczywał ojciec Leszka, pułkownik wojska polskiego.
  Zastanowiło nas, dlaczego gospodarz dopytywał się trzykrotnie, czy rzeczywiście chcemy u niego zamieszkać, gdy Leszek telefonicznie zamawiał dla nas pokoje. W Comrie wyszło na jaw, że akurat kupił ten pensjonat i jesteśmy jego pierwszymi gośćmi. Postanowił to uczcić. Poczęstował nas kolacją, rozpalił kominek i wydobył flaszkę scotcha pod nazwą "Hundred Pipers", "Stu kobziarzy". Na kolację był rostbef na zimno, kipers, sery i wino. Od tamtej pory wszelkie przypowiastki o szkockim skąpstwie między bajki kładę.
  Nasz gospodarz, siwy dżentelmen o pociągłym, ujmującym obliczu, zasiadł z nami przed kominkiem ze szklaneczką whisky w ręce. Musiałem słuchać go uważnie, gdyż mówił ze szkockim akcentem, do którego nie byłem przyzwyczajony. Dowiedzieliśmy się, że był inżynierem górnikiem i całe życie spędził w Grenlandii, w tamtejszych kopalniach. Na starość wrócił w rodzinne strony, żeby prowadzić pensjonat i kształcić syna na uniwersytecie w Edynburgu.
  - Niech pan coś opowie o swoim życiu wśród Eskimosów - poprosiłem.
  - Obraziliby się śmiertelnie. Nie cierpią, kiedy ich nazywać Eskimosami - wyjaśnił. -  Uważają się za Grenlandczyków. Nie wiadomo, jak ich nazywał Eryk Rudy, który, wygnany z Islandii za morderstwo, odkrył Grenlandię pod koniec dziesiątego wieku... W każdym razie już wtedy znali harpun, oszczep i łuk. Już wtedy towarzyszył im pies eskimoski, pomagał nie tylko w polowaniach, ale i w najgorszą zadymkę potrafił zaprowadzić do osady. To są odważni ludzie. Tamtejszy klimat, samo polowanie na foki czy na niedźwiedzia polarnego, wymaga odwagi. I przeraźliwie boją się duchów... Kiedyś w kopalni zwracam się do jednego z nich: "Skoczcie no, sztygarze, na sąsiedni chodnik..." Przestąpił z nogi na nogę: " A może poszlibyśmy razem, panie inżynierze?" Tam wszyscy boją się złych duchów, a cóż dopiero w kopalni. Wiechy strzegą domostw przed urokiem. I są to wszystko dobrzy chrześcijanie... - uśmiechnął się nasz gospodarz i zapalił fajkę.
   - Gdybym miał żyć wśród lodowców, wśród gór lodowych znoszonych przez prądy morskie, wsród zamieci i burz śnieżnych.. sam bym się bał - powiedziałem.
   - U nas nie było tak źle - zaśmiał się inżynier. - Akurat w tych stronach gdzie pracowałem, rozpościerała się tundra. Kwitły zioła i mak polarny.
   - A w kopalniach nie było karzełków?
   - Nie przypominam sobie, abym miał zaszczyt któregoś spotkać.
   - To niedobrze, bo u nas na Śląsku są. Ale ogrzał się pan przynajmniej pod ziemią?
   - Tak, tam zdarzał się upał tropikalny. Pamiątka z tych czasów, kiedy na Grenlandii kwitły pomarańcze.
 Przed kominkiem leżała skóra białego niedźwiedzia, w której nurzaliśmy stopy. Ogień trzeszczał na kominku, wciąż się obawiałem, że grudka żaru spadnie na niedźwiedzie futro.
   - Piękny niedźwiedź - powiedziałem.
   - Owszem.
   - Może to ten sam, którego widziałem na dryfującej górze lodowej w pobliżu Labradoru.
   - Nie sądzę. Pochodzi z północnej Grenlandii.
   - Ta góra zjawiła się na kursie naszego statku. Nie była duża, ale bardzo piękna. I ten samotny niedźwiedź na niej.
   - Widocznie mizantrop - powiedział nasz gospodarz. - Bo niedźwiedzie podróżują przeważnie parami, w stadzie...
   - Tak jak my - powiedziałem uśmiechając się do żony.
   - To bardzo ładnie z państwa strony, że chcieliście zatrzymać się pod moim dachem. Ledwie otworzyłem interes, a już mam gości! - rozpromienił się i zatarł ręce.
   - Nasz przyjaciel, Leszek, spędził w tym miasteczku kilka lat młodości. Chciał je nam pokazać, wędrujemy z nim razem po Szkocji. Cóż za urok ma ten kraj.
   - Tak - rzekł gospodarz. - Wiedziałem, że mam dokąd wracać... - potrząsnął siwą czupryną. - No, napijmy się za mój szczęśliwy powrót.
   - A ten pensjonat kto panu naraił?
   - Właściciel zmarł. Spadkobiercy chcieli się go pozbyć.
   - Właściciela?
   - Nie, pensjonatu.
   - Powiedział pan tak, jakby chcieli się pozbyć właściciela.
   - Przejęzyczyłem się. O kropelkę whisky za wiele.
   - I pochowano go po sąsiedzku, na tym cmentarzu?
   - Tego nie wiem. Ale to taki stary cmentarz, że nikogo się na nim nie grzebie.
   - Zabytek?
   - Można i tak powiedzieć. Tam są nagrobki z osiemnastego wieku. I nastrojowy widoczek, prawda?
   - Żaden Grenlandczyk by tu nie zamieszkał.
   - Dlaczego?
   - Bałby się duchów.
Gospodarz uśmiechnął się kwaśno.
   - A jeśli w pensjonacie straszy? - powiedziałem.
   - No, to pora sprawdzić - rzekł gospodarz- Dobranoc.
 I rozeszliśmy się. Akurat byłem w łazience, kiedy usłyszałem pisk żony. Oho - pomyślałem sobie - wcześnie zaczyna! I pobiegłem z pomocą. Lecz okazało się, że to butelka z gorącą wodą wsunięta pod kołdrę napędziła jej strachu. Zapobiegliwy gospodarz włożył nam ją do łóżka.
 Wyjrzałem przez okno. Spośród mgieł wyłaniały się kamienne nagrobki porośnięte mchem. Zacząłem je liczyć. Nie wiem, dlaczego byłem przekonany, że spoczywa tu stu szkockich kobziarzy . Każdy pod starym kamieniem. Zza mgły przeświecał księżyc, cmentarz spowiły półcienie. Na murku cmentarnym sterczał kot wygięty w pałąk i prychał na zmarłych. Doliczyłem się stu nagrobków. I wreszcie ukołysała mnie do snu niesamowita muzyka stu kobziarzy. Miałem pełne uszy tej niesamowitej muzyki, wygrywanej na kobzach, które nie zbutwiały mimo stuleci. Najgłośniej grali ci spod nagrobków z osiemnastego wieku. Obudziłem się jakbym okrągłą noc maszerował pod dźwięk piszczałek. Nogi miałem spuchnięte, a najgorzej bolało mnie prawe ramię, jakbym nim całą noc dyrygował.
   - Rozmasuj mi prawą rękę - poprosiłem żonę.
   - A co ci się stało?
   - Byłem szkockim tamburmajorem. A tobie dobrze się spało?
   - Tak - odparła niepewnie. - Tylko ktoś grał na kobzie...
   - Aha! No to wszystko w porządku. Teraz nasza kolej. Poczęstuję gospodarza flaszką żubrówki. I zobaczymy! Zobaczymy, co jemu się przyśni!



Jerzy Krzysztoń, źródło zdjęcia






Noweletki, Jerzy Krzysztoń, Iskry, Warszawa 1980, str. 105-109
Czytaj więcej

środa, 9 stycznia 2013

"Mali bohaterowie" Zofia Lorentz

"Małych bohaterów" pisałam (..) w bardzo trudnych (..) warunkach. Miałam jednak przy sobie kogoś kto mnie mobilizował (...). Tym kimś był mój dziesięcioletni syn - Wiesław. Jego aktywność, dzielny współudział w odbudowywaniu domu, utraconego wraz z całą Warszawą, przerastały jego dziecięctwo, ale w gorącej pasji podejmowania zadań na miarę ludzi dorosłych, jakże był typowym dzieckiem wojennej Warszawy.*

Była sobie wojenna Warszawa. I były zgliszcza i huk wystrzałów i gruzy po domach poranionych od bomb. I było zdenerwowanie ogromne i strach i świat pełen najdziwniejszych i najstraszniejszych wydarzeń. I już nie było potrzeby czytania dzieciom bajek, bo to co się działo na co dzień, bardziej przerażało niż najstraszniejsze bajkowe stwory. I trzeba było odwagi większej od tej, którą posiadali dorośli, żeby rozsądnie zadziałać w momencie próby, żeby zrozumieć powagę chwili i żeby nie stchórzyć. Dlatego bajki trzeba było napisać jeszcze raz. Pozwolić Czerwonemu Kapturkowi na zmianę trasy i z koszyka wyjąć jedzenie, by je zamienić na granaty, Jasiowi i Małgosi piec suchary do paczek dla więźniów, a Kotu w Butach roznosić tajne gazetki po domach. I tak powstały Bajki Walczącej Warszawy. Bo Warszawa to jest takie dziwne miasto, w którym mogą się dziać rzeczy na pozór niemożliwe.**

źródło zdjęcia
Jest tych bajek dwanaście, na skromnej liczbie stron 114, każda nawiązuje tytułem do wybranej baśni Braci Grimm lub Andersena. Są krótkie, pisane językiem wprost, bez zbędnego zawoalowania, bez metafor, bajki o warszawskich dzieciach chwytają za serce i w wyobraźni odtwarzają trudne sceny z okresu wojennych działań na warszawskim Powiślu, z okresu powstania warszawskiego, z momentów trudnych i pełnych śmierci, lub przeczuć co do niej. I już po trzeciej bajce, o Brzydkiej Królewnie (Brzydkie Kaczątko),  łzy stają w oczach oczach, jakoś tak ciężko robi się na duszy, wobec dramatu małej dziewczynki, dramatu cichego, bez świadków, bez fanfarów i uznania dla jej bohaterstwa. I trzeba przerwać lekturę, bodaj na chwilę. By powrócić do niej po więcej, bo bajki te mimo trudnego, bolesnego tematu są napisane niezwykle ciekawie, wprowadzają poniekąd w świat własnego dzieciństwa, gdy człowiek chciał za wszelką cenę udowodnić dorosłym, że myśli znacznie rozważniej i rozsądniej, niż jest o to posądzany. Co ku mojemu zachwytowi udaje się również Jasiowi w bajce Głupi Jaś.

Najbardziej utkwiły mi w sercu, choć każda z opowieści jest na swój sposób wyjątkowa, cztery z nich. Wspomniane wyżej Brzydkie Kaczątko, Głupi Jaś, Dziewczynka z zapałkami i Żółty Pies Dingo. W tych bajkach dzieci udowadniają jakie są mądre, rozważne, jak potrafią podjąć się działań godnych bohatera, jak uratowanie uciekiniera przed zemstą gestapo, uratowanie rodziny przed nalotem niemieckich żołnierzy, odważne ukrywanie żydowskiej dziewczynki, czy mimo odniesionych ran, dzielne, we wsparciu psiego przewodnika, przeniesienie rannej siostrzyczki z niebezpiecznego miejsca. Wzruszają, ściskają za gardło, powodują że w oczach stają łzy.

Motywy z bajek są rekwizytami, formą ucieczki wyobraźni małego dziecka przed rzeczywistością. Ponieważ łatwiej trochę się żyje, gdy można udawać, że czołg jest tak naprawdę krwiożerczym smokiem, polującym na ładne dziewczęta, że czary chronią żydowską dziewczynkę przed śmiercią, że zabity gestapowiec nie jest  człowiekiem, a potworem, bestią, dlatego nie ma co go żałować. Instynktownie, niczym w odruchu samoobrony przed potwornością wojny, bajki te pokazują, że żeby przetrwać wojnę, sieroctwo, czy brak czegoś stałego, czego można się uchwycić i co pozwala dalej żyć, dzieci te przetwarzały nieco rzeczywistość, na potworną, to potworną, ale bajkę, której sami byli małymi bohaterami.

Zastosowanie formuły bajkowej opowieści służy też swego rodzaju zamortyzowaniu jej okropności, dzięki czemu całość pomimo bolesnej tematyki, czyta się mimo wszystko całkiem przyjemnie. Przeczytałam raz, a potem po raz drugi. To piękna książka. Polecam z całego serca.



-----------------------------

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Zacofanemu w lekturze ;)



Mali bohaterowie, Zofia Lorentz, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1971
*str.5
**str. 114
Czytaj więcej

wtorek, 8 stycznia 2013

"Samobójcza runda" William Styron

Tak oto znalazłem się w konflikcie, którego nigdy bym się nie spodziewał: bałem się walki, lecz jeszcze bardziej tego, że zdradzę się ze swoim strachem, co byłoby paskudnym preludium do strachu najgorszego z możliwych - że gdy sytuacja zmusi mnie do wykazania się w bitwie, dopadnie mnie straszliwe, paraliżujące przerażenie, załamię się i zawiodę moich kumpli marines. Te zawile splatające się lęki zaczęły mnie dręczyć niemal bez ustanku.*

Podczas pierwszego spotkania ze Styronem spodziewałam się wszystkiego - emocji, natłoku myśli, lęku przed kontynuacją powieści, ale chyba nie spodziewałam się takiego warsztatu literackiego. Mocne, dojrzałe pióro, zaciemnienie rzeczywistej historii przez inną historię, niczym zasłoną dymną, która miała nieco przytłumić podejrzenia czytelnika, do czego autor zmierza. Mowa tu o Wyborze Zofii, która to powieść zaskoczyła mnie fabułą i sposobem jej przekazywania, zachwyciła warsztatem literackim i sprawiła, że stałam się gorącą zwolenniczką autora. Stąd, gdy na wyprzedaży letniej w Weltbildzie pojawił się tom z jego opowiadaniami odruchowo zakupiłam, nie zwracając zbytnio uwagi, że te szczególne wspomnienia są związane z jego służbą w Korpusie Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych i że w związku z tym raczej nie będą należały do najłatwiejszych w odbiorze. Pewnie dlatego zwlekałam z lekturą tyle miesięcy..

William Styron, źródło zdjęcia
Historia z marines rozpoczyna się gdy Styron ma siedemnaście lat** i rozpoczyna przyspieszoną naukę w programie stworzonym dla kandydatów na oficerów. Zanim jednak zostanie przygotowany w rocznym kursie szkoleniowym, Japończycy zdążą się poddać i jego udział w walkach okaże się zbędny. Jednakże kilka lat później, w związku z wojną koreańską, Styron zostaje ponownie wcielony do marines i przeniesiony do wojskowego ośrodka szkoleniowego Lejeune, znajdującego się w Północnej Karolinie. I to właśnie Lejeune jest miejscem akcji czterech z  pięciu tekstów zawartych w tomie Samobójcza runda. Wbrew pozorom nie są to teksty tylko i wyłącznie o rzemiośle wojennym, o ładowaniu moździerzy i krwawych obrazach, ale również, a właściwie przede wszystkim, o strachu, strachu związanym z oczekiwaniem na jakieś działania wojenne, wyobrażaniu sobie tych działań  bo najwięcej dzieje się w głowie głównego bohatera tych opowiadań, oraz o konieczności znalezienia punktu oparcia, który pozwoli przetrwać. Może nim być wszystko - czy to rozmowa ze świetnym oficerem, który dysponuje niezwykłą wiedzą krytyczno -literacką (Marriot z piechoty morskiej), czy wariackie wycieczki na spotkania z dziewczyną (Samobójcza runda) , czy myśl, której się można uczepić, jaką są wspomnienia z dzieciństwa związane z kolekcjonowaniem znaczków (Eoleby, Annobon i Corisco).

Pierwsze opowiadanie sprawia największą trudność, bowiem można odnieść wrażenie, że jest wyrwaną scenką rodzajową i tak naprawdę opowieścią o niczym. Tytułowy bohater, Blankenship pracuje jako oficer nadzorujący więzienie wojskowe znajdujące się na małej wysepce u zbiegu górnego odcinka East River. Jest on ukazany jako człowiek honoru, by na końcu opowiadania ten honor splamić niegodnym marines zachowaniem. Zanim zdążyłam wczuć się w wyspę, w więzienie i postawę Blankeshipa opowiadanie po prostu się skończyło. Pozostała konsternacja. Na ogół gdy dzieje się we mnie coś takiego, takie dziwne, czytelnicze zaburzenie, po prostu czytam tekst jeszcze raz. Co proponuję każdemu sięgającemu po ten tomik opowiadań. Dopiero za drugim razem dojrzałam bogactwo opisów (samej wyspy, czy wyglądu Blankenshipa) co wcześniej, przy nastawieniu na trudną akcję opowiadania, zwyczajnie przegapiłam.

Najciekawsze jest opowiadanie Dom mojego ojca, gdzie Styron połączył wspomnienia z Lejeune z podjęciem się częstej u niego tematyki rasizmu południowej części Stanów Zjednoczonych, gdzie trwało ono najdłużej i gdzie w omawianym okresie lat 50-tych ubiegłego wieku, za to samo przewinienie kryminalne kara wymierzana osobie czarnoskórej była zdecydowanie bardziej sroga, jak w omawianym w opowiadaniu przypadku, gdy za gwałt czarnoskóremu grozi kara śmierci, podczas gdy biały dostaje karę wieloletniego więzienia. Rozmowa z Isabelle, macochą głównego bohatera, której wypowiedzi stanowią formę zbiorowej myśli tamtych czasów, ukazuje jak bardzo czarno - białe jest takie postrzeganie drugiego człowieka, jak ugruntowane są przekonania o wyższości rasy białej, co zresztą ma swoisty wydźwięk przy okazji pojawiającego się tematu rasizmu wobec Azjatów, którzy są nazywani w ramach narodowej nienawiści, żółtkami. Jak Styron, a raczej jego alter ego, wchodzi w konflikt z Isabelle, nie zgadzając się z jej punktem widzenia, tak odnośnie Japończyków i Koreańczyków przyjmuje narodową postawę, pełną jadu i złośliwości. Biorąc pod uwagę propagandę jaką uprawiało amerykańskie wojsko, młody wiek Styrona, a także powszechność takich opinii w całych Stanach Zjednoczonych, można próbować bronić takiej postawy, jako wyuczonej  Ale ostatecznie, rasizm amerykańskiego południa był również wyuczony, a jednak jemu Styron się przeciwstawiał..Niewątpliwie teksty te, choć krótkie, dają sporo do myślenia, w wielu kwestiach. I pokazują ponownie, że Styron nie bał się trudnych tematów.


Samobójcza runda, William Styron, Świat Książki, Warszawa 2010
*str. 217
** Źródłem dla mnie są opowiadania Styrona i strona http://en.wikipedia.org/wiki/William_Styron
Czytaj więcej

niedziela, 6 stycznia 2013

"Tyrmandowie. Romans amerykański", rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska

To nie było spokojne życie. Nie było zawsze wspaniałe i poukładane. Dużo musiałam znosić i to nie tylko dlatego, że to był sławny Tyrmand, polski pisarz. Stary lowelas zdradzał taką młodą siksę jak ja. Wiem, że to robił. Miał gdzieś specjalny notes, jeszcze z Polski, w którym zapisywał swoje podboje. Kolekcjonował też ich fotografie. Pamiętam zdjęcie Niemki z dopiskiem - "zhańbienie rasy". (..) O moim życiu intymnym sprzed swojej ery nie chciał tak naprawdę słuchać, choć czasem zadawał pytania. Kiedy próbowałam odpowiadać, wściekał się. Potrafił być prawdziwym Otellem.*

Skąpiec. Zazdrośnik. Domowy tyran i dyktator w każdej dziedzinie - mody, wydatków, makijażu. Jeśli nie chciał kupić drogiej benzyny jeździł od stacji benzynowej do stacji, żeby kupić tę najtańszą. Nawet jeśli przez to w efekcie wydawał na tę benzynę więcej, bo przecież musiał ją mieć także na to poszukiwanie. Do tego człowiek głęboko przesądny. Taki obraz Leopolda Tyrmanda wyłania się z książki wspomnieniowej, w której udział brała Agata Tuszyńska. Trudno go nazwać do końca autorskim, bowiem książka składa się z listów Tyrmanda i jego trzeciej i ostatniej żony Mary Ellen, oraz wspomnień samej Mary Ellen. Dlatego zaznaczam zgodnie z kartą tytułową - rozmawiała i skomponowała.

Leopold Tyrmand zanim osiedlił się w Stanach Zjednoczonych był dwukrotnie żonaty. Nigdy nie stronił od towarzystwa kobiet, choć z kolei na kobiece zachowania miał mocno ugruntowane, bardzo staroświeckie poglądy. To znaczy, on, mężczyzna, owszem, może mieć ile zechce partnerek, ona, kobieta, nie ma do tego absolutnie prawa. To źle o niej świadczy. Kobieta ma określoną rolę w społeczeństwie i w życiu mężczyzny. A Mary Ellen Fox pięknie się w to wpisała, ślepo podążając za swoim mentorem.

Gdy się poznali ona miała 23 lata, on 50 lat. Pomijam jaki niesmak we mnie wzbudza sama myśl o związku z mężczyzną starszym od siebie o 27 lat, bo to są kwestie indywidualne, choć mój ciasny światopogląd dostrzega w tym jakąś formę zaburzenia.  Romantyk powie - miłość nie wybiera i na tym poprzestanę, W każdym razie młoda Mary Ellen okazała się podatnym egzemplarzem do kształtowania jej na modłę i podobieństwo Tyrmanda. Gdy na początku wydaje się, że ma jeszcze jako takie własne zdanie, szybko zostaje ono przemianowane na "ich" zdanie. Z psychologicznego punktu widzenia, można by rzec, że po toksycznej relacji z matką tyranką, Mary Ellen po prostu musiała znaleźć sobie takiego męża jak Tyrmand (Nikt nie miał na mnie takiego wpływu, nikt inny - może  poza matką.. w tak wyraźny sposób mnie nie kształtował**)

Mary Ellen sama zabiegała o znajomość z Tyrmandem, który nie narzekał na brak zainteresowania ze strony kobiet. Jak sama wspomina, dość szybko wskoczyła mu do łóżka, by potem zabiegać o to, by stać się dla niego osobą najważniejszą. Długo Tyrmand traktował ją jak korespondencyjną dziewczynę, dopiero tak naprawdę rozmowa z matką, którą odwiedził w Izraelu, sporo odmieniła. Pierwsza część listów z roku 1970 dotyczy rozstania niemalże zaraz na początku znajomości, gdy Tyrmand wyjechał do MacDowell Colony, miejsca dla artystów, gdzie pracował nad kolejnymi tekstami. Kolejne listy, pocztówki, wynikały z następnych rozstań, jak wyjazd do Izraela, czy do Rockford, dokąd się mieli za decyzją Tyrmanda i dużymi obawami Mary Ellen, przeprowadzić. Gdzie spędzili kolejne dziewięć lat i gdzie wychowywali dzieci (bliźnięta, urodzone w 1981r.). Bliźnięta urodziły się zimą, a już latem wyjechał na kilka tygodni do Kalifornii. A jakiś czas potem do Chin. Zwykle na ten czas przenosiłam się z dziećmi do matki. Zawsze mówił, że robi to dla swojej kariery, czyli dla nas. To na pewno będzie dobre dla nas. "Jeśli mnie będzie się dobrze powodziło, nam wszystkim będzie lepiej".***

Przeżyli razem piętnaście lat. Mary Ellen została wdową w wieku 38. lat, z dwójką czteroletnich dzieci. Czy to był szczęśliwy związek? Trudno mi ocenić. To wie tylko Mary Ellen. Choć w moim odczuciu ona po prostu była ślepo zapatrzona w Tyrmanda i co by on nie zarządził ona ze spokojem niewolnicy by wykonała. Dyplom doktorski Mary Ellen wisiał w toalecie, bo tam jest jego najlepsze miejsce, prawda?

Krótko mówiąc nie podobała mi się.. książka, ani treść. Żałuję, że przeczytałam, cieszę się, że coś mnie podkusiło, żeby nie kupować. Bo oprócz tego, co mi się treści nie podobało, nie rozumiem też logiki rozkładu zdjęć zawartych w tym tomie - np. w sekcji z roku 1970 zdjęcia Tyrmanda z lat 30-tych, czy w roku 1975 aktualne zdjęcie Mary Ellen. Czemu akurat tam? Czemu bez związku z treścią, czy zakresem dat? Ale to tylko zdjęcia, to drobiazg. Nie podobał mi się związek tyrana z młodą dziewczyną, którą zmieniał jak chciał. Oczywiście, to jej sprawa na co się zgadzała, ale moja ocena zawartości książki. Żałuję tylko, że Tyrmand po prostu stracił tak bardzo w moich oczach.. Paradoksalnie, dla Mary Ellen ta książka ma na celu zachowanie Tyrmanda w pamięci. Faktem jest, że w mojej pozostanie, ale nie jako świetny pisarz, a fatalny mąż. Żałuję.

Tyrmandowie. Romans amerykański., rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska, Wydawnictwo mg, Kraków 2012
*str. 152
** str. 230
*** str. 205
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.