czwartek, 28 lutego 2013

"W ofierze Molochowi" Asa Larsson

Asa Larsson jest genialna! pomyślałam sobie w połowie lektury W ofierze Molochowi. Nie mogłam się oderwać, powieść była w pewien sposób pasjonująca, choć częściowo były do przewidzenia losy niektórych bohaterów, to jednak ciekawość jak to się potoczy dalej, była ogromna. I wtedy, tuż przed zakończeniem, ten fatalny moment. Jak w Aż gniew twój przeminie zakochałam się niemalże w Rebece Martinsson, tak pod koniec kolejnej książki z cyklu, miałam ochotę, ogromną ochotę, co najmniej na nią nawrzeszczeć. Ponownie przyczyną był sposób, w jaki bohaterka Asy Larsson potraktowała psa. I tak, musiała dokonać trudnego wyboru i rozumiem czemu dokonała właśnie takiego. Ale winną za zachowanie psa była tylko ona, ona, która nie potrafiła nauczyć Very podstawowych komend, by móc na psa liczyć własnie w takich sytuacjach. Dlatego mimo, że rozumiem czemu musiała tak postąpić, tak nadal jestem okropnie zła. Co potwierdza jak sugestywną postać stworzyła Asa Larsson, bo złoszczę się na Rebekę jak na kogoś realnego, a nie na wymyśloną postać.


Fabuła W ofierze Molochowi podobnie jak w poprzedniej części, nawiązuje do odległej przeszłości małego miasteczka Kiruna, do którego sto lat wcześniej przybyła pewna młoda nauczycielka, Elina Petersson, kobieta o dość nowoczesnych poglądach, która wybrała nauczycielstwo, by móc pozostać niezależną od innych. W tych trudnych czasach samotna kobieta miała jednak nadal mało do powiedzenia, jej rola ciągle była ograniczona do bycia żoną i matką, a w najgorszym wypadku, gdy była samotna, szybko otrzymywała etykietę puszczalskiej  niezależnie od tego, czy prowadziła się dobrze, czy faktycznie lubiła towarzystwo mężczyzn. A Elina polubiła nawet bardzo towarzystwo jednego mężczyzny, co nie podobało się jego rywalom..

W czasie teraźniejszym ponownie dochodzi do morderstwa. Ginie starsza kobieta, zabita widłami we własnym łóżku, a jedyny świadek, Marcus, który mógł widzieć mordercę ma zaledwie siedem lat i radząc sobie z tragedią na swój sposób, ucieka w świat wyobraźni, usuwając z pamięci tragiczną noc. Dotarcie do jego wspomnień jest więc kluczowe w prowadzonym śledztwie, podobnie jak dotarcie do kochanka zabitej kobiety. Gdy Rebeka zaczyna się zajmować tą sprawą zostaje ona dość szybko jej odebrana dzięki staraniom podstępnego i zawistnego kolegi po fachu, Carla von Post, który po raz kolejny próbuje w ten sposób rozwinąć swoją karierę i pogrążyć Rebekę, od samego początku sugerując jej niedociągnięcia i brak stabilności psychicznej. Prowadząc dochodzenie topornie i z kompletnym brakiem wyczucia, aresztuje on wreszcie niewinnego człowieka, zapomni o ważnych procedurach, by ostatecznie doprowadzić do kompromitacji tylko własnej osoby. Co niewątpliwie daje satysfakcję dla takiego triumfu sprawiedliwości.

Co mają ze sobą wspólnego Elina i Marcus, siedmioletni wnuczek zamordowanej kobiety? Jak się okaże, bardzo wiele, jak również, że śmierć jego babci nie była przypadkowa, podobnie śmierć jego ojca trzy lata wcześniej. Układanka zaczyna się rozjaśniać dość szybko w głowie, ale ważne detale, są odsłaniane powoli, przeplatając przeszłość z udziałem Eliny w roli głównej, z teraźniejszością  w której najważniejsze jest uratowanie życia Marcusa. Bo jak się okazuje, chłopcu również grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Mogę tylko potwierdzić to, co już było wspominane na kilku blogach - Asa Larsson jest tylko z tomu na tom  coraz lepsza. Jakkolwiek stosuje jeden schemat dla swojej fabuły, sięgając do przeszłości, która odcisnęła się swym piętnem na teraźniejszości, tak jednak rozwinięcie poszczególnych wątków za każdym razem jest coraz bardziej interesujące. Gorąco polecam!


W ofierze Molochowi, Asa Larsson, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013


Czytaj więcej

niedziela, 24 lutego 2013

Słodka trylogia pod Amorem

Ostatnie dni nie należały do najłatwiejszych dla mnie. Parę trudnych momentów spowodowało pewien stan zawieszenia.
Tymczasem więc sięgam po lektury lekkie, łatwe, nie zmuszające do myślenia. Podejrzewam, że gdyby nie te okoliczności, nigdy nie przeczytałabym słynnej trylogii Eriki Leonard, o której może napiszę w innym poście. Zakładam też, że gdyby nie te wszystkie emocje, trylogia Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk o Cukierni pod Amorem, nadal musiałaby czekać na swoją kolej. Okazuje się, że ta babska literatura, którą na ogół raczej omijam, dodała mi nieco otuchy. Ta możliwość czytania, dość bezmyślnego, pozwoliła oderwać się na krótkie chwile od ponurej rzeczywistości. I jestem, bez sarkazmu, ani ironii, wdzięczna że istnieją takie pozycje i dopiero teraz rozumiem w ogóle zasadność ich istnienia, bo to właśnie lektura obu trylogii pozwoliła na gdzieś tam podświadome uspokojenie sobie pewnych spraw w głowie.


Cukiernia pod Amorem to dość ciekawie skomponowana saga rodzinna, której początek sięga końcówki XIX wieku, by przeplatając przeszłość z teraźniejszością, a więc w powieści rokiem 1995, dotrzeć do czasów aktualnych. Chyba najbardziej podobał mi się w niej ten zabieg, oraz niejednoznaczne zakończenie, czym autorka spowodowała, że upodobałam sobie szczególnie tom trzeci. Owo zakończenie właśnie wydostało mnie nieco ze swoistej apatii, bo rozruszało w końcu szare komórki, by wymyślać możliwe scenariusze dalszych losów Igi Hryć, Xaviera Toroszyna, Waldemara Hryć i na początku dość negatywnej postaci, a jednak podobnie jak wszyscy bohaterowie, po prostu szukającej swojego szczęścia, Heleny Nierychło. Niektóre mogą być mniej lub bardziej oczywiste. Samo jednak dopowiadanie sobie ich losów było ciekawym momentem tuż po zamknięciu ostatniej strony trzeciego tomu.

Cofając się w przeszłość autorka rozpoczyna historię od rodu Zajezierskich, którego kolejne losy, związane z zaborem rosyjskim, przeplatają się z zawirowaniami historycznymi, ale również, zwykłymi, ludzkimi namiętnościami i błędami, które nawet w obliczu Historii, nie ulegają większej zmianie, co najwyżej, muszą się bardziej podporządkowywać jej regułom. W teraźniejszości zaś, w małym, wymyślonym przez autorkę Gutowie, tuż przy prowadzonej przez rodzinę Hryciów "Cukierni pod Amorem" rozpoczęte niedawno wykopaliska archeologiczne dokonują niezwykłego odkrycia. Dokopując się do podziemi przechodzących przez cały gutowski rynek, natrafiają na zmumifikowane zwłoki kobiety, która ściska w dłoniach stary, wyglądający na co najmniej średniowieczny, złoty pierścień. Jest zagadką kim jest kobieta, oraz skąd wzięła pierścień, w którym Waldemar Hryć rozpoznaje starą, rodową pamiątkę, od dawna poszukiwaną przez jego matkę Celinę. Niestety, znalezisko zbiega się z pobytem Celiny w szpitalu, po dość groźnym wylewie, który unieruchamia ją na wiele tygodni. Wnuczka Celiny, Iga Hryć, zaintrygowana zagadką związaną ze zniknięciem pierścienia, próbuje odtworzyć jego kolejne losy i odkryć, jak znalazł się w posiadaniu tajemniczej kobiety. Niestety, nie pomaga jej w tym gorący okres związany z gutowskim świętem, powodujący zwiększoną ilość pracy w cukierni, ani ojciec, który niespodziewanie się zakochał..

Przeplatając przeszłość z teraźniejszością, autorka przeprowadza czytelnika kolejno do rozwiązania zagadki kim była znaleziona przez archeologów kobieta, choć pozostaje w sferze domysłów, skąd wzięła zabytkowy pierścień. Pojawia się tu cała galeria postaci, przodków Celiny, których losy można śledzić na kartach związanych z przeszłością jednocześnie wracając co parę stron do teraźniejszości.

Jest sporo w tej książce mankamentów, które zapewne normalnie, uwierałyby mnie dużo bardziej. Przede wszystkim za dużo opisów jedzenia i tego co stawiano na hrabiowskim stole podczas poszczególnych świąt. Na pewno miało to na celu opisanie w szczegółach wszelkich zwyczajów w ówczesnym polskim domu, ale mnie to chwilami nużyło. Dialogi bywają skonstruowane dziwnie.
Szczególnie te Igi z jej chłopakiem Łukaszem, archeologiem Rafałem, a później Xavierem. Ale pewnie chodziło o młodość i nieporadność dziewczyny w relacjach damsko - męskich. Tak to sobie tłumaczyłam. Bo wyjątkowo, miałam to naprawdę w nosie, że nie jest to arcydzieło literackie. W końcu najważniejsza jest przyjemność czytania. Dlatego, polecam. Bo może to nie jest genialna książka, ale zwyczajnie - interesująca. Momentami nawet wciągająca. Dobra na pewno w jakimś momencie kiepskiego samopoczucia. Mi pomogła, dlatego zostaje na półkach.


Cukiernia pod Amorem, Małgorzata Gutowska - Adamczyk, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2010-2011


Czytaj więcej

piątek, 22 lutego 2013

Słuchając pieśni wiatru

“There’s no such thing as perfect writing. Just like there’s no such thing as perfect despair.” *

Nie istnieje coś takiego jak doskonałe pisarstwo, tak sam jak nie istnieje coś takiego jak doskonała rozpacz. (tłum. własne, bardzo możliwe, że niedoskonałe)

Ponieważ dotąd udało mi się zapoznać z większością przetłumaczonych pozycji jednego z moich ulubionych pisarzy, do jakich zaliczam Harukiego Murakamiego, sięgnięcie po te nieprzetłumaczone było kwestią czasu. Trudnością była jedynie blokada językowa, ale trudności trzeba w końcu pokonywać..Hear the Wind Sing jest pierwszą nowelą jaką napisał Haruki Murakami i jedną z niewielu nieprzetłumaczonych dotąd na inne języki, oprócz angielskiego, ale również w tej wersji dostępną tylko na terenie Japonii. Pierwszy raz ukazała się w czerwcu 1979 roku w magazynie literackim "Gunzo" i stanowi pierwszą część "Trylogii Szczura" (Trylogy of the Rat), której kontynuacją jest Pinball, również nieprzetłumaczona, oraz wydana już w języku polskim, Przygoda z owcą.

Gdybym miała ocenić w skrócie o czym jest Hear the Wind Sing powiedziałabym, że o pisarzu, który opowiada historię swojej inspiracji i początku trudnego powołania jakim jest pisanie powieści. Byłoby to jednak spłaszczeniem tej wielowymiarowej historii, choć niewąptliwie przedstawieniem jej najważniejszego wątku.

Nowela jest zbudowana z drobnych rozdziałów, w zasadzie czegoś w rodzaju podrozdziałów. Są one przerywane w dowolnym momencie, choć na ogół każdy z nich ma choć drobną puentę. Można by wymienić kilka części, jakie są przewijane przez tę krótką opowieść -  część główną, dziejącą się tu i teraz, część poboczną o przeszłości głównego bohatera, część marginalną, zawierającą fragmenty audycji lokalnego radia, oraz część spinającą całość, swego rodzaju klamrę, czyli historię pewnego pisarza, który zainspirował bohatera Hear the Wind Sing do pisania.

Część główna dzieje się latem 1970 roku, dokładnie w sierpniu, między szóstym, a dwudziestym szóstym sierpnia, latem upalnym, przekraczającym rekordowe temperatury, z ogromną wilgotnością powietrza. Miejscem akcji jest małe miasteczko, położone z jednej strony nad oceanem, z drugiej w pobliżu gór. Lokalizacja niemalże arkadyjska, z całym dobrobytem krajobrazu i gorącego lata. Lata, które główny bohater, bezimienny, najprawdopodobniej alter ego autora, próbuje jakoś przetrwać wraz ze swoim przyjacielem, Szczurem, przed wyjazdem na studia do Tokio. Na ogól zabijają czas przesiadując w barze J-a, pijąc piwo, jedząc frytki i grając na automatach. Czasami prowadzą dziwne rozmowy. Jak te o czytaniu, gdy Szczur pyta swojego przyjaciela po co ten czyta książki ("a po co pijesz piwo?"), czy o pisaniu własnej powieści o rozbitkach. Dziwne dialogi, bez puenty, tradycyjnie przewijające tematy trywialne z tymi naprawdę ważnymi, są zapowiedzią tych wszystkich dziwnych rozmów, jakie będą odbywać bohaterowie Murakamiego w następnych powieściach.

Częścią poboczną są relacje głównego bohatera z kobietami. Tutaj historie jego trzech byłych dziewczyn  trochę przypominały mi te z Norwegian wood, a więc nieudane związki, żal za dawno zmarłą dziewczyną, która popełniła samobójstwo, brak umiejętności zrozumienia dlaczego w danej chwili podjęło się takie, a nie inne decyzje. I dziewczyna poznana również w tej dziwnej, spowolnionej upałem codzienności, spotkana przypadkiem również w barze J-a, która przypomina nieco w zachowaniu Midori** i z którą relacje również nie zostaną spuentowane.

Klamra spinająca całość i dla mnie też dość istotna część tej noweli, to historia wymyślonego pisarza, Dereka Hartfielda. Oprócz szczegółów biograficznych, związanych z fascynacją samym pisarzem, czy tych związanych z nauką wszystkiego, co najważniejsze o pisaniu, co sprawiło, że nasz bohater zaczął pisać, jest tu fragment powieści Hartfielda, który w pełni wyjaśnia znaczenie tytułu noweli. Myślę, że każdy kto zna choć trochę książki Murakamiego odnotował jego upodobanie do tworzenia przejść między światami (na przykład w Kronice ptaka nakręcacza jest to studnia, w Kafce nad morzem - las), nie zabrakło tego elementu również tutaj. W tej historii są także studnie (choć, tak, trzeba dodać, że to w zasadzie w Kronice ptaka nakręcacza są także studnie), ale są one wyjątkowe, bowiem są bezdenne, wykopane na powierzchni Marsa, przez Marsjan we własnej osobie. Jednak Marsjanie kopiąc te studnie nigdy nie dokopali się do wody. Studnie więc są zagadką, którą bada bohater tej historii. Zagadka pozostaje bez rozwiązania, toteż pewnego dnia, zmęczony atmosferą Marsa, schodzi do jednej ze studni, a tam, znajdując jaskinię, idzie długo prosto przed siebie. Gdy odnajduje wyjście po jej drugiej stronie okazuje się, że świat się nieco zmienił.. I tylko wiatr śpiewał o tym, co się wydarzyło..

Na początku czytanie po angielsku szło mi opornie. Z jedną ręką w słowniku (ale dla utrudnienia, angielsko - angielski), a z drugą w książce, czytałam dość wolno. Z czasem, gdy historia zaczęła mnie wciągać, gdy angielski przestał być tak uciążliwy, odkryłam, że czytanie w tym języku sprawia mi coraz mniej trudności! Jest ogromną przyjemnością odkrywać swoje własne możliwości językowe, sprawdzać, ile jest się w stanie zrozumieć, no i co najważniejsze, spostrzegać, że po angielsku, czy tłumaczony na polski, to ciągle ten sam, dziwaczny nieco z pewnego punktu widzenia Murakami. Wielbicielom autora polecam w ciemno. W tej noweli są wszystkie charakterystyczne elementy jego prozy. Dzięki niej zresztą też widać, jak rozwinął się jego warsztat, ale jednocześnie, że już od początku miał to charakterystyczne coś w swoim pisarstwie.



Hear the Wind Sing, (oryg. 風の歌を聴け Kaze no uta o kike) Haruki Murakami, Kodansha International, 1997, tłumaczył Alfred Birnbaum
* str. 3
** bohaterka Norwegian Wood
Czytaj więcej

środa, 13 lutego 2013

"Szpital przemienienia" Stanisław Lem

Choroba psychiczna była dla nazistów czynnikiem odbierającym prawo do życia. Sprawa pochodzenia etnicznego ofiar była w tym przypadku dla sprawców zbrodni drugorzędna. Nazistowskie ludobójstwo rozpoczęło się od zagłady chorych psychicznie w okupowanej Polsce. Fakt ten pozostaje mało znany, nawet wśród lekarzy (..)

Naukowym uzasadnieniem unicestwiania chorych psychicznie miały być opracowania psychiatry Alfreda Hoche i prawnika Karla Bindinga, którzy twierdzili że śmierć osób upośledzonych psychicznie może być uznana przez te osoby i społeczeństwo za wyzwolenie, a dla państwa oznaczałoby to pozbycie się ciężaru utrzymania ludzi nie przedstawiających najmniejszej nawet użyteczności. Odpowiednie przepisy nałożyły na pielęgniarki i akuszerki asystujące przy porodach obowiązek informowania o narodzinach dziecka z ciężkimi wadami wrodzonymi.

Całkowita liczba zgładzonych przez nazistów chorych psychicznie nie jest znana. Szacuje się, że w Polsce podczas II wojny światowej zamordowano ponad 20 tys. pacjentów szpitali psychiatrycznych.
(źródło)

Niewiele jest tematów, które wywołują we mnie żywe, dobitne emocje. Nie płaczę nad losem zakochanych, nie przejmuję się losem biednych guwernantek, tematem nadużywanym w przez XIX - wieczne pisarki, nie egzaltuję romansami. Nienawidzę jednak krzywdzenia istot słabych i bezbronnych. Dławi mnie w gardle gdy czytam o biciu zwierząt, dzieci czy chorych psychicznie. Dławi w gardle i powoduje wiele, bardzo wiele niedobrych myśli. Gdy zaś krzywda ta jest ostateczna zniżam się do poziomu oprawców w mojej głowie. Żałuję, że nie mam w zwyczaju czytać dokładnie recenzji książek, które chcę przeczytać. Nie robię tego z dwóch ważnych powodów - po pierwsze nie chcę ewentualnego przecieku treści, po drugie, nie chcę żeby czyjś osąd wpłynął, choćby podświadomie na mój. W tym jednak przypadku, żałuję, że nie zrobiłam wyjątku. Może odłożyłabym lekturę na jakiś lepszy dla siebie moment. Przyznaję zupełnie szczerze, że emocjonalnie ta książka była dla mnie swego rodzaju wyzwaniem.

Fabuła powieści Stanisława Lema pozornie jest prosta, mówiąc w podstawowym wątku o praktyce młodego lekarza, Stefana Trzynieckiego w szpitalu psychiatrycznym. Wątkiem drugim jest kontekst historyczny, który umiejscawia tę praktykę zaraz na początku drugiej wojny światowej i w związku z czym już na wstępie sugeruje przyszły los tego szpitala. Trzecim wątkiem, dla mnie najistotniejszym, jest traktowanie pacjentów szpitala, podejście do choroby psychicznej reprezentowane przez lekarzy oraz powielane przez innych ludzi oraz ostateczny los tych nieszczęsnych istot. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku psychiatria ciągle jeszcze kulała. Jakkolwiek ostatecznie pojęto wtedy, że choroba psychiczna jest chorobą, nie opętaniem, ani żadną formą tak zwanego debilizmu, że wymaga cierpliwości, łagodności, szacunku dla chorych, i przede wszystkim leczenia, tak nadal nie traktowano pacjentów z należnym im szacunkiem. Mimo całej tej wiedzy nadal odnoszono się do osób cierpiących na zaburzenia psychiczne jak do odmieńców, idiotów, traktując ich jak bezwolne  marionetki, na których można było eksperymentować. A na pewno kopnąć, albo zwyzywać od debili, jak to robili opisywani sanitariusze w powieści Lema. Nic, tylko pozostaje się cieszyć, że to już odległa, mroczna przeszłość. Choć i tak bledną te wszystkie zachowania wobec grozy jaką zapewnili szpitalom psychiatrycznym naziści.

W Szpitalu przemienienia Lem ukazuje swoją typową filozofię, częściowo reprezentowaną przez poetę Sekułowskiego, przebywającego w szpitalu bardziej na zasadzie nieszkodliwego artysty dziwaka niż pacjenta z realnymi problemami zdrowotnymi, częściowo również przez ateizm i racjonalizujące podejście do życia i świata samego Stefana. W "Szpitalu przemienienia" jest już cały Lem pisze Jerzy Jarzębski-  z jego nieufnością wobec "nauki czystej", "ekspertów", racjonalności absolutnej, a zatem wypranej z etyki. A jednocześnie jest tam Lem, który pewnych zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia nie potrafi zbyć łatwymi formułkami na temat moralności i humanizmu. W tym ateistycznym świecie diabeł naprawdę kłapie zębami i czuć piekielną siarkę.*

Podobnie jak Lem jestem ateistką, która nie ma w zwyczaju szkalować żadnej religii ani nikomu narzucać własnej odrębności, dlatego z przyjemnością, po trudach lektury samej powieści, przeczytałam załączone na końcu książki listy wymieniane między Lemem, a księdzem Stanisławem Obirkiem. Jakaż to intelektualna rozgrywka, jakaż piękna korespondencja. Uważam zarówno Szpital przemienienia jak i owe listy za lekturę obowiązkową. Mimo ciężkich emocji w odbiorze samego Szpitala.. uważam, że to jest jeden z tych tytułów jakie po prostu wypada poznać.


Szpital przemienienia, Stanisław Lem, Agora S.A., Warszawa 2008
*z posłowia Skalpel i mózg, str. 184
Czytaj więcej

sobota, 9 lutego 2013

Uczciwa oszustka według Tove Jansson

Moje przyjazne i taktowne nastawienie jest zwyczajnie neurotyczne, stwierdziła [Tove] w 1966 roku. "Nawet w sumieniu nie zachowuję szczerości, najczęściej tylko reaguję histerycznie, dlatego że nie mogę spełnić wygórowanych wymagań (..)". Jak zwykle patrzy na siebie nieubłaganie krytycznie. Opisuje siebie jako szczerą oszustkę, o której później stworzy książkę.*

 Miejscem akcji Uczciwej oszustki jest wymyślona przez Tove Jansson osada, w której głównym zajęciem jest wyrób łodzi, a gdy tego nie można robić, po prostu plotkowanie. Można w niej znaleźć jeden sklep, który pełni funkcję również poczty, jest miejscem spotkań i wymiany najświeższych informacji. Jak w każdej małej osadzie każdy zna tu każdego, toteż dla większość postać Katri nie jest niczym nowym. A jednocześnie pozostaje ciągle kimś obcym. Mało rozmowna, zainteresowana jedynie dwiema istotami - psem i swoim bratem, Katri wzbudza nieufność, a co za tym idzie, sporą ciekawość i spekulacje na temat jej zdolności. Bo Katri to niesamowicie inteligentna dziewczyna, świetnie operująca liczbami, twarda, nieustępliwa i mówiąca na ogół rzeczy zaskakujące. Większość ludzi w pewnych sytuacjach odpowiada dyplomatycznie, Katri odpowiada wprost i szczerze. Uczciwie do bólu.

Anna Aemelin mieszka samotnie od śmierci rodziców. Tworzy książki dla dzieci, w zasadzie rysując do nich ilustracje, tekstami na ogół zajmują się wydawnictwa. Książeczki te przynoszą jej dochód oraz wiernych, dziecięcych fanów, na których listy stara się odpisywać na bieżąco. W zasadzie w takim życiu, jakie sobie ułożyła nie potrzebowała ani Katri, ani jej brata Matsa. Jednak Katri miała plan i Anna zajmowała w nim szczególne miejsce. Relacja między dwiema kobietami nie będzie zażyła. Odbędą wiele dziwnych rozmów, a zakończenie nie przyniesie tak naprawdę jednoznacznej odpowiedzi, ile w całej tej sytuacji dla siebie znaczyły. Mimo, ze wiele spraw odbywa się tu burzliwie, jest to mocno stonowana historia. Jakby otulająca ją w krajobrazie zima tłumiła większe emocje.

Nie ma tutaj konkretnego początku i zakończenia. Sporo wydarzeń odczuwałam przez pryzmat zimowego zawieszenia. Jednocześnie zachowanie Katri jest opisane w taki sposób, że czytelnik odczuwa je mocno ambiwalentnie - z jednej strony jest podziw, dla jej starannego przygotowania do tego co planuje, dla jej charakteru i oddania dla brata, z drugiej niesmak do wybranych środków do osiągnięcia celu. Wreszcie Anna - dość biernie przyjmująca następujące po sobie zdarzenia, przyjmująca słowa Katri bardzo ufnie, dopóki nie zaczną oddziaływać na jej odbiór rzeczywistości. Bierny opór Anny nie wzbudza większych emocji, może odrobinę irytacji. Po czym spokojne, chłodne zamknięcie całej historii scenką przygotowującej się do malowania Anny podtrzymuje ów stan zawieszenia.

Krótkie zdania, rzeczowe dialogi, chłodny styl. Nawet jeśli pojawiają się jakieś emocje są stonowane przez nieczułą narrację. Dziwna to opowieść, krótka, jakby wyrwana z pewnego kontekstu, choć czyta się ją bardzo szybko, to jednak w pewien sposób trudna w percepcji. W niejakim stopniu autobiograficzna, ale tylko na poziomie charakteru bohaterów, nie wydarzeń. Pojawia się tutaj Tove w rozdwojeniu na dwie żeńskie postacie. Rozpoznaję ją zarówno w Katri, jak w i Annie. I naprawdę trudno mi ocenić, jakbym postrzegała tę książkę bez zaplecza biograficznego Tove. Z tego też powodu też ciężko mi wydać jednoznaczną ocenę. Na pewno zaspokoiła moją ciekawość odnośnie powieściowo dorosłego wcielenia dotąd znanej mi pisarki o Muminkach.


*Tove Jansson: Mama Muminków, Biografia. Boel Westin, str. 335

Uczciwa oszustka, Tove Jansson, Wydawnictwo "Nasza Księgarnia", Warszawa 2013
Czytaj więcej

środa, 6 lutego 2013

Widzisz kołyskę? Widzisz kota?

Kierujcie się w życiu fomą, czyli nieszkodliwym łgarstwem - ono da wam odwagę, dobroć, zdrowie i szczęście" Księga Bokonona 1,5*

Tytułowa kocia kołyska, czyli efekt splątania sznurka w pewien sposób w dłoniach, traktowane najwyraźniej jako forma zabawy z dzieckiem, stanowi esencję głównego przekazu tej dziwnej, niesamowitej powieści - wszystko jest pewną formą iluzji, kłamstwem, fomą. I że lepiej się nią w życiu kierować, bo bez tego nie zobaczysz ani kota, ani kołyski.

John, nazywający siebie również Jonaszem, główny bohater i narrator Kociej kołyski rozpoczyna swoistą odyseję swego życia, której celem pierwotnie jest napisanie książki o znamiennym tytule "Dzień, w którym nastąpił koniec świata". Tym dniem miał być według Jonasza szósty sierpnia 1945 roku kiedy to na Hiroszimę została zrzucona bomba atomowa. Nad formułą do bomby atomowej pracowała grupa naukowców, wśród nich wymyślony przez Vonneguta, Felix Hoenniker, który dostał za swoją pracę badawczą Nagrodę Nobla. Śladami naukowca Jonasz trafia do dzieci zmarłego już Hoennikera, z którymi próbuje nawiązać kontakt, by uzyskać materiał o dniu wybuchu bomby. Jednak książka nigdy nie zostanie napisana, znajomość z trójką dzieci współtwórcy bomby atomowej przyniesie nieoczekiwany rezultat dla Johna, a ostatecznie powiedzie wszystkich do republiki San Lorenzo, niezależnej od reszty świata, usytuowanej na wyspie, gdzie religią zakazaną, a więc wyznawaną przez wszystkich jest bokononizm.

Czym jest ów bokononizm? Entuzjastyczną religią, która przyznaje, że każda religia może być zbudowana z kłamstwa, pomysł pewnego rozbitka, który trafił na wyspę San Lorenzo, dostał w jej narzeczu nazwisko Bokonon i stworzył dla republiki nową religię i z automatu również ją zakazał. Każdy kto mimo zakazu będzie jej wyznawcą, zostanie powieszony na haku. Pomysł z hakiem początkowo był tylko blagą, wyłącznie po to, by zachęcić ludzi do wyznawania bokononizmu. Jednak z czasem stał się karą realną wymierzaną za wszystko, włączając w to wszelkiego rodzaju przestępstwa. Gwałt, kradzież, morderstwo, wszystko to podchodziło pod ten jeden paragraf jedynego kodeksu karnego - hak. Dzięki czemu jak powiadają, w San Lorenzo można zostawić pełen portfel na środku ulicy, a po tygodniu po niego wrócić zastając go nienaruszonego w tym samym miejscu.

I tak pewnego dnia John, dziennikarz, wtedy jeszcze chrześcijanin, poszukujący materiału do swojej książki, oraz trójka rodzeństwa Hoenniker, trafiają na wyspę. Splot wydarzeń przypadkowych, lub koniecznych, jak by to powiedział Bokonon, doprowadził ich do takiego końca, jaki był im pisany. A na pewno było pisane Jonaszowi poznanie Księgi Bokonona i zostanie wiernym bokononistą. Księgi nietypowej, bo pisanej ręcznie i cały czas uzupełnianej, w której można dostrzec pewne podobieństwa do Biblii, ale swobodnie przekształcone na rzecz zakłamanego proroka. Przyznającego się otwarcie do swoich kłamstw. Jak powiada Bokonon, sam by nie ufał własnym radom.

Ironia wraz groteskowymi opisami bokononizmu przeplatają się z przemyśleniami o ludzkiej naturze, dziwnych wyborach i ich konsekwencjach, o dobru i złu, które się rozprzestrzenia niczym stworzony przez Hoennikera lód -9, po drodze niszcząc wszystko co napotka. O przypadku i przeznaczeniu, które są jedno brane za drugie. Lub na odwrót.

Piękny styl, choć rozdrobniony na 127 króciutkich rozdziałów, rewelacyjne dialogi, choć czasem prowadzące do abstrakcyjnych wniosków, niezwykła alegoria pozostałości z Hiroszimy w obrazie pozostałości z San Lorenzo, choć do pewnego stopnia absurdalna. Historia, która wyśmiewa i poucza, która dystansuje się do wielu spraw, a jednocześnie nieznośnie przypomina o pewnych przewinieniach. Nasuwają mi się same entuzjastyczne określenia odnośnie treści i stylu Vonneguta. Dotąd przecież znanego mi tylko z cyklu opowiadań Tabakiera z Bagombo. Cóż za przeoczenie!

W skrócie - moc słowa! Polecam!


Kocia kołyska, Kurt Vonnnegut, Mediasat Poland, Kraków 2004
* motto do powieści
Czytaj więcej

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Gdy cierpię widzę we śnie ciąg dalszy tego, co na jawie"

Ach, czyż małżeństwo nie jest obrzydliwym bagnem, które skrywa bez przerwy zło, jakie małżonkowie czynią sobie nawzajem?


Głos góry jest opowieścią staruszka, jak sam siebie określa Shingo Ogata, choć myślę, że to określenie nieco na wyrost. Zaledwie sześćdziesięcioletni odbiera swój aktualny stan zdrowia i ducha, jako zmierzch własnego życia, tym bardziej, gdy tak często ostatnimi czasy jego znajomi rówieśnicy umierają. W związku z tym stanem i samopoczuciem, jak również z chwiejną pamięcią, Shingo uważniej obserwuje swoje otoczenie, oraz dziwne sny, jakie od jakiegoś czasu go nawiedzają. Dzięki temu mamy niezwykłą okazję przyjrzeć się typowej japońskiej rodzinie, z typowymi zwyczajami i zachowaniami. Czyli pełen obrazek patriarchalnego stylu japońskiej rodziny, gdzie kobieta, żona, podpisuje się pod listem pożegnalnym męża i idzie za nim popełnić samobójstwo, nawet jeśli sama nie chce już żegnać się z życiem.

Japonia drugiej połowy lat czterdziestych jest tu ukazana nieco podobnie jak u Kazuo Ishiguro, choć nie ma motywu wojennych rozrachunków. Jest raczej stan jaki pozostawiła po sobie wojna, jak na przykład trauma u syna Shingo, żołnierza, który przeżył i w związku z tym nie potrafi ułożyć sobie normalnego życia ze swoją żoną Kikuko, a zamiast tego żyje z kochanką, z kolei wojenną wdową, która nie może pogodzić się ze swoją stratą. Pojawia się w fabule też wątek obawy o przyszłość kraju w postaci przeczytanej w gazecie historii prawdopodobnie samobójstwa (zniknięcia) pewnej pary staruszków, która przeżyła już dwie wojny i nie chce patrzeć na to co się będzie działo dalej z ich krajem (Japonia była jeszcze pod Amerykańską okupacją w tym czasie). W fabule Głosu góry jednak kładzie się nacisk na relacje rodzinne, zawirowania, wynikające z podejmowanych decyzji oraz na przemijający bezlitośnie czas.

Shingo przez pryzmat zachowań syna i cichego cierpienia synowej, również ocenia własne małżeństwo i relacje ze swoją żoną Yasumi, z którą ożenił się niejako z poczucia obowiązku. Choć jak twierdzi, nigdy tego nie żałował. Tak naprawdę jednak kochał młodszą siostrę Yasumi, piękność w kontraście ze starszą siostrą i odrodzenia tej piękności najpierw oczekiwał we własnej córce, która jednak urodę odziedziczyła po matce, a później we wnuczkach. Osią całej fabuły jest dziwna, zażyła, ale bez żadnych dwuznaczności, relacja z synową, dla której Shingo ma o wiele więcej serdeczności i wyrozumiałości niż dla swojej córki.

W tej powieści czas płynie równomiernie, choć w jakiś osobliwy sposób, trochę jak w rzeczywistości, gdy przegapia się moment kiedy z lata zrobiła się jesień, a z jesieni zima. Powtórzenia pewnych wydarzeń dodatkowo oddają sposób funkcjonowania pamięci Shingo, co również uwidacznia parę urwanych scen, które czytelnik może wyreżyserować do końca w swojej wyobraźni, lub zostawić to jak opisał autor.

Gorzka, dość specyficzna, szczególnie gdy bliżej przyjrzeć się dialogom, relacjom rodzinnym, pytaniom o zakres odpowiedzialności rodzicielskiej za małżeństwa dzieci, jest to powieść  osobliwa, choć krótka i mimo wszystko łatwa w odbiorze. Jednak jesień życia w jakiej znajduje się główny bohater ma w sobie sporą dawkę melancholii, która mimochodem wpływa na czytelnika. Za walory poznawcze, za dialogi, za sny jakie ma Shingo warta jest jednak takiej odrobiny czytelniczego poświęcenia. Choć, tu warto zaznaczyć, nie ma jasnego zamknięcia fabuły. Wydaje się takim wycinkiem z życia rodziny Ogata, którego tłem są zmiany pór roku, więdnięcie bądź kwitnienie przyrody, pojawianie się ptaków i innych zwierząt i fragmenty z życia innych, otaczających ich ludzi. Wycinek, do którego można samodzielnie wymyślić zakończenie.


Głos góry, Kawabata Yasunari, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982
*str. 111- 112
cytat z nagłówka - str. 229
Czytaj więcej

niedziela, 3 lutego 2013

Gdy miłość jest chorobą...

W każdej dotąd poznanej mi dystopii (a nie twierdzę, że jestem jakąś specjalną znawczynią, porównuję to, co dotąd poznałam) autor stwarza świat, w którym ludzie traktowani są jak pionki w rządowej grze, kwestią oryginalności pozostaje jak te pionki są rozstawiane i w jaki sposób się je kontroluje. W Atrofii jest kwestia przypadku, na skutek eksperymentowania z ludzką genetyką, co wywołuje ogólnoświatową chorobę (którą jak przypuszczam rząd i tak pewnie monitoruje, ale o tym pewnie się dowiemy z części drugiej), w trylogii Suzanne Collins są to głodowe igrzyska, publiczne, losowe, zabieranie dzieci rodzinom, żeby się pozabijały na oczach ludzi, w celu ukrócenia ewentualnego oporu wobec władz rządzących. Lauren Oliver stworzyła świat, gdzie ludzi kontroluje się poprzez zabieranie im zdolności do kochania drugiego człowieka, obniżając ryzyko wszelkiego oporu z braku jakiejkolwiek namiętności, od dziecka zaś wpajając każdemu, że miłość to choroba, która odbiera człowiekowi racjonalne rozumowanie, a ostatecznie doprowadza do obłędu. Tytułowe "delirium" ma oznaczać właśnie tę chorobę. Pomysł sam w sobie interesujący. Fabuła jednak już trochę mniej, choć zdecydowanie ciekawsza od Atrofii.

W tomie pierwszym poznajemy Lenę, główną bohaterkę, która zgodnie z panująca tendencją jest przedstawiona jako dość przeciętna dziewczyna, o przeciętnej urodzie i niespecjalnej zdolności do wybijania się w tłumie, w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki Hany, która nie tylko, że urodziwa, to wydaje się odważnie negować panujący porządek. Obie dziewczyny są przed tak zwaną ewaluacją, czyli czymś w rodzaju egzaminu, w którym zostaną ocenione a po ocenie poddane zabiegowi. Zabieg jest na ogół przeprowadzany po osiemnastym roku życia, zamieniając człowieka w twór człekopodobny. Wszelkie przyjaźnie zawiązane przez zabiegiem, relacje, więzi, ulegają anulowaniu. Człowiek zostaje pozbawiony podstawowych emocji - miłości, przywiązania, a nawet radości. Oczy tracą blask, dziecka się nie przytula, rozmowy prowadzone są bez emocji, a małżeństwa powstają na skutek odgórnego parowania z minimalną możliwością wyboru. Twór niemalże doskonały!
   Jak w prawdziwej historii dla młodzieży przystało, wkrótce w życiu Leny pojawi się chłopak, Alex, Odmieniec, czyli mieszkaniec Głuszy, świata poza granicami miast, odgrodzonego drucianym płotem, który dodatkowo jest podłączony do prądu. Zwroty akcji nie są jakieś gwałtowne, znajomość z Aleksem wprowadza Lenę w świat Głuszy, zupełnie innego od dotąd znanego jej świata, obala wiele kłamstw dotąd jej wpajanych, wywołuje bardzo powolne co prawda, ale jednak, odcinanie się od tego co dotąd było dla niej ważne, aż w końcu Lena musi podjąć życiową decyzję, bo do zabiegu zostało już naprawdę niewiele czasu.

W tomie kolejnym Lena trafia do tego drugiego świata, poza granicami swojego dotychczasowego, świata owianego legendą i jak jej wmawiano, tak naprawdę nieistniejącego, porównywanego realnością do świata wampirów i wilkołaków (swoją drogą, zabawne porównanie w kontekście innego nurtu popularnych dla młodzieży powieści). Głusza jest zaś niebezpiecznym miejscem, nie ma w niej lekarzy, sklepów z żywnością, ani domów z ciepłymi łóżkami i normalnym życiem. Każdy dzień jest walką o przetrwanie, co do dziewczyny dociera z coraz większą brutalnością.
Pandemonium wyróżnia się ciekawszą narracją, przeplatającą wątki z czasu teraźniejszego Leny z okresem sprzed sześciu miesięcy, gdy trafiła do Głuszy. Następuje odwrócenie ról - to Lena jest teraz odmieńcem w świecie normalnych, wyleczonych ludzi, a co więcej, jest podwójnym zagrożeniem, ponieważ przystąpiła do ruchu oporu. I ponownie na jej drodze staje chłopak, z tymże w odwróconej konfiguracji to Lena będzie się musiała tłumaczyć z tego kim jest i powoli zmieniać światopogląd Juliana. Zakończenie zaś spowodowało, że na pewno sięgnę po część trzecią, gdy tylko zostanie wydana. Bardzo jestem ciekawa jak autorka rozwiąże patową sytuację w jakiej znalazła się Lena.

Oceniam te powieści jako lepsze od Atrofii, trochę słabsze od Igrzysk śmierci, ale stanowią całkiem interesującą rozrywkę, gdy ma się ochotę na coś innego. Chwila odprężenia po ciężkim tygodniu. Mogłabym wymieniać listę wad i przewinień, ale mam pełną świadomość, że to powieść dla młodzieży i że w związku z tym ma prawo do egzaltowanych opisów koloru oczu czy włosów, czy pewnych nieścisłości. Wymyślony świat jednak rządzi się swoimi prawami i autor może je dowolnie naginać na swoje potrzeby. I dobrze, bo taka literatura też niesie ze sobą jakąś wartość. Ważne, żeby do czytania zachęcać, nie zniechęcać.  Dlatego zachęcam! Młodzież w szczególności.


Delirium, Lauren Oliver, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012
Pandemonium, Lauren Oliver, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012
Czytaj więcej

sobota, 2 lutego 2013

Jerzego Krzysztonia skok do Eldorado

  Spędziłem w Stanach Zjednoczonych trzy miesiące na przełomie roku 1964. Pojechałem - jak większość naszych podróżników - z pięcioma dolarami przy duszy, na zaproszenie przyjaciół. Nad książką pracowałem półtora roku i rad jestem, że udało mi się napisać 133 strony maszynopisu. Dziewięć miesięcy zajęły mi same lektur, aby nie powtarzać tego co inni byli łaskawie opowiedzieć rychlej i obszerniej.
  O Ameryce można tylko na wskroś osobiście. Postanowiłem swoim słowem w krótkim sprawozdaniu rzec, co mi na tamtym kontynencie doskwierało, dokuczało, bolało, gryzło i jakie m nie trapiły lęki. Nie zamierzałem dać portretów amerykańskich ułomności, potrafią to lepiej sami tamtejsi pisarze, natomiast nikt nie mi zabroni sprezentować obrazu swojego odczuwania, choćbym się naraził na zarzut, że sam składam się z ułomności jeno - niech i tak będzie.
   Jeśli czytelnik rzeknie, że sam sobie raz po raz zaprzeczam, ja rzeknę: to Ameryka raz po raz sama sobie przeczy. I nie da się okiełznać ani moim wędzidełkiem, ani machiną - kolubryną Gunthera, ani siecią Dos Passosa, któa ma również próżne oka. Rzucając swoje wędzidło, chciałem również uświadomić czytelnikowi, jak umyka ono raz po raz po skórze ruchliwego i wcale nie najgorszej krwi zwierzęcia.*

 
Po zaznajomieniu się z  dwoma już zbiorami opowiadań i nowel Jerzego Krzysztonia (Cyrograf dojrzałości Noweletki) jest to pierwszy, o którym mogę powiedzieć, że został w całości dobrany tematycznie i skomponowany zgodnie z założeniem wspomnienowo - anegdotycznym z okresu krótkiego pobytu autora w Stanach Zjednoczonych. I teraz już z całą pewnością mogę stwierdzić, że przygodę z krótkimi tekstami Krzysztonia najlepiej rozpocząć właśnie od Skoku do Eldorado. Następne tomy, mimo, że zawierają sporo nowych opowiadań i nowel, są też jakąś formą wariacji opowiadań właśnie z tego tomiku. 

Problem emigrowania do raju, jakim zdaje się w oczach moich rodaków, Ameryka, istnieje od dziesięcioleci. Nie dotyczy tylko okresu burz i zawirowań historycznych, jest on jakimś stałym elementem w naszej historii. Pogoń za lepszym życiem, światem, w ogóle, za pojęciem "lepszy" jest jakaś stała. Nie wiem skąd ten kompleks niższości w Polakach, bo choć Polką jestem z krwi i kości to pociąg do owego lepszego nigdy dla mnie nie istniał. Może dlatego, że już jako dziecko zrozumiałam, że nie potrafię funkcjonować bez języka polskiego normalnie. Szok podczas pierwszej wyprawy do Włoch, związany z obcym językiem dookoła, szyfrem na książkach w księgarniach, spowodował tylko odruch ucieczki. I tak wróciłam do szarej Polski z solenną obietnicą - nigdy więcej. Do dziś mam duże trudności z opuszczaniem kraju bodaj na parę dni. Pewnie jest to głupie, biorą pod uwagę fakt, że w Polsce raju nie ma, nie było i pewnie długo jeszcze nie będzie. Pytanie jednak czy faktycznie jest on poza jego granicami?

Ameryka pierwszej połowy lat sześćdziesiątych na pewno istotnie się różni od tej dzisiejszej, ale mimo to z przyjemnością czytałam o wrażeniach Krzysztonia z jego wycieczki, chociażby z tego prostego powodu, że to co od odbierał na żywo, ja noszę w swoim wyobrażeniu o Amerykanach i Ameryce. A zatem przede wszystkim pogoń za dolarem, traktowanie samochodu jako jedynej możliwości do poruszania się, życia, korzystania w ten sposób z restauracji (drive in) a nawet chodzenia do kościoła (msze pod otwartym niebem), oprócz tego ogromne gadulstwo z wyciąganiem najbardziej osobistych spraw już przy pierwszym kontakcie. Rozkwit przemysłu erotycznego (Seks to duże pieniądze. Żyje z tego cały przemysł**), budowanie autostrad kosztem wielu innych budowli (Wymagania samochodu stają się coraz bardziej wygórowane, wielkie miasta zakorkowałyby się niechybnie i udusiły, gdyby nie "express-waye", ogromne przelotowe autostrady, które puszcza się przez miasto burząc po drodze co tylko się da***), oraz mania kupowania w centrach handlowych. Brzmi znajomo? Jerzy Krzysztoń byłby zdumiony, gdyby dożył do dnia dzisiejszego i obserwował, jak Polska powoli przerabiła się na styl amerykański, wiernie kopiując wszystko po kolei. Choć słusznie podejrzewał, że tak może się stać. Człek, który ogląda tamto społeczeństwo, wcale nie ma pewności, że społeczeństwo, w którym sam żyje, nie popadnie ostatecznie w tamten obłęd. Przeciwnie - zaczyna się obawiać, że bardzo potężne siły będą go pchać w tym kierunku, a liczenie na tradycje kultury europejskiej może się okazać złudne (..)****  Szczęśliwie, w przeciwieństwie do Stanów, w naszych centrach handlowych, w księgarniach są jeszcze kolejki i nikt nie przeceni do żenującego poziomu dzieł Flauberta. Ale kto wie, jak to się jeszcze zmieni? Wszystko przed nami.

Jaki jest obraz polskiego emigranta? Niekoniecznie pozytywny, choć już widać, że zaczynał się on wtedy poprawiać. Emigranci z kilku pokoleń wstecz wstydzili się swojej polskości, pozmieniali nazwiska, dzieci wychowywali w stylu amerykańskim, bez żadnego zaplecza kulturowego z własnego kraju. Jednak owe dzieci i wnuki zaskoczyły rodziców i dziadków. Dzieje się rzecz osobliwa i piękna zarazem. Wnukowie "nie dopuszczonych do biesiadnego stołu kultury", jak mówiła Dąbrowska, sięgają za oceanem po tradycję kultury narodowej. Nie jestem socjologiem, nie przeprowadzałaem badań, trudno mi ocenić rozmiary tego procesu, ale samo jego istnienie tworzy szansę bogactwa - człowieka dwu kultur.***** Ci młodzi ludzie zaczęli do przesady niemalże być dumni ze swojego pochodzenia, zaczęli sięgać po polską literaturę, historię i sztukę. Zadawali sobie coraz więcej pytań o pochodzenie i własną przynależność narodową. W moim odczuciu to bardzo pozytywne zjawisko, pozastawia jednak czytelnika z pytaniem - co dalej z tymi młodymi ludźmi? Jak wychowywali swoje dzieci? Czy ich dążenie do poznania polskości sprawiło, że przekazali to kolejnym pokoleniom? Jakoś tak obawiam się, że nie. Czasami słyszy się, że jakaś postać, znaczna w Ameryce, ma w genealogii przodka Polaka. Pozostaje to jednak jakimś tak faktem w biografii, który zbyt wiele już nie zmienia. Niemniej jednak, Krzysztoń pozostawia dość optymistyczny obrazek z tej wycieczki.

Treść tego tego tomiku jest niewielka, jednak mocą swojego pióra Krzysztoń obejmuje nim sporo tematów i sporo problemów. Oprócz tych związanych z życiem na emigracji, z obserwowaniem życia Amerykanów, także te związane z rasizmem, problematyką przemocy w telewizji, którą się oskarża o duży wpływ na młodzież, czy powolnym zacieraniem się ludzkich odruchów, jak niereagowanie w sytuacji upadku człowieka na ulicy, bo może się okazać, że ofiara mimo otrzymanej pomocy, zaskarży pomagającego. A także o już wtedy powszechnym nadużywaniu leków psychotropowych, dzięki którym osiąga się bezmyślną szczęśliwość i podtrzymuje uczucie wszechobecnego entuzjazmu.

 Pomimo wielu gorzkich pigułek odnośnie Ameryki i jej stylu życia, Krzysztoń na zakończenie mówi też o życzliwości Amerykanów, o pojawiającej się bezinteresowności, o współczuciu dla niego, podróżnika, na pewno tęskniącego za żoną i córką. A także o Polakach emigrantach ciągle pamiętających o swoich krewniakach w Polsce i wysyłających do nich ciężko zarobionego dolara. Krzysztoń tak to tłumaczy: Napomykam o tym mimochodem, aby wyjaśnić - jeśli piszę o nosorożcu, bynajmniej nie zapominam, że istnieje parę innych zwierząt na świecie, choćbym ich co chwila nie wywoływał po imieniu. Tylko, że akurat ciekawi mnie nosorożec. Czytelnik zaś może uczciwe ocenić - dla efektu kropię czy w cel. Wliczam jego dobre oko.******

Bez psychotropów, ale entuzjastycznie, bez poczucia szczęśliwości, ale w podziwie i szacunku dla Krzysztonia, oceniam ten tomik, z trzech dotąd poznanych, zdecydowanie najlepiej! Przedostatni zaś tekst, z przemyśleniami odnośnie konsumpcyjnego życia polecam każdemu. Mimo, że ten materiał  najprawdopodobniej powstał około roku 1971 nie zatraca absolutnie nic na swojej aktualności.

Na koniec zaś piosenka, której słuchali bohaterowie opowiadania Pierwsza  na świecie w Chicago! której sobie słuchałam również podczas czytania. Łatwo przenosi w czasie i w miejscu.




Skok do Eldorado, Jerzy Krzysztoń,   Iskry, Warszawa 1975
* z okładki książki
** str. 83
*** str. 72
**** str. 180
*****str. 22-23
****** str. 192-193



Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.