niedziela, 28 kwietnia 2013

Szanowny Rodzicu, wyłącz dziecku telewizor

Odnoszę wrażenie, że w wielu polskich rodzinach nie można funkcjonować bez telewizora. I nie chodzi o to, że mama ma swój ulubiony kanał, tata lubi obejrzeć mecz, a dzieci teleranek. No dobra, może nie teleranek, a pewnie jakiś program/film na kanale Cartoon Network. W każdym razie nie problem w tym, że o określonej godzinie jest wyświetlany jakiś film czy program. Chodzi o to, że telewizor jest włączony przez cały dzień. Działa na okrągło, niezależnie od tego, czy jest w ogóle coś wartego do obejrzenia, czy nie. Podczas obiadu wszyscy się nawzajem przekrzykują. Bo nie wpadną na pomysł, żeby telewizor bodaj przyciszyć. A już wyłączyć? Rozbój w biały dzień. I tak też są wychowywane dzieci. Z gadającym odbiornikiem telewizyjnym. Dwadzieścia cztery na dobę. Cieszę się, że Marcin Szczygielski zwraca uwagę na ten problem. Dlatego Szanowny Rodzicu, wyłącz telewizor i poczytaj z dzieckiem tę książkę. Zapewniam, że warto, bo są również świetne ilustracje. Nie znudzicie się oboje.


Główną bohaterką Czarownicy piętro niżej jest właśnie takie telewizyjne dziecko - niespełna dziewięcioletnia Majka, która uprawia niezwykłą żonglerkę słowną korzystając z zapoznanych z telewizji zwrotów. Jeśli pani psycholog w programie śniadaniowym wypowiadała się na jakiś temat, Majka powtórzy to w odpowiednim momencie bardzo dosłownie. Fragmenty z reportaży, czy seriali są znane na pamięć. Dziecko zatem wypowiada się jak niemalże dorosła osoba, choć nie do końca rozumie co tak naprawdę mówi. Trzeba jednak przyznać, że intuicyjnie udziela wypowiedzi na ogół bardzo trafnych. Na szczęście, choć nie na skutek szczęśliwego splotu wydarzeń, Majce przyjdzie spędzić wakacje u dość dziwacznej i podstarzałej ciababci, nazywanej tak w skrócie siostry babci.

Początkowo perspektywa takiego sposobu spędzania wakacji wydaje się Mai co najmniej nieporozumieniem i głośno i wyraźnie daje upust swoim odczuciom. Korzystając oczywiście z telewizyjnego slangu. Jednakże przedwczesne narodziny siostrzyczki Mai, malutkiej Alicji, powodują, że rodzice dziewczynki nie mają wyboru. Skupieni wokół inkubatora wcześniaka pragną zapewnić dziecku jakąś inną rozrywkę niż telewizor i urozmaicić dietę o coś więcej niż pizza dziennie. I chwała im za to. Co prawda początek jest fatalny - telewizor okazuje się być starym modelem, z czarno - białym obrazem, na dodatek nie ma do niego pilota. Oprócz tego ta dziwna cisza, jakby nie było życia dookoła. A jednak wakacje u ciababci przyniosą same zaskoczenia. Najpierw odnośnie stylu życia samej ciababci, która pierze raz w miesiącu, ale korzystając z wielkiego kotła i starej wysłużonej Frani, i gotuje na piecu w którym trzeba codziennie rozpalać ogień. Potem zadziwiające okazują się zwierzaki jakie spotyka w ogrodzie ciababci Maja - wyniosłego kota i narcystyczną wiewiórkę, której się wydaje, że jest lisicą. A niczym wisienką na torcie jest tajemnica pochodzenia Oscara oraz zagadkowego związku ciababci z sąsiadką o nazwisku Monterowa. Nadprogramowo pojawia się chłopiec, który spełnia swoją bajkową rolę jako typowy chuligan, zainteresowany rzucaniem czym popadnie w kota, czy uprzykrzaniem życia Majce. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło..

To już drugie spotkanie z prozą Marcina Szczygielskiego, drugie i bardziej udane. Czarny młyn podobał mi się bardzo, ale miał w sobie, jak na książkę dla młodzieży, trochę zbyt dużą dawkę grozy. Czarownica piętro niżej to świetna historia, z ciekawym i ważnym przesłaniem, a oprócz tego po prostu rewelacyjna rozrywka. Polecam dzieciom i rodzicom. Dzieciom rozbudzi wyobraźnię, a rodzicom może trochę otworzy oczy na ważny aspekt związany ze zbyt dużą ilością telewizji w życiu ich dzieci. Zdecydowanie polecam! I liczę na ciąg dalszy.




Czarownica piętro niżej, Marcin Szczygielski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013


Czytaj więcej

środa, 24 kwietnia 2013

Nieskończona sztafeta błędów

   Gdy była dzieckiem w jej domu rodzinnym panowała zasada, że mężczyzn trzeba dobrze karmić, kobiety zaś mogą jeść mało. Mimo upływu lat ciągle ma gorycz w głosie, gdy wspomina rodzinne posiłki i ogromny żal do matki. Poprzysięgła sobie wtedy, że jej dzieci nie będą nigdy głodne.
  Dlatego przekarmiała obie córki. Jedna z nich wiecznie otyła dziewczynka, walcząca ze łzami wstydu, gdy dzieci w szkole wyzywały ją od grubasów, poprzysięgła sobie, że jej dzieci nigdy nie będą walczyć z otyłością. Dlatego swoją córkę nauczyła ważnej zasady żywieniowej - "śniadanie zjedz sama, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi". I już sześcioletniej zabraniała jeść kolacje..
  Jej córka..

Niektóre kobiety starają się z całych sił to korygować - swoje życie o błędy matek. Działać zgodnie ze skrajną zasadą - moje dzieci nie będą miały, moje dzieci nie będą musiały, moje dzieci będą miały inaczej niż ja... A później krzywdzą swoje dzieci na inny sposób. Te dzieci z kolei starają się później dokładnie tak samo ze swoimi dziećmi. I tak trwa nieskończona sztafeta przekazywanych błędów, z matki, na matkę... Dlaczego tak ciężko jest wyjść poza ten błędny krąg? Właśnie o tym mówi najnowsza powieść Majgull Axelsson Pępowina.


Podczas sztormu w małej miejscowości Arvika, w kawiarni U Sally zbiera się przypadkowa grupa osób, która chce przetrzymać nawałnicę. Właścicielka, Minna, kelnerka Anette, dziennikarka Ritva, była aktorka Marguerite wraz z mężem Henrikiem i były strażak Tyrone. Ritva, bezskutecznie próbująca się wybić w zawodzie, chce zrobić oszałamiający reportaż o sztormie. Marguerite myśli tylko o synu Antonie, który od dłuższego czasu od niej ucieka. Henrika interesuje jedynie szybkie dotarcie do Sztokholmu, gdzie ma ważne spotkanie. Tyrone.. Tyrone dużo milczy, więcej dzieje się w jego głowie i myślach..
Narracja prowadzona jest z perspektywy Minny, Tyrone'a, Marguerite, Anette i Ritvy, ale niewątpliwie to Minna jest postacią wiodącą w powieści.

Minna wychowywała się bez ojca, jej matka zaś, cóż, nie była przykładem idealnej matki. Nie umiała obronić córki przed zakusami kochanka, nie dawała dziecku poczucia miłości i bezpieczeństwa, a jedynie ciągle dokuczliwie narzekała. Minna obiecała sobie, że nigdy nie będzie taka dla swojego dziecka. Gdy zatem rodzi się Sofia, Minna jest matką, która kocha za bardzo. Przechodząc ze skrajnej granicy własnych doświadczeń do skrajnej granicy miłości bezgranicznej dla córki, miłości bezkompromisowej, w której Sofia ma wszystko podawane na tacy, otrzymywane bez wysiłku, Minna tworzy rzeczywistość, w której Sofia jest małą księżniczką, w której to Sofia decyduje. W której Sofia jest najważniejsza. Do tego Minna nie mówi Sofii prawdy o jej ojcu. Wymyśla na poczekaniu nieprzemyślane kłamstwo, które nie ma szans pozostać ich prawdą na dłużej, rozczarowuje dziewczynkę i od tego momentu zaczyna się zrywać długo tkana przez Minnę nić bliskości. Toteż, gdy podczas burzy Minnę powala drzewo, długo blokowana pamięć zaczyna wyrzucać z siebie coraz więcej obrazów..

Margeruite nie dostrzega jak bardzo jest nieszczęśliwa w swoim małżeństwie i jak przez to małżeństwo powoli traci kontakt z synem. Anette że ma dosyć mężą pijaka. Ritva, jest zmęczona wyścigiem szczurów o stałe stanowisko, Tyrone zaś walczy z własnymi demonami, które tkwią w nim głęboko i nie pozwalają myśleć racjonalnie. Dlatego wybiera milczenie i pomruki, nie zdając sobie sprawy z tego, że nikt nie myśli o nim tak jak mu się wydaje.

Każda z tych postaci nosi w sobie jakąś skazę, urazę, żal i wewnętrznego, zjadliwego krytyka, który uwielbia stosować wyzwiska, lub powiedzonka, łudząco podobne do tych jakie stosowali rodzice każdego z bohaterów. Bohaterek. Bijący ojciec, niedostrzegająca córki matka. Matka, która nie umiała dać wsparcia, opieki, ochrony przed niebezpieczeństwami, których dziecko samo nie jest w stanie uniknąć. Ojciec nie zainteresowany swoim ojcostwem. Cała lista przewinień, cała długość pępowiny, którą ciężko zerwać, która  w głowie ciągle mocno trzyma, paraliżuje, powoduje niezdolność do koncentrowania się na tym co tu i teraz, bo tu i teraz to nadal ciąg dalszy tego co wtedy i tam.. I w efekcie błędne koło zatacza kolejny krąg o kolejne pokolenia.

Uwielbiam Majgull Axelsson. Nie dlatego, że pisze o tym, co tak dobrze znam i rozumiem, bo przerobiłam w swoim życiu, ale dlatego, że pisze tak, że nawet gdy zaczyna się trochę powtarzać (a trudno tego nie zauważyć, bowiem Minna przypomina bardzo Desirée z Kwietniowej czarownicy, a Marguerite Mary z Tej, którą nigdy nie byłam, jak również, cóż, pisarka ma stałe, ponawiane wątki), to nadal wciąga w fabułę stworzonej przez siebie fikcji w zupełności. Ciągle w ten sam, bardzo interesujący sposób przyciąga czytelnika, ze strony na stronę coraz bardziej, z coraz większym lękiem, że tych stron jest coraz mniej. Być może kiedyś ta powtarzalność mnie znuży, ale na razie czekam ponownie z niecierpliwością na jej kolejne powieści.


Pępowina, Majgull Axelsson, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013

Czytaj więcej

wtorek, 23 kwietnia 2013

Miejski smog i zatoka Halong, czyli obiecany ciąg dalszy

Ulga związana z powrotem powoduje, że niechętnie wracam wspomnieniami do Wietnamu. W przeciwieństwie do pobytu w RPA nie znalazłam w tej wycieczce zbyt wiele przyjemności, toteż miła świadomość, że już po wszystkim i że mogę wrócić do normalności, powoduje, że niechętnie się zbieram do kontynuacji opowieści z wycieczki. Jednakże obiecałam ciąg dalszy relacji, toteż obietnicę spełnić trzeba.

 Charakterystyczne dla miejskiego ruchu w Wietnamie są liczne, ale to naprawdę liczne motocykle i motorynki. Chwilami ma się nieodparte wrażenie, że są tam tylko one.. I że osaczają wszelkie inne pojazdy swoją obecnością.


Jest ich tak dużo, że skojarzenie z rojem uciążliwych much jest jak najbardziej na miejscu. Zdumiewające jest jednak nie to, że jest ich tak dużo, a raczej to, że jazda na tym wehikule obejmuje wszystkie kategorie wiekowe...


A także wszelkie możliwe kombinacje ich eksploatowania:


Ale zainteresowania motoryzacyjne zostawmy na inną okazję.
W dwóch sporych miastach Wietnamu, jakie udało się nam obejrzeć, czyli w Saigonie i Ha Noi (nomen omen stolicy państwa) można zauważyć nie tylko tę charakterystyczną formę poruszania się, ale również wszechobecne stragany i stoiska, na których można znaleźć dosłownie wszystko. Od tak zwanych bibelocików, które uwielbiają głównie kobiety (obawiam się, że nie należę do tej grupy), a które służą tylko i wyłącznie do zbierania kurzu..


przez ubrania, po emanującą intensywnym aromatem żywność. Często jeszcze żywą, co potwierdza jej świeżość...


Dla smakoszy i amatorów egzotycznej kuchni, muszę uzupełnić to zdjęcie opisem dodatkowym - do walizki zapakujcie koniecznie jakieś dobre środki na biegunkę. Bo to wszystko smakuje jak najbardziej rewelacyjnie, przygotowane na ulicy, na świeżo, pyszne i pochłaniane na szybko niestety później może się trochę zemścić. Na szczęście wiem o tym nie z autopsji, a z przygód kolegów. Ostrzegam jednak lojalnie, w razie gdyby moda na Wietnam i Was dopadła.

Miasta Wietnamu nie należą do najpiękniejszych. Ale tak prawdę mówiąc ja nie jestem obiektywna w ocenie, ponieważ miast jako takich, nawet tych najpiękniejszych w Europie, z masą wartościowych zabytków, po prostu nie lubię. Dlatego nie bierzcie tej oceny pod uwagę. Obejrzyjcie parę poniższych zdjęć i może to Wam pozwoli wyrobić sobie własne zdanie w tej kwestii.




Ewentualnie zajrzyjcie na stronę www.abcwietnam.pl bo może zdjęcia też dobrałam tendencyjnie ;)

Jednakże jest również przepiękna strona Wietnamu. Warta zmęczenia miejskim smogiem, hałasem i smrodem. Warta, by dla niej pojechać w ogóle do Wietnamu.. Zatoka Halong. Myślę, że komentarze z mojej strony będą tutaj już zbędne:






Spędziliśmy w zatoce niecałe dwa dni, ale były to najmilsze dni z całej wycieczki. Wieczór i kolacja na statku. Nocowanie na statku. Rejs po zatoce. Coś niezwykłego.

Z akcentów bibliofilskich mogę w sumie załączyć tylko jedno zdjęcie. Znaleziona podczas oglądania małego, nadmorskiego Hoi An, czytelnia publiczna:


Tak poza tym albo nie trafiałam na księgarnie i biblioteki, albo Wietnamczycy jeszcze bardziej niż Polacy, nie mają czasu na czytanie. Aczkolwiek bardzo realne jest to pierwsze, bo w końcu co to jest dziesięć dni na zwiedzenie tak dużego kraju?

Na ostatnim zdjęciu - w końcu mały dowód, że byłam tam naprawdę. Co prawda, jak widać, nędznie udaję turystkę na leżaku, ale co tam, to był tak miły dzień, że można go uwiecznić. Tym bardziej, że właśnie czytałam Lalę. Przerwałam tylko do zdjęcia.


I tym plażowym akcentem zakończę temat Wietnamu. Nie powiem nic odkrywczego, gdy podsumuję tę wycieczkę prostym stwierdzeniem, że wszędzie dobrze, ale w domu n a j l e p i e j.
Czytaj więcej

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Misz - masz po raz drugi, czyli brakuje mi weny

   Zdjęcia obiecane na dzisiaj niestety ukażą się dopiero jutro, o ile kolega znowu nie zapomni zabrać ze sobą nagranej już i przygotowanej płytki. Tymczasem z braku weny krótki misz - masz lekturowy z ostatnio przeczytanych książek.

W Wietnamie udało mi się przeczytać aż dwie książki. Aż, bo w porównaniu z wyjazdem do RPA to o dwie więcej. Pierwszą, już wspominaną we wcześniejszym wpisie była Lala Jacka Dehnela. Podejrzewam, że nie wyrządzę autorowi krzywdy krótkim opisem związanym z lekturą tej  powieści, bo jak się domyślam, na pewno wielu bloggerów dało już upust zachwytowi na jej temat. A jak nie dało to ja krótko, ale na pewno oddam swój zachwyt. Przede wszystkim bliska mi jest cała Lala ze względu na miłość autora do Babci. Miłość, którą rozumiem w całej jej ważności i doniosłości, bowiem sama do mojej Babci i jej opowieści mam ogromną czułość i szacunek. Czytając opowieść tytułowej Lali, jej styl narracyjny, nie raz i nie dwa miałam przed oczami opowieści mojej własnej Babci, która w równie ciekawym stylu opowiada o swojej przeszłości. Niewątpliwie nie tak bujnej i bogatej w intrygujące znajomości jak Babci Jacka Dehnela, ale równie ciekawej i równie barwnie opowiadanej. Historie, które się splątują, krzyżują między sobą, historie jakby wyrwane z chaotycznej pamięci, wyciągnięte z kapelusza po raz kolejny, znane przez rodzinę na pamięć, a mimo to nadal wspominane i opowiadane, choćby nie wiem ile protestować, że tak, to już jest znane. Znacie? To i tak wam opowiem. I w ten sposób powstają kolejne odsłony zdarzeń z przeszłości, kolejne obrazy, wzbogacane o nowe wrażenia, gdy siła wspomnień jest wyjątkowo ogromna, a chwile na dzielenie się z nimi jeszcze bardziej magiczne. Nawet jeśli początkowo odczuwa się wrażenie chaosu to właśnie ten chaos potęguje odczucie naturalności. To jak spotkanie nie z autorem, ale właśnie z jego Babcią, która niczym Bajarka snuje kolejne historie, jak Szeherezada opowiada o o życiu swojej rodziny i swoim własnym. Książka zdecydowanie do wielokrotnego czytania.

Lala, Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006


   Drugą powieścią była napisana w tandemie mama - córka, książka Jodi Picoult i Samanthy Van Leer Between The Lines, którą udało mi się przeczytać w oryginale, z czego jestem dumna, a nawet podwójnie dumna, bo tym razem nie dysponowałam żadnym słownikiem. I podejrzewam, że w związku z tym jej lektura po polsku niekoniecznie by mnie tak interesowała, jak właśnie w oryginale. Główną bohaterką tej książki jest piętnastoletnia Delilah, która wychowuje się bez ojca. Jej mama jest ciężko pracującą kobietą, ale też starającą się być najlepszą mamą na świecie. Delilah nie należy do popularnych dziewcząt, jest raczek outsiderką, ma tylko jedną przyjaciółkę, też dziwaczkę no i jej ulubionym zajęciem jest czytanie. Ostatnio zaś szczególnie jest zafascynowana baśnią dla dzieci, której główny bohater, książę Oliver, również nie ma ojca i przez to staje się dla Delilah swego rodzaju bratnią duszą. Trzeba jednak przyznać, że to dodatkowo stawia Delilah na równi z wszelkimi dziwolągami szkolnymi. Kropką nad i było zapisanie się do klubu szachowego. Gdy zaś pewnego dnia Oliver zaczyna przemawiać do dziewczyny, prosto z kart książki, diagnoza o niekoniecznie zdrowej psychice wydaje się czymś oczywistym. Co w efekcie doprowadza Delilah do gabinetu psychiatry, a potem do brawurowej ucieczki, hm.. wycieczki z domu..
   Powieść podzielona jest na trzy części. W jednej poznajemy baśń Between The Lines w jej oryginalnym brzmieniu, w drugiej narrację prowadzi Delilah, a w trzeciej.. pałeczkę przejmuje książę Oliver. Jak zatem łatwo się przekonać cała książka to współczesna baśń, której główną bohaterką jest skromna, choć dziwaczna dla swoich rówieśników dziewczyna, jest również książę z bajki, a także obowiązkowy happy end. A jak udało im się połączyć? On, przecież książę z bajki, tyle, że naprawdę z bajki, a ona nastolatka z problemami? Rozwiązanie tej fabularnej zagadki jest całkiem, całkiem sympatyczne, ale nie będę go zdradzać. Książka zdecydowanie dla młodzieży, choć myślę, że sporo dorosłych marzycielek odnajdzie się w niej również.

Between The Lines, Jodi Picoult, Samantha van Leer, Atria/Emily Bestler Books, 2012


Po powrocie z Wietnamu, szukając czegoś pozytywnego, sięgnęłam po Poradnik pozytywnego myślenia. Trochę obawiałam się tych części poświęconych futbolowi, o których czytałam w każdej niemalże recenzji tej książki, ale ku mojemu zaskoczeniu, nie było tego wcale dużo i w sumie, było to na swój sposób interesujące. Powiem więcej - w zasadzie nie ma w tej książce nic nużącego. Przynajmniej w mojej skromnej opinii.
  Głównym bohaterem jest Pat, który właśnie opuścił szpital psychiatryczny, zamieszkując ponownie z rodzicami, próbujący doprowadzić ten film, zwany życiem, do szczęśliwego zakończenia, a więc do ponownego zejścia się z jego żoną Nikki. Pat ma w sobie dużo entuzjazmu i pozytywnego myślenia, wierzy, że dzięki temu osiągnie swój upragniony szczęśliwy koniec. Dlatego ostro trenuje, bo Nikki nie była zadowolona z jego nadwagi, nadrabia zaległości w literaturze amerykańskiej, bo Nikki jest nauczycielką, choć jest mocno zdziwiony, że każe się młodzieży czytać tak przygnębiające lektury. Jednak Pat przeżył prawdziwe załamanie psychiczne, jego problemy są trochę bardziej złożone niż on sam sądzi, a pobyt w szpitalu.. cóż, trwał nieco dłużej niż się Patowi zdaje. Z pomocą rodziny i przyjaciół Pat powoli zaczyna wychodzić na prostą, z jednym małym wyjątkiem. Nie chce przyjąć do wiadomości że nie może wrócić do Nikki. I wtedy pojawia się Tiffany, z nieco podobnymi problemami, z podobną sytuacją życiową, która w trochę przewrotny sposób spróbuje pomóc Patowi zrozumieć co się tak naprawdę wydarzyło w jego małżeństwie.
  Powieść ma wiele atutów, od lekkości pióra, po ciekawe relacje między bohaterami, ale najważniejszym jest przybliżenie w prosty i przystępny dla każdego czytelnika sposób, problemu związanego ze zdrowiem psychicznym, a w zasadzie z okresowym brakiem tego zdrowia. Z całą związaną z tym chwiejnością, ze skrajnymi emocjami, z przeżyciami, jakie kłębią w środku człowieka, gdy właśnie boryka się z tego typu problemami. Szczerze polecam każdemu, dla kogo ta problematyka jest ciągle czymś z czym trudno się zmierzyć. A także każdemu kto ma ochotę na odrobinę pozytywnego myślenia.

Poradnik pozytywnego myślenia, Matthew Quick, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013

Czytaj więcej

sobota, 20 kwietnia 2013

Dziesięć dni tęsknoty

Bruno siedzi teraz obok mnie i wciska swoje wielkie cielsko w każdy zakamarek mojego ciała w jaki uda mu się dotrzeć. Pysk na kolanach (ciężko pisać), gdy odrywam rękę od niego od razu piszczy. Już wczoraj gdy weszłam do mieszkania rozpoczęła się manifestacja uczuć. Pestka jak zwykle skromnie, ale też wciskając się we mnie gdzie się da. Pan Kot dumnie, przypadkiem ocierający się o moje nogi. Walizka, wciąż pełna poszła w kąt i rzuciłam się witać sierściuchy. Marcin wrócił z pracy godzinę później i o tym powitaniu już skromnie przemilczę. W każdym razie, puenta z tej podróży, nieodmiennie, jest taka sama - najpiękniejsze są powroty.

Wylot 10 kwietnia był stresujący. Jak to jest bać się latać? To czuć zaciskającą się lodowatą obręcz, a w zasadzie dwie. Jedna dusi mnie na klatce piersiowej, druga w okolicach żołądka. Przeraża mnie każdy dźwięk i każde, w moim odczuciu, minimalne odchylenie od normy. Ze stresu siedzę skamieniała i ciężko mi cokolwiek przedsięwziąć. Próba czytania ponownie spełzła na niczym - litery zlewały mi się w koszmarnego kleksa. Na szczęście mój stres okazał się zbawienny gdy doszło do drugiego lotu. Przerażenie było tak wielkie że w końcu odcięło mnie od świadomości - przespałam huk startu i obudziłam się na godzinę przed lądowaniem. I tak przed naszymi oczami pojawił się Saigon.. Miasto ciągle w ruchu. Miasto pełne hałasu i przykrego zapachu. Dobra, bez dyplomacji - śmierdzące miasto.




W Saigonie spędziliśmy trzy dni. Jednego dnia mogliśmy spenetrować najsłynniejszy targ w Wietnamie - Ben Thanh Market, gdzie kupiłam parę pamiątek, głównie dla bliskich, walcząc z mdłościami podczas spacerów między straganami z jedzeniem (jakkolwiek smacznym, tak jednak.. zapachu nie mogłam znieść) i gdzie mogłam na chwilę oderwać się od grupy. Samodzielne zwiedzanie jest dla mnie zawsze dużo atrakcyjniejsze. Sam targ niestety przypominał stary wizerunek Stadionu Narodowego. Dużo miejsc z ubraniami (za grosze, naprawdę, kupiłam dwie tuniki z jedwabiu), bibelotami wszelkiego typu, biżuterią (moja tradycyjna pamiątka z takich wyjazdów to kolczyki, ale tym razem pozwoliłam sobie na złoto, które jest tam po prostu bardzo tanie - z RPA przywiozłam kolczyki ze słoniami, z Wietnamu z napisem oznaczającym "happiness" mającym oznaczać dla mnie pomyślność), oraz jedzeniem. Które dawało o sobie znać w każdym miejscu tego targu, silnym, przenikającym ubrania..zapachem. Dla mnie nieprzyjemnym do bólu.

W trakcie pobytu w Saigonie mieliśmy wycieczkę do Delty Mekongu. Rzeki, która jest niemalże ośrodkiem przemysłowym - fabryka cegieł, produkcja kokosowych wyrobów - od napoju po słodkie paski przypominające cukierki i inne tego typu miejsca znajdują się u jej brzegów.


A potem kolejna "męska" wycieczka, czyli oglądanie tuneli Cu Chi, miejsca gdzie podczas wojny Wietnamczycy wydrążyli tunele, w których ukrywali się przed Amerykanami. Spędzili tam prawie 17 lat.. W tunelach wąskich, klaustrofobicznych, które ze schronienia mogły bardzo szybko zamienić się w masowy grób po kolejnym bombardowaniu. Dla mnie mało przyjemna wycieczka. Dość przykra raczej..

Po męczarniach w smrodliwym Saigonie nareszcie trafił się dzień dla mnie - okupiony jednak najpierw stresem kolejnym lotem. Tym razem do Hoi An, gdzie spędziliśmy dosłownie jeden dzień nad morzem




 Nie muszę chyba dodawać, że bardzo mi się podobał ten dzień. Pogoda może nie była doskonała, ponieważ było wietrznie a słońce było schowane za chmurami, ale woda w morzu była ciepła. Jednak nie było możliwości za bardzo popływać - silne fale bawiły się mną jak marionetką i po pół godzinie prób zrezygnowałam. Za to później, na leżaku, niczym prawdziwa turystka, mogłam spędzić parę miłych chwil z Lalą Jacka Dehnela, która tak mnie wciągnęła, że później w pokoju, czytałam ją do późna w nocy, by z żalem skończyć lekturę. Rano zaś czekała mnie kolejna dawka stresu - lot do Ha Noi.. Które okazało się równie hałaśliwe jak Saigon.

Ciąg dalszy nastąpi...


Czytaj więcej

wtorek, 9 kwietnia 2013

Kierunek -> Wietnam...

Za oknem aura nadal lekko ponuro - zimowa. Ciągle jeszcze widać gdzieniegdzie zwały śniegu. Może już nie śnieży, może w końcu słońce nieśmiało się wychyla zza chmur, ale nadal, wygląda to ponuro i mało zachęcająco by wychylać nos zza ciepłego koca. Najchętniej człowiek by się w niego zawinął i tak już przezimował, z książką w łapce i w nadziei, że może jednak wiosna przyjdzie.. Przyjdzie? W takich okolicznościach wyjazd do ciepłego kraju, gdzie i słońce i ciepło, powinien być pozytywną perspektywą i przyjemną odmianą. W moim przypadku przyprawia mnie o stres, problemy z koncentracją, ze snem i cóż, nawet trudności z czymś, co jest moją życiową pasją i odskocznią od wszystkiego, czyli czytaniem. Innymi słowy, powoli zaczyna być tradycją, że kwiecień to słaby czytelniczo miesiąc, bo za bardzo, za bardzo boję się latać, za bardzo nie umiem się cieszyć podróżą, za bardzo przeżywam to w stanie skrajnego stresu.

W zeszłym roku wyjazd był do RPA, skąd udało mi się przywieźć trochę ciekawych fotografii..

Widok z Gór Stołowych

W tym roku padło na Wietnam..

Źródło zdjęcia

Dlaczego reaguję takim stresem? Oprócz tego, że boję się latać? Może, a w zasadzie przede wszystkim, dlatego, że to wyjazd służbowy, podczas którego spędzę dziesięć dni z moimi klientami, tęskniąc za Marcinem i martwiąc się jak sobie radzi sam z Potworami. Nie pytajcie gdzie pracuję, bo nie miejsce ma tu wpływ, a typ klienta jakim się opiekuję. A są to klienci zagraniczni, z którymi samo rozmawianie sprawia sporo trudności, gdy człowiek ciągle kuleje z językiem. W każdym razie ciągle wychwytuję u siebie błędy i ta świadomość ostro mnie blokuje, skoro od lat walczę z moją ogromną wadą - perfekcjonizmem..

Oczekiwana na miejscu pogoda (ponad trzydzieści stopni Celsjusza i duża wilgotność) też mnie nie cieszy. Gwałtowny przeskok temperatur, Malaron, z jego skutkami ubocznymi plus ta wilgotność powietrza, to dla mnie mało radosna przyszłość.

Z dwojga złego wolę jednak polską, szarą rzeczywistość z jej przedłużającą się zimą i kiepską pogodą. Ale cóż, jutro, czyli w środę, 10-ego kwietnia o 16:45 wylot. Powrót w piątek, 19-ego kwietnia. Do tego czasu Moja Pasieka zakurzy się mocno, ale cóż zrobić. Mam tylko nadzieję, że wraz z powrotem z tak ciepłego miejsca przywiozę nam tu prawdziwą, ciepłą wiosnę. No jakiś plus tej całej przygody musi być. Bo naprawdę, naprawdę staram się szukać plusów, cieszyć się, bo przecież sama pewnie nigdy nie wybrałabym się do Wietnamu, tak jak nigdy nie miałabym szansy zobaczyć skrawka afrykańskiej ziemi. Tylko jak zwalczyć ten stres, bezsenność, ból w karku i niski nastrój? Skoro nawet czytanie tak nie cieszy jak w normalnych okolicznościach?

Na czytnik, pożyczony od Marcina, bo sama nie posiadam, zostały wgrane przez niego samego zresztą, książki dla mnie na wyjazd. Dwie po angielsku (w tym tę którą Jodi Picoult napisała wspólnie z córką, Between the lines). Reszta to właściwie literatura polska. Mam słabość do literatury polskiej, a już szczególnie podczas wojaży za granicę. W zeszłym roku zabrałam również polskich autorów. Tym razem towarzyszyć mi będą:

*  Jacek Dehnel z Lalą
* Antonina Kozłowska z Trzema polówkami jabłka 
* Marian Mazur z Cybernetyką i charakterem (polecana przez naszego Andrew)
* Maria Nurowska z Drzwiami do piekła (próba dania autorce kolejnej szansy.. może tym razem spotkanie z jej prozą będzie udane?)

A oprócz tego kilka pozycji z klasyki literatury, może będzie okazja by nadrobić choć kilka zaległości? Choć, nauczona doświadczeniem poprzedniego wyjazdu, powinnam z góry założyć, że będzie podobnie, czyli, że wrócę z książkami, których nie udało mi się przeczytać. Podczas lotu do Kapsztadu umierałam ze strachu i jedyne na czym mogłam się skupić, to były filmy, które oglądałam jeden za drugim, nadrabiając zaległości za kilka wcześniejszych lat. A i to nie do końca odciągało mnie od paraliżującego strachu.. Cóż, może tym razem inaczej spędzę 14 godzin lotu.. Oby. Jednakże żeby uniknąć dźwigania, uznałam, że tym razem czytnik może być dużo praktyczniejszym wyborem.

I cóż..
Trzymajcie za mnie kciuki.. Byle dotrwać do powrotu, do którego zresztą, już odliczam dni.
A na razie.. trwa pakowanie i uzupełnianie listy. I zastanawianie się o czym tym razem zapomnę...

Czytaj więcej

niedziela, 7 kwietnia 2013

Wszystko jest iluminacją

 Astronauci widzą kochających się ludzi jako punkciki światła. Właściwie nie tyle światła, ile łagodnego blasku, który można przez pomyłkę wziąć za światło - koitalnego promieniowania, które potrzebuje całych pokoleń, żeby jak miód przepłynąć przez ciemność i dosięgnąć oczu astronauty. (..) Blask ten rodzi się z sumy wielotysięcznych miłości: nowożeńców i nastolatków, iskrzących jak zapalniczki, w których skończył się gaz; z par męskich, które płoną szybko i jasno; z par kobiecych, które całymi godzinami jarzą się wielością subtelnych iluminacji; (..)*


Czego można się spodziewać, wybierając się na poszukiwania korzeni rodzinnych, wyjeżdżając z Ameryki, na stary kontynent, z jednym zdjęciem zaledwie, garścią wspomnień rodzinnych i na dodatek ogromną przywarą, bycia wegetarianinem? Co może przynieść spotkanie z rdzennym mieszkańcem Ukrainy, który język angielski, owszem, zna i studiuje, jednakowoż oczewidno nie otrążalił się ze słownikiem należycie. Albo był to słownik archaizmów... Komedii omyłek? Zabawnych dialogów? To na pewno. Wbrew jednak pozorom, wbrew wierzchniej, zabawnej warstwie, jest to bardzo poważna książka, o bardzo poważnej i tragicznej przeszłości, którą amortyzuje możliwość pośmiania się ze stylu wypowiedzi Aleksa, dzięki czemu zamiast melodramatu, otrzymujemy bardzo pięknie napisaną tragikomedię.


Jonathan postanawia poszukać informacji o kobiecie, która uratowała jego dziadka, Augustynie, do której ślad prowadzi właśnie na Ukrainę, miejsca, skąd pochodzi jego dziadek i gdzie kiedyś historia ciężkim butem powaliła mały sztelt zwany Sofijówką. Albo Tramchibrodem. Bo kroniki i mapy wspominają o tych dwóch nazwach, ale używano na ogół tej drugiej, choć pierwsza była oficjalna. Jednak zanim ciężar historii unicestwi mały sztetl, zatoczy ona pełne koło, rozpoczynając się w nurtach rzeki Brod. Dokąd wpadł wóz Trachima, któremu prawdopodobnie nie można było już pomóc. Pierwsze zauważyły ten fakt bliźniaczki, Chana i Hanna, które dostrzegły wypływające na powierzchnię rzeki różne dziwne rzeczy. I zaczęły je wyławiać. Od tego momentu ten dzień nazwano Dniem Trachima, świętując i odtwarzając zatonięcie wozu i próbę ratowania tonącego. Po którym jak się wkrótce okazało została mała dziewczynka. Brod, jak ją nazwano, była prapraprababką Jonathana, a zarazem genezą wszystkich następujących po sobie wydarzeń.

I tak przeszłość, z której wyniknęła teraźniejszość, przeplata się w silnym uścisku z momentem spotkania Saszy, podpisującego się w listach jako Aleks, z Jonathanem, młodym Amerykaninem, dla którego Sasza ma być przewodnikiem, a dziadek Saszy, szoferem. Pies, Sammy Davis Junior, Junior, jest niezbędnym członkiem tej ekipy jako pies przewodnik. Oczywiście pies przewodnik niewidomego dziadka - szofera. A jakże.

Dokąd zaprowadzą ich rozpoczęte właśnie poszukiwania? Czy uda się odnaleźć tajemniczą Augustynę? Co się stało z małym sztetlem? Czy można odtworzyć dawno zapomniane emocje? Nie, nie będę podpowiadać. To trzeba przeczytać! Polecam. Książka nie dość, że świetnie napisana, to również mówiąca o ważnych sprawach, w sposób skromny, delikatny, bez patosu, przez co jego wydźwięk trafia prosto w serce.


Wszystko jest iluminacją, Jonathan Safran Foer, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
* str. 157
Czytaj więcej

wtorek, 2 kwietnia 2013

Pan Nakano i kobiety

Pan Nakano jest już statecznym panem po pięćdziesiątce, co jednak nie przeszkadza mu ani w trzecim małżeństwie, ani w posiadaniu kilku kochanek. Ma też w sobie mnóstwo pomysłów, które realizuje w zależności od nastroju. W tym momencie jego życia padło na otwarcie sklepu ze starociami. Nie mylić z antykami, to jednak trochę inny typ sklepu. Są tu przeróżne rzeczy, które już dawno znudziły się właścicielom  albo zostały przejęte po czyjejś śmierci, a których wartością samą w sobie jest to.. no właśnie, że są stare i używane. I o dziwo sklep ma całkiem niezłe obroty. W prowadzeniu sklepu pomagają panu Nakano Hitomi, stojąca na ogół za kasą, Takeo, który najczęściej pomaga przy licytacjach i transakcjach z właścicielami rzeczy sprzedawanych do sklepiku, oraz pani Masayo, starsza siostra pana Nakano, artystka, która wolne chwile spędza w sklepie, przyciągając samą swoją obecnością nieco więcej klientów niż w zwykłe dni, gdy jej nie ma.



Całość w zasadzie stanowi zbiór historyjek, które dotyczą całej czwórki. Narrację prowadzi Hitomi i to z jej perspektywy poznajemy zarówno sklep jak i jego bywalców. Główną osią historii wbrew tytułowi, nie są historie miłosne pana Nakano, które pojawiają się w formie przypadkowego spotkania czy przypadkowej rozmowy, ale właśnie funkcjonowanie sklepiku i relacje między jego pracownikami. Najtrudniejsza i najdziwniejsza jest ta pomiędzy Hitomi i Takeo, kiedy to zaczynają spotykać się nie tylko w pracy, ale i relacja między rodzeństwem, panem Nakano i panią Masayo, którzy troszcząc się o siebie załatwiają wiele spraw przez pośredników. Jednym z nich zostaje właśnie Hitomi, próbując za brata zorientować się jak wygląda nowy związek pani Masayo, czy za siostrę, gdy stara się porozmawiać z kochanką pana Nakano.

Historyjki w jednej historii, które spaja miejsce akcji i podobieństwo czasu, oraz bohaterowie, choć chwilami wydają się jakby oderwane od siebie. Część jest ciekawsza, część nieco powszedniejsza, ale każda z nich napisana jest w podobnym stylu jak Manazuru, gdy dialogi splatają się z narracją, relacje między postaciami gęstnieją w niewidoczny sposób, by dotrzeć do momentu bez odwrotu, co jednak nadaje im wymiaru zwyczajności w nadzwyczajnych okolicznościach. Otwarcie i zakończenie spowite w jedną klamrę, która otwiera i zamyka powieść wspólnym posiłkiem wszystkich bohaterów. Mimo, że powieść jest ciekawa i czyta się ją szybko, to jednak Manazuru podobało mi się zdecydowanie bardziej. Polecam zainteresowanym literaturą japońską, jej rożnymi obliczami i niejednorodną tematyką.


Pan Nakano i kobiety, Hiromi Kawakami, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.