piątek, 31 maja 2013

Misz - masz ponownie, czyli pół żartem, pół serio

Jak już kiedyś wspominałam są lektury, które fajnie mi się czyta, ale raczej nie są powodem do długiego wpisu, ponieważ - zwyczajnie na świecie - nie pozostawiają po sobie aż tak wyraźnego śladu czy to w pamięci, czy to we wrażeniach. Tym razem jednak bardziej chyba zabrakło czasu, jak chęci, aczkolwiek nie mogę powiedzieć by książki, o których chciałam opowiedzieć w kolejnym miszmaszowym wpisie, były specjalne, bądź mocno zapadające w pamięć.

Sabina Czupryńska zdecydowanie wyróżnia się wśród, przepraszam za to słowo, pewnej bylejakości serwowanej przez polskie autorki tak zwanej kobiecej literatury. Pisze nie tylko świetną polszczyzną, ale ma niezłe pomysły na fabułę, dobre wyczucie psychologiczne pewnych mechanizmów i naprawdę żywe, barwne postaci. Ta druga, słodka i ostra to moja druga powieść tej autorki i druga w jej dorobku, toteż wychodzi na to, że obserwuję ją od początku jej drogi pisarskiej. Zachwytów jednak nie ma, bo mam ciągle poczucie, że czekam na tę naprawdę dobrą i mocną powieść Sabiny Czupryńskiej. I mam ogromne przeczucie, że się doczekam. Chociażby dlatego, że już Ta druga.. jest lepsza od Kobiet w domu Sonii co potwierdza, że autorka ewoluuje, dojrzewa pisarsko i nie powtarza się (co już w ogóle jest rewelacyjne!), ani w historiach, ani w kreowaniu bohaterów. Mam bardzo, bardzo pozytywne odczucia co do dalszych książek i będę ich wypatrywać niecierpliwie. Co do zaś samej powieści, to pomysł na nią był naprawdę niebanalny. Osią całej fabuły jest pewien dziwny trójkąt i relacje jakie w nim zachodzą. Krystyna, Karol i Jacek. Krystyna wydaje się buńczuczną, kłótliwą i dość kłopotliwą kobietą, z zapędami do feminizmu, toteż zadziwia jej decyzja zamążpójścia za spokojnego, niemalże flegmatycznego Karola, stonowanego, stosującego skromne środki wyrazu. Wydaje się, że takie małżeństwo nie ma szans przetrwania. Dodatkowo pojawia się Jacek, najpierw student Krystyny, a następnie współlokator obydwojga. I tak żyją sobie we trójkę, w dość nietypowej konfiguracji. Gdy przychodzi na świat Rafał, Karol nie ma odwagi zadać tego ważnego pytania. I nigdy nie pada na nie odpowiedź. Do tego dorosły Rafał dość długo nie będzie mógł sobie poradzić z powikłaniami emocjonalnymi wynikającymi z dorastania w tak nietypowej rodzinie. Czego zabrakło? Albo rozwinięcia niektórych wątków, co powinno wydłużyć opowieść, albo skrócenia o te wątki nierozwinięte. Zakończenie też mogłoby być rozbudowane nieco lepiej. Jeśli ktoś polubił już autorkę to myślę, że powinien sięgnąć i po tę powieść.

Ta druga, słodka i ostra, Sabina Czupryńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013


Moja słabość do powieści dla młodzieży (no proszę, a niedawno martwiłam się, że się starzeję..) przejawia się w różnych odcieniach tematycznych (choć jakoś nadal nie potrafię się przebić przez te wszystkie wampirze sagi, pamiętniki i inne cykle). Krąg mnie zaintrygował, ale nie na tyle, żeby tracić na to cenne fundusze przeznaczone na dobrą literaturę. Od czego jednak są wymiany na LC? I tak książka do mnie trafiła, zapewniła mi dwa miłe wieczory nieskomplikowanej rozrywki, jednakże z całą masą wtórności, która spowodowała, że powieść owszem, przeczytałam, ale nie mogę powiedzieć by była naprawdę tak dobra, jak to było przedstawiane podczas jej promowania przez wydawcę. Przede wszystkim, nihil novi, znowu mamy środowisko szkolne, ponownie młodzież o niespotykanych, nadprzyrodzonych zdolnościach i oczywiście walkę z bliżej niesprecyzowanym złem. To co wyróżnia Krąg to poczucie, że to zło jest złowrogie i namacalne, bowiem młodzi ludzie giną naprawdę, w bardzo okrutnych okolicznościach, a więc sama walka ma ogromny sens, bo przede wszystkim trzeba ratować własne życie. Krąg siedmiu osób, które mają spełnić misję owej walki zostaje przerwany już na początku, gdy ginie pierwsza z osób. Zostaje ich zatem sześcioro, choć jeszcze nie wiedzą że to właśnie ich zetknie los. Bo co może mieć wspólnego szkolna gwiazda, szkolna ofiara mobbingu, czy kujonka, niepewna sama siebie? Na co dzień albo się unikały, albo jedna prześladowała drugą, albo w ogóle udawały, że nie istnieją. Gdy zatem łączy je krąg jest im bardzo trudno stworzyć zgrany, ufający sobie zespół. Oczywiście, jak to w typowej historii dla nastolatków bywa, jest sporo kłótni, wyrzucania sobie nawzajem różnych błędów, popełniania nowych, a na koniec, pełnego pojednania. Miłe, łatwe i przyjemne, ale niekoniecznie rewelacyjne. Dla odprężenia całkiem dobra lektura. Czekam jednak na godnego zastępcę Igrzysk śmierci.

Krąg, Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren, Czarna Owca, Warszawa 2012


Przerywnikiem w literaturze poważniejszej, słabszej i cięższej była książeczka Joanny Olech Pompon w rodzinie Fisiów. Tak, ostatecznie jednak dziecinnieję, a więc chyba wychodzi na to, że się starzeję, ponieważ to jeden z syndromów. Lubię jednak takie przerywniki i nic na to nie poradzę. Nie mam usprawiedliwiania dla posiadania takich książeczek w postaci dzieci własnych, toteż jestem po prostu dziwaczką i przyznaję się do tego otwarcie. Mam słabość do Joanny Olech, a ona uparcie pisze dla młodszego czytelnika, toteż nie mam wyboru i muszę podczytywać właśnie takie pozycje. Historia małego smoka, który wychodzi sobie z odpływu kanalizacyjnego jako jeszcze różowy stworek bez łusek, by później wyrosnąć na przyjemnie wyglądającego smoka wielkości średniej i wywrócić do góry nogami życie miłej rodziny Fisiów jest zwyczajnie sympatyczną historią, którą dzieciaki na pewno polubią, toteż jeśli jeszcze się wahaliście czy kupić tę pozycję swoim latoroślom, to myślę, że możecie przestać się wahać. Przyjemne rysunki autorki, twarda oprawa i słodkie szczęśliwe zakończenie są po prostu tym, czym dobra i fajna bajka powinno być. A przy takiej pozycji o mankamentach nie wypada opowiadać, toteż przemilczę. Kilkulatek ich nie zauważy, a rodzic i tak musi się uporać z niejedną taką historią, a ta przynajmniej uczy odpowiedzialności i pewnych dorosłych decyzji jakie są związane z opieką nad innym stworzeniem.

Pompon w rodzinie Fisiów, Joanna Olech, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

O Flush'u wolałabym nie pisać w takim wpisie skrótowym, dlatego być może uda mi się jednak napisać o samej książce, a nie ponownie o Potworach, do czego za każdym razem gdy pomyślę o książce Virginii Woolf prowadzi mnie dalszy tok myślowy. Szczególnie, gdy czytam to zdanie:
Stopniowo, z biegiem dziejów Anglii pojawiło się co najmniej siedem słynnych rodzin spanieli - Clumber (..) * i od razu mam przed oczami tego naszego krnąbrnego Clumbera.. A jak Bruno, to i Pestka, a już o Pestce bez Pana Kota.. nie udaje się w ogóle.

*Flush, Virginia Woolf, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, str. 7
Czytaj więcej

czwartek, 30 maja 2013

O Potworach rzecz wcale nie krótka

Zaczęło się, jak to banalnie bywa, we wczesnym dzieciństwie. Mieszkaliśmy w małym, sennym mazurskim miasteczku, w starym poniemieckim biurowcu, którego umownie przetransformowano na budynek mieszkalny. Innymi słowy dorobiono zamki do drzwi poszczególnych pokoi i zaczęto udawać, że to samodzielne mieszkania. Toaleta, luksus w tamtych czasach, była jedna na cały budynek i mieściła się na ostatnim, czyli drugim piętrze. Natomiast do piwnic, położonych głęboko, wiodły wąskie, ostro zwężające się w lewo, strome schody, na których zimą było najłatwiej o kontuzję, ba złamanie z powikłaniami, co spotkało jednego z naszych sąsiadów, przezywanego przez nas dzieciaków, Bocianem. Był wysoki, szczupły i miał ptasi, ostry nos. Czyhaliśmy pod jego drzwiami zaciekawieni co tam robi. Gdy kiedyś otworzył drzwi bez ostrzeżenia i wciągnął mnie do środka swojego mieszkania przeżyłam chwilę zgrozy. A on mnie poczęstował wtedy krążkami usmażonych na patelni ziemniaków. Były pyszne! Od tamtej pory już mu nie dokuczaliśmy, a ja przez chwilę nosiłam nad sobą aureolę chwały, tej, która wróciła żywa z jaskini lwa.
Piwnica nie była oświetlona, za każdym razem trzeba było brać ze sobą latarkę, inaczej ciemność pochłaniała każdego, komu udało się bez szwanku do niej zejść. W środku śmierdziało stęchlizną, małe, zabite okienka nie przepuszczały ani światła, ani powietrza. Ale właśnie tam urządziłam legowisko kotom. Skąd się to dokładnie we mnie wzięło to już nie wiem, ale kochałam wszelkie żyjące stworzenia. Dokarmiałam koty, ale i myszy i szczury także, bo nie rozumiałam jeszcze za bardzo, że skupione razem w piwnicznej czeluści są sobie nawzajem śmiertelnymi wrogami. Wynosiłam w tajemnicy pułapki na myszy. A pewnego dnia przyniosłam Tacie umierającą małą myszkę, by ją uratował. W mojej pięcioletniej jaźni pierwszy raz otworzyła się wtedy przestrzeń na słabości mojego rodziciela.

Koty i myszy rozpoczęły wędrówkę zwierząt przez moje życie. Gdy miałam 6 lat dziadek sprowadził do domu śliczną sunię, rasy wielorakiej, której poprzedni właściciele niestety zmarli, a którą nazwano Lalką. I to Lalka była przyczyną ogromnego nieporozumienia, gdy podczas szkolnej pauzy, z wypiekami na policzkach, oznajmiłam klasowemu koleżeństwu, że nasza Lalka właśnie urodziła sześć cudnych, pyzatych szczeniąt. Dzieci patrzyły się na mnie jak na pierwszorzędną dziwaczkę i jedno odważyło się dopytać: "twoja zabawka ma szczeniaki?" I tu pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że można używać tego samego słowa w bardzo wielu znaczeniach.
Szczenięta Lalki były zawsze, nie wiedzieć czemu, pyzate i różnej maści. Łaciate, popielate, jasnobrązowe, szare. Jednolite i kolorowe. I zawsze psotne. Gdy nadchodził moment, że były już za duże, by je nadal trzymać, szczeniaki były rozdawane wszystkim znajomym, rodzinie, a nawet przypadkowym osobom. Pamiętam, jak siedziałam na ganeczku przed klatką schodową do mieszkania dziadków i nawoływałam, niczym Ida Sierpniowa, gdy próbowała sprzedawać swoje gipsowe serduszka na jeżyckim rynku, "komu szczeniaka, komu, bo idę do domu!" trzymając pyzatą kulkę w ramionach. Gdy jakiś przechodzeń się zgłaszał dostawał podstawowy zestaw pytań. "Czy lubisz dzieci? Czy masz dzieci? Jak nie masz to po co ci pies?" Jeden pan powiedział, że owszem, nie ma, ale jego malutka żona (a potem jak czytałam Maleńką panią wielkiego domu przypomniałam sobie te słowa) właśnie jest w ciąży i za parę miesięcy ma mu urodzić ślicznego dzidziusia. I on chce by dzidziuś wychowywał się z pieskiem. I pamiętam potem jak szli z wózkiem, a pyzata kulka, już nie pyzata a całkiem smukła z przyjemnym pyszczkiem, podążała za nimi. A pan słał mi szeroki uśmiech. To były najpiękniejsze dni, te z Lalką, szczeniakiem, kotami i innym przychówkiem, jaki tylko udało mi się wokół siebie zebrać.

Toteż chyba nikogo nie powinno dziwić, że w związku z tym, posiadanie zwierzaka w domu było dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Jednak w marcu 2003 roku, gdy jeszcze studiowałam moją ukochaną filologię polską, gdy sama nie miałam swojego kawałka podłogi, a książki przenoszone z jednej stancji na drugą, przeżywały swoje najcięższe chwile, posiadanie własnego czworonoga było raczej w planach na dość odległą przyszłość. Pestka postanowiła wtedy inaczej. Zanim jeszcze Wojciech Malajkat udzielił głosu Kotowi w Butach w popularnej bajce ze Shrekiem w tytule, Pestka miała opanowane do perfekcji owo słynne spojrzenie Kota, które potrafiło złamać nawet najbardziej zatwardziałe serca. Palec przeznaczenia powiódł mnie wtedy w rodzinne strony, gdzie miałam spędzić parę dni i wrócić do uczelnianych obowiązków. Gdy wychodziłam z mieszkania Babci Pestka, wtedy jeszcze bezimienna, już czekała na klatce schodowej. Prawdopodobnie sprowadziła ją tam dzieciarnia podwórkowa, w czym niewątpliwie brała również udział moja najmłodsza siostrzyczka, wówczas ledwie 11-letnia. Spojrzałam w dół, na ten czarny, mizerny tłumoczek. Pestka podeszła. Ciężko osunęła mi się na stopy. I spojrzała. "Albo mnie weźmiesz.. Albo tu umrę." Więc co mogłam zrobić innego?

Pestka w dwa lata po pojawieniu się w naszym życiu
Początki były trudne. Marcin się zdenerwował, choć wtedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem, ale mieliśmy wkrótce to zrobić. Moje współlokatorki również, bo nie było mowy o czymś takim. A tu pies. Gdzie tam pies! Wyglądała jak nieboskie stworzenie, nie szczekała, nie piszczała, nic. Leżała bezwolna, ze smutnym pyskiem (niech mi ktoś powie, że psy nie mają mimiki.. ). Biegałam do weterynarza, bo była chora. Zastrzyki codziennie, bo zapalenie pęcherza, bo jakiś wirus, bo wreszcie sporo ran na skórze, ukrywających się pod sierścią. Gdy po dwóch miesiącach Pestka zjeżyła sierść i wydała z siebie głos, piękny, dumny szczek psiego honoru, uwłaczanego właśnie przez innego przechodzącego obok drzwi mieszkania psa, mieliśmy ochotę świętować. Wtedy już Pestkę kochali wszyscy - i Marcin i dziewczyny i nawet moja sceptycznie podchodząca do tematu Babcia. Która zresztą jest autorką imienia naszej suni. "O rany, coś ty tu za ogryzioną pestkę przyniosła?!" krzyknęła Babcia, gdy wniosłam Pestkę do jej mieszkania. I tak od pierwszej chwili Pestka, była Pestką.

Gdy w 2004 roku przeniosłyśmy się z Pestką do stolicy obie przeżywałyśmy małą traumę. Nasza malutka sunia od zawsze wyrażała głośno protest na podróżowanie autobusami, czy pociągami. A tu autobus, potem kolejny, a tu tramwaj, huk, hałas i ten tłum. Było jasne jak słońce, że Pestka nie lubi Warszawy (choć Marcin twierdzi, że dlatego, że ja jej nie lubiłam). Dorosłość dopadła nas wtedy ostatecznie. Wspólne zamieszkanie, pierwsze obowiązki w pracy, konieczność samodzielnego utrzymywania się już bez wsparcia z żadnej strony (bo cóż, pokończyły się stypendia, a renta po Tacie przeszła na młodsze rodzeństwo), a co za tym idzie, konieczność zostawiania Pestki samej w domu. Długo się więc nie zastanawialiśmy nad rozwiązaniem problemu. Pestka to uczuciowy zwierzak, kocha obecność. Dlatego już we wrześniu 2004 pojawił się Pan Kot. I wejście miał doprawdy, mocne.

Pan Kot w październiku 2004
Pan Kot nie polubił Pestki. Po domu więc miotała się wściekła kula sierści i pazurów, której nie mogliśmy w żaden sposób uspokoić, ani powstrzymać przed atakowaniem biedniej, niewinnej Pestki. To były ciężkie tygodnie. Wynajmowaliśmy naprawdę małe mieszkanko na Pradze, gdzie okna kuchni i łazienki wychodziły na tzw. galerię, a okna pokoików na betonowy parking. Mieszkanie tak małe, że dwie osoby w kuchni, to był już tłum, a do łazienki można było wchodzić tylko pojedynczo (poranne mycie zębów we dwójkę było więc istną przygodą). Toteż gdy ta chodząca kocia furia zaczęła szaleć po mieszkaniu, nie było miejsca by gdzieś uciec, schować się. Zarządzaliśmy wtedy przymusową separację. Pan Kot w małym pokoju, Pestka w dużym. Do momentu, gdy pewnego dnia Pan Kot nie wyszedł z pokoju, podbiegając rączo do Pestki i nagle ostentacyjnie się o nią ocierając. Od tamtej pory dla Pana Kota istnieje tylko Pestka. Nas ma w głębokim poważaniu.

Pestka i Pan Kot, czerwiec 2008

A zatem mieliśmy już Pestkę i Pana Kota. W zasadzie nasze życie zostało podporządkowane tej dwójce. Nie pojedziemy już w żadne miejsce gdzie nie można mieć ze sobą psa, a więc przed każdym wyjazdem siedzieliśmy z telefonem w dłoniach, obdzwaniając każde miejsca i skreślając je z listy. Pana Kota na czas podróży oddawaliśmy do mojej przyjaciółki, ale i to wkrótce zaczęło się zmieniać, bo ewidentnie Pan Kot nie lubił być bez nas, choć podróżować też nienawidził. Nie potrafię nawet oddać tych czterech godzin, spędzonych w autobusie, w drodze do mojego rodzinnego miasteczka, gdzie mieliśmy spędzić kilka dni, a Pan Kot zawodził, jakby go ze skóry odzierano. Nie pomagało nic, ani to, że trzymałam go na kolanach i próbowałam uspokoić, ani chodzenie po innych pasażerach. Nie tylko Pan Kot zresztą to uprawiał. Nie zapomnę swojego zdumienia gdy pewnego razu, Pestka cichutko, grzecznie, wdrapała się na kolana pani siedzącej zaraz za nami...A pani się na mnie spojrzała, uśmiechnęła i stwierdziła "no skoro jej tu dobrze".. I tak Pestka dojechała na obcych kolanach do naszego celu podróży. A potem bez żenady opuściła swoje legowisko, nie posyłając pani nawet pożegnalnego spojrzenia, by razem z nami opuścić autobus.

Gdy w 2009 roku naszym życiem zaczęło rządzić szaleństwo pt. "kupujemy mieszkanie" (każdy kto przechodził przez procedurę brania kredytu hipotecznego wie o czym mówię..), i gdy w końcu udało się nam przeprowadzić na nareszcie własny kawałek podłogi, gdy po rozpakowaniu wszystkich rzeczy okazało się, że tym razem nic się nie zbiło, nic nie zginęło i nie zostało zniszczone, myślałam, że najgorsze za nami. Najgorsze jednak było przed nami, bo oto z Krakowa Marcin przywiózł Bruna..
Pestka w trakcie rekonwalescencji po ataku wrednego psa, a Bruneczek od początku pokazuje swoją naturę..
Jeśli tajfun Mongolia, jaki rządził życiem Kaśki (jeśli ktoś nie wie o czym mowa odsyłam do Rokisia Joanny Papuzińskiej) wywrócił jej dotychczasową codzienność do góry nogami, to nasz tajfun przewartościował wszystkie nasze twierdzenia na temat psów i życia z nimi. Przyzwyczajeni i rozpieszczani wręcz spokojną Pestką nie mogliśmy zrozumieć, że taki maluch może:
- demolować mieszkanie
- niszczyć meble
- szantażować emocjonalnie gdy trzeba było go zostawić samego, a w odwecie nawet zjadać moją komórkę
- zjadać buty i inne nierozsądnie zostawione na wierzchu przedmioty
- przez co często też lądować na ostrym psim dyżurze
..
Teraz jest nadal najbardziej absorbującym Potworem w domu.. Nadal potrafi zjeść nie to co trzeba i nadal zmusza nas do częstych wizyt u weterynarza. Pestka jest teraz dużo od niego mniejsza, a jedynym postrachem Bruna jest.. Pan Kot. Ale to do Pestki się klei najbardziej. No, zaraz po Marcinie.

Bruno monitoruje Marcina wpisy na fb ;)


I czy uwierzycie mi, że to wszystko co teraz napisałam, ta powódź wspomnień związanych z Potworami, to przez Flush'a Virginii Woolf?


Czytaj więcej

środa, 29 maja 2013

W nieco odmiennym stylu. O "Pninie" Nabokova.

Marność nad marnościami. Grafomania.
Tak sobie myślę, śledząc swoje wpisy. Jak dobrze, że nigdy nie miałam ambicji by pisać coś więcej, że już nie wspomnę, o próbach wydawania tego. Blog jest o tyle elastycznym kanałem pisarskim, że zaglądają tu tylko ci czytelnicy, którym się to faktycznie, albo spodoba, albo ich zainteresuje z jakiegoś powodu.
W każdym razie uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz. Pisanie bloga daje upust emocjom związanym z lekturą. Piszę głównie o tym, co mi się spodobało, co zachwyciło, co zainspirowało. Przemilczam słabizny narracyjne, autorów czytanych tylko rano do kawy, bo wtedy nie trzeba się mocno wysilać z myśleniem, a o piątej rano to myślenie jest istotnie spowolnione i ciągle zaspane. Bo co można napisać o takich pozycjach? Owszem, czytało się to miło (tak miło jak czasami jest miło u cioci na imieninach), ale obiektywnie rzecz biorąc pewne zgrzyty są nie do przemilczenia, więc cóż, wolę przemilczeć, niż krytykować. Oczywiście, konstruktywna krytyka jest w cenie, a jakże, ale ja się nie poczuwam do bycia krytykiem literackim. Nie mam ani przygotowania do tak ambitnych działań, ani chęci. Jestem czytelnikiem, że powtórzę za Jackiem Dehnelem.

Co sobie uzmysłowiłam? Że to wszystko co piszę jest potwornie wtórne. Powtarzam się jak zdarta katarynka. Fenomenalna narracja, genialna pisarka/pisarz, polecam. I na co to komuś jest potrzebne? Jak to mawiał mój dziadek - psu na budę (choć swoją drogą zimą, lub bodaj podczas ogromnej ulewy, taka buda może się okazać wiejskiemu psu niezbędna). A jednak terapeutyczna moc pisania sprawia, że ciągnie mnie do tego w sposób nieodparcie kuszący. Szczególnie, gdy książka zachwyci, gdy chcę się podzielić z przemyśleniami jakie wywołała. Tym razem mam jednak problem. Bowiem Pnin Nabokova, powieść o podstarzałym profesorze, emigrancie rosyjskim, który wchodzi w amerykańską codzienność z typową dla siebie pninowatością, jest tak dobrze napisana, że w zasadzie odbiera mi wszelką argumentację, by o tym napisać. Bo co mogę nowego powiedzieć w kwestii świetnie napisanej książki? Że takiej zdolności tworzenia opisów mógłby pozazdrościć Nabokovowi niejeden pisarz i pisarka? Że choć historie same w sobie nie są może jakoś fenomenalnie skonstruowane, to jednak tak poprowadzone zgrabną pisarską wirtuozerią, że można tylko powtarzać: "niesamowite!"? Ponownie: wtórność.


A Pnin, jakkolwiek by nie odebrać tę krótką powieść (kompilację z opowiadań?) nie jest ani wtórny, ani banalny. A w każdym razie na pewno nie jest tak napisany. Odkrywam, że z wiekiem (czy to oznacza, że się starzeję?) większe znaczenie ma to jak pisarz posługuje się swoim piórem, jaki ma warsztat, niż to o czym pisze. Bo znam pisarzy (no dobrze, znacznie więcej pań tu celuje, a więc pisarek) piszących historie niebanalne w swej treści, ale napisane tak fatalnie, że czytanie idzie po grudzie. Znam powieści nie wnoszące swoją fabułą zbyt wiele akcji, a jednak czytam jak urzeczona. Tonę w takiej prozie. Zatapiam się w dobrze skonstruowanej powieści. Zarówno pod kątem narracji, jak i pod kątem fabuły. Najchętniej rzecz jasna, gdy powieść spełnia obydwa te wymogi. I takich poszukuję bezustannie. Dybię na nie w antykwariatach. Poszukuję w nowościach, gdzie niestety, są już większą rzadkością. I dlatego pewnie tak chętnie podążam za polecanymi książkami, szczególnie polecanymi przez szczególnie ważne dla mnie postacie. A że Pnina polecał Jacek Dehnel to już czułam, że to będzie coś interesującego. I było! Tylko jak Wam o tym opowiedzieć tak by zachęcić do lektury, by pokazać skąd we mnie zachwyt?

Powiem więc krótko, bo już przynudzam.

Jestem pod wrażeniem.


Pnin, Vladimir Nabokov, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987



Czytaj więcej

wtorek, 21 maja 2013

Co komu pisane, temu w wodę kamień

Nurt w jaki wpływa czytelnik zaraz po otwarciu pierwszej strony powieści  Joanny Bator jest silny. Porywa on go ze sobą  i w zasadzie nie pozostawia mu wyboru. Książkę pochłania się, przyjmuje niczym daninę, niczym mannę z nieba, dar.  Nawet gdy to takie słodko - gorzkie, pełne bezmyślnej przemocy, bólu, krzywd zadawanych własnym dzieciom, wyzysku człowieka przez człowieka, śmierci. To i tak ciężko odłożyć na bok. I ciężko czytać. Wszystko ciężko. Ojciezkoojciezko. I człowiek tak czyta te fiksum - dyrdum i tylko myśli, jakie to wszystko w tej całej grotesce cholernie prawdziwe, jakie polskie, jakie realne. I odechciewa się, a potem się chce więcej. Ot i zagadka pani Bator. Mistrzyni tej dziwnej, niezwykłej narracji.


Piaskowa góra to powieść strumień. Wylewają się z niej kolejne nurty słów i historii poszczególnych postaci; jego odnogi rozrastają się niebotycznie. Dominika jest chuda i te jej włosy, istna buszmenka, jak powiada jej matka, Jadzia, kobieta zawsze pełna kształtów i ciała. Zupełne przeciwieństwa. Droga do zaistnienia Dominiki wiedzie przez wędrówkę do Wałbrzycha Jadzi, kosza pełnego jaj i pośliźnięcia się na schodach. I upadku wprost w ramiona Stefana Chmury, dzięki czemu Jadzia uniknie egzaminowania przez Halinę, przyszłą teściową. A Halina miała wymagania wobec przyszłej synowej, musiała być najlepsza. Ech ta Jadzia, udało się jej uprzedzić Halinę i jej ewentualny wywiad. I było za późno, Stefan zdecydował, do ślubu Jadzia poszła w sukni uszytej z firanki, bo ta szyta na miarę tuż przed ślubem okazała się za mała na Jadzine obfitości. Zanim Jadzia przyjdzie na świat będzie wojna i podczas tej wojny zginie wielu Żydów. Jednego z nich los poprowadził pod drzwi matki Jadzi, Zofii, tym samym zostawiając trwały ślad w sercach obydwojga. Jak to mawia Zofia, co komu pisane, temu w wodę kamień, dlatego nie zastanawia się długo nad nieprzytomnym, wycieńczonym Ignacym. I tak można bez końca, bo te historie są jak matrioszka bez dna, co otwierasz jedną to za nią siedzi kolejna. Wszystkie jednak prowadzą do Dominiki, jej nielekkiego dzieciństwa z magister Demon w tle i wredną Jagienką. I Piaskowej Góry, tego szczęścia i nieszczęścia osiedlowego, wyczekanego, w końcu z centralnym, jedynego, tylko dla ich rodziny, mieszkania państwa Chmury..

Gorzka ironia, groteska z jaką opisuje Bator przeszłość zarówno Jadzi, jak i Zofii, a wcześniej Jadwigi, matki Zofii, jak i przeszłość wielu Polaków, przeszłość, której autorka nie ocenia, tylko pokazuje, taką jaka była, wydaje się jakimś złym snem. Gorzkie czasy wojenne, gdy nawet na ściganym i umierającym z głodu i wycieńczenia Żydzie próbowano zarobić, żeby potem zostawić na pastwę losu, ciężkie czasy dźwigania się z powojennej rzeczywistości w normalność, stereotypy rządzące ludzką wyobraźnią, a wreszcie wytykanie wszelkiej anomalii, która jeśli nie katolicka, zwykła, rodzinna, gdzie dziecko matkę i ojca ma, a do tego babcia, żeby pomagać, to nienormalna, jakieś homoniewiadomo o co chodzi. Więc jak homoniewiadomo to można tych zboczeńców stłuc niemalże na śmierć, psu kark przekręcić i zostawić na powolne umieranie.. Nie ma chwili oddechu w tej rzeczywistości. A jednak wciąga, wsysa w nią to jak autorka prowadzi narrację. Polecam!


Piaskowa góra, Joanna Bator, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009

Czytaj więcej

poniedziałek, 20 maja 2013

Targi Książki i majówka

Mój pierwszy raz na Targach Książki miał miejsce w ten weekend, dlatego nie mogę tego w ogóle porównać z poprzednimi Targami, ani zachwalać wyboru miejsca, bo nie mam odczucia, że poprzednie było gorsze/lepsze. Dotychczas terminy Targów pokrywał się z terminami wyjazdu integracyjnego w mojej pracy, ale tym razem, tadam, wyjazd był tydzień temu i w końcu, w końcu mogłam się tam pojawić! Niestety, przeżyłam drobne rozczarowanie. Ogółem tłumnie, duszno i ciężko się przeciskać pomiędzy stanowiskami, ludźmi, matkami z wózkami, dziećmi z balonikami.. do tego ceny książek.. Zbyt wysokie, jak na moje oczekiwania. Ale plusów zebrałam również sporo. Pierwszy jest taki, że poznałam Wiki, co można nazwać skromnym spotkaniem blogowym. Bardzo się cieszę, że mogłyśmy się poznać osobiście.
Pojawiło się też parę miejsc ze zniżkami, jak na przykład przy stosiku z książkami W.A.B.u była zniżka 30%,  z której nie mogłam nie skorzystać, na stoisku wydawnictwa Kwiatów Orientu od razu wzięłam poszukiwaną od jakiegoś czasu Będę tam, a na stosiku wydawnictwa MG Sklepy cynamonowe kusiły okładką, z zaś Albatrosa porwałam Rzeźnię numer pięć (miotana między innymi tytułami powieści Vonneguta, ale ograniczenia finansowe zrobiły swoje).


W niedzielę Targi zaplusowały możliwością wymiany książek, jakie zostały zorganizowane przez portal Lubimyczytac.pl. Wyniosłam z domu całą siatę książek, żeby w zamian dostać:


Przy czym wybór był ciężki, bo co chwila dodawano kolejne książki, na dodatek w dużej ilości nowych, prosto od wydawcy! Kilka więc z żalem musiałam odłożyć.. Nowej książki Coetzee byłam ciekawa, ale nie na tyle by kupować, więc niespodzianka naprawdę ogromna, że była dostępna na wymianie. To samo z nową powieścią Sabiny Czupryńskiej. A Joanna Olech to u mnie autorka obowiązkowa dlatego nie mogłam się oprzeć pokusie, naprawdę nie mogłam...

Jednak jak się okazuje, Marcin pobił mnie na głowę w kwestii ilości przytarganych do domu książek z Targów.. Oto jego stosik:


Ale i tak najważniejsze z tego weekendu jest skąpanie się Pestki w Świdrze, pomimo troskliwego przenoszenia na drugi brzeg rzeki:


Szczęście Bruna, który ponownie chciał zawędrować aż do Wisły..


 I piękno naszej majowej "Alaski"


Innymi słowy to był bardzo udany weekend. Zaspokoiłam ciekawość odnośnie Targów, mam liczne pamiątki na nogach i rękach z wizyty nad rzeką, zapasy do czytania na jakiś czas, i sporo energii na nowy tydzień. Który też w rozjazdach niestety, bo czeka mnie kolejna wycieczka na Litwę. Ale może uda się skraść trochę czasu na czytanie.

Czytaj więcej

piątek, 17 maja 2013

Do czego przyda Ci się "Chustka"?

poniedziałek, 5 lipca 2010
 [90]. znaleźć źródło w najsuchszej pustyni.

wrócił mi apetyt, więc i humor jest szampański.
dziś od rana przemieszczam się po domu tanecznym krokiem.

mam chwile zasłabnięć, przeplatane w miarę normalną aktywnością.
i nie ma żadnych znaków przepowiadających, że zaraz nastąpi zniżka. ot, raptem szepczę teatralnym głosem do Niemęża: słabo mi, słabo, odjeżdżam. wówczas Niemąż (miszcz chińskiej akupresury) szybko mnie resuscytuje i znów wraca mi zasilanie.

***

Autor: Chustka o 21:30*



Nie pamiętam jak wpadłam na ten blog. Znalazłam u kogoś w linkach? Zajrzałam przypadkiem, szukając czegoś? Nie pamiętam. Nie czytałam od początku, niestety. Trafiłam bardzo późno, bo jesienią 2012 roku. Pamiętam, że czytałam te bieżące wpisy i wracałam do starszych.
Pytanie na blogu brzmiało - do czego przyda się chustka?
Mnie Chustka wyrwała z pewnego letargu. Ustawiła do pionu. I dała też potężny zastrzyk optymizmu. Pomimo.

chustka.blogspot.com
Joanna Sałyga, Źródło zdjęcia
 
Joanna Sałyga zmarła 29 października 2012 roku w wieku 36 lat. Gdy przeczytałam wpis Niemęża o jej śmierci nie dowierzałam. Człowiek jakoś tak głupio i naiwnie wierzy w szczęśliwe zakończenia. Teraz myślę o synku Joanny. O Niemężu. Mam nadzieję, że macie się dobrze. Pomimo.

Umieranie to temat tabu. Ciiii. Nie mów o tym więcej! Po co epatujesz swoim umieraniem. Nikt już nie chce tego słuchać. Czuję się niezręcznie gdy o tym mówisz. Nikt nie chce słuchać, bo dla każdego to zderzenie z własną śmiertelnością. Szczególnie, gdy umiera ktoś młody, bo młodość ma ciągle przyszłość, prawda? A Joanna miała zaledwie 34 lata gdy wykryto u niej raka.  Można się tylko wściec. Albo płakać. Wyć. A Joanna walczyła. I pisała o tej walce na swoim blogu. Dała wielu ludziom nadzieję, otrzymała też dużo ciepła i wsparcia. Chustka to analog, jakby to powiedział Marcin, e-wersji bloga, który dla ułatwienia wyszedł w postaci książkowej i dzięki któremu można ponownie przeczytać o dwóch latach tej trudnej, pełnej bólu, ale i miłości i oddania, walki z rakiem. Z, jak to mówiła Joanna, rakel. Z tematem bolesnym, ale koniecznym do oswojenia. Bo śmierć trzeba oswajać. Nie wolno pomijać, udawać, przebąkiwać i strzelać frazesami. Bo wiem, że Joanna, ani inne chorujące osoby, by sobie tego nie życzyły.


Chustka to zapis codzienności, od tej żartobliwej i wesołej, związanej z zabawą i rozmowami z synkiem, czułościami Niemęża, szaleństwami kotki Viledy, przez trudy badań, operacji, po smutek, ten tak mocno ciążący na duszy, bo związany z ponurą świadomością rokowań i tego, co trzeba będzie zostawić. Brzmi jak książka, prawda? Ale to nie powieść, nie książka, nie ma fabuły, stylu narracji, skomplikowanych relacji między bohaterami i odautorskich dygresji. To jest życie. To prawdziwe, takim jakim ono było przez ostatnie dwa lata życia Joanny. Niezwykłej, nieprzeciętnej, mądrej kobiety. To nie jest kwestia zastanawiania się czy warto to przeczytać. Czy to jest interesujące. Czy zachęcić. Joannę warto poznać. Warto poznać zapis jej zmagań i jej codzienności. Po prostu.


czwartek, 12 lipca 2012
[815].
parkujemy.
z okna salonu Syn macha do nas i woła: mamo, kocham cię! wujku, kocham cię! kocham was! kocham! kocham!
zanim zachroboczemy kluczami, przez drzwi już słychać donośne mrachanie Viledy.
- mraaaa! mraaa! - idą, idą, idą! - zawiadamia uradowana.
otwieramy dom.
Vileda sadowi się blisko nas, na brzeżku kolorowego chodnika. siedzi wyprostowana, wyczekująca.
przygląda się uważnie, może trochę ze zniecierpliwieniem.
przejęta gada: maaaa, maaaa, ma-ma, maaaaa!
myślę, że czuje od nas nowe zapachy i głośno zastanawia się, jak TAM jest.
może też opowiada, co się wydarzyło podczas naszej nieobecności?
a Syn skacze, biega po pokojach, macha rękami, śmieje się i pokrzykuje: wróciliście, wróciliście! moi rodzice wrócili! nie wyobrażacie sobie, jak ja tęskniłem! aż sam nie wierzę, że można aż tak tęsknić i tak się radować!

i pomyśleć, że nie było nas w domu przez kwadrans.
czyżby w tym czasie aż tak bardzo zgłodnieli?

***

Syn dostał od Niemęża telefon.
podczas dzisiejszej wizyty u Ulubionego Doktorka, co ja paczę? esemes przyszedł.
pierwszy esemes Giancarla do mnie.
Moge boruwki

a wracając do wizyty: od dziś dysponuję wspaniałym zestawem środków przeciwbólowych o przedłużonym działaniu.
koniec z wymówkami, że dziś nie, bo boli mnie metaforyczna głowa.


Autor: Chustka o 23:59*



Chustka, Joanna Sałyga, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013
* cytaty pochodzą z książki, jak również z bloga, ponieważ nie wszystkie wpisy zostały w niej umieszczone; niestety książka nie została ponumerowana, stąd dokładne daty i tytuły wpisów


Źródło zdjęcia

Czytajcie Chustkę. Naładujcie akaumulatory. Wzruszcie się.
I badajcie się!

Czytaj więcej

"Moralność pani Dulskiej" w Teatrze Współczesnym

Teatr Współczesny w Warszawie lubi zaskakiwać sposobem inscenizacji nawet najbardziej znanych sztuk. Wydawałoby się, że nie można już zbyt wiele nowego powiedzieć o Moralności pani Dulskiej, stworzonej przez Gabrielę Zapolską na początku ubiegłego wieku. A jednak co nieco nowego można powiedzieć, można trochę inaczej pokazać chciwą i zakłamaną Anielę Dulską, można też pokazać uniwersalność ludzkich zachowań i charakterów niezależnie od tła epoki. Chciwość, zakłamanie i hipokryzja są stałym elementem ludzkich zachowań. I nie ma co się obrażać na panią Dulską. Dulskich, jak i Simoninich, wszędzie jest pełno.

Źródło zdjęcia
Gdy zobaczyłam na scenie Monikę Krzywkowską w roli pani Dulskiej trochę zdziwiłam się, że nasza bohaterka jest teraz młodsza, bardziej kobieca. Aniela Dulska w tym spektaklu to prawdziwa kobieta. Twardo stąpająca po ziemi, broniąca, w jej poczuciu rzecz jasna, honoru swojej rodziny, jednocześnie zapracowana i niezniszczalna. Do czasu. Kołtuny, nie tylko metaforyczne, jednak będą proszę Państwa na scenie Teatru Współczesnego, a inscenizacja chwilami nabierze rozpędu szaleństwa, niczym w jakiś otumanionym śnie chorego, bądź wizji niezrównoważonego artysty.

Fabuła zasadnicza nie została pominięta, choć spektakl wydaje się bardzo krótki, bo zaledwie dwugodzinny. A zatem mamy służącą Hankę, którą zhańbi nieodpowiedzialny syn Dulskich, Zbyszko. Jest i milczący ojciec, który wydaje z siebie tylko pomruki i na dobrą sprawę, gdyby zniknął, nikt by tego nie zauważył. Dziewczęta, a więc Hesia i Mela, programowo dziewczęta ułożone, a tak naprawdę obie pełne skrywanych pasji, które trudno im ukryć, choć najwyraźniej pełna dystynkcji i szanowana Aniela Dulska widzi swoją rodzinę, tak jak ona tego chce, a nie jak to jest naprawdę. Toteż przymyka oko na szaleństwa Zbyszka, wyrzuca z kamienicy kobietę, która próbowała popełnić samobójstwo (karetka przed moją kamienicą, taki skandal!), podnosi czynsz kokocie i pławi się w swojej świętoszkowatości. Do czasu, gdy prawdziwy skandal nie wydarzy się własnie w tym jej pieczołowicie pielęgnowanym domu.

Źródło zdjęcia
W Moralności pani Dulskiej pierwsze skrzypce grają kobiety. Fenomenalna Monika Krzywkowska genialnie odgrywa miejską matronę, jednocześnie oddając siłę charakteru swojej postaci. Mężem wyraźnie pomiata, faworyzuje syna, dba o edukację córek. Jest niepodzielną królową w tym małym królestwie. Mężczyźni nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Pan Dulski jest jak duch (w tej roli Wojciech Żołądkowicz), którego jedynym zadaniem są wyjścia do biura. Jedynie ukradkiem, gdy żona nie patrzy, podkradnie cygaro, czy spędzi czas z córką. Zbyszko, którego świetnie sportretował  Marcin Januszkiewicz to zwykły filut, bawidamek i hulaka. Niby próbuje, niby chce wyrwać się ze swojego otoczenia, postąpić inaczej niż tego oczekuje matka, ale jego drwiny z domowej rutyny, z zachowań matki i sióstr są ledwie mierną próbą, by tego dokonać. Ostatecznie w domu rządzi tylko ona, matka, Aniela Dulska.

Sceny przedstawiające kolejne chwile z życia Dulskich, w newralgicznych, przełomowych dla akcji momentach, przerywane są somnambulicznym tańcem, w slapstikowym, nieco rozmemłanym wydaniu. Pierwsze takie przerwanie akcji powoduje zaskoczenie, potem wydaje się, że te momenty ciekawie podkreślają narastające napięcie i emocje wywołane ciążą Hanki i skandalem, jaki za chwilę rozejdzie się po mieście. Jak jednak wiadomo, do samego skandalu nie dojdzie, Zbyszek tak samo skołtuniony jak i cała rodzina, zmieni zdanie odnośnie ślubu z Hanką i familia Dulskich będzie mogła znowu żyć po bożemu. Jak dawniej. Bo jaką naukę można z tego niby wyciągnąć?

Oczywiście lekturowe czytanie Gabrieli Zapolskiej sprawia, że każdy czytelnik tę naukę wyciąga w sposób naturalny. Jednak trzeba to przyznać, zupełnie inaczej odbieram panią Dulską teraz, niż naście lat temu podczas pierwszej lektury. Wtedy zdawało mi się, że rzecz mówi o kimś kompletnie mi obcym, nieznanym. Naiwna nastolatka widziała w końcu świat nieco bardziej idealistycznie. Teraz odbiór był taki, że takich pań Dulskich to znam naprawdę zbyt wiele. Ba, być może sama mam pewne cechy pani Dulskiej.


Moralność pani Dulskiej, Teatr Współczesny, reżyseria: Agnieszka Glińska
Scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska

Obsada

Pani Dulska: Monika Krzywkowska
Pan Dulski: Wojciech Żołądkowicz
Zbyszko Dulski: Marcin Januszkiewicz
Hesia Dulska: Monika Pikuła
Mela Dulska: Marta Juras
Julasiewiczowa z Dulskich: Weronika Nockowska
Lokatorka: Monika Kwiatkowska
Hanka: Natalia Rybicka
Tadrachowa: Agnieszka Pilaszewska


Czytaj więcej

czwartek, 16 maja 2013

"Stracone złudzenia", czyli nieszczęścia poety

Drogi czytelniku, pozwól, opowiem Ci o odległej epoce. Otóż był to świat pełen krętactw, machinacji, spekulacji, oszustw, żerowania na innych, podkładania ludziom tzw. świni, a także pełen infantylnej, egzaltowanej miłości. Wcale nie brzmi jak odległa epoka? Również kilka razy sprawdzałam, czy to na pewno, na pewno powieść napisana w XIX wieku. Potwierdzam. Na pewno.

A zatem przenosimy się do Francji z początku XIX wieku.

Czytam pierwsze stronice. Historia, jedna z miliona mikro-historii zawartej w makro-historii o losie nieszczęśliwego poety, ta pierwsza historia, mówi o ciężkiej pracy drukarza, który korzystając z własnych umiejętności tworzy całkiem przyzwoitą drukarnię. Którą odsprzedaje synowi, Dawidowi, czyniąc z tej odsprzedaży coś całkiem naturalnego, mimo, że wpędza syna w tęgie kłopoty. Za kolejną historią kryje się miłość ogromna Ewy, siostry, do swego brata, poety. I tu pojawia się imć Lucjan, irytujący bawidamek, rozpuszczony bachor, poeta z bożej łaski, osobnik, którego nie można polubić. Egzaltowania miłość siostry do brata irytuje. Powstaje pierwsza myśl: nudy! A już zgrzytam zębami, gdy czytam o poświęceniu siostry dla tego bubka, który owego poświęcenia docenić nie potrafi i roztrwoni je przy pierwszej nadarzającej się okazji. Podobnie emocje wywołuje egzaltowana miłość Dawida do Ewy. I tak zaczynam myśleć, że niedobrze to o mnie świadczy, skoro wieje nudą, a bohaterowie tej tragikomedii mnie męczą.


I wtedy zaczęła działać magia narracji Balzaka. Nie bohaterowie, nie fabuła, a narracyjne dygresje o naturze człowieka, o powstawaniu papieru, o machinach rządzących literaturą i dziennikarstwem w wielkim, miejskim świecie, o namiętnościach równie ulotnych, co szybko wybuchających. I przepadam z kretesem. I smakuję niczym wyborny trunek. I w końcu wpadam w fabułę już całą sobą. Szkoda mi Ewy. Serce mi się ściska na myśl o Dawidzie. Rzucam kalumniami w ich wrogów. Nie mogę ścierpieć jak potraktowano Lucjana w Paryżu, choć, to prawda, sam sobie winien, ze miotany niczym chorągiewka wiatrem, często zmieniał sposób działania, słuchając nie tych podszeptów, które powinien. Chwilami wpadam tak bardzo w lekturę, że zapominam, gdzie jestem. Chwilami, przysypiam, gdy dygresje o wekslach, spłatach, funkcjonowaniu ówczesnej bankowości są nadto rozległe. Chwilami ilość nazwisk przekracza moją zdolność do rozróżniania postaci. Robię notatki. Cofam się o całe sto stron, żeby wrócić do jakiegoś momentu, bo czuję, ważny, coś mi umknęło. I nie wiem czy mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przeczytałam tę powieść, bo czytam ją nadal, choć ostatnia strona za mną, a dalszych losów Lucjana mam szukać w innej powieści.

Historia składa się z trzech części i ich podział ma wyraźny związek z głownią postacią, czyli Lucjanem Chardon, choć tytuł ostatniej może sugerować coś innego. Część pierwsza nosi tytuł Dwaj poeci i opiewa okres gdy Lucjan próbuje wybić się w Angouleme, jednak nie o własnych siłach, ale na nadwątlonych barkach utrudzonego już Dawida, na biednej rozkochanej w braciszku Ewie, oraz protekcji starszej i zamężnej Anais de Bargeton. Część druga Wielki człowiek z prowincji w Paryżu mówi zgodnie z tytułem o okresie paryskim w życiu poety, gdzie porzucony przez kochankę Lucjan bardzo szybko zapomina o poświęceniach siostry i szwagra, łatwo się dorabia i szybko wszystko traci, a trzecia Cierpienia wynalazcy przybliża losy porzuconej rodziny, oraz wpływ Lucjana na jej nieszczęścia. Do tego trzeba dodać wszystkie te mikro - historie, mówiące kolejno o następnych bohaterach, ich zmaganiach z rzeczywistością, tłem, całym kontekstem, zanim życie doprowadziło ich do tego właśnie momentu, w którym ich zastajemy, które potęgują wrażenie przeczytania nie jednej, a co najmniej kilku powieści.

Wiek XIX okazuje się mieć bardzo wiele wspólnego z wiekiem XXI. W zasadzie, gdyby odjąć te dziwne stroje, powozy konne i parę detali związanych z samą epoką, ta historia mogłaby naprawdę dziać się w naszych czasach. Jest to tak aktualne, tak jednocześnie przenikliwe, jeśli chodzi o ludzkie charaktery, style zachowania, że trudno nie zauważyć, jakim genialnym był Balzak psychologiem. Obserwatorem. Sama fabuła - naprawdę - wieje nudą. Ot poeta z prowincji, próbuje wybić się w wielkomiejskim świecie literatury i dziennikarstwa. Kompletnie nieprzygotowany, pełen nadmuchanych przez rodzinę ambicji, niesiony falą kolejnych namiętności, za którymi bez zastanowienia podąża, człowiek bez charakteru, musi ponieść fiasko, co czuć od pierwszych jego chwil w stolicy. Powrót zatem do miejsca, skąd wyjechał jest czymś co prędzej czy później musi się zdarzyć. Ewa i Dawid, niczym ojciec Goriot, zaharowujący się dla brata i szwagra popadają w oczywiste kłopoty i  muszą zmagać się z nędzą i zadłużeniami Lucjana. Finał? To już trzeba przeczytać. Jednak nie jest to książka w stylu czytałam ją bez tchu, która powoduje bezsenne noce, zmagania ze sobą, by nie przeczytać za szybko. Jest to powieść do powolnego smakowania, zdecydowanie dla zwolenników gatunku.


Stracone złudzenia, Honore de Balzac, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2005
Czytaj więcej

poniedziałek, 13 maja 2013

Wyniki konkursu urodzinowego

Kochane, dziękuję Wam ślicznie za udział w konkursie! Bezkonkurencyjnie jesteście najlepsze! Dlatego:

Zestaw 1 idzie do Natanny
Zestaw 2 idzie do Agnieszki
a dwa małe zestawy upominkowe do Wiki i do Ewy.

Maile z prośbą o adres już do Was poszły.

źródło zdjęcia

A jak z tą Pasieką było?
Wiki była blisko, że temat jest związany z moim dzieciństwem. Pasieka to była moja własna, osobista arkadia, gdzie pielęgnowałam wspólnie z tatą pszczoły i ule, gdzie spędziłam beztroskie miesiące i przez które to miejsce do dziś mam słabość do miodu w ilościach nieograniczonych. Moje własne miejsce nie mogło więc nazywać się inaczej.







Czytaj więcej

"Zabójca" w Teatrze Współczesnym

Ileż pomyłek popełni rozum, nim dojdzie do prawdy.
Mikołaj Gogol


Marzyłam o nadzwyczajnej sztuce, o czymś co pochłonie mnie tak bardzo, że zapomnę gdzie jestem i dlaczego. Coś, co zwyczajnie, zawładnie emocjami, skupi, powodując, że zakończenie wyrwie niczym z letargu. I oto stało się. Sztuka, którą mieliśmy przyjemność obejrzeć, ponownie dzięki uprzejmości portalu Wiadomości24, czyli Zabójca w Teatrze Współczesnym, własnie tego dokonała. Oboje wyszliśmy z Marcinem z samymi superlatywami na ustach kolejno opowiadając sobie wrażenia, jakbyśmy nie sztukę, a czyjąś prawdziwą historię właśnie wysłuchali. Historię pełną emocji i w niezwykły sposób przekazaną. Zupełnie inaczej. A jednocześnie w nawiązaniu do naprawdę dobrej, rosyjskiej literatury.

Obsada spektaklu, od lewej: Mama, Diusza, Oksana i Sieka; źródło zdjęcia
Głównym bohaterem Zabójcy jest Andriej, którego wszyscy nazywają zdrobniale Diuszą. Diusza jest studentem, a w zasadzie, jak większość mieszkańców studenckiego akademika, jest studentem skreślonym z listy studentów, jednak nadal próbując utrzymać ten status mieszka w akademiku. W końcu kierowniczka jest przekupną osobą i zawsze można zatrzymać swój pokój. Problemem Diuszy jest jednak dług karciany jaki zaciągnął wobec Sieki, postrachu wszystkich studentów, przystojnego i inteligentnego chłopaka, który wygrywa zawsze, gdy słyszy muzykę. I dlatego wygrywa kiedy zechce. Diusza zatem z ogromnym długiem, którego nie jest w stanie spłacić, którego wielkość spędza mu sen z powiek, otrzymuje od Sieki zadanie. Ma ściągnąć dług z innego dłużnika, znaczniej zadłużonego. A co będzie gdy tamten nie odda długu. To proste. Zabij go. Powiedział Sieka. Tak po prostu. Bez zastanawiania się. Bez refleksji. Jak? Zapytał Diusza. Masz nóż? Zwykły nóż? To wystarczy! I weźmiesz Oksanę. I na tym zakończono negocjacje. A Diusza rad nie rad wyrusza w podróż życia, wraz z Oksaną, niekochaną dziewczyną Sieki. Podróż, w której Diusza nauczy się czegoś ważnego o sobie.

Oksana z Diuszą; źródło zdjęcia
Emocje rosną, Oksana jest piękną dziewczyną, ponętną, wabi nieświadomie niewinność Diuszy, choć niewinność ta już jest skalana, samą tą myślą, samą tą zmianą w sobie, żeby zabić, żeby odebrać życie. Jednak nie, nie będzie zabijania, Diusza szuka innych rozwiązań, szuka pomocy a Oksana mimowolnie jest mu towarzyszką,  choć wcale tego nie chciała, wcale nie pragnęła tej podroży, tego chłopaka, menela, dziwaka, u którego taki syf, że popiół z papierosa można strącać do łóżka. Ale jadą, jadą, wspólnie przejdą przez małe piekło, by zakończyć je w niespodziewanej konfiguracji ról.

Sama fabuła jest bardzo intrygująca, w powietrzu cały czas wisi dylemat moralny - zabić czy nie zabić? Napięcie jest namacalne, wydaje się że wszyscy płyniemy wraz z tą historią zawieszeni w dziwnym miejscu, czasie, lęk, że Diusza jednak porwie się na ostateczny krok cały czas jest odczuwalny. Cisza przed burzą, a potem eksplozja emocji. Gdy padają ostatnie słowa trwam w niedowierzaniu, że to koniec. Bo ta historia mogłaby kontynuowana bez końca.

Sposób inscenizacji jest siłą przekazu treści scenariusza. Nie mamy tu klasycznej wymiany zdań między aktorami, inscenizacja polega na monologach, historiach wewnętrznych bohaterów, którzy na zmianę relacjonują to co się między nimi dzieje, chwilami tylko dochodzi do krótkich interakcji między nimi. I choć na scenie są stół, dwa krzesła i łóżko to widzowie są porywani na kolejne miejsca akcji samymi słowami. Podróż autobusem. Wizyta u matki. Kąpiel w bali. I wreszcie podróż w poszukiwaniu dłużnika. Ta sztuka jest niczym dobrze napisana książka, wciąga po prostu od pierwszych słów wypowiadanych przez Andrieja. Zresztą, bardzo mocnych słów, wypowiadanych w żalu i rozpaczy, słów negujących istnienie Boga, a jednocześnie pełnych modlitwy. Nie bez powodu Diusza został porównany do Raskolnikowa, a sama sztuka do poetyki Dostojewskiego. Powiedziałabym, że jeśli chodzi o spektakle to jest to jeden z tych, które trzeba zobaczyć. 


Zabójca, Teatr Współczesny, Autor: Aleksandr Mołczanow
Przekład: Alicja Chybińska
Reżyser: Wojciech Urbański
Scenografia: Marta Zając


Obsada

Oksana: Kamila Kuboth
Mama: Maria Mamona
Andriej: Mateusz Król
Sieka: Michał Mikołajczak
Czytaj więcej

niedziela, 12 maja 2013

"Fredro dla dorosłych mężów i żon", czyli ponownie zawitaliśmy w Teatrze 6 Piętro

Ostatnio zrobiło się u mnie bardziej teatralnie niż książkowo. Może dlatego, że czas poświęcany lekturze powieści Honore de Balzac (plus kolejne podróże służbowe) chwilowo nie sprzyja pisaniu o przeczytanej lekturze, bo nadal czytam. Ale jakie to czytanie! Mogę tylko sobie urągać w duchu, że dopiero teraz zaczęłam przygodę z Balzakiem. Jednakże, jak to powiadają, późno bo późno, ale lepiej późno niż wcale.

Ten weekend zaś to wyjątkowo teatralny weekend. Wczoraj, wybrany przez Marcina, Fredro dla dorosłych mężów i żon, zostawił nas w stanie bardzo dobrego nastroju i nieschodzących z ust uśmiechów.

Źródło zdjęcia
Choć skądinąd może też wywoływać masę refleksji na temat istoty małżeństwa, relacji między małżonkami i zdradzie małżeńskiej. Co jak się okazuje, niezależnie od upływu czasu, może być tematem ciągle aktualnym, choć Fredro swoją sztukę Mąż i żona napisał na początku XIX wieku, a premierę miała ona we Lwowie w 1822 roku, wywołując zresztą spore zgorszenie. Chwilami przyznaję, interpretacja tej sztuki, jej przeniesienie w czasy aktualne, z zachowaniem jednak tekstu oryginalnego, mogło wywoływać co najmniej zdumienie. Jednak chyba trudno byłoby pokazać istotę zdrady bez pewnych scen pełnych pikanterii i jednocześnie.. śmieszności ludzkiej istoty w akcie zalotów.

Bohaterów mamy czworo, jedno małżeństwo, Elwiry i Wacława, zdecydowanie znudzone sobą nawzajem, oraz jego przyjaciela Alfreda, i jej służącą Justysię. Alfred udając przyjaciela Wacława, jednocześnie przyprawia mu pięknie rogi z jego żoną. Nie poprzestając na takiej zdradzie, zdradza również kochankę, z piękną i ponętną Justysią. Która również nie potrafi oprzeć się zalotom Wacława. Mamy zatem czworokąt. Kłamstwa, umizgi, żale i ciągłe ukrywanie się z prawdziwymi uczuciami. Czyż nie wygląda to dość współcześnie?

Elwira z Wacławem. Źródło zdjęcia
 Kłamstwo, które ma krótkie nogi i bardzo słabo w związku z tym biega, w końcu dopada prawda. Tak i tutaj, biedna Justysia, wyznaje w końcu swej pani część prawdy, o romansie z Alfredem, w którym biedna pani Elwira widziała miłość swego życia. Z czasem kolejne kłamstwa są obnażane, by ostatecznie małżeństwo Elwiry i Wacława pozostało sam na sam z prawdą o sobie nawzajem.

Wacław z Justysią. Źródło zdjęcia
Sama fabuła zapewne nie byłaby ani tak porywająca, ani tak zabawna, bo cóż może być zabawnego w zdradzie małżeńskiej, gdyby nie mistrzowskie interpretacje aktorów. Umizgi które przypominają zachowania zwierząt, miny które nawet kogoś skostniałego i zatwardziale opierającego się tej interpretacji, zmuszały do śmiechu, no i genialna, genialna Fraszyńska. W moim odczuciu - gwiazda wieczoru. Sposób poruszania się po scenie, gestykulacja, mimika, a wreszcie fenomenalne oddawanie stanów emocjonalnych Elwiry porywały widownię. Mogę tylko polecać!


Fredro Dla Dorosłych - Mężów i Żon, Teatr 6 Piętro, reżyseria: Eugeniusz Kori
scenografia: Paweł Dobrzycki
kostiumy: Agnieszka Maciejak

OBSADA:

Jolanta Fraszyńska
Weronika Książkiewicz
Konrad Darocha
Michał Żebrowski
Czytaj więcej

wtorek, 7 maja 2013

"Bożyszcze kobiet" w Teatrze Capitol

Gdy ostatnio opisywałam moje teatralne wrażenia, pisałam, że bardzo lubię Annę Dereszowską i że chciałabym więcej teatru i więcej Dereszowskiej. (Marcin owszem, zastosował się do tej prośby, ale połowicznie i zakupił bilety na Fredrę dla dorosłych mężów i żon (ach, to już w tę sobotę!), jednak bez Dereszowskiej w obsadzie). Pod tamtym wpisem odezwała się Wiki, która dała mi namiary na portal Wiadomości24, gdzie można dostać bilety w zamian za recenzję (Wiki, dziękuję!). I tak, zupełnym przypadkiem, ot zgłaszając swoje zainteresowanie spektaklem z Dereszowską (bo nawet nie spojrzałam na inne tytuły, skoro tylko zobaczyłam jej zdjęcie) zostałam bardzo mile zaskoczona i bilety trafiły w moje ręce. Wszystko odbyło się trochę na szybko - wiadomość o biletach dostałam po 11-tej, gdy w pracy jeszcze próbowałam jakoś ogarnąć bałagan powstały po majówce, stąd bałam się, że nie uda mi się wyjść wcześniej  żeby bilety odebrać na czas (a odbiór tylko do 16-tej), potem szybka gonitwa do domu, żeby wyjść z Potworami na spacer, przebrać się i znowu szybkim krokiem na stację PKP, co by na czas dojechać z powrotem do Warszawy. Wpadliśmy do Teatru Capitol dosłownie na ostatnią minutę. I minutę później rozpoczął się spektakl o intrygującym tytule Bożyszcze kobiet.



Bożyszcze kobiet autorstwa Neila Simona zostało zaadaptowanie na polską scenę przez Cezarego Morawskiego, dzięki czemu bohaterowie w miarę możliwości funkcjonują w rzeczywistości uniwersalnej,  niekoniecznie tej amerykańskiej, jaką zapewne dałoby się to odczuć oglądając ją w oryginale (np. Jenny bierze Deprim, a nie jego amerykański odpowiednik). Zresztą, genialnego tłumaczenia Miry Michałowskiej nie trzeba nikomu reklamować. Głównym bohaterem jest czterdziestosześcioletni Barney, od dwudziestu dwóch lat mąż tej samej żony, z raczej niedużym doświadczeniem związanym z innymi kobietami, choć zasadniczo też nie do końca dotąd w ogóle był zainteresowany tymi relacjami. Jednak z czasem zmienia się styl myślenia. Powoli dojrzewa myśl o romansie. O zakochaniu. O szaleństwie. W końcu taki szmat życia z jedną żoną! Toteż gdy nadarza się okazja, a piękna Helen wykazuje zainteresowanie to i trzeba tę okazję spróbować wykorzystać! I tak, gdy mamusia Barneya jest nieobecna w jej mieszkaniu dochodzi do schadzki.

Źródło zdjęcia

Schadzka ma szanse na piękny finał - Helen nie tylko jest zainteresowana Barneyem, ale też daje mu bardzo odczuć, jak można spędzić to przyjemne popołudnie. Nieśmiały Barney nie umie skorzystać z sytuacji, krygując się, stosując uniki oraz wszelkie możliwe wymówki powodując, że Helen w końcu straci cierpliwość i jak nagle się pojawiła w życiu Barneya tak równie szybko z tego życia zniknęła. A tym samym niestety scenę opuściła Anna Dereszowska, a ja ciągle rozmyślałam o jej postaci. Bo w trakcie krótkiej rozmowy z Barneyem Helen zasugerowała, że każdy nie żyje, ona nie żyje od pół roku, tylko tak z przyzwyczajenia ciągnie. I tu cóż, psycholog puścił wodze fantazji na temat tego, co mogło być przyczyną owej śmierci duchowej Helen, kto ją skrzywdził, lub kogo ona skrzywdziła, co takiego się wydarzyło, że jej postać przemówiła tak melodramatycznie? Tym bardziej, że dotąd była przedstawiona jako kobieta raczej konkretna, zdecydowana, świadoma tego, co robi i tego co chce. Zresztą, bardzo też różna, od następnej kobiety jaka pojawiła się w życiu Barneya, czyli Bobby.

Źródło zdjęcia

Bobby poznana w parku, aktorka amatorka, wiedzie interesujące życie z całą gamą przygód różnorodnych. A to żyje z reżyserem filmów pornograficznych (mówi ci coś tytuł "Wiśniowy wsad"? no to właśnie jego!), albo mieszka z Niemką, która ciągle uwielbia Hitlera. Lekkomyślna, głupiutka, wdaje się w związki bez przyszłości, i z Barneyem również nie nawiąże bliższej relacji, oprócz tej wynikającej ze wspólnego palenia trawki. I ciekawych wizji w trakcie owego palenia.
Trzecia próba Barneya, by ożywić swoje życie seksualne również spełznie na niczym.. Może dlatego, że Jenny jest najlepszą przyjaciółką jego żony, a może dlatego, że Jenny ma ogromne problemy i cóż, nie najlepsza z niej kandydatka na kochankę.

Źródło zdjęcia

Salwy śmiechu, momenty pełne chichotu, przeplatały się z ogólną refleksją na temat małżeństwa (tyle lat z jedną kobietą? to jak kazirodztwo! jak to powiedziała Helen), życia, a nawet śmierci, bo i ten temat został poruszony na scenie. Psycholog też ma tu używanie - od nerwicy natręctw Barneya (nerwowe, ciągłe wąchanie palców i perfumowanie ich, by przestały śmierdzieć), przez nieszczęście Helen, po depresję Jenny, mamy tu całkiem niezły przekrój problemów ze zdrowiem psychicznym. Jednak przede wszystkim jest to zabawna komedia, o pomysłowym, niedoszłym Casanovie, który usilnie próbując odmienić swoje życie, ostatecznie umawia się szczęśliwy na schadzkę.. z własną żoną. Polecam jako wyśmienitą rozrywkę. I już się nie mogę doczekać soboty!



Bożyszcze Kobiet, Teatr Capitol, reżyseria: Cezary Morawski
przekład: Mira Michałowska
scenografia: Ewa i Andrzej Przybyłowie

OBSADA:

Piotr Gąsowski
Hanna Śleszyńska
Anna Dereszowska
Anna Modrzejewska


Czytaj więcej

poniedziałek, 6 maja 2013

Muzeum osobliwości Jacka Dehnela

I znowu będzie o wyprawach z książki do książki, o tym, jak fragment gdzieś przeczytany odsyła nas do zupełnie innego miejsca w innym dziele, do innych ludzi i zdarzeń.*

 Pisać, to znaczy posiadać zdolność do skreślania, jak to powiedziała kiedyś Szymborska. Zresztą, wielu pisarzy zdaje się podzielać ten pogląd. W tej sytuacji chyba mam zadatki na pisarkę, ponieważ napisałam już kilkadziesiąt zdań, które cyklicznie skreślałam. Pisałam od nowa i skreślałam. Gdzież ja, choć owszem, wykształcona, to jednak nieobyta politycznie, geograficznie i jak się okazuje, literacko również nie za bardzo oświecona, mogę się wypowiadać o książce Jacka Dehnela, którego cięty język pisany mógłby smagać, batożyć, chwalić, wyśmiewać, ironizować, bagatelizować, a wreszcie mówić o sprawach tak ważnych jak i nieistotnych? Gdzież bym śmiała nawet? O śmiałość trudno, bowiem jestem w życiu codziennym tak onieśmielona, że idę przez nie jak taran, zgodnie z moją własną, pozornie nielogiczną zasadą, że gdy się czegoś boję, to muszę właśnie w to iść, rzucać się głową na głęboką wodę. Inaczej już dawno bym się zakopała w przysłowiowej mysiej norze i przerażona życiem, nie wychodziła z niej w ogóle. Dlatego, cóż, ponownie spróbuję tą moją biedną głową mur onieśmielenia przebijać.

Po pierwsze i najważniejsze - już dawno, skromna pozornie książka, nie wywołała ani tyle dyskusji, ani tyle poszukiwań kontekstowych, co właśnie ta pozycja. Poszukiwania prowadziłam równolegle z lekturą, przez co i sama lektura się przedłużała. Jednak właśnie to sprawiało mi przyjemność - to nieustanne poczucie odsyłania  i poszukiwania. I tak na przykład nie miałam pojęcia kto to zacz niejaki Sobieraj, Wencel, że już nie wspomnę o słynnej rodzinie Grzeszczyków. Nie wiem, czy pisać list z zażaleniem do Jacka Dehnela, że przez niego przeczytałam kilka z, tfu, utworów wymienionych, czy śmiać się, czy w ogóle usiąść i przemyśleć ten wpis od nowa. Wolę jednak dać się ponieść fali narracyjnej, dopóki wena trwa.


Młodszy Księgowy jest zbiorem felietonów, które autor pisał dla swojej "żony", jak nazywa współpracę z tym portalem, czyli Wirtualnej Polski, w latach 2007-2011 i dla "stałej kochanki", czyli Polityki. Felietony te, gdyby czytać je wprost z portalu, czy strony Polityki, przeplatają się różnorodną tematyką, którą w książce, spróbowano usystematyzować i podzielić na rozdziały, no właśnie - tematyczne. W ten sposób powstało osiem ksiąg poświęconych kolejnych felietonowym wynurzeniom. I tak wchodzimy do prywatnego muzeum osobliwości Jacka Dehnela. W którym warto poświęcić czas zarówno Historii rózgi, jak i broszurce z artykułami antykoncepcyjnymi, czy erotycznymi z początku ubiegłego wieku (przepraszam, ale skojarzenie z Rudolfem Gąbczakiem było silniejsze i momentami kwiczałam ze śmiechu), czy takim dziwnym zbiorom, jak książka ze zdjęciami i krótkim biogramem więźniów z celi śmierci, na których został wykonany ów wyrok. W którym Jerozolima to niekoniecznie ziemia święta, tylko miejsce, gdzie za dużo fanatyzmu religijnego miesza się z tandetną turystyką. Oprócz tego w komnatach owego muzeum, gdzie szpargałów jest bez liku, a ironia ulewa się wszystkimi porami, znajdzie dla siebie chwilę prawdziwa poezja, prawdziwe tkliwe wzruszenie Miłoszem, refleksja o Szymborskiej i narzucaniu poetom/pisarzom konieczności opowiedzenia się za jakąś frakcją polityczną. Rozważania o kategoryzowaniu ludzi i rankingach nawet po ich śmierci. I wiele, wiele innych, których nie sposób omówić w krótkim wpisie blogowym. Prawdopodobnie mogłabym pisać o Młodszym Księgowym bez końca, nie oddając nawet w jednej setnej treści tych felietonów, bo i autor lubi się rozpisać szczegółowo na różne tematy, sięgać głęboko do różnych epok i nawiązań, czy to stylistycznych w sztuce, czy w literaturze, dając tym samym świadectwo swojej rozległej wiedzy. Albo kopizmu, o co ostatnio jest natrętnie oskarżany, jak przy okazji poszukiwań, dowiedziałam się z sieci. Jak by nie oceniano Jacka Dehnela, ja im więcej go poznaję, tym bardziej cenię i lubię.

 Przechodząc zatem do meritum - będą gromy i będą brawa. Brawa, o czym będzie trochę więcej, będą później. Gromy, skoro sam autor przyznaje, że złośliwość przychodzi znacznie naturalniej, będą zatem na początku. Głównie za to, co czytamy na tylnej okładce książki:


Gdy pierwszy raz przeczytałam ten opis uśmiechnęłam się. Faktycznie, za każdym razem, gdy zdarzy mi się kogoś odwiedzić, szczególnie, gdy te odwiedziny są pierwszy raz, szukam półek z książkami, a potem przeglądam wnikliwie tytuły. Dopada mnie zgroza, gdy półek nie znajdę w ogóle - uciekam z takich domów gdzie pieprz rośnie. Nie wiem, może to już moja własna fobia, ale boję się ludzi, którzy nie czytają, tak jak boję się ludzi bez wyobraźni czy fanatyków religijnych. Lubię grzebać w starociach, zatrzymywać się przy dziwacznych straganach z książkami, gdzie można odkryć takie kurioza, że oszołomienie miesza się z zachwytem. Toteż gdy czytam taką deklarację złożoną przez bratnią duszę, zacieram rączki z radości. A potem jest małe zaskoczenie.. bo o książkach, owszem jest, jest też i o pisaniu, ale cóż, te polityczne felietony można było sobie spokojnie darować. Mól książkowy, jakim jestem, wie o polityce tyle co nic, więc po co go zawstydzać? Oczywiście, nigdy nie jest za późno, żeby się dokształcić w jakiejś materii, podejrzewam, że słuszne zrobię założenie, że erudyta, to ma rozeznanie nie tylko w literaturze i sztuce, ale i polityce. A przynajmniej tej związanej z kulturą i edukacją. Jednak wywoływanie upiora jakim dla mnie jest Giertych i okres gdy był ministrem edukacji, to już była lekka przesada!

Gromy dalej.. Za Przygody Piotrusia Pana jestem zła. I to bardzo. I nie, nie chodzi o to, że mam coś przeciwko czy to homoseksualizmowi, czy to wychowywaniu dzieci przez pary homoseksualne. Bajce o pingwinach też nie odmówię racji bytu, bo uważam, że takich bajek powinno powstawać, zgodnie z duchem czasów, coraz więcej. Jednak odbieranie mi infantylnego odbioru ulubionej bajki było już niefajne. Jakkolwiek rozumiem sens całej wypowiedzi i zgadzam się z nią w 100% tak jednak nie potrzebowałam erotycznej analizy ulubionych scen z bajki, co absolutnie odziera ją z dziecięcych wrażeń i dodaje jej nowego kontekstu. Nieładnie panie Dehnel. Może czasami warto wrzucić jakieś ostrzeżenie przed tekstem. Także ja ostrzegam. Wielbicieli Piotrusia Pana aby ominęli felieton Mieszczański kredens bez szkody absolutnie dla całej lektury.

A brawa za co? Gdyby tak pomyśleć, że trzeba też nagrodzić twórcę, a nie tylko krytykować, to zapewne autor też by z pięć razy przemyślał swoje ironie odnośnie poezji Tomasza Sobieraja czy Wojciecha Wencla. Ale że czytając utwory wymienionych panów, jak i wypowiedzi, naprawdę, aż się prosi o ironię, to i nagroda za pisarstwo staje się tak odległa jak miniona epoka. Dlatego sama nie wiem, czy chwalić, czy ganić, za takie ostre wyśmiewanie innych poetów. Bo z jednej strony widzę tego wrażliwego poetę, bo jak wiadomo każdy poeta jest wrażliwy, a w związku z tym dość drażliwy na punkcie swojej poezji, który musi czytać takie rzeczy na swój temat i niewątpliwie zmagać się ze sporą dawką emocji, a z drugiej święte prawo każdego czytelnika do krytykowania. Za co więc brawa? Nie za te konkretnie felietony, to na pewno, choć Powstańcy kanapowi są tak wyśmienitym tekstem że ochota, by cytować go w całości ciągle mami mnie silną pokusą. Ale, że już wiem, że bywa różnie interpretowany, toteż żeby nikogo nie urazić - opieram się co sił. Brawa za głos w sprawie ateistów (ukłony od ateistki), choć traktuję to z przymrużeniem oka, to nadal - miłe. Brawa za głos w sprawie czytania (Zdania odrębne - Pnin Nabokova poszukiwany!) i powiązań w literaturze. Za odsyłanie i poszukiwania. Za Larkina. Za świetny tekst odnośnie dziecięcych lektur gorączkowych. Za krytyczną ocenę skłonności polskiego społeczeństwa do mitologizowania rzeczywistości, nadawania przesadnego patosu pewnym wydarzeniom (patrz: katastrofa smoleńska), co w moim odczuciu było doprecyzowaniem tego chaosu moich myśli w tym temacie. Wreszcie, tak już ogólnie, za całego Młodszego Księgowego, bo choć nie każdy felieton był interesujący, może nie każdy wywoływał jakieś refleksje, ale bez mała co drugi odsyłał mnie do literatury, którą znam, której nie znam i którą chcę poznać. Nie jestem wytrawnym czytelnikiem felietonów, toteż trudno mi porównywać felietony Jacka Dehnela z felietonami w ogólności, ale te konkretne, są wyrazem umiłowania literatury, sztuki, obrazu. Wyrazem oczytania i obycia literackiego. Wyrazem umiłowania polszczyzny. Co sprawia, że warto czasami pozgrzytać zębami w trakcie lektury. Bo człowieka zaczyna zżerać ambicja czytelnicza i kulturowa, powodująca, że ma się poczucie, że skoro Jacek Dehnel to młodszy księgowy, to ja naprawdę, chyba jestem ledwie początkującym. I nie pozostaje nic innego jak brać się za tego Larkina, za opowiadania Cortazara, za Chwina i nadrabiać, nadrabiać, nadrabiać, ze wstydu przestać się czerwienić.


Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu. Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013
* str. 255
Czytaj więcej

sobota, 4 maja 2013

Próbując wyrwać się z ram konwencji

Lubię gdy pisarz, choć tu będzie mowa o pisarce, nawet jeśli jego proza nie do końca do mnie przemawia, prowadzi swoją historię taką narracją, że mimo wszystko zainteresuje mnie tym, co ma do opowiedzenia. A Dżinn w oku słowika to trzy historie, które próbują za wszelką cenę wyrwać się z konwencji klasycznej bajki, gdzie najstarsze królewskie dziecko, które ruszy w wędrówkę poszukiwawczą musi ponieść fiasko, a osoba, która uwolni dżina z butelki, zawsze musi zepsuć swoje trzy życzenia.


Dwie pierwsze bajki są krótkie, i jak pierwsza ma swój urok, związany ze świadomym przełamywaniem czaru baśniowego, przez główną bohaterkę, czyli Najstarszą Królewnę, tak druga, Oddech smoka, mówiąca o całkowitym zniszczeniu małej wioski, która jak się okazało, stała na drodze pewnego smoka, przechodzącego po prostu taką trasą i zostawiającego ją w zgliszczach, jest co najmniej dziwna, bowiem trudno wyłuskać z niej puentę, czy jakiś określony sens, oprócz historii wyżej wymienionej. Dopiero jednak tytułowa historia Dżinn w oku słowika jest już bardziej rozbudowana i sięga korzeniami zarówno do Baśni z tysiąca i jednej nocy, jak i do wszelkich mitologii czy motywów baśniowych, ubierając to w na wpół realną historię pewnej kobiety w zasadzie nieważnej i dlatego szczęśliwej.*

Gillian Perholt, panią narratolog w średnim wieku, poznajemy w drodze na konferencję, która ma się odbyć w Ankarze, a jej tematem przewodnim mają być opowieści z życia kobiet. Gillian ma też swoją opowieść, choć bardzo skromną. Jest świeżo porzuconą żoną, choć nie przejęła się tym zbytnio, a właściwie można by rzec, że odetchnęła z ulgą na tę niespodziewanie odzyskaną wolność. Lubi swoją samotność i nie brakuje jej mężczyzny. W Ankarze, po wygłoszeniu referatu, Gillian spędza miło czas najpierw zwiedzając Muzeum Cywilizacji Anatolijskiej, potem dając się porwać miejscowemu przewodnikowi, słucha interesujących historii, ażeby wreszcie na zakupach, znaleźć dziwną butelkę, wykonaną ze szkła zwanego okiem słowika, w której, jak ze zdumieniem odkryje, był uwięziony dżinn. Który wbrew pozorom wcale nie wydaje się dziwnym wtrąceniem w całą opowieść, mieniącą  się od fragmentów baśni i historii rodem z tysiąca nocy, a więc dżinn Gillian właściwie wpasowuje się to całkiem interesująco. Jak później się okaże jego rozmowy z narratolożką również będą miały ciekawe rozwinięcie i niebanalny finał.

Wbrew pozorom nie jest to do końca baśń tylko o tym, jak mądrze wykorzystać swoje trzy życzenia, ponieważ między wierszami można odczytać bardzo ważny komunikat odnośnie roli kobiety zarówno w literaturze, jak i w społeczeństwie, o uwarunkowaniach społecznych tej roli, oraz o konieczności podkreślenia, jak często w wielu kulturach jest ona pomijana, traktowana po macoszemu, wreszcie, zmuszana do śmierci głodowej, bo jako kobieta nie może wyjść z domu, żeby zarobić na chleb. W tak krótkim utworze ma to niezwykłą moc i myślę, że zostawia po sobie ważny ślad. Na pewno odnajdą się w tej opowieści osoby zainteresowane kulturą Bliskiego Wschodu, baśniowością, motywami w baśniach oraz źródłami pewnych motywów. Bardzo podoba mi się styl A. S. Byatt, choć nie wszystko w tych opowieściach było urzekające, to jednak sądzę, że kiedyś chętnie sięgnę ponownie po Dżinna..


Dżinn w oku słowika, A.S. Byatt, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002
* str. 33

Czytaj więcej

piątek, 3 maja 2013

Podróż w krainę absurdu

Gdyby cierpienia świata były - co można sobie wyobrazić - mniej dojmujące, gdyby nuda i zwykłe życiowe rozczarowania były naszym najgorszym doświadczeniem i gdybyśmy - w to trudniej uwierzyć - mało przejmowali się stratą najbliższych i szli na śmierć, jak teraz układamy się do snu, cała nasza moralność byłaby w ogromnym stopniu, a może całkowicie różna. To, że ten świat jest sceną wszelkiej okropności, musi wpływać na każdego poważnego twórcę i myśliciela - mącąc mu myśli, rujnując system nerwowy, czasem doprowadzając go do szaleństwa.*

Opowieść o artyście może przynieść niezmierzone morze odczuć. Odcienie skrajnych emocji i meandry przemyśleń, które przyprawiają rozgorączkowany umysł o refleksje, co w konsekwencji wymusza przerwę w lekturze. Przynosi również zachwyt. Rozpacz. Uśmiech. Żal. I w efekcie powtórną lekturę historii o tej podroży z biletem tylko w jedną stronę. Podróży w krainę absurdu. Czyżby? Powinniśmy nieustannie rozmyślać o absurdalnościach przypadku, bo jest to temat może bardziej pouczający od tematu śmierci** jak pisze Bradley, i jak sądzę, warto poznać historię tego jednego przypadku, gdy Francis Marloe pojawił się w drzwiach mieszkania Bradleya z niekoniecznie interesującą tego drugiego nowiną.


Bradley Pearson, główny bohater i narrator powieści, jest niespełna sześćdziesięcioletnim, niestety niezrealizowanym pisarzem, z dorobkiem zaledwie kilku powieści, nieszczególnie docenianych przez czytelników.  Jako pisarz zatem się nie dorobił, ale przez większość życia pracował w biurze podatkowym, z ciągłym uczuciem, że jego wielka powieść jest jeszcze ciągle przed nim, jeszcze nie powstała, ale na pewno dotrze do tego momentu, by ją stworzyć. Obecnie, po przejściu na emeryturę pragnie jedynie samotności, w której jak wierzy, uda mu się właśnie stworzyć owo dzieło życia. Artysta w stanie łaski twórczej ma pogodny stosunek do czasu. Realizacja jest kwestią czekania. Dzieło zapowiada się samo, wyłania się niemal gotowe - kiedy nadejdzie czas i jeśli okres nauki przebiegał należycie. (..) Czułem, że potrzebna mi jest tylko samotność.*** Plan Bradleya ulegnie pewnym modyfikacjom, gdy Francis Marloe, jego były szwagier, pojawia się pewnego dnia niezapowiedziany, z informacją, że Krystiana, była żona Bradleya, wróciła do Anglii. Ta dziwna, pozornie mało interesująca Bradleya nowina, uruchomi całą lawinę wydarzeń, która zniweczy pierwotny plan samotnego wyjazdu do nadmorskiej miejscowości, aby tam w ciszy i spokoju pisać. Choć Bradley długo będzie się jeszcze trzymać jego oryginalnej wersji i długo wierzyć, że w końcu wyjazd dojdzie do skutku. Jest o tym wciąż przekonany, gdy była żona próbuje nawiązać z nim ponownie zażyłe relacje. I wtedy, gdy jego siostra, Priscilla pojawia się roztrzęsiona i w stanie skrajnego załamania nerwowego bo właśnie odeszła od męża. I nawet gdy żona jego najbliższego przyjaciela zaczyna robić mu awanse. Plan runie w posadach dopiero przez Julianę, córkę owego przyjaciela, która okaże się piękną, młodą i naiwną, a jednak może właśnie przez ową młodość i naiwność, dość okrutną nemezis niedoszłego twórcy wielkiego dzieła.

Ta fabularna część, z irytującymi znajomościami, nachalnymi kobietami, złożonymi relacjami w sieci tych dziwnych powiązań między nimi, jest ważnym  fragmentem tego ogromnego dzieła. Jego znacznie ważniejszą, w moim odczuciu, i bardzo interesującą częścią są przemyślenia Bradleya - te związane z pisaniem, tworzeniem, sztuką a także tematem miłości, która powoli, acz konsekwentnie jest coraz bardziej podobna do obłędu. Przemyślenia te dojrzewają i zmieniają się wraz z Bradleyem, a więc są naturalną konsekwencją wydarzeń, w jakich bierze udział nasz dziwny, oszalały z miłości Czarny Książę, dając jednocześnie czytelnikowi niezwykłą pożywkę intelektualną i emocjonalną.

Powieść Iris Murdoch Czarny Książę jest tak wielowątkowa, że trudno jednoznacznie opowiedzieć wrażenia z jej lektury, z obszernej tematyki i filozoficznych przemyśleń. Przyjmijmy jednak za słuszne stwierdzenie z przedmowy, że jest to historia o miłości. Trudno oprzeć się swego rodzaju egzaltacji w tym temacie - to jest naprawdę dobra historia o miłości, która naprawdę wywołuje prawdziwe emocje, od chęci by mocno potrząsnąć bohaterami żeby obudzili się ze swego rodzaju szaleństwa, w jakie popadli, przez żal nad ich losem, aż do zaskoczenia, że można tak niezwykle rozstrzygnąć tę opowieść fabularnie. Doprawdy, Iris Murdoch stworzyła niezwykłe książki i muszę z uznaniem dołączyć na stałe do grona jej wielbicieli.



Czarny Książę, Iris Murdoch, Czytelnik, Warszawa 1977
* str. 601
** str. 14
*** str. 328

Czytaj więcej

czwartek, 2 maja 2013

To był maj..

Pamiętam, że świeżo przeżywałam powrót z Afryki (wróciłam 25 kwietnia) i chwilę potem mieliśmy majówkę. Słońce paliło niemiłosiernie, Bruno przemierzał Świder wzdłuż, a my za nim. Pestka z brzegu obserwowała nas z wiecznym niezdecydowaniem w oczach - wskoczyć do tej topieli, czy nie? Jak Bruno jest wodołazem, tak Pestka zdecydowanie kocha ląd. A Pan Kot co najwyżej może wychylić się odrobinę dalej poza nos, na balkon. I to też w sposób kontrolowany, z nieustannym obserwowaniem, czy nikt nie widzi przypadkiem.

http://dziewczynazalaski.blox.pl/html była już wtedy martwym blogiem. Pisanie mi nie szło, choć przecież ogółem blogowałam już prawie dwa lata. Co prawda pierwszy blog nie miał za wiele wspólnego z książkami, za to  następny mógł być tylko o nich. Jednak to nie było to. Umarło szybko śmiercią naturalną. Zaś zeszłoroczna majówka spowodowała kolejną chęć na coś. Pisanie o czymś. Tylko o czym? Pomysł nie był do końca skrystalizowany. Bo że o książkach to pewne, ale czy tylko? Ale tak to się zaczęło i 2 maja 2012 wrzuciłam pierwszy nieśmiały wpis. Zresztą te pierwsze wpisy są jeszcze takie na wpół relacjonujące codzienność, na wpół mówiące o wrażeniach z lektur. Z czasem jednak okazało się, że chętniej mówię o książkach, choć też przez pryzmat swoich przemyśleń okołoksiążkowych. I cóż, wygląda na to, że dziś świętuję małą rocznicę. Co mnie cieszy, bo oznacza, że nie był to tylko chwilowy zapał i że cóż, znalazłam faktycznie miejsce na Moją Pasiekę.

Od wpisów nieśmiałych dla jednego bądź dwóch czytelników, udało mi się przejść do wpisów trochę śmielszych i nawet kilkorga czytelników :) Jednakże nadal ociągam się w kwestii promowania mojej pisaniny. Wychodzę z prostego założenia, że narzucać się jest niegrzecznie, a jak ktoś do mnie trafi i mu/jej się tu spodoba to i tak pewnie wróci. Dlatego wejść mam niewiele, profilów na portalach społecznościowych nie zakładam, bo i portali społecznościowych unikam jak ognia, z wydawnictwami jak nie podejmowałam współpracy tak nie podejmuję, a jednak o dziwo, zaglądacie tu, czasami zostawicie ślad w postaci komentarza, czytacie. Dziękuję! Bez Was to jednak nie byłoby to.

A jak już świętować urodziny, to może by również ofiarować jakieś prezenty? Szczerze mówiąc mam się czym dzielić, bo książek ci u nas bez liku (znaczy, nie mam pojęcia ile ich jest...), zatem jest czym się dzielić Ale żeby nie było zbyt łatwo pokuszę się o mały konkurs urodzinowy. Pytanie jest proste: Jak myślisz, skąd się wzięła nazwa "Moja Pasieka"? I nie, nie chodzi o przeszukanie mojego bloga, na którym a i owszem, była umieszczona ta informacja, ale o jakiś pomysł własny, skąd się mogła wziąć taka dziwna nazwa. Dwie osoby z najciekawszymi pomysłami otrzymają takie zestawy:

Zestaw Pierwszy:



Zestaw Drugi:



Na odpowiedzi, zgłaszane w komentarzach, wraz z adresem e-mail i wybranym zestawem, czekam do 12 maja do północy, a zwycięzców postaram się ogłosić 13 maja wieczorem.
I nie ma tu żadnych zasad, żadnych obostrzeń, że wysyłka tylko na terenie Polski, bo chętnie wyślę też za granicę, ani innych punktów. Zapraszam każdego, kto ma ochotę wziąć udział.

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.