niedziela, 30 czerwca 2013

Natalia Rolleczek i ja

Był styczeń 1989 roku. Rok wielkiej migracji ze starego, poniemieckiego biurowca. W styczniu zaczęli dziadkowie, którzy dostali nowe mieszkanie w nowym osiedlu. Z centrum miasta na jego peryferia, ale że nasze miasteczko jest dość małe, wtedy jeszcze mniejsze niż teraz, to ta odległość wcale nie była znowuż taka duża. Choć dla mnie wtedy była kilometrowa. Pamiętam jak z tatą wieźliśmy na taczce ostatnie drobiazgi, w tym rodzinny zegar, który hucznym gongiem, wymierzanym, co każde pół godziny potrafił umarłego obudzić. Tak mawiał przynajmniej dziadek. W maju trafiło na nas i jako ostatni opuściliśmy budynek. Pamiętam, że słyszałam ciągle kaszel dziadka, a przecież dziadek już wtedy mieszkał gdzieś indziej. Jednak nowe miejsce zamieszkania w ogóle mi się nie podobało. Chodziłam na osiedle dziadków i tam się bawiłam. I tam poznałam ją, Anię. Wtedy wydawało się, że to przyjaźń na całe życie. Z tej przyjaźni zostało mi dziś na półkach parę książek. Ania bowiem wymyśliła dla nas świetne miejsce zabaw - rodzinną działkę ze starym domkiem, służącym za strych i piwnicę jednocześnie. Czego tam nie było! Stare ubrania, stare rzeczy, składowane od lat, oraz, o zgrozo, cała masa książek. Stamtąd pochodzi parę moich pereł, bo oczywiście wypytałam Anię, a potem jej mamę, czy te książki są komuś potrzebne, czy ewentualnie mogę zabrać. Mogłam. Łup był cięższy ode mnie. I dziś niestety jego stan budzi odrobinę współczucia..


A już ta powieść szczególnie, bo przeżyła oprócz kilku lat na działce i  paru naszych przeprowadzek, także nieumyślne zamknięcie w piwnicy przez moją siostrę, piwnicy, którą pechowo zalało w pewną deszczową wiosnę. Jest to zatem pozycja mocno doświadczona przez los i traktowana przeze mnie bardzo sentymentalnie. Dlaczego? Bo pozwalała marzyć, że w mojej kochanej rodzince nastąpi podobne szczęśliwe zakończenie. A przecież wtedy, gdy ją czytałam pierwszy raz, te marzenia miały szczególną wartość terapeutyczną.
Dlatego teraz z rozrzewnieniem niemalże przeczytałam ją sobie ponownie. I przyznaję bez bicia, jej urok na niczym nie stracił. Prawdopodobnie jednak jestem mało obiektywna w ocenie. Bo podejrzewam, że dla współczesnej młodzieży wiałoby już nudą..

Kochana rodzinka i ja to pierwszy tom trylogii o rodzinie Jelonków i ich życiowych perypetiach. Właściwie powinnam powiedzieć, perypetiach Judyty, lat szesnaście, bowiem to ona wysuwa się na plan pierwszy, która jako żywiołowa nastolatka, tych perypetii miała całkiem niezłą ilość. Połowa lat 50-tych w Polsce Ludowej, oraz piękny Kraków, to kanwa tej powieści, na której rozwijają się kolejne pomysły Judyty. Judyta pochodzi z rodziny, w której królują kobiety. Na pierwszy planie jest babcia Szerocka, która zawiaduje wszystkim zaocznie lub bezpośrednio dostosowując środki do sytuacji. Mama, ślepo jej posłuszna działa zawsze tak jak babcia uzna za najstosowniejsze. Córki zaś świetne zorientowane w tej polityce pedagogicznej, szybko orientują się, że tworzona od lat dziecięcych mitologia wokół śmierci ich ojca ma swoje zadanie wychowawcze i tak naprawdę niewiele mówi im o tym, jakim człowiekiem był w rzeczywistości ów bohater, który zginął podczas słynnej bitwy pod Monte Cassino. Judyta jednak jako ciekawska postać, lubi wiedzieć więcej, dlatego tu coś podsłucha, tu gdzieś przypadkiem przeczyta cudzy list, dowiadując się rzeczy nieco mętnych i nieco oczywistych, które poddaje jednak własnej interpretacji. I zniechęcona wieloletnią propagandą na rzecz mitycznego ojca postanawia.. wziąć swój los w swoje ręce. I robi to w dość komiczny sposób. Zgrabnie poprowadzona akcja prowadzi do rozwiązania zagadki i oczywiście szczęśliwego zakończenia. Które jednak sugeruje, że warto rozejrzeć się za kontynuacją, by sprawdzić jak kochana rodzinka poradziła sobie w nowej konfiguracji i jak potoczyły się dalej ich losy.

Podejrzewam, że tym, którzy znają już Natalię Rolleczek, nie trzeba reklamować tej powieści, a nowym czytelnikom powiem.. że jest bardzo przyjemna i warta spędzonych z nią kilku godzin. Nawet, gdy już się nie ma tych nastu lat..



Kochana rodzinka i ja, Natalia Rolleczek, Nasza Księgarnia, Warszawa 1975
Czytaj więcej

piątek, 28 czerwca 2013

Serhij Żadan czaruje

Telefony istnieją, by informować o różnych nieprzyjemnościach. Telefoniczne głosy brzmią chłodno i oficjalnie, oficjalnym tonem łatwiej przekazywać złe wiadomości. Wiem o czym mówię. Całe życie walczyłem z aparatami telefonicznymi, choć bez większego powodzenia. Telefoniści całego świata dalej podsłuchują rozmowy, wypisując sobie na kartkach najważniejsze słowa i sformułowania, a w pokojach hotelowych leżą psałterze i książki telefoniczne - wszystko, czego trzeba, żeby nie stracić wiary. *

W sennym imadle gorącego popołudnia, zlepione potem ciało mężczyzny w kombinezonie roboczym, majaczyło na tle stacji benzynowej. To Kocza. W zasadzie ciągle tam jest, stacja bez niego jakby umierała. Ożywiona jego oddechem, nieco magicznie, choć w potrzasku kłopotów miejscowej mafii. Mafii.. Może tylko miejscowej chuliganerii... Paru chłopców z łomem i kiepską umiejętnością perswazji. Zresztą, Traumowany wie lepiej jak z nimi rozmawiać. Ma dar. To wszystko jednak nie powinno przychodzić, przechodzić w życie Hermana w taki sposób, jak dziwna scheda, dziwny spadek, niechciany przecież choć odgórnie będący jego własnością. Bo telefon przyniósł znowu złe wieści. Brat Hermana wyjechał. Chyba do Amsterdamu. A interes został z Koczą na pokładzie. No, bardziej obok pokładu. I Truamowanym ciągle w zasięgu. I problemy potrafią pojawiać się z intensywnością podpaleń i zastraszeń. Herman musi jednak wracać do miasta lat dziecięcych, które opuścił już dawno temu i nie miał w planach powrotu. A tam abstrakcja goni abstrakcję, podkreślana surrealną pięknością poetyckiego opisu..

Niebawem lasy się skończyły i wokół nas rozciągały się szerokie, wypełnione chmurami i wilgocią równiny, za którymi w słonecznym blasku zaczynała się lekka, głęboka pustka, otwierała się wprost pod naszymi stopami na wschód i południe, ciągnęła się i wsysała w siebie resztki wody i zieleń, wypełnioną światłem trawę, wciągała grunty i jeziora, niebiosa i złoża gazu, które świeciły tego ranka pod ziemią, złotymi żyłami występując na skórze ojczyzny. I gdzieś na południu, za różowymi chmurami świtu, po drugiej stronie porannej pustki, wyraźnie wyłaniały się z powietrza bramy niebieskiego Woroszyłogradu. **


Zaczyna się od wspomnień i ważnego meczu - z gazownikami, których historia jest równie pojemna i przeplatająca się przez kilka pokoleń. Waśnie i spory można rozwiązać za pomocą prostej metody zaciekłej walki między Szumilem i Rawzanem. I wtedy to już na pewno nie był spalony..

U Serhija Żadana rzeczywistość jest na styku jawy i snu. Wydarzenia mają senne majaki, a bohaterowie podążają ich nurtem. Dzieciństwo nagle splata się z teraźniejszością. Powrót do niego jest początkowo obarczony wieloma trudnościami, by później przejść nad nimi do porządku dziennego. I dawać się ponieść wszystkiemu co napotyka człowieka, niezależnie od tego jak bardzo jest to dziwne, jak często wpływa na wszystkie plany i jak bardzo powinno zdumiewać swoją niecodziennością. A jednak ten powrót do krainy dzieciństwa ma w sobie dużo magii i poezji, poezji której autorowi nie brakuje, wyciąga ją z kapelusza niczym magik, by po paru stronach irytacji ponownie zachwycić. To powieść wielu wieczorów i nocy spędzanych z różnymi ludźmi, pochodzącymi z różnorodnych kultur, dziwnych znajomości, niby starych, ale i nowych jednocześnie, prostego pojmowania życia, bez ciągłego zastanawiania się nad jego sensem. Króluje tu więc życie, choć jest też i śmierć, tak, jest i ona, naturalne fatum człowieka i zwierząt, pojawia się jako zastraszenie,  jako skutek choroby, jako konsekwencja walki między ludźmi. Niczym u Schulza noc zamienia się w dzień, a w grudniu jest wiosna. Ale wszystko układa się w niezwykłą całość, którą można zaczytywać bez końca.

Powieść Żadana to niezwykła przygoda literacka. Chwilami powieść łotrzykowska, chwilami zachwyca poetycką prozą. Czasami nieco irytuje, ale nie pozostawia czytelnika obojętnym przez całą lekturę. Jest niezwykła. Dobrze napisana. Tak dobrze, że przyjemnie się zaczytuje ją od nowa w poszukiwaniu smakowitych cytatów czy ciekawszych fragmentów.


Woroszyłowgrad, Serhij Żadan, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
* str. 7
** str. 165

Czytaj więcej

czwartek, 27 czerwca 2013

Coś miłego - "Lawenda" Ewy Formelli

W szpitalu, powoli dochodząc do siebie przeczytałam w sumie trzy książki. Ta trzecia, która dotarła do mnie pocztą, jako wyjątkowy prezent od autorki, umiliła mi ostatnie chwile w szpitalnym pokoju. Gdzie człowiek oprócz własnego cierpienia musiał nasłuchać się krzyków jednej sąsiadki, a obok boleści drugiej. Dlatego Lawendę Ewy Formelli mogę szczerze polecić każdemu, kogo jakaś choroba, bodaj nawet skromne przeziębienie, zmusi na krótszy lub dłuższy pobyt w łóżku. Ciepła, prosta w odbiorze lektura, sprawia, że na chwilę można się oderwać od tych mniej wesołych spraw i myśli. A czego więcej chcieć w szpitalu?


  Lawenda opowiada o dwóch kobietach, które na skutek poplątanych ścieżek życiowych decydują się na pracę zarobkową, jako ekskluzywne call girl. Trzeba przyznać, że dość oryginalny pomysł na fabułę, bowiem spojrzenie na ten najstarszy zawód świata, w jakich okolicznościach by nie był on wykonywany, zawsze powoduje pejoratywne odczucia. Moje również, mimo sympatii zarówno dla Małgosi, jak i Ady, nie należały do najcieplejszych, gdy czytałam o ich trudnych początkach. A jak to najczęściej bywa, początki te sprowokowała trudna sytuacja finansowa, brak wsparcia od najbliższych, konieczność wykarmienia rodziny. I tak w powieści przeplatają się wspomnienia Ady, słynnej Magnolii, która zdecydowała się u schyłku życia odsłonić nieco obrazów z przeszłości przed młodym dziennikarzem, wraz z równoległą historią Małgorzaty, tytułowej Lawendy, której Ada bardzo pomogła, gdy ta była w potrzebie. Obie, choć zaczynały w innych czasach zarówno pod względem historycznym, jak i prywatnym, miały ten sam cel - zapewnić sobie i rodzinie godny byt.  Czy to je usprawiedliwia? Nie mnie to oceniać. Na pewno jednak nie do końca obie to uszczęśliwiło, mimo, że osiągnęły status osób zamożnych, które opływają niemalże w bogactwo i idący za nim splendor.
   Gdy Ada poznała Małgorzatę była w zasadzie już szefową ogromnego imperium usług seksualnych. Jej Ogród, pełen Kwiatów, jakich imiona przybierały pracujące w nim kobiety, był ukryty w tajnym miejscu, do którego można było dotrzeć tylko na zasadach Magnolii. Właśnie tam trafiła pewnego dnia Małgorzata, przybierając imię Lawenda i tam właśnie zapracowała na swój luksus. Ten luksus jednak kosztował Lawendę wiele kłamstw, wobec własnych dzieci, opiekunki, a także trochę wobec samej siebie, a oprócz tego nieustanną ochotę, by to wszystko rzucić i zacząć normalnie żyć. Choć ciągle pozostaje w głowie pytanie, czy to jest rzeczywiście realne, biorąc pod uwagę dalszy ciąg powieści..Oczywiście fabuła prowadzi czytelnika do konsekwentnie szczęśliwego zakończenia, które chwilami dość nierealne, ale spełnia swoją umilającą rolę. A przy tym szum morza, którego nie sposób nie usłyszeć przy plastycznych opisach autorki, powoduje, że nawet te szpitalne ściany nabierają jakichś cieplejszych barw.

Warto tu odnotować, że historia Magnolii jest zainspirowana jedną z Trójmiejskich legend, jakoby w latach 70-tych i 80-tych pracowała tam ekskluzywna prostytutka, o której krążyło mnóstwo plotek, ale nikt nie wiedział, kim była naprawdę i czy w ogóle na pewno istniała.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorce, Ewie Formelli. Co prawda nigdy dla nikogo nie recenzowałam książek, ale to było wyjątkową przyjemnością otrzymać takie wyróżnienie, jak również książka dotarła do mnie w naprawdę dogodnym dla jej lektury momencie. Blog Ewy znajdziecie tutaj.

A ja walczę o powrót do zwykłej sprawności. Cieszy wszystko - nawet możliwość schylenia się, czy nareszcie - spania na boku! Każdego dnia idę w tych zmaganiach coraz dalej, także mam nadzieję, że w poniedziałek spokojnie pokuśtykam na zdjęcie szwów i.. do pracy :) Jak nigdy mam na to wyjątkową ochotę!


Lawenda, Ewa Formella, Książka wydana nakładem własnym, Warszawa 2013

Czytaj więcej

niedziela, 23 czerwca 2013

Bez wstrętu, ale i bez emocji

   Tak oto – na ogół w dobrej wierze – w oparciu o ogromną tragedię milionów ludzi powstają całe tony tekstów, które nie mają żadnej wartości: ani historycznej, ani literackiej. Jedyną ich racją istnienia jest dostarczanie pewnej usługi, jaką jest dobrze znane wzruszenie dobrze znaną sytuacją. *

  Entuzjastyczne opinie czytelników, promocja w Znaku, toteż kupiłam. Przeczytałam. I tak siedziałam zadumana nad tym co właśnie skończyłam czytać, zastanawiając się nad nadużywaniem tematyki Holokaustu. Od razu przypomniał mi się felieton Jacka Dehnela (a przy okazji odkryłam, gdzie poginęły moje zakładki do książek - chyba ze trzy były w felietonach..) pt. Czarny Disneyland (w sieci dostępny tutaj). Podsumowanie, zacytowane na wstępie tego wpisu mówi chyba wszystko...Choć nie do końca, oddając sprawiedliwość Richardowi Lourie, autorowi Wstrętu do tulipanów. Spróbuję jednak wyjaśnić dlaczego w pewien sposób Czarny Disneyland odnosi się również do tej pozycji, choć nie wykorzystuje ona tej tematyki w sposób tak oczywisty, jak również nie wykazuje się poprawnością, jaką Dehnel zarzuca autorom tego typu dzieł.


Źródło zdjęcia

 Wstręt do tulipanów to historia małego chłopca, który zawiódł rodziców, a najbardziej ojca i który wszelkimi sposobami, jakie przychodzą mu do dość zmyślnej, choć nadal dziecięcej, jeszcze niezdolnej do weryfikacji rzeczywistości i priorytetów głowy, próbuje ten zawód naprawić. Dla dziecka rodzice są centrum wszechświata toteż absolutnie nie jest nic dziwnego w tym, że cel jakim jest odzyskanie miłości ojca uświęca środki. A zatem poświęcenie czyjegoś życia także staje się mniej istotne. Niewątpliwie zatem tłem istotnym dla tej historii jest wojenna zawierucha, niemiecka okupacja Amsterdamu, miejsca akcji powieści, oraz idąc dalej tym tropem, sprawa żydowska. I głód. Największy wróg człowieka, zaraz po armii niemieckiej. Ten głód wypędza chłopca z domu, zmusza do kombinowania, kradzieży, a w końcu do znalezienia najprostszego sposobu by wykarmić rodzinę i uratować umierającego ojca. Wydawania ukrywających się Żydów. W tym przypadku Anne Frank, bo to na jej historii bazował Richard Lourie. Choć samej Anne jest tutaj niewiele, a cytaty z jej Dziennika oraz komentarze do nich głównego bohatera, budzą co najmniej niesmak, tak prostą, nieskomplikowaną tendencją do łatwego wyjaśnienia swoich motywów, oraz usprawiedliwiania swojego czynu. Który jakie by nie było tło tej historii jest najczystszą postacią zła.

Można zrozumieć mechanizm psychologiczny, jaki uwarunkował zachowania chłopca, można zrozumieć sens całej historii przez pryzmat wojny i głodu, można zrozumieć też patologię rodziny w jakiej żył główny bohater. Wszystko to jest dobrze skomponowane, dobrze poukładane, literacko może i wnosi jakąś wartość, choć pokuszę się o stwierdzenie, że napisane jest zbyt gładko i zbyt słabo, by odczuwać emocje podczas lektury, ba, by uwierzyć chłopcu w jego odczucia, przeżycia i pragnienia. Jednak nie rozumiem, czemu autor musiał pokusić się o tematykę Holokaustu. To wszystko, całą tę historię, można było zostawić bez tej warstwy, choć zapewne niektórzy czytelnicy zwrócą mi uwagę, że właśnie ów wątek jest motorem całej akcji. Tak, zgadza się, ale można go było zamienić na coś innego, podmienić to na inne czynniki sytuacyjne, bo wojna, temat tak rozległy, miała ich w sobie wystarczającą ilość, by z któregoś skorzystać. Innymi słowy znowu otrzymałam, jako czytelnik, wyłącznie literaturę okołoholokaustową, wracając do Dehnela. Która nie jest ani świadectwem, ani nie wnosi w moim odczuciu do literatury nic oryginalnego. Jest to owszem, zgrabnie napisana historia, ciekawie przedstawiona z perspektywy podstarzałego już bohatera, który opowiada to wszystko swemu od dziesięcioleci nieobecnemu w jego życiu bratu, ale nadal, nie wnosząca nic nowego. Przeczytane i za chwilę zapewne będzie to już zapomniane. A przecież to temat zbyt ważny, by tak go potraktować.



Wstręt do tulipanów, Richard Lourie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013
* str. 41 z Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B.,
Czytaj więcej

sobota, 22 czerwca 2013

Królowa nie przypłynie

  



  Wielka Brytania posiada czternaście terytoriów zamorskich rozsianych po świecie. Najodleglejszym jest wyspa Pitcairn na Oceanie Spokojnym, piętnaście tysięcy kilometrów na południowy wschód od Londynu.
   Została odkryta w 1767 roku przez załogę królewskiego statku Swallow, lecz przez kolejne dwadzieścia trzy lata pozostawała bezludna. 
   W 1790 roku na wyspę zawinął brytyjski okręt Bounty z dziewięcioma buntownikami i osiemnaściorgiem pojmanych Tahitańczyków.
   Obecnie na Pitcairn żyje sześćdziesiąt osób.*

(..) Po pierwsze świat składa się z dobra, jak i zła - tak było, tak jest i tak będzie. Po drugie granica pomiędzy dobrem a złem jest niewyraźna i mglista. Po trzecie natomiast, anioły mogą stać się diabłami (..) **

(..) porządni ludzie w reakcji na działające na nich czynniki sytuacyjne nagle stają się sprawcami zła (..) ***

  Gdyby Zimbardo popłynął na Pitcairn mógłby dopisać pełen rozdział do swojego Efektu Lucyfera. A może nawet kontynuację? Prawdopodobnie próbowałby zostać tam jak najdłużej, podobnie jak zrobił to Maciej Wasielewski. Przerażająca, fascynująca, a jednocześnie odrażająca tym co kryje pod powierzchnią pozorów. Mała wyspa na której można ponownie zweryfikować pojęcie czynienia zła bliźniemu.

Pitcairn, źródło zdjęcia

  Reportaż Macieja Wasielewskiego ma jedną okropną wadę. Jest krótki. Mogłabym czytać tę reporterską prozę w zasadzie bez końca. Choć dość często odrywałam się od książki, bo to co przedstawia jej treść było dla mnie chwilami nie do przyjęcia. Niewiarygodne. Wydawałoby się, że po tym co świat przeżył podczas drugiej wojny światowej, po Wołyniu, po ludobójstwie w Rwandzie, po tym wszystkim co człowiek człowiekowi złego wyrządził, eskalacja zła została w pewien sposób zastopowana. Nie została. Co więcej ma swoje odrębne miejsce na planecie Ziemia, mieści się na malej wyspie i czyni z tego zła rzecz codzienną, powszednią, na którą przymyka się oko i udaje, że absolutnie nie ma w tym nic złego. Sama nie wiem czy to pocieszające, że na wyspie jest tak niewielu mieszkańców.

  Pitcairn ma bogatą historię. Trochę piracką, trochę łotrzykowską, z rzezią już u swoich początków.  Z czasem jednak uspokaja się tam sytuacja, mieszkańcy tworzą swego rodzaju komunę, co nie dziwi, bo i wyspa mała i mieszkańców ledwie garstka. Wspólna praca, wspólne przygotowywanie wyspy do życia spowodowało że każdy tu zna każdego, nikt nie ma tajemnic, wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Każdy nowo przybywający na wyspę jest szczegółowo wypytywany. Jeśli jest dziennikarzem nie ma wstępu na wyspę. Wasielewski zatem udawał antropologa, by móc na wyspę się dostać, a jednocześnie nie zadziwiać pytaniami, jakie chciał zadawać. Nie udało mu się nagrywać rozmów, ponieważ to mogłoby wzbudzić podejrzenia. Zresztą, mistyfikacja nie mogla trwać zbyt długo, skoro wszyscy o wszystkich wiedzieli wszystko. Dopóki jednak trwała autor reportażu pozyskał sporo niepokojących informacji.

  Prawdopodobnie zaczęło się to dość dawno temu i trwało od kilku pokoleń. Niepokojące zdarzenia były już w latach czterdziestych ubiegłego wieku, ale przez zawirowania historyczne umknęło to władzom Wielkiej Brytanii, pod której jurysdykcją jest wyspa. Ale że nikogo nie zaniepokoiły samobójstwa młodych dziewcząt? Próby ucieczek z wyspy? Takie i wiele innych pytań zadaje Wasielewski w swoim reportażu. Ciągle ciężko jest mi uwierzyć, że rodzice, świadomi sytuacji, nie tylko na nią się zgadzali, ale w pewien sposób nawet przygotowywali młode dziewczyny do tego, co ma się zdarzyć, na przykład powolnym oddalaniem się emocjonalnym od córek, gdy te ukończyły dwanaście lat. Bo właśnie ten wiek, ukończenie dwunastu lat, był momentem granicznym. Co nie zmienia faktu, że zdarzały się przypadki krzywdzenia i kilkuletnich dziewczynek. Chłopców również...


Mieszkańcy Pitcairn, źródło zdjęcia

 Gdy przeczytałam reportaż Wasielewskiego zaczęłam szukać zdjęć mieszkańców. Znalazłam wtedy zdjęcie z 2009 roku, którego już nie ma w sieci. Podobna sytuacja spotkała Wasielewskiego, gdy znalazł stronę mieszkańców, bodaj fanpage na facebooku, który w krótkim czasie zniknął z sieci. Mieszkańcy wyraźnie się izolują od świata, pragnąc, by nikt nie wtrącał się w ich sprawy. Dali temu również wyraz podczas rozprawy, o której pisze Wasielewski. A mnie ciągle zadziwia fakt jak pojemna jest ludzka psychika, skoro można się przyzwyczaić nawet do tego, że jest się krzywdzonym. I nie protestować, oprócz tych nielicznych wyjątków. Bo zasadniczo niewiele osób protestowało, niewiele zgodziło się zeznawać. Skazani zaś stali się bohaterami. I w sumie wszystko jest nadal tak, jak było.

Granica między dobrem a złem, wcześniej nieprzekraczalna, zostaje przekroczona. Przeobraża się ludzka natura. Człowiek odkrywa w sobie ciemną stronę. Zmiany zachodzą szybko. Niespodziewanie szybko. Zapominasz, że na innej ziemi kłaniałeś się kobietom. Obserwujesz nową rzeczywistość w zadziwieniu, w bierności. ****

Czy na Pitcairn kiedykolwiek coś się zmieni? Czy może za jakiś czas ponownie usłyszymy o wyspie podczas kolejnego procesu? Reportaż Wasielewskiego to pozycja niezwykła. Nie dość, że dotyka tak przerażającego tematu, to jeszcze jest napisana w sposób arcyciekawy.




* str 5 z Jutro przypłynie królowa, Maciej Wasielewski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
** str. 26 z Efekt Lucyfera, Philip Zimbardo, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008
*** str. 232 z Efekt Lucyfera, Philip Zimbardo, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008
****str. 151  z Jutro przypłynie królowa, Maciej Wasielewski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
Czytaj więcej

czwartek, 13 czerwca 2013

Niech się panu darzy...

I próbowałem w ślad za tym zrozumieć własne życie. Na czym właściwie zeszło? Co było jego treścią, którą wyraziłby teraz jeden znak, jeden obraz?*

Nasza przeszłość konstytuuje naszą teraźniejszość. Niczym Yin i Yang, choć przeciwstawne, uzupełniają się nawzajem, są nierozerwalne. To, że chłopiec wraca do obrazów z dzieciństwa, albo to, że pragnął być artystą, pozostawia niezatarty ślad i powoduje kolejne wybory na ścieżce życia.


Niech się panu darzy to zbiór trzech krótkich utworów Antoniego Libery, których lejtmotywem jest czas, jego upływ i wspomnienia z dzieciństwa. Nie bez kozery posiłkuję się terminem muzycznym, bowiem muzyka odgrywa tutaj także znaczącą rolę.
Te trzy utwory mają pozornie trzech różnych bohaterów, jednakże całą trójkę łączy podobieństwo odczuć i przeżyć związanych z przeszłością, do której wracają myślami, próbują wrócić do dawnych miejsc, zmierzyć się z tym, jak się zmieniły i w tym co zmienione odszukać ich dawny urok. Podobnie z dawnymi znajomościami, które dawno przebrzmiały, uczuciami, które w tamtym okresie dominowały. I tak każdy z tych trzech bohaterów dociera do pewnego punktu w swojej dojrzałości, gdy wszystko co związane z ich przeszłością jest tak odległe, ze nawet w pamięci ciężko przywołać właściwe obrazy. Życie, zdaje się, przeleciało w okamgnieniu, niedawny chłopiec dziś jest już starcem, dla którego niegdysiejsza wspinaczka po krętych, wąskich schodach była istną przygodą, dziś może przyprawić o mocną zadyszkę i zawroty głowy. Obmyślana w muzycznej szkole kariera artysty stałą się odległym wspomnieniem krótkiej przygody z muzyką. Czas, czas płynął cały czas niezauważenie..

Pierwsze, tytułowe opowiadanie Niech się panu darzy, jest jednocześnie najkrótszym w tym zbiorze, choć w swojej treści nie mniejszej wagi. Oto profesor fizyki, nie związany z nikim, spędza samotnie każdy swój dzień, na ogół pochłonięty pracą. Świąt nie lubi, bo nie obchodzi, a poza tym wspomnienia ma niezbyt szczególne z lat dziecinnych, gdy święta spędzano bardziej na siłę i na złość ówczesnym władzom, niż z jakichś religijnych pobudek. Teraz znowu są Święta, on jest w Amsterdamie, znudzony właśnie odmeldowuje się telefonicznie rodzinie, by po skończonej rozmowie zagrać z przypadkiem i wybrać zupełnie na chybił trafił jakąś konfigurację cyfr.. Rozmowa potoczy się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, a jej zakończenie zaskakuje czytelnika i wprowadza w refleksyjny nastrój.

Widok z góry i z dołu jest już bogatszą historią, w której cofamy się do okresu przedwojnia i budowy Żoliborza. Plac Inwalidów, Dworzec Gdański, a wreszcie ogromna, nowoczesna kotłownia, dzięki której można było ogrzewać mieszkania ogrzewaniem centralnym. To właśnie te miejsca pewnego sierpniowego dnia obejrzy ośmioletni chłopiec, wraz ze swym stryjem Oskarem i do tych miejsc będzie próbował powrócić po bardzo wielu latach, burzliwej emigracji, karierze za oceanem, odkrywając przy okazji nieznanego kuzyna. I jak się zakończy ta podróż do przeszłości..?

Ostatni utwór z tomiku to Toccata C- dur ponownie, zaczyna się od dzieciństwa i przeszłości, od planów na dorosłość związanych z muzyką i karierą artysty, jak również wycieczką w rejony związane z tym fragmentem przeszłości. Maestria z jaką Libera opisuje wykonywanie utworu, niemalże słowami intonując melodię, oddają rytm kolejnością zdarzeń, interpretując następujące po sobie fragmenty w utworze, prowadzi czytelnika nieuchronnie do zasłuchania..

                                       

Nie ma jednak nic gorszego dla czytelniczej zachłanności, jak krótkie utwory. Za mało mi Libery. Naprawdę to jest jedyny minus o jakim mogę napisać.


Niech się panu darzy, Antoni Libera, Biblioteka "WIĘZI", Warszawa 2013
* str. 126
Czytaj więcej

wtorek, 11 czerwca 2013

List do nienarodzonego dziecka

Tym, które nie lękają się wątpić
Które pytają bez ustanku o przyczyny
Nawet za cenę cierpienia i śmierci
Tym, które się wahają
Czy obdarować życiem, czy je odebrać
Książkę tę dedykuje
Kobieta
Wszystkim kobietom*




Mogę nie zgadzać się w wielu kwestiach, w wielu zdaniach podkreślać, że nie, nie, nie. Bo to nie jest kwestia ogółu,  a kwestia jednostki. Bo to decyzja dla czyjegoś życia, czyjejś zmiany, czyjejś odpowiedzialności i kosztów - zarówno tych emocjonalnych jak i nakładów finansowych. Nie! Nie wolno powiedzieć kobiecie: musisz urodzić i koniec. Tak samo, jak nie wolno jej powiedzieć, że nie może urodzić. Oriana Fallaci przedstawia kilka punktów widzenia w swoim liście, nie - liście, który jest jednocześnie historią poglądową na kwestię podejmowania się odpowiedzialności za przypadek. Jej uniwersalna bohaterka raz mówi "tak", żeby po chwili zmienić to na "nie". Przedstawia kilkutygodniowe życie jako istotę ludzką, po czym odbiera jej tę postać nazywając rybką. Miota się i walczy ze sobą. Chce dawać miłość, choć w miłość nie wierzy. Chce nauczyć walki o siebie i życie, choć to życie przedstawia w bardzo ciemnych barwach. A potem sama nakłada na siebie karę i chce wykonać wyrok.

Przypadek. Chwila nieuwagi. I już jest, tych dwoje zadziałało. Komórka jajowa i wielki wygrany w wyścigu. Komórki dzielą się w nieskończoność. I oto kobieta dowiaduje się, że jest w ciąży. W sytuacji gdy jest to ciąża oczekiwana, albo przynajmniej, uznawana, za coś co prędzej czy później powinno nastąpić w życiu każdego człowieka, można zareagować jedynie z radością. Jednak inaczej jest gdy to niekoniecznie coś oczekiwanego, kobieta wcale nie widziała siebie w roli matki, co więcej, potencjalny ojciec nieszczególnie nadaje się na partnera i żywiciela rodziny. Bohaterka Fallaci jednak nie ma wątpliwości. Ta przypadkowa, niechciana ciąża, zaowocuje dzieckiem. Przekonywanie jej do aborcji przez niedoszłego partnera, czy przyjaciółkę, spełzną na niczym. Ona podjęła już decyzję i wie, że słuszną. Bo wierzy w jej wartość. Jednakże ciąża okazuje się skomplikowana i wymaga dłuższego pobytu w łóżku. W bezruchu. W rezygnacji z kariery zawodowej. I powstaje wewnętrzny konflikt. I jest źle. Gdy w końcu łamie zasady nałożone przez lekarza ponosi ich nieszczęśliwe konsekwencje. I zostaje osądzona. A sąd ten jest szczególny. Przedstawia punkty widzenia zarówno od strony nauki jak i serca, rozumu i emocji. Wiary w życie poczęte i wiary w życie w ogóle. I wtedy przemówi dziecko. Przemawiając głosami swoich sędziów kobieta odbywa proces nas sobą we własnej duszy, w swoim sumieniu. Tylko czy zawziętą dyskusją, osądem: winna /niewinna, można osiągnąć jakiś konsensus?.. Jak gdyby dylemat być albo nie być mógł zostać rozstrzygnięty za pomocą takiego lub innego wyroku, takiego lub innego prawa, jak gdyby każdy nie musiał samodzielnie podjąć decyzji. Jak gdyby przeuczcie pewnej prawdy nie skłaniało do stawiania pytań na temat prawdy przeciwstawnej, jak gdyby obie były równoprawne. Jaki jest cel ich procesów, ich kłótni? Ustalenie tego co jest dopuszczalne, a co nie?** Jakże to wszystko ciągle jest bez rozstrzygnięcia, pomimo, że od powstania Listu do nienarodzonego dziecka minęło prawie 40 lat..

List jest piękny. Jest pełen sprzeczności, ale i oczekiwania, nawet gdy to oczekiwanie wiąże się z trudnościami. Mówieniem do dziecka, które jeszcze jest zaledwie tego dziecka zalążkiem. Opowiadaniem bajek, choć z cierpkim akcentem. Myśleniem na głos. Biciem się z myślami. Jednakże tak pięknie, tak z emocjami napisany, że znowu dałam się ponieść słowom Oriany Fallaci i wniknąć w ten świat zupełnie mi obcy, tak, jakby był mi znany. To jest ważna książka. Bardzo ważna. Niezależnie od światopoglądu, bo broni przede wszystkim życia. Ponieważ życie nie umiera.***


List do nienarodzonego dziecka, Oriana Fallaci, Świat Książki, Warszawa 2013
* dedykacja z książki
** str. 132
*** str. 144

Czytaj więcej

niedziela, 9 czerwca 2013

Jerzy Krzysztoń "Rześkim porankiem..."


Źródło zdjęcia
 Powietrze rześkie, zawieja ucichła nad ranem, lekki trzymał mróz, śnieg chrzęścił pod butami. Zadarłem głowę w niebo, słońce podświetlało unoszące się mgły nad Mokotowem. Zapowiadał się pogodny dzień. Żona i córka wstały. Wycałowałem je na powitanie, Jo spieszyła się do liceum, pochwaliłem się, co im przywiozłem z podróży: świeży góralski chleb i oscypkę. A kożuchy trzeba zamawiać latem, żeby były gotowe na zimę! Rad bym opowiedzieć żonie o przygodach w pociągu, ale nie było sposobności. Zostawiłem obie przy porannej kawie i w samą porę wróciłem do gabinetu. Akurat radio nadawało piosenkę, a słowa jej przyprawiały mnie o dreszcz. "... I shall see you walking... In the sunshine, in the storm... The bravest of them all... Ujrzę cię, gdy idziesz?... W słońcu, w burzy?... Najdzielniejszy spośród nich?... Natychmiast przypomniały mi się brzemienne słowa mojego Dostojnego Rozmówcy: "Idź ty jutro przez miasto..." Abym nie miał cienia wątpliwości, trzykrotnie powtórzył się refren: "I shall see you walking..." Więc zaszyfrowany rozkaz wymarszu! Z pięknym apelem do mojej odwagi... Udaję się w ciężkiej misji, którą życiem przypłacić można. Szybko, szybko, zwłoka może okazać się fatalna. Jeślibym działał opieszale, a wskutek mojej powolności sytuacja uległaby niekorzystnej zmianie, to kto wie, czy sam na siebie nie wydałbym wyroku? W pośpiechu narzuciłem palto, włożyłem beret, zdumionej żonie wyjaśniłem, że muszę być wcześniej w Radiu! Chwyciłem magnetofon, mój stary Uher ze świeżo wymienioną taśmą, i - wybiegłem z domu.

Była ósma. Krajobraz mokotowski zmienił się nie do poznania, od samego progu. Ulica była ta i nie ta, ludzie byli ci i nie ci, wszędzie to i nie to... Przede wszystkim wyczuwało się atmosferę napięcia, powagi i grozy. Większość przechodniów na ulicy to nie zwykli przechodnie, tylko współuczestnicy tego, co się wokół mnie rozgrywało, moi skryci towarzysze albo przewodnicy. Wpierw na Madalińskiego, tuż za furtką, z najwyższym zdumieniem spostrzegłem ekipę w pomarańczowych kubrakach, która dla pozoru kładła asfalt na jezdni. Dawnej nawierzchni nic nie brakowało! Ujrzawszy ich, krzątających się w ochronnej odzieży, pojmuję, że pozorując remont jezdni przyszli z pomocą w ciężkiej dla mnie chwili! Nie musimy nawet mrugać do siebie,
gdy tak stoję nieporuszony w sinawym swędzie płynnego asfaltu, który bucha parą i dymem, możemy obejść się bez słów, gdyż więź między nami jest tak silna. Podnoszę tylko na znak szacunku dłoń do beretu. Wiem, cokolwiek się zdarzy, klasa robotnicza będzie ze mną! Zaczerpnąłem otuchy przed długą drogą, rozumiejąc, że nie będzie to droga ani łatwa, ani prosta. Na mój ukłon maszynista kierujący ugniataczem odpowiedział przeciągłym gwizdkiem, zahuczało jak syrena okrętowa. Przypomniał mi się Gdańsk, nasze nieszczęście narodowe, niedawne wypadki. Czarna Wigilia, tak czarna, że płakałem. A oni pracowali ze spokojną rozwagą po drugiej stronie jezdni, której połowę zostawili dla ruchu. Czekałem, kiedy dadzą mi znak, że mogę iść dalej, droga wolna! Zachowywali się wobec mnie cudownie... "Udawajmy, Antoś, że się nic nie stało". Walec pyrkotał, swąd świerzbił w nosie, dym w oczy szczypał, smoła wrzała w piecu na czterech
kołach. A może chcą wystawić na próbę moją odwagę, przekonać się, jak ten reporter poradzi sobie? Czy długo będzie stał wyprężony na baczność, salutując do beretu, wyróżniając się spośród gapiów i gawiedzi? Owszem, stoję, gdyż wśród tych robociarzy w pomarańczowych kubrakach czułem się naprawdę bezpieczny.

Raptem coś zatrąbiło! Przemknął autobus, mignął czerwienią w oczy, smugą czerwieni. Coś niesamowicie pięknego... Komunikacja miejska została włączona do rozgrywających się wokół mnie wydarzeń! Muszę iść tropem czerwieni, pod jej sztandarem dojdę, gdzie trzeba. Ruszyłem w stronę Puławskiej, aby przekonać się natychmiast, że mam przewodniczkę! Doścignąwszy mnie, wyminąwszy, szła przede mną, ponaglając mnie torebką: pospiesz się, pospiesz się! Młoda, zgrabna. I przeświadczona, że posłusznie idę za nią, nawet się nie oglądała, aż dopiero przed sklepem warzywniczym zerknęła wymownie przez ramię, zanim weszła do środka. Czekałem, co dalej? Patrzyłem na wystawioną beczkę z kapustą, beczkę z kiszonymi ogórkami i puste skrzynki po jabłkach. Przypomniał mi się jeden z naszych uczonych, który marzył, żeby zostać badylarzem, i gromadził w tym celu kapitały, wątpliwe kapitały. Lecz cały czas rzucałem wokół bystre spojrzenia, by nie dać się zaskoczyć. Wtem z zieleniaka wyszła staruszka, poprowadziła mnie dalej. Niosła w siatce główkę czarnej kapusty. Czyżby to już taki był nóż na gardle, że trzeba mobilizować staruszki? Ale cóż za cudowna organizacja! Co za wspaniałe zgranie! Oto z naprzeciwka idzie młody człowiek, wymownie trzyma gazetę, a mijając mnie przeciera ręką twarz. Oto, co mi komunikuje: nie miej łusek na oczach, nie trać twarzy i niechaj nic z dzisiejszych wydarzeń nie przedostanie się do gazet... Tak! Wzmógł moją czujność, postanowiłem mieć oczy otwarte na wszystko. Z rozczuleniem myślę o drepczącej starowince - mimo tak sędziwego wieku bierze udział w akcji. Ach, polskie kobiety, żony powstańców i zesłańców. Zostaje to we krwi na całe pokolenia! Raptem zdębiałem. Z przeciwka szedł oficer w mundurze z beretkami, bardzo postawny, solenny... Ten minął mnie godnie, bez zbytecznego gestu, starczy, aby dać do zrozumienia, że w ostateczności wojsko też mnie nie zawiedzie! Był w randze pułkownika, doceniłem wiec powagę sytuacji. Staruszka miała wytarty paltocik z wyliniałym kołnierzem, niemodny kapelusik, na chudych nogach pończochy w obwarzanki. Ot, taka sobie staruszka. Jakie to chytre, z jakim wyczuciem konspiracji! Ten naród ma dobrą szkołę...




Obłęd, Jerzy Krzysztoń, Świat Książki, Warszawa 2005, strony 79-81
Czytaj więcej

sobota, 8 czerwca 2013

Chwalę z ogromną przyjemnością!

Od razu mówię na wstępie - nie lubię blogowych łańcuszków. Nie wiem do końca dlaczego, ale nurzanie się w tym co lubię, czego nie, co mi się podoba, a co nie, wydaje mi się nieco bez sensu, skoro ciągle o tym piszę przy okazji opisywania różnych wrażeń z lektur. To przecież naturalnie się pojawia między wierszami. Oczywiście, jest ułatwieniem, gdy człowiek pisze, że lubi kolor niebieski i nie cierpi wtorków w jednym, krótkim wpisie pod tytułem "100 pytań do.." niż szukanie takich informacji w kilkuset wpisach, pomiędzy jakimiś innymi opisami. Wychodzę jednak z dość banalnego założenia, że ktoś, kto tu zagląda częściej, zdążył już się zorientować, że nie lubię romansów i mam słabość do Jerzego Krzysztonia. Nie czuję więc potrzeby pisać o tym w jakimś odrębnym wpisie.

Aktualny Liebster Blog to coś zupełnie innego! I dlatego z przyjemnością przyjęłam nominację Imani (Imani, przepraszam, chwilę mi zajmie oswajanie nowego nicka) i z przyjemnością biorę udział w tej edycji. Bowiem nie dotyczy mnie, a innych blogów! a chwalić blogi o książkach mogę w nieskończoność.

Źródło zdjęcia
Zacznę jednak od Imani, która podobnie zaczęła najpierw od osoby, która ją nominowała.
Nie będzie to ani przekłamaniem, ani mówieniem na wyrost, jeśli powiem, że Imani jest jedną z moich ulubionych blogowych koleżanek. Czuję tu nie tylko podobną zachłanność czytelniczą, jaką sama posiadam, ale również podobne upodobania, a coś takiego zawsze powoduje pewne odczucie bliskości. Oprócz tego Imani pisze naprawdę pięknie o przeczytanych książkach, potrafi mnie zaczarować jednym tylko zdaniem i ja cóż, tracę głowy dla książki, o której napisała, ślepo wierząc, że mnie również tak zachwyci. Dlatego jej blog to jedna z moich wielu blogowych inspiracji do lektur, które wiem, że mnie nie zawiodą. Dobrze, że często Imani czyta to co już albo mam na półkach, albo jestem w trakcie lektury inaczej z pewnością miałabym już znacznie powiększony księgozbiór. Polecam Waszej uwadze blog Myśli Czytelnika bo jest naprawdę świetnie prowadzony i wzbudza zainteresowania wartościowymi lekturami i przesympatyczną autorką.

Razem ze mną Imani nominowała następujące blogi, o których chciałabym zgodnie z zasadami, opowiedzieć parę miłych słów. Co będzie łatwe, bo Imani wybrała same przyjemne blogi.

1. Mowa liter - już sama nazwa mnie przyciągnęła, gdy tylko znalazłam ten blog w sieci, a potem okazało się, że wsiąknęłam na całego i dość szybko umieściłam na swojej liście blogów ulubionych. Mowa liter podoba mi się z wielu powodów - przejrzyste i bardzo dobrze prowadzone wpisy, kojarzące się nieco ze szpaltą z jakiegoś czasopisma, co zwyczajnie, przyciąga oko każdego mola. Sam wygląd bloga zasługuje na zwrócenie uwagi - spójrzcie proszę, jaki klarowany! Nie ma typowego, przepraszam za to określenie, blogowego śmiecia (którego zresztą wcale się nie wypieram, bo i u mnie jest tego trochę) w postaci miliona linków odsyłających do.., wklejek na różne molowe spisy, wyzwania, konkursy. Jest czysto, pięknie, przyjemnie! Mowę liter czytam z przyjemnością, nie tylko dlatego, że autorka świetnie pisze, ale też dlatego, że sama nie oglądam zbyt wielu filmów i u niej mogę znaleźć inspirację do tego co warto obejrzeć.

2. Kika i jej blog Moje pierwsze 100 lat. Zajrzałam na początku na chwilę. Przejrzałam jeden post, potem drugi. Chciałam poznać nieznane sobie blogi bliżej, ale też chciałam wczytywanie się zostawić na później, gdy już skończę wpis o Liebster Award. Nie udało się. I od razu uprzedzam lojalnie każdego, kto zechce Kikę odwiedzić. Proponuję duży kubek z herbatą/kawą/ ulubionym napojem, paczką jakichś łakoci, bo po paru godzinach możecie potrzebować kalorii i spory zapas czasu na czytanie. Bez tego możecie się spóźnić z różnymi czynnościami, czy przegapić jakieś ważne wydarzenia. Kika bowiem pisze fenomenalnie i szczerze mówiąc jest to blog, który chciałabym mieć w wersji papierowej i delektować się nim codziennie. Charakter wspomnieniowy tych wpisów, bogactwo przeżyć jakie doświadczyła Kika w swoim ciekawym życiu, ilość zmian ustrojowych jakie przeżyła, emigracja, a później powrót z niej, po czterdziestu latach, stanowią niezwykłą siłę przekazu i tworzą magiczne wrażenie, że czyta się powieść. To nie jest blog, to jest piękna książka o życiu, życiu naprawdę pięknej i wspaniałej osoby. Takie miejsca w sieci są szczególne. Dziękuję Imani, że zwróciłaś moją, naszą blogową uwagę na to miejsce i cieszę się, że mogę dołączyć do grona stałych czytelników.

3. U Nutinki - U Nutinki spodobał mi się najpierw podpis do komentarzy i obawiam się, że jak już dojdę jak taki zrobić u siebie, to bezczelnie splagiatuję, dzięki czemu uniknę w przyszłości niepotrzebnych życzeń świątecznych. W ogóle podoba mi się Nutinka, z jej podejściem do wyróżnień i wyboru lektur. Jest tu sporo książek historycznych, ale również, choć to dość nietypowe połączenie, powieści fantastycznych. Nutinka pisze naprawdę fajnie o swoich wrażeniach z lektur  myślę, że wkrótce zagoszczę u niej na stałe. Oprócz tego może wrócę do mojej niegdysiejszej ulubionej rozrywki jesienno - zimowej, czyli dziergania na drutach i szydełku, bo Nutinka do tego zachęca bardzo fajnymi wytworami rękodzieła własnego, przez co ponownie mam potrzebę, by sięgnąć po włóczkę i druty i tworzyć ciekawe rzeczy.

4. Fragmentownik to blog mojej ulubionej, zabieganej i zapracowanej Bibliopatki, u której ostatnio posty pojawiają się rzadziej, ale są wyczekiwane przeze mnie, tak jak kania wyczekuje dźdżu. Jej wpisy są wymagające, bo za każdym razem są długie i obfite w szczegóły związane nie tylko z lekturą, ale również oscylujące na tematach okołelekturowych, związanych z ambitną pracą Bibliopatki, jak również z jej psem, Bosmanem, którym możemy się zachwycać w zakładce Pies miesiąca. Bibliopatka nie tylko, że fajnie i ciekawie pisze, ale również daje się odczuć, że jest fajną osobą, którą byłoby mi bardzo miło poznać kiedyś osobiście.

5. Notatki Coolturalne czyli blog Kasi, którą mam wrażenie każdy już w sieci zna, bo jak nie znać Kasi? Kasia pisze soczyście, trzeźwo i jest bardzo szczerą blogerką. Podoba mi się u niej to, z jaką zadziornością czasami krytykuje, nie tylko książki, ale również pewne zjawiska czytelnicze. Rzekłabym blogerka z przytupem, ale również szalenie sympatyczna postać, której nie sposób nie polubić od pierwszego wejrzenia, znaczy przeczytania. Wciąga jak nałóg, a przy okazji, odsyła do bardzo ciekawych blogów książkowych. Kasia w zasadzie podsunęła mi większość blogerów, których aktualnie namiętnie podczytuję i to zresztą Kasia dodała mu sporo odwagi, gdy na początku dość nieśmiało zaczynałam komentować Wasze wpisy.

6. 52 tygodnie czytania i znowu wspaniały blog książkowy, który już kiedyś udało mi się odwiedzić, a potem zniknął mi przez moje gapiostwo. Monotema to naprawdę ciekawa postać. Gdy kiedyś zostawiła swój ślad u mnie i szukałam jej bloga, okazało się, że prowadzi ich aż kilka, z czego każdy jest tematyczny i równie interesujący. Zaś 52 tygodnie czytania, oprócz ciekawych lektur, proponuje również spotkania z kotami Monotemy, a jak wiadomo, koty to są ważne stworzenia, o których pisać i czytać można bez końca.Chyba coś w nas molach książkowych jest takiego, że nie tylko książki, ale i zwierzaki są ważną częścią naszego życia. Bardzo lubię odkrywać takie blogi, które potwierdzają to nasze molowe pokrewieństwo dusz, a blog Monotemy jest zdecydowanie jednym z ciekawszych miejsc w sieci, które warto odwiedzać, nie raz i nie dwa, tylko stale.

7. W moim świecie książek - czyż to nie brzmi ładnie? Czemu wcześniej nie znałam tego bloga? Co za niedopatrzenie! Oto Szamanka wprowadza nas w świat swoich książek, robiąc to bardzo przyjemny sposób. Ale nie tylko! Są i wpisy okolicznościowe, wpisy historyczne, ujmujące zdjęcia, dzięki czemu można również bliżej poznać autorkę. A daje się poznać jako naprawdę sympatyczna postać, która czyta niebanalne książki. Nic, tylko wsiąkać!

8. Od deski do deski - Clevera  Gdy zaczęłam czytać blog Clevery miałam wrażenie, że czytam czyjś osobisty notatnik z lektur, tak to ciekawie wygląda i jest zapisywane. Żywe, niebanalne wpisy, pozwalające albo na nowo odkryć jakąś powieść, albo zachęcające naprawdę interesująco do tych nieznanych. Do tego Clevera jest świetną obserwatorką codzienności, podobają mi się jej wpisy związane z tematami okołolekturowymi. Szczerze mówiąc, spojrzałam nieco inaczej na odbiór powszechnie tępionego Greya. I bardzo mi się podoba, że Clevera pokazuję drugą stronę medalu.

9. To przeczytałam jest blogiem, który obserwuję od dawna z ogromnym podziwem dla doboru lektur i recenzji, które są bogato ozdabiane zdjęciami, fragmentami książek, okładek. Blog, który darzę ogromnym szacunkiem, bowiem dobór lektur jest tutaj niezwykle dojrzały, a również dotyka moich ulubionych staroci, inspirując bezustannie kolejnym odkryciami. Pięknie pisane, przemyślane wrażenia z lektur są tak interesujące, że staram się walczyć z moimi oczami (mam problem z czytaniem tekstu na czarnym tle - w pewnym momencie litery zlewają mi się w jeden kleks..) i czytać je w całości. Mam tyle szacunku dla autorki, że nie potrafię ich sobie po prostu skopiować do przeczytania wygodniej na przykład w wordzie. Powiem tylko, że chciałabym pisać właśnie w ten sposób o moich lekturach.

Muszę tutaj dodać, że wszystkie te blogi, które poznałam dzięki Imani, dopisuję do listy ulubionych i naprawdę bardzo się cieszę, że dzięki tej zabawie miałam przyjemność je poznać, a teraz śledzić wpisy na bieżąco.



 Korzystając z okazji, że mogę wskazać (choć szkoda, że tylko dziesięć..) kilka innych blogów i poprosić autorów o udział (o ile oczywiście będziecie mieli ochotę) chciałabym wymienić, alfabetycznie, żeby nikogo nie wyróżniać, bo wszystkie bardzo lubię, następujące blogi:

A jak 

Andrew. Andrew Vysotsky, którego blog jest dla mnie nieustanną kopalnią. Ciągle przeszukuję, doczytuję, smakuję. Jego wpisy są niesamowicie trafne, osądy o lekturach bardzo trzeźwe i mądre, należy do moich ulubionych blogów.

Ale wkoło jest wesoło, czyli blog codzienny  o sprawach mało poważnych, ale ważnych, życiowy, ale zabawny. Gdy mam czasami chandrę to wiem, że wpisy hergon zadziałają niezawodnie. 

B jak

Bezszmer. Najpierw przyciągnęła moją uwagę nazwa, bo jest chyba najpiękniejszą ze znanych mi nazw blogów książkowych. Potem strasznie polubiłam autorkę, Patrycję, która stała się bezpośrednią przyczyną mojej miłości do powieści Iris Murdoch. Uwielbiam Bezszmer. To jest miejsce w sieci, które odwiedzam regularnie, zachłannie czekając na kolejne wpisy.

Beznadziejnie zacofany w lekturze. W zasadzie to powinnam Zacofanemu wystawić laurkę, kupić bukiet kwiatów i szampana.  A potem uzupełnić wpis w księdze zażaleń, bo nawet nie zliczę ile książek mi przez niego przybyło..

C jak 

Czytam, bo.. czyli blog Agnieszki, bardzo mądrej i dojrzałej lekturowo czytelniczki. Agnieszka inspiruje, poddaje w wątpliwość moją wiedzę i prowokuje, do kolejnych wyzwań czytelniczych. Jeden z najlepszych blogów jakie znam!

Czytanie w wannie. Niedawno odkryty blog, który bardzo mi się spodobał. Wpisy niecodziennie, nieco awangardowe, inne. Jest naprawdę świetny!

E jak

Eviva l'arte! czyli blog częściowo książkowy, częściowo artystyczny, a częściowo osobisty. Magda jest sympatyczną postacią, którą bardzo polubiłam śledzę jej wpisy od dość dawna, nawet gdy nie pod każdym się odzywam.

K jak

Kochajmy książki to blog Ultramaryny, w którym jestem po prostu zwyczajnie, od dawna zakochana.

Kraina Andersena i moja ulubiona Mery. Mery dałam się nabrać, bo pisze tak ślicznie i dojrzale, że gdy okazało się ile ma lat to przez chwilę nie mogłam tej informacji w ogóle przyswoić.

 Z jak

Zasiedzisko. Nie sposób się nie zasiedzieć u Pauli. Ona również spowodowała wiele lektur, które mnie zachwyciły i podejrzewam, ze jeszcze niejeden tytuł wyniknie z lektury jej kolejnego wpisu.


A zabawa polega na tym, żebyście zajrzeli na blogi współnominowane i opowiedzieli kilka miłych zdań na ich temat u siebie na blogu. Oczywiście, jest nieobowiązkowa.

Czytaj więcej

sobota, 1 czerwca 2013

W "Sklepach cynamonowych"..

Wpadłam w odwiedziny do Sklepów cynamonowych. Choć dawno ich nie odwiedzałam przyjęły mnie gościnnością rozlewającą się szeroką ścieżką, za którą podążając, łatwo zgubić drogę, żeby znaleźć się w ciemnym lesie, pełnym grudniowej wiosny. Droga ta zawsze poprowadzi do meandrów pięknej narracyjnej poetyki. I śniłam ulice miasteczka, bezksiężycowe ciemne noce, pokryte perłami gwiazd, ślepo mrugającymi zza chmur, dorożki bez dorożkarza i ulicę Krokodyli. Nemrod znowu wszedł wszystkimi czterami odnóżami do miski, a wicher wracał dymem do pieca. I ponownie wszystko pokryła sadza, kurz, który Adela próbowała sprzątać, walcząc z nimi jak z wiatrakami. A manekiny głuche słuchały, wypchane zwierzęta ożywały, ogród ogromniał i wybujał pięknem..

 Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote ściernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu ognia wrzeszczą świerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki polne.

A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem, jak gdyby ogród obrócił się we śnie na drugą stronę i grube jego, chłopskie bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna, babska bujność sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu, śmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką najgorszą tandetę sierpniową.*



Źródło zdjęcia

Materia ożyła i ciągle nieumarła od nowa opowiedziała o swoim nieistnieniu. Traktat o manekinach nabrał nowego wymiaru i zostałam demiurgiem słowa...
Wszystkie sprzeczności nabrały sensu, a potem zgubiły wątek. Kot mył się w słońcu.** A moja wyobraźnia, dotąd zaśniedziała, wybuchła kolorami.


Sklepy cynamonowe, Bruno Schulz, Wydawnictwo mg, Kraków 2013
*str. 16
** str. 252
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.