niedziela, 21 lipca 2013

Zawinił Francuz

Nie znam Francji. W Paryżu byłam tylko raz, na koncercie Emilie Simon. Przez trzy dni obejrzałyśmy z moją przyjaciółką ile się tylko udało na naszych krótkich nóżkach, a z koncertu wyszłam zakochana jeszcze bardziej w muzyce pięknej Francuzki.



  I to by było na tyle jeśli chodzi o koneksje z Francją. A powinno być więcej biorąc pod uwagę skromny fakt, że dla Francji pracuję od ponad pięciu lat. Jednak nie, samo to nie miało dla mnie nigdy znaczenia. Dopóki ponownie (przestałam już liczyć który to raz) nie zmieniłam szefa. Który dużo mówi o Albercie Camus i cóż zrobić, bibliofil przecież nie może odmówić sobie przyjemności poznania nowego. Tym bardziej, gdy autora poznało się pobieżnie za pomocą jednej lektury obowiązkowej, a później pechowo, nigdy się do niego nie wracało. To trochę jak zapomnienie o czymś ważnym. Jak notatka mnemotechniczna o Obłędzie, która wróciła do mnie po latach. Wiedziałam, że chcę poznać bliżej Camus, ale zwyczajnie - zapomniałam o tym. W natłoku spraw codziennych, lektur jakie wpadają co chwila do głowy, coś umknęło i stało się stratą. Dobrze, że takie straty można zawsze nadrobić. I co odkryłam? Otóż nie pamiętałam zbyt wiele z Dżumy, choć pamiętam, oceniłam ją wysoko w latach młodzieńczych. Teraz zatem wróciłam do lektury niemalże łakomie, choć pierwsze sceny przywróciły pamięci większość wątków, co absolutnie nie umniejszyło przyjemności z lektury. Ale też przypomniało mi to co z uporem maniaka miałam w głowie już na zawsze, po tej pierwszej lekturze i nieświadomie, parafrazowałam przez całe życie, co znalazło również swój wydźwięk na blogu.

Zło na świecie płynie niemal zawsze z niewiedzy, dobra zaś wola może wyrządzić tyleż szkód co niegodziwość jeśli nie jest oświecona. Ludzie są raczej dobrzy niż źli, i w gruncie rzeczy nie o to chodzi. Ale nie wiedzą w mniejszym lub w większym stopniu; jeśli zaś mowa o tym, co nazywa się cnotą lub występkiem, najbardziej rozpaczliwym występkiem jest niewiedza, która mniema, że wie wszystko, i czuje się wówczas upoważniona do zabijania.*

 I wygląda na to, że dzięki Camus na moment oderwałam się od reportaży, choć przyznaję, że Dżuma pozostaje w tematyce tego, co dotąd czytałam, różniąc się tylko tym, że to fikcja, a nie opowieść o realnych przeżyciach danej społeczności. Inaczej ma się rzecz z Obcym, którego pochłonęłam w kilkadziesiąt minut, co nie powinno dziwić biorąc pod uwagę długość tej pozycji. Lektura tej krótkiej opowieści wprowadziła mnie w konsternację. Jak się doczytałam Camus uważa, że całość streszcza zdanie mówiące o tym, że człowiek, który nie płacze nad grobem matki jest z założenia obcym, którego społeczeństwo w końcu ukarze za brak trzymania się stosownych reguł jakie regulują życie wśród ludzi. Prawdopodobnie zgodziłabym się bez zastrzeżeń z tym stwierdzeniem, gdyby nie istotny fakt z tej powieści - morderstwo, jakiego dokonał ów tytułowy obcy, czyli Marsault. Morderstwo nie wynikające z obrony własnej, z nagłego zachwiania psychiki, ze wzburzenia, czy z innego rodzaju emocji, które choć trochę mogłyby uzasadnić taki czyn. A jednak jest to morderstwo zupełnie bez powodu. Zastrzelenie człowieka, za to, że być może, prawdopodobnie groził innemu człowiekowi, sąsiadowi naszego bohatera, człowiekowi raczej spod ciemniej gwiazdy, którego stwierdzenia o byciu kumplami w ogóle nie przeszkadzają Marsault. Wydaje się jakby główny bohater nie posiadał jednej ważnej ludzkiej cechy - emocji. I nie chodzi o ten brak żalu z powodu śmierci matki, a właśnie o to morderstwo, którego nie sposób zrozumieć. I co się dzieje ze mną, czytelnikiem? Chcę poznać więcej. Wiedzieć więcej. Jak Marsault nie osądzam. Odpowiedziałem, że nic nie sądzę, ale że to jest ciekawa historia.** Bo to jest ciekawa historia, nawet gdy główny bohater sprawia, że ma się ochotę rzucić książką o ścianę. A ja chcę więcej przeczytać. I muszę przyznać, że lubię, gdy ktoś mnie naprowadza na interesujące tytuły. Teraz szukam Esejów Camus przerażona ich ceną w antykwariatach. Ale kto wie, może znajdę jakąś perełkę za rozsądną cenę.


* str. 84 z Dżuma, Albert Camus, Państwowy Instytyu Wydawniczy, Warszawa 2010
** str. 20 z Obcy,  Albert Camus, Zielona Sowa, Warszawa 2003
Czytaj więcej

poniedziałek, 15 lipca 2013

Spustoszenie w sercu

Tutaj może się doszczętnie spalić dziesięciotysięczne miasto, ale nikt się nigdy o tym nie dowie.*

--------

 Mjanma albo Birma (także: Myanmar, Mianma; Republika Związku Mjanmy) – państwo położone w Azji Południowo-Wschodniej nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim. Większymi miastami są Rangun, Mandalaj i Basejn. Graniczy z Chinami, Tajlandią, Indiami, Laosem oraz Bangladeszem. (źródło)

Dopóki generałowie pozostaną u władzy (..) nie zostaną upamiętnione ofiary cyklonu Nargis. Na tym właśnie, w moim odczuciu, polega jedna z wielkich tragedii Birmy (..) birmańska historia ginie połykana w bezwzględnie wymuszanej zbiorowej niepamięci.**


Nargis – wielki cyklon, który na początku maja 2008 roku nawiedził Mjanmę.Cyklon uformował się 27 kwietnia 2008 roku nad Zatoką Bengalską. Nad Mjanmą prędkość wiatru osiągała 190-240 km/h. W wyniku niszczycielskiego żywiołu zginęło ponad 138 tys. osób, a ponad 33 tys. uznano za zaginione. W najbardziej dotkniętym przez żywioł mieście Bogalay zginęło około 15 tys. osób. (źródło) Pozbawionych domu i rodziny zostało kolejnych dwa miliony osób.

-------

Nie jestem wrażliwa. Nie płakałam nad losem Romea i Julii jak moja siostra. Nie bałam się chodzić po cmentarzu po północy gdy byłam dzieckiem. Nie wierzę w przypadki. Nie znoszę patetycznych scen zarówno w filmach, jak i w literaturze, bo mnie złoszczą, swoją tandetną koniecznością do wyciskania łez. Mam w sobie więcej praktycyzmu niż romantyzmu. Płakałam nad reportażem Emmy Larkin.
-------

Większość osób zna książkę Orwella, jeśli nie z samodzielnej lektury, to bodaj ze słyszenia o tej słynnej antyutopii, której fabuła, nawet po tylu latach, powoduje ciągle całą masę emocji. Życie w świecie, w którym historia jest aktualizowana na bieżąco, a do wiadomości publicznej podawane są zakłamane dane, w którym każdy może w każdej chwili zostać wydany przez własne dziecko, dla wielu z nas jest jedynie fikcją, w której owszem, pojawia się wiele znanych z historii elementów, ale nadal pozostaje fikcją. Życie w Birmie, takie codzienne, zwyczajne, jest istną realizacją Orwellowskiego scenariusza. Pod dyktando wojskowej junty realizowane są wszystkie działania państwowe. Od spraw związanych z wszelkimi decyzjami politycznymi po wyznanie religijne. Mówienie o historii jest zagrażające życiu, toteż historia ta ma charakter mocno indywidualny. Każdy może poznać tylko to, co przeżył. Nie ma większych szans na poznanie historii własnego kraju z jakiegoś miarodajnego źródła.  Podawana jest jedna wersja prawdy: ta w wydaniu dyktatury. I tak wydarzenia historii najnowszej - nawet te najbardziej bulwersujące czy burzliwe - pozostają jedynie w pamięci prywatnej. *** Pogrążanie się w ekonomicznym kryzysie to jedno z konsekwencji, Głód, psychiczne zmęczenie i zniechęcanie to te idące dalej za tą pierwszą. I teraz taki kraj dopada cyklon, niszcząc setki tysięcy ludzkich istnień, siedzib i pól uprawnych. Gdy wszystkie światowe organizacje pomocowe ruszają z natychmiastową akcją ratunkową, Birma po prostu odmawia przyjęcia wyciągniętej w ich kierunku dłoni. Samoloty nie mogą lądować. Statki nie mogą cumować. Ludzie pracujący dla tych organizacji nie mają wstępu do kraju w żaden sposób. Ziszczony koszmar. Bo wiele ofiar cyklonu przeżyło i miałoby szansę na ratunek, gdyby w porę opatrzyć rany, dać im pożywienie i dach nad głową. Birma odmówiła pomocy, sama jej nie dostarczając, pozwalając tym samym na śmierć kolejnych tysięcy ludzi. I na traumę tych, którzy musieli patrzeć na leżące tygodniami, miesiącami, nieuprzątnięte, niszczejące zwłoki.


Tego reportażu nie sposób czytać bez emocji. Trzeba by być kompletnie pozbawionym ośrodkowego układu nerwowego. Być robotem. Pisanie wrażeń z tego, co dziennikarka zobaczyła na miejscu na pewno wymagało od niej, przynajmniej chwilowego, odcięcia się od własnych przeżyć. To co, zobaczyła i przeżyła, choć już po kataklizmie i po pierwszych próbach wsparcia ze strony światowych organizacji, przekracza najśmielsze wyobrażenia, czy najbujniejszą wyobraźnię. Tego nie da się wymyślić, nie da się stworzyć bez ujrzenia na własne oczy. Żadna fikcja nie ma szans.
Pewna kobieta opowiadała mi, że gdy schroniła się przed powodzią na drzewie, fala rzuciła jej w ramiona płaczące niemowlę, Więc jedną ręką chwytała się gałęzi, drugą próbowała utrzymać dziecko, lecz porwały je fale. Nie znała go i nigdy się nie dowie, czyje to było dziecko, ale obraz porywanego od niej przez wodę niemowlaka wciąż ją prześladuje. ****  A tych historii jest w tym krótkim tomie bez liku. Tysiące nieszczęść, załamani ludzie, pozostawieni sami sobie po tak ogromnej traumie, zaginione rodziny, niegojące się rany na ciele i duszy, to zaledwie ułamek tego wszystkiego, co wydarzyło się w Birmie zaraz po spustoszeniach, jakich dokonał cyklon. Jak się jednak okazuje, te spustoszenia są niczym wobec spustoszeń jakich dokonał wojskowy reżim, od lat trzymający mieszkańców Birmy twardą, niczym niewzruszoną ręką, która z metody kija i marchewki pamiętała tylko o kiju, na dodatek uposażonym w wiele dodatkowych elementów do torturowania. Głód, ubóstwo, brak możliwości celebrowania ważnych wydarzeń, wywieranie nacisku na pamiętanie wydarzeń spreparowanych, zwątpienie we własne wspomnienia, brak możliwości głosu przeciwko niesprawiedliwości, a wreszcie, po uderzeniu żywiołu, brak pomocy i wsparcia, by dalej żyć. Czy można wyobrazić sobie współcześnie większe piekło?

W moim skromnym odczuciu to jest najważniejsza pozycja tego roku. Jest przytłaczająca ogromem opisywanych nieszczęść, jest trudna w odbiorze, zmuszając czytelnika do częstego odkładania lektury na bok, tak boli każdy opis. Nie wyobrażam sobie jednak przemilczenia tego wszystkiego. Nie wyobrażam sobie, żeby świat miał się o tym nie dowiedzieć. To powinno iść dalej i głębiej przez naszą planetę. A wreszcie to powinno ostatecznie pozwolić Birmie wyzwolić się z piekła wojskowego reżimu. Mam nadzieję, że wybory, jakie odbyły się zaledwie dwa lata temu dają temu prawdziwy początek.. choć wiem, że ta nadzieja, to tak naiwnie niewiele.



Spustoszenie. Nieopowiedziana historia katastrofy i dyktatury wojskowej w Birmie, Emma Larkin, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013  

* str. 234 
** str. 196  
*** str. 194  
**** str. 208
Czytaj więcej

sobota, 13 lipca 2013

"Diuna" Franka Herberta

(..) Maud'Dib uczył się prędko, ponieważ najpierw przeszedł szkolenie, jak się uczyć. A najpierwszą ze wszystkich otrzymał lekcję podstawową, że może się nauczyć. Szokuje odkrycie, jak wielu ludzi nie wierzy, że mogą się nauczyć, a ile więcej uważa, że nauka jest trudna. *


Marcin kupił ją jeszcze w zeszłym roku, w ramach domowej akcji wspólnego czytania. Ponieważ ja raczej fantastyki nie czytam, Marcin zaś a i owszem, Herberta dotąd nie znałam, a Marcin czytał dość dawno, więc chciał sobie przypomnieć, toteż idea miała swoje uzasadnienie. Idea ideą, jednak lekturowy dobór u nas obydwojga rządzi się swoimi kaprysami, toteż chwilę trwało zanim wzięłam się do czytania. Herbert był remedium na przejedzenie się literaturą lekką, łatwą i przyjemną, która odegrała swoją rolę i zaczynała powoli męczyć.

Na Arrakis, jedyne źródło melanżu, zwaną Diuną, ród Atrydów przeniósł się po otrzymaniu przez Imperatora Szaddama IV lenna, odebranego wcześniej Harkonnenom. Paul miał wtedy piętnaście lat i choć nie urodził się na Arrakis, przeczuwał swoje życie na niej od dość dawna. Książę Leto, jego ojciec, przejął więc władzę i rozpoczął żmudny proces poznawania planety, jej mieszkańców, a co najważniejsze warunków życia, które utrudniał wszechobecny pustynny piasek i brak naturalnych źródeł wody. Nie wiedział jednak, że w jego gronie jest zdrajca, którego do zdrady zresztą pcha nienawiść do Harkonnenów, od których wierzył w to z nadzieją, odzyska to, co mu odebrano. Zdrada odniosła pełen sukces, na Arrakis ponownie zapanował chaos, ale zdrajca musiał przypłacić to życiem. Na co w sumie był poniekąd przygotowany. Marzenia marzeniami, ale człowiek jest częściej realistą niż o tym sądzi. I tak oto Paul i jego matka Jessica, zostają postawieni przed ogromną próbą - zostają sami na pustynnej Diunie, o której rdzennych mieszkańcach, Fremenach jest więcej plotek niż potwierdzonych faktów. Na pustyni pełnej nie tylko niebezpieczeństw związanych z burzami piaskowymi i odwodnieniem, ale również z potęgą stworzeń zwanych czerwiami. Na pustyni, na której władzę ponownie przejął Harkonnen. Jednak Paul nie jest zwykłym piętnastolatkiem, bowiem jego narodziny były efektem swoistej eugeniki, jaką prowadziły czarownice Bene Gesserit, a Jessica wszak była jedną z nich. Stworzony z jedynej w swoim rodzaju puli genetycznej, choć zrodzony wbrew woli Bene Gesserit, Paul ma zdolności przekraczające wyobrażenia na ten temat. Już pierwsza próba jakiej został poddany, gom dżabbar, udowodniła, że ma w sobie niezwykłą siłę znosząc tak potężny ból.

Fremeni, ludzie pustyni, ukrywający swoje istnienie w bezpiecznych siczach, opanowali życie na planecie do perfekcji. Jednak marzą o raju - prawdziwej zieleni, wodzie lejącej się z nieba, możliwości chodzenia bez filtraka i swobodnego oddychania. Ten raj obiecano im ale dopiero za kilka pokoleń. Wierzą jednak, że wspólna praca, wysiłek i ofiary jakie składają temu przyszłemu szczęściu są tego warte, nawet jeśli sami nie mają szansy by dożyć do spełnienia obietnicy. Są pełni wiary w różne przepowiednie, których częścią jak się okaże jest również Paul i jego matka. Spotkanie więc tej bezbronnej dwójki i grupy Fremenów doprowadzi do nietypowych zachowań, złamania kilku zasad, a wreszcie wiary, że to Paul jest legendarnym prorokiem. Chłopiec zresztą ma niezwykłą intuicję, dar uczenia się błyskawicznego i równie szybkiego wyciągania wniosków. A także możliwość przewidywania przyszłości, co jest bardzo cenne, gdy ma się ambicje by tę przyszłość zmieniać.

Najpierw zachwyciłam się zdolnością do uczenia, jaką posiadał Paul. Sama ciągle żądna wiedzy, pochłaniająca ją w tempie zastraszającym, aktualnie ucząca się wielu nowych rzeczy, byłam przez chwilę zauroczona tą postacią. Błyskawiczny refleks, zdolność do szybkiego analizowania faktów i wyciągania z nich wniosków, to było piękne. Gdy jednak zaczął w to wchodzić swoisty mistycyzm, wiara w przeznaczenie, którego Paul chciał uniknąć, a które w konsekwencji prowadził do spełnienia, sprawiło, że mój zachwyt nieco ostygł. Wszystko na Arrakis zostało wyśmienicie wyważone, pięknie opisane i skomponowane niemalże idealnie. Nie mam nawet argumentów na to, dlaczego książka mnie nie zachwyciła, na co miałam nadzieję. Podobała mi się, owszem, szczególnie sam pomysł Diuny, czerwie, dumni Fremeni, samo życie na planecie tak trudnej i męczącej swoim środowiskiem naturalnym, czarownice Bene Gesserit i dryfty na których poruszał się gruby baron. I do tego te piękne ilustracje Wojciecha Siudmaka! Wszystko to, wszystko zgrane wyśmienicie. Tylko zachwytu mi zabrakło.. Często musiałam siebie upominać, że początki książki to rok 1963. Co oznacza, że Herbert miał naprawdę niesamowitą wyobraźnię kreując tak złożony świat, jego religię i charaktery rdzennych mieszkańców na długo przed współczesnymi grami komputerowymi, rozwojem powieści fantastycznych i internetem. Sama budowa czerwia, jego opisy i sposób funkcjonowania zasługują na uznanie! Dlatego miesza się we mnie masa sprzecznych odczuć. Z jednej strony autentyczny podziw dla autora, bo napisał genialną historię. Z drugiej rozczarowanie, bo pomijając świat fantastyczny, po raz kolejny czytałam o walce o władzę, którego to tematu literatura podejmuje się od dawna, niezależnie od gatunku. A jednak gdzieś tam we mnie rodzi się coś w rodzaju oddania dla autora. I chęć sięgnięcia po kontynuację kronik Diuny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że książka działa jak przyprawa zwana na Arrakis melanżem, od której człowiek nawet nie wie kiedy, powoli się uzależnia na zawsze. Najpierw, niczym przy mżawce, nie czuje się nic. A po chwili człowiek jest już cały mokry. A czytelniczka szuka kolejnych tomów, choć chwilę wcześniej zarzekała się, że nie czuje zachwytu,..


Diuna, Frank Herbert, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2012
*str. 92

Czytaj więcej

środa, 10 lipca 2013

Ten nieznajomy

Czasami uda mi się odkryć jeszcze coś nowego, coś mi nieznanego, zaskoczyć samą siebie. Nie to, żebym uważała, że jestem ekspertką i wiedziała o Jerzym Krzysztoniu wszystko. Bo nie wiem i prawdę mówiąc nie chcę wiedzieć. Chciałabym właśnie tak ciągle poznawać, ciągle odkrywać. Powoli jednak dociera do mnie brutalna prawda - lista kurczy się boleśnie do coraz mniejszych rozmiarów..

Ten nieznajomy był efektem moich dość częstych wizyt w antykwariatach internetowych i wrzucaniu tradycyjnego hasła: "Jerzy Krzysztoń". I proszę, nagle pojawił się tytuł zupełnie nowy! Absolutnie nie kojarzyłam, by w twórczości Krzysztonia była również sztuka! A jednak była. Krótka, w dwóch aktach zaledwie, ale z uwagami reżyserskimi (wypowiedział się Jan Bratkowski), które nie mniej interesująco uzupełniają sztukę o wizję przełożenia tego utworu na scenę.

Z informacji zaczerpniętych dzięki stronie e-teatr.pl wynika, że sztuka nie tylko zaistniała na papierze, ale także na deskach teatrów i nie zawsze pod tym samym tytułem:

Ten nieznajomy - wszystkie realizacje
Autor: Jerzy Krzysztoń

Ten nieznajomy
miejsce premiery:     Praski Teatr Ludowy  Warszawa
data premiery:     1965-06-12

Towarzysz N
miejsce premiery:     Teatr Telewizji
data premiery:     1971-04-02

Ten nieznajomy
miejsce premiery:     Teatr Dramatyczny  Gdynia
data premiery:     1983-12-10

Tow. N
miejsce premiery:     Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego
data premiery:     1986-03-22

Sama sztuka jest krótka. Jej treść zawarta jest na zaledwie 87 stronach, po których następują uwagi reżyserskie. Fabula też jest krótka i jak na Krzysztonia, nieco jakby zarysowana, niepełna, niewyczerpująca potencjału, jaki jest zawarty w temacie obcego, naruszającego spokój niewielkiego miasteczka. Bo właśnie nim jest ów nieznajomy, pojawiający się nagle w Miasteczku gość z Warszawy, znany ludziom tylko z imienia i nazwiska, ale w mniemaniu wszystkich, będący jakąś szychą, ważną postacią, kimś kto został nasłany na miasteczko by je.. zadenuncjować? skompromitować? Prześledzić, sprawdzić, pogrążyć Burmistrza? Tego nie wiadomo, dlatego ostrożne zachowania nie zawadzą, spełnianie ewentualnych zachcianek może pomóc, ogółem sytuacja urasta do jednego wielkiego koła podejrzeń i niczym niepotwierdzonych przypuszczeń, które podsyca postać widmowej Staruszki, pojawiającej się w różnych momentach akcji, z ostrzeżeniem o rychłej zgubie, jakiej zapowiedzią ma być pojawienie się owego nieznajomego.

Całość tak naprawdę staje się żywa dzięki uwagom reżyserskim, w których nie tylko następuje kolejno omówienie postaci występujących w sztuce, czy fabuły, ale również podpowiedzi dla aktorów, którzy mają odgrywać poszczególne sceny, trudności wynikających z pewnych momentów, wewnętrznych przeżyć postaci, sposobu oddania różnorodnych sprzeczności, czy wreszcie odpowiedniego zamknięcia całej fabuły. W efekcie jednak pozostaje wrażenie niespełnienia. Bo chciałoby się więcej, a tu za chwilę cały tekst się kończy. A za ostatnią stroną powinna być podnosząca się kurtyna i scena w Miasteczku i Staruszka wieszcząca nieszczęście.. I wtedy byłoby zapewne olśnienie. A tak pozostaje uczucie, że czegoś zabrakło. Aż przykro, bo to przecież Krzysztoń, który nigdy nie zawiódł mnie słowem pisanym. I nie, nie mogę powiedzieć, by zawiódł i w tym przypadku. Zabrakło mi po prostu olśnienia tym razem. Co może swoją drogą potwierdzać, że to wyjątek potwierdzający regułę odnośnie utworów Jerzego Krzysztonia.


Ten nieznajomy, Jerzy Krzysztoń, Wydawnictwo Związkowe CRZZ, Warszawa 1967
Czytaj więcej

sobota, 6 lipca 2013

Z węża zawsze narodzi się wąż




autor zdjęcia: Greg Marinovich, żródło




Ciotka Aarona Mathope odprawia żałobę przy dziewięciomiesięcznym dziecku zarąbanym na śmierć przez napastników z Inkathy, wspieranych przez policję w townshipie Boipatong 18 czerwca 1992 roku. Zginęło wtedy czterdzieści pięć osób. Jeden z przywódców Inkathy tak wytłumaczył zabicie Aarona: "Trzeba pamiętać, że z węża zawsze narodzi się wąż". (Greg Marinovich)


Zdjęcie i opis znajdują się w części albumowej książki Bractwo Bang Bang, Grega Marinovicha, Joao Silva, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012
Czytaj więcej

piątek, 5 lipca 2013

Migawki z ukrytej wojny


Patrzyliśmy jak umierają na naszych oczach i robiliśmy zdjęcia.*

-----------

Wzięłam udział w tym konkursie (Okiem fotografa) na portalu lubimyczytac.pl na przekór samej sobie - bo wtedy książka Bractwo Bang Bang w ogóle do mnie nie przemawiała. Zaś temat konkursu jak najbardziej. Tamto zdjęcie, które zgłosiłam właśnie do konkursu chodziło za mną przez ponad dwa lata. Często pojawiało się w mojej głowie w najmniej spodziewanym momencie. Przypominało mi, że to moje biadolenie z różnych błahych powodów jest żałosne. Ustawiało do pionu. Teraz myślę, że to był ledwie przedsionek piekła. Zdjęcia fotografów wojennych z bractwa Bang Bang są pełne grozy i okrucieństwa, udowadniając, że żaden żywioł nie jest w stanie dokonać tylu spustoszeń, tyle bezsensownej śmierci, co człowiek.

------------
Bractwo Bang Bang.

Ken Oosterbroek:

Źródło zdjęcia
  Teraz mogę iść na całość. Bardzo proszę, niech ktoś da mi taką szansę, żebym mógł pójść na całość. (..) ALE niech to będzie coś rzeczywistego. Prawdziwego, dziejącego się tu i teraz, żywego. Praca mająca znaczenie. Coś co sprawi, że podskoczy mi adrenalina, a o czy wyjdą z orbit, mózg się zlasuje od nadmiaru możliwości i odjazdowych zdjęć. Jestem fotografem. Dajcie mi pracować!**

Fragment dziennika Kena Oosterbroek'a umieszczony w książce Bractwo Bang Bang.

Ken zginął 18 kwietnia 1994 roku podczas fotografowania ostrzeliwanego hotelu w townshipie Thokoza.


Kevin Carter:

Źródło zdjęcia

Byłem zbulwersowany tym co oni robią. Byłem zbulwersowany tym, co ja robię. Ale potem ludzie zaczęli mówić o tych zdjęciach, narobiły trochę szumu. I wtedy poczułem, że może moje postępowanie nie było tak całkiem złe. Bycie świadkiem czegoś tak potwornego niekoniecznie musi być czymś złym. ***

Kevin zmarł 27 lipca 1994 roku.

Greg Marinovich i Joao Silva

Źródło zdjęcia
Jedyni żyjący fotoreporterzy z grupy czwórki zwanej Bractwem Bang Bang. Obaj przetrwali zarówno Wojny Hotelowe, jak i inne konflikty zbrojne, w których ryzykowali życiem i zdrowiem, płacąc za ujęcia fotograficzne i filmowe wysoką cenę. Greg był wielokrotnie ranny. Joao stracił nogi. Wspólnie pracowali nad książką Bractwo Bang Bang.

 --------

     Bractwo Bang Bang trudno jednoznacznie określić reportażem, choć jest świadectwem faktycznych zdarzeń, które obserwowali i fotografowali członkowie znanej grupy Bang Bang. Jest tu trochę swoistego pamiętnika, związanego ze wspomnieniami z okresu dorastania w RPA, poznawania kolejnych fotoreporterów, z którymi przyjdzie im utworzyć w przyszłości tę niespotykaną grupę i relacja z ostatnich chwil życia Kena i Kevina. A przede wszystkim żywa, ilustrowana fotografiami, relacja z Wojen Hotelowych, najgorszych z możliwych rodzajów wojen, bo wojny domowej.
 
Ken, Kevin, Greg i Joao. I wielu innych, bo umowna nazwa określająca reporterów jako tych Bang Bang dotyczyła wielu fotoreporterów wojennych. Ale książka jest głównie o tej czwórce, bowiem to im przyszło pracować razem przez przypadek, a potem przyjaźnić się już z wyboru. Każdy z nich zaczynał solo, każdy miał innych charakter i trochę inaczej odbierali wszystko to, co obserwowali i zapisywali na kolejnych kliszach. Łączyło ich na pewno to, że w sytuacjach, które przyszło im przeżyć, wyciągali aparat. Przez kamerę aparatu byli świadkami strzelanin, pościgów za ofiarą, bezrozumnego zabijania wprost na ulicy, wielu, wielu śmierci. Także w swoim, reporterskim gronie.

autor: Greg Marinovich, źródło zdjęcia
Pokazali światu Wojny Hotelowe z końcowego okresu apartheidu, z bardzo bliska. Udokumentowali te śmierci wielu ludzi, które obserwowali okiem reportera, zasłaniając się aparatem niczym tarczą, będąc niemymi świadkami tego potwornego spektaklu - od pościgu, przez lincz do podpalenia lub innej metody uśmiercenia. Wszystko to przeraża ogromem bólu jaki zadawano ofiarom przed śmiercią, ogromem strat jakie ponieśli niewinni ludzie, ogromem szaleństwa, ogromem wydawałoby się beznamiętnej obserwacji reporterskiej, która po prostu wywoływała konieczność strzelania kolejnych ujęć. Jednak nie była to wcale beznamiętna obserwacja, a fotografie jakie obiegły świat kosztowały fotoreporterów dużo zdrowia i negatywnych emocji. Odbijały się na ich codzienności i relacjach z ludźmi. Spowodowały, że tylko w swoim towarzystwie mogli czuć się tak naprawdę i do końca rozumiani, ponieważ nikt, nawet najbliższe im osoby nie były w stanie pojąć wielkości wewnętrznej walki, jaka się w nich rozgrywała, sensu snów, jakie mieli, a także znaczenia tej pracy, jaką wykonywali. A dość szybko okazało się, że ta praca uzależnia. Adrenalina jaką odczuwali dawała mocnego kopa, takiego, że późniejsze próby, by wykonywać zdjęcia w jakichś łagodniejszych okolicznościach spełzały na niczym. Wojna, walka, bycie w centrum tworzenia się historii, w centrum ważnych wydarzeń, to powodowało, że chwytali za sprzęt i biegli w samo piekło, tak jakby tylko tam mogli zaznać spokoju. Nie nauczyli się respektu dla własnego życia pomimo odniesionych ran. Za każdym razem wracali na pole bitwy. Tak przynajmniej najczęściej robił Greg i Joao. Ten ostatni zapłacił za to ceną własnych nóg. Albo popadali w chaos własnych emocji. Sięgali po narkotyki i alkohol by je zagłuszyć. Jak Kevin, który w końcu nie zniósł już samego siebie i zamknął się w samochodzie z wężem ogrodowym, którego drugi koniec był przymocowany do rury wydechowej..

Jest w tej książce ważna część poświęcona historii RPA, świata, wydawałoby się tak odległego, że aż nierealnego, a jednak, proszę, spójrzcie na te zdjęcia - bardzo, bardzo realnego. Ta historia, choć może nie jest przedstawiona tak drobiazgowo jak popełniłby to kronikarz, wprowadza w świat wielkiego rasizmu, wojny domowej i głodu, który ona spowodowała. Gdzie tak zwany Biały wysiedla Czarnego ze "swoich" miast. Najpierw wysiedla z miast, a potem daje skrawki ziemi, gdzie można zbudować jakąś chałupkę, jeśli ma się szczęścia, bądź wysiedlają ich do mieszkań w hotelach robotniczych, w których warunki przypominają te z łagrów. Kilka, lub kilkanaście osób na pokój, warunki sanitarne wołające o pomstę do nieba, rozdzielanie małżeństw, bo takie jest administracyjne widzimisię.. Co tylko potęgowało ten wewnętrzny konflikt, który nie poprzestawał na pojedynczych morderstwach, ale wyzwalał eskalację agresji. Zabicie więc niewłaściwej osoby można było skwitować "ach, to Pondo? on zasłużył na śmierć". Nieważne, że nie był tym, za kogo go uważano. I tak zasłużył na śmierć. A wszystko to to zwykła rozgrywka polityczna, którą u nas co najwyżej by poprowadzono wysokimi nakładami finansowymi z pieniędzy podatników. Tam płacono ludzkim życiem. I choć chwilami wydaje się, że takim anonimowym, bo nawet tłum ścigający ofiarę nie zawsze był pewien kogo ściga, a jednak te ofiary nie były anonimowe, a ich rodziny cierpiały i nawet po wielu latach wspomnienia nękały ich jak żywe.. Rodzina Rapoo nadal nie czuje się w kuchni bezpiecznie, biedna Joyce ciągle wierzy, że jej wnuczka Mimi, jest zombie.. Bo dzięki temu wciąż ma nadzieję na powrót dziecka.

Próba opowiedzenia sobie nawzajem tej historii sprowokowała też wiele pytań o własny charakter, własną naturę, a wreszcie, pytań o człowieczeństwo. Kiedy człowiek naciska spust migawki, a kiedy przestaje być fotografem? Odkryliśmy, że aparat fotograficzny nigdy nie był dla nas filtrem, za pomocą którego broniliśmy się przed tym, czego byliśmy świadkami i co fotografowaliśmy. Było dokładnie na odwrót - wydawało się nam, że sceny, które utrwalaliśmy na filmach, wypalały się także w naszych umysłach. ****

Te pytania, o własne człowieczeństwo, o sens ich zawodu, powtarzały się przez wiele momentów w ich życiu. Nie znajdują oni jednoznacznej odpowiedzi. Ale też widać, że jednego są pewni. To jest ważne, żeby świat zobaczył historię, o której być może przeczytano by jakąś prasową wzmiankę i za chwilę zapomniano. Wobec ich zdjęć zaś trudno było przejść obojętnie. Wobec tej książki również nie można.


Bractwo Bang Bang, Greg Marinovich, Joao Silva, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012
* str. 175
** str. 45
*** str. 46
**** Prolog, str. XXII

Czytaj więcej

środa, 3 lipca 2013

Bo życie pisze ciekawsze scenariusze..

Za dużo fikcji ostatnio. Wszystko zaczęło wydawać mi się wtórne, zdawało powtarzać się w schemacie. Zatęskniłam za życiem. Za jego prawdziwym obliczem, bez dodatków narracyjnych. Na tyle, na ile to możliwe właśnie to dają mi w ostatnich dniach reportaże. Wydawnictwo Czarne zaczyna plasować się powoli na drugie miejsce w moim prywatnym rankingu wydawnictw (na pierwszym bez zmian, Wydawnictwo Czytelnik) , co do których nie muszę mieć wątpliwości, czy dana pozycja będzie dobra i mnie zainteresuje.

Reportaże Mariusza Szczygła stały sobie jakiś czas na półce, pożyczone od przyjaciółki. Która wie, że oddam, więc nie było pośpiechu. I proszę, jak piękne się wpisały w aktualne potrzeby.

------------

Uświadomiłam sobie, że szpital dla psychicznie chorych jest w Czechosłowacji jedynym normalnym miejscem, bo wszyscy mogą tam bezkarnie mówić, co naprawdę myślą.*



Dokształcam się dzięki reportażom. Obserwuję w sobie ponownie chęć do poznawania świata i ludzi, co ostatnio było we mnie nieco uśpione. Nawet, gdy ci ludzie jawią się jako osoby mocno zakłamane, albo ciut zbyt dziwaczne, nawet jak na moje tolerancyjne podejście do sprawy. Bo sama nie wiem czy chciałabym poznać mieszkańców Pitcairn. Natomiast Czechów? Bardzo chętnie! W ogóle, chciałabym wybrać się do Pragi i chodzić ulicami Franza K. Popytać o kafkarnę. I zrozumieć z kontekstu, co to znaczy.

Reportaże Mariusza Szczygła to niezwykłe świadectwo czasów, jakby się zdawało bardzo odległych, ale ciągle żywych w sercach i umysłach ludzi, o których pisze. Taki Bata (Ani kroku bez Baty), prekursor orwellowskiego świata z Wielkim Bratem w roli głównej, którego buty są znane dużo bardziej, niż idąca za nimi historia, wciąż jest legendą, nawet jeśli ta legenda ma negatywny odcień. Pozostawione dziedzictwo i wspomnienia pracowników świadczą o pełnym, niczym nieskrępowanym inwigilowaniu pracowników- od ilości przepracowywanych godzin, poprzez miejsce zamieszkania, z metrażem stosownym dla jego rodziny i kuchnią tak małą, że niewiele się w niej mieści, ale za to blisko sąsiada, którego się mimowolnie szpieguje, po zakończenie "współpracy" na warunkach pracodawcy.

Lida Baarova, źródło zdjęcia
O, albo piękna aktorka Lida Baarova. Była taka głupia, czy tak bardzo chciała po prostu grać, co ułatwiały jej przez pewien czas hitlerowskie Niemcy? Obraz jaki się wyłania z reportażu Tylko kobieta nie jest jednoznaczny. Z jednej strony widać w nim młodą kobietę, która chciała zostać aktorką, z drugiej, istotę zagubioną w tyglu historii, gdy zainteresował się nią zarówno Hitler, jak i Goebbels, a poza tym osóbkę płochą i nieco trzpiotowatą, nie do końca świadomą powagi wojennej sytuacji i oceny społeczeństwa, dla którego była zwykłą zdrajczynią. Jakby na to wszystko nie patrzeć, Lida była intrygującą postacią z bujnym zapleczem historii własnej, na tle burzliwej historii własnego kraju i całej Europy. A jej własne słowa, że była tylko kobietą? Szczygieł nie ocenia swoich bohaterów. Pozostawia to bez komentarza czytelnikowi.

Źródło zdjęcia
Takich historii w Gottlandzie jest mnóstwo. Największe wrażenie robi opowieść o nieszczęsnym rzeźbiarzu Otokarze Svecu, któremu przypadło do wykonania nieszczególne zadanie, jakim był projekt i wykonanie ogromnego pomnika wielkiego wodza, Stalina (Dowód miłości). Biedakowi, nie było dane dotrwać do odsłony swojego dzieła. Długość przygotowań, ciągłe podleganie ocenie, presja jaką na niego wywierano przechyliły czarę goryczy. I jeszcze reżyser, Jan Prochazka, który miał tego pecha, że podpadł władzom i z kochaneczka ludu został szybko przemieniony we wroga. Jedenaście miesięcy.. jego organizm nie wytrzymał nagłej odmiany losu. A najgorzej było wtedy z pogrzebami.. stały się nagle mocno kłopotliwe (Kochaneczek ludu). I tylko w szpitalach psychiatrycznych można było mówić to, co człowiek naprawdę myśli. Bo gdzie indziej może by cię jeszcze nagrali i przetworzyli to na swój sposób, taki, by człowieka pogrążyć.

Całość jest świetne skomponowana i zgrana w tym jednym tomie. Mimo tego, że historie często dotyczą innych ludzi i nieco innych czasów, mają ze sobą wspólne mianowniki. Jak niektóre miejsca, czy podobne osoby w kręgu znajomych, bądź wrogów. Wszystko to czyta się diablo dobrze, nawet gdy pewne opowieści wydają się niewiarygodne, mrożą krew w żyłach lub po prostu, zasmucają i wywołują masę refleksji. Człowiek człowiekowi.. Mogę tylko powiedzieć, że taki cykl absolutnie nie zaspokaja głodu i po lekturze ma się tylko ochotę na więcej. I więcej.



Gottland, Mariusz Szczygieł, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2006
* str.149
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.