sobota, 31 sierpnia 2013

Podsumowań nie lubię!

Ponieważ kojarzą mi się z moją pracą i comiesięcznie prowadzoną statystyką i raportami. A w końcu Moja Pasieka to miejsce na przyjemność czytelniczą (i nie tylko). Tym razem jednak, skoro robiłam jakieś założenia i je opublikowałam (tutaj) wypadałoby podsumować ich realizację.

Dla przypomnienia, stos założonych lektur:


Czyli:

1. Stara Słaboniowa i Spiekładuchy, Joanna Łańcucka - udało się i napisałam o wrażeniach z lektury tutaj
2. Legion Elżbiety Cherezińskiej - kolejna część planu zrealizowana i o moich zachwytach można przeczytać tutaj
3. Cesarz Ryszard Kapuściński - znów powodzenie! nie jest tak źle jak widać z założeniami. O Cesarzu pisałam tutaj
4. To nie jest zawód dla cyników Ryszard Kapuściński - również przeczytane i wpis znajdziecie tutaj
5. Żyj wystarczająco dobrze, zbiór wywiadów z psychologami przeprowadzonymi przez Agnieszkę Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego - świetna pozycja, która umiliła mi pewną niedzielę, o czym pisałam tutaj

6. Albert Camus Oliviera Todda - cóż.. Marlow ostrzegał.. książkę co prawda nadal próbuję czytać w przerwach, ale przyznaję, że Todd ma tak toporny styl, pisze tak wiele niepotrzebnych informacji (typu całe akapity poświęcone osobom, z którymi Camus rozmawiał, ale które niespecjalnie wpłynęły na jego życie czy poglądy), że jest zwyczajnie nużąca.. Staram się nie poddawać jednak i próbować ją doczytać.

Oprócz planowanych lektur udało mi się przeczytać kilka nadprogramowych, co mnie cieszy i potwierdza, że mimo natłoku obowiązków daję radę powrócić na stałe, czytelnicze tory.

Warto wspomnieć, że sierpień też zaowocował teatralnie, bo w sumie już trzy razy byłam w teatrze, śmiałam się i wzruszałam i planuję podobną "normę" wyrobić we wrześniu.
A pozostałe plany? Do biegania zbierałam się trochę dłużej, ale mogę już powiedzieć, że biegam trzy razy w tygodniu. Do angielskiego przykładam się także za pomocą fiszek, które są idealne do powtórek w pociągu czy tramwaju. Teraz tylko mam nadzieję, że wraz z chłodniejszymi wieczorami nie minie mi zapał do biegania.

I to by było na tyle jeśli chodzi o podsumowanie sierpnia. Rozważam, czy na wrzesień też nie zaplanować paru "lektur obowiązkowych" żeby się nieco bardziej zmotywować.. ;)


Czytaj więcej

piątek, 30 sierpnia 2013

"Słów twoich słucham z ogromną radością".. "Hamlet" w Teatrze Współczesnym

Trochę zbyt długi wstęp i dywagacje różniste, czyli część, którą można pominąć i przejść od razu do części zasadniczej..

Zakochuję się powoli w Teatrze Współczesnym. Jak przy spotkaniu z ukochanym, już od przekroczenia jego progów czuję przyjemny dreszcz oczekiwania. I jak to z ukochanym bywa, potrafi mnie zaskoczyć zarówno pozytywnie, jak czasami trochę mniej. Nigdy jednak nie mogę powiedzieć, by pozostawiał mnie obojętną. I to jest chyba siła jego uroku.

O moją edukację w zakresie wiedzy z Hamleta (i nie tylko!) zadbała Małgorzata Musierowicz (także sarkania jaka to jestem bezmyślna czytając jej książki naprawdę mam kompletnie gdzieś). Bardzo dokładnie i skrupulatnie, że chwilami monologi księcia duńskiego same wyrywały mi się z ust. Niebywałe! Minęło tyle lat, a ja ciągle pamiętam próby Anieli, zagadki jakie rozwiązywali Munio i Tunio, ba nawet przekłady.. Gdyby nie moja wrodzona nieśmiałość zapewne już dawno pukałabym do poznańskich drzwi z bukietem kwiatów i listem dziękczynnym. Zamiast tego kupuję wszystkie książki, czytam, zachwycam się, kocham niezmienną miłością dozgonną i mam nadzieję, że to mówi wszystko. Bo tak poza tym, po hamletowsku mogę powiedzieć, że taki ze mnie nędzarz, żem nawet w podzięki ubog(a)*

Biedny, szarpany skrajnymi emocjami książę Hamlet był dla mnie zawsze postacią fascynującą, a jednocześnie budzącą litość. Choć skłamałabym mówiąc, że to on powodował największe emocje podczas lektury najsłynniejszego szekspirowskiego dramatu. Oczywiście, największe emocje zawsze, ale to zawsze budziła postać biednej, oszalałej z rozpaczy Ofelii.. Chwilami, w amoku różnych skrajnych emocji można by nazwać każdą z nas, kobiet, Ofelią. Targane nimi robimy dziwne, niewytłumaczalne rzeczy. Lubię jednak jedynie literacką Ofelię, te prawdziwe są dla mnie zbyt już straszne. Jej nieśmiały urok i rozdawanie rozmarynu i stokrotek, choć w dłoniach same badyle.. I zawsze gdy docieram do tego opisu czuję żal.

John Everett Millais, Ophelia, 1851-2., źródło


Nie dość ostrożnie wspięła się na drzewo.
Złośliwa gałąź złamała się pod nią.
I z kwiecistymi trofeami swymi
Wpadło w toń biedne dziewczę. Przez czas jakiś
Wzdęta sukienka niosła ją po wierzchu
Jak nimfę wodną i wtedy, nieboga,
Jakby nie znając swego położenia
Lub jakby czuła się w swoim żywiole,
Śpiewała starych piosenek urywki (..)**


Kamila Kuboth (Ofelia), Wojciech Zieliński (Laertes)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Hamlet w Teatrze Współczesnym

Ad rem, jak mawiają niespokojni, niecierpliwi, ci którym Poloniusza język jest nadto rozwlekłym, a meritum zbyt upragnione. Ach, słowa, słowa, słowa..

Fabułę Hamleta jak mniemam znają wszyscy, choć założenie to może być nieco niebezpieczne. Wszak czytanie scenopisów sztuk teatralnych, gdzie tak naprawdę potrzeba ogromu wyobraźni reżyserskiej podczas czytania niemal "nagich" dialogów, może okazać się ostatecznie trudne, nudne i żmudne. Zachowując zatem pewną ostrożność we własnych domniemywaniach pozwolę sobie w skrócie ją nieco przytoczyć. Hamlet, książę duński, syn niedawno zmarłego króla, przeżywa prawdziwe rozterki gdy jego matka, tak niedawno owdowiała, szybko ponownie wyszła za mąż, co więcej za brata swego dotychczasowego małżonka. Czy można krócej przeżywać żałobę po ponoć ukochanym mężu? Rozterki te jednak zostaną wkrótce zwiększone przez ukazanie się ducha zmarłego i opowieść o mordercy, którym według ducha miał być właśnie brat króla. Hamlet nie do końca zawierza tej rewelacji i sprawdza swego stryja podstępnie przygotowaną sztuką, podczas której Klaudiusz gwałtownymi emocjami potwierdza podejrzenia. Co zatem może zrobić syn swego ojca wobec jego mordercy? Mścić się? Wybaczyć? Jak dalej żyć z taką wiedzą? Hamlet to dramat niesamowicie uniwersalny, bo wciąż i od nowa pytający o sens życia w świecie, w którym ciągle jest tyle zła, hipokryzji i intryg. A reszta, cóż, chyba zawsze będzie milczeniem.

Gdy na scenie robi się ciemno, gdy oświetlenie pada tylko na wzniesioną na lewej górnej partii sceny wieżę wartowniczą, widz jest momentalnie przenoszony do Danii, na zamek w Elsynorze, późną porą nocną. Działa magia. Oświetlenie, muzyka, słowa aktorów i nagle pojawiają się dreszcze, oto bowiem przybywa Duch. Choć nie widać żadnej postaci, a jedynie jej złudzenie, jej zarys poprzez słowa rozmówców, muzykę i to światło niczym zaświatów, bujna wyobraźnia podpowiada obraz Ducha. Jestem w Danii, znalazłam się w Elsynorze, nie ma mnie. Podobnie jak Horacy nie dowierzam w istnienie ducha, a potem wierzę, bo widzę. Dalej już mogę tylko starać się nie oddychać za głośno. Dobrze, że przyspieszony oddech zagłusza muzyka..

Hamlet w wykonaniu Borysa Szyca chwilami zdumiewa, chwilami śmieszy, chwilami zadziwia błazenadą, ale czyż w tym szaleństwie nie tkwi właśnie metoda? Szyc włożył w tę rolę naprawdę ogromny wysiłek i dużo pracy, widać po zakończeniu spektaklu wycieńczenie na jego twarzy i niemą prośbę o zakończenie burzy oklasków, jaka rozpętała się chwilę po opadnięciu kurtyny, która choć widocznie go cieszy, to też nie pozwala w końcu na zasłużony odpoczynek. Szyc okazuje się być naprawdę niezwykłym aktorem dramatycznym. Zatrważające są sceny gwałtownych emocji, których w końcu w przedstawieniu nie brakuje. Gdy Hamlet prowadzi najsłynniejszą z rozmów z matką, podczas której niemalże ją dusi, Szyc odgrywa tę scenę całym sobą. Deski sceny drżą od jego gwałtownych uczuć, a Gertruda naprawdę umiera ze strachu. Walka jest zawsze na śmierć i życie, nie ma markowanych ciosów. A monologi? Tu nie mam do końca przekonania.. Był i nie był Szyc dobry. Był, bo nie podłożył się patetyczności jaka aż wyziera z tych wszystkich słów, które wydobywa z siebie Hamlet w chwilach przemyśleń. Nie był, bo czasami emocje nie szły w tym kierunku jaki wyznaczał sens słów. Może to jeszcze kwestia nawyku, że Hamlet jest poważnym, targanym emocjami człowiekiem, który cierpi prawdziwe, egzystencjalne rozterki i mają one jak najbardziej realne podłoże. Może to moja wina, że odebrałam Hamletowi zdolność do uśmiechu, do dystansu do samego siebie. Nie zmienia jednak wcale to faktu, że nie mogłam oderwać oczu od Szyca, cała uwaga, cała sala była skupiona na jego Hamlecie i był to Hamlet bardzo ludzki i bardzo miotany emocjami. Mogę wiele nieprzychylnego powiedzieć o kreacjach filmowych Borysa Szyca, ale ta jedna dotąd mi znana, teatralna, mocno zweryfikowała moje zdanie na temat jego pracy aktorskiej. Bardzo pozytywnie muszę dodać.

Borys Szyc (Hamlet, syn poprzedniego, a synowiec teraźniejszego króla)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Artur Kruczek (Gildenstern), Borys Szyc (Hamlet), Kamil Przystał (Rozenkranc)
fot. Magda Hueckel (źródło)

   Siłą spektaklu zdecydowanie są role męskie. Na uwagę oprócz Hamleta zasługuje Wojciech Zieliński, niezwykły jako Laertes. Przemawia za tym wyrazistość odgrywanej przez niego postaci. Choć Laertes pojawia się na początku sztuki, a potem długi czas przebywa poza jej kulisami, trudno zapomnieć o Wojciechu Zielińskim i jego krótkim pobycie na scenie. Wyraźna zmiana też jaka zachodzi w Laertesie, od tego początkowego, gdy łagodnie żegnał się z siostrą i upominał ją odnośnie uczuć wobec Hamleta, po tego końcowego, gdy wzburzony najpierw śmiercią ojca pragnie się mścić, a później śmiercią siostry jest już przepełniony żalem i wściekłością, sprawia, że trudno zapomnieć tego aktora i zostaje jakiś powidok jego emocji pod powiekami..
    Horacy w wykonaniu Michała Mikołajczaka to wierny i prawdziwie oddany druh Hamleta, zaangażowany w jego sprawy, bacznie śledzący Klaudiusza podczas przedstawienia. Jego emocje prawdziwe i pełne oddania sprawie przyjaciela  powodują, że zapominam o poprzedniej roli tego sympatycznego aktora (Sieka w Zabójcy), jest on dla mnie Horacym z krwi i kości. Podobnie z Klaudiuszem, zakłamanym królobójcą, który tak szybko wdarł się na tron swego brata i w łoże jego żony. Andrzej Zieliński w tej roli jest równie wiarygodny jak w roli Pignon, nijakiego człowieka, a teraz możnego władcy, którego własne żądze przytłumiają wyrzuty sumienia. Role kobiece są jednak już trochę słabiej dobrane i tu głównie kuleje postać Gertrudy. Jakkolwiek Katarzyna Dąbrowska stara się odtworzyć rolę matki Hamleta bardzo dobrze tak jednak kontrast jej młodej twarzy z twarzą starszego od niej syna budzi drobny sprzeciw. Między aktorami jest sześć lat różnicy i niestety, tę różnicę widać. Uderzająco wygląda młoda kobieta, która ma odgrywać rolę matki w kontraście ze starszym od siebie aktorem, który wcielił się w rolę jej syna. Być może zabrakło jakichś elementów charakteryzacji, które mogłyby tę różnicę choć trochę zmniejszyć, bowiem sama, trochę dodająca wieku, fryzura nie wystarczyła.
   W rolę Ofelii wcieliła się Kamila Kuboth, znana już z Zabójcy jako Oksana. Ofelia, ta najważniejsza kobieca postać sztuki zawsze budzi największą ciekawość, a co za tym idzie, ogromną uwagę widza.

Wojciech Zieliński (Laertes), Kamila Kuboth (Ofelia), na drugim planie Sławomir Orzechowski (Poloniusz)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Na początku przyznaję, patrzyłam na aktorkę bez przekonania. Dotąd Ofelia kojarzyła mi się z pewną dziewczęcą zwiewnością, tu zaś zabrakło tego trochę, choć Kamili Kuboth nie można odmówić ani uroku, ani urody. Jest coś w głosie tej aktorki co chwilami odbiera mu dziewczęcą nośność i być może sprawia ów efekt braku zwiewności. Jednak scena obłąkania, gdy Ofelia rozdaje wszystkim obecnym kwiaty, śpiewając stare piosenki, zmienia bardzo wiele w percepcji tej roli i robi spore wrażenie, które zaciera wcześniejsze wątpliwości. A przecież było nie było to właśnie ta scena jest najbardziej wymagająca, a zatem najlepiej świadczy o roli Kamili Kuboth.

W Teatrze Współczesnym zajęto się tą sztuką z dbałością o wszystkie szczegóły, stąd może zadziwiać imponująca długość trwania spektaklu - ponad trzy i pół godziny! Tekst według tłumaczenia Józefa Paszkowskiego przygotował i wyreżyserował Maciej Englert, zaś świetną scenografię wykonał Marcin Stajewski. Przygotowania do wystawienia całej sztuki trwały dość długo, bowiem były bardzo skrupulatne, ale nie mniej czasu poświęcono na jedną z najważniejszych scen - sceny pojedynku między Laertesem a Hamletem, którą to scenę obaj zarówno Borys Szyc odgrywający Hamleta, jak i Wojciech Zieliński w roli Laertesa przygotowali długimi treningami z fechtunku.

Borys Szyc (Hamlet), Wojciech Zieliński (Laertes)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Po wyjściu z teatru trudno pozbyć się ochoty zawrócenia, by przeżyć to raz jeszcze. Gdyby nie późna pora, o której kończy się seans miałabym naprawdę ogromną ochotę na powtórkę. Właściwie.. to nadal ją mam.



Hamlet, Teatr Współczesny, William Shakespeare
Przekład: Józef Paszkowski
Opracowanie tekstu i reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Choreografia scen fechtunkowych: Janusz Sieniawski

Obsada (najważniejsze postaci)
Klaudiusz, król duński: Andrzej Zieliński
Hamlet, syn poprzedniego, a synowiec teraźniejszego króla: Borys Szyc
Gertruda, królowa duńska, matka Hamleta: Katarzyna Dąbrowska
Poloniusz, szambelan: Sławomir Orzechowski
Ofelia, córka Poloniusza: Kamila Kuboth
Laertes, syn Poloniusza: Wojciech Zieliński
Horacy, przyjaciel Hamleta: Michał Mikołajczak



* Hamlet, akt II, scena 2, przekład Józefa Paszkowskiego; a na przykład Iwaszkiewicz przetłumaczył to tak: Taki żebrak jak ja ubogi jest nawet w podziękowania.
**Hamlet, akt IV, scena 7, przekład Józefa Paszkowskiego
Czytaj więcej

niedziela, 25 sierpnia 2013

"Sonata Kreutzerowska", czyli o zgubnym wpływie muzyki na małżeństwo

- Grali "Sonatę Kreutzerowską" Beethovena. Czy zna pan pierwsze presto? Zna pan?! - wykrzyknął. - O, co za straszna rzecz ta sonata! *


(..) Przecież ten, kto napisał, powiedzmy "Sonatę Kreutzerowską" - Beethoven - wiedział, dlaczego się znajduje w takim stanie - ten stan go doprowadził do pewnych postępków, a więc stan ten miał dla niego jakiś sens, ale dla mnie - żadnego. I dlatego muzyka tylko drażni, a nie rozładowuje.**

Przypadkowe spotkanie w pociągu podczas długiej, wielogodzinnej podróży może być sposobem na poznanie nowej osoby, na zawiązanie ciekawej dyskusji o rozwodach i o tym, że dawniej to tak nie było, tylko cóż, teraz ludzie są za bardzo wykształceni. A potem może być okazją do zorientowania się, że wśród pasażerów jest morderca, który do swego czynu przyznaje się wprost i bez ogródek. I który ma niebywałą potrzebę wyzwolenia się z całej swojej historii, opowiadanej przypadkowemu współpasażerowi, jedynemu zresztą, który nie opuścił zniesmaczony przedziału. I o tym właśnie opowiada Sonata Kreutzerowska Lwa Tołstoja. O goryczy człowieka wpędzonego siłą własnej namiętności w swoiste szaleństwo, które doprowadziło go do momentu tu i teraz, gdy może już tylko żałować. Jak sumienie radzi sobie w takiej sytuacji? Ma oczywiście jedną możliwą odpowiedź na wszystko: małżeństwo to zło do potęgi n-tej, a człowiek na to zło przyzwala. Zachwala je tak jak zachwala się brzydką, obejrzaną z ciekawości wystawę, ale nie ma się śmiałości publicznie przyznać, że to strata czasu. Przy okazji prezentując czytelnikowi całą masę obrzydliwości jakie niesie ze sobą owo społecznie akceptowalne zło.

Intrygujące jest to, że utwór powstały pod koniec XIX wieku ma w sobie taką niezwykłą uniwersalność. Co prawda kobiety zdążyły się wyemancypować i uniezależnić od mężczyzn, co prawda całkiem spory odsetek nie uważa już małżeństwa za najważniejsze życiowe osiągnięcie, ale cóż, nie da się ukryć, że nadal zachowania kobiet i mężczyzn są podyktowane odwiecznym tańcem godowym i choćbyśmy nie wiem jak byli nowocześni ta sfera nie ulegnie specjalnej odmianie. Tołstoj co prawda poprzez hiperbolę ukazuje w swojej krótkiej opowieści małżeństwo w krzywym zwierciadle, co sprawia, że czytelnik nie jest skłonny traktować narratora do końca poważnie, co nie zmienia jednak faktu, że i pewnej celności w całym tym monologu Pozdnyszewa nie brakuje.

Pozdnyszew omawia małżeństwo jako jedną, wielką, niekończącą się walkę. Rozpoczęte od swoistego targu próżności, po którym przechadza się mężczyzna, pan i władca, by spośród wielu ozdobionych dżersejami, lokami i podkładkami*** kobiet wybrać którąś na żonę. A następne rozpocząć małżeństwo naznaczone fazami namiętności, a potem kłótni, ponownie namiętności i następującej po niej fali wzajemnej nienawiści;  małżeństwo, którego przecież początek był od wzniosłych słów i ideałów, by na koniec stać się karykaturą samego siebie. I cóż takiego tak psuje małżeństwo? Oczywiście ta cała fizyczność, to postępowanie wbrew naturze, gdy kobieta już spodziewa się dziecka, to później oszukiwanie natury by dziecka jednak nie począć. I oczywiście pojawienie się rywala, rywala, który tylko udaje że jest zainteresowany muzyką. Brzmi znajomo? Zdaje się, że to szaleństwo zwane zazdrością było już w literaturze ukazane, choć tu podszepty były samej wyobraźni, Jago doprawdy był już zbędny..

Pozdnyszew w swoim wywodzie o małżeństwie szuka winnych jego sytuacji. Pierwszym winnym jest rzecz jasna społeczeństwo, bowiem to ono przyzwala na coś tak podłego jak małżeństwo. Co więcej jest w tym przyzwoleniu sporo plugawości, bowiem mężczyzna jako taki może się wyszumieć za młodu i traktować kobietę jako narzędzie swojej przyjemności, sama kobieta zaś cóż, musi przyjmować przyszłego małżonka, takim jaki jest. Swoją drogą jednak jak zauważa Pazdnyszew, kobiety same dążą do tego, by osiągnąć status małżonki! Ciągłymi strojami, ozdobami, pojawianiem się na wszelkiego typu wydarzeniach kulturalnych, żeby przyciągać swym wyglądem mężczyzn. Bo kobieta to zwykłą kokietka jest w końcu i doskonale jest świadoma wartości swojego wyglądu i fizyczności. I dlatego cóż, to one są drugim winowajcą! Powinnam jako kobieta oburzyć się tu na Tołstoja, tupnąć nóżką, potrząsnąć lokami i absolutnie zaprzeczać zarówno takiej idei małżeństwa, jak i takiego spojrzenia na kobietę. Cóż poradzę jednak na to, że zgadzam się z tym, że choć nie wszystkie, to jednak wiele kobiet to niestety puste trzpiotki i na te loki i tupnięcia nóżką łapią mężów, planując ślub już w wieku nastu lat!, nie znając zbyt dobrze wybranków "bo na co czekać?", ani nie dając poznać samych siebie przed ślubem, by potem dziwić się, że małżeństwo się nie układa i staje ciężarem? I choć zgodzę się, że to dużo za duża przesada i wyolbrzymienie zbliżone do groteski, to też dodać muszę, że nie wiedzieć czemu, ten dramat mnie jednak nieco ubawił. Szczególnie początek i cały wywód Pozdnyszewa o małżeństwie. Powiedziałabym: istna komedia! Ludzka komedia.



Inna sprawa, że cały ten wywód, mający na celu zdjęcie z siebie ciężaru poczucia winy, przerzucenia owego ciężaru na wszystkich innych jest tylko przykładem na to, jak bardzo dla Pazdnyszewa małżeństwo miało realizować jego wyobrażenia o nim, a więc ciąg dalszy jego przyjemności, bez prób porozumienia, zrozumienia drugiej strony. Naprawdę bardzo ciekawe studium jednostronnej i bardzo zaślepionej wizji małżeństwa..

Polecam!


Sonata Kreutzerowska, Lew Tołstoj, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010
* str. 106
** str. 107
*** str. 37
Czytaj więcej

sobota, 24 sierpnia 2013

"Najdroższy" w Teatrze Współczesnym

Szczęśliwie sezon zwany powszechnie wakacjami powoli dobiega końca. Szczęśliwie, bo nie znoszę tego określenia "wakacje", szczególnie w ustach dorosłych, których tak samo jak mnie to nie dotyczy, ale jakaś nieznośna upartość każe tak ciągle nazywać ten okres; szczęśliwie, bo skończy się walka z dojazdami do stolicy, która jak zwykle ignorując pracujących, remontuje się właśnie w czasie wakacji dla młodzieży szkolnej i studiującej, no i ciała pedagogicznego. Szczęśliwie, bo teatry otwierają ponownie swoje podwoje i mogę znowu cieszyć się ich repertuarami. Zaczęłam już wczoraj w Teatrze Współczesnym setnie się bawiąc na wystawianej tam sztuce pt. Najdroższy.


Autor Najdroższego, Francis Veber, jest w Polsce znany zapewne ze scenariusza innego obrazu, dość słynnego swego czasu filmu pt. Tajemniczy blondyn w czarnym bucie, który tradycyjnie, jak to z dobrym francuskim kinem bywa, spopularyzowała także amerykańska wersja pt. Człowiek w czerwonym bucie. Jednak Veber ma na swoim koncie znacznie więcej komedii jak np. Pechowiec, czy Przyjaciel gangstera, które są docenianie przez widzów na całym świecie.  Spektakl Najdroższy miał premierę w Paryżu na jesieni 2012, w reżyserii samego autora, i jak widać dość szybko trafił na scenę polskiego teatru, bowiem już w marcu br. odbyła się jego premiera w Teatrze Współczesnym. Adaptacji sztuki dokonała Barbara Grzegorzewska, a wyreżyserował ją Wojciech Adamczyk. Poniżej, na filmie, zdjęcia z prób do premiery (źródło).

video

Najdroższy to historia paradoksów. Główny bohater, życiowy nieudacznik, rozwodnik, od dwóch lat bezrobotny, do tego obdarzony dość bezbarwną i monotonną powierzchownością (grający tak genialnie, że jest z trudem rozpoznawalny w tej roli Andrzej Zieliński), którą nie jest w stanie zainteresować nie tylko żadnej kobiety, ale nawet urzędnika podatkowego, usilnie próbuje dokonać w swoim życiu zmiany. Na pomysł owej zmiany wpada właśnie przy pomocy pierwszego z paradoksów w tej sztuce - poprzez kontrolę skarbową. Większość ludzi raczej unika tego typu wydarzeń w życiu, Pignon zaś (czyt. Pinią) właśnie w taki sposób spróbuje nareszcie zaistnieć w świadomości otaczających go ludzi. Jak jednak zmusić Urząd Skarbowy do takiej kontroli, skoro Pignon nie ma żadnych dochodów, a w związku z tym niewiele wydatków, jak również jest tak bezbarwny, że niemalże niewidoczny? Oczywiście jedyną metodą jest posiadanie informacji o kimś innym, kim urząd jest zainteresowany. W tym przypadku Pignon próbuje wykorzystać postać swego ojca chrzestnego Jonville'a (czyt. Żonwil; w tej roli błyskotliwy Krzysztof Kowalewski), a w gruncie rzeczy obcego mu człowieka, obrzydliwie jednak bogatego, na dodatek będącego w kręgu zainteresowań niejakiego Toulouse'a (przezabawny Sławomir Orzechowski), inspektora podatkowego. Tak się bowiem pięknie złożyło, że Pignon ma za zadanie opiekować się mieszkaniem swojego chrzestnego i dzięki temu przyjmuje wizytę Toulouse'a i w trakcie rozmowy z urzędnikiem wpada na swój genialny pomysł. Który od razu poddaje próbie na dekoratorce wnętrz, pięknej Christine (którą fenomenalnie odegrała Weronika Nockowska). O ironio i sprzeczności ludzkich zachowań, Christine nie tylko uwierzy w kontrolę, ale wyobrażając sobie jakie to pieniądze mógł ukryć przed państwem Pignon, piękna dekoratorka szybko zacznie nazywać dotąd ignorowanego przez siebie mężczyznę, najdroższym...

Piękna Christine (Weronika Nockowska) i Pignon (Andrzej Zieliński); źródło
 Dalej już poszło lawinowo. Była żona, Marie, nagle ponownie jest zainteresowana swoim byłym mężem (w tej roli Joanna Jeżewska), kolega ze studiów, bankowiec Maurin (Dariusz Dobkowski), dotąd traktujący Pignon, jak poczciwego idiotę, odkrywa nagle jak bardzo cenna to znajomość i stara się za wszelką cenę pozyskać przychylność Pignon i umówić go ze swoim szefem. Pignon ma okazję zobaczyć na własne oczy, jak mogą zmienić się relacje z ludźmi, gdy w grę wchodzi nawet nie tyle realne bogactwo, co samo podejrzenie bogactwa. Jak na początku cieszy go to i trochę bawi, tak z czasem stanie się uciążliwe, szczególnie, gdy przypadkowo Olga (Katarzyna Dąbrowska), sąsiadka z góry, zaleje mu łazienkę i tym samym pojawi się w jego życiu jako ważna dla niego osoba. Na dodatek równie poczciwa i z równie nieudanym życiorysem jak Pignon. I tu się pojawia ostatni z paradoksów. Bowiem bogactwo, jakie ostatecznie przypadnie w udziale tej dziwnej dwójce, okazuje się być ciężarem, z którym "jakoś trzeba będzie żyć"..

Olga (Katarzyna Dąbrowska) i Pignon (Andrzej Zieliński); źródło
Nie da się ukryć, że główną gwiazdą sceny był Andrzej Zieliński, niezwykły wprost w roli Pignon. Wydawałoby się, że ten przystojny mężczyzna nie nadaje się do takiej roli, a jednak na oczach widzów Zieliński nagle stracił cały swój powab i czar i niemalże magicznie wcielił się w rolę nijakiego Pignon. Można by rzecz, że wręcz brzydkiego i aseksualnego bohatera. W tej sytuacji można tylko pogratulować talentu. Z postaci żeńskich na plan pierwszy wysuwa się Weronika Nockowska. Świetna, wprost prawdziwa w tej roli irytującej dekoratorki, której gust dyktowany jest ceną dzieła sztuki, a nie jego wartości kulturowej. Moment gdy mówi "ale przecież, gdy się kogoś kocha, bierze się go takim jaki jest" jest wprost przesycony całym cynizmem jej bohaterki. Myślę, że te brawa na stojąco były nie tylko dla Zielińskiego. Jedynie szkoda, że postać Krzysztofa Kowalewskiego pojawiła się na scenie na tak krótko. Szalenie lubię tego aktora i przyznaję, że jest ogromną przyjemnością popatrzeć na niego na żywo.
Jonville (Krzysztof Kowalewski) i scena z taboretem barowym; źródło
 Zabawna, momentami nawet do łez (scena gdy Jonville próbuje usiąść na taborecie barowym), przyjemna i po prostu przesympatyczna sztuka, spowodowała, że wychodziliśmy z  teatru niesamowicie zadowoleni, uśmiechnięci i odprężeni. Czego można chcieć więcej na zakończenie długiego tygodnia? Szczerze polecam tę sztukę, nawet jeśli nie przepada się przesadnie za współczesnymi scenariuszami. Bo przyznaję, ostatnio miałam ich przesyt. A Najdroższy jest w tym temacie przyjemnym rozczarowaniem.


Najdroższy, Teatr Współczesny, reżyseria:  Wojciech Adamczyk
Scenografia i kostiumy: Marcin Stajewski i Anna Englert
Przekład: Barbara Grzegorzewska

Obsada
Pignon: Andrzej Zieliński
Maurin, przyjaciel ze studiów: Dariusz Dobkowski
Toulouse, inspektor podatkowy: Sławomir Orzechowski
Christine, dekoratorka: Weronika Nockowska
Marie, była żona Pignona: Joanna Jeżewska
Olga, Rosjanka: Katarzyna Dąbrowska
Jonville: Krzysztof Kowalewski
Czytaj więcej

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nie Oskar z panią Różą, a Fryderyk z Alicją

   Początków było wiele.

  A to o tym, jak to pierwszy raz przeczytałam Oskara i panią Różę, jeszcze w księgarni, jeszcze zanim dotarłam do kasy cała we łzach.
   A to o tym, jak na drugim roku studiów z psychologii jedna z prowadzących zaprosiła nas do udziału w wolontariacie w dziecięcym hospicjum, a potem musiała chwilę wyjaśniać, dlaczego część z nas musi zrezygnować z tego pomysłu ("Macie pomagać, a nie płakać z tymi dziećmi")
   I jeszcze o tym fragmencie z przygód Rudolfa i spółki, gdy Rudolf i BB Blacha 450 wybrali się do szpitala na dziecięcy oddział onkologiczny i autorka przewrotnie zweryfikowała poglądy czytelnika na postać BB Blachy 450. Fakt, też miałam łzy w oczach (coś ostatnio sporo tych łez, jeszcze się okaże, że jednak jestem bardziej kobieca, niż sama się o to posądzałam).
   Wreszcie o tym, jak to się mści stereotypowe osądzanie, bo przecież wzięłam książkę Barbary Kosmowskiej za lekturę lekką, łatwą i przyjemną w odbiorze, traktując ją jako miły przerywnik, tylko dlatego, że przeznaczona dla kategorii wiekowej plus minus szesnaście lat. Błąd! Nie do końca jest lekko, łatwo i przyjemnie. W zasadzie to przewija się tu sporo trudnych tematów i spraw..

  Później przyszła mi do głowy taka refleksja, że to niezwykłe, że taka nieduża książka może przywołać tyle wspomnień i nawiązań.
  I pytanie do samej siebie skąd się wzięła u mnie maniera częstego wyjaśniania, czemu po coś sięgnęłam. Na litość, ileż można? Czytam literaturę dla dzieci i młodzieży i nic tego nie zmieni, nawet jak mi stuknie mocno poważniejsza liczba w papierach. Trudno, widać, nastoletnia wersja mnie jest we mnie głęboko zakorzeniona. Dorastać w tej kwestii absolutnie nie mam zamiaru.

   O i jakoś lżej na duszy.


  Pozłacana rybka zaczyna się od końca wakacji, które Alicja spędza u Babci i Dziadka na wsi. Jest pięknie, tak pięknie, że szkoda w ogóle wracać do miasta. Babcia pysznie gotuje, Dziadek zaraził pasją fotograficzną, a Panna Fryzunia to najbardziej urocza krowa pod słońcem. Poza tym wracać do domu, gdzie mama wiecznie poświęcona biografii Astrid Lindgren wydaje się, że zapominać, że ma w ogóle córkę, a tata, który jakiś czas temu zdążył założyć nową rodzinę, ma już dla Alicji czasu zdecydowanie mniej. Chociaż Alicja tęskni za swoimi rodzicami, to jednak ich rozwód obciążył czternastolatkę wystarczająco mocno, by mieć ochotę na ucieczkę od rzeczywistości. Szczególnie, gdy pod koniec wakacji wraca z pracy w Niemczech Robert, bardzo drogi Alicji sercu przyjaciel i chciałoby się tylko ten czas zatrzymać...

  Powrót do rzeczywistości będzie jednak dużo trudniejszy niż Alicja się spodziewa. Na stacji nie odbierze jej tata, choć tak było ustalone, a przyczyna jego nieobecności wywoła bolesny skurcz w sercu. Mały braciszek Alicji, Fryderyk, synek z drugiego małżeństwa jej taty, okaże się śmiertelnie chory i Alicję i jej bliskich czeka najtrudniejsza lekcja życia. Lekcja z umierania.

  Ten skurcz nadziei jaki chwyta człowieka w takich sytuacjach jest bezlitośnie beznadziejny.  Bo cóż z tego, że to tylko powieść, cóż z tego, ze tylko dla młodzieży, jak i tak porywa falą trudnych emocji i jest przyczyną roztrzepania w pracy i uporczywej myśli, co dalej z małym Fryckiem... Ostrzeżenie zatem do przyszłych czytelników - nie czytajcie w drodze dokądś, gdy będziecie zmuszeni przerwać lekturę. To może tylko wyprowadzić z równowagi, zdenerwować i zepsuć resztę dnia, gdy jest tak niezbędna koncentracja! Wyjątkiem jest sytuacja, gdy podróż jest kilkugodzinna..

  Nie wiem czy są w tej powieści jakieś mankamenty. Są? Na pewno jakiś uczony człowiek znajdzie. Szczęśliwie, ja jestem tylko prosty czytelnik i nie znalazłam. Rzecz jasna można by się przyczepić, że dość sporo problemów przytrafia się jednej czternastolatce, ale swoją drogą, jest to jednak dość życiowe i nie da się powiedzieć, że coś takiego jest naciągane. Czyta się przysłowiowym jednym tchem. Niczym jazda na kolejce wąskotorowej, zapiera dech w piersi. Ciężko się zatrzymać w zaczytaniu. Nie wiem czy polecać. Bo jest świetna, ale dla wrażliwców takich jak ja jednak zwyczajnie, za bardzo wzruszająca. Odganianie łez to naprawdę trudna sztuka!


Pozłacana rybka, Barbara Kosmowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012
Czytaj więcej

wtorek, 20 sierpnia 2013

Bękarty wojny, czyli o Brygadzie Świętokrzyskiej inaczej





Mity, plotki, może fakty?
Polscy faszyści. Zbrodniarze. Mordercy. Antysemici.
I wiele innych oskarżeń, które można znaleźć z różnorodnych źródeł.

Fakty.
Brygada Świętokrzyska była oddziałem zbrojnym części Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ-ZJ) która nie podporządkowała się rozkazowi scalenia z Armią Krajową. Powstała w połowie sierpnia 1944 i istniała do połowy sierpnia 1945. Utworzona decyzją Rady Politycznej NSZ-Zachód w dniu 10 sierpnia 1944. Liczyła od 822 żołnierzy (w grudniu 1944) do 1417 żołnierzy (5 maja 1945). (źródło)

Legion oczami autorki

Elżbieta Cherezińska o zarzutach wobec Brygady:  Przewertowałam archiwa „prawicowe”, „lewicowe” i żydowskie, i takie zarzuty są kłamstwem. Tak długo, jak będziemy mówić o bratobójczej wojnie, tak długo będziemy powtarzali propagandę sowiecką. Tak, dochodziło do walk między Polakami, ale ich powody, przynajmniej w 90 proc. nie były natury politycznej – że my jesteśmy lewica, a my skrajna prawica – taką ideologię dorobiono po wojnie. Grupy, które później AL wcieliła w swe szeregi często zaczynały od zwykłej bandyterki. To byli słynni w swojej okolicy pospolici przestępcy. Obowiązek ochrony przed nimi miejscowej ludności spoczywał na AK, czy NSZ. Dorabianie do tego ideologii walki bratobójczej jest nie na miejscu. (źródło)

Autorka dołożyła wszelkich starań, by jej powieść była jak najwiarygodniejsza. Choć na pewno spotka się z wieloma zarzutami, kontrowersjami i niewątpliwie nie przejdzie bez echa. Bardzo dobrze! Tak być powinno. Bo jakakolwiek Brygada nie była, czy bratobójcza, czy antysemicka, czy wreszcie tak naprawdę walcząca o Polskę, to jedno nie ulega wątpliwości - udało im się coś niezwykłego: przedarli się przez linię frontu na zachód, nie tracąc przy tym na znaczeniu swojej liczebności, uwalniając po drodze czeski obóz koncentracyjny, którego Niemcy przygotowali już do spalenia, tym samym ratując setki skazanych na śmierć kobiet. Udało im się. Tego nie może wyprzeć żadne historyczne przekłamanie, propaganda czy jakiekolwiek zarzuty. Nie bez powodu Cherezińska porównała ich wyczyn z Bękartami wojny Tarantino. Cała historia jest jak gotowy scenariusz do filmu.

Legion w moich oczach.

Oto czytelniku masz w dłoniach gotowy scenariusz do filmu. Kogo obsadzisz w rolach głównych? Proszę tylko, bez banałów, amantów zostawmy do tych wszystkich słodkich filmideł o miłości. Tu zróbmy prawdziwy casting... Niech to będą ich role życia, niech każdy odczuje to na własnej skórze. Las i chłód wrześniowej nocy. Zimowy poranek i ogrzewanie oddechem. Długie wędrówki, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści kilometrów dziennie. Kolejne mogiły kolejnych kolegów i kolejny ostrzał. Może faktycznie, ci którzy zostali już na dobre na ziemi ojczystej mogą odpocząć? Potem łąka i pocałunek dziewczyny. Skradzione chwile zapomnienia. Wszystko tak realne, że zapominasz, że to tylko film..

Legion rozpoczyna się od kampanii wrześniowej 1939 roku i kończy w maju 1945 obejmując tym samym cały okres II wojny światowej. Przerzuca czytelnika z miejsca na miejsce: w okolice Warszawy i warszawskie, przez lubelskie, po opolskie lasy, a potem wraz z legionem przez front zachodni do Czech. Zapoznaje z masą postaci, które niczym w rosyjskiej powieści, tylko się mnożą, powodując początkowo zagubienie w lekturze. Ale tylko początkowo, bo z czasem kolejno pojawiający się na scenie bohaterowie stają bardzo ważni. Wśród postaci prawdziwych jak Jaxa, Zub - Zdanowicz, czy Żbik, mieszają się te sfabrykowane przez wyobraźnię autorki, jak Fenix, Pola, Jakub, czy dzieci. Ne umniejsza to absolutnie przyjemności czytania. Wprost przeciwnie. W jakiś pokrętny sposób sprawia, że to wszystko staje się mocno realne i naprawdę trzeba sobie powtarzać, że to tylko film.

Bohaterowie, z którymi tak łatwo można się niemalże zaprzyjaźnić, to między innymi..

Lista płac:

- Fenix, zaopatrzeniowiec, stały bywalec restauracji "Maxim", najpierw działający w Warszawie, gdzie poznał piękną Polę, tak łudząco podobną do pewnej aktorki, po brawurowym wyzwoleniu z Pawiaka, skryje się w lasach, w których w późniejszych latach spotka Brygadę. Bezstronny wreszcie trafi do NSZ
- Ząb czyli Leonard Zub - Zdanowicz, początkowo żołnierz AK, później wcielony do NSZ staje się szybko ulubieńcem, podobnie jak Żbik, którego lepiej nie spuszczać z oczu, bo jego chłopcy działają błyskawicznie. Ząb Zdanowicz musiał przejść ciężką drogę, by trafić do ojczyzny i zacząć walczyć. Był nastawiony na walkę, a tej jak na złe, ciągle mu broniono, traktując go jako genialnego taktyka, nie żołnierza. Udowodnił, że jest dobry przy obydwu tych rolach.
- Żbik, legendarny komendant, którego poszukiwano później listem gończym oskarżając go o zbrodnie zgoła fantastyczne.
- Harry, Anglik ambitnie uczący się polskiego, skłócony z Zębem, szybko stanie się również ważną postacią dla Brygady, choć jego dalszych losów, jak również istnienia, nie potwierdzają żadne kroniki.
- Jakub, brat pięknej Poli, o aparycji boksera bądź nordyckiego boga, działający dla GL, choć jak twierdzi, serce ma po właściwej stronie..
- Jaxa, twórca zetjotów, czyli Związku Jaszczurzego, sam przypominający w zachowaniu wiecznie spokojną jaszczurkę wygrzewającą się na słońcu; nie wolno dać się zwieść pozorom..

Scenariusz..

 Walcząca Polska podzieliła się. Zamiast wspólnie walczyć z najeźdźcą staje do wspólnych starć, niemalże ideologicznych. Jedni mówią: nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, a Stalin w tym pomoże, drudzy ostro się zapierają, że obaj nie będą pluć nam w twarz. Dochodzi do niepotrzebnych sporów, podziałów, rozłamów. Rząd w Londynie nie jest informowany o wszystkim, a jeśli już to w odpowiednim kontekście i naświetleniu. W efekcie powstaje polskie podziemie, które sprzeciwia się koalicji z komunistami, zaciekle walcząc o wolną Polskę, nie Polskę okupowaną przez następnego najeźdźcę. Anglia pragmatycznie podchodzi do sojuszu ze Stalinem, niewiele sobie robiąc z sytuacji Polaków. Komuniści robią swoją propagandę zamieniając działania NSZ w zwykłą bandykierkę i ukazując losy walk między Armią Ludową a formującą się Brygadą Świętokrzyską jako bratobójczą walkę. Brygada zasilana coraz większą ilością ochotników nie poddaje się w walce ani z Niemcami, ani z Sowietami..

Napisy końcowe..

Szczerze mówiąc ta książka powoduje, że jestem zwykłą, ckliwą kobietką, która za chwilę zacznie trzepotać dłońmi odganiając łzy (żeby makijaż nie spłynął rzecz jasna), bo tak wiele emocji dostarczyła jej książka. Ach i och. Obrzydliwe. Mam to za złe Cherezińskiej. Naprawdę byłam wzruszona i miałam łzy w oczach. Naprawdę niecierpliwie machałam głową ze wzburzenia, albo uśmiechałam się radośnie. Naprawdę dałam się wciągnąć w jej film jak małolata i wzbudzić wszelkie możliwe odczucia. Co za banał! Mogę to wykreślić?

To jeszcze raz.
Elżbieta Cherezińska dokonała tytanicznej pracy. Nie tylko, że sprawdziła wspomniane w wywiadzie archiwa i czytała wszelkie niezbędne do napisania powieści informacje, żeby mieć pewne i sprawdzone zaplecze historyczne. Nie tylko wymyśliła na użytek fabuły fikcyjnych bohaterów, którzy nadali pewnym scenom szczególnego charakteru. Ona ponownie ożywiła i odmitologizowała ważne w polskiej historii postaci, nadała im ponownie twarz i maniery, styl bycia i charakterystyczny sposób mówienia. Rzuciła też nowe światło na sprawę Brygady Świętokrzyskiej.

I bez banałów w stylu - "polecam tę przepiękną książkę".
Czytajcie Cherezińską!
O.

 A żeby nie było tak ckliwie, to pozwolę sobie zadać w próżnię pytanie retoryczne: za co wziął pieniądze redaktor tej książki? Hm?


Legion, Elżbieta Cherezińska, Zysk i S-ka, Poznań 2013


Czytaj więcej

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wszystko, co dobre, szybko się kończy..

Długi weekend w odczuciach był jednak bardzo krótki - zleciał szybko i niepostrzeżenie. Choć może nie do końca tak niepostrzeżenie... Jego efekty odczuwałam dźwigając na plecach ciężki plecak pełen książek. Także zdecydowanie, dało się spostrzec, że był i do tego był bardzo owocny. I nawet już nie o te książki chodzi, a o przyjemne, beztroskie dni spędzone nad morzem w przemiłym towarzystwie i atmosferze. Aż chciałoby się w ogóle nie wracać do domu..

Gdynia to piękne miasto i za każdym razem jestem zaskoczona jego spokojem, nawet w tak atrakcyjne dni, nawet gdy dookoła jest pełno turystów. To nadal - spokój to dominujące z moich odczuć podczas każdej wizyty w Gdyni. Coś podobnego odczuwam jeszcze w Krakowie, do którego mam chyba największą słabość z polskich miast. Oczywiście, kolejna niczym nieuzasadniona..;) Bo w końcu jak można lubić polską literaturę, a już polskie miasta..

II Nadmorski Plener Czytelniczy przypominał w pewien sposób warszawskie Targi Książki, chociażby stylem wystawiania książek, jak również cenami, choć tu na szczęście pojawiły się tak zwane wystawki z książkami przecenionymi, co właśnie było bezpośrednią przyczyną wypełnienia plecaka. .. Ale nie będę Was dłużej zanudzać. Oto parę zdjęć, zrobionych entuzjastycznie pierwszego dnia

I jak na nadgorliwe entuzjastki przystało przybyłyśmy dosłownie na samo rozpoczęcie Pleneru..

Gdy wystawcy dopiero rozkładali swoje ekspozycje..

Ale pierwszych czytelników już można było zastać nawet o tej porze ;)

Zaczyna robić się coraz ciekawiej..

Pozuję, że niby czytam, że niby ze zrozumieniem.. taki tam lans nadmorski ;)

Plecy Małej Mi będą się pojawiały na fotkach ;) Tu ogląda właśnie ekspozycję z wszystkimi nagrodami Gdyńskiej Nagrody Literackiej

Zaś tu można było upolować bardzo tanio różnorodne książki ;)
Niewątpliwie długo mnie będzie pamiętać pan z wydawnictwa Marginesy (pozdrawiam!), który, jak stwierdził, został przeze mnie bezczelnie ograbiony (że niby się tak dobrze targuję), oraz panowie z Naszej Księgarni, których tak zakręciłam, że o mały włos a zgodziliby się na naprawdę duży rabat.. Kiwali głowami z uznaniem w każdym razie.. No nic, obyło się bez dużego rabatu, ale za to skończyło zabawnie i z uśmiechem. Aż prawdę mówiąc sama dałabym się wkręcić w kolejny zakup..;)

Stoisko Naszej Księgarni i znowu plecy Małej Mi (po lewej)
A co takiego przydźwigałam?.. Oj tam, takie tam..;) nic takiego w sumie..

Od dołu:
1) Z wydawnictwa Marginesy - za cenę wyśrubowaną do bólu (bo jak kupować to tak, żeby było poniżej mojego rabatu w ulubionej księgarni) Dochodzenie Davida Hewsona
2) i 3) Z wydawnictwa Literatura : Kawa z kardamonem Joanny Jagiełło i Pozłacana rybka Barbary Kosmowskiej, bo chyba nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła czegoś z literatury młodziezowej
4) A to poza targami, kupione w przydworcowym Story: Caffe and a Book shop Białe zęby Zadie Smith (bo mnie niechcący Patrycja namówiła jednak na danie szansy autorce.. zobaczymy..)
5) Wygrzebana w koszykach "przecenione" przy stanowisku Stowarzyszenia Biblioteka Otwarta książka Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych (bo w końcu to swego rodzaju manifest wegetarianki..)
6) Przy rozbawieniu obu panów przy stanowisku Naszej Księgarni kupiłam Balladę o ciotce Matyldzie Magdaleny Witkiewicz w ramach ciepłej babskiej literatury na jesienne wieczory. Głośno i otwarcie manifestuję, że czytam i takie książki ;)
7) i 8) Książkę Ericha Segala Absolwenci i Olgi Rudnickiej Natalli5 również wygrzebałam w koszykach Stowarzyszenia Biblioteka Otwarta

I szczerze mówiąc te ostatnie cieszyły się niebywałym powodzeniem. 

Bonusem wizyty w Gdyni było poznanie Kaye. Mogę tylko żałować, że zaganiania podczas eksplorowania Gdyni nie miałam więcej czasu na dłuższą rozmowę, a wręcz wkręciłam się Kaye w rodzinny obiad. Mam jednak nadzieję, że pewnego dnia uda się nam spotkać na kawie i pogadać sobie, jak to mól z molem, bloger z blogerem tylko potrafią ;)

I cóż, długi weekend się skończył, czas wracać do rzeczywistości. Przyznaję jednak, że po takim miłym pobycie człowiek ma jednak dużo więcej energii i zastrzyku pozytywnych emocji by wrócić do szarej rzeczywistości.

Dla niewtajemniczonych: Mała Mi to oczywiście moja przyjaciółka :) Wspaniała, cudowna osóbka. Równie wszędobylska i bystra jak Mała Mi, choć zdecydowanie mniej czepialska ;)

Czytaj więcej

środa, 14 sierpnia 2013

Kulturalny długi.. łykend ;)

W Trójmieście.

Zwykły wypad w odwiedziny zamieni się w małe czytelnicze szaleństwo.
Najpierw odkrycie, że akurat w ten weekend będzie trwać Literacki Sopot, będą spotkania z autorami i targi książki. Potem, że w Gdyni odbędzie się II Nadmorski Plener Czytelniczy i również pojawią się znani autorzy, będę mogła poszperać w stoiskach wydawnictw i nacieszyć oko nowościami.

A z założenia miałam pojechać odwiedzić przyjaciółkę i nacieszyć się morzem.. Hm...

Źródło zdjęcia
Zastanawiam się, czy jest nadzieja, że spotkam kogoś ze znajomych moli książkowych?

Jest?

:)

Czytaj więcej

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Relacje i więzi rodzinne..;)

Mam nietypową rodzinę. Nas dwoje i Potwory, które Potworami zostały po trudach wychowawczych z Brunem. W sumie zatem mamy przykład skąd się bierze odpowiedzialność zbiorowa ;) A w końcu to Bruno był problematyczny, nie Pan Kot, ani Pestka. W zasadzie zarówno Pan Kot, jak i Pestka doskonale obchodzili się bez Bruna, żyjąc w pełnej zgodzie i symbiozie, jedno uzależnione od drugiego dużo bardziej niż od nas. Czasami wręcz dawało się odczuć, że im przeszkadzamy..

Z czasem, jak to w rodzinie bywa, nasze domowe relacje uległy drobnemu przeszeregowaniu. Pan Kot co prawda nadal uwielbieniem obdarza jedynie Pestkę, a ona z kolei, jako najstarsza w stadzie, otoczyła opieką dużo większego od siebie Bruna. I tak, gdy zdarza się, że według Pestki jakiś pies zagraża Bruneczkowi to niezależnie od gabarytów jest pewne, że będzie miał z Pestką do czynienia. Z drugiej strony niech tylko Pestkę coś zaboli, to Bruno nie da nikomu już spokoju. Gdy niespełna rok temu na spacerze Pestka zraniła się drutem to Bruno uratował sytuację. Ponieważ drut musiał być gdzieś na ziemi, Pestka miała zraniony brzuch, czego Marcin nie zauważył ani podczas spaceru, ani po spacerze. Bruno tak długo go nękał, że Marcin dzięki niemu, jego niepokojom odkrył, że Pestka jest ranna. Skończyło się na szwie i strachu, ale dotąd się zastanawiamy, co by się stało, gdyby nie Bruno.. Bo Pestunia, cichy piesek, nawet nie zaskomliła, że coś ją boli, coś się dzieje..

Nasze relacje z Potworami zmieniają się w zależności od pory dnia. Rano, gdy wstaję mam nieodłącznego towarzysza porannych wędrówek, między kuchnią, a łazienką (tak wiernego, że do wanny też by za mną poszedł.. a jakże..)


I choć wkurza mnie najbardziej, najczęściej jest powodem bezsilnej złości, to jednak trzeba przyznać, że nie wyobrażam sobie domu, bez tego wiecznie śliniącego się kudłacza.. Szczególnie, że to ten Potwór po moich powrotach z wojaży na ogół nie potrafi przyjąć do wiadomości, że już nie wyjeżdżam nigdzie i na wszelki wypadek pilnuje tego na swój sposób, siedząc przy mnie, chodząc za mną, kładąc mi łeb na klawiaturze, gdy piszę..

Jeśli zdarzy się, że mamy w środku tygodnia wolny dzień, Potwory nas zgodnie ignorują! Środek dnia jest zarezerwowany na spanie, leżenie, przewracania się na bok, zmianę miejsca do leżenia, znowu przewrócenie się na bok, ziewnięcie i inne równie fascynujące zadania. Dopiero pod wieczór łaskawie zwracają na nas ponownie uwagę..

Najbardziej uwielbiam Potwory w komplecie, choć one udają, że nie uprawiają tak haniebnej praktyki jak przebywanie w swoim sąsiedztwie. Wręcz, według Pana Kota, psy są niegodne przebywać w jego towarzystwie. Przynajmniej, nie za blisko..



Bez Potworów nie dzieją się żadne ważne rzeczy w naszym życiu. Wzięły udział również w naszej sesji narzeczeńskiej jako jej niezbędni bohaterowie



A tylko nieliczni wiedzą, że miały również zostać gwiazdami pewnej reklamy (chcąc oczywiście podreperować domowy budżet)..




Tylko Pan Kot ma to wszystko



jak zwykle w głębokim poważaniu.. On nie musi niczego udowadniać, to my musimy go adorować, nie on nas. Na co oczywiście w ogóle nie narzekamy! :)
Czytaj więcej

niedziela, 11 sierpnia 2013

Jeszcze o "Cesarzu"

Reportaż:
Gatunek publicystyczno-literacki, przedstawia rzeczywiste zdarzenie i towarzyszące mu okoliczności, autor reportażu opowiada o zdarzeniach, których był świadkiem lub których przebieg zna z relacji świadków, dokumentów lub innych źródeł. (źródło)

------------------

Moje zainteresowanie Cesarzem i historią jego powstania nie było próbą pokazania, że Kapuściński był złym pisarzem, czy złym człowiekiem. Wydaje mi się, że tego ostatniego to już nie ma szans tak do końca obiektywnie ocenić, ponieważ autora można poznać tylko przez pryzmat wspomnień o nim, a te jak wiadomo związane są z pracą ludzkiej pamięci, która ma skłonności do nieświadomego zmieniania faktów, mylenia ich, dodawania czegoś czy zwyczajnie, zapominania. Dlatego to, jaki był naprawdę człowiekiem, czy miał genialny charakter, czy zepsuty, chociażby przez sławę jaką odczuwał, w tym momencie, z mojej perspektywy, nie ma już znaczenia. Miało dla mnie znaczenie na ile Cesarz to reportaż, a na ile to fikcja, poparta prawdziwymi wydarzeniami i to spowodowało, że szukałam głębiej. Inna sprawa, że naprowadziło mnie na masę sprzecznych komunikatów, których autorem był cóż, sam Ryszard Kapuściński. Co istotnie mogło dawać jakiś jego obraz, rys charakteru, ale czy od razu miało go przekreślać jako pisarza, reportera, a wreszcie - człowieka? Absolutnie nie! Tendencję do konfabulacji w mniejszym, bądź większym stopniu ma każdy z nas, co nie oznacza, że w związku z tym każdy człowiek traci na wartości.

Cesarz to ważna powieść z wielu powodów. Nie tylko dlatego, że jest świetnie napisana, ani też nie dlatego, że przedstawia uniwersalny opis schematu działań państwa totalitarnego. Ta powieść ma jak się okazuje pewną siłę oddziaływania również na jej bohatera zbiorowego, czyli na Etiopię. I dlatego uważam, że ma znaczenie fakt, czy Kapuściński spisał prawdę, czy jednak dał się ponieść wyobraźni.

Jak można przeczytać w wywiadzie Joanny Mieszko-Wiórkiewicz z wnukiem Hajle Sellasje pt. „Cesarz” nie jest o moim dziadku:
 Książka ta nie tylko zniszczyła reputację cesarza i naszej rodziny, ale zatruła także współczesną historię Etiopii dla kilku przyszłych pokoleń. W Polsce chyba nikt sobie tego nie uświadamia, jak wielką propagandową robotę zrobił Kapuściński dla Sowietów i zamachowców z junty wojskowej, czyli Dergu z Mengistu Hajle Mariamem na czele. Przy czym, jak zaznaczał sam autor, chodziło o fikcję literacką, a nie reportaż. W wielu recenzjach podkreśla się jednak, że autor wynalazł nową formę – fikcyjny, czyli zmyślony reportaż polityczny. Czy to nie jest czysty Orwell? I za tę nową formę okrzyknięto autora wybitnym dziennikarzem. W jakich językach ukazała się ta książka i w ilumilionowych nakładach? (źródło)
Jest w tej wypowiedzi jak widać sporo negatywnych emocji, co wydaje się dość zrozumiałe (gdyby ktoś tak opisał mojego dziadka podejrzewam, że też bym się oburzyła), w związku z czym nie musi być do końca też obiektywne. Pójdźmy zatem dalej.

Źródło zdjęcia

Z wywiadu z Ryszardem Czajkowskim, geofizykiem, dziennikarzem i podróżnikiem, możemy odczytać nieco subtelniejszą, ale nadal krytyczną wypowiedź o fabule utworu: Myślę, że w "Cesarzu" Kapuścińskiego są pewne przekłamania. To była jedna z jego pierwszych podróży. Nie zdążył wejść w to środowisko i wystarczająco zrozumieć otaczających go ludzi. Mimo, że Kapuściński to świetny pisarz, to zrobił wielką krzywdę cesarzowi. Lubimy czytać jego książki, a to jeszcze podkreśla wizerunek cesarza - moim zdaniem niewłaściwie przez niego przedstawiony. (źródło) Krytyka ta jednak, która podejmuje się próby znalezienia przyczyny przekłamań nie wydaje się już do końca obiektywna, bo Kapuściński w Etiopii spędził parę dobrych lat i szansę na poznanie środowiska miał jednak sporą.

Informację o fikcyjności Cesarza potwierdza także Domosławski, autor tak krytykowanej biografii Kapuścińskiego, Kapuściński non fiction, której od razu to podkreślam nie czytałam, ale czytałam wywiad w Newsweeku z Domosławskim, który potwierdza:  Gdybyśmy zechcieli jednak uznać „Cesarza” za reportaż dziennikarski – musielibyśmy zmierzyć się z zarzutami. I takie zarzuty rzeczywiście były formułowane na Zachodzie, ich autorem był np. Harold G. Marcus, biograf cesarza Hajle Selasje. Po chwili jednak dodaje: Jednak moim zdaniem jego zastrzeżenia są efektem nieporozumienia. Przecież „Cesarz” to nie podręcznik historii Etiopii ani biografia władcy, lecz literacki traktat o mechanizmach władzy.(źródło) 

Oczywiście przeciwnicy Domosławskiego, mimo pozytywnego wydźwięku tego fragmentu, zapewne nie potraktują go do końca poważnie. W końcu Domosławski w swojej książce niejako strącił Kapuścińskiego z piedestału (źródło), a zatem stał się dla wielbicieli reportera kompletnie nieobiektywny, na dodatek w ich mniemaniu, stał się zdrajcą swojego mistrza. Dlatego najlepiej i najwiarygodniej będzie poprzestać na wypowiedziach samego autora, których w kwestii Cesarza było naprawdę sporo, ale ta którą zacytowałam we wpisie o publikacji To nie jest zawód dla cyników, myślę, że najlepiej podsumowuje całość:
Na przykład w Cesarzu nie pisałem o życiu o Hajle Sellasje. Jego tam nie ma. Książka pokazuje, jak władza zmienia ludzi, w jaki sposób ulega wynaturzeniu zachowanie człowieka, który wchodzi do polityki. Polegając na własnym instynkcie, zamiast pisać książkę o Hajle Sellasje, skoncentrowałem się na psychologicznych, zakulisowych mechanizmach władzy, na funkcjonowaniu instytucji i ludzi, którzy nimi kierują. (To nie jest zawód dla cyników, Ryszard Kapuściński, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013, str. 75)

A zatem konkluzja z tych poszukiwań brzmi: nie możemy traktować Cesarza jako reportaż sensu stricto, a co najwyżej możemy go umieścić w spektrum reporterskiej fikcji. A jak się okazuje, nie było wcale łatwo to doprecyzować, bo nadal na wielu stronach poświęconych twórczości Kapuścińskiego ta pozycja widnieje jako reportaż. A dla mnie ma ogromne znaczenie czy czytam książkę opartą na faktach, czy bazującą na faktach i dowolnie je przekształcającą. Różnica bowiem jest ogromna!
 
Czytaj więcej

sobota, 10 sierpnia 2013

Niczym powrót do przeszłości

Zaczęło się od dziadka. Podejrzewam, że gdyby urodził się kilka dekad później zostałby pisarzem i to naprawdę dobrym pisarzem fantastyki. Miał dar do opowieści. Znajome legendy, przypowieści obrabiał na własny użytek. Historię narodzin małych diablątek pamiętam do dziś, tylko już nie ma miejsca, gdzie owe narodziny miały dojść do skutku. Intencja chyba wtedy przyświecała mu taka, żeby mnie odwieść od wałęsania się po różnych dziwnych miejscach, ale zadziałało na odwrót. I jeszcze ta lektura Mickiewicza. Rozpasana wyobraźnia goniła za Świteziankami, upiorami, za duchami biednych porzuconych dziewczyn. W końcu Adaś fenomenalnym fantastą był i piękne wszystkie mity słowiańskie i legendy przerobił, przy okazji sobie program ustanawiając.
Gdy już wyrosłam z ballad wieszcza, pałeczkę przejął znakomity zastępca - Bolesław Leśmian. Dusiołki, Zmory, Strzygi, Południce, ach ileż tam tego było! prostą drogą dotarłam do tej wielkiej księgi: Kultury ludowej Słowian Moszyńskiego i części o wierzeniach i pamiętam do dziś, trzeba było mnie z czytelni wypraszać, bo zapomniałam o całym świecie. Chyba w żadnej kwestii ludzka wyobraźnia nie była tak twórcza, jak w tej związanej ze śmiercią, życiem po śmierci, a już szczególnie, ze złą śmiercią, która naznaczała duszę na zawsze i zamieniała w jakiś rodzaj upiora. Możliwości było jak się okazuje bez liku, bo nawet samobójstwo mogło zakończyć się rozmaicie w zależności od tego, kto się na swoje cenne życie targnął, na jakim etapie życia i z jakiego powodu. I tak powstały dziwne Zmory, Strzygi, Płanetnice, Dusiołki.  Zawsze, ale to zawsze rodziły się po zmroku i miały związek z siłami zła, nawet jeśli same złe za życia nie były.


Czytając Starą Słaboniową i Spiekładuchy cofnęłam się w czasie. Była ciemna noc, za oknem grzmiały pioruny, dodatkowo wzmacniając atmosferę, a Joanna Łańcucka umiejętnie wciągnęła mnie ponownie w ten świat z piekła duchów, które same stając się niewolnikami złego, zniewalały żyjących swoją siłą. I chociaż patrzę na świat przez szkiełko i oko, co tak gromił nasz wieszcz, to nadal lubię historyjki rodem z lat dziecięcych, w których czai się groza i mrok, i jest taka jedna Słaboniowa, która tego mroku i walki z nim się nie boi. Trochę taki Wędrowycz w spódnicy, popijający miętę zamiast bimbru.

 A zatem jest polska, głucha wieś, gdzieś w zamierzchłych czasach PRL-u. Wieś pełna tego co ze wsią tak niegdyś było bardzo związane - hodowlą zwierząt, uprawą pól, znajomością grzechów sąsiada lepiej od własnych. Swojsko, sielsko, anielsko. O ile nie pojawi się nagle jakiś dziwny stwór, z piekła rodem, który nęka jej biednych mieszkańców. I tak Słaboniowa ma ręce pełne roboty starając się uchronić mieszkańców przed upiorami, przy tym ma w sobie ogromną mądrość życiową i doświadczenie, które umiejętnie wykorzystuje. Wie jak pozbyć się Kikimory, zna sztuczki na Zmorę, niejedno widziała, niejedno wie. Przewija się opowieść o Słaboniowej przez wszystkie pory roku, przez wiele lat, przez zmianę ustrojową i nadejście nowego, gdy ze wsi młodzi coraz częściej uciekają, gdy coraz mniejsze hodowle, gdy wszystko idzie ku przyszłości, przez rozmowy błahe i znaczące, słowami archaicznymi, ale jak widać ciągle zrozumiałymi. Tylko zmory i upiory nie ulegają tej zmianie, od wieków w ten sam sposób pojawiając się w życiu ludzi, ciągle mącąc, ciągle niszcząc. I tak mamy zbiór tych dziwnych opowieści, każda osobno poświęcona innemu rodzajowi opętania, zmagania ze złem, innemu upiorowi, w każdej jednak ważną postacią jest Stara Słaboniowa i jej najbliższe otoczenie, które wszak nie jest tak liczne. Co nie zmienia faktu, że to Anetka, córka krzestna Słaboniowej, ma tych problemów ze złym najwięcej. Uczepił się jej już gdy była małą dziewcznką, obietnicę wymógł, a potem skutecznie starał się wyegzekwować jej spełnienie..
 W pewnym momencie ten ciąg opowiadań może się wydać nieco już schematyczny, bo ciągle coś, bo ciągle jakiś stwór gdzieś, komuś wytrąca z równowagi dotąd spokojne życie, ale ten nostalgiczny nastrój opowieści grozy nie pozwala przerwać czytania do ostatniej strony. Do tego powoli wyłaniająca się przeszłość Słaboniowej, jej historia i jej słabości mają siłę przyciągającą, wciągającą w fabułę. I potem jakoś tak dziwnie się robi pusto, że to już ostatnia historia, że już się skończyło lekturę..

Czekam na następne książki Joanny Łańcuckiej!


Stara Słaboniowa i Spiekładuchy, Joanna Łańcucka, Oficynka, Gdańsk 2013
Czytaj więcej

piątek, 9 sierpnia 2013

"To nie jest zawód dla cyników" Ryszarda Kapuścińskiego

     Temat życia studenckiego coś natarczywie do mnie wraca ostatnimi czasy. Najwyraźniej siła zwana przymusem do nauki znowu wpływa na mnie z każdej strony, czy to ze świadomych źródeł, czy to podyktowana potrzebami podświadomymi.
    Pamiętam jak szalenie ceniłam wykłady prof. Cierpiałkowskiej, które przecież zawierały w sobie cały ogrom wiedzy, realnych scen wziętych z doświadczenia pani profesor (a to była chyba najciekawsza część wykładu). Do dziś pamiętam parę przykładów, jakie przytoczyła wykładowczyni na temat trudów związanych z procesem terapeutycznym, o wybiegach pacjentów (np. tzw. pacjenci klamkowi, czyli po opowiedzeniu całej historii swojego, zdawałoby się poukładanego i bezproblemowego życia, na wyjściu, już trzymając klamkę, rzucają hasłowo prawdziwy problem, jaki ich sprowadził do gabinetu terapeutycznego), o tym jak też trzeba zadbać o siebie w całym procesie i wiele, wiele innych. Siła wykładu nie pozostaje we mnie bez echa. Zapis z wykładu, choć to nie to samo co jego wysłuchanie, może trochę wprowadzić w tę atmosferę, rozbudzić wyobraźnię, która zabierze czytelnika na salę i pozwoli mu wsłuchać się w głos prelegenta. To nie jest zawód dla cyników to właśnie taki zbiór wykładów, warsztatów, ale i wywiadów przeprowadzonych z Kapuścińskim, kolejno w Ameryce Łacińskiej i we Włoszech. Podzielona na dwie części książka, z której część wykładowa nosi tytuł Pięć zmysłów dziennikarza, a część z włoskich spotkań To nie jest zawód dla cyników zawiera w sobie swoiste kompendium wiedzy o wykonywaniu zawodu, czyli dziennikarstwa. Część najciekawsza to zdecydowanie warsztaty o dziennikarstwie, taka próbka przekazania młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, swojego doświadczenia, zebranej wiedzy, prób znalezienia jakiegoś zestawu recept, jak być dobrym dziennikarzem, jak najlepiej wykonywać swój zawód, jak rozmawiać z innym, jak nazywa Kapuściński swoich rozmówców, mieszkańców krajów Trzeciego Świata.


 Czym jest współczesne dziennikarstwo? Wydaje się, że w epoce globalnej wioski, życia wirtualnego, zawód dziennikarza stracił rację bytu, bowiem informacje docierają do wszystkich w każdym zakątku świata w błyskawicznym tempie. Wiadomości są przygotowywane przez cały sztab ludzi, w związku z tym trudno znaleźć autora efektu końcowego, trwa ciągłe manipulowanie sposobem myślenia ludzi, bo informacja jest na wagę złota, a więc dotarcie do niej również. Co za tym idzie wszyscy, żeby na pewno dysponować dokładnie tą samą informacją, co konkurencja relacjonują na przykład zdarzenia z jednego miejsca, pilnując siebie nawzajem, podczas gdy ważne rzeczy dzieją się w innym i są przemilczane. Co sprawia, że jakby nie zaistniały.. Dlatego jak podkreśla Kapuściński dziś dziennikarz stając przed wyzwaniami współczesności musi w dwójnasób się starać. Przede wszystkim nie ustawać w kształceniu. Na każde napisane sto stron poświęcić lekturę wielu książek. Musi mieć kontakt z ludźmi, bo tylko dzięki nim pozyska żywe, prawdziwe relacje. Musi mieć w sobie dużo empatii i absolutnie nie wolno mu być cynikiem, bo dziennikarstwo to nie zawód dla cyników.

(..) dziennikarstwo nie może być uprawiane przez cyników. Trzeba jednak odróżnić cynizm od ostrożności, sceptycyzmu, czy realizmu. Te cechy są absolutnie potrzebne, bez nich nie da się wykonywać tego zawodu. Cynizm to cecha nieprzystająca do dziennikarstwa. Cynizm to cecha niegodna człowieka, cecha, która automatycznie wyklucza z dziennikarstwa. Mówimy tu tylko o wielkim dziennikarstwie, bo to jedyne, którym warto się zajmować, a nie o odrażającej jego formie, z którą często mamy do czynienia.*

Oddając tak wiele z własnego doświadczenia, jednocześnie Kapuściński udowadnia ogromną wiedzę o świecie, polityce, literaturze, a nawet odrobinę w psychologii, świadomy konieczności budowania związku z człowiekiem, zawiązywania więzi, niezbędnej do pozyskania zaufania, a co za tym idzie, relacji ze zdarzeń. Bogatej, prawdziwej, tej z pierwszej ręki, dzięki czemu jest ona dużo bardziej wiarygodna, niż ta poznana ze źródła pośredniego. Czyta się to wszystko bardzo przyjemnie i nie da się ukryć, że mogę tę lekturę polecać każdemu, kto chciałby bliżej poznać Kapuścińskiego i jego podejście do zawodu. Parę minusów tej pozycji jednak warto nadmienić. Nie wiem w jakim odstępie czasu odbywały się warsztaty w Buenos Aires, ale pojawia się element powtórzeń. Być może miał to być celowy zabieg, nie wykluczam tego, w końcu chodziło o to, żeby czegoś nauczyć, coś wpoić, ale w pewnym momencie jest poczucie, że można by z tego wyciągnąć pewną esencję i już jej tak bardzo nie rozwadniać o masę przykładów. Dzieciństwo autora przywoływane jest chyba z dwa razy, jak również jego początki pracy reporterskiej. Rozumiem ważność tego tła autobiograficznego, ponieważ kto wie, może gdyby nie ten moment w historii i takie jej zawirowania, Kapuściński zostałby na przykład lekarzem, a nie reporterem, ale powtórzone w tak krótkim tekście powoduje poczucie zapętlenia w lekturze. W drugiej zaś części, relacjonującej spotkanie zainspirowane przez Marię Nadotii z Kapuścińskim i Johnem Bergerem, miałam wrażenie, że obaj panowie boją się porozmawiać, więc zarzucają się nawzajem masą komplementów przez parę stron, co zresztą przerywa im nareszcie autorka spotkania, by zachęcić do rozmowy na temat i jak to sama określiła, przywołać do rzeczywistości.

A co można znaleźć w tej książce o Cesarzu?

Niekiedy decyzje podejmowane przez autora prowadzą go w rejony, o których mu się nawet nie śniło. Na przykład w Cesarzu nie pisałem o życiu o Hajle Sellasje. Jego tam nie ma. Książka pokazuje, jak władza zmienia ludzi, w jaki sposób ulega wynaturzeniu zachowanie człowieka, który wchodzi do polityki. Polegając na własnym instynkcie, zamiast pisać książkę o Hajle Sellasje, skoncentrowałem się na psychologicznych, zakulisowych mechanizmach władzy, na funkcjonowaniu instytucji i ludzi, którzy nimi kierują.**

Wspomnień o Cesarzu jest kilka. Wracanie do tej pozycji jest swoistą mantrą powtarzaną przez autora, co nie znaczy, że nie wymieniał pozostałych swoich książek. Widać jednak, że Cesarz miała dla niego szczególnie znaczenie, chociażby ze względu na związany z nią wieloletni pobyt w Etiopii i fenomen wydawniczy i translatorski tej pozycji. Chwilami zastanawiające było to, że Cesarz jest i nie jest reportażem. Jest prawdziwy, bo Kapuściński spisał prawdziwe relacje, ale jednocześnie skonstruował na własny użytek archaiczne wypowiedzi swoich rozmówców. Jest i nie jest o Hajle Sellasje: jest, bo mówi o stylu jego władzy, nie jest, bo cesarz nie był z gruntu złym człowiekiem, tylko zmieniła go sama władza i jej ogromny wpływ na ludzką psychikę. Pozostaje nadal masa znaków zapytania.

Tak czy inaczej, książka warta czasu jej poświęconego. Szczególnie, że rady dotyczące zawodu dziennikarskiego mają wbrew pozorom dość uniwersalny wymiar. Przekaz można bowiem streścić tak: ucz się, rozwijaj w sobie empatię, ceń drugiego człowieka, nie ustawaj w wysiłkach, by się rozwijać, dojrzewać. W moim odczuciu, zestaw rad wart do podążania za nimi, niezależnie od tego, jaki zawód ktoś wykonuje.


To nie jest zawód dla cyników, Ryszard Kapuściński, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013
* str. 163
** str. 75
Czytaj więcej

środa, 7 sierpnia 2013

"Cesarz" Ryszarda Kapuścińskiego

   Człowiek studiujący ma masę rzeczy na głowie. Szczególnie, jeśli do studiowania podchodzi na serio, a nie na zasadzie prześliźnięć między egzaminami*. I jak się okazuje, czasami nie zdąży z czymś i skorzysta z pomocy (odwzajemnionej!) innego studenta/tki. A potem zapomni, że dopisek obok - "notatki od X "- to ważna informacja...
  A zatem nie czytałam Cesarza, a moja pamięć nie ma się aż tak źle, jak sądziłam. Co najwyżej sama się zakręciłam, bo zapomniałam o drobnym epizodzie, gdy przed egzaminami okazało się, że czasu jest za mało, nawet gdy się nie sypia przez 24h i nie dam rady przeczytać pełnej listy wymaganych lektur. Padło wtedy zupełnie przypadkiem na Cesarza. A to, że mętnie kojarzyłam, że czytałam wynikało raczej z tego, że dobrze się z tych notatek przygotowałam do egzaminu.

   W każdym razie dziś, po kilku reportażach, po wiedzy jaką człowiek przyswoił przez studencką osmozę i nieprzespane noce, sama lektura Cesarza nie robi takiego wrażenia, jakie zapewne robiła świeżo wydana. Gdy świat dopiero miał szansę poznać kulisy władzy ostatniego cesarza Etiopii Hajle Sellasje I (albo świetnie skomponowaną na ten temat fikcję literacką) i powoli otrząsać się z szoku po lekturze. Bo nawet gdy poznało się wnikliwie mechanizmy działania komunizmu, ciche wyzyskiwanie sił roboczych, epokę donosów na własną rodzinę, to nadal gdy czyta się tego typu relacje człowiek wciąż nie przestaje się dziwić temu, że można pozwalać umierać drugiemu człowiekowi z głodu, podczas gdy samemu opływało się w bogactwa. Już mniejsza o te donosy, etykietę dworską i masę ludzi zatrudnionych tak naprawdę do niczego. Bo czymże jest rola pana od poduszek, czy tego, który ściera psi mocz z generalskich butów? To jest nic wobec tysiąca umierających z powodu suszy, bo plony nie obrodziły, a spekulanci, patrz: najbliższe otoczenie cesarza, wywindowali ceny zboża do granic możliwości biednych rolników.


Książka jest zbiorem rozmów z byłymi pracownikami dworu, pełniącymi różne, najdziwniejsze role, jednakże traktujący te role mniej więcej z  taką czcią i godnością, jakby byli ludźmi odpowiedzialnymi za czyjeś życie, podczas gdy tak naprawdę dbali tylko o cesarski podnóżek, albo otwieranie drzwi sali audiencyjnej. Potęga siły magicznej, jaką prosty lud obdarza ludzi u władzy spowodowała nie tylko ogromny szacunek wobec tej władzy, ale również szacunek dla własnej, bardzo przyziemniej i w zwykłych warunkach niewiele znaczącej roli. Cesarz jest zatem reportażem z ostatnich chwil działania dworu, do momentu gdy doszło do obalenia władzy Hajle Sellasje.

Atutem całej lektury jest język i kompozycja utworu. Dbałość o bezpieczeństwo swoich rozmówców, nawet jeśli pan od poduszek, lub woreczkowy mieliby zostać rozpoznani po samej roli pełnionej w pałacu, powoduje, że większość rozmówców mówi w podobny sposób (z nielicznymi wyjątkami), a całość sprawia wrażenie tak naprawdę jednej wypowiedzi, którą się tylko dzieli na masę innych pseudonimów, co by mocniej zawęzić krąg poszukiwań. Wypowiedź jednej postaci jest kontynuowana przez następną, co potęguje to wrażenie, dodatkowo, ponieważ wszyscy używają tej samej maniery powtarzania pewnych metafor, rozciągania jednego znaczenia w wielość wypowiedzi, rozbuchania słownego w celu uwypuklenia siły i znaczenia tego, co zostało powiedziane, zdaje się, że Kapuściński rozmawia z jednością, jaką jest całość narodu Etiopczyków. Wszyscy oni pod pozorami szacunku dla mądrości i boskości cesarza opowiadają jakim człowiekiem był on naprawdę, jakie miał wyczucie czasu i proporcji czynów, jak dbał o zachowanie pozorów, jak rozumiał niuanse tak absolutnej władzy. A jednocześnie pozwalał by jego ministrowie wprowadzali w życie zabójcze ustawy, powodujące w kraju coraz większą biedę i związaną z nią umieralność.

Powstaje pytanie na ile Kapuściński sporządził wierny reportaż na podstawie tego co usłyszał od swoich rozmówców, a na ile swobodnie skomponował treść bazującą na ich wypowiedziach? Na ile pokazał na tym przykładzie działanie państwa totalitarnego, a na ile rzeczywiście chciał przedstawić Etiopię taką, jaką była za czasów ostatniego cesarza. Podczas lektury nie raz i nie dwa pojawiają się takie wątpliwości, a to jest coś, co uważnego czytelnika prowadzi do poszukiwań. Te póki co nie doprowadziły mnie do jednoznacznej odpowiedzi. Co czyni sprawę jeszcze ciekawszą, ale też rodzi kolejne pytania o samego autora. Wygląda na to, że jest wokół jego postaci sporo niejasności. Ale mówiąc szczerze, to właśnie takie niejasności powodują, że człowiek jest jeszcze bardziej ciekawy i nienasycony wiedzy w temacie. Cesarza polecam bez dwóch zdań. Jako ciekawy twór literacki, nieco gombrowiczowski w stylu, nieco zamydlający oczy, a jednocześnie potwierdzający, że Kapuściński miał literacką smykałkę.


Cesarz, Ryszard Kapuściński, Kolekcja Gazety Wyborczej, Warszawa 2005

* spójrzmy jednak prawdzie w oczy, może i byłam solidną studentką, ale tylko w zakresie zainteresowań własnych - a więc w zakresie l i t e r a t u r y, co oznaczało omijanie szerokim łukiem zajęć z gramatyki (czy to opisowa, czy historyczna) i robienie ładnych min do złej gry na egzaminie.. zaliczanych na najniższych notach, ale przynajmniej przy pierwszym podejściu ;)
Czytaj więcej

wtorek, 6 sierpnia 2013

"Dzwon" Iris Murdoch

Wygląda na to, że czytam Iris Murdoch z niedbałością o chronologię, rzucając się na kolejno dostępne tytuły w antykwariatach. Najpierw poznałam Morze, morze, a więc powieść doświadczonej pisarki, bo z roku 1978, gdy Iris nie tylko była już dojrzałą kobietą, ale i pisarką z niezwykłym dorobkiem. Drugą powieścią jaką poznałam był Czas aniołów. Ona z kolei jest z roku 1966, co biorąc pod uwagę odległość między powieściami powinno było już dawać odczucie znaczącej różnicy w jej odbiorze. I faktycznie, pamiętam, że ta powieść zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła. Oczywiście po przeczytaniu Czarnego Księcia zupełnie straciłam głowę dla tej ostatniej, a moment jej wydania, datujący się na rok 1973 potwierdza tylko, jakimi przypadkowymi przeskokami w chronologii powstawania utworów poznawałam powieści Iris Murdoch. Teraz cofnęłam się zupełnie w czasie, docierając do początków pisarstwa autorki, a dokładnie roku 1958. I właśnie zaczynam dostrzegać niezwykłą różnicę pomiędzy dojrzałą Iris z okresu Morza, morza, a Iris z okresu, gdy powstawał Dzwon. I choć nie chodzi tu o jakość, bo ta w każdym przypadku była wysoka, to jednak podejście do wielu tematów, jak chociażby homoseksualizm, czy lekkie traktowanie obowiązków małżeńskich (przypominam: rok 1958) przez kobietę mówi czytelnikowi jedną, niewątpliwą rzecz o autorce - że była młoda i bardzo otwarta na świat i ludzi. Dużo bardziej podejrzewam, niż jej ówczesny czytelnik, który w dzisiejszych czasach pewnie pozwałby ją do sądu za obrazę uczuć religijnych. Podoba mi się Iris w każdym ze swoich okresów w twórczości.

Mój egzemplarz jest skromny stąd pożyczam zdjęcie z sieci. Pochodzi z zarchiwizowanej aukcji Allegro - brak linku bezpośredniego..
Dzwon w Dzwonie pełni szczególną rolę. Pierwotnie jest krążącą w okolicy Gloucestershire legendą o zatonięciu wiekowego dzwonu, na którego bokach były wyrzeźbione sceny z Ewangelii, a któremu nadano imię Gabriel. Po jego zatonięciu, żeński klasztor w Gloucestershire, Imber Abbey, sąsiadujący z upadającą posiadłością Imber Court, nie posiadał dzwonu od dawna. Powstałe na terenie posiadłości świeckie bractwo pragnęło ofiarować klasztorowi nowy dzwon. Ten nowy dzwon jest zatem ważnym tematem rozmów w bractwie i bardzo oczekiwanym przedmiotem. Wraz z dzwonem, który będzie przywoływać wiernych na msze, oczekuje się nie tylko zmiany w otoczeniu, ale też swego rodzaju przypieczętowania istnienia bractwa. Jednak stary dzwon nie da o sobie zapomnieć, choć to nowy stanie się katalizatorem do eskalacji wielu dotąd tłamszonych emocji.

Można by zatem rzec, że powieść Iris Murdoch, oprócz kilku ważnych głównych postaci ma również bohatera milczącego, nieco posępnego, pokrytego szlamem i patyną czasu, ale bardzo ważnego w toku fabuły.
A kim są owe istotne z punktu widzenia fabuły postacie? To na pewno Dora, pojawiająca się już na pierwszym planie, pierwszym już zdaniem z powieści rozbrajająca czytelnika:

Dora Greenfield rzuciła męża, ponieważ się go bała. W sześć miesięcy później postanowiła wrócić do niego z tego samego powodu.*

Murdoch, wszechstronnie utalentowana w kreowaniu złożonych ludzkich charakterów, powiedziała o swojej bohaterce w zasadzie wszystko tym jednym zdaniem. Co absolutnie nie umniejsza przyjemności z obierana tej cebuli warstw w jakie ubrała swoją bohaterkę autorka. Dora jest sumą własnych przeciwieństw, które nieodmiennie powodują oscylowanie uczuć ze skrajności w skrajność. Na zmianę czytelnik ma ochotę dosadnie przemówić jej do rozsądku, by po chwili chcieć wysłuchać jej wersji wydarzeń. Jest odbierana dokładnie tak, jak miotające nią uczucia. Gwałtowne, irytująco, a czasami ze wzruszeniem. Taka Dora, kobieta pełna emocji i prostego podejścia do życia, w którym ważne jest, żeby po prostu było jej dobrze, trafiająca do bractwa, gdzie szanuje się pracę, ciszę i drugiego bliźniego, bardzo szybko może wpaść na jakiś genialny pomysł, którego efekt może zaskoczyć nawet jej najśmielsze wyobrażenia. Jednak trafia tam, bo tam właśnie przebywa jej mąż, od którego odeszła, a teraz właśnie zdecydowała się wrócić. Na miejscu w Imber Court, oprócz złego i rozczarowanego żoną Pawła, poznajemy również Michała Meada. Warto wspomnieć o Michale, bowiem to do niego tak naprawdę czytelnik się przywiązuje i jego losy są mu bliskie sercu. Michał, niedoszły kapłan, zmaga się z własną grzeszną, jak uważa, naturą i próbuje ją jeśli nie zwyciężyć, to chociaż pokonać przez zaniedbanie. Nie może mu się to powieść z dwóch powodów...Pierwszy osiadł niedawno w Imber Court powodując poruszenie swoim stylem bycia i brakiem dbałości o relacje społeczne. Drugi wysiadł z pociągu wraz z Dorą.

W tym całym wciągającym zaczytaniu można się zapomnieć. Właśnie bym to zrobiła i popchnęła fabułę za bardzo do przodu, a przecież nie o to chodzi! Chcę tu przestawić kawałek, niczym scenę w księżycową, jasną noc, dwoje ludzi i dzwon.. Resztę, cóż, resztę musicie przeczytać już sami.

Źródło zdjęcia





Dzwon, Iris Murdoch, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972
* str. 5
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.