niedziela, 29 września 2013

"Mewa" w Teatrze Narodowym

 Życie trzeba przedstawiać nie takie, jakie jest i nie takie, jakie powinno być, ale takie, jak się widzi w marzeniach.*

Mewa Czechowa to utwór nierówny. Sam Czechow uparł się nazywać swój dramat komedią, choć jeden z głównych bohaterów na koniec odbiera sobie życie, a część z bohaterów pozostaje nieszczęśliwa z powodu obranych ścieżek życiowych. Trudno więc widzieć w Mewie komedię, choć tak, są zabawne momenty i śmieszne dialogi. Summa summarum jednak jest to dramat i mimo, że powstały w 1896 roku nadal bardzo czytelny w percepcji współczesnego widza/czytelnika.
 

"Napiszę coś dziwnego" - wspominał Czechow w okresie poprzedzającym powstanie dramatu. W listach do krytyka i wydawcy Aleksieja Suworina dopowiadał: [..] komedia, trzy role żeńskie, sześć męskich, cztery akty, pejzaż (widok na jezioro); dużo rozmów o literaturze, mało akcji, pięć pudów miłości", a także uprzedzał, że komedia zostanie napisana "wbrew wszelkim regułom sztuki dramatycznej".** Mewa zatem wbrew wszelkim regułom dramatycznym napisana, mówi o życiu we wszystkich tego życia przejawach i w związku z tym o różnych charakterach ludzkich i reakcjach. Nie ma tu bohatera głównego, choć uwaga widza skupiona jest częściowo na młodej postaci literata, dramaturga, początkującego artysty, którego główną rywalką, przynajmniej w jego mniemaniu, jest jego własna matka, aktorka, skostniała, stara forma, która nie chce zrobić miejsca formie nowej i zmienionej. Zacznijmy jednak od początku.

Rzecz się dzieje w majątku wiejskim niejakiego Piotra Sorina, którego to majątku zarządcą jest Szamrajew, ojciec Maszy, nieszczęśliwej dziewczyny, wiecznie ubierającej się na czarno, jakoby po żałobie własnego życia, choć o jej uczucia wytrwale zabiega ubogi nauczyciel Siemion Miedwiedienko. Żona Szamrajewa, Polina, romansuje z wiejskim lekarzem Jewgienijem Dornem, mimo nieskrywanej sympatii, romans odbywa się w ukryciu przed mężem. Do majątku przyjeżdża słynna, choć już podstarzała aktorka, Irina Arkadina, siostra Sorina, wraz z synem Konstantinem Trieplewem, oraz partnerem życiowym, znanym i cenionym pisarzem, Borisem Trigorinem. Fabuła rozpoczyna się od przedstawienia, jakie przygotował Konstantin wraz z Niną, młodą, wiejską dziewczyną, która jak się okazuje ma niebywały aktorski talent i mimo braku zrozumienia sztuki Konstantina odgrywa ją całą sobą. Spektakl przerywają złośliwe komentarze matki Konstantina, który nie może ich znieść i przerywa grę Niny.

Bardzo szybko ukazują się skrywane emocje bohaterów. Masza jest nieszczęśliwa bowiem kocha Konstantina bez wzajemności. Konstantina unieszczęśliwia matka, która podchodzi do działań syna bardzo krytycznie. Ninę unieszczęśliwia życie na wsi i brak majątku, żeby mieć szansę na rozpoczęcie kariery aktorskiej. Miedwiedienko jest rozżalony brakiem wzajemności, ze strony Maszy. Irina najwyraźniej nie może przyjąć do wiadomości, że niestety jest coraz starsza i raczej nie mogłaby zagrać już nastolatki. Każdy z bohaterów szuka remedium na swoje nieszczęście. Konstantin próbuje się zabić. Nina wdaje się w romans z Trigorinem. Masza wychodzi za mąż za Miedwiedienko, żeby w ten sposób zabić w sobie niespełnioną miłość do Konstantina. Istna lawina ludzkich dramatów..

Jak to przedstawiła Agnieszka Glińska, reżyserka spektaklu w Teatrze Narodowym?

Siemion Miedwiedienko (Grzegorz Kwiecień), Jewgienij Dorn (Paweł Wawrzecki), Nina Zarieczna (Dominika Kluźniak) i Irina Arkadina (Joanna Szczepkowska); fot. Robert Jaworski, źródło
Postawiła na minimalizm. Na scenie widz znajduje niewiele elementów. Parę krzeseł, jakiś taboret, szafka. Zaimprowizowana scena do przedstawienia. I duże pole do wyobraźni. Jezioro i jego obecność podkreślają jedynie słowa i dźwięki. Widz tak naprawdę ma możliwość oddać się własnym wyobrażeniom, nie dostaje ostatecznych, gotowych obrazów. Za to ma szansę zetknąć się z bardzo bliska z emocjami bohaterów Czechowa. Jest w nich ogrom ekspresji, są wyzwolone gdy już odchodzą do głosu. I stają się dla nich coraz bardziej niebezpiecznie, zwodzą ich z prostych ścieżek, jakimi mogliby podążyć, gdyby nie one.

Nina (Dominika Kluźniak) i Konstantin (Modest Ruciński), fot. Bartosz Bobkowski (źródło)
 Jestem pod wrażeniem. Pod naprawdę dużym wrażeniem. Zacna obsada, fenomenalnie odegrane emocje, poczucie wręcz uczestniczenia w wydarzeniach, obsada dobrana idealnie pod kątem roli. Joanna Szczepkowska staje się wyrodną matką, która wdaje się w przepychanki z synem i autentycznie, nie da się jej lubić. Modest Ruciński jest świetny jako rozdarty wewnętrznymi konfliktami niedoszły dramaturg. Dominika Kluźniak zachwyca swoją rolą - co za lekkość sceniczna! Mogłabym tak bez końca. Paweł Wawrzecki - aż ciężko uwierzyć, że to ten sam Paweł Wawrzecki z komedii w Teatrze Komedia, z której, zaledwie przed kilkoma dniami wyszłam z mieszanymi uczuciami (o czym piszę tu). Co warto odnotować, bardzo mi się spodobało uczestniczenie w zmianie dekoracji. Scena przy Wierzbowej jest znacznie mniejsza od sceny przy Placu Teatralnym. Nie ma tu kurtyny, scena jest bardzo blisko widowni, wszystko, co trzeba zmienić w trakcie spektaklu dzieje się na oczach widza. Ba, aktorzy wychodzą z widowni, wprost na scenę, mijając tym samym swoich widzów z bardzo bliska. Jako maniaczka teatralna, która najchętniej by sobie przycupnęła gdzieś w rogu sceny, by być jak najbliżej, byłam wniebowzięta!

Boris (Krzysztof Stelmaszyk) i Masza (Patrycja Soliman), fot. Robert Jaworski, źródło
 Polecam. I spektakl i lekturę sztuki Czechowa. Czy to w tym nowym, proponowanym prze Teatr Narodowy tłumaczeniu (Agnieszki Lubomira Piotrowskiej), czy w innym.

Mewa, Anton Czechow, reżyseria: Agnieszka Glińska; scenografia: Magdalena Maciejewska

Obsada
Irina Arkadina: Joanna Szczepkowska (gościnnie)
Konstantin Trieplew: Modest Ruciński
Piotr Sorin: Włodzimierz Press (gościnnie)
Nina Zarieczna: Dominika Kluźniak
Ilja Szamrajew: Krzysztof Stroiński (gościnnie)
Polina: Dorota Landowska
Masza: Patrycja Soliman
Boris Trigorin: Krzysztof Stelmaszyk
Jewgienij Dorn: Paweł Wawrzecki (gościnnie)
Siemion Miedwiedienko: Grzegorz Kwiecień
Jakow: Karol Pocheć


Mewa, Antoni Czechow, program Teatru Narodowego 18.11.2010
* str. 56
** str. 9 (Katarzyna Osińska, Mewa jest Mewą, Mewa jest Mewą)

Czytaj więcej

czwartek, 26 września 2013

"Musicie wiedzieć, że jest tu pięknie" pierwsze reportaże Ryszarda Kapuścińskiego

Kolor skóry to tylko kolor skóry. Jak kolor oczu, człowiek sobie sam nie wybiera. A jednak ciągle człowiek człowieka segreguje na kolory. Czarny, biały, żółty, ba nawet czerwony. Paleta rozmaitości. Potem dodaje epitety. A końcu stwierdza, że jest najlepszy, bo jest..? biały? A jaka w tym jego zasługa? A czym mu zawinił ten z innym kolorem skóry? Odpowiedzi brak. Podoba mi się to jak o tym wspomina Kapuściński, w swoich pierwszych, pierwszych relacjach z Afryki, jeszcze gdy sam był młody i niedoświadczony w ogóle na afrykańskiej ziemi i popełniał masę błędów merytorycznych. Jednak to spostrzeżenie nie ma związku ani z jego wiedzą, ani z doświadczeniem, ani młodym wiekiem. Dawniej złościły mnie książki o Afryce: tyle w nich o białym i czarnym. Kolor taki i siaki we wszystkich odmianach. Aż wreszcie pojechałem sam. I wtedy zrozumiałem. Od razu dostaję swój przydział, swój tor. Od razu ta skóra swędzi. Albo razi, albo wywyższa. Człowiek nie może z niej wyskoczyć, ale przeszkadza mu ona żyć. * Mimo, że jestem dość pokojowo nastawiona do świata i ludzi, to jednak relacje z Afryki za czasów kolonizacji, potem dekolonizacji,  z momentów walki o własną suwerenność, sprawiają, że budzi się we mnie gniew.


Czarne gwiazdy to zbiór pierwszych, czasami pisanych na kolanie, reportaży z Ghany, Konga i z Sudanu, będących zupełnie subiektywnym zapisem i relacją z wrażeń z podróży, pobytu, znajomości z tubylcami oraz opowieścią, o pierwszych ważnych postaciach rodzącej się wówczas afrykańskiej areny politycznej. A mowa o okresie już dość zamierzchłym, bowiem późnych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i początku lat sześćdziesiątych (pierwsze wydanie Czytelnika miało miejsce w 1963 roku). Jak to podsumował sam Kapuściński**, artykuły te, mające być zalążkiem książki o okresie dekolonizacji w Afryce zostały wydane w takiej właśnie niedokończonej formie, ponieważ został on ponownie wysłany do Afryki i prace nad zbiorem zostały przerwane. Praca ta podzielona na trzy części (Kolon, Kwame, Patrice) jest żywym świadectwem doświadczeń i rozmów, jakie przeprowadził Kapuściński, który wyraźnie zaangażowany emocjonalnie w afrykańskie sprawy często stapia się ze swoim bohaterem zbiorowym, mówiąc o przeżyciach w liczbie mnogiej. Chce iść z żołnierzami gdy trwa ofensywa, nie chce siedzieć bezczynnie. Wchodzi na wiec, pełen rozgorączkowanych ludzi, choć jego kolor skóry zdradza go i wzbudza podejrzenia odnośnie jego pochodzenia. Razem z nimi jednak wrzuca papier do ognia i razem słucha przemówień. Podoba mi się ten Kapuściński, choć często coś myli, nie zna dokładnie dat, czy nazw strojów ludowych. Ale jest pełen zapału, energii i zainteresowania Czarnym Lądem i jego bolączkami. Angażuje się w to całym sobą i daje to odczuć w opisywanych wydarzeniach. Absolutnie nie jest bezstronny i nie udaje obiektywizmu. Wyraźnie widać, że jest przede wszystkim po stronie człowieka.

Wspaniałym dodatkiem do książki są zamieszczone w niej zdjęcia zrobione przez Kapuścińskiego w tym okresie, oraz co najważniejsze w moim odczuciu - posłowie Bogumiła Jewsiewieckiego, który w bardzo prosty i niczego nie ujmujący Kapuścińskiemu sposób uporządkował wszystkie nieścisłości, jakie pojawiły się w zbiorze, a także uzasadnił interesująco, dlaczego czytanie tych reportaży, choć już z pewnej perspektywy archaicznych, nadal ma duży sens. Czytanie Czarnych gwiazd to czytanie relacji z wydarzeń dekolonizacyjnych z najważniejszej perspektywy - z perspektywy mieszkańców Afryki, nie ich kolonizatorów. Bohaterem jest tu rdzenny mieszkaniec Afryki, nie uzurpator. I ten punkt widzenia nadal ma ogromne znaczenie, biorąc pod uwagę dalsze losy Ghany czy Konga (przekształconego niewiele później w Zair, by dopiero w 1997 stać się Demokratyczną Republiką Konga), dalszy rozlew krwi i walkę o niepodległość. Wielka zaleta reportaży Kapuścińskiego polega na tym, że interesując się konkretnymi jednostkami, czasem politykami na szczycie, a czasem prostymi ludźmi, których spotykał, przedstawia obraz znacznie lepiej odzwierciedlający ludzkie doświadczenia i przeżycia.***

Lektura Czarnych gwiazd to naprawdę ogromna przyjemność, która tylko zwiększa apetyt na więcej reportaży Kapuścińskiego.



Czarne gwiazdy, Ryszard Kapuściński, Agora SA, Warszawa 2013
*str. 148
** str. 4
*** str. 189

Czytaj więcej

wtorek, 24 września 2013

Osiemdziesiąt jeden do jednego

Każdy, kto został przemocą wyrwany z błogostanu czytelniczego ostatnią stroną czytanej pozycji wie, jakie rozczarowanie właśnie przeżywam. Ostatnia strona książki, w której czytelnik się zadomowił jest jak ostry klif zamiast pięknego i wygodnego brzegu morza. Jak napotkane w Cape Town skałki, choć obiecywano piaszczystą plażę. Jak..  Dobra, starczy. Wiecie o czym mówię. Szczerze mówiąc mam ochotę napisać zażalenie do obydwu autorów. Bo mi nawet nie została nagroda pocieszenia w postaci książki telefonicznej. I co z tego, że Opowieści z Wysp Owczych liczą pond 300 stron?


Nie wiem, którego z autorów styl w tej książce był dominujący. Solidarnie piszą o sobie M., więc zgaduj zgadula. Jednemu Maciej, drugiemu Marcin, toteż książka wydaje się być w całości wspólnego autorstwa. Moja wyobraźnia w kwestii wspólnego pisania jest dość płytka. Nie widzę tego do końca, bo nie wiem jak to działa. Ty napiszesz ten rozdział, a ja drugi? Czy dzielimy się akapitami? Czy może ty podrzucisz pomysł, ja rozwinę? Nie wiem. Wiem, że dużo tu Wasielewskiego poznanego wcześniej w poprzednim reportażu, też o wyspie, choć zdecydowanie mniej przyjaznej. I cieszę się, że poznałam je właśnie w takiej kolejności. Pitcairn wolałabym nie poznawać, na Wyspy Owcze, chciałabym powiedzieć, że już się pakuję..

Uciekam do krainy baśni, do świata ogrodowych elfów, w poszukiwaniu tego, co zwykliśmy nazywać prawdziwością. I nie w tym mesjanistyczno - propagandowym znaczeniu - uciekam szukać samoorganizujących się społeczności, atmosfery familijnych rautów, gdzie senior rodziny, kochany, niedołężny dziadunio, chrypliwym głosem opowiada domownikom sagi po zmroku. Uciekam szukać wesołych pisuardes, prostolinijnych ludzi, szczerych pochwał i tej cichej dumy, kiedy ktoś chwali twój wysiłek.*

 Zastanawiam się ilu polskich uczniów na lekcjach geografii byłoby w stanie podejść w każdej chwili do mapy i wskazać na niej Wyspy Owcze. Nie zastanawiam się złośliwie, bowiem sama mam spore braki z geografii i długo mi zajęło nauczenie się najprostszych reguł odnośnie rozpoznawania stron świata (inna sprawa, że mam na to dość ważkie usprawiedliwienie, a nie fakt, że jestem kobietą, jak zapewne złośliwie mogliby podsumować panowie). Zaimponowało mi to, że farerskie dzieciaki wiedzą gdzie jest Polska bez długiego i żmudnego przeszukiwania mapy Europy. Że Polska jako kraj jest kojarzona, nie tylko dlatego, że znana jest mieszkańcom Wysp Owczych szerokość geograficzna pod jaką leży na mapie. Że jest im znana muzyka, czy nazwiska sportowe. Że Polak mimo, że każdy złodziej, to jednak całkiem fajny człowiek...

- Skąd jesteś? - pyta Bogi.
- Z Polski - odpowiadam.
- Z Polski?!? W 2006 roku spędziłem w Polsce wakacje! Piękny kraj, doświadczony przez los. Co prawda przed hotelem w Krakowie skradziono mi nowy samochód, ale to nie jest jeszcze powód, by źle myśleć o całym społeczeństwie, prawda? Ach, co to był za samochód...**

Mieszkańcy Wysp Owczych opisani w tym reportażu kojarzą mi się z czymś mitycznym, nieistniejącym, nierealnym. Aż trudno uwierzyć, że gdzieś na świecie są ludzie, którzy nie zamykają domów, którzy proponują nocleg u siebie nowo poznanej osobie, którzy podejmują rozmowę z obcym niczym kontynuację przerwanego dialogu. Chciałoby się podjąć wszelkie ryzyko związane z podróżą, byle tylko tam dotrzeć. I wtedy nawet dla kogoś takiego jak jak, bojącego się latać, nie przerażają trudy lotu i ryzyko lądowania. I sama nie wiem kogo w pierwszej kolejności chciałabym poznać.. Agnieszkę Johannesen, zadomowioną już na Wyspach, wspaniałą osobę, która znajdzie czas dla każdego potrzebującego, choć w domu ma własną rodzinę, ciągle potrzebującą jej obecności? Listonosza Karla, żywego wcielenia bajkowego listonosza Pata? Miejscowego Dżepetto? Czy może muzyka, Hanusa G. Johansena, którego jedynym marzeniem jest by już umrzeć? Chciałoby się po prostu spędzić tam choć chwilę i poczuć tę prawdziwą przytulność, jakiej nie da się poczuć nigdzie. Choć tak, tam też powoli świat wirtualny wkracza i niegdysiejsze częste spotkania z ludźmi zastąpiły fejsbukowe rozmowy. Nic to, wierzę, że spora część z opisanych zachowań mieszkańców Wysp jeszcze istnieje i może kiedyś..

Może.

W tej skondensowanej (bo cóż to jest 318 stron..) opowieści o ludziach, historii i krajobrazie Wysp Owczych można znaleźć wszystko. Świat baśni i dziwów. Historię i fakty sportowe. Mity i opowieści o samym sobie. Wycinki z literatury o samotności i o samotności refleksje własne i Farerów. Rzeczywistość niczym fragment z telenoweli, tyle że tej ładniejszej, bez udawania i oszustw. Tak, są fragmenty do ominięcia. Tak, nie zaliczyłabym zabijania grindwali do 101 rzeczy, które warto zrobić przed śmiercią; tak, nie rozumiem tej tradycji i nie będę udawać, że jest inaczej. To jednak potwierdza, że Farerowie jak każdy naród, mają przywary. Nie zniechęca na tyle, by zrezygnować z chęci poznania tej intrygującej, fascynującej nacji. Nie zmienia to wcale bardzo ciepłych i bardzo pozytywnych odczuć na temat całej lektury.


81:1. Opowieści z Wysp Owczych, Marcin Michalski, Maciej Wasielewski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
*str. 264
** str. 57
Czytaj więcej

sobota, 21 września 2013

"Dni płynęły cienką strużką".. o listach Franza Kafki

 Pisanie listów, dawna już tradycja i przebrzmiała, to taki niezwykły ślad po myślach i doznaniach z konkretnego momentu w życiu człowieka. Często zupełnie ulotny, ginący w natłoku codziennych czynności. Dla Kafki, który sporą część swojego życia spędził w różnorodnych sanatoriach na leczeniu swoich chorych płuc i próbach przybrania masy ciała miały one wartość dodatkową - zastępowały mu bezpośredni kontakt z bliskimi i ze znajomymi, z którymi siłą rzeczy nie mógł spędzać tyle czasu, ile by sobie życzył. Nasza korespondencja może być bardzo prosta; ja piszę o swoich sprawach, Ty o swoich i to już jest odpowiedź, osąd, pociecha, rozpacz. *


Franz Kafka w swoich listach jest szczery i bezpośredni, choć mając ich taką kompilację w jednej książce, łatwo można rozróżnić osoby, którym ufał najbardziej i wobec których był bezpardonowo szczery (jak wobec przyjaciół Maksa Broda, Oskara Bauma, czy siostry Ottli), od tych, które lubił i szanował, ale w pisaniu do nich był nieco bardziej powściągliwy, a w związku z tym mniej skupiony na doznaniach wewnętrznych, a więcej na podziwie warunków zewnętrznych w jakich przyszło mu przebywać (jak w listach do nowo poznanych osób w sanatoriach, z którymi jednak z czasem znajomości też nabierały znamion przyjaźni). Czytając też te listy od czasów jego młodości, gdy w stylu przeważały kwieciste metafory, do czasów nieco dojrzalszych, a oprócz tego bardziej skupionych na leczeniu, dbaniu o zdrowie, a co za tym idzie, częściej stykających się z tematyką śmierci, można zauważyć niezwykły rozwój zarówno pisarski jak i osobisty. Przychodzą większe momenty refleksji nad własnymi wyborami i związkami z kobietami. Refleksje osobiste, ale i te trochę bardziej ogólne. Pierwsze (..) błędy życiowe są tak godne uwagi. Prawdopodobnie nie powinno się ich badać oddzielnie ponieważ mają wyższy i szerszy sens, ale czasem trzeba to zrobić; przychodzą mi na myśl wyścigi, w których, co też jest słuszne, każdy uczestnik jest przekonany, że wygra, a przy bogactwie życia byłoby to nawet możliwe. Dlaczego tak się nie dzieje, choć niby każdy ma tę wiarę? Ponieważ niewiara nie wyraża się w "wierze", lecz w zastosowanej "metodzie wyścigu".**

Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców to pozycja zawierająca listy Franza Kafki z lat 1900 -1924 a więc obejmujące okres ponad połowy jego życia. Te początkowe są skupione na życiu codziennym, na emocjach związanych z pisaniem, z kobietami, z nowymi utworami, czy przeczytanymi książkami, które zrobiły na nim największe wrażenie. Od momentu, gdy jego zdrowie, które w sumie od lat dziecięcych nie należało do najlepszych, zaczęło niestety być coraz słabsze (problemy z płucami, kaszlem, temperaturą, a w końcu diagnoza gruźlicy) i zmuszało go do częstego przedłużania urlopu zdrowotnego, listy coraz częściej oswajają tematykę związaną z bezruchem, słabością ciała, upływem czasu, oraz strachem. Strachem związanym już niemalże z każdą zmianą. (..) szczerze mówiąc, straszliwie boję się podróży, oczywiście nie akurat tej podróży i w ogóle nie tylko podróży, lecz każdej zmiany; im większa jest zmiana, tym większy wprawdzie strach. (..) *** Jednak to nie jedyny temat, jaki najczęściej jest poruszany przez Franza Kafkę w listach. Najważniejsze jest dla niego pisarstwo, któremu poświęca najwięcej wolnego czasu, choć, jak sam zaczyna podejrzewać, być może to to ono podtrzymuje właśnie taki, a nie inny jego styl bycia. Pisanie mnie trzyma, ale czy nie słuszniej będzie powiedzieć, że utrzymuje ono taki rodzaj życia? Nie mówię tym samym, że moje życie jest lepsze, gdy nie piszę. Jest wtedy raczej o wiele gorsze i absolutnie nie do zniesienia, i musi się skończyć obłędem. Ale to zapewne tylko pod warunkiem, że - co faktycznie ma miejsce - także gdy nie piszę, jestem pisarzem, a niepiszący pisarz jest jednak dziwolągiem, który rzuca wyzwanie obłędowi. Ale jak to jest z samym byciem pisarzem? Pisanie to słodka zapłata, lecz za co? Nocą stało się to dla mnie jasne, że to zapłata za usługi diabła.****

Z listów tych, czytanych nieśpiesznie, smakowanych przez dłuższy czas, wyłania się wiele ciekawych informacji o Kafce. Listy do rodziców i do siostry mówią o trudnej relacji z ojcem, o braku porozumienia, o braku wiary w to, że ojciec akceptuje syna takim, jaki on jest. Wydaje się, że Kafka ma ogromny kompleks ojca, choć z drugiej strony, zdaje się starać przechodzić nad tym do porządku dziennego. Jednocześnie ma sam dla siebie bardzo wiele zarzutów. W kolejnym liście do Maksa Broda tak opisuje zresztą sam siebie - ze sporą dozą goryczy, ostrej samokrytyki, podważania własnej wartości: Syn niezdolny do ożenku, niedostarczający nazwisku przedstawicieli; na rencie w wieku trzydziestu dziewięciu lat; zajęty tylko ekscentrycznym pisaniem niezmierzającym do niczego prócz zbawienia lub nieszczęścia własnej duszy; nieczuły; obcy wierze; chory na płuca, nabawił się zresztą tej choroby zgodnie z absolutnie słusznym z pozoru zapatrywaniem ojca, gdy po raz pierwszy wypuszczony na jakiś czas z dziecinnego pokoju, niezdolny do jakiejkolwiek samodzielności, wyszukał sobie niezdrowy pokój w Schonborn. Oto wymarzony syn.***** Najbliższe zaś relacje rodzinne są z siostrą. Wyraźnie jest on dla niej mentorem i wzorem do naśladowania. Za jego przykładem Ottla również przejdzie na wegetarianizm, będzie mu służyła pomocą w każdej możliwej sytuacji, od załatwiania przedłużenia urlopu po przysyłanie różnych rzeczy, których bratu brakowało w kolejnych miejscach pobytu. Więź między tą dwójką jest ogromna i widać z listów, że z nikim ze swojej rodziny Kafka nie zaznał takiej bliskości.

Czytanie listów czasami przypomina oglądanie drugiego człowieka w całkowitym obnażeniu. Może nie tyle cielesnym, co tym związanym z najgłębszymi przemyśleniami, lękami, wrażeniami. Czasami pojawia się odczucie, że zobaczyło się w tym obnażeniu zbyt wiele. Z drugiej strony, jakiż obraz drugiego człowieka może się wyłonić z takiej lektury! Być może nie zawsze najszczerszy, bo czasami wykreowany na potrzeby uzyskania aprobaty adresata listu. Jednak w większości przypadków daje to obraz czyjejś wrażliwości, stylu widzenia świata i ludzi. W przypadku Kafki pokazuje dużą samotność, smutek i niską samoocenę. Tak niską, że z listów wydaje się, że Kafka nie tylko ciągle jest na zwolnieniu, ale tak poza tym jest naprawdę kiepskim pracownikiem. Podczas gdy skądinąd wiem, że był bardzo ceniony. Z drugiej strony zaś widać, że miewa niskie mniemanie o kobietach, pisząc często o "ich gierkach", konieczności ładnego wyglądu i bezmyślności, a jednocześnie jest ogromnym admiratorem kobiecej obecności. Gdy pisze listy do kobiet jest w nich niesamowicie ciepły i wrażliwy. Bywa też, że zaprzecza sam sobie. Z jednej strony pisze długie, obfite w szczegóły listy, a z drugiej strony nie ufa pisaniu listów. Jest w tym jednak prawdziwie ludzki, zmienny, nastrojowy, ale piszący z listu na list coraz lepiej, zgrabniej, wyraziściej.

Oczywiście są listy, które można było spokojnie wyrzucić z tego zbioru. Listy do wydawcy, w których ustala szczegóły kolejnych wydań opowiadań, ich kolejność, okładkę myślę, że można było spokojnie opuścić, w to miejsce zostawiając pominięte przez tłumaczy fragmenty listów, w których Kafka omawia szczegółowo utwory nieznane polskiemu czytelnikowi. Cóż, wiele omawianych tytułów też nie znałam, a mimo to czytałam  ich opisy z ogromną przyjemnością. Fragmenty zaś z listą ubrań i bielizny, o jaką prosi Franz Ottlę można zaś było spokojnie opuścić. Nie umniejsza to jednak wartości całego zbioru. Właściwie całość jest po prostu ogromną przyjemnością czytelniczą, wymuszającą bardzo częste zaznaczanie kolejnych ustępów. Bo tak są ciekawe, tak refleksyjne, tak zgrabnie skomponowane. Jednak pytanie o takie wchodzenie w cudzą intymność nie dawało mi spokoju przez cały czas..

Listy są na pewno dla cierpliwego czytelnika. Nie tylko dlatego, że sama książka to kilkaset stron, ale też dlatego, że Kafka nie pisał łatwych, lekkich listów. Omawia w nich szeroki przekrój własnych refleksji od osobistych, po te polityczne, związane z aktualnymi wydarzeniami, a również z byciem Żydem w tamtych niespokojnych już czasach. Polecam wytrwałym. Wielbicielom prozy Kafki. I tym, którzy po prostu lubią smakować lekturę listów.



Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców, Franz Kafka, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2012
* str. 164, fragment listu do Maksa Broda
** str. 255-256, fragment listu do Maksa Broda
*** str. 420, fragment listu do Oskara Bauma
**** str. 423,  fragment listu do Maksa Broda
***** str. 438,  fragment listu do Maksa Broda
Czytaj więcej

czwartek, 19 września 2013

"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Haruki Murakami

Dawno, dawno temu, gdy byłam młoda, piękna..wróć, nie ta bajka. A zatem gdy byłam młoda i trochę bardziej egzaltowana, zaczytywałam się w "Lisie Przecherze" Goethego z lubością i smakiem. Wtedy jeszcze wszelkie wstępy i posłowia mnie nużyły i na ogół szybko przechodziłam do meritum. Tym razem jednak wstęp mnie zainteresował, a szczególnie historia jakoby Goethe miał nazywać swoją epopeję nieświętą biblią świata. Szalenie mi się spodobało to określenie. Zawierało w sobie to magiczne "coś". Gdy przeczytałam książkę Murakamiego, jedyną jego książkę, która po prostu przeleżała na moich półkach ponad trzy lata, otóż, gdy nareszcie ją przeczytałam, pomyślałam o niej trochę w podobny sposób. Trochę taka nieświęta biblia początkującego biegacza. Bo to, co wywołała we mnie ta książka mogę określić jednym zdaniem: dodatkowo zmotywowała do biegania.A może, nie tyle zmotywowała, co potwierdziła, że ten rok, wybór tego momentu na bieganie to był naprawdę dobry moment. I że nie tylko ja tak wybrałam. Miałem wtedy trzydzieści trzy lata. Wciąż byłem młody, choć nie byłem już młodzieńcem. W tym wieku Jezus umarł na krzyżu. W tym wieku Scott Fitzgerald zaczął się staczać. Ten wiek to być może życiowe rozstaje. W tym wieku zacząłem moje życie biegacza i spóźnioną karierę pisarską.* Innymi słowy, nie pozostaje mi nic innego jak jeszcze usiąść i napisać bestseller (w razie wątpliwości, dodam, że pisząc to serwuję jednocześnie uśmiech kota z Cheshire - oczywiście do wszechświata, który, jak będę mocno o tym marzyć na pewno spełni moje marzenie. Czy jak to tam szło..).


O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu nie jest poradnikiem dla biegaczy, nie jest to też do końca pamiętnik, jak sugeruje podtytuł, choć temu ostatniemu jest zdecydowanie najbliższe. Jest to zbiór wspomnień związanych z początkami biegania, pierwszym maratonem, przeplatanych z przygotowaniami do kolejnego, najbliższego w okresie pisania (listopad 2005 rok) maratonu, nowojorskiego. Murakami zaczął biegać w pewnym momencie swojego życia, zmieniając jednocześnie w tym życiu całkiem sporo (zamknął swój bar jazzowy i zaczął pisać) i biegał tak przez dwadzieścia trzy lata. Z podziwem i szacunkiem muszę powiedzieć, że tempo jakie sobie narzucił, czyli codzienny trening, oraz to z jakim uporem do tego podchodził mogą tylko wzbudzać.. ogromną chęć, by też mieć taki silny charakter. Co prawda wytrawny biegacz (a zatem nie ja - jeszcze) znajdzie tu pewnie jakieś mankamenty czy to techniczne (Murakami przyznaje się, że nie robi żadnego rozciągania czy rozgrzewek), czy innych treningowych wpadek, ale dla mnie, bardzo początkującej biegaczki, ta książka dodaje skrzydeł. Wszystkie rady od doświadczonych biegaczy biorę sobie do serca i słucham uważnie. Te spisane w tej książce również. (..) nie odstępuję od kardynalnej zasady treningu: nigdy nie mam więcej niż dwóch dni przerwy w bieganiu. Mięśnie są jak pojętne woły robocze. Jeśli ostrożnie, krok po kroku, zwiększa się obciążenie, uczą się je znosić. (..) Jeśli wszakże wstrzymamy na kilka dni załadunek obciążeń, mięśnie naturalną koleją rzeczy dojdą do wniosku, że nie muszą już tak ciężko pracować, i obniżą sobie wymagania.**Nie bez znaczenia jednak jest to, że to książka napisana przez Harukiego Murakamiego. Mam swoje słabości czytelnicze i Murakami do nich należy od lat. Zawsze najbardziej ceniłam w jego prozie introwertyczność jego bohaterów, skłonność do samotnictwa i upodobanie do muzyki klasycznej. I jak można się spodziewać, są to cechy również samego autora. Bieganie było jego świadomym wyborem właśnie dlatego, że może je uprawiać samotnie. Choć jak każdego biegacza cieszą go spotykani na drodze inni biegacze.

Temat biegania, choć zdecydowanie najważniejszy w tej krótkiej historii o bieganiu, nie jest tu jednak jedynym wątkiem. Oprócz niego Murakami porusza też ten, którym może zainteresować się każdy jego czytelnik, czyli o pisaniu. Ba, nawet w kontekście biegania. Bowiem pisanie, które postronnym wydaje się tak mało wymagającym zawodem jest jednak bardzo trudnym procesem myślowym. Wymaga skupienia, samodyscypliny i tego co najważniejsze w tym wszystkim - talentu. Rzecz jasna, pisze Murakami, są pisarze, którzy wytężoną pracą, ogromną samodyscypliną, potrafią wypracować sobie tak dobry styl pisarski, który nawet ma znamiona talentu. Ale takich ludzi jednak jest zdecydowanie dużo mniej. W każdym razie w przypadku Murakamiego i pisanie i bieganie mają ze sobą ścisły związek. Podejmując decyzję o zawodowym pisaniu Murakami musiał zrezygnować ze swojego dotychczasowego, wymagającego i aktywnego trybu życia, który narzucało prowadzenie baru. Zmiana codziennej aktywności wymusiła decyzję o uprawianiu sportu. Zatem obie aktywności, zarówno pisanie, jak i bieganie, pojawiły się w jego życiu niemalże równocześnie.

Dla mnie ta książka to czysta przyjemność. Choć nie wiem, czy mogę ją polecać komuś, kto z bieganiem nie ma nic wspólnego. Sama nie sięgałam po nią dopóki temat nie stał mi się w jakiś sposób bliski. Dla wielbicieli Murakamiego to może być całkiem interesująca pozycja, bo jest tu sporo jego osobistych przemyśleń, nie tylko o bieganiu, czy pisaniu. Tak sobie jednak myślę, że to pozycja bardziej dla pasjonatów, bo nie ma tu typowej dla Japończyka fabuły, choć, o niespodzianko, nawet tu można znaleźć jego stały motyw przejścia w jakiś inny wymiar/świat, Pojawia się on w opowieści o ultramaratonie (dystans 100km) i momencie przekroczenia siedemdziesiątego piątego kilometra. Od siedemdziesiątego piątego kilometra czułem się tak, jakbym przez coś przechodził. Jakby moje ciało przechodziło przez kamienny mur. Tak to odbierałem. "Przechodzenie przez coś" to jedyny sposób,  w jaki umiałem to wyrazić. Dokładnie nie pamiętam chwili, w której zdałem sobie sprawę, że już przez ten mur przeszedłem, ale nagle zauważyłem, że jestem po drugiej stronie. Byłem absolutnie przekonany, że przeszedłem. Nie umiem wyjaśnić logiki, jaka się za tym kryła, ani procesu, ani metody, byłem po prostu przekonany o tym, że p r z e s z e d ł e m.***

Osobiście mogę tylko polecać, choć wiem, że nie każdego zainteresuje tematyka biegania. Swoją drogą ciekawa jestem jaką opinię tej książce mógłby wystawić taki zaprawiony biegacz, jak sam Murakami.. Hm..

O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, Haruki Murakami, Muza SA, Warszawa 2010
* str. 54
** str. 79
*** str. 121
Czytaj więcej

środa, 18 września 2013

"Tartuffe" w Teatrze Narodowym

Tęsknota za klasyką, za starym, dobrym, tradycyjnym teatrem spowodowała, że na chwilę opuściłam widownię Teatru Współczesnego na rzecz Teatru Narodowego. Zresztą, w Teatrze Współczesnym zostały mi już tylko dwa spektakle z repertuaru aktualnego plus ten planowany na listopad, toteż teraz muszę nieco wolniej dawkować jego przedstawienia. Zostawiam je zatem na później, bo wiem, że tęsknota mnie w końcu zaciągnie niemalże siłą do ulubionego miejsca.

Teatr Narodowy to klasa sama w sobie. Nie wymaga reklamy, długich opisów, nie ma potrzeby by zachwalać. Tam jest po prostu pięknie, a do tego repertuar zacny. Wybrałam spektakl "Tartuffe albo Szalbierz", czyli Molier i tradycyjna metoda inscenizacji, bo na "Tango" biletów już nie udało mi się zdobyć...


Jak to mawiają, co się odwlecze, to nie.. ucieknie, a w październiku będę próbować ponownie. Jednak wczorajsza przygoda z Molierem, z piękną Stenką, genialnym Malajkatem i cudownym Radziwiłowiczem była tak znakomita, że żal za utraconą okazją zobaczenia" Tanga" po prostu minął. Wczoraj poczułam, że właśnie tego mi brakowało. Budowania mrocznej atmosfery wokół dość tajemniczego, choć omawianego przez wszystkich Tartuffe, świetnej interpretacji zachowań Elmiry w wykonaniu Danuty Stenki, niezwykłej gry świateł na scenie, które samym zaciemnieniem, bądź delikatną odsłoną sugerowały dzień, lub noc, poranek lub zmierzch. Kostiumy. Epoka. Wrażenie cofnięcia się w czasie. To wszystko było zwyczajnie magicznie.

scena zbiorowa ze spektaklu, fot. Stefan Okołowicz źródło zdjęcia
A przy tym jaka to ciągle aktualna fabuła! Utyskiwania teściowej na samym wstępie na pewno spowodowały uśmiech na twarzy niejednej z pań (ja co najwyżej mogłam się śmiać z samego monologu Pani Pernelle, bo sam w sobie był zabawny). Wychwalanie Tartuffe zaczyna się od wprowadzenia, choć pomiędzy wierszami pani Pernelle sprzedaje też własne poglądy na małżeństwo, jak to przekonanie, że żonie powinien wystarczyć już tylko mąż, więc po co te stroje, te ozdóbki, koronki i inne bezeceństwa. Łajanie towarzystwa widać, jest jej w smak, a Anna Chodakowska pięknie oddaje świętoszkowaty upór swojej postaci. Potem zaś wcale nie jest lepiej, gdy na scenie kolejne osoby próbują wypowiedzieć się jednak negatywnie o tym dziwnym nędzarzu, którego pan domu, Orgon, przyjął pod swój dach i uczynił z niego swego pupilka. W uwielbieniu do Tarttufe jest tak zaślepiony, że nie słucha rodziny, która próbuje mu powiedzieć prawdę o oszuście.

Orgon (Jerzy Radziwiłowidz) i Tortuffe (Wojciech Malajkat), fot. Stefan Okołowicz (źródło)
Fabułę znanego już z liceum Świętoszka nie ma potrzeby tutaj streszczać. Jednak jest to fabuła mocno interesująca. Na ogół w literaturze to kobiety mają skłonność do silnych emocji, które nie tylko są wyniszczające, ale i zaślepiające na wszelkie obiektywne osądy i opinie. U Moliera to jednak mężczyzna traci głowę i zdrowy rozsądek. W zasadzie jest w stanie upojenia, zakochania, ślepej wiary w tego nieboraka, jak często mówi o Tartuffe. W tym wszystkim jest jakaś ogromna dwuznaczność, bo uczucia Orgona nie do końca wydają się li i jedynie przyjacielskie, związane z podziwem rzekomej duchowości tytułowego świętoszka, a zakrawają na prawdziwe, żywe zakochanie w tym dla niego nadzwyczajnym mężczyźnie. Dopiero konfrontacja z prawdziwą naturą spowoduje, że Orgon zrozumie, że jego rodzina przez cały czas miała rację.

Tartuffe (Wojciech Malajkat) i Elmira (Danuta Stenka), for. Stefan Okołowicz, (źródło)
Czy jednak Orgon tak do końca straci wszystkie uczucia dla Tartuffe? Jerzy Radziwiłowicz pięknie oddał wewnętrzne rozdarcie Orgona pomiędzy tym, jak powinien się zachować, a tym do czego pchało go serce, gdy Tartuffe w scenie końcowej jest nareszcie zdemaskowany i aresztowany. Jednak najsilniejsze wrażenie pozostawia po sobie Danuta Stenka, która wyraźnie oddaje wszystkie emocje kobiety, która pozwoliła, może nie do końca, ale jednak, zbrukać swoje ciało i której mąż nie zareagował na czas. Jest zawstydzona, zasmucona, zrezygnowana.

To miała być komedia i istotnie śmiałam się w wielu momentach. Ale to też sztuka wywołująca nadal masę refleksji. Bo pomiędzy tym co zabawne, a ostateczną szczęśliwą sceną końcową, dzieją się tu prawdziwe, ludzkie dramaty. Zbrukana godność, złamane serca, stracony majątek tylko dlatego, że ojciec rodziny nie chciał uwierzyć swoim bliskim i próbował usynowić obcego człowieka za wszelką cenę, oddając mu rodzoną córkę, majątek, wyrzucając z domu syna, gdy ten wyznał mu o przybłędzie prawdę.

I gdy wracałam do domu zajrzałam jeszcze raz do tekstu, który Teatr Narodowy umieścił również w programie spektaklu. I magia zadziałała ponownie..


Tartuffe albo szalbierz, Tetar Narodowy, reżyseria: Jacques Lassalle, współpraca reżyserska: Edward Wojtaszek, scenografia: Dorota Kołodyńska
muzyka: Jacek Ostaszewski
światło: Mirosław Poznański

Obsada (główni bohaterowie):
Pani  Pernell, matka Orgona: Anna Chodakowska
Orgon, mąż Elmiry: Jerzy Radziwiłowicz
Elmira żona Orgona: Danuta Stenka
Damis, syn Orgona :Marcin Przybylski
Marianna, córka Orgona i ukochana Walerego: Milena Suszyńska
Walery, ukochany Marianny: Przemysław Stippa


Czytaj więcej

wtorek, 17 września 2013

Drogi widzu teatralny

Niestety, to nie jest przejawem dobrego wychowania spóźnianie się na przedstawienie teatralne.
Robienie zdjęć podczas spektaklu nie świadczy o zachwycie grą aktorską.
Sprawdzanie smsów nie należy do spektrum typowych zachowań.
Chrapanie również.
Wyciąganie napojów energetycznych o charakterystycznym smrodzie, nie jest przejawem entuzjazmu spektaklem.

Szczerze mówiąc drodzy Państwo przyszliście do teatru.. Czy to w ogóle miało dla Was jakieś znaczenie?

Nie rozumiem. Drogie, szanowne polskie społeczeństwo. Co się z Wami dzieje? Skąd się wzięło to, za przeproszeniem, podłe, niewychowane towarzystwo w Teatrze Narodowym?

Czuję się zdruzgotana, załamana i zawiedziona.

Próbuję się z tego otrząsnąć i zachować w pamięci jedynie wrażenia z pięknego spektaklu.
Powtarzam to sobie niczym mantrę.

Ale mogę jedynie jak Danuta Stenka smutno zwiesić głowę i już nie powiedzieć więcej nic.

Źródło

Czytaj więcej

sobota, 14 września 2013

"Homer i Langley" Edgar Laurence Doctorow

Tak powstają legendy miejskie.

 Homer i Langley Collyer zaistnieli w świadomości nowojorczyków wiosną 1947 roku, kiedy znaleziono ich martwe ciała w ich własnym domu. Pierwszego znaleziono starszego brata Homera, poszukiwania Langleya trwały kilka dni dłużej. Później, gdy wyniesiono z domu całe tony papierów i książek jakie kolekcjonował Langley, odkryto jego ciało. Żywcem pogrzebane pod stosami papierzysk. Na temat przyczyn śmierci obydwu Collyerów są jedynie spekulacje. Prawdopodobnie Langley wpadł we własną pułapkę, które zakładał w domu przeciwko intruzom. Ociemniały Homer, pozostawiony sam sobie, prawdopodobnie zmarł z głodu i chorób jakie od dłuższego czasu go męczyły. Powieść Doctorowa nie ma na celu rekonstrukcji wydarzeń w ich domu*. Przede wszystkim dlatego, że zmienia sporo faktów z życia braci - to Homer był starszy, to Langley grał na pianinie - ale jednak na swój sposób może przedstawiać jak wyglądało życie w tym dziwnym domu, powoli zmieniającym się w jedno wielkie składowisko bezużytecznych przedmiotów.

 Homer powieściowy tracił wzrok powoli, ucząc się na pamięć swojego otoczenia, ulic, które wiedział, że będzie przemierzać, a także całego domu i domowników. Dzięki temu powolne, ale nieuchronne przejście do świata ciemności nie było dla niego aż tak bolesne. Choć smutek, tak, smutek odczuwał.
  Starszy Langley wydawał się spokojnym chłopcem, ale wojna go zmieniła w cynika, a jego płuca w ledwo zipiące miechy. Dziwakiem stał się w zasadzie z dnia na dzień. Wymyślił jedną uniwersalną gazetę, która będzie omawiała całe zło jakie wyrządza sam sobie ludzki gatunek i jakie kreatywnie zmienia na co dzień. Swoją teorią zaś zastępował całe ludzkie doświadczenie i wiedzę, zmieniając to wszystko w jeden wielki bezsens, perpetuum mobile, poruszające się bez końca dzięki kolejnym zastępującym je w machinie trybikom.


Ich życie podlega kolejnym historycznym zawirowaniom. Najpierw wojna odbiera Langleyowi zdrowie. Potem rodziców zabrała epidemia hiszpanki. Bracia mieszkający tylko ze służbą jeszcze przez jakiś czas próbowali prowadzić życie zwane w społeczeństwie normalnym. Lanlgey nawet raz się ożenił, ale jego żona nie zniosła dziwactw męża, jego brata i wiecznego hałasu panującego w domu. Dobrze w sumie, że odeszła wtedy i nie musiała później patrzeć jak dom powoli niszczeje, jak zamieszkują w nim kolejne grupy hipisów, jak Langley coraz bardziej zatraca się w swoim cichym, wydawałoby się spokojnym szaleństwie. I jak zaczynają prowadzić wojnę z sąsiadami, elektrownią, gazownią, jak tracą kolejno dostęp do prądu, gazu, wody, a wreszcie sami wyglądają jak para kloszardów, która coraz bardziej okopuje się w swoim domu, robiąc z niego jeden wielki labirynt pełen książek, gazet, maszyn do pisania, telewizorów, różnych części od różnych maszyn, pianin, pianoli..

Wnętrze domu Homera i Langleya (źródło)
I w zasadzie są tylko obrazowym przykładem na to, jak bardzo społeczeństwo nie akceptuje tego, że ktoś może chcieć się od niego odizolować. Braćmi coraz częściej interesuje się prasa, bank wzywa sądownie do spłaty zadłużenia, kolejni inkasenci próbują dostać się do domu. Ale bracia ryglują drzwi, blokują je książkami, zamykają okiennice i próbują ignorować dzieci rzucające w nie kamieniami. Ale to właśnie to staje się dla Homera największym ciosem. Bo co mogło być straszniejszego od tego, że staliśmy się jakimś mitycznym żartem? ** A przecież jedyne czego oczekiwali bracia było to żeby ich zostawiono w spokoju (All the Collyers had wanted, Langley once explained, was to be left alone.)

Przyjemne rozczarowanie ta książka. Napisana wdzięczną, ładną i dźwięczną prozą. Jest w niej i samotność i rozpacz, ale i miłość do muzyki i próba zrozumienia świata takim, jakim on jest, choć to jakim jest aktualnie wydaje się wielkim nieporozumieniem. Niemniej jednak nawet życie takich dziwaków miało swój głęboki sens. Doctorow naprawdę fajnie wykorzystał materiał tej legendy, ba, pewnie nawet dodał jej większej żywotności, bo doprawdy nie wiem kto dziś w Nowym Jorku pamięta o braciach Collyer i ich dziwnym domu. I tak ludzie znikają z naszego życia, a jedyne, co pamiętamy, to ich człowieczeństwo, które podobnie jak nasze jest czymś małym, niejednorodnym i słabym.***


* Źródło: http://www.nysun.com/on-the-town/collyer-brothers
** str. 200, Homer i Langley, E. L. Doctorow, Świat Książki, Warszawa 2011
*** tamże, str. 93

Czytaj więcej

piątek, 13 września 2013

"Rzeźnia numer pięć" Kurt Vonnegut

Billy Pilgrim ma dość spokojne podejście do życia i wszelkich niespodzianek jakie to życie mu przyniosło. Ożenił się z grubą córką bogatego przedsiębiorcy i właściciela szkoły, do której uczęszczał, robiąc tym samym interes życia, ale jednocześnie zyskując wierną partnerkę na całe życie. Z którą zresztą wiódł życie spokojne i szczęśliwe. Billy wcale nie chciał się żenić z brzydką Valencią. Była jednym z objawów jego choroby. Wiedział, że traci zmysły,kiedy usłyszał, jak się jej oświadcza i błaga, aby przyjęła jego pierścionek z brylantem (..)* Doczekał się dwójki dzieci, córki i syna, choć z obydwojgiem nie ma i nie stara się zawiązać większych relacji. Zawodowo stał się cenionym optykiem. Ogółem miał dobre życie. Gdyby nie paskudny moment z przeszłości, gdyby nie księżycowy fragment z 1945 roku można by powiedzieć, że był szczęściarzem. Jednakże cóż, nie był, a w każdym razie nie tak, jak to postrzegamy na ogół.
Zdarza się.

A jego pech polega w skrócie na kompletnej niemożliwości zapanowania nad włąsnym czasem życia. Billy nie panuje nad czasem, nie ma żadnego wpływu na to, dokąd się przenosi, i te odwiedziny nie zawsze są zabawne. Mówi, że dręczy go nieustannie trema, gdyż nie wie, który fragment swojego życia będzie musiał za chwilę odegrać.*



Przeżywanie swojego życia różnorodnie, skokowo, z przenoszeniem się z miejsca na miejsce powoduje że Billy podchodzi do wszystkiego z dużo większą wyrozumiałością. Zwyczajnie, dochodzi do etapu, że w zasadzie jest mu wszystko jedno. Choć chciałby już odpocząć od tego wszystkiego. Załamanie nerwowe jakie przeżyje spowoduje, że wymyśli porwanie przez kosmitów, pobyt na ich planecie Tralfamadorii, a szczegóły tego pobytu będą łudząco podobne do fabuły jego ulubionych powieści fantastyczno - naukowych pewnego pisarza, Kilgore'a Trouta, który co prawda, ma rewelacyjne pomysły, ale gdyby jeszcze umiał pisać, na pewno byłby bardziej doceniany.

Jedno jednak jest w życiu Billy'ego prawdziwe i zupełnie pozbawione stałej groteski w jakiej funkcjonuje. To ten moment z przeszłości, który zaważył na całym jego życiu. Bombardowanie Drezna w nocy trzynastego lutego 1945 roku. Miasto po wszystkim (..) wyglądało jak powierzchnia Księżyca.*** Nie przeżył nikt i nic. Drezno nie różniło się teraz od Księżyca - ani śladu życia, nic, tylko minerały. Kamienie były gorące. W sąsiedztwie nie ocalał nikt.***

W powieści nie ma żadnych moralitetów czy oskarżeń. Vonnegut pisząc prostym, chwilami wręcz banalnym językiem postanowił czytelnikowi nieco utrudnić lekturę. Zmusza do myślenia. Podając tę interesującą strawę na prostym, zwykłym talerzu jednocześnie każe poszukać stołu i krzesła.  
Nie ma łatwo. Zdarza się.

Pada tu jednak sporo pytań o ludzkie zachowania, o skłonność do zadawania bólu i mordowania. O nieustanną wręcz potrzebę śmierci, obowiązkowy taniec ze śmiercią. O sens i stałe "dlaczego ja?". Oto więc panie Pilgrim, jesteśmy wszyscy razem uwięzieni w bursztynie danej chwili. Taka rzecz jak "dlaczego" nie istnieje. **** Nie ma jednak jednoznacznych odpowiedzi, jest próba tych odpowiedzi poszukania. Jednoznaczne jest tylko jedno - brak zgody na zbrodnię, na zbrodniarzy. A czemu Rzeźnia numer pięć? Sami sprawdźcie.


Rzeźnia numer pięć, Kurt Vonnegut, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Łódź 2013
* str. 132
** str. 35
*** str. 212
**** str. 97
Czytaj więcej

czwartek, 12 września 2013

"Księżyc i magnolie" w Teatrze Współczesnym

  Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem film został przez kogoś nielegalnie przegrany na taśmę video. Zebraliśmy się całą rodziną, ze znajomymi i z wszystkimi chętnymi przed telewizorem. U jeszcze innych znajomych rodziny, bo oni mieli kolorowy. I pamiętam sarkanie dziadka, że schrzanili fabułę, bo się rozmija z książką. "No sami powiedzcie, - krzyczał - gdzie się podziały jej dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa, ja się pytam?" I tak się okazało, że oczekiwana przez wszystkich ekranizacja Przeminęło z wiatrem, którą nareszcie dorwaliśmy w jakiejś niezwykłej jakości i z polskim lektorem, okazała się felerna, bo tak to ocenił Senior rodu. Zdarza się.
  W każdym razie nigdy potem już nie umiałam inaczej spojrzeć ani na film, ani później na książkę (cóż, kolejność zepsuta przez rodzinę), inaczej jak przez pryzmat tej pierwszej, negatywnej oceny. Gdy potem czytałam książkę nie mogłam się w ogóle w nią wgryźć. Przeszkadzało mi rasistowskie Południe, Scarlett była antypatyczna, a jedyna warta zainteresowania bohaterka, czyli Melania, umiera. Jednak historia dotycząca powstawania ekranizacji, zamieszania wokół zwolnienia reżysera, zmiany scenariusza, szukania do samego końca odtwórczyni głównej roli, a potem spektakularny sukces tej produkcji, okazała się mieć niezwykły potencjał. I ten potencjał wykorzystał Ron Hutchinson pisząc swoją sztukę Księżyc i magnolie.

Źródło
Księżyc i magnolie to historia wracająca do momentu powstawania filmu, gdy rozpoczęto już de facto zdjęcia, ale producent David O. Selznick, zwalnia nagle dotychczasowego reżysera filmu, wynajmuje nowego scenarzystę oraz nowego reżysera i obu zmusza do kilkudniowej pracy nad kształtem nowego scenariusza. Ogółem sprawa nie wydaje się taka znowuż trudna, ale problemy się nawarstwiają gdy okazuje się, że nowy scenarzysta Ben Hecht (świetny w tej roli Andrzej Zieliński) nie czytał książki. A po przeczytaniu pierwszej strony ocenił jej zawartość jako "chałę, na której nie da się zarobić nawet centa". Perswazje Selznicka (genialny Sławomir Orzechowski) jednak odnoszą skutek i Hecht zgadza się poświęcić mu pięć dni na napisanie scenariusza. I tak przy pomocy nowego reżysera Victora Fleminga (którego zabawnie odegrał Leon Charewicz) cała trójka pracuje nad tym, by scenariusz był jak najwierniejszy książce, a co za tym idzie, producent z reżyserem wiernie inscenizują jej fabułę, tak by Hecht miał materiał do adaptacji. A biedna panna Poppenghul (urocza Marta Lipińska), niczym Cerber, miała za zadanie pilnowania by nikt nie przeszkadzał i donoszenia kolejnych partii bananów i orzeszków. Bo Selznick się uparł, że przecież tylko one pomagają na myślenie.

Andrzej Zieliński (Ben Hecht), Sławomir Orzechowski (David O. Selznick), Marta Lipińska (Miss Poppenghul), fot. Magda Hueckel (źródło)

Już po pierwszych dwóch dniach Hecht ma dosyć. Nie może patrzeć na banany, jest obolały od pozycji siedzącej, do tego wzbudza w nim protest cała fabuła. A już szczególnie nie zgadza się na scenę, w której Scarlett uderza w twarz swoją małą niewolnicę, Prissy. Tu jego cierpliwość się wyczerpuje, neguje w ogóle wartość pracy nad tym scenariuszem, skoro główna bohaterka to zwykła "kokota, na dodatek zwolenniczka niewolnictwa". Postuluje by scenę wykreślić, albo dodać Prissy jakiś zgrabny monolog. I tak od słowa do słowa panowie zaczynają się najpierw wściekle tłuc po twarzach, a potem już rzucać w siebie nawzajem czym popadnie. Na scenie było głośno od eksplozji tłumionych emocji, na widowni zaś cóż.. śmiech był donośny i długo nie mógł się wyciszyć.


Andrzej Zieliński i Leon Charewicz (źródło)

Szalenie podobały mi się sarkania Hechta na temat fabuły Przeminęło z wiatrem  ("to co ona wyjeżdża do Atlanty, potem ucieka z Atlanty, potem znowu jedzie do Atlanty, a potem znowu ucieka? i jak mam się w tym połapać"; "to w końcu w kim jej się wydaje, że ona się kocha?"), czy o sensie całego przedsięwzięcia ("żaden film o wojnie secesyjnej nie zarobił ani centa"), umiejętności perswazyjne Selznicka i jojczenia Fleminga. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, mimo wyszydzania fabuły powieści w pewien sposób jednak trochę z nią sympatyzuje sprawiając, że mam ochotę dać książce szansę raz jeszcze..


Księżyc i magnolie, Teatr Współczesny, Ron Hutchinson, Przekład: Klaudyna Rozhin
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Anna Englert

Obsada
David O. Selznick: Sławomir Orzechowski
Ben Hecht: Andrzej Zieliński
Miss Poppenghul: Marta Lipińska
Victor Fleming: Leon Charewicz

Czytaj więcej

wtorek, 10 września 2013

Buba i spółka

Gdyby ktoś pytał mnie teraz jak uratować fatalny wieczór i zepsuty nastrój, odpowiedziałabym - idź pobiegaj! A jeśli nie masz odpowiedniej motywacji do biegania (co rozumiem, sama się zbierałam długo w końcu) to proszę, weź do ręki historię Buby (ja się nie mogę odkleić, mimo, że wypadałoby jednak już ją oddać Lirael..).


Kim jest Buba? Zwyczajną nastolatką z martensami na nogach? Może tak, choć brakuje jej tej specyficznej śmiałości jaką jest obdarzona przeciętna nastolatka. A może nie jest, tylko ja spotykam dziwne egzemplarze w tramwajach? W każdym razie Buba mimo wszystko się wyróżnia z tłumu. Jest miłą, serdeczną dziewczyną, ale też dość dorosłą w swoich odczuciach, bo przecież będąc dzieckiem tak postrzelonych rodziców musiała trochę szybciej dorosnąć. W zasadzie to nawet bardzo postrzelonych, skoro nie pamiętają imienia swojej najmłodszej latorośli.. Czego jednak się spodziewać po tacie, prowadzącym reality show i mamie, autorce łzawych romansideł? Zajęci własnymi sprawami, karierą, bądź tej kariery nagłą utratą, pisaniem kolejnej fenomenalnej powieści, bądź nareszcie sensownej książki, czy odkrywaniem nowych sposobów na urządzanie małego domowego piekiełka, nie bardzo się orientują, ani jak Bubie idzie w tej chwili w szkole, że już nie wspomnę o braku wiedzy do której szkoły tak w ogóle uczęszcza, ani z kim tak naprawdę ich córka najchętniej przebywa. Pewnie bardzo by się zdziwili, gdyby do nich dotarło, że tą osobą jest dziadek, choć Buba od jakiegoś czasu nie może oderwać wzroku od czupryny pewnego Adasia. Tylko może nie warto było się tym uczuciem dzielić z najlepszą koleżanką Jolą, która dość szybko pokaże, że najlepszą koleżanką to nie jest..

Aż dziwne, że jednak Bubie udaje się połączyć obowiązki szkolne i jako takie nadzorowanie szaleństw własnych rodziców, a oprócz tego wybuchowe powroty na łono rodziny starszej siostry Oleńki, wraz z siostrzeńcem, który nie ma przekonania do mówienia, zaś chętnie traktuje każdy mebel jako pisuar. I jeszcze znosić Mańczaków miłośników brydża. O, o pani Mańczakowej to można by oddzielny esej napisać, bowiem jej wygląd, styl i niesamowite wprost podążanie za aktualnymi trendami przykuwają uwagę od pierwszego wielkiego entrée. Kolorystka oraz dobór kroju do dość obfitej sylwetki i kształtów też robią wrażenie. Właściwie byłoby szalenie nudno gdyby nie Mańczakowie.. A jeszcze gdy dziadek odkrył sposób na ogrywanie ich w Ogóra to już w ogóle sytuacja zrobiła się, można by rzec świetna. A przynajmniej z perspektywy dziadka, którego przyznaję szczerze, najbardziej Bubie zazdrościłam. Choć też nie ukrywam, bywało, że najbardziej również irytował chwilami.

Nie jest to niewątpliwie tak zabawna historia jak Rudolfa Gąbczaka, nie ma też pewnej lekkości pióra jaką ma Musierowicz, ale niezależnie od pewnej stylistycznej skłonności do rozbawiania czytelnika na siłę (patrz: opisy Mańczaków) jest to lekka, zabawna, przyjemna powieść dla czytelników wszelakiej kategorii wiekowej. Idealna na zepsuty wieczór. I nie tylko. Tylko proszę czytać w odosobnieniu. Bywa, że czytelnik reaguje śmiechem nieco głośniejszym niż by się wydawało.

A, że lekturę zawdzięczam Lirael to już chyba oczywiste :)
Dziękuję raz jeszcze!


Buba, Barbara Kosmowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2010

Czytaj więcej

niedziela, 8 września 2013

"Jak wam się podoba" William Shakespeare

Bywa tak źle czasem, smutno, niewygodnie na tym świecie, że człowiek ma ochotę uciec zeń do krainy marzeń choćby na chwilę i póki trwa teatralne przedstawienie.*

Szeroka ziemia, jak teatr olbrzymi,
Smutniejsze widzom przedstawia dramaty,
Niż ten, na którym odgrywamy rolę.**


Inspiracja: Jak wam się podoba.

Bo lubię, choć tej sympatii do końca nie sposób uzasadnić. Czy chodzi o to, że jest to taka naiwna w swej treści sztuka, czy o to, że Las Ardeński ma taką moc sprawczą? Nie wiem! Ale wiem, że mi się podoba, czyli zamysł autora spełniony. W końcu to o ten dramat był oskarżany, że pisany pod publiczność. Choć doprawdy, nie wiem co w tym złego, skoro poziom trzyma, a widza, wróć!, czytelnika cieszy.

O sztuce pisał pięknie (choć jednocześnie zdradzał w swoim wstępie całą treść!) Leon Urlich, XIX- wieczny polski tłumacz Shakespeare'a. Zostawiam Was z jego cudną interpretacją. A sama wracam do lektury..

"Jest to pasterski dramat — sielanka, odgrywająca się w jakimś idealnym lesie, na łonie matki natury, której zdrowy oddech ma wszystkie choroby cywilizowanego żywota uleczyć, wszystkie wady i zepsucie naprawić, ludzi dworactwem, sztucznym życiem zgangrenowanych do zdrowia i rozumu przywrócić.

Scena z "Jak wam się podoba", Francis Hayman, około 1750 roku (źródło)
Rzecz dzieje się nie wiedzieć gdzie, a plącze jak się wam podoba albo raczej jak się podobało fantazji poety, nietroszczącego się bynajmniej o żadne w świecie prawdopodobieństwa formy. Składa się z kontrastów, świeci i żyje dowcipem, a główny interes polega na dialektyce w poglądach na ludzkość, jej sprawy, uczucia, serca i namiętności.

(..)
W pasterskiej bajce Jak się wam podoba nie trzeba szukać scen dramatycznych, ale jak w kalejdoskopie bawić się coraz nowymi barwami, które się z sobą spotykają, aby jedna podnosiła drugą. Panuje tu słowo, a nie czyn. Gdyby dziś kto na scenę dał sztukę tak swobodnie złożoną z rozmów, choćby pełnych dowcipu, nasza społeczność znużona i znękana, dla której słowo jest startą monetą, nie wysłuchałaby cierpliwie ani połowy tego marzenia, tej muzyki, tej mozaiki myśli — tak fantastycznie sklejonej.

Leon Urlich (1811-1885) (źródło)
Powieść służąca za rusztowanie jest sobie bajką o królach, o królewnach, o trzech braciach, z których jeden poniewierał drugim, gdzieś zapożyczoną i przemalowaną przez wielkiego artystę swobodnie, można by powiedzieć zuchwale — ale osnowa tu najmniej znaczy. Wszystko to bogata opona okrywa.

Jesteśmy w stolicy jakiegoś idealnego księstwa, w którym panuje książę Fryderyk, wypędziwszy swojego brata. Brat ten, jak w ogóle wszyscy wygnańcy w dramacie, schronił się do Puszczy Ardeńskiej na łono natury i znosi bardzo filozoficznie to nowe położenie, czas spędzając na przyjemnych gawędkach. Tymczasem w dawnej jego stolicy pozostała córka Rozalinda przez przyjaźń dla ciotecznej swej siostry, córki Fryderyka, bawi przy niej na dworze uzurpatora. Dramat rozpoczyna się sceną między braćmi, starszym Oliwerem i Orlandem będącym u niego na opiece. Oliwer, idąc za przykładem z góry, Orlanda rad by się pozbyć, wychowuje go na parobka i czyha na jego zgubę. Jest to, obyczajem ówczesnym, zdwojenie dramatu przez przeniesienie go w inną sferę, do czegośmy nawykli. Orlando, którego wychowanie było zaniedbane, zachował jednak w sobie moc ducha, a przy tym siłę pięści, która też do pogardzenia nie jest. Zaraz w początku dramatu, gdy brat zasadza nań siłacza, z którym się ma potykać, Orlando zabija atletę. Musi jednak natychmiast uchodzić, gdyż stary, wierny sługa Adam ostrzega go, że brat chce dla pozbycia się go spalić z nim razem dom, w którym ma nocować. On więc i stary sługa udają się razem do lasu.

Teatr Polski, inscenizacja z 1951 roku (źródło)











Wprzódy jednak przytomne są jego walce z atletą dwie księżniczki, a Rozalinda, córka wygnańca, żywo się zajmuje nieszczęśliwym młodzieńcem, który także w niej się rozmiłowuje. Prawie współcześnie z Orlandem ucieka też do tej samej puszczy wypędzona przez stryja Rozalinda, ale z nią razem uchodzi przywiązana do niej córka księcia. W lesie tym znajdują się więc wszyscy, których społeczność pozbyć się chciała, wśród pasterskiej obyczajów prostoty. Życie tu spędzają, jak przystało bohaterom sielankowym, na śpiewach, rozmowach i na sielskich biesiadach pod drzewami. Orlando, błądząc po lesie, na drzewach pisze wiersze do Rozalindy, ta, przebrana za chłopca, niepoznana, bawi się, wyciągając z niego wyznania gorących uczuć dla siebie. Sama zapoznaje się z nim w postaci pazia, ukrywa swą miłość, gdy wtem Orlando w lesie znika. Zakrwawiona chustka każe się domyślać, że go zwierz pożarł dziki.

Rozalinda mdleje i zdradza płeć swoją. W puszczy tej czarodziejskiej, wracając do stanu natury, spotykają się w końcu wszyscy. Oliwer, wyrodny brat Orlanda, wygnany przychodzi tu także i niedolą nawrócony staje się najczulszym bratem. Powietrze lasu uzdrawia i nawraca. Żałującemu za przeszłe grzechy Celia, córka księcia, jest w nagrodę przeznaczoną.

Nawraca się w końcu tchnieniem tej uzdrawiającej natury nawet książę Fryderyk, który z wojskiem ogromnym ciągnie tu, aby zabić ukrywającego się brata, spotyka na kraju lasu pobożnego pustelnika i — pełen skruchy zrzeka się dobrowolnie nieprawnie zagarniętej władzy. Las ten leczy wszystkie zachcianki, jedna wszystkie nienawiści, darzy szczęściem i spokojem. Ten las — to natura.

W tej idealnej naturze długo jeszcze potem szukano leków na choroby społeczne, wierzono w tę utopię, nie bacząc, że stan natury jest stanem zwierzęcym. Ale w tej naturze tkwiło skryte wspomnienie biblijnego Raju — odwiecznego marzenia ludzkości, tęsknoty za stanem jakimś doskonałości i błogości, leżącym niestety poza warunkami życia rzeczywistego."



*Jak wam się podoba, William Shakespeare, tłum. Leon Urlich, cytat ze Wstępu Leona Urlicha, pełen tekst dostępny tutaj
**Jak wam się podoba, William Shakespeare, tłum. Leon Urlich. akt II, scena 7
Czytaj więcej

wtorek, 3 września 2013

"Kawa z kardamonem" Joanny Jagiełło

Początek to istne deja vu. Bowiem mamy również nastoletnią bohaterkę, której mama jest dziwnie wyobcowana, której pasją jest fotografowanie i w której świecie również właśnie kończą się wakacje. Skojarzenie z Pozłacaną rybką Barbary Kosmowskiej jest aż nadto silne i budzące nieufność wobec autorki. Autorki z królewskim nazwiskiem, nie ma co ukrywać, powodującej przypuszczenia, że coś za dużo tu zbieżności... Na szczęście, po kilku stronach wszystkie te odczucia mijają jak ręka odjął, a potem to nawet się zastanawiałam, czy mój entuzjazm wobec Pozłacanej rybki nie był przesadzony, bo Kawa z kardamonem jest po prostu świetna i spowodowała, że lektura jej kontynuacji to niemalże konieczność!
I może nawet ciut lepsza w paru momentach...


Kawa z kardamonem wydaje się taką typową dziewczęcą opowiastką o miłości. Jest dziewczyna, jest chłopak, jest wspólna pasja i jest cudowna w smaku kawa. Nie można jednak tej powieści zaliczyć do typowej landrynkowej historyjki. Przede wszystkim ze względu na poważną problematykę jakiej się podjęła Joanna Jagiełło, do tego na tak wielu wymiarach, że dziwię się, że ta historia nie utonęła pod ich ciężarem. Jednak lekka nośność narracyjna podźwignęła ten ciężar i mogę powiedzieć, że nie tylko udało się uratować tę opowieść, ale może nawet trochę w nią uwierzyć? W końcu nic co ludzkie..

Linka, a dokładniej Halinka (jejku, jeszcze ktoś używa tego imienia? Strasznie je lubię!) to ciekawa, niebanalna postać, choć nie jest tak mądra w swoim postępowaniu jak bohaterka Pozłacanej rybki. Popełnia typowe dla nastolatki błędy, igrając czasami z ogniem, ale ucząc się z tych błędów i wyciągając odpowiednie wnioski. Właśnie popełniając owe błędy i przeżywając różne rozterki potrzebuje pomocy mamy. Ta jednak od jakiegoś czasu robi się coraz odleglejsza myślami, coraz bardziej nieuważna, coraz mniej skoncentrowana na otaczającej ją rzeczywistości, by w końcu pewnego dnia oznajmić zdumionej rodzinie, że musi wyjechać za granicę. Dla dziewczynki to zdecydowanie szokująca wiadomość, szczególnie, że teraz opieka nad młodszym bratem i jako takie zarządzanie porządkiem w domu zostanie na jej głowie. I to nie na tydzień czy dwa, ale znacznie dłużej. Podejrzeń zresztą pojawia się w jej głowie bardzo wiele. Czy mama ich porzuciła? Czy ma kochanka i dlatego odeszła? Czy jeszcze wróci? Linka w końcu nie potrafiąc dalej biernie czekać, próbuje znaleźć klucz do zachowań swojej mamy, a co za tym idzie, niechcący sięga w odległą przeszłość, znajdując stare zdjęcie mamy, które przedstawiało je obie - matkę i córkę, gdy ta ostatnia miała zaledwie parę miesięcy. I jeszcze istotny fakt - ciążę mamy. Ciążę, po której nie ma śladu, bo Linki siostra lub brat w takim wieku nie istnieją, a przynajmniej nie istnieją w jej świadomości. Poszukiwania utraconego rodzeństwa zaprowadzą ją niczym po sznurku do kłębka, do którego pewnie Linka wcale nie chciałaby dotrzeć, gdyby wiedziała, jak to się skończy.

I cóż my tu mamy.. Zdrada małżeńska, porzucenie małego dziecka, depresja.. Wyliczać dalej? Dużo jak na  jedną, krótką, młodzieżową historię. Dużo jak na jedną wątłą i w końcu jeszcze niedorosłą dziewczynę. A jednak znowu miałam chwilę (za krótką zdecydowanie..) czytania jednym tchem, przyjemne parę godzin i poczucie, że coś w tej powieści ponownie odtworzyło we mnie nastolatkę, która dużo chętniej czytała kiedyś takie powieści, niż jakiekolwiek inne. Cieszy mnie niesamowicie, że polska literatura młodzieżowa ma znowu sporo do powiedzenia, wracając do dawnej, ach, dość już przebrzmiałej tradycji, że czytanie to nie tylko przyjemna, ale i pouczająca czynność.

Sympatycznie czytało mi się tę historię. Choć czuję się nieco rozczarowana, bo w końcu miało być lekko i przyjemnie, a znowu było jednak trochę bardziej po grudzie. Nie dajcie się zwieść tytułowi!

Swoją drogą cieszy mnie, że współczesna młodzież w książkach dla młodzieży nie jest opisywana jak te landrynkowe, sztuczne postaci rodem z filmów z Disney Channel. W ogóle mnie cieszy, że jest taki szeroki wybór tych książek! Mam tylko nadzieję, że więcej prawdziwej młodzieży je jeszcze czyta :)


Kawa z kardamonem, Joanna Jagiełło, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012
Czytaj więcej

poniedziałek, 2 września 2013

To planuję dalej - wrzesień :)

Ponieważ jednak motywowanie się konkretną listą lektur okazuje się całkiem skuteczne, spróbuję podobnie zaplanować listę lektur jak w sierpniu. Sięgając do półek, gdzie na swoją kolej czekają książki zakupione dość dawno temu, a więc już naprawdę długo, wybrałam listę lektur obowiązkowych na wrzesień, podobnie wybierając sześć tytułów:

od góry:
1. Wyznania Nata Turnera Wiliama Styrona - Styrona uwielbiam i nie wiem czemu ta książka tak długo czekała na swoją kolej. Chyba przez tematykę jedynie..
2. 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, reportaż Wasielewskiego i Michalskiego, w ramach kontynuacji tematyki reportażowej
3. Homer i Langley, E.L. Doctorow - zeszłoroczny połów z wyprzedaży Weltbildu.. aż wstyd że tak długo czekała..
4. Rzeźnia numer pięć, Kurt Vonnegut - efekt szaleństw na Targach Książki, uff, całkiem niedawnych, bo majowych ;)
5. Schulz pod kluczem, Wiesław Budzyński - a to tak w ramach wznowienia Sanatorium pod klepsydrą, którego oczekuję, zgodnie z obietnicą wydawcy, w październiku
6. Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców Franz Kafka - rzuciłam się na nią zaraz po wydaniu i tak czeka sobie cierpliwie..

A zatem trochę beletrystyki, trochę literatury faktu, epistolograficznej i biograficznej. Mam nadzieję, że wynik na koniec września będzie równie satysfakcjonujący jak w sierpniu. I że motywacja związana z bieganiem trzy razy w tygodniu i aktywnym ćwiczeniem nowych zwrotów z angielskiego pozostanie na tym samym, wysokim poziome.

To zaplanowane!
Proszę, poszło łatwo. Teraz tylko zająć się realizacją ;)
Czytaj więcej

niedziela, 1 września 2013

"Ludzie i anioły" w Teatrze Współczesnym

Gdy mowa o aniołach otwiera się zaludniona wyobrażeniami przestrzeń. Od tych uskrzydlonych, z mieczem w dłoni, jakie można znaleźć na wielu obrazach, które w kulturze europejskiej pojawiały się już od czasów starożytnych, po te nieco bardziej ludzkie, z wadami i intrygującymi cechami charakteru. W literaturze mamy odniesień bez liku, w kinematografii anioły także spełniają bardzo ważną rolę, będąc albo głównymi bohaterami różnych produkcji, albo ważnymi postaciami drugoplanowymi. Niezależnie od tego jaką funkcję pełnią w przedstawianej historii anioły, czy mitologia anielska, ciągle wzbudzają one ogromne zainteresowanie. Trudno się zresztą oprzeć urokowi historii związanych z anielską aktywnością. Bywają jednak te mniej urocze historie, te z aniołami, które nie mają słodkich twarzyczek, łabędzich skrzydeł i które niekoniecznie są po tej jakby się zdawało oczywistej, dobrej stronie.

Późno w nocy do mieszkania Iwana Paszkina puka do drzwi ktoś, kto damskim głosem oznajmia, że "to ja". Po czym po otwarciu drzwi pojawia się nieznajomy mężczyzna, który dziarskim krokiem i ożywionym głosem wita się z gospodarzem, siada przy jego stole i omawia.. jego ostatni dzień na tym łez padole. Oczywiście Iwan nie reaguje przesadną radością..

Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow) fot. Michał Englert (źródło)
Niejaki Stroncyłow, jak ostatecznie będzie można zidentyfikować nieznajomego, jest jak się okazuje aniołem. Jego zadaniem ma być sprawne przeprowadzenie formalności związanych ze śmiercią Iwana, oraz przejściem w Zaświaty. A jak tam będzie? No na pewno lepiej niż na obrazach Boscha jak zapewnia ów anielski wysłannik, choć z Iwanem to ciężka sprawa, bo nie ma nawet tej cebulki, której można by się uczepić*.. Iwan jest zrozpaczony i rozpoczyna negocjacje o własną duszę i sposób spędzenia wieczności. Bo jednak perspektywa oglądania własnego życia po wielokroć, z powtarzaniem co najbardziej żenujących momentów, bez możliwości zamknięcia nawet oczu.. cóż, wydaje się okrutna. Zgrozę sytuacji zwiększa pojawienie się Notariusza, który bezceremonialne wyegzekwuje podpis od Iwana pod sporządzonym już testamentem, w którym Iwan zrzeka się całego dobytku  na rzecz.. swojego anioła. I tu coś zaczyna nie do końca pasować. Bo po co aniołowi mieszkanie i dacza za miastem?

Zbigniew Suszyński (Notariusz), Sławomir Orzechowski (Iwan Paszkin), Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow)
fot. Michał Englert (źródło)

Alkohol jak wiadomo to całkiem dobry trunek na uzyskanie wielu odpowiedzi, a także wydobycie z przybysza prawdy o jego roli na ziemi. I tak Iwan dowiaduje się, że jego towarzysz nie jest do końca aniołem, bowiem jest aniołem upadłym, a jako taki, zesłany na ziemię niestety niedługo będzie po prostu człowiekiem. I jako człowiek też musi sobie radzić, prawda? Przecież gdzieś zamieszkać musi.. I tu Iwan postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. I będzie w tym tak zaangażowany, że trzeba będzie wzywać pogotowie..

Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow), Sławomir Orzechowski (Iwan Paszkin) fot. Michał Englert (źródło)
 Sławomir Orzechowski i Andrzej Zieliński zapewnili widzom niesamowitą rozrywkę. Obaj panowie byli świetni w swoich rolach i obaj skradli serce widowni. W zasadzie widownia nie chciała w ogóle zwolnić swoich aktorów ze sceny co i rusz przywołując ich nieustającymi oklaskami. Nie bez powodu obaj byli nominowani do Feliksa Warszawskiego za pierwszoplanową rolę męską, a nagrodę za nią otrzymał Andrzej Zieliński. Zdecydowanie jeden z ważniejszych spektakli tego sezonu!

Wiktor Szenderowicz, autor scenariusza do "Ludzi i aniołów" (oryg. Dwa angieła, czetyrie czełowieka) jest uważany w Rosji za największego mistrza satyry politycznej. Obecnie współpracuje on ze stacjami radiowymi "Echo Moskwy" i "Radio Swoboda". Uprawia też różne gatunki literackie, o których można poczytać na jego stronie internetowej . Komedia "Ludzie i anioły" od ponad dekady znajduje się w repertuarze Teatru Olega Tabakowa w Moskwie ciesząc się stale niezwykłą popularnością. W Polsce sztuka miała swoją prapremierę w Teatrze imienia Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, a obecnie można cieszyć nią zmysły w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Cieszyć na całego! Ponieważ to niezwykle zabawna, choć celna w swoim sarkazmie sztuka. Taka, po której aż żal opuścić teatr (chociaż tutaj przyznaję się do całkowitego braku obiektywizmu, bowiem jestem już uzależniona od teatru i wychodzić z niego to już w ogóle nie mam żadnej ochoty).


Ludzie i anioły, Teatr Współczesny, Wiktor Szenderowicz, Przekład: Jerzy Czech
Reżyseria: Wojciech Adamczyk
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Anna Englert


Obsada
Iwan Paszkin, człowiek: Sławomir Orzechowski
Niejaki Stroncyłow: Andrzej Zieliński
Notariusz: Zbigniew Suszyński
Lekarz: Leon Charewicz
Sanitariusz: Michał Piela, Sebastian Skoczeń
Likwidator: Janusz R. Nowicki

*  Była sobie kiedyś zła baba, no i umarła. I nie zostało po niej ani jednego dobrego uczynku. Uchwycili ją diabli i rzucili do ognistego jeziora. Zaś anioł stróż stoi i medytuje: "jaki by tu znaleźć jej dobry uczynek, by Panu Bogu powiedzieć". Naraz przypomniał sobie i rzekł do Pana Boga: "Ona, powiada, z warzywnika cebulkę wyrwała i dała żebraczce". I odpowiedział Pan Bóg: "Weź, mówi, tę cebulkę, wsadź do jeziora, niech się baba za cebulkę chwyci, a ty ją pociągnij; jeśli ją wyciągniesz z tego jeziora, to niech sobie do raju idzie, jeżeli się cebulka oberwie, to niech zostanie tam, gdzie jest".

     Pobiegł anioł do baby, podał jej cebulkę: "Naści, powiada, babo, złap się i trzymaj". I począł ją ostrożnie wyciągać; już, już miał ją wyciągnąć, gdy inni grzesznicy w jeziorze, zobaczywszy, że ją wyciągają, dalejże czepiać się jej, aby razem z nią się wydostać. A baba była zła, bardzo zła, i dalejże nogami wierzgać. "Mnie wyciąga, nie was; moja cebulka, nie wasza." Ledwo to powiedziała, cebulka się urwała. I wpadła baba do jeziora i gore po dziś dzień. A anioł zapłakał i odszedł.

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.