środa, 30 października 2013

Radosne słowotwórstwo. O "Cyberiadzie" Stanisława Lema.

  Trudno jest przejść bez przeszkód przez lekturę Cyberiady, bez połamania sobie języka mentalnego, bez karkołomnej logopedii, jakby człowiek na nowo musiał się uczyć wymowy. Ćwiczenia z czytania ze zrozumieniem, z powtarzania akapitów, z wyciągania wniosków. A potem, jak już czytelnik się przyzwyczai do tej dziwnej, karkołomnej nomenklatury, przekroczy granice lemowskiej ontologii, to już tylko ćwiczenia z cierpliwości. Bo trzeba naprawdę się nabiedzić, żeby znaleźć się z Lemem sam na sam, bez żadnych przeszkód, bez mówiących głośno ludzi, bez ludzi dookoła w ogólności, a przecież tego tylko właśnie się pragnie! Uciec przed dystraktorami i zagłębić się w głębię, próżnię kosmosu, w radosne słowotwórstwo, w filozofię najlepszego ze znanych mi (czytelniczo) ludzi pióra.

  Cyberiada to w zasadzie zbiór opowiadań, bajek, historyjek, dykteryjek, na poły poważnych, na poły komicznych, wszelako za każdym razem refleksyjnych, które łączy dwóch głównych bohaterów, dwóch wielkich konstruktorów, przyjaciół i wrogów zarazem: Trurla i Klapaucjusza. I tak oto w baśniowej nieco atmosferze, w wielkim Kosmosie..

  Kiedy Kosmos nie był jeszcze tak rozregulowany jak dziś, a wszystkie gwiazdy stały porządnie poustawiane, tak że łatwo dało się je policzyć od lewej ku prawej albo z góry na dół, przy czym osobno grupowały się większe i bardziej niebieskie, a mniejsze i żółknące jako ciała drugiej kategorii poupychane były po katach, gdy w czasoprzestrzeni ani śladu nikt nie znalazł wszelakiego kurzu, pyłu i śmiecia mgławicowego, w owych dobrych, dawnych czasach panował zwyczaj, że konstruktorzy posiadający Dyplom Omnipotencji Perpetualnej z wyróżnieniem wyprawiali się kiedy niekiedy w podróże, aby dalekim ludziom nieść dobrą radę i pomoc.*


  Zatem Trurl i Klapaucjusz podróżują i w miarę swoich możliwości starają się pomagać potrzebujących ich pomocy królestwom. Nie zawsze podróżują razem, czasami osobno, czasami zgodnie sobie pomagają, czasami kłócą się na całego (albo sprawiają sobie Wielkie lanie). Na prośby królów stwarzają wszelkiego typu machiny, kreują światy i całe społeczeństwa, wydawałoby się posiadają ogromną moc oraz wiedzę, by każdorazowo spełniać dziwactwa kolejnych władców, łącznie z tworzeniem maszyn, które opowiadają bajki, czy udają smoki (których jak powszechnie wiadomo nie ma, ale nie chodzi o to, co istnieje, bo to już wszak zbadane), czy wreszcie mają być dowodem naturalnie odczuwanej szczęśliwości, co oczywiście w praktyce jest absolutne niemożliwe. Tematyka opowiadań jednak na ogół oscyluje wokół konstrukcji świata jako takiego, która  jest ułomna i na próbach skonstruowania świata dużo lepszego, wokół stylów rządów, jakie prezentują poszczególne królestwa, które nierzadko celują w dyktaturę, oraz wokół głupoty, którą Lem z lubością obnaża ukazując jej chciwość, błędy i upartość (cztery, a cztery jest siedem!). Bo w sumie głupota nie dotyczy li i jedynie inteligencji, a jest pewną sumą woli, która w swoim stanie zapartym będzie przeczyła wszelkiej logice. Bywa.

  Baśniowość historyjek Lema podkreśla zarówno język, jak i formuła stwarzanych historii - rzecz się dzieje gdzieś w niezmierzonej przestrzeni kosmicznej, zawsze ma związek z problemem jakiegoś królestwa, które nierzadko potrzebuje wsparcia niezwykłych konstruktorów, a oni dwaj, choć pełni wzajemnej rywalizacji zawodowej i złośliwości, starają się jednak zawsze działać w zgodzie z najważniejszymi, można by rzec, moralnymi zasadami, choć oczywiście do rycerskich bohaterów jest im daleko. Niemniej jednak warto pamiętać, że wszyscy bohaterowie Cyberiady to roboty, antynomie białkowców, choć prawdopodobnie w swoim mniemaniu dużo lepsi od ludzi, są istotami zatem na wyższym poziomie rozwoju, z genialnymi pomysłami i ich realizacją, a ponadto ich maszyny zawsze cechuje "podskórna" lojalność wobec konstruktora, nawet gdy oficjalnie lojalność winna jest tylko królowi danego królestwa. Ostatecznie zatem, gdy król po wykorzystaniu konstruktora chce się go pozbyć, może się to skończyć tylko na obiciu i porzuceniu gdzieś w kosmosie, ale jednak ujściu cało z każdej historii. A cóż, władcy na ogół bywają mocno dwulicowi.

Język Cyberiady to osobny temat, godzien przynajmniej osobnego artykułu, analiz, z cytowaniem całej masy fragmentów, bo co drugi to lepszy, to zgrabniejszy, to trudniejszy... Przeplatając język naukowy z potocznym, staropolskie sformułowania z baśniową konwencją, masę neologizmów z archaizmami, stworzył Lem dzieło niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju, niesamowicie oryginalne i niezaprzeczalnie niepowtarzalne! Ale przecież..

- To wszystko sofizmata! - wykrzyknął Trurl, tym bardziej gwałtownie, że słowami przyjaciela poruszony. - Elektrony skaczą nie tylko wewnątrz głów naszych, ale i wewnątrz płyt gramofonowych i z tej powszechności nic takiego nie wynika, co by uprawniało do analogii tak hipostatycznych! **

Możecie to sami sprawdzić. Do czego gorąco namawiam.


Cyberiada, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2009
* str. 33
** str. 155
Czytaj więcej

niedziela, 27 października 2013

"Omega" Marcin Szczygielski

Choć - myśli Omega i jest to jedna z najbardziej dorosłych myśli w jej dotychczasowym życiu - czy jakakolwiek śmierć ma sens, jeśli człowiek nie ma zapasowego życia, w którym dzięki otrzymanej nauczce nie popełni już drugi raz tej samej pomyłki?*

Omegę, a właściwie Joasię, poznajmy o poranku w dniu jej dwunastych urodzin. Jest to o tyle nietypowy poranek, oprócz tego, że urodzinowy, że Omega budzi się dużo wcześniej niż jej mama. Co samo w sobie jest bardzo niezwykłe. I dodaje temu dniu jeszcze większej nadzwyczajności. Jak na dwunastolatkę Omega jest zdecydowanie trochę dziwna. Choć nie znam zbyt wielu dwunastolatek, niemniej kojarzą mi się one z dziewczynkami chodzącymi stadnie, szczebioczącymi, wesołymi, raczej towarzyskimi istotami. Omega preferuje towarzystwo komputera, z którym znajomość zawarła naprawdę bliską. Lubi wszelkiego rodzaju gry komputerowe, a na różnych forach, na których bywa i gdzie jest znana i lubiana, dzieli się wszystkimi odkryciami jakich dokonuje podczas pokonywania kolejnych poziomów. Innymi słowy Omega to istota, która lubi życie wirtualne i ten właśnie styl bycia przedkłada nad znajomości z rówieśnikami i relacje z mamą. Które już i tak są utrudnione odkąd tata postanowił założyć nową rodzinę. Cóż, bywa i tak.


Niezwykłość dnia urodzinowego podkreśli pewna niespodzianka - zagadkowy, bo jakby znikąd, e-mail wraz z linkiem do prezentu: do nowej gry. Omega długo się nie zastanawia, klika na link i dwukrotnie potwierdza, że tak, jest pewna, że chce zacząć grę. I odtąd cały świat Omegi zmieni się w scenę gry, każda jej znajoma postać będzie musiała się podporządkować regułom tej gry, a dziwne, bo mówiące niemowlę znalezione na progu mieszkania będzie jedynym przewodnikiem po tej zwariowanej sytuacji. Przewodnikiem o tyle nietypowym, że nie do końca pewnym, czy można zaufać Dziecku, czy też nie. Omega do samego końca nie będzie tego pewna.

Kolejne poziomy gry przynoszą ze sobą następne zagadki i metody przejścia danego poziomu. Sceną każdego poziomu są miejsca Omedze dobrze znane, jak jej szkoła, ulice miasta, czy stadion, na którym będzie zmuszona wziąć udział w Olimpiadzie Zmysłów. Omega będzie musiała pokonać bandę dziwnych klaunów, którzy kradną ludziom radość, przeciwstawić się własnej samolubności i chęci rozstawiania ludzi po kątach, gdy na jednym z poziomów będzie musiała pracować jako Funkcjonariusz Kodeksu, wziąć udział w wyścigu strusi, a także przeżyć kilkakrotnie swoją śmierć. Szczygielski wymyśla dla swojej bohaterki coraz to nowsze i bardziej skomplikowane historie z którymi musi się ona zmierzyć. Omega poznaje przeszłość swojej babci, z której zombie zresztą będzie wędrować przez większość poziomów, będzie uciekać przed wilkołakami i ratować dzieci przed zupełnym pozbawieniem ich własnej tożsamości w pewnej okropnej klinice pseudo - psychiatrycznej. W tym zalewie dziwności i fantazyjności przewija się jednak sporo prawd o współczesnym świecie, wiele ciekawych wskazówek i rozwiązań dla samej Omegi, która pokonując kolejne poziomy gry pokonuje też własne wady i słabości. Ostatecznie, w tej dziwnej grze o powrót do własnego życia, Omega ma szansę trochę dorosnąć, troszkę dojrzeć, przyjrzeć się własnym przywarom i lepiej zrozumieć zachowanie swojej mamy, która jest samotna i zrozpaczona i która też może potrzebować, by się nią ktoś zaopiekował.

Omega to dość długa powieść, jak na powieść skierowaną do młodzieży, ale przyznaję uczciwie, że wcale nie czułam jej długości, bo jest naprawdę fajnie skomponowana i ciekawie napisana. Wygląda na to, że mogę kupować powieści Szczygielskiego już w ciemno, choć Omegę mogłabym przegapić, gdyby nie nieoceniony kolega, mianujący siebie Zacofanym w lekturze, u którego odkryłam ten tytuł, gdy pisał o nim tutaj.


Omega, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2009
* str. 271

Czytaj więcej

sobota, 26 października 2013

O słabościach, czyli dlaczego lubię Jonathana Carrolla

Ostatecznie wszyscy mamy do opowiedzenia tylko jedną historię. A chociaż ją przeżyliśmy, zazwyczaj opuszcza nas odwaga i nie mamy pojęcia, jak ją opowiedzieć. *

Na głównej stronie Jonathana Carrolla możemy przeczytać (link tutaj), że cieszy go zakończenie najnowszej powieści "Kąpiąc lwa" i zdumiewające daty publikacji - w Polsce w październiku 2013, zaś w Stanach na lato 2014. Dla mnie to coś niezwykłego, choć można by w tym doszukiwać się drugiego dna, jednak ja po prostu cieszę się, że jego najnowsza powieść miała premierę właśnie u nas.

Rebis zresztą właśnie wypuścił na rynek tę powieść. Jest dopieszczona jeśli chodzi o okładkę (twarda oprawa, przyjemna w dotyku, dłoń na zdjęciu robi wrażenie), choć już trochę mniej jeśli chodzi o redakcję (ale dostałam egzemplarz recenzyjny, więc może to dlatego), i prezentuje typową dla Carrolla historię z pogranicza jawy i snu, przenikania się dwóch światów i nieoczywistego rozwiązania fabularnego. Recenzję pisałam na potrzeby portalu Wiadomości 24 i tutaj jej nie zamieszczam, bo musiałabym napisać ją od nowa (do czego być może dojrzeję). Tutaj staram się pisać od siebie, bardziej osobiście, gdy piszę dla W24 wpadam w typową dla tego portalu sztuczną i nieco oficjalną tonację. Nie lubię tego. W każdym razie, w miarę możliwości, nie chciałabym tak pisać tutaj na blogu. Nie jest to do końca blog osobisty, ale rysy prywatności posiada - podpisuję się własnym nazwiskiem, wrzucam trochę historii rodzinnych, a zatem ma dla mnie też i osobisty wymiar. I stąd jest dla mnie ważnym miejscem. Nawet gdy nie mam czasu na pisanie, nie mam ochoty wrzucać tu tak zwanych "zapchajdziur" tylko po to, by coś się pojawiło na blogu. To tak przy okazji tytułem wyjaśnienia, czemu znowu dłużej trwała tu cisza..

Po lekturze Kąpiąc lwa zatęskniłam za tym Carrollem, który kiedyś mnie zaczarował swoimi ciekawymi stwierdzeniami, nietypowymi zdaniami przeplatanymi z truizmami i tą stałą mantrą wynikającą z fabuły jego powieści - absolutnie nic nie jest oczywiste, nic nie jest przewidywalne, a zwykłe szare życie może mieć nutę magii, o ile człowiek się choć trochę wysili, by w ogóle ją dostrzec. Oczywiście, kolejny truizm, ale Carroll ubiera swoje truizmy w ciekawe postaci i intrygujące wątki fabularne. Mogę zgodzić się co do wielu głosów krytycznych, ale jednego Carrollowi zarzucić się nie da - jego powieści nie są przewidywalne. Jednakże to co lubię najbardziej u Carrolla to jego niezwykły zmysł wczuwania się w narrację kobiecą. Głos kobietom oddał w kilku swoich powieściach, do których należą dwie moje ulubione: Kości księżyca i Zaślubiny patyków. Szczerze mówiąc, po ich lekturze poważnie się zastanawiałam, czy Carroll to na pewno mężczyzna (czytałam je dobre 10-15 lat temu, nie posiadałam ani komputera, ani nie wiedziałam jeszcze za bardzo o istnieniu internetu, więc wtedy nie bardzo mogłam sobie "wyguglać" jego zdjęcia czy informacji o nim i się upewnić). Czasami wrażenie to się potęgowało, gdy czytałam literaturę stricte kobiecą i zastanawiałam się o jakich kobietach ta kobieta pisze, bo nie tylko nie znam tego typu zachowań, ale ich kompletnie nie rozumiem. Carroll zdawał się wczuwać w kobiety o niebo lepiej.

Zaślubiny patyków to powieść, po którą sięgnęłam odruchowo, przerywając inne czynności (oprócz biegania, bo tego się nie da przerwać, nawet jak człowiekowi słabo i nic się nie chce..) i inne lektury (Lema! porzuciłam Lema o zgrozo! ale już, już wracam), by na chwilę cofnąć się w czasie. O Zaślubinach patyków pisałyśmy do siebie pełne emfazy i zachwytów listy z moją licealną przyjaciółką. Listy te przeplatały się z ulubionymi cytatami, choć obie najbardziej lubiłyśmy te najmniej oczywiste. Wcale nie ten wyłuszczony przez Rebis na tylnej okładce, o paleniu patyków wspomnień, a te nieco bardziej przyziemne, jak ten o jedzeniu dla starszych ludzi, które jest dla nich niczym seks. Główną bohaterkę Mirandę czasami rozumiałyśmy, czasami miałyśmy ochotę stłuc na kwaśne jabłko. Temat jednak był nieporównywalnie lepszy od wszystkich innych, typowych dla młodych dziewczyn tematów. Szczególnie, że w tej powieści Carroll podjął się ciekawego wątku- wykorzystywania innych ludzi w drodze do własnego szczęścia. I niekoniecznie takiego oczywistego wykorzystywania. Budowania swojego ego dzięki czyjejś miłości, oddaniu, byciu. I to nie tylko w tym życiu - w każdym jego wcieleniu. Nawet teraz po przeczytaniu tej powieści ponownie odczuwam tamten klimat zachwytów i chęć powrotu do innych powieści autora. Które grzecznie stoją na półkach, bo przecież od lat zbierałam jego książki, kupując przy okazji jakichś wyprzedaży, znajdując je na stosach tanich książek, czy podczas wymian.

Jonathan Carroll, źródło
To co najmilsze z tych kilku ostatnich dni to właśnie ten czas oddany dawnej lekturze, która nie straciła na uroku, a przywróciła wiele ciekawych momentów z mojego życia. Znalazłam parę cennych skarbów z tamtego okresu, gdy Carroll był moim ukochanym pisarzem i cieszę się, że nie zawsze jest tak, że powrót do dawnej lektury musi okazać się rozczarowaniem. Czego oczywiście nie wolno uznać za regułę, bo już z doświadczenia wiem, że nie każdy taki powrót ma równie optymistyczny wydźwięk.

Próbując zachęcić do lektury Zaślubin patyków chciałabym móc oddać nieco klimat tej niezwykłej powieści, ale cóż, talentu pisarskiego nie posiadam. Niemniej jednak... Czytając tę powieść poznajemy historię pisaną z perspektywy starej kobiety, która relacjonuje swoje ciekawe życie. Choć początkowo wcale na takie znowuż ciekawe się nie zapowiadało. Młoda kobieta, prowadząca nietypowy antykwariat pełen białych kruków, samotna, której związki z mężczyznami nie przechodzą próby czasu i która w końcu zawiązuje romans z żonatym ojcem dwójki dzieci, może raczej wywołać antypatię i krytykę. I tu można przywołać masę głosów mówiących o tym, jak to Miranda zasłużyła na wszystko to, co przyjdzie jej później przeżyć. Bo choć Hugh odchodzi od żony i wszystko zapowiada szczęśliwe, wspólne życie, nie od dziś wiadomo, że nie można budować szczęścia na cudzym nieszczęściu. A przynajmniej, może się to okazać bardzo utrudnione. Zatem szczęścia nie będzie, bo wkrótce po odejściu od żony Hugh umiera. Miranda zostaje sama tuż po tym, gdy zorientowała się, że jest w ciąży. Po takiej dawce dramatu życiowego można się załamać. Zamiast tego do Mirandy przychodzi duch jej zmarłego chłopaka licealnego i prowadzi ją przez parę istotnych wspomnień z jej życia. Dzięki którym Miranda podejmie pierwszą niesamolubną decyzję. I rozpali ogień.

Bywa dramatycznie, bywa zabawnie w tej powieści. Pojawiają się tu takie małe śmieszności typowe dla Carrolla, jak zachwyty nad małą torebką Mirandy, coś tak nietypowego dla kobiety, czy o klaunach przyrody, jakimi ochrzcił Carroll dynie i słoneczniki. Pojawiają się zdania refleksyjne i te tchnące rozpaczą. Jednak wyjątkowo jak na Carrolla zakończenie, choć pełne domysłów, prowadzi te domysły na nieco optymistyczniejszą ścieżkę. Najprzyjemniejsze jednak jest to, jak Carroll kieruje  czytelnika swoją narracją. Pozornie gładko i przyjemnie, by po chwili wytrącić z równowagi, zaskoczyć, odurzyć. Jego styl pisania nazwałam kiedyś swoistą grą fabularną z czytelnikiem i mogę tylko podtrzymać tę opinię. Nie da się go czytać i przeniknąć do końca jego zamysły. I właśnie chyba dlatego tak go lubię.


Zaślubiny patyków, Jonathan Carroll, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002
* str. 7
Czytaj więcej

poniedziałek, 21 października 2013

"Zbrodnia i kara" w Teatrze Powszechnym

W pragnieniu estetyki nie ma absolutnie nic złego. W pragnieniu zetknięcia się z bliska z literaturą klasyczną również (przecież nie ma nic złego w ciągłych powtórkach tego, co dobre, prawda?). Nie ma też nic złego w tym, że w podłym stanie ducha człowiek idzie obejrzeć odwieczny dylemat moralny związany z karą za przewinienie. A potem ma dziwne sny, niczym ten Raskolnikowa o nieszczęsnym koniu (której to sceny długo nie można zapomnieć; o zgrozo, dużo bardziej mną wstrząsnęła niż śmierć biednej, niewinnej Lizawiety) i przewija się w tym jakaś nerwowa chorobliwość. Doprawdy, ileż może się emocji człowiekowi w głowie zalęgnąć po kilku ledwie scenach wyrwanych z powieści Dostojewskiego, to niebywałe.

autor plakatu: Lech Majewski, źródło
Raskolnikow w Teatrze Powszechnym jest ukazany tuż po zbrodni, chwilę po tym, gdy niczym obłąkany po własnym czynie wrócił do swojego pokoju, wrzucił skradzioną lichwiarce biżuterię do dziury za tapetą i pogrąża się w stuporze, który przerywa natłokiem własnym, głośnych myśli. Te myśli zdają się krzyczeć w nim, choć stało się, morderstwo zostało dokonane. Skąd wziął na to siły? Nie wie. Wie, że teraz jest tym przytłoczony, udręczony, popada w swoistą chorobę, gdy jego nerwy jednak nie potrafią do końca pogodzić czyny z myślami, domysły z rzeczywistością, hipotezy własne z przeprowadzonym dowodem. Który im wszystkim zaprzeczył. A jednak nie da się zabić ot tak, usunąć przeszkody na drodze człowieka niezwykłego. A jednak o tak, morderca jest po prostu mordercą..

Marcin Perchuć jako Raskolnikow, źródło
Wstrząs psychiczny jaki przeżywa Raskolnikow jest tym większy, że nie może dać upustu szalejącym w nim emocjom, przepracować właśnie dokonanego czynu, może jedynie beznadziejnie pogrążać się w chaosie własnych myśli, a te mieszają się z wyrzutami sumienia i błędami własnych teorii o zbrodni. Mimo wielu przesłanek, które wskazują jego winę niewiele osób jest w stanie dojrzeć winnego właśnie w nim. I tu pojawia się moja ulubiona postać. Porfiry. Irytująco dokładny w swoich przemyśleniach, choć zdawałoby się, że za bardzo flegmatyczny. A jednak powoli i skrupulatnie doprowadzający Raskolnikowa do wiadomej decyzji..

od lewej: Razumichin (Michał Starski), Porfiry (Kazimierz Kaczor), Raskolnikow (Marcin Perchuć) i Zosimow (Jarosław Gruda); źródło
Na scenie asceza rekwizytów i odcienie szarości. Podzielona na trzy części: pokój przesłuchań po lewej (stół, parę krzeseł, okno z wybitą szybą), po środku coś w rodzaju ulicy bądź klatki schodowej w zależności od sceny, po prawej część najważniejsza, pokój Raskolnikowa (łóżko, stolik, taboret), gdzie widz ma możliwość siedząc pod samą sceną zetknąć się z najgwałtowniejszymi emocjami bohatera wieczoru. Jego napadami wściekłości i bezsilności, gniewnego przestawiania mebli i żarliwej rozmowy z Sonią.

Raskolnikow (Marcin Perchuć) i Sonia (Paulina Holtz), źródło
Jaka jest Zbrodnia i kara według Śmigasiewicza? Zbrodnia jest aktem poza sceną, wszyscy wiedzą, że Raskolnikow zabił i znają okoliczności śmierci przypadkowej ofiary tego feralnego wieczoru - Lizawiety. To nad jej śmiercią ubolewa cały Petersburg, nie nad śmiercią lichwiarki (co może w jakiś sposób potwierdzać teorie Raskolnikowa..). Raskolnikow jest pełen cierpienia, którego nie rozumie. Posterunek policji jest miejscem kafkowskich dialogów. Główny problem zaś uwidoczniony, uwypuklony, wyolbrzymiony niczym ogromny transparent, zeppelin nad miastem: dlaczego człowiek posuwa się do takiej ostateczności, by odebrać życie bliźniemu? Skąd biorą się w ludziach demony zbrodni? Dlaczego to właśnie ona, zbrodnia, mimo całej swej plugawości, nadal jest najbardziej fascynującym tematem? Wejrzenie w duszę mordercy, jakim stał się w końcu zwykły, inteligentny student, pokazuje, że zbrodni może dokonać każdy człowiek.

Nie ma zbrodni na scenie, nie ma też kary, choć wiemy co spotkało powieściowego Raskolnikowa. Ten odgrywany przez Marcina Perchucia, jest miotany sprzecznymi emocjami, ale najbardziej zwykłymi wyrzutami sumienia. Zbrodnia i kara w Teatrze Powszechnym to tak naprawdę oddanie głosu Raskolnikowi i jego emocjom. Pokazanie krok po kroku ciężkich, depresyjnych, na granicy szaleństwa stanów psychicznych prowadzących do wyznania winy. Jest wszystko, co jest esencją dzieła Dostojewskiego - zmagania z czynem, który przekracza wszelkie wyobrażenia. I w zasadzie potem są już tylko jakieś dziwne sny. Może nie trzeba było brać Zbrodni i kary przed snem do poczytania?


Zbrodnia i kara, Teatr Powszechny, reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, scenografia Maciej Preyer

Obsada
Raskolnikow: Marcin Perchuć
Porfiry: Kazimierz Kaczor
Sonia: Paulina Holtz
Razumichin: Michał Sitarski
Zosimow: Jarosław Gruda
Marfa: Anna Moskal

Czytaj więcej

środa, 16 października 2013

"Gołębiarki" Alice Hoffman

Pisanie musi być dla pisarza równie męczące i satysfakcjonujące, co bieganie dla miłośnika biegania. Zmusza do wysiłku, nieustannego pilnowania samego siebie, treningu silnej woli, dając jednocześnie niebywałe odczucia, gdy rezultaty starań mają coraz większy rozmiar. Niestety, nie znam tego uczucia satysfakcji, gdy starannie plecione zdania, misternie układane ciągi przyczynowo - skutkowe i rysy charakterystyczne kolejnych postaci wychodzą spod mojego pióra (klawiatury..) składając się w wyjątkową całość. Szkoda, że nie można wyuczyć się zawodu pisarza, tak jak zawodu piekarza, czy stolarza. Nie da się. Zastanawiam się jak się czuła Alice Hoffman, gdy dotarło do niej jaki efekt osiągnęły jej starania podczas prac nad fabułą Gołębiarek. Bo, że jest to efekt niezwykły zaświadczam. Może nie postawiłabym jej książki na jednej półce obok powieści Joyce Carol Oates, Majgull Axelsson, czy Elif Safak, ale myślę, że postawiłabym ją jednak całkiem blisko. To jest to, co nazywam zacną literaturą kobiecą. Bez wynaturzeń kobiecości, ale z jej siłą i delikatnością, bez ogłupiania bohaterek, ale pokazania ile potrafią zdziałać dla obiektów swoich uczuć. No i bez mężczyzn, jak piękne kucyki Pony z długimi rzęsami, a normalnych ludzi, którzy też są targani emocjami, ale nie tracą przy tym na swojej męskości. Dodatkowo z ciekawym i burzliwym tłem historycznym, absolutnie nie potraktowanym po macoszemu.


Wojna żydowska, jakim określeniem opiewa się lata 66-73 naszej ery, to niestety jeszcze jeden krwawy fragment w historii ludzkości. Wybuch powstania żydowskiego przeciwko panowaniu Rzymian w Judei rozpoczyna ten krwawy epos, a kończy go klęska Żydów i upadek państwa. Początek pierwszego tysiąclecia zapowiadał kolejne burzliwe dzieje ludzkości i kolejne dramaty. Epizodem jakim zajęła się autorka jest historia twierdzy Masada, w której ukrywało się 900 powstańców żydowskich i jej bolesny i okrutny upadek. Wydarzenia jakich były świadkami opowiadają ze swojej perspektywy i na tle osobistych historii cztery dzielne kobiety, którym los zarówno podarował sporo, jak i odebrał zbyt wiele. Pamiętacie podbicie płaszcza koloru krwawnika? Zapach mirry? Gdy czytałam Gołębiarki chwilami miałam przed oczami fragmenty Mistrza i Małgorzaty, choć fabuła różni się zasadniczo, to jednak ważne kwestie związane z decydowaniem o ludzkim życiu, losie, prawie do zadawania śmierci, są tu stawiane w podobny sposób i w podobnym tle. I podobnie jest tu wiara w boską opatrzność, choć czasami wydaje się, że Bóg odwraca wzrok od swojego narodu wybranego.

Jael, Riwka, Aziza i Szira. Cztery kobiety, cztery żywioły, cztery historie, jak się okazuje splecione ze sobą w nieco dziwny, ale jednak wiedziony palcem przeznaczenia sposób. Ból narodzin, śmierć bliskich, utrata ukochanych to ich piętno. Wyścig o życie dzieci jest czymś co nie pozwala im się poddawać nawet w najtrudniejszych momentach.  A w świecie mężczyzn, w świecie prawa które zabraniało kobietom swobody ruchów, czy własnych poglądów, a jedynie uniżonego usługiwania ojcom i mężom, było to doprawdy niezwykłym aktem odwagi i dowodziło siły charakteru.

Jael, córka skrytobójcy

Byłam jak barbarzyńca: moją skórę pokrył biały pył, szaty miałam brudne, włosy przypominały przeżartą solą słomę - pobielałe na końcach, a u nasady szkarłatne, w mych oczach odbijał się tylko piach pustyni. Byłam jak lwica bez pazurów i kłów, zgarbiona staruszka szukająca ścieżki wśród skał.*

Riwka, żona piekarza

Jak to możliwe, że lituję się nad gołębiami i często szlocham, zbierając ich nakrapiane jaja i wkładając je do koszyka, a kiedy śnię o ludziach, których zabiłam, nie czuję nic?**

Aziza, oblubienica wojownika

Nadała mi imię Aziza, pochodzące z języka plemienia twego ojca. Może ono oznaczać kogoś ukochanego, ale też potężnego i zajadłego. Niektórzy twierdzą, że to dawne określenie łucznika, który nie rozstaje się ze swoim łukiem i który nigdy nie pozostaje na czyjejś łasce.***

Szira, czarownica z Moabu

Wiedziałam, że niecność świata jest częścią dzieła stworzenia i że anioł śmierci pojawił się w dniu, gdy zakiełkowało życie, jednak odczuwałam gorycz. Opłakiwałam to, co sama straciłam, co utracił świat i co jeszcze straci.****

Jael długo musi znosić piętno niechciane dziecka, które stało się przyczyną śmierci rodzącej matki. Jej ojciec nie potrafi na nią patrzeć, nie ukrywa tego jak nią pomiata, a jeśli zabiera ją ze sobą podczas ucieczki z Jerozolimy to chyba jedynie ze względu na poczucie odpowiedzialności. Riwka musiała zbiec z własnej wioski po tym, gdy ta została zaatakowana przez Rzymian, a jej mąż poległ wraz z innymi mieszkańcami. Podczas wędrówki przez pustynię będzie świadkiem kolejnych rodzinnych dramatów. Aziza, niekochane dziecko swej matki, odkryje w sobie siłę i potęgę wojownika, choć przyjdzie moment gdy również miłość stanie się jej siłą. Szira starała się nie kochać swoich córek, bo każdy kogo pokochała miał być potępiony. Nie chciała by jej dzieci zaznały jej losu. Ale jak można nie kochać własnych dzieci? Wszystkie cztery spędzą razem kilka miesięcy w twierdzy Masada, dawnym królewskim dworze z czasów króla Heroda, gdzie najpierw będą wobec siebie nieufne, a później staną się sobie bardzo bliskie i ważne. Wszystko zaś się zacznie w gołębniku, przy gruchaniu licznego stada, gdzie gołębiarki zaznają po raz pierwszy smaku goryczy, żalu, a potem na nowo rodzącej się nadziei na życie.

Piękna narracja - zmysłowa i magiczna. Piękna fabuła, choć pełna dramatów i bez szczęśliwego zakończenia dla większość mieszkańców Masady. A jednak warta spędzenia z nią kilku godzin. Alice Hoffman pisze tak ładnie, że człowieka odurza zapach mirry, piasek pustyni wdziera się nieproszony do oczu, a metaliczny posmak krwi nagle pojawia się w ustach. I nawet jeśli chwilami wydziera się zbyt wiele patosu, lecz cóż, patos pojawia się w przełomowych momentach, nawet jeśli chwilami jest nieco nostalgicznie, ale jednak nostalgia to coś co jest konieczne, gdy człowiek traci tak wiele, nawet jeśli magia wydaje się wątkiem trochę za bardzo eksploatowanym, to nadal jest to powieść, w której warto się zanurzyć. Zdrowy rozsądek też czasami warto odłożyć na chwilę na półkę. I odbierać słowa zmysłami.


Gołębiarki, Alice Hoffman, Wielka Litera, Warszawa 2013
* str. 101-102
** str. 201
*** str. 341
**** str. 529

Czytaj więcej

piątek, 4 października 2013

"Jądro ciemności".. słowami obraz gęsty od mroku

 Perspektywa była absolutnie beznadziejna. Podróż przez ten cholerny busz do tego jakiegoś ryjącego za kością słoniową Kurtza tak się roiła od niebezpieczeństw, jakby był co najmniej zaklętą księżniczką śpiącą w bajkowym zamku. * Tym cytatem można by streścić fabułę Jądra ciemności Josepha Conrada. Oczywiście byłaby to wersja mocno okrojona i pozbawiona wszelkich niuansów. Jednak nie oszukujmy się: cała historia to krótka opowieść Charlesa Marlowa, który wspomina pewną wyprawę w tytułowe jądro ciemności (czyli Kongo), z ramienia Towarzystwa Handlowego, w celu odszukania niejakiego Kurzta, któremu krótko mówiąc samotność i obcowanie z poddańczymi tubylcami w buszu zdecydowanie zaszkodziła w kwestii zdrowia psychicznego (i jak się okaże również fizycznego), a po drodze do celu pokazując cały rasizm i szowinizm epoki.


 Można odkrywać wiele poziomów odbioru literatury. Pierwszy, najniższy, dotyczący fabuły rzadko jest powodem do nieporozumień, choć i tu o dziwo można spotkać różnice. Drugi związany niejako z przesłaniem powieści, jej drugim dnem, czy też nurtem literackim jaki reprezentuje, może już sprowadzać na manowce interpretacyjne i wywoływać dyskusje. Trzeci, ten jeszcze głębszy to już związany z różnicami indywidualnymi sposób odbierania pisarza. Styl, opisy, charakterystyczne maniery, czy cechy osobowościowe bohaterów. Odłóżmy na bok kwestie związane z rasizmem, jaki przebija się z Jądra ciemności, czy z kwestią władzy, która może wpłynąć na psychikę i poprowadzić podatny grunt umysłu w niebezpieczne rejony. Zostawmy to wszystko, szkoda czasu, dyskusji. Można o tym znaleźć ślady w bez mała każdej recenzji Jądra ciemności. Mnie, czytelnika z takimi a nie innymi preferencjami narracyjnymi porwał przede wszystkim mrok wyłaniający się z opisów, gęstość zieleni, mgły i obcość eksplorowanego właśnie lądu.

Podróż w górę rzeki była jak wędrówka do najwcześniejszych początków świata, kiedy roślinność kłębiła się na ziemi, a wielkie drzewa były królami. Pusty nurt, wielka cisza i potężna puszcza. Powietrze było ciepłe, gęste, ciężkie, muliste. Nie istniała tu radość słonecznego blasku. Długie odcinki naszego szlaku biegły samotnie, w ponurym cieniu.**

Zmrok wśliznął się tam sporo przed zachodem słońca. Nurt biegł gładko i wartko, ale na brzegach osiadł milczący bezruch. Żywe drzewa, powiązane z sobą pnączami i przeróżnymi krzewami niższych partii lasu, wyglądały jak skamieniałe aż do najcieńszej gałązki, najlżejszego listka. Nie sprawiało to wrażenia snu - to był stan nienaturalny, jak jakiś trans. Znikąd nie dochodził nawet najcichszy dźwięk. Człowiek patrzył zdumiony i zastanawiał się, czy nie ogłuchł, a potem naraz zapadła noc, a wraz z nią przyszła ślepota.***

Gdyby nie takie fragmenty spaliłabym na stosie zarówno książkę, jak i odłożyłabym na bok pozytywne wrażenia o autorze (tylko skąd? Lorda Jima pamiętam, męczyłam w szkole..). Całość bowiem jest tak przesączona wyższością białej rasy nad czarną, że aż człowiekowi słabo się robi. O traktowaniu kobiet, jak istot co najmniej niedorozwiniętych już nie wspomnę. Conrad jednak potrafi wciągnąć swoimi opisami w zmysłowość krajobrazu. Sama nie wiem na ile to bardzo dobra powieść, a na ile to zła książka, tylko dobrze napisana. Ciekawa jestem naprawdę, jak są prowadzone lekcje podczas jej omawiania w szkołach.. [edit: proszę zerknąć do komentarzy]

Oczywiście można jeszcze porozmawiać o tym, czym naprawdę jest tytułowe jądro ciemności. Bo to, że nie chodzi o sam Czarny Ląd, jego ciągłą wówczas nowość i dzikość krajobrazu i mieszkańców wydaje się zrozumiale samo przez się. Tak naprawdę, co pozornie oczywiste, a prowadzi jednak do dalszych dywagacji, mowa o ciemności w człowieku, który czasami daje jej wolną rękę i pozwala rządzić. Kurtz pozornie tą jest istotą, którą opętała ciemna strona jego duszy. Nie dba o ludzkie życie, zabija niemalże z nudów, gardzi tubylcami, choć też w jakiś sposób jest do nich przywiązany. Jest podziwiany i jest szaleńcem. Mieszanka wybuchowa. Pytania i dywagacje w moim odczuciu rodzić może bardziej postać samego Marlowa, który choć świadomy tego, jak Kurtz pobłądził w swoim człowieczeństwie, nie waha się go nazwać geniuszem i podziwiać w nieskrywany sposób. Szacować poziom człowieczeństwa po elementach dzikości i poddawać gradacji istoty ludzkie. A jednocześnie.. Ba jednocześnie Marlow opowiada z czystą wirtuozerią, delikatnością, przenikliwością dotyczącą ludzkiej natury. I zrozumieniem odnośnie zdobywania afrykańskiego kontynentu. Do samego końca ciężko zdecydować, czy sympatyzuje się z Marlowem, czy jednak nie..W każdym razie moc tej powieści polega na tym, że choć od jej powstania minęło ponad sto lat to ciągle jest aktualna. Człowiek zawsze będzie w sobie skrywać pokłady zła, nienawiści, wymyślonych ideałów, które będą pozwalały mu zabijać, grabić, zdobywać..

Zdobywanie ziemi na ogół oznacza odbieranie jej tym, którzy mają inny odcień skóry albo nieco bardziej spłaszczone nosy, a to nie jest zbyt piękne, zwłaszcza kiedy się przyjrzeć z bliska. Odkupieniem może stać się tylko idea. Jakaś idea, która za tym stoi: nie sentymentalne pozory, ale prawdziwa idea oraz bezinteresowna wiara w nią - w coś, co zostaje ustanowione, czemu oddaje się pokłon i składa ofiary...****

Jądro ciemności, Joseph Conrad, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, tłum. Magda Heydel
* str. 57
** str. 46
*** str. 53
**** str. 11


Czytaj więcej

środa, 2 października 2013

Bez fanfar, czyli rozliczam się z września

Może jednak to nie jest tak, że nie umiem planować, tylko moje czytelnictwo jest nadto kapryśne, by je jakoś zorganizować, podporządkować listom? Bo bieganie - ha, plan realizuję konsekwentnie. Angielski - również, choć nie powiem, że z takim samym zapałem. Zaś czytelnicze plany wrześniowe.. Poszły nie do końca z planem ;) A miało być tak:


A wyszło:
1. Wyznania Nata Turnera Wiliama Styrona - czytanie w toku. A więc już tutaj zaliczam poślizg..
2. 81:1. Opowieści z Wysp Owczych, reportaż Wasielewskiego i Michalskiego; tutaj wynik pozytywny, ale to akurat nie powinno dziwić - uwielbiam Wasielewskiego! Pisałam o wrażeniach tutaj.
3. Homer i Langley, E.L. Doctorow - świetna pozycja, o czym napisałam tutaj.
4. Rzeźnia numer pięć, Kurt Vonnegut - kolejna fenomenalna książka Vonneguta, o czym wspominam tutaj. Chyba już na stałe wpiszę go na listę ulubionych autorów.
5. Schulz pod kluczem, Wiesław Budzyński - tu porażka po całości, bieganie i parę innych lektur odwiodło mnie od tego tytułu
6. Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców Franz Kafka - smakowałam ją dwa tygodnie i były to piękne dwa tygodnie, choć nie powiem, zdarzały się momenty znużenia. Jednakże ogólne wrażenie było bardzo pozytywne, co opisałam (aż za szczegółowo chyba) tutaj.

Wnioski? Nie umiem jednak planować czytania. Październik więc pozostawię kapryśnemu doborowi lektur :)

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.