wtorek, 25 lutego 2014

"Życie pana Moliera" oczami Michaiła Bułhakowa

   Rozdział jest teraz bardzo trudny: literatura i teatr splotły się w jedną całość. Teatr inscenizuje literaturę, literatura opowiada o teatrze. Wszystko to obecnie jest ściśle ze sobą splecione i słowo klucz: "teatr" jest tym, za którym podążam. I tak, gdy na półce bibliotecznej znalazłam Życie pana Moliera, i tak, gdy zajrzałam do tej książki i przepadłam zupełnie, można by rzecz, ponownie jedno stało się pretekstem do drugiego. 

  Życie w epoce, w której władza jest absolutna, w której jeden bodaj krzywy uśmiech bądź źle sformułowana wypowiedź mogą zaważyć o czyimś życiu, jest po prostu niewyobrażalnie trudne. Tym trudniejsze, gdy jest człowiek jest artystą i ma potrzebę realizowania się w sztuce, którą uprawia. Czy żyjący pod rządami Stalina Bułhakow odczuwał pokrewieństwo dusz z żyjącym na łasce Ludwika XIV Molierem? Być może tak, być może życie obydwu w jakiś sposób pobiegło podobnymi ścieżkami. Pobieżna lektura życiorysu tych dwóch artystów może takie przypuszczenia potwierdzać. Choć samo paranie się pisaniem i zainteresowanie teatrem jest już wspólnym mianownikiem.
  Teatrem zaraził Moliera dziadek, gdy był jeszcze dzieckiem. Wymykali się we dwójkę oglądać przedstawienia i chłopiec wracał do ojcowskiego domu z gorączkowym blaskiem w oczach i śniły mu się po nocach* zaznane widowiska. Miłość do teatru była obłędna do tego stopnia, że już wtedy, jeszcze będąc chłopcem, dzieckiem, wiedział doskonale czym będzie się zajmować w przyszłości. Nie było to jednak proste. Mamy wiek XVII, zawód aktora jest zawodem rynsztokowym, nie jest to zawód wymarzony dla najstarszego syna, nie ma związanego z nim szacunku, a Molier urodził się w szanowanej rodzinie królewskiego tapicera! Tak, ów zawód miał niemalże szlachetny wizerunek w kontraście z aktorskim. Molier miał nie lada przeprawę z ojcem, gdy najpierw oznajmił mu, że chce się kształcić, a gdy już uzyskał stopień licencjata prawa po prostu rzucił wszystko i założył własny teatr. I tu się zaczyna prawdziwa, pełna wybojów droga do jego własnego szczęścia teatralnego. Najpierw lata poniewierki, grania niczym podrzędni kuglarze w drodze, spania w przypadkowych miejscach, głodowania, ba nawet uwięzienia za długi! Choć tę informację Bułhakow już życzliwie przemilcza.

  Droga do celu, nieprzejednanie w niej, doprowadzi Moliera do spełnienia go w trójnasób. Będzie i aktorem, choć mniej docenianym w rolach tragicznych, a uwielbianych w farsach, zostanie cenionym dramaturgiem, choć przyjdzie mu połknąć gorzką pigułkę, gdy Tartuffe zostanie odrzucony, a także dyrektorem teatru, któremu patronował król.
   Bułhakow występuje tu w roli śledczego, który szuka potwierdzenia dla poszlak, ale też swoistego prokuratora, który te poszlaki wyciąga na światło dzienne, jako swego rodzaju dowody na pewne podejrzenia. Jest też często obrońcą Moliera, człowiekiem mu życzliwym, choć nie maskującym jego trudnego charakteru, hipochondrii czy zmiennych nastrojów. Wreszcie jest po prostu narratorem tej historii, prowadzi ją zgrabnie, bez zbędnego przegadania, czy dłużyzn niemiłosiernych. Zdecydowanie oddał czytelnikowi wysmakowany twór.


Życie pana Moliera, Michaił Bułhakow, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1987
* str. 18
Czytaj więcej

poniedziałek, 24 lutego 2014

Czekajcie na nas długo. "Saszka" w Teatrze Współczesnym

  Pierwsze odczucia niezwykłości pojawiły się po lekturze samego dramatu. Czekajcie na nas długo zrobił na mnie wrażenie już po pierwszym czytaniu, choć tak, można znaleźć w nim pewne mankamenty, tak, można było inaczej rozegrać niektóre sceny, ale to nie zmienia faktu, że sam tekst ma w sobie to magiczne "coś". Historia Aleksandra i jego sióstr, zataczająca pełne kręgi życia i śmierci, przenikająca dwa światy, wnikająca w świadomość i sny, wreszcie, zaskakująca na zakończenie nie mogła nie zrobić wrażenia. Przeskoki między scenami, intensywne emocje głównego bohatera, wreszcie temat wiodący - bezpowrotne straty związane z odejściem bliskich, to siła tej historii, a jej sceniczna realizacja w Teatrze Współczesnym jest kropką nad i przeżyć z nią związanych. 

Sławomir Orzechowski (Albert), Borys Szyc (Alekandr)
fot. Magda Hueckel, źródło
Ale przecież w końcu nie dowiedzieliśmy się tego, co chciałem. (..) Przecież mówiłem. Mówiłem prawdę. Chcę tylko wiedzieć, czy ojciec mnie kochał.

  
  Aleksandr porzucił wojsko po śmierci ojca. Wraca do rodzinnego domu i tam osiada, by zająć się domem, a jednocześnie pielęgnować pamięć po rodzicach. Ma sobie za złe, że za mało czasu spędzał z ojcem podczas jego ostatniego roku życia. Zastanawia się też nad relacjami rodzinnymi. Saszka, bo tak zdrobniale mówią do niego siostry, jest najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a jednak to on jeden zajął się pogrzebem matki, bo siostry mają swoje problemy na głowie, a jedna z nich, Natalia, nawet nie dała rady przyjechać na pogrzeb. Do ojca też później dzwonił tylko Saszka. Jedna Ania jeszcze czasami ojca doglądała, ale pozostałe trzy nie interesowały się ani nim, ani domem rodzinnym. Po śmierci ojca Saszka próbuje znaleźć odpowiedź na ważne dla niego pytanie - czy ojciec w ogóle go kochał? Bo dla niego był naprawdę surowy, a Saszka tylko ze względu na ojca poszedł do wojska. Nigdy jednak za życia z ojcem rozmawiać nie umiał. Próbuje więc teraz za pomocą medium znaleźć drogę kontaktu ze zmarłym i uzyskać odpowiedź na swoje fundamentalne pytanie. W międzyczasie siostry decydują, że dom rodzinny trzeba sprzedać, a zysk ze sprzedaży podzielić na całą piątkę po równo. Ta decyzja wywołuje gniew Aleksandra, gniew oraz niezgodę na pozbywanie się rodzinnych pamiątek, nie chce by rodzina ostatecznie się rozbiła, bo uważa, że dom jest ostatnim ogniwem, które jeszcze ich spaja. Wspólne spotkanie na cmentarzu, przy grobie rodziców, ma być próbą osiągnięcia porozumienia w tym temacie.

Artur Kruczek (Oleg), Monika Kwiatkowska (Anna), Borys Szyc (Aleksandr), Kinga Tabor (Natalia), Monika Pikuła (Zina), Kamila Kuboth (Ludmiła), fot. Magda Hueckel, źródlo
 Natalia: W każdym razie.. Niechże ziemia, jak to się mówi, lekką...
Zina: Wybaczcie, jeśli coś nie tak...
Aleksandr: Śpijcie spokojnie i czekajcie na nas długo


  Spotkanie jednak prowadzi nieuchronnie do kolejnej rodzinnej waśni, która zdaje się nie mieć możliwości pokojowego zakończenia, bowiem decyzja o sprzedaży domu jest ostateczna i Saszka nie może w żaden sposób obronić swojego stanowiska.

  Jednakże, czy to się dzieje wszystko naprawdę? Sceny z medium przenikają się ze scenami rodzinnymi, wszystko wygląda jak wchodzenie w świadomość Saszki i przez pryzmat różnych wydarzeń składanie wszystkiego w jakąś całość. Między nimi zaś pojawiają senne sceny, gdy Saszka śni o ojcu, z którym próbuje nareszcie porozmawiać o uczuciach.

Janusz Michałowski (Dmitricz), Borys Szyc (Aleksandr), fot. Magda Hueckel, źródło
Dmitricz: Pytaj, a ja opowiem. Bierzesz drabinę, łopatkę, wiadro, szczotkę drucianą
Aleksandr: Ale ja nie o tym. Kochałeś mnie?
Dmitricz: No jaki cudak z ciebie. Całą wodę wyciągasz i lecisz szczotką po ścianach. Szczególnie tam, gdzie wierzchnia warstwa wody, tam jeden brud na ściankach.
Aleksandr: Kochałeś mnie?

  Nawet w tych snach ojciec nie umie powiedzieć synowi wprost o swojej ojcowskiej miłości, choć troska jaką mu okazuje mogłaby być dla syna dużą wskazówką. Saszka jednak potrzebuje tej odpowiedzi literalnie, jest coraz bardziej zagubiony, a w końcu zatraca tę cienką granicę pomiędzy snami, stanami wkraczania w swoją świadomość wraz z medium, a rzeczywistością. Bo ostatecznie, co jest tą rzeczywistością? Sceny w pokoju Alberta? Rozmowy z siostrą, Anną? Czy senne majaki z ojcem w roli głównej?

  Na scenie Teatru Współczesnego rozegrała się wspaniała rzecz. Gra świateł i muzyki podkreślała przeskoki między kolejnym, gwałtownymi zmianami scen. Jej scenografia oszczędna, bez zbędnych dodatków, a jednak scena była w przemawiający do wyobraźni sposób zagospodarowana. Choć wszystko dzieje się na jednej przestrzeni, to łatwo przenieść się z domu rodzinnego Saszki do gabinetu Alberta, czy na cmentarz. A wreszcie gra aktorska. Jestem naprawdę wzruszona rolą Janusza Michałowskiego, który świetnie wczuł się w ojca Saszki. Na poły surowy, na poły niezainteresowany synowskimi pytaniami o miłość, wyraża jednak szorstką czułość i wrażliwość gestem, spojrzeniem, pobłażliwością do uniesień. Borys Szyc w roli Saszki pokazał swoje umiejętności aktorskie przede wszystkim w bardzo wymagających scenach, jakimi były szybkie zmiany obrazów, a więc i stanów emocjonalnych. Łatwość z jaką przechodził z maligny i majaków do zwykłej rozmowy może pokonać nawet najbardziej opornych w dostrzeganiu jego możliwości scenicznych. Wrażliwa i skromna w roli Anki, Monika Kwiatkowska jest tą z sióstr, która wzbudza najwięcej ciepłych uczuć. Monika Pikuła, jako Zina, ukryta alkoholiczka po prostu podbiła publiczność podczas sceny na cmentarzu, gdy ze spokoju i smutku związanego ze śmiercią rodziców przeistacza się w istną harpię, domagającą się czego? zainteresowania rodzeństwa? pieniędzy? Może jakiejś próby schwytania się jeszcze życia, póty życie? I nie można przeoczyć roli Damiana Damięckiego. Jest w niej sporo dostojnej łagodności, czegoś mistrzowskiego w wyrazie, nawet gdy to rola skromna i zdawałoby się niepozorna. A jednak aktor nie musi nawet podnosić głosu, przesadzać w gestach teatralnych. Jego Jurasik jest po prostu prawdziwy.

  Zawsze powtarzam, że Teatr Współczesny to mój pierwszy ukochany teatr w Warszawie. Mam nadzieję, że częściej będzie mnie zaskakiwać takimi przedstawieniami. Przede wszystkim dlatego, że znowu miałam wrażenie, że uczestniczę w całości, że jestem gdzieś w środku, między aktorami i przeżycia ich bohaterów splatają się w jakąś całość ze mną. W końcu to kluczowe pytanie Saszki jest także moim pytaniem. Może dlatego do mnie ta sztuka przemawia tak bardzo? Może dlatego tak chwytała mnie za serce postać ojca Saszki? Może. A może to jest po prostu świetny spektakl, niezależnie od mojego subiektywizmu.


Saszka. Sen w dwóch aktach, Dmitrij Bogosławski, Teatr Współczesny, reżyseria: Wojciech Urbański, scenografia: Marta Zając

Obsada:
Aleksandr: Borys Szyc
Dmitricz, jego ojciec: Janusz Michałowski
Natalia: Kinga Tabor
Ludmiła: Kamila Kuboth
Zina: Monika Pikuła
Anna: Monika Kwiatkowska
Jurasik, przyjaciel Dmitricza: Damian Damięcki
Albert - medium: Sławomir Orzechowski
Oleg, mąż Ludmiły: Artur Kruczek

Wszystkie cytaty pochodzą ze sztuki Czekajcie na nas długo Dmitrija Bogosławskiego
Czytaj więcej

środa, 19 lutego 2014

"Dialog". Moje pierwsze czytanie.

  Dialog, czyli miesięcznik poświęcony dramaturgii współczesnej to moje bardzo świeże i bardzo entuzjastyczne odkrycie. Gdy idę do Teatru Narodowego na spektakl wiem od razu, że stoisko księgarni teatru będę musiała odwiedzić, oraz najprawdopodobniej wprowadzić w zakłopotanie panią, która je obsługuje (bo pani tylko sprzedaje, a niestety nie wie co jest w zawartości tego, co sprzedaje; w swojej naiwności sądziłam, że jakąś jednak wiedzę ma przy tak specjalistycznych tytułach). Na początku kompletnie nierozeznana w tematyce (i nadal jeszcze się dokształcająca) oglądałam i podziwiałam sam widok. Potem kupiłam pierwszy numer Dialogu (w sumie mnie samą zaskakuje, że nie wzięłam Teatru). I stało się. Jeżeli czekałam (nigdy mnie nic nie pociągało z krótkich form, nawet opowiadań nie lubię) na jakieś czasopismo dla siebie, to właśnie je znalazłam! Jest to po prostu piękne połączenie literatury i teatru, innymi słowy zarówno recenzje książek poświęconych teatrowi, publikowanie współczesnych sztuk wraz z ich recenzjami, bądź wywiadami z autorami, czy też reżyserami przygotowywanych właśnie spektakli na podstawie owych sztuk, a także krótkie felietony. Niezwykłe zanurzenie w świat dramaturgii, teatru, poetyki scenicznej.


  W styczniowym numerze, moim pierwszym, który zapoczątkował zainteresowanie periodykiem, możemy znaleźć trzy sztuki, trzy utwory sceniczne, choć nie każdy jest idealny na scenę teatralną. I tak pierwszy tekst, najbardziej przejmujący, wymagający lektury co najmniej dwukrotnej to tekst Artura Pałygi, który w moim odczuciu byłby idealny na słuchowisko radiowe. Dźwięk i różnorodność głosów.


  W środku słońca gromadzi się popiół jest historią tyleż poetycko skonstruowaną co bolesną. Jego konstrukcja literacka wymaga cierpliwości i "wsłuchania" się w rytm utworu. Oto pojawia się Lucy,  Iskierka i Płomyk. Są w miejscu dziwnym, nie miejscu, nie świecie, zaświecie? Miejscu, gdy świat przestał istnieć? Ich rozmowa nie jest oczywista, urywa się prowadzi w pułapki. I wtedy postacie te jakby zanikały i narracja sztuki prowadzi nas w różne miejsca, do różnych ludzi, do ich nieszczęść, chorób i śmierci. Wywiad przeprowadzony z autorem, zamieszczony również w tym numerze, wyjaśnia ile dziennikarskiego doświadczenia wykorzystał Pałyga podczas pisania tekstu, jak wiele z tych historii usłyszał od ludzi, z którymi rozmawiał, ile z ich prawdziwych przeżyć wprowadził w  fabułę i jak wiele refleksje z nimi związane wniosły w jego konstrukcję. Nie mniejszą przyjemnością było przeczytanie wnikliwej recenzji W środku słońca gromadzi się popiół, której autor, Jacek Kopciński, odczytał poetycką prozę Pałygi ze szczególną wnikliwością i wrażliwością.

  Najpiękniejszym zaskoczeniem była lektura trzeciej w kolejności umieszczonej w tym numerze, sztuki białoruskiego autora, Dmitrija Bogosławskiego pt. Czekajcie na nas długo. Dwa sny, nie sny, coś na pograniczu, i dziwna historia rodzinna. Po śmierci rodziców rodzeństwo zaczyna walkę o ich dom. Siostry, a jest ich cztery, chcą dom sprzedać, brat, Aleksandr, zwany Saszką (zabrzmiało jakoś znajomo) nie chce dopuścić do tej sprzedaży. Jego szarpanina z sytuacją, w której nie może wygrać jest jednocześnie próbą zrozumienia relacji z ojcem. I ukazaniem jego niemożności pogodzenia się z tym, co minęło bezpowrotnie. Na zakończenie tekstu sztuki pojawia się zapowiedź, że sztuka będzie miała swoją premierę w Teatrze Współczesnym. A potem wywiad z jej reżyserem, Wojciechem Urbańskim.


  I nie posiadałam się z radości, gdy się zorientowałam, że czytam o spektaklu, na który kupiłam sobie bilet na początku lutego, czyli o Saszce, którego to tytułu na początku w ogóle nie powiązałam z tytułem Czekajcie na nas długo. Pewnie dlatego lektura Dialogu ogólnie rzecz biorąc kojarzy mi się z niesamowitą przyjemnością, niemalże radością, gdyby tematyka sztuk opublikowanych i omawianych w numerze nie oscylowała wokół kwestii ostatecznych. Wygląda na to, że moja mania teatralna wodzi mnie na czytelnicze manowce. Sięgam po sztuki coraz częściej, chcę w jakiś sposób być bliżej teatru, teraz odkrywam Dialog. Nigdy bym nie pomyślała, że równie radośnie będę pisać o obejrzanych przedstawieniach, co i o przeczytanych książkach. Proszę, ile pozytywnych zaskoczeń. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zeszłorocznego, zupełnie przypadkowego prezentu urodzinowego.



Dialog, nr 1 (686) / styczeń 2014
Czytaj więcej

poniedziałek, 17 lutego 2014

"Lód" w Teatrze Narodowym

 Parę dygresji, czyli znowu mam żal do widowni, czyli znowu wstęp, który można pominąć

  Najpierw poczytałam opinie o książce, które, cóż, poddawały w wątpliwość przenoszenie utworu na scenę. W skrócie większość czytelników twierdziła, że książka jest przegadana, że to nie do końca to, co najlepsze u Sorokina, że wielbicieli autora rozczarowuje nieco. Choć były też te opinie skrajnie pozytywne, ze zwrotami pełnymi zachwytów, co może dawać jednoznaczną sugestię - albo się Lód spodoba albo nie, obojętności w każdym razie nie wywołuje. Stąd w zasadzie nie wahałam się przed kupnem biletu na spektakl. Jako osoba kompletnie ignorująca wszelkie wiadomości (tak, wiem, kara zatem była słuszna), portale informacyjne, byłam nieświadoma szumu powstałego wokół przygotowań do premiery, ani też umiejscowienia tego tytułu na liście najgorętszych premier roku. Gdybym to wiedziała to darowałabym sobie na pewno, bo tego typu spektakle przyciągają widzów, których szczerze nie lubię. I cóż, z takimi widzami właśnie miałam kolejny raz wątpliwą przyjemność współdzielić widownię Teatru Narodowego. Co charakteryzuje tego typu widzów? Otóż: głośne chichoty ("dojrzała" młodzież tak reagowała na wulgaryzmy), bekanie (jeden pan bił rekordy!), głośniejsze od tego, co się dzieje na scenie smarkanie i kaszlenie, rozmowy, próby robienia zdjęć, wychodzenie w trakcie (parami! grupami!), innymi słowy standard jaki daje przyciągnięta "hitem" widownia zwana przeze mnie kolokwialnie bydłem. Z całym szacunkiem dla jednostek, które jak ja przez cały spektakl uważnie obserwowały scenę. Niestety, byliśmy ponownie w mniejszości. Ta sytuacja, jak i kilka poprzednich sugerują zasadniczą tezę - unikać "hitów", gorących premier, tytułów z "gwiazdami". Najlepiej chodzić do teatru na tytuły niszowe, które widzów interesują same w sobie, a nie dlatego, że są ciekawostką, mają obsadę z pierwszych stron gazet i są obowiązkowe dla nadążających za trendami. Co swoją drogą wywołuje we mnie tylko obrzydzenie i wstręt. Nie, żebym się wywyższała w jakiś sposób, ale zwyczajnie - kocham teatr. Chodzę do teatru bo interesuje mnie spektakl, atmosfera teatralna, sztuka. Nie interesuje mnie nadążanie za jakimikolwiek trendami, mijanie się w holu teatru ze znaną postacią nie doprowadza mnie do histerii, nie biegam za aktorami z prośbą o autograf, nie interesuje mnie życie pozateatralne aktorów. I odczuwam jedynie bezsilną złość, gdy ponownie muszę zmagać się z ludźmi, którzy przychodzą do teatru, żeby przyjść, pokazać się, nadążać, być i pokazać brak kultury osobistej, a nie po to, żeby mieć kontakt ze sztuką. 

Temat właściwy, czyli o spektaklu

   Od razu muszę to powiedzieć - pomysł na spektakl był naprawdę interesujący. Koonstantin Bogomołow, reżyser przedstawienia, podjął się trudnego w realizacji scenicznej utworu, przede wszystkim z tego powodu, że sam w sobie sztuką nie jest, stąd jego inscenizacja to swego rodzaju wyzwanie. Bogomołow w wywiadach nie ukrywa, że bał się prozy Sorokina i dopiero teraz czuje, że może podołać innym jego tytułom. Myślę, że to całkiem możliwe, o ile reżyser przeanalizuje parę uwag krytycznych odnośnie jego pomysłu.
   Pierwsza część spektaklu jest całkiem dobra i nie mam co niej większych zastrzeżeń. Na scenie siedzą bądź leżą, w zasadzie wszyscy aktorzy, którzy biorą w nim udział. Scena nie jest ani udekorowana, ani nie kieruje w żadne konkretne miejsce, czy to na świecie, czy to w pomieszczeniu. Ot parę składanych kanapek, siedzący na nich aktorzy, po lewej stronie sceny krzyż i w pobliżu trumna. W tyle wielki telebim, na którym jest wyświetlany chwilami tekst utworu. I duże pole dla rozpasanej wyobraźni, o ile widz jest nią  w ogóle obdarzony.

scena zbiorowa, źródło zdjęcia
  Lód Sorokina to historia para-totalitarna. Jej bohaterowie to dziwna, kosmiczna sekta nadistot, której członków jest dokładnie dwadzieścia trzy tysiące, wyróżniają się oni kolorem włosów, czyli blond, oraz oczu, czyli niebieskim. Nie są oni wszyscy jednak świadomi swojego przeznaczenia, żyją wśród zwykłych ludzi, którzy jednak są martwi, są maszynami z mięsa, zaś członkowie owego bractwa żyją naprawdę i rozumieją mowę serc. Ażeby się odnaleźć w tłumie, zebrać wszystkich braci i siostry muszą kierować się instynktem oraz obudzić serca kolejnych osób. Budzenie serc jest okrutne, bolesne - to uderzanie lodowym młotem w klatkę piersiową do momentu, aż serce przemówi. Niestety nie zawsze wytypowana osoba jest faktycznie prawdziwym członkiem bractwa, w związku z tym w poszukiwaniach ginie wielu ludzi, ale też ginie wielu braci i sióstr przez zawirowania historyczne i kolejne zmiany ustrojów. Historia ma swój początek, gdy kolejne trzy osoby zostały zaatakowane młotami i otrząsają się po próbie obudzenia ich serc. W ich przekonaniu zostały bestialsko pobite, zaatakowane, przeżywają trudne momenty, odczuwają lęk, nie rozumieją całej idei, jaką próbowały im przekazać budzące ich osoby.

  I tu się zaczyna pierwszy mankament tego spektaklu. Przeżyte wydarzenia są relacjonowane beznamiętnie, bez jakichkolwiek emocji, a część opowieści jest w ogóle dopowiadana wyświetlanym tekstem na telebimie, historia jednak wciąga samą fabułą, widz jest zaintrygowany, stąd ta część nie wywołuje znudzenia, ani zmęczenia. Wprost przeciwnie - prostota pomysłu i realizacja intrygują! Kolejne przygody prostytutki (Wiktoria Gorodeckaja), młodego chłopaka (Dobromir Dymecki) i wpływowego prawnika (Mariusz Bonaszewski) są w pewien sposób fascynujące i oczekiwanie rozwiązania fabuły jest naprawdę coraz większe. Gdy zostaje do tej trójki przyprowadzona starsza pani, ubrana na niebiesko, w dziwnym kapelusiku, rozpoczyna się historia Hram i cofnięcie się w czasie. I wtedy zaczyna się część druga, która psuje cały efekt części pierwszej, która jest jednym wielkim monologiem, która, cóż, trzeba to powiedzieć wprost - nieco usypia.

Hram (Danuta Stenka) opowiada swoją historię, fot. Andrzej Wencel, źródło

  Aktorzy znikają ze sceny. Zostaje na niej tylko Hram (Danuta Stenka) i Bro (Jerzy Radziwiłowicz). I tak najpierw Bro opowiada w jednym długim monologu historię powstania bractwa i początki pierwszych poszukiwań i wybudzeń serc, by pałeczkę przejęła Hram i poprowadziła kolejny długi monolog. Historie same w sobie są interesujące, ale są po prostu za długo opowiadane, zbyt monotonnie, zbyt w końcu często powtarzające główne idee i założenia bractwa - poszukiwania kolejnych braci i sióstr, kolejne uderzenia młotem, kolejne zawirowania historyczne, kolejne obozy pracy, które wykorzystywano w celu wydobywania lodu. Wszystko to już raz opowiedziane, powtórzone, przewijające się kolejno i kolejno mogło być spokojnie skrócone. Monolog mógłby być nieco bardziej emocjonalnie wykonany. Dopiero na koniec Hram wreszcie unosi głos, mówi silnymi emocjami, rozbudza widzów. 

  Odczucia po zakończeniu spektaklu są mieszane. Rozumiem, że aktorzy zastosowali się do wskazówek reżysera i w tym sensie odwalili kawał świetnej roboty. Są swego rodzaju marionetkami tej wizji, mówią jednym głosem, wypranym z uniesień, relacjonują wydarzenia, w których jednak jest tyle silnych emocji, w których jest taki ładunek szlochu, żalu, łez, że gdy powtarzają mechanicznie o rozmowie serc trudno w tę rozmowę się wczuć, trudno w nią uwierzyć. Intrygują początkowo, by jednak na koniec nieco usypiać. Trzeba było dużej koncentracji, żeby wytrwać w tym samym stopniu skupienia, w jakim się weszło na salę do końca spektaklu. I mogę powiedzieć tylko jedno - odradzam oglądanie tego spektaklu teraz. Teraz, gdy przyciąga jeszcze taką, a nie inną widownię szkoda czasu i pieniędzy. Proponuję zaintrygowanym obejrzeć to przedstawienie za jakiś czas, gdy opadnie już efekt świeżości, nowości i widzowie będą nim naprawdę zainteresowani i nie będą męczyć swoim zachowaniem. A ja? Mimo pewnej otoczki nudy jaką powiało w drugiej części nie żałuję czasu spędzonego w teatrze. Czuję się mimo wszystko zaintrygowana, podczytuję samą powieść i zaczynam jednak odczuwać odrobinę podziwu dla Bogomołowa. Gdy spojrzeć na to z perspektywy powieściowej to trzeba przyznać, że ciekawie skleił podstawowe wątki, gdy jeszcze raz przewinąć sobie w głowie część pierwszą można ponownie docenić jej oryginalność. Dlatego mimo wszystko uważam, że warto.


Lód, Wladimir Sorokin, Teatr Narodowy, adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne: Konstantin Bogomołow 

obsada:
Wiktoria Gorodeckaja
Anna Grycewicz
Bożena Stachura
Danuta Stenka
Milena Suszyńska
Mariusz Bonaszewski
Dobromir Dymecki
Waldemar Kownacki
Karol Pocheć
Przemysław Stippa 
Jerzy Radziwiłowicz
Mateusz Rusin


Czytaj więcej

niedziela, 16 lutego 2014

Gdy nie piszę na blogu, to..

1) Szlajam się po jakichś dziwnych miejscach i wracam ubłocona.

gdzieś w Bieszczadach, okolice Sanoka i Sanu (tzw. offroad)

2) Okupuję widownię Teatru Narodowego.



3) Odkrywam nareszcie swój miesięcznik (bo dotąd to żadnych czasopism, gazet, miesięczników czy innych periodyków czytać nie potrafiłam, bo za lakoniczne i nie, nie lubię krótkich form) i się zaczytuję:


4) Oglądam po raz kolejny Tango Teatru Telewizji, bo musiałam niestety zrezygnować z zaplanowanego już spektaklu lutowego (serce ciągle mi krwawi na samą myśl) w związku z kolejnym wyjazdem służbowym (ale przejazd przez San był świetny).

5) Piszę o Balladynie w Narodowym od jakiegoś tygodnia..Może kiedyś skończę?

6) Razem z Potworami ubolewam nad odchodzącą zimą. Brak śniegu nie cieszy żadne z nas, Bruno wtula się w resztki zasp, jakie jeszcze można u nas znaleźć, Pestka je namiętnie rozkopuje, ale wszyscy chodzą markotni. To nie tak miało być. Jasne, kochamy wiosnę, ale najbardziej po naprawdę długiej i naprawdę srogiej zimie.

jakieś dwa tygodnie temu...

7) I cóż, robię masę innych codziennych, nudnych rzeczy, które każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu, wykonać musi. Ot proza. Toteż gdy już czasami padnę na pysk to szczerze mówiąc omijam (wzrokiem, bo gdzież by tam się ruszać) komputer szerokim łukiem. Ba, najchętniej udaję, że on w ogóle nie istnieje.

Co nie zmienia faktu, że jak już go odpalę, pierwsze co robię, to zaglądam na blogi książkowe. W końcu to podstawa funkcjonowania mola książkowego w sieci.

:)
Czytaj więcej

sobota, 8 lutego 2014

Intelektualny zawrót głowy. "Dziennik 1962-1969" Sławomira Mrożka

    Próbowałem być klasykiem, romantykiem, mistykiem, oportunistą i człowiekiem z zasadami. Nie chce mi się wymieniać więcej. Jeżeli czymś byłem, to tylko można powiedzieć ogólnie: czułem, myślałem i chciałem. Ale zawartości tychże wciąż inne, powrotne, zanikające, zmieszane.
  A najdziwniejsze, że jeszcze mi nie dosyć. Czeka mnie, chyba, jeszcze trochę życia, którego nie mam dosyć, mimo wszystko.*

  Leży na biurku przede mną to ogromne, opasłe tomisko, jedno z trzech, pierwszym tomem zwane i wywołuje ciągle dziwne myśli i emocje. Zaklejone karteczkami do niemożliwości, a i tak jest to wersja ograniczona, bowiem karteczki, proza życia, dokonały żywota na stronie sześćset pięćdziesiątej drugiej, cały czas wydaje mi się czymś żywym. Zanim dotarła do mnie kolejna porcja naklejek, zamówiona przez usłużne Allegro, zakończyłam lekturę. Teraz, przeglądając ponownie niektóre strony, znów wyciągam ów zapas karteczek i zaznaczam kolejne perełki. Drobiazgowy czasami do absurdu (jak to u Mrożka bywa), czasami skrzętnie omijający pewne kwestie, czasami nieco tajemniczy, to znowuż upychający kolejne cytaty, przeważnie po włosku (a także francusku i angielsku) mistrzów, których prozą bądź filozofią jest aktualnie zachwycony, wyłania się nam portret człowieka osobliwego, nietuzinkowego, dręczonego pytaniami egzystencjalnymi, uciekającego przed? krajem, samym sobą, ludźmi? Przede wszystkim wyłania się obraz człowieka obdarzonego niezwykłą wyobraźnią, zdolnością do ciekawych konkluzji, inteligentnego i zdumiewająco płodnego w zapisywaniu swoich przemyśleń. A żeby dopełnić ten wstęp odrobiną egzaltacji typowej dla blogerek recenzentek - entuzjastek, dodam, że ja odkryłam tu sporo podobieństw z własnymi anomaliami. I jakoś tak lżej człowiekowi na duszy, bo nie jest się samotnym w swoim dziwactwie. Choć z drugiej strony, wygląda na to, że mam tupet.


  Skorupą jestem, którą co chwila co innego wypełnia, a przeważnie jest to skorupa wypchana nijakością. Wszystko umiem uwzględnić, niczego nie umiem do końca opanować.**

  Lata 1962-1969 w życiu Mrożka przynoszą wiele ważnych życiowych zmian. W 1962 roku wznawia pisanie dziennika, w 1963 emigruje do Włoch osiadając na wiele lat w Chiavari, w kolejnych latach otrzymuje dużo wyróżnień za napisane sztuki, jeździ na europejskie premiery Tanga, tworzy kolejne sztuki, w 1968 przenosi się do Francji, a w 1969 zostanie wdowcem i na koniec tego tomu dziennika opowie o Marze, zmarłej żonie bardzo wiele ciepłych słów, które są potwierdzeniem, że mimo jej nieobecności w dzienniku, żona jego była dla niego ważną i kochaną osobą. Jak widać z powyższego akapitu można te lata streścić w dwóch, może trzech zdaniach, gdybym tylko lepiej i sprawniej operowała składnią. Mrożek rozpisał się na stron ponad siedemset, choć ich ilość niewątpliwie zwiększa konieczność tłumaczenia cytowanych ustępów, stron w innych językach niż język polski. Pisząc o swojej codzienności, o konieczności monotonnego praktykowania pisania, ćwiczenia się w pisaniu, dbaniu o rzetelność opowiada o wszystkim, co go dotyczy, co się zmienia, co się dzieje, notuje pomysły na sztukę i jej wstępny szkic, podejmuje podobnie jak Gombrowicz temat komunizmu w Polsce, nie wypiera się swojego zachłyśnięcia się nim w młodości, ale również podejmuje się polemiki z pisarzami, których cytuje, opowiada o swoich spacerach, dziwi się światu jako takiemu i spisuje swoje myśli, sny czy obserwacje. Pali faję i siedzi na krześle. Pije i ma potworny ból głowy. Daje upust językowej erudycji, po czym wklepuje w kółko wpisy z elementarza. Odkrywa siebie i swoje zdolności pisarskie. Wpisuje niektóre listy. Wreszcie szuka odpowiedzi na pytania egzystencjalne, dowodu na istnienie drugiego, pisze domorosłe komentarze do każdej lektury***. Czyta Sartre'a, Fromma, Prousta, Kierkegaarda, których cytuje pełnymi akapitami bądź stronami. Intelektualny zawrót głowy.   

  Dobrze tak poczytać sobie w średnim wieku rozmaite pouczające książki. To, że bogactwo życia niekoniecznie polega na ilości i niezwykłości przeżyć, wiedziałem już dawno. Polega ono raczej na bogactwie interpretacji, co wcale nie przeczy, że należy także mieć wielkie przeżycia. A kiedy interpretacja, to odpowiednia lektura walnie ją rozszerza.****

  Mrożek pisał dziennik dla siebie, bez intencji, że w przyszłości będzie go wydawać, a przynajmniej daje się odczuć w ten sposób opisywane w tym tomie lata początkowe. Jak przy każdym pisaniu jakiś wirtualny czytelnik pojawia się w myślach autora i widać, że czasami powstrzymuje się przed napisaniem czegoś wprost, o pewnych osobach pisze tylko inicjałami, a jednocześnie często daje upust wściekłości wulgaryzmami, korzysta ze słów potocznych i nie waha się napisać, że ma Polskę w dupie, gdy w danym momencie tak czuje. Co w moim odczuciu podkreśla, że nie planował w momencie pisania dzielić się dziennikiem z kimkolwiek bądź. Jest tu dojrzewanie pisarskie bardzo wyraźne, własna samokrytyka, gdy utwór w jego odczuciach jest nie taki, jakim powinien być, kontynuowanie dyskusji z listów, której być może nie miał odwagi pociągnąć w sposób, w jaki to wyłożył w dzienniku i wiele, wiele innych codzienno - niecodziennych tematów Mrożka Sławomira. I rzecz oczywista, pojawia się tu i znika, aby wrócić ponownie postać nieustannie dla Mrożka ważna, nazwana Szefem, czyli Witold Gombrowicz. Pojawia się jako wspomnienie spotkania, jako autor dramatu, o którego posądzenia splagiatowania obawia się Mrożek, choć swoją sztukę napisał przed poznaniem sztuki Gombrowicza, a wreszcie, gdy po jego śmierci Mrożek nieustannie przewija temat dowodu na istnienie drugiego, temat, który pojawia się już na początku dziennika, którego przyczyną jest czytanie Sartre'a i który ponownie wypływa mimo dużej ilości wypitego alkoholu. A może przez tę ilość wypitego alkoholu? Dość dodać, że temat ten wkrótce będzie omówiony szerzej na deskach Teatru Narodowego, a ja jestem bardzo ciekawa konkluzji Macieja Wojtyszko. Mrożek i Gombrowicz w jego dziennikach to temat naprawdę bardzo interesujący i niewątpliwie powoduje, że lektura kolejnych tomów dziennika obydwu panów stała się dla mnie już koniecznością.


  Wiem, że Mrożek w tym dzienniku bywa depresyjny, męczący, rozwlekły, przeintelektualizowany, a więc dla wielu osób zapewne nużący. Mnie Mrożek tylko bardziej zachwycił. Błędnym założeniem, zachwyconej swoim odkryciem literackim jednostki, jest przeświadczenie, że samo podzielenie się owym zachwytem i egzaltacją ze światem, spowoduje, że z automatu i świat się zachwyci. Obiektywnie rzecz biorąc nie łudzę się. Mrożek jest typem samotnika, który zastanawia się dlaczego ludzie tak bardzo potrzebują się spotykać, skoro większość ich nieszczęść ma swoje źródło w owych spotkaniach, rozważa ogólnie sens relacji międzyludzkich i bierze pod lupę ich teatralność, ma trudny charakter, masę wątpliwości odnośnie własnego talentu i ciężkawy momentami styl wypowiedzi. W tym wszystkim jednak jest mnóstwo błyskotliwych myśli, ciekawych spostrzeżeń, głębokich refleksji sprawiających, że lektura dziennika to prawdziwa uczta intelektualna, nawet jeśli przypomina chwilami jazdę na rollercoasterze. Subiektywnie zatem chciałabym powiedzieć, że Mrożka czytać warto, a nawet trzeba, obiektywnie zaś, cóż, polecam przede wszystkim wielbicielom jego twórczości, tym, którzy czerpią przyjemność czytając po raz któryś z rzędu Męczeństwo Piotra Ohey'a, bądź zafascynowanych dialogami Dziadka i Wnuczka w Karolu. W dzienniku znajdziecie echa tych sztuk, ale i zalążki kolejnych, a także przemyślenia prowadzące do konkluzji w nich zawartych. Znajdziecie typowy dla Mrożka sarkazm i autoironię. I mnóstwo jego nietypowej wrażliwości na świat, na świat, którym wszak odrobinę pogardza, odrobinę podgląda przez lornetkę, a ostatecznie od którego najchętniej ucieka.



Dziennik tom 1 1962-1969, Sławomir Mrożek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010 
* str. 565, rok 1968
** str. 39, rok 1963
*** str. 269 Wszystko jest u mnie w każdym okresie tylko domorosłym komentarzem do każdorazowej lektury rok 1965
**** str. 323, rok 1966

Czytaj więcej

poniedziałek, 3 lutego 2014

"Wariat i zakonnica" w Teatrze Powszechnym

  Wydawałoby się, że czytanie sztuki przed obejrzeniem spektaklu jest dobrym pomysłem, pozwalającym lepiej wczuć się w to, co chciał przekazać jej autor, lepiej może zrozumieć jej bohaterów, tło, wydarzenia. Jak się okazuje niekoniecznie to pomaga, a może wcale zepsuć odbiór być może dobrego spektaklu. Mówię "być może", bo ciągle trudno mi jest ocenić go w całości. Doceniam grę poszczególnych aktorów, ich pracę i wysiłek. Całość jednak wydaje mi się nie do końca tym, jaką ją widział Witkacy pisząc ten utwór sceniczny. A może właśnie nie do końca tym, co ja sobie wyobraziłam czytając gotowe już dzieło? A może zwyczajnie mi się nie podobało, a nie umiem tego powiedzieć wprost, jak pewien bohater Kundery? Mam tylko nadzieję, że nie wplączę się przez to w podobną kabałę.

 Sztukę tę Witkiewicz poświęca wszystkim wariatom świata, nie pierwszy raz zresztą sugerując, że człowiek może być wolny albo tylko w więzieniu, albo w szpitalu psychiatrycznym. Głównymi bohaterami są postacie wymienione już w tytule, a zatem wariat i zakonnica. Wariatem jest u Witkacego poeta Mieczysław Walpurg 28 lat. Brunet bardzo piękny i doskonale zbudowany. Broda i wąsy w nieładzie. Długie włosy. Ubrany w strój szpitalny. Kaftan bezpieczeństwa (camisole de force). Zakonnica zaś to Siostra Anna 22 lata. Blondynka bardzo jasna i bardzo ładna, i dość "stosunkowo" uduchowiona. Strój zakonny fantastyczny. Na piersi duży krzyż na łańcuszku. Już na początku zatem spektaklu mamy zupełnie inny obraz obydwu tych postaci. Na potrzeby spektaklu Walpurg nie miał kaftana, a był przywiązany do łóżka, jak również jego zawód zmieniono na kompozytora, a siostra Anna pod czepkiem nosi rude włosy, które być może mają zaznaczyć jej skłonność do zmian i erotycznej gry, do jakiej dojdzie między tą dwójką.

Siostra Anna (Anna Moskal) i Wariat (Jacek Berel), fot. Krzysztof Rudziński, źródło
 Jakże zazdroszczę pani innego świata, który pani sama sobie na mieszkanie wybrała. Ja muszę żyć tu, w tym okropnym więzieniu, w świecie narzuconym mi przez moich katów, w świecie, którego nienawidzę. A mój świat istotny to ten zegar, który mi w głowie idzie bez przerwy nawet podczas snu. Wolałbym śmierć po tysiące razy. Ale ja nie mogę umrzeć. Takie jest prawo wobec nas, szalonych, cierpiących bez winy. Jesteśmy torturowani jak najgorsi zbrodniarze. A umrzeć nam nie wolno, bo społeczeństwo jest dobre, bardzo dobre, i dba o to, byśmy się nie przestali męczyć przedwcześnie

 Fabuła zasadnicza sprowadza się do leczenia wariata, na którym zastosowano już wszelkie możliwe środki, jakimi dysponowała psychiatria, a które jednak nie odniosły pożądanego skutku. Młody psychiatra, dr Gruen, zafascynowany psychoanalizą postanawia przeprowadzić eksperyment. Do szpitala sprowadza młodą zakonnicę, której zadaniem ma być odnalezienie ukrytego kompleksu u poety, a zatem przyczyny jego nieszczęść, dzięki czemu, jak wierzy Gruen, na pewno uda się go wyleczyć. Siostra Anna przystaje na jego prośbę i zostaje na noc w celi z wariatem. W sztuce dość szybko między tą dwójką dojdzie do zbliżenia, w Teatrze Powszechnym nastąpi to w akcie trzecim dopiero. W sztuce już na początku oboje wyznają sobie swoje powody do aktualnego stanu ducha i wybranej ścieżki życiowej, w spektaklu będzie to wymieszane w kolejnych aktach, dodając ich zbliżeniu stopniowania i powolności. 

  Już po krótkiej rozmowie wiemy, że tę dwójkę łączy coś wspólnego - i jedno i drugie przeżyło bolesną, osobistą stratę. On przeżył śmierć ukochanej, ona samobójstwo ukochanego. On oddał się pokusie narkotyków, ona poszła do klasztoru. Drama wyrażone w swej mocy do potęgi groteski. Uczucie, jakie wybuchnie między nimi będzie pełne żaru i namiętności, ale też spowoduje kolejno następujące po sobie katastrofy. Najpierw morderstwo jakiego dokona Walpurg, zabijając irytującego go doktora Burdygiela, choć jego psychiatra uzna to za element ozdrowienia, a następnie spektakularne samobójstwo -  w sztuce przez powieszenie, zaś w spektaklu poprzez poderżnięcie sobie gardła brzytwą.

  Odgrywający rolę wariata Jacek Berel, przyznaję, wykonał niezwykłą pracę wczoraj na scenie. Wydawało się, że oddał się tej postaci całkowicie, pogrążony w jej uległości i szaleństwie, jej żądzy i rozpaczy. Wariat na scenie Teatru Powszechnego jest wariatem sugestywnym, w pełni oddającym to, co potocznie społeczeństwo odbiera jako szaleństwo. A jednak, pada naturalne tutaj pytanie, kto tu jest tak naprawdę szalony? Przetrzymywany przez dwa lata w zakładzie Walpurg, który reaguje na widok kobiety w sposób oszalały wręcz z pożądania, czy jego psychiatrzy, którzy folgują sobie podobnym przyjemnościom z siostrami zakonnymi? Czy wreszcie młody, oddany psychoanalizie psychiatra, który w zbrodni widzi oznakę poprawy stanu pacjenta?

Wariat (Jacek Berel) i Dr Efraim Gruen (Bartłomiej Bobrowski), fot. Krzysztof Rudziński, źródło
 A teraz dosyć tych poufałości! Nie zwracać mi głowy! Idiota! Spoufalił się ze mną jak z pierwszym lepszym psychiatrycznym okazem. Dystans trzymać! Rozumiesz?!

  Jak na Witkacego przystało w sztuce absurd przewija się z rzeczywistością niemalże splatając się w ścisłą całość, nie pozwalając czytelnikowi do końca rozeznać, gdzie zaczyna się delirium, a gdzie kończy jawa. Walpurg, który zdążył się zabić, pojawia się po chwili na scenie ponownie, odświętnie ubrany, wraz ze swoją ofiarą, którą zamordował akt wcześniej, by zabrać siostrę Annę i wraz z nimi zniknąć ze sceny raz jeszcze. W Teatrze Powszechnym zmienia się to w urojenie czyste, w marzenie być może samej siostry Anny, bowiem ostatecznie to oni wszyscy zostaną zamknięci w celi Walpurga.

  Zarówno Bartłomiej Bobrowski, jak i Kazimierz Kaczor są wspaniali jako parodia służby zdrowia psychicznego. Franciszek Pieczka, którego postać w sztuce odgrywa minimalną rolę, jednakże istotną w kulminacyjnym jej punkcie, jest naprawdę zabawny z nerwicą natręctw słownych jakie prezentuje kreując swoją rolę. Dwaj posługacze, Tomasz Błasiak, Jarosław Gruda, robią wrażenie siły, a jednocześnie świetnie pokazują szczyt jednokierunkowego, prostego myślenia w poszukiwaniu winnych. Co jest zatem nie tak? To co mi przeszkadzało to nie te wszystkie zmiany jakich dokonał reżyser w fabule, bo akceptuję je jako konieczne przy inscenizacji, ale wstawka kompletnie nie istniejąca w sztuce, czyli elementy mające na celu prawdopodobnie podkreślenie delirium bohatera.


scena zbiorowa, fot. Krzysztof Rudziński, źródło

  Otóż na scenie pojawiają się znikąd tancerze, grajkowie, baletnica, klauni, którzy wyłaniając się na przemian tańczą, idą, markują jakieś ruchy, grają na instrumentach. Jakkolwiek wygląda to nie najgorzej, daje planowany efekt, tak mam wrażenie jest po prostu przesadą. Jacek Berel i bez tego świetnie pokazuje stany manii swojego bohatera, nie ma potrzeby takiego mocnego akcentowania. Choć z drugiej strony zdaje się to być środkiem wyrazu artystycznej wolności głównego bohatera. Walpurg, przetrzymywany silą w zakładzie, może oddawać się swojej pasji - tu: muzyce - tylko i wyłącznie w swojej głowie. Tu jego wolność jest nieograniczona, może dyrygować grajkom, może tańczyć z baletnicą, ma pełną paletę możliwości. Jednakże były to sceny, które budziły moje wątpliwości. Podobnie jak slapstikowe tańce w Moralności pani Dulskiej w Teatrze Współczesnym. Niewykluczone, że jestem dość kiepskim widzem, który lubi klasykę w jej właśnie klasycznym, sztampowym wydaniu, stąd nie przemawiają do mnie tego typu współczesne wstawki. W każdym razie nie do końca mam przekonanie czy polecać, czy nie polecać Wariata i zakonnicy w Teatrze Powszechnym. Sama na pewno nie żałuję tych siedemdziesięciu minut, ale ja jestem maniak teatralny, toteż to nie jest w ogóle miarodajną oceną. Dlatego najlepiej chyba samodzielne zweryfikować.


Wariat i zakonnica, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Teatr Powszechny, reżyseria: Igor Gorzkowski
 

Obsada:
Siostra Anna - Anna Moskal

Siostra Barbara - Elżbieta Kępińska
Mieczysław Walpurg - Jacek Beler
Dr Efraim Gruen - Bartłomiej Bobrowski

Dr Jan Burdygiel - Kazimierz Kaczor
Prof. Ernest Walldorff - Franciczek Pieczka
Dwóch posługaczy - Tomasz Błasiak, Jarosław Gruda

 

Wszystkie cytaty pochodzą ze sztuki Wariat i zakonnica
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.