sobota, 22 marca 2014

Baśniowość kontra turpizm, czyli o "Balladynie" w Teatrze Narodowym

  Widziałam ten spektakl w lutym, a dotąd nic nie napisałam o swoich wrażeniach. Na ogół każdy obejrzany spektakl wywołuje we mnie coś takiego, że mam ochotę podzielić się nimi, nawet jeśli nie zawsze są one pozytywne. O Balladynie w Teatrze Narodowym pewnie bym dawno zapomniała, gdyby nie Marcin Hycnar. Dotąd wybierałam spektakle pod kątem zainteresowań, pod kątem autora sztuki, ale nigdy pod kątem tego, kto w tej sztuce gra. Marcin Hycnar, odkąd zobaczyłam go w roli Plazmonika w Bezimiennym dziele, a potem jako Artura telewizyjnej wersji Tanga sprawił, że coraz częściej zerkam również na obsadę i gdy pojawia się jego nazwisko wiem, że będę chciała obejrzeć dany tytuł na pewno. W moim subiektywnym odczuciu samą Balladynę w mojej pamięci ratuje właśnie jego rola. Dziwne, bo jednak powinna Wiktoria Gorodeckaja, która wyśmienicie zaprezentowała się jako sama Balladyna.
 
  A jak to było ze spektaklem? Na pewno zadziwiała już sama scenografia. Na scenie leżą śmietniki. Proscenium zajmuje jezioro utworzone z plastikowych butelek. Nad nim przerzucona kładka. W głębi sceny chór otwierający przedstawienie piosenką, której tekst na początku trudno zrozumieć, ale z czasem, gdy się wsłuchać, można wyłapać historię opowiadaną podczas spektaklu. Wjeżdża platforma z kilkoma kwiatkami doniczkowymi, nieco rachitycznymi i dużą szafą dwudrzwiową. Pojawia się pierwsza postać - to Kirkor (Grzegorz Kwiecień), który przybył do Pustelnika (Mirosław Konarowski).  Balladynę otwiera więc scena, w której Kirkor radzi się mądrego Pustelnika. Czego dotyczą rady? Pierwotnie tematyki matrymonialnej, by po chwili przejść do tematu w dramacie najważniejszego, czyli władzy - dojścia do niej, jej utraty i żalu po tej utracie w czym celuje Pustelnik. I tym samym Słowacki w zasadzie od pierwszej tej sceny zdradza czego będzie dotyczyć wątek główny całej historii. Kirkor Teatru Narodowego jest dokładnie takim, jakim być powinien - postawnym, przystojnym mężczyzną, prostolinijnym od ubioru po przemyślenia, idealnym, nudnym. Nic dziwnego, że tak łatwo przyjął radę Pustelnika, by wziąć za żonę dziewczynę z ludu.

  W następnej scenie jakaś postać wyłania się ze śmietnika po lewej stronie sceny. To Skierka obudzony ze snu. Wygląda komicznie w tym stroju, przypominającym współczesnego kloszarda, a wybudzony niedługo po nim Chochlik jest ubrany w bardzo podobny sposób.

Chochlik (Andrzej Blumenfeld) i siedzący na nim Skierka (Jerzy Łapiński), fot. Robert Jaworski, źródło
 Po chwili na scenie pojawia się Goplana (Beata Ścibakówna), jak to ona już zakochana, choć jeszcze nie wie do końca w kim. Szaleństwo miłości w końcu jest li i jedynie szaleństwem, nie należy wymagać uzasadnień. Zresztą, cała Balladyna wszak jest historią rodem z szaleństwa i w szaleństwo jako takie wpisuje się genialnie, a jej fabuły dalej streszczać chyba nie trzeba? W każdym razie warto dodać, że Goplana namiesza, Kirkor będzie niezdecydowany, a nieszczęsny dzbanek malin doprowadzi do tragedii. Scena, jej nośność, możliwości techniczne, jej ogrom zostają widzom w pełni zaprezentowane podczas tego długiego, trzygodzinnego spektaklu. A on sam? Jest dziwnie. Jest chór, który powinien popracować nad dykcją, ewentualnie stawiam jeszcze na nagłośnienie, co swoją drogą wydaje się paradoksem w kontekście możliwości technicznych samej sceny. Slapstikowe sceny w domu Wdowy trącą kolejną dziwnością. Niby tak, niby można je podpiąć do ogółu dziwności samej Balladyny, wszak baśniowość pozwala na wiele możliwości, ale Alina i Balladyna zostały sprowadzone do dyskotekowych dziewoj, które szaleńczo są skłonne wyjść za księcia, za samo to, że książę, zaś sam książę jest marionetkowy, pozbawiony kręgosłupa i biernie poddaje się albo radom Pustelnika, albo sytuacji. Wyboru nie dokonuje, bo wybór zostaje rozstrzygnięty morderstwem, a on ten "wybór" najzwyczajniej w świecie akceptuje, nie zadając więcej pytań na temat losów Aliny. Całość wydaje się z lekka przesadzona, co nie znaczy, że niestrawna. Skłamałbym mówiąc, że te trzy godziny ciągną się w nieskończoność - wprost przeciwnie, spektakl wydaje się wręcz krótki, choć wskazówki zegara przeczą temu dobitnie.

Scena zbiorowa, fot. Robert Jaworski, źródło

  Balladyna w Teatrze Narodowym to wcale nie jest taka sobie zwykła dziewczyna z ludu. Jest zdeterminowana i idzie po trupach do celu, choć nękają ją zarówno wyrzuty sumienia, zjawy, jak i upiorna plama na czole, to jednak nie ustępuje w tym, czego raz się podjęła. Zabija siostrę, wypiera się matki, a wreszcie w swoim dążeniu do władzy jest bezlitosna i nieugięta. Wszystko wydaje się być jedynie środkiem do jej celu. Ostateczny sprawiedliwy wyrok na sobie samej będzie jej próbą oczyszczenia ze swoich grzechów? Poddania się woli nieba? A może próbą właśnie uniknięcia surowego losu? Scena śmierci Balladyny była tutaj jakaś taka cicha, ulotna, jakby mi umknęła, choć nie odrywałam oczu od sceny przez cały czas, siedząc tradycyjnie w pierwszym rzędzie. Trudno mi wyjaśnić czemu tak do końca ten spektakl nie zrobił na mnie większego wrażenia. Role obsadzone były bardzo dobrze, sama inscenizacja świetna, a jednak.. Czegoś zabrakło. I tylko Marcin Hycnar sprawił, że mimo wszystko chciałam napisać o tej inscenizacji. Jego rola to rola Kostryna, kochanka Balladyny, pomocnika w niesieniu śmierci i przejmowaniu tronu. A zatem postać która sama w sobie nie jest sympatyczna, na dodatek której los jest z góry przesądzony. A jednak. Głos, mimika, styl poruszania się na scenie, obecność na niej niemalże namacalna z perspektywy widowni - to wszystko sprawiło, że patrzyłam jak urzeczona. Ożywiłam się. Dałam ponieść kolejnym scenom. I dlatego mimo wszystko polecam.


Balladyna, Juliusz Słowacki, Teatr Narodowy, reżyseria  Artur Tyszkiewicz 

Pustelnik: Mirosław Konarowski
Kirkor: Grzegorz Kwiecień 
Matka: Małgorzata Rożniatowska (gościnnie) 
Balladyna: Wiktoria Gorodeckaja 
Alina: Magdalena Lamparska (gościnnie) 
Goplana: Beata Ścibakówna 
Chochlik: Andrzej Blumenfeld 
Skierka: Jerzy Łapiński 
Filon: Przemysław Stippa 
Grabiec: Jerzy Radziwiłowicz
Kostryn: Marcin Hycnar 

Czytaj więcej

czwartek, 20 marca 2014

Wszystko jest mocno subiektywne. "Znaki szczególne" Pauliny Wilk

  Jak pokolenie opisywanie przez autorkę, trwające ciągle "pomiędzy", dorastające pomiędzy schyłkiem komunizmu a początkami demokracji, dojrzewające pomiędzy światem analogowym a cyfrowym, tak i ja utknęłam w swoistym "pomiędzy" po lekturze Znaków szczególnych Pauliny Wilk.
  Pomiędzy entuzjazmem dla stylu autorki, jej przenikliwej obserwacji i oceny współczesności a protestem związanym z unifikowaniem mnie na siłę. Pomiędzy wyrozumiałością, że w przypadku opisywania zbiorowości trudniej o miejsce dla jednostek, które z niej odstają, a niezgodą na jednoczesne przywoływanie autorskich doświadczeń i traktowanie ich jako uniwersalne dla całego pokolenia. Niezgodą na zbiorowe "my", bo nie mówi ono o mnie i przychylnością na autorskie "my", bo oceniając swoje pokolenie Paulina Wilk nie udaje, że sama istnieje poza tą zbiorowością jako zupełnie odrębna jednostka. Podejmując próbę opisania tej pozycji muszę się niestety odciąć od tego, że mówi ona o moim pokoleniu. Nie do końca mówi ona o moim pokoleniu, a przynajmniej nie do końca o rówieśnikach, z którymi dorastałam. Częściowo, zakładam, mówi o sporej zbiorowości, bowiem rozpoznaję pewne symptomatyczne zachowania znane z własnej obserwacji, niekoniecznie jednak rówieśników. I cóż ja tej zbiorowości nie znam za dobrze, niektóre szczegóły wywoływały gwałtowne uniesienie brwi, a niektóre, tak, smutne potwierdzenie. Tyle, że tych potwierdzających było naprawdę niewiele, zaś tych zaskoczonych znacznie, znacznie więcej.



  Współcześni trzydziestolatkowie są tu przedstawieni jako pokolenie, które miało dzieciństwo w schyłkowych latach komunizmu i które tak naprawdę dorastało razem z rodzącą się demokracją. Pokolenie dzieciaków bawiących się na podwórkach, którym do zabawy wystarczyła własna wyobraźnia, trzepak i sam fakt, że się wspólnie przeżywa dzieciństwo. Z nostalgią autorka wspomina czasy, gdy meble kupowano całymi miesiącami, a potem całymi latami doceniano ich użyteczność, gdy rodziny powstawały naturalnie, bez planowania, zastanawiania się, wyliczania, czy rodzinę stać na kolejne dziecko, a sprzęty, nawet te już mocno zużyte przeżywały swoją emeryturę na strychach bądź działkach. W opozycji do tego autorka stawia teraz współczesność owych podwórkowych dzieciaków. I jest ta współczesność co najmniej smutna. Pokolenie to zdobywało najpierw starannie i wytrwale wykształcenie i zbierało każde możliwe doświadczenie stając w wyścigu do lepszej od ich rodziców przyszłości, by potem utknąć ponownie "pomiędzy", tym razem pomiędzy starym pokoleniem doświadczonych zawodowców a młodymi, urodzonymi w latach dziewięćdziesiątych, którzy już napierają na ich zawodowe poletko, a w zasadzie z niego wypierają. Pomiędzy szczeblami kariery, której nie udało się zrobić w pełni i gwałtownym zmianami gospodarki, która nagle spowolniła, nie przystając do ich oczekiwań. A jednak jest to w pewnym sensie pokolenie zwycięzców, bo żyjące już w pełnym dobrobycie, w kraju w którym nie ma już powodów do kompleksów wobec innych krajów, gdzie można zaprosić na koncert ważnych piosenkarzy, bo jest już gdzie ich ugościć, a toalety publiczne osiągnęły europejski standard. Jednakże jednocześnie jest to pokolenie, które zatraca poczucie ważności relacji i więzi, któremu brakuje autorytetów, bo ich rodzice nie nadążali za tempem zmian, a nauczyciele nie byli odpowiednio do nich przygotowani. Pokolenie, które wymienia sprzęt nie z powodu jego uszkodzenia, zniszczenia, bądź zużytkowania, ale dlatego, że już jest jego lepszy model. I podobnie też robi z bliskimi sobie ludźmi, nie starając się przesadnie w budowaniu trwalszych więzi, traktując małżeństwo swobodnie, nie poważając składanych sobie przysiąg. Jest to pokolenie hipokrytów, ludzi, którzy odeszli od kościoła, ale są przywiązani do kościelnej tradycji, więc chętnie do niego wracają gdy chodzi o śluby, czy chrzty. Fasadowość tych ceremonii nie przeszkadza już nikomu.

  Przez to, że nie widzę siebie do końca w tej książce nie umiem ocenić jej sprawiedliwie. Może gdyby była mowa o kimś innym, a nie o moich rówieśnikach, w jakimś sensie o mnie, postrzegałabym ją inaczej. Często łapałam się na tym, że szukam na siłę jakichś punktów stycznych z bohaterem zbiorowym tej opowieści. Ale trudno mi było je znaleźć, bo ani parcia na karierę nie miałam, ani do Anglii za pracą nie jeździłam, ani ślubu fasadowego nie brałam, nie grałam w gry komputerowe, ani nawet puszek nie zbierałam. A jedyne zbiorowe, solidarne przeżywanie żałoby jakiego zaznałam to było to z 11 września 2001 roku po atakach na WTC. Punkty styczne to ten trzepak, podwórkowe dzieciństwo i kredyt hipoteczny, którego zresztą branie autorka surowo ocenia jako swego rodzaju oszustwo, rozłożone konsekwencjami w czasie*. Ja zaś nazywam jedyną słuszną dla mnie alternatywą, wynikającą z wyboru albo kredytu albo nieustannego wynajmowania cudzych mieszkań. Czy jednak te kilka punktów wystarczy, by autorka mówiła za mnie "my"? I z tego powodu nadal tkwię "pomiędzy". Pomiędzy protestem na wtłaczanie mnie w to "my" a obserwacją niektórych rówieśników, którzy idealnie wpisują się w opisywane znaki szczególne pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Pomiędzy obiektywną oceną, że jest to naprawdę świetnie napisana i skomponowana książka a poczuciem, że pozostając uczciwą wobec samej siebie i własnych doświadczeń, nie potrafię jej subiektywnie ocenić. I może to moje "pomiędzy" jest moim znakiem szczególnym, potwierdzającym, że jednak należę do tego pokoleniowego "my"? Niewykluczone.



Znaki szczególne, Paulina Wilk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
* str. 183


Czytaj więcej

środa, 19 marca 2014

Nawróciłam się na Pilcha. Słówko o powieści "Wiele demonów"

  Każde pokolenie ludzkie, każdy w ogóle człowiek może co najwyżej wyklepać swoją wersję: Bóg jest, Boga nie ma? Subiektywiści powiadają, że jest to w nas. Subiektywiści sentymentaliści poszerzają: w nas i przy nas. W najbliższej okolicy, w miejscu urodzenia, w krainie lat dziecinnych. Nie w naszym widzimisię tak jest - w sensie ścisłym tak jest. Sigła nie jest jakimś sklerotyczno - sentymentalnym "naszym Jeruzalem" - jest Jeruzalem, bo jest Jeruzalem. Trzeba się z tym pogodzić, na rozwiązanie wszystkiego nikomu życia nie starczy. Powtarzamy to w koło, bo tak zostało wyliczone. Dokumentnie. Trzeba przestać drążyć, trzeba pogodzić się z opowieścią - to zostało dane: możliwość wysłuchania opowieści do końca ergo przed końcem.*

  Sarkałam, że żaden z niego pisarz. Generalnie przedawkowałam w czasie studiów i miałam dość. Maniery, powtarzalności, podejścia do pewnych tematów. Może błędem było czytanie felietonów i tylko jednej powieści? To, że uwielbiałam Pod Mocnym Aniołem było dla mnie tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Gdy przeczytałam Wiele demonów powiedzenie, że się nawróciłam na Pilcha to ciągle za mało. Zakochałam się, stałam się wierną admiratorką narracji i stylu, oddałam się tej historii zupełnie. I to nic, że mogłabym podkreślać w tekście powtórzenia. Powiedzieć, że uwielbiam tę książkę - to nic nie powiedzieć. Powiedzieć, że wszystko nabrało nowych odcieni, niczym ciemnowiśniowa piżama sióstr Mrak, która była tak ciemna, że prawie czarna, to powiedzieć niemało, ale ciągle nie wszystko. Tu trzeba by było całej litanii pochwał i komplementów. A, że to nie zawsze mi się udaje nie popadając jednocześnie w przesadę, to będzie skromnie, o samych zachwytach.



  Wiele demonów to elegancja narracji. To świadectwo mistrzostwa pióra i nośności historii. Rzecz się dzieje w Wiśle, znaczy przepraszam, Sigle, ale przecież od razu można rozpoznać w niej rodzinne miasto autora, jak nie po Zameczku Prezydenta, to po sąsiadowaniu z Ustroniem. Nie ma to jednak znaczenia, czy Pilch tylko wykorzystuje rodzinną Wisłę i zmienia ją na Sigłę, czy udaje że pisze o Sigle, pisząc o Wiśle. Ważna jest sama historia. A jest ona niebanalna sama w sobie. Mamy lata pięćdziesiąte? Sześćdziesiąte? Na pewno głęboki komunizm, bezpiekę i brak sprawnej komunikacji międzymiastowej. Oto zaginęła bez śladu jedna z sióstr Mrak, Ola, córka pastora ewangelickiego. Bo w zasadzie cała Sigła jest wyznania ewangelicko- augsburskiego. Nie udaje się odnaleźć ani śladu Oli, ani zwłok, mimo poszukiwań, mimo podejrzeń, mimo poszlak. Nawet inwigilacja służb bezpieczeństwa na jaką poważył się pastor nie dała efektów. Chyba pierwszy raz było tak, że był żal o to, że zaginiona osoba nie była właśnie u nich. A potem lawina nieszczęść w zasadzie ruszyła już z pełnym rozmachem i mieszkańcy Sigły będą świadkami różnorodnych dziwności, chwilowych zaginięć, zawirowań czasoprzestrzennych i cudu zmniejszania trumny. I wszystko to w tak niewielkiej, spokojnej mieścinie, gdzie każdy zna każdego i o wszystkich mówi się po równo.

  Podoba mi się to. Podoba mi się pióro Pilcha, podoba mi się cała historia, podoba mi się niebanalność jej odtworzenia, po kawałku, z pokrętną chronologią, a jednak tworzącą logiczną całość, podoba mi się nawet to, że gdy przychodzi do tematów poważnych Pilch pokazuje je jako poważne, choć przez pryzmat ludzkiej śmieszności, ale z kolei bez zbędnego patosu, czy rozżalonych wersów, nawet gdy ten żal jest autentycznie ludzki. Podoba mi się wszystko w tej powieści, nawet gdy mnie coś w niej denerwuje to też mi się to podoba. Chwilowo wpadłam w zachwyt Pilchem i obawiam się, że to nieuleczalne. Powiedzieć, że nawróciłam się na Pilcha - to naprawdę, nic nie powiedzieć.


Wiele demonów, Jerzy Pilch, Wielka Litera, Warszawa 2013
* str. 272
Czytaj więcej

wtorek, 18 marca 2014

"Powrót do Ferrinu" Katarzyny Michalak

  Jestem czytelnikiem uczciwym. Zdarza mi się jakaś przekora, złośliwość, ale w takich sytuacjach nie robię z siebie hipokrytki. Skoro po coś sięgnęłam, przeczytałam z własnej nieprzymuszonej woli z góry wiedząc, że będzie to czysta grafomania, to zjadliwa krytyka jest ostatnią myślą, na jaką wpadam po lekturze. Dlatego raczej tego nie robię, raczej unikam, przemilczam. Ponieważ jednak staram się być uczciwa, kiepsko reaguję na tej uczciwości wyraźny brak, a wręcz jej nadużywanie. A tego byłam świadkiem na znanym i lubianym przeze mnie portalu lubimyczytac.pl. Książka pani Katarzyny Michalak z dnia na dzień z oceny 2,18 podskoczyła na ocenę niemalże 6 (dodam, dla osób nieznających portalu, że w skali 10-punktowej). Z minuty na minutę pojawiały się coraz to nowe, dające maksymalną liczbę punktów konta użytkowników. Konta na tyle bezmyślnie tworzone, że wyraźnie było widać, że nie mogą należeć do pojedynczych osób - wszystkie zgodnie i jednomyślnie dawały dziesięć punktów dwóm pozycjom autorki - Czarnemu księciu i Powrotowi do Ferrinu. I niczemu więcej. Nie punktowały żadnych innych książek, a ich użytkownicy wyraźnie przestali używać konta, bo po paru dniach nie było już żadnej aktywności. 

przykładowe konto

  Oczywiście w pewnym momencie ekipa portalu zareagowała. Cześć ocen została usunięta, ale część wisi nadal. Nie mam też pewności, co do tego, czy osoba, która tak aktywnie windowała obydwu książkom oceny - nie wiem kto taki - nie zadziała ponownie. Dlatego uważam, że tym razem warto o książce napisać dosadnie - ale po uczciwej lekturze. Ryzykowałam nawet, że książka może okazać się dobra i ciekawa. W zasadzie to nawet się trochę łudziłam, że tak może się okazać, szczególnie, gdy zobaczyłam ile ma stron. Cóż, daremne żale, próżny trud*, jakby to powiedział poeta.

   Swego czasu, jak to napisałam w swojej opinii na portalu, wierzyłam, że Katarzyna Michalak rozwinie warsztat i zacznie pisać całkiem niezłą prozę. Niestety, autorka nie umie czytać konstruktywnej krytyki, wszelką zresztą traktując jak samo zło, bądź ataki na nią personalnie, podczas gdy dotyczyły one li i jedynie omawianych książek i fabuły i gdyby potraktowała je trochę inaczej, mogłyby wnieść powiew świeżości do jej twórczości. Zdecydowanie autorce brakuje dystansu i ze smutkiem czytam, z jaką agresją reaguje na wszelkie krytyczne uwagi. Choć tworzy wizerunek osoby miłej, słodkiej niemalże i pełnej dobrych chęci.

  Zastrzegam zatem, że mój wpis dotyczy tylko i wyłącznie treści książki Powrót do Ferrinu. Nie znam autorki i nie interesuje mnie atakowanie jej osoby w żaden sposób.

  Przechodząc zaś do tematu głównego chciałabym od razu się odciąć od części fantastycznej tej powieści. Nie znam się na literaturze fantastycznej zbyt dobrze, nie jestem w tej dziedzinie ekspertem i dlatego nie wiem, czy moje odczucia, że jest tu sporo zaczerpnięte z Sapkowskiego, Tolkiena, czy Herberta (oprócz tego, że autora Diuny, to warto wspomnieć, że autorka - już bez cienia wątpliwości- parafrazuje fragment wiersza Przesłanie Pana Cogito** Zbigniewa Herberta i nie dodaje nigdzie takiej adnotacji) i że książka o świecie fantastycznym bez mapy owego świata jest, co najmniej, zubożoną o coś ważnego książką, mogą być tylko wrażeniami poślednimi. Tu wolałabym, żeby wypowiedział się ktoś, kto faktycznie się na tym zna. Ja chciałabym się skupić na samej fabule, wydarzeniach i rysach postaci.

Źródło zdjęcia

 Główną bohaterką Powrotu do Ferrinu jest Anaela, w świecie ziemskim znana jako Karolina, lekarka, a dokładnie anestezjolog, która w pierwszym tomie opowieści trafiła pierwszy raz do Ferrinu. W tomie drugim trafia do niego ponownie, choć uważny czytelnik tomu pierwszego zastanawiałby się poważnie, jak to jest w ogóle możliwe, jednak przyjmijmy za jedyną słuszną tezę, że w światach fantastycznych wszystko jest możliwe i odłóżmy na bok logikę. Anaela to pozornie miła, łagodna i kochająca, na dodatek pełna ideałów osóbka. Dodam - pozornie. Podkreślę: pozornie. Bowiem lektura kolejnych stron wyłoni jak jednocześnie jest pełna pogardy dla innych ludzi, elfi (odmiana autorki), czy jednorożców, pokazująca im gdzie jest ich miejsce, bo to ona jest panią, nie doceniająca przyjaźni czy miłości, a jednocześnie wykorzystująca każdego kto ją kocha. W zasadzie bez większych skrupułów. Na dodatek cały czas konsekwentnie podtrzymuje ową pozorność dobroci i łagodności.

  Do Ferrinu udaje się Analela, ponownie wbrew ziemskiej logice, bo sama przyznaje, że powrót jest niemożliwy, po tym, gdy znika jej ukochany. Wydaje się zatem, że cel tej podróży jest oczywisty: odnaleźć ukochanego. Tym razem nie korzysta z pomocy ciotki, która wychowała niegdyś osieroconą Karolinę, ale umiejętnie (choć nie wiem jak) sama otwiera zielony portal i wraca do magicznej krainy. Okazuje się dość szybko, że trafiła do niej niejako w przeszłości do wydarzeń z tomu pierwszego. Albo inaczej - do jakiejś alternatywnej wersji owej przeszłości, bo jak się okaże, autorka będzie zarówno teraźniejszość, jak i przyszłość dowolnie traktować, w zależności od sytuacji, zmieniając ją jak każdy inny rekwizyt. Nazwie to węzłami, które potrafią przewidzieć tylko jednorożce, a i to też tylko do pierwszego węzła. Bowiem każdy ruch, każde wydarzenie, może spowodować powstanie aż trzech alternatywnych światów. W jednym na przykład zginie postać X, ale w innym ta sama postać X będzie nadal żyć. Koncept ogólnie niegłupi, szkoda, że mało konsekwentnie prowadzony. Plątanina wersji alternatywnych, przeskoki w jakich dokonują się pewne wydarzenia doprowadzają w końcu do absurdu, co ujawnia sama końcówka powieści.O ile dobrze zrozumiałam, choć mogłam się pogubić, Anaela cofa się o dwieście lat sprzed wydarzeń w Grze.., a Powrót.. choć nie obejmuje dwustu lat, kończy się tuż przed nimi. W głowie mam jeden wielki znak zapytania. Być może jednak zgubiłam się w ilości alternatyw.

  Ale wróćmy do Anaeli, która w pewnym momencie odkrywa (decyduje? trudno powiedzieć, bo znowu ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego), że nie może jednak odzyskać ukochanego, nawet więcej, musi go trzymać na dystans i ocalić przed miłością (bo w tej wersji ukochany jeszcze nie wie, że kocha Anaelę - proste, prawda?), bo ta będzie zgubna i doprowadzi oboje do punktu wyjścia, a zatem po co Anaela zostaje w Ferrinie? Otóż po to, by chronić bądź ratować Ferrin. I tu czytelnik doznaje kolejnego poczucia, że logika poszła sobie w las, bo wydaje się, że to, przed czym, przed kim należy chronić Ferrin, to nie mniej i nie więcej, a sama Anaela. Skoro bowiem Anaela ma chronić Ferrin przed wydarzeniami, jakie wie, że się rozegrają, bo już przeżyła przyszłość, to warto by było im przeciwdziałać. Anaela jednak od początku podkreśla, że jest zabawką w rękach bogów i w zasadzie odtwarza, choć w nieco innej konfiguracji, wydarzenia z Gry. Chce zatem uchronić Ferrin przed wojną, ale przecież tak się nie da, bo jest tylko zabawką w rękach bogów, które zrobią, co chcą, zatem wojna jest nieuchronna. Jednocześnie wymyśla sobie plan, że skoro nie ma w tej alternatywie Ferrinu pewnych postaci, to ona je zastąpi i tak zamiast Bereniki, ona szkoli pierwsze Leczące, żeby pomogły podczas wojny, o której ona wie, że na pewno wybuchnie. To w końcu chce chronić Ferrin przed wojną, czy jednak na tę wojnę przygotować? Oto jest zagadka, której nie rozwiązałam do końca lektury. Logikę działań i myślenia Anaeli chyba dobrze oddają te dwa fragmenty (jest takich dużo więcej, ale szczerze mówiąc nie mam siły cytować wszystkich, bo to by oznaczało konieczność sięgania po tę książkę po raz kolejny):

1. Anaela uwalnia niewolników:

 - Zdejmijcie obroże - rozkazała. Niewolnicy sięgnęli do szyj. Skórzane i metalowe "ozdoby" zaczęły spadać na ziemię. - Jesteście wolni.
 Miała ochotę uśmiechnąć się do nich, ale Sirden ostrzegł, że nie docenią jej gestu i nadal musi się jawić jako Wielka Władczyni, okrutna i surowa. - Możecie odejść z elfami albo zostać w Amarkandzie.
 - Możemy odejść?! - usłyszała. - Dokąd, pani? Kto przyjmie na służbę wolnego człowieka?
 - Jestem pewna, że w Saskii z przyjemnością znów was zniewolą, a ja drugi raz uwalniać was nie będę - odpowiedziała z ironią.
 Nie zależało jej na krnąbrnych poddanych z Amarkandy, miała wystarczająco wielu własnych, wiernych i posłusznych. ***

2. Anaela "myśli":

(..) Nagle poczuła, że zaczyna jej brakować czasu. Tylko na co? Pomyśli o tym później.****

Podsumowując: Anaela idzie przez Ferrin jak taran. Uwalnia Amarkandę pokazując jaka jest łaskawa, by za chwilę pokazać, że nie ma żadnej łaski. Pozwala by ginęli za nią Dzicy Ludzie, wygnane niegdyś z innych krain plemię koczujące, które napotkała na pustyni (brzmi znajomo?), przyjacielowi mówi, że zrobi coś dla niej, bo ją kocha (on ją kocha, tak, bo on ją kocha), na koniec okazuje się, że tak naprawdę chciała dopełnić przepowiedni. I jest niesamowicie kochliwa. Ta dziewczyna ma pojemne serce! Kocha tego, ze którym wyruszyła, czyli Sellinarisa, kocha Amrego, wykrzykując mu to od razu przy pierwszym spotkaniu, choć wie, że ten jej w tej wersji Ferrinu nawet nie zna, wtula się w Reikana, brata swego ukochanego i rozmawia z nim jak z kochankiem, kocha wreszcie swojego jednorożca. W ogóle ma silne poczucie własności. Poddani są jej, ludzie są jej, przyjaciel jest jej, wszystko jest jej własnością. W sumie to ona jest tutaj panią i władczynią i co tam, że jest zabawką w rękach bogów, ona ma swój plan i na pewno go wykona. Wykorzystując miłość swoich przyjaciół, a jakże.

Tylko nie wiem do końca co to był za plan.
Odzyskać ukochanego? Nie, ukochany tym razem został w Ferrinie. Choć, chwileczkę, który ukochany?
Uratować Ferrin? Nie, bo zanim nie trafiła do niego Analela, to Ferrinowi nic nie groziło tak naprawdę
Dopełnić przepowiedni? Bez komentarza.
Chyba tak naprawdę, by znowu mieć harem pełen rozkochanych w niej mężczyzn i bawić się ich uczuciami.

W tej książce najważniejsza jest oprawa. To jak wyglądają poszczególne postaci (piękno, absolutne, czyste piękno), to jakie noszą suknie (podkreślające ich piękno i niesamowite ciała), to jak składają przysięgi (z emfazą i patosem i obowiązkowymi łzami w oczach), a nie czy ich dopełniają, to jak szumnie się wypowiadają, a nie to, co robią. Nie fabuła, nie charaktery, nie logika. Oprawa, wygląd. To ma znaczenie. I tak jak jest śliczna okładka tej książki, tak proporcjonalnie nijaka jest jej treść. Tak, jak śliczna jest Anaela, tak równie zepsuta i głupia. Tak jak mało logiczna jest fabuła, tak jednak jak ślicznie przecież opisana z tymi dłońmi utkanymi z mgły, czy z ręką zaplataną w czarną grzywę fryzyjczyka*****, że już o ariergardzie nie wspomnę.




* Adam Asnyk, Daremne żale, kwiecień 1877

** autorka wykorzystuje podkreśloną końcówkę wiersza, przytaczam ostanie wersy:
idź bo tylko tak będziesz przyjęty do grona zimnych czaszek
do grona twoich przodków: Gilgamesza Hektora Rolanda
obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów

Bądź wierny Idź


*** Powrót do Ferrinu, Katarzyna Michalak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 293-294
**** tamże, str. 212
***** tamże, str. 7
Czytaj więcej

poniedziałek, 3 marca 2014

"Wszyscy ludzie prezydenta" Bob Woodward, Carl Bernstein

  Hasło, mówiące o tym, że to śledztwo dziennikarskie na zawsze zmieniło Amerykę, prawdopodobnie nie ma w sobie przesady. Współczesną historię polityczną Stanów Zjednoczonych można postrzegać jako podzieloną na dwie epoki: jest epoka przed i po aferze Watergate. Ufność wobec rządu amerykańskiego już malała w tamtym okresie, głównie niewątpliwie pod wpływem wojny w Wietnamie, ale po aferze Watergate nieufność jest już bezsprzeczna i przede wszystkim następuje po niej eskalacja teorii spiskowych o ukrywaniu przez rząd wielu ważnych informacji, co jest tematem wielu seriali, czy filmów, jak chociażby Wróg publiczny, w którym motyw przewodni z afery Watergate jest aż nadto uwypuklony. Mimo, że oficjalnie w Stanach Zjednoczonych zakazano zakładania podsłuchów, Amerykanom trudno było się otrząsnąć z tego, co ujawnili Bob Woodward i Carl Bernstein i trudno było uwierzyć, że używanie podsłuchów naprawdę zostało zaprzestane. Myślę, że też ciężko było uwierzyć, że rząd przestał zatajać informacje o swoich działaniach, gdy zostały upublicznione tajne bombardowania Kambodży, które ukrywano przed amerykańską opinią publiczną przez cały, pierwszy rok kadencji Nixona. Taka ilość zaciemnień wokół działań prezydenta i jego ekipy miała prawo spowodować nasilenie podejrzliwości.

Carl Bernstein i Bob Woodward w redakcji The Washington Post, źródło
  Nixon został zaprzysiężony na prezydenta w 1969 roku, a zatem w 1972 roku przygotowywał się do kolejnych wyborów licząc na drugą kadencję. Afera właśnie ma swój początek w czerwcu 1972 roku, gdy udaremniono nieudolną próbę włamania do budynku Watergate, gdzie znajdowało się biuro Komitetu Krajowego Partii Demokratycznej, a więc opozycji Partii Republikańskiej, której przedstawicielem był Nixon. Włamanie jak się okazało w toku śledztwa, miało na celu założenie podsłuchu w biurze Komitetu, co było jednym ze sposobów Nixona, by ratować swoją malejącą popularność i znaleźć sposoby na jej podwyższenie przez dyskredytowanie swoich oponentów. Woodward, dziennikarz The Washington Post, został przydzielony do tej sprawy z marszu, co na początku przyjął z niechęcią. Jeszcze nieświadomy tak naprawdę, co się za tym będzie kryło, uznał to za kolejny nieciekawy temat. Już rozmowy w sądzie i tożsamość włamywaczy, którzy okazali się być byłymi pracownikami rządowymi, obudziły jego ciekawość i zacięcie śledczego. Dopiero jednak współpraca z Bernsteinem, powoli rodząca się między nimi przyjaźń, wywołały pierwsze poważniejsze rezultaty tego śledztwa i odkrycie coraz bardziej zawiłych relacji między włamaniem, a samym prezydentem, między praniem pieniędzy w Meksyku, a kampanią wyborczą Nixona. Powoli puzzel po puzzlu, dzięki współpracy wielu rządowych pracowników, tajnych informatorów, jak słynne Głębokie Gardło, Woodward i Bernstein ułożyli całość układanki, której pełen obraz zaskoczył nie tylko redakcję The Washington Post, ale i całą Amerykę. Najpierw jednak obaj dziennikarze spędzili godziny na długich i często jałowych rozmowach telefonicznych, szukaniu kontaktów wokół ludzi prezydenta, rozmów z ludźmi pracującymi w ich pobliżu, natykaniu się na ślepe zaułki, czekaniu na umówione spotkania, które ciągle przesuwano. Na byciu zbywanym, unikanym, a wreszcie na zadawaniu umiejętnych pytań, od których zależało, czy ich rozmówca nie porzuci ich w środku rozmowy z obawy przed konsekwencjami. Jednak im głębiej w ten gąszcz zawiłości tym ich ciekawość i chęć zdobycia pełnych informacji były silniejsze. Współpracowali jednak na tyle zgodnie, na tyle też efektywnie, że redakcyjni koledzy nazwali ich duet żartobliwie Woodstein.

Robert Redford jako Bob Woodward i Dustin Hoffman jako Carl Bernstein w filmie Alana J. Pakuli "Wszyscy ludzie prezydenta", źródło
  Siłą tej książki, wbrew pozorom, są nie tylko wszystkie zawarte w niej szczegóły dotyczące afery Watergate, nie tylko wszystkie kolejne informacje, jakie odkrywają Woodward i Bernstein, oraz inni dziennikarze, ale to, jak obaj reporterzy opisują siebie nawzajem i ludzi, których nękali pytaniami, którzy wzięli udział w ich śledztwie. Obaj są pokazani ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami, są ujawnione wzajemne uprzedzenia, jakie żywili wobec siebie na początku znajomości i powolne rodzenie się przyjaźni. Ludzie, z którymi rozmawiają są ukazani w sposób szczegółowy, z ich obawami i zrozumieniem dla tych obaw. Nie są to tylko nazwiska, papierowe postacie, ba, nawet gdy jest zachowana tajemnica ich tożsamości, są oni ludźmi z krwi i kości, często ludźmi, którzy mają naprawdę wspaniałe życiowe zasady, którzy sami zgłosili się do FBI z zeznaniami w sprawie, którzy chcieli być uczciwi, ale ich zeznania były ignorowane. Ludźmi, którzy w większości znaleźli się w złym czasie i złym miejscu, na takich, a nie innych stanowiskach. Osoby zaś ściśle zaplątane w aferę są przestawiane rzeczowo, bez zbędnego epatowania osądami, a mówieniem o ich udziale w takim, a nie innym wymiarze. To już historia i społeczeństwo dokonało oceny ich działań.

  Wad ta pozycja ma naprawdę niewiele. Natłok nazwisk, szczególnie na początku, może powodować zagubienie w trakcie lektury, choć pomocna jest zawarta na początku książki szczegółowa lista występujących w niej postaci. Niektóre szczegóły, jak ubiór rozmówców, czy miny, jakie przybierali podczas rozmów wydają się przesadzone, choć dodają tej historii zwykłego, ludzkiego wymiaru. Trzeba również brać poprawkę na to, że zarówno Bernstein, jak i Woodward byli dziennikarzami, nie zawodowymi pisarzami, stąd pewne braki warsztatu stricte pisarskiego ujawniają się faktycznie, gdy próbują prowadzić narrację w stylu trzecioosobowym. Co ma zarówno plusy jak i minusy. Plusem jest próba spojrzenia na samych siebie i swoje działania z boku, łącznie z wytykaniem wpadek, czy nieetycznymi zachowaniami. Minusem jest świadomość czytelnika, że obaj piszą o samych sobie, co chwilami może dawać odczucie pewnej sztuczności. Może jednak dzięki takiemu zdystansowaniu się do własnych przeżyć mogli podejść do tej historii choć trochę obiektywniej.


  Wokół afery Watergate narosło mnóstwo mitów. Przede wszystkim ten, że to tylko praca dziennikarzy Washington Post ukróciła działania Nixona, jak i spowodowała jego ustąpienie z prezydentury, dodając przy okazji wolnemu dziennikarstwu niezwykłego splendoru. Nie do końca jest to ścisłe z wydarzeniami z 1972 roku i następujących po nim kolejnych dwóch lat. Dlatego mimo, że książka pojawia się na polskim rynku z czterdziestoletnim poślizgiem, warto poznać jej treść. Szczegóły afery są bowiem naprawdę interesujące, odsłaniają kulisy działań najbliższych współpracowników Nixona, ale też ich nieudolność, a dochodzenie do sedna całej afery w pewnym momencie może zadziwić czytelnika. Bo to wszystko naprawdę wydaje się nieprawdopodobne, całkiem jak scenariusz dobrego filmu. A przecież jest opisem faktów, jednak interesujących niczym dobra powieść szpiegowska.


Za udostępnienie egzemplarza do lektury serdecznie dziękuję wydawnictwu Agora.

Wszyscy ludzie prezydenta, Bob Woodward, Carl Bernstein, Narodowe Centrum Kultury, Agora SA, Warszawa 2014
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.