środa, 30 kwietnia 2014

"Pożegnania" w Teatrze Narodowym

  Jeśli jeszcze tego nie wiecie, nie zauważyliście, nie zostało to dosadne powiedziane to chciałabym powiedzieć, że kocham teatr. Moje zainteresowanie nim zaczyna graniczyć ze swoistą obsesją. Interesuje mnie wszystko, co jest z nim związane, czytam sztuki, nawiązania, oglądam Teatr Telewizji, na co czasami naprowadza mnie lektura Dialogu, ale też poprzez teatr docieram do książek, o których wcześniej nie słyszałam. A przez Marcina Hycnara chodzę na spektakle, o których pewnie bym nawet nie pomyślała. Zatem teatr i Marcin Hycnar to ostatnio ważne połączenie. Właśnie przez niego wybrałam spektakl oparty na powieści Stanisława Dygata Pożegnania. Pomimo nazwiska Agnieszki Glińskiej, której reżyserii opartej na wrzucaniu do spektaklu udziwnień w postaci somnambulicznego tańca, czy odruchów paralityka raczej nie lubię. Nie wiem, co ma być przesłaniem tych dodatków w niektórych spektaklach, na szczęście tym razem dostrzegłam w tym pewien, dziwaczny to dziwaczny, ale jednak sens.

 Pożegnania to powieść mająca być swego rodzaju pożegnaniem z przedwojenną rzeczywistością. Jest w niej wyraźny podział na to co przed wojną - głównie zabawa i beztroska, i to co po - głównie trauma, zmartwienie i konieczność przetrwania. Podobnie jest podzielony spektakl na dwie przeciwstawne sobie części. Ciężar narracji przejmuje główna postać męska, Paweł (w tej roli oczywiście niezrównany Marcin Hycnar), który najpierw wprowadza nas w świat swojej koszmarnej w jego odczuciach codzienności. Zamknięty w jej schematach, rutynie, swoistej teatralności związanej z koniecznością stosowania odpowiednich formułek, ale również zakłamaniu, ucieka do lokalu, gdzie spotyka ją, Lidkę (Patrycja Soliman), fordanserkę. Mezalians murowany, ale Paweł nie ma zamiaru wiązać się z Lidką. Traktuje tę znajomość podobnie jak późniejsze w Paryżu, przelotnie, swobodnie, bez zobowiązań. I tak samo właśnie bawi się w stolicy Francji. Tu owe, charakterystyczne już mam wrażenie dla Agnieszki Glińskiej, dodatki spełniają w moim odczuciu dodatkowo rolę uwypuklenia tej beztroski i wyluzowania. Alkohol, taniec, spanie na trawie. Jest pięknie i beztrosko, a problemy mają tylko ludzie ubodzy. Paweł jednak ubogi nie jest, pieniądze ma jego ojciec, a więc ma je i Paweł i tak oto może nawet nie wiedzieć, jak wygląda budynek jego uczelni, bo to studiowanie w końcu było głównym celem jego wyjazdu do Paryża.

Marcin Hycnar jako Paweł i Patrycja Soliman jako Lidka, fot. Krzysztof Bieliński, źródło
  Przemiana zachodzi już po wojnie. Znika beztroska, jest czas szukania nowego miejsca dla siebie na świecie, czas przemian społecznych. Inteligencja zamienia się rolami ze swoimi dotychczasowymi służącymi, wcześniejszy jaśnie panicz zostaje kelnerem w restauracji swojego wcześniejszego lokaja. Sentymentu więc za przeszłością jako widz nie odczuwam. Wprost przeciwnie, ta część z teraźniejszością pochłania mnie najbardziej. Jednakże sama odmiana sytuacji nie zmienia rzeczy podstawowych. Nadal obowiązują sztywne formy, schematy, nadal zakłamanie jest obowiązującą formą relacji. Nie mówi się zbyt wiele wprost, wiele się udaje. Zmieniają się warunki życia, ale nie zmienia się sam człowiek, choć zapewne nie taki obraz miał się wyłonić z samej powieści, której jeszcze nie zdążyłam przeczytać.

  Lubię patrzeć na Marcina Hycnara i słuchać jego głosu. Pod tym względem wybór tego spektaklu był strzałem w dziesiątkę. Scena przy Wierzbowej jest nieduża, miejsce przy samej scenie oznacza względną bliskość aktorów, więc mogłam cieszyć się w pełni każdym epizodem Pożegnań. Niektóre sceny miały swój niepowtarzalny smak, niektóre zniechęcały, niektóre wywoływały masę skojarzeń i nawrotów do sielskich, swojskich klimatów. W każdym razie Pożegnania nie pozostawiają żadnego widza obojętnym. Są momenty zabawne i trudno się powstrzymać przed wybuchami głośnego śmiechu, są momenty refleksyjne i trudno się powstrzymać przed pewnymi obrazami. Jednak Dygat podobnie jak w Jeziorze Bodeńskim bardzo symbolicznie mówi o traumatycznych zdarzeniach wojennych. Jest to ledwie dotykanie powierzchni tematu, jakby samo stwierdzenie, że bohater przeżył Oświęcim było wystarczającym opisem przeżyć wojennego koszmaru. Istotniejsza jest zamiana ról, degradacja ze społecznej drabiny, niż to, że wojna tak silnie wpłynęła na psychikę człowieka, który ją przetrwał. Sam ten przekaz spektaklu niespecjalnie przypadł mi do gustu. Jednak wykonanie, aktorzy, scenografia pozostawiły we mnie bardzo pozytywne wrażenia. Zabrakło mi Dominiki Kluźniak, którą uwielbiam oglądać na deskach teatru. Jej rolę przejęła gościnnie Anna Smołowik, która zagrała ją świetnie, ale i tak wiem, nie ujmując nic Annie Smołowik, że to Dominika Kluźniak byłaby najlepszą Dodo. Pozostaje mi cierpliwie czekać na jej powrót na scenę.

scena zbiorowa, fot. Krzysztof Bieliński, źródło
  Spektakl mogę polecać w zasadzie w ciemno, bo jest świetnie przygotowany, a przy tym miejscami naprawdę zabawny. Niedostatki fabularne świetnie uzupełnia gra aktorska, gra świateł, muzyka i klimat przedwojennej epoki. Jest to jeden z tych spektakli, które po prostu można, a ja dodam, warto obejrzeć.


Pożegnania, Stanisław Dygat, Teatr Narodowy, reżyseria Agnieszka Glińska, scenografia  Magdalena Maciejewska

Obsada:
Paweł: Marcin Hycnar
Ojciec: Piotr Grabowski (gościnnie)
Lola:  Ewa Konstancja Bułhak
Lidka: Patrycja Soliman
Barman / Kelner/ Lokaj: Grzegorz Kwiecień
Gospodyni: Dorota Landowska (gościnnie)
Dodo: Anna Smołowik (gościnnie)
Cachard: Karol Pocheć
Czytaj więcej

niedziela, 27 kwietnia 2014

"Zapach miasta po burzy" Olgierda Świerzewskiego

  Wszystko ma swoje plusy i minusy. Każdy medal ma dwie strony a kij dwa końce. Jednak z książkami często bywa tak, że jakaś jest tak dobra, że trudno znaleźć minusy, albo tak zła, że ciężko wyłuskać z niej plusy. W jednym i drugim przypadku jednak wywołują emocje. Albo zachwyt albo rozczarowanie. Bohaterowie albo są dla nas ważni, emocjonujemy się ich losami, albo irytują. Nie ma jednak obojętności ani w jednym ani w drugim przypadku. Gdy myślę o debiucie Olgierda Świerzewskiego myślę o medalu. Ten medal z jednej strony to brawa i pochwały, to niemalże aplauz i owacja na stojąco. Za tytaniczną pracę, za merytoryczne przygotowanie do epoki i jej niuansów, co mogę tylko przyrównać do równie ciężkiej pracy, jaką wykonała Elżbieta Cherezińska w przypadku Legionu, za poważne podejście do epoki, znajomość literatury, za erudycję godną pozazdroszczenia. Niestety druga strona tego medalu to nuda i obojętność wobec losów jego bohaterów. To papierowe postaci, które nie wywołują emocji. To fabuła, która nie wciąga i jest czytelniczą męczarnią. I czuję potworny żal, że muszę wspominać również o tej drugiej stronie medalu i że tak naprawdę to ona decyduje o tym, że książka w moim odczuciu jest po prostu słaba. Przyznaję uczciwie, że naprawdę nie sprawia mi przyjemności pisanie tego tekstu. Gdy książka jest z gruntu źle napisana nie czuję takiego dyskomfortu. Tutaj jest to o tyle nieprzyjemne, że powieść miała potencjał, a autor talent. Najwyraźniej jednak książka trafiła do niewłaściwej czytelniczki.


  Schyłkowy okres komunizmu, piękna Moskwa, liryczny Leningrad, dwaj szachowi utalentowani mistrzowie i piękna kobieta. Nie da się ukryć, to efektowny początek i świetne składniki na dobry romans, do tego z ciekawym zapleczem historycznym. Wprowadzenie w życie każdego z bohaterów jest szczegółowe i wnikliwe. Poznajemy ich życiorysy, przeszłość, rodzinne tajemnice i wrażliwości. Głównymi bohaterami są dwaj szachiści Oleg Igorowicz Antonow i jego największy rywal Anatolij Romancew. Romancew jest parę lat starszy od Olega, ale obaj mają podobnie ambicjonalne podejście do gry w szachy i obaj pretendują do pozycji mistrza nie tylko w kraju. Jak to w romansie bywa musi się pojawić kobieta. Jest nią Tatiana i tu pojawia się pierwsze zdziwienie fabularne, gdy autor przedstawia nam jej losy. Otóż Świerzewski ewidentnie sugeruje czytelnikowi, że Tatiana jako nastolatka popełniła samobójstwo. Gdy jeszcze nie podejrzewałam, że to Tatiana ma być ową femme fatale obydwu mistrzów, zastanawiałam się po co został opisany tak szczegółowo wątek jej rodziny, ucieczki ojczyma i rozpaczy matki. Bo dziewczyna na koniec epizodu zostaje przez matkę znaleziona z podciętymi żyłami w wannie. Kilkadziesiąt stron dalej Tatiana ma się dobrze i nie ma w ogóle wspomnienia na temat tego zdarzenia. Jak gdyby nigdy nic. Dziewczyna się tnie, a potem ma się dobrze. Oczywiście, mam świadomość, że wiele prób samobójczych jest nieudana, ale to jak to opisał autor nie wskazywało na próbę, tylko na fakt. Niemniej jednak to tylko epizod, nie ma co tego specjalnie roztrząsać. Tatiana będzie tą dziewczyną, w której z miejsca zakocha się młodziutki Oleg i do której równie żywo zabije serce Romancewa. Rywalizacja szachowa staje się także rywalizacją na gruncie prywatnym, co dodatkowo podsyca film, w którym Tatiana, już dorosła, właśnie robiąca karierę jako aktorka, wystąpi jako narzeczona Romancewa. Oczywiście to z kim będzie Tatiana jest od początku oczywiste, choć autor stara się zaskoczyć czytelnika swoim pierwszym rozwiązaniem fabularnym. Sama historia szachowych turniejów, próba pokazania ich od ekscytującej, emocjonalnej strony jest napisana zgrabnie, bowiem te turnieje szachowe są opisywane niczym turnieje rycerskie lub walki bokserskie. Wydaje się, że rywale zadają sobie silne ciosy, po których trudno im się pozbierać z desek ringu, wydaje się, że rozgrywa się walka na śmierć i życie. I to zapewne kolejny dowód na talent autora, a dla mnie najnudniejsze wątki w tej historii. Problem w tym, że są to jej również najgłówniejsze wątki. Potrafię grać w szachy, pewnie sformułowania nie były mi obce, ale zastanawia mnie fakt, że w książce poświęca się wiele uwagi na wskazanie źródeł historycznych, wyjaśnień kim byli bohaterowie literaccy, o których rozmawiają bohaterowie (co tak na marginesie może obrażać czytelnika, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie każdy musi wiedzieć kim był Woland), a jednocześnie nie ma słowa wyjaśnienia dla czytelnika nieobeznanego z szachami, co to jest debiut i czym się różni z otwarciem.

   W kwestii ilości bohaterów powieść Świerzewskiego może konkurować spokojnie z Wojną i pokojem. Jest ich całe krocie, od rodzin najbliższych bohaterów zaczynając, po ich przyjaciół, rodziny ich przyjaciół i na masie postaci pobocznych kończąc, a każdy z nich dwojga imion, jak w najlepszej rosyjskiej powieści być musi. Oprócz tego losy nawet postaci pobocznych są opisane bardzo szczegółowo, poznamy nawet marzenia kolegów Olega, wszelkie konsekwencje ich życiowych wyborów, dalsze losy, nawet jeśli w pewnym momencie ich wspólne drogi się rozejdą. Ale to wszystko co łączy powieść Świerzewskiego z klasykami rosyjskimi. To, czego tu zabrakło to jakiejkolwiek iskry, jakiegokolwiek ognia, jakichś większych emocji. Wątki w których postaci wygłaszają sentymentalne monologi wywołują raczej zażenowanie, jedna z ważniejszych scen erotycznych mogłaby spowodować chichot (Czuli się jak para łabędzi splecionych szyjami niczym dzikie wino, porwanych wichrem, to spadając, to znów gwałtownie podrywając się do lotu, targani potężnymi siłami, to naprężając mięśnie to znów oddając się słabości (..) I stanowili jedno - palącą wulkaniczną skałę*), ale wywołuje co najwyżej zdziwienie odnośnie porównań, choć mówi o jednej z potencjalnie najbardziej emocjonujących scen w powieści. Książka jest po prostu mdła emocjonalnie. Nawet gdy bohaterowie przeżywają największe uniesienia, nawet gdy przeżywają największe klęski czytelnik nie odczuwa tych emocji jakoś silniej, a to jak mówią o miłości przypomina młodego Wertera, który dodatkowo ostro sobie popił i bredzi bardziej niż zwykle. Co z tego, że bohaterowie są opisani prawidłowo i wnikliwie skoro równie dobrze można by było w ten sposób opisać manekina. Manekina ze skłonnościami do sentymentalnych dialogów/monologów i niezwykle drobiazgową znajomością literatury wysokiej. Zadziwiające, jak każdy z bohaterów Świerzewskiego jest oczytany, jak prawie każdy rzuca cytatami jak z rękawa, jak zna doskonale Lermontowa, Majakowskiego, Czechowa, Dostojewskiego, Tołstoja! I jakimi poetyzmami się wysławia! Ot, autor chyba trochę przesadził w kwestii ukazania typowej sentymentalnej słowiańskiej duszy.

  Ponieważ jest to debiut wydaje mi się, że ważne jest by autor usłyszał zarówno zachwyty (a tych już kilka widziałam w sieci), które zmotywują go do dalszego pisania, jak i krytykę, która być może wpłynie na zmianę warsztatu. Nawet jeśli ta ostatnia pochodzi z tak skromnego miejsca jak to moje. Nie mam na celu nic złośliwego, jestem prostym czytelnikiem, który przeżył kilka dni męczarni z jedną książką. Z książką, dodam, zapowiadającą się naprawdę dobrze! A jednak niesamowicie wyczerpującą. Dawno się tak nie zmęczyłam przy lekturze.




Zapach miasta po burzy, Olgierd Świerzewski, Muza SA, Warszawa 2014
* str. 391
Czytaj więcej

piątek, 18 kwietnia 2014

"Nomen Omen", czyli Kisiel jest dobry na wszystko!

 Jak napisać o czymś, co szalenie mi się podobało, co chciałabym polecać na prawo i lewo, a jednocześnie nie odstraszyć wyolbrzymionym entuzjazmem, ani nie przesadzić z peanami pochwalnymi? Trudna sprawa, bo jak Licho* rozrywa mnie od emocji i chciałabym od razu całą sobą pokazać i opowiedzieć i przykazać, że macie czytać i basta. Ale wiem, wiem, presja i nacisk to żadna metoda. [szkoda..]
Może zatem zacznę od początku.

  Wszystko zaczęło się od kolegi blogera, który cały czas kokietuje swoich czytelników jakoby był Zacofany w lekturze. Oczywiście jego lista przewinień jest bardzo długa, ale tym razem "zawinił" od samego początku. Po pierwsze uświadomił mnie, że istnieje ktoś taki fenomenalny, jak Marta Kisiel. Po drugie zainteresował jej książkami. Po trzecie dał mi cynk o spotkaniu z autorką. Po czwarte własnoręcznie pożyczył mi swój własny osobisty i świeżo przez autorkę podpisany egzemplarz Dożywocia**, który aktualnie na allegro osiągnął cenę niebiotyczną i jest w związku z tym nieosiągalny dla przeciętnego zjadacza chleba. Innymi słowy był bezpośrednią przyczyną tego, że obecnie mam kolejną autorkę na liście, kolejną, której książki będą już na stałe na moich półkach i której nowych tytułów będę wypatrywać jak kania dżdżu. Także gdybym miała wskazywać "winnego" to nawet nie ma cienia wątpliwości, kto nim jest. Za co jestem rzecz jasna ogromnie wdzięczna!


  Nomen Omen to historia przede wszystkim zabawna, bo zabawna jest od pierwszych zdań i nie ma mowy, żeby nie rozbawiła nawet największego ponuraka. Może nie każdy będzie wybuchać śmiechem, ale sądzę, że większość będzie mimowolnie się uśmiechać. Czytając już opis zasmarkanej Salomei trudno się nie wyszczerzyć w uśmiechu i nie wyobrazić tego nomen omen uroczego zjawiska. Ad rem jednakże! Salka imion dwojga Salomea Klementyna Przygoda ma nietypową rodzinę. Już zestaw jej imion mówi o tym, jak oryginalną, ale nie same imiona to potwierdzają. Fakt, że rodzona matka próbuje rozbuchać jej uśpiony erotyzm, oraz omawia szczegółowo obfitość jej bioder z przypadkowym telemarketerem jest na to kolejnym dowodem, zaś to, że Salka ostatecznie musi się ewakuować z rodzinnego miasta, inaczej rodzina ją stłamsi ogłaszając wszem i wobec o wszystkich jej intymnych sprawach każdemu kto zechce słuchać, otóż to już myślę, mówi wszystko. Zatem Salka zabiera, co może do swojego przepastnego plecaka i udaje się do Wrocławia, gdzie koleżanka poleciła jej niedrogi pokój do wynajęcia. Szkoda, że nie wspomniała jednak o mieszkańcach domu, do którego posłała Salkę, bo wtedy Salka może by zrozumiała, że uciekła z deszczu pod rynnę. Niestety, tego Salka nie mogła się domyślić mimo wszelkich znaków to wskazujących dobitnie, które rozpaczliwie do niej machały już podczas podawania adresu taksówkarzowi. Już od przejścia przez furtkę. Już od progu! Jednak dziewczyna zachwycona wolnością, niezależnością od upiornej rodzinki, nie tylko je zignorowała, ale również dała się ponieść fali entuzjazmu.

  Rzecz jasna wszystko to kwestia pecha, który sobie Salkę upodobał. Bo przyznacie, trzeba mieć pecha, żeby po ucieczce od zwichrowanej rodzinki zamieszkać z kolei u rodzinki lekko nawiedzonej, o dziwnych i zmiennych upodobaniach, bo zdaje się że właścicielka domu w którym Salka właśnie zamieszkała, jest zmienna jak letnia pogoda i raz jest pochmurna i niemiła, a za chwilę wesoła i jakaś taka..  przesadnie różowa w kolorystyce stroju. Trzeba mieć pecha by po ucieczce od namolnego i wrednego brata ściągnąć go sobie z powrotem na głowę do miejsca, w którym Salka nareszcie miała się od rodziny odseparować. No i doprawdy, to już niezwykła potęga pecha, gdy ów brat chce własną siostrę utopić! Plejada bohaterów i wydarzeń w Nomen Omen to istna śmietanka, godna najlepszych ekranizacji. Oprócz wysokiej, zasmarkanej i pechowej Salki, brata z morderczymi skłonnościami i dziwnych mieszkanek domu przy Lipowej mamy kolejno: ekhem.. interesujących rodziców Salki i naprawdę niezwykłą babcię, papugę o imieniu Roy Keane, która za wafelki sprzedałaby duszę diabłu - może nie zaraz własną, ale okoliczne chętnie, grasujące po Wrocławiu krwiożercze zombie, które dostaje niezłe lanie, doktoranta polonistyki, któremu zasmarkanie Salki nie przeszkadza w rozkoszowaniu się jej widokiem, bojową Basię, która potwierdza jakże słuszną teorię, że w małym ciele wielki duch i wojenną historię Wrocławia, która jako jedyna zachowuje w całym tym rozgardiaszu powagę. Do tego odsłania naprawdę intrygujące momenty z historii miasta. Barwne postaci, ciekawa fabuła, do tego niezła kompozycja całości. I nie, nie, nie będę pisać o intertekstualności ani inspiracjach. Jak to powiedziała autorka, każdy czyta książki przez pryzmat doświadczeń swoich  lektur. Szukajcie więc inspiracji zarówno autorki, jak i własnych, samodzielnie, do czego gorąco zachęcam!

  Kisiel jest naprawdę dobry na wszystko. Poprawia nastrój, działa zasysająco odciągając od ponurego krajobrazu za oknem pociągu, a także powoduje wkurzanie współpasażerów głośnym śmiechem (przy okazji silne zainteresowanie okładką) bądź próbami wstrzymywania chichotu. Zalecam przynajmniej jedną dawkę dziennie.

A na koniec pochwalę się moim pierwszym, jedynym, a co za tym idzie najważniejszym! autografem:








Nomen Omen, Marta Kisiel, Uroboros, Warszawa 2014

* postać z powieści Marty Kisiel Dożywocie
** w którym to Dożywociu jestem już zakochana i rozważam zdobycie własnego egzemplarza nawet jeśli będzie konieczność zejścia na drogę przestępstwa


Czytaj więcej

środa, 16 kwietnia 2014

"Dowód na istnienie drugiego" w Teatrze Narodowym

To coś czy ktoś, kto mnie prowadzi tam, gdzie nie chcę - nie jest jedyny. Bo jednocześnie ktoś drugi ogromnie się temu sprzeciwia i to, co robi ten pierwszy, zabija tego drugiego, nad czym ten drugi cierpi. Dowód na istnienie tego drugiego: przecież zdarza się, że ten drugi działa.


  Miałam absolutnie i z całkowitą pewnością unikać premier. Albo spektakli okołopremierowych. Miałam nie poddawać się pokusie, miałam się pilnować.
Miałam.

  Otóż gdy mowa o Mrożku to moje postanowienia, można od razu przyjąć za pewnik, że będą złamane, odpuszczone, spuszczone ze smyczy i ze swadą rączego jelenia pomkną w niebyt. Zatem złamałam swoją świeżą i jakże niezłomną zasadę i poszłam na zaledwie drugi spektakl po premierze w cichej nadziei, że świat się nade mną ulituje, widzowie mnie nie zdenerwują do potęgi entej, że nie będę miała ochoty wystrzelić wszystkich w kosmos jak to było podczas kilku poprzednich spektakli  i sama ujdę z życiem nie tocząc żadnych bojów o ciszę i spokój. Udało się. Nawet nikogo wzrokiem nie musiałam zabijać. Ciekawe na ile miał z tym związek sam spektakl i zapierająca dech w piersi próba odtworzenia rozmów Mrożka i Gombrowicza. Nie będzie żadną przesadą gdy powiem, że mam w planach powtórkę.

Cezary Kosiński jako Mrożek oraz Jan Englert jako Gombrowicz w scenie ujawniającej pierwsze, dość nieudane próby konfrontacji lęków Mrożka z ironiczną naturą Gombrowicza; fot. Andrzej Wencel, źródło
Gombrowicz: Nie mogę pozwolić, żeby nasze rozmowy były jednostronne. Istotą dochodzenia do prawdy artystycznej jest dialog. Cynizmem nie zastąpisz metafizyki. Przecież on zachowuje się jak niedojda!


  Kim był dla Mrożka Gombrowicz jest jasne dla każdego, kto miał okazję zapoznać się z Dziennikami autora, zaś ciągle jest niejasne i spekulatywne kim dla Gombrowicza był Mrożek. Sam Gombrowicz nie poświęca Mrożkowi zbyt wiele uwagi w swoim Dzienniku, zaś u Mrożka Gombrowicz pełni funkcję swoistego spiritus movens: jest i inspiracją i udręką, przyczyną wielu przemyśleń i kompleksów, jest jednocześnie mentorem i największym zagrożeniem. Ich spotkanie do którego doszło naprawdę miało prawo zainspirować Macieja Wojtyszkę, a tytuł sztuki dowodzi wnikliwej lektury pierwszego tomu Dzienników Mrożka. Jak Wojtyszko przedstawił owo epokowe spotkanie?

  Dla widzów nie znających twórczości Mrożka i zwyczajów Gombrowicza pewne zachowania typowe dla obydwu tych artystów mogły się wydawać zaskakujące, zaś końcowy monolog Mrożka mógł doprowadzić do gwałtownego uniesienia brwi. Nie powiem, to ostatnie dotyczyło również mojej skromnej osoby, bowiem nie było to coś o co bym kiedykolwiek Mrożka podejrzewała. Ponieważ jednak nie chcę nikomu psuć efektu zaskoczenia nie zdradzę czego ów monolog dotyczył. Niemniej jednak typowe dla Gombrowicza bawienie się rzeczywistością, czy typowe dla Mrożka milczenie i niezdolność do prowadzenia "normalnej" konwersacji zostały w trakcie spektaklu podkreślone przede wszystkim niezwykłą grą obydwu panów. Cezary Kosiński wbrew moim obawom zagrał Mrożka z niezwykłym wyczuciem wobec jego dziwactw i skłonności do samotnictwa, zaś Jan Englert jako Gombrowicz po prostu porwał widownię i na dobre przejął nad nią władzę. W kontraście z nimi dwoma pozostali aktorzy obsadzeni w tej sztuce nieco bledną, choć Kamila Baar w roli Rity jest niezwykle sugestywna i po prostu pięknie melancholijna. Ciężko oderwać od niej oczy.

Piękna Kamila Baar jest wprost stworzona do tej roli; fot. Andrzej Wencel, źródło

  W sztuce przenosimy się do Włoch, gdzie Mrożek przebywał na wakacjach ze swoją pierwszą żoną, zaś Gombrowicz mieszka na stałe z Ritą. Spotkanie inicjują wspólni znajomi obydwu pisarzy. Gdy już do niego dochodzi Mrożek chowa się przed Gombrowiczem starając się za wszelką cenę uniknąć konfrontacji, czym Cezary Kosiński rozbawia widownię, zaś Gombrowicz usiłuje za wszelką cenę sprowokować Mrożka na wszelkie złośliwe sposoby, jakie tylko przychodzą mu do głowy. Łącznie z propozycją, by poinformował Ritę, że się kochają. Łącznie z prowokowaniem Mary, by zniszczyła swój obraz i publicznie oznajmiła, że pisarstwo jej męża jest zdecydowanie bardziej wartościowe, a malarstwo jak wiadomo, to żadna sztuka. Jak się okazuje Mrożek jest ciężkim orzechem do zgryzienia i nawet spontaniczne potraktowanie go jak bóstwa niewiele pomaga.

Kolejna, spontaniczna próba sprowokowania Mrożka, kolejna nieudana; fot. Andrzej Wencel, źródło 
Gombrowicz: Uchylił się? Patrzcie państwo! Nie w smak mu nasze hołdy. Szkoda.


  Jednakże nie te przepychanki między pisarzami są tu najistotniejsze, choć na pewno pełnią funkcję w spektaklu żartobliwego ukazania, jak to pierwsze spotkanie mogło wyglądać. Najistotniejszy wątek pojawia się w drugiej części spektaklu i dotyka boleśniejszych spraw z życia zarówno Mrożka, jak i Gombrowicza. Wojtyszko sięga trochę głębiej i wydobywa demony mrożkowej jaźni, w której ten tak szaleńczo się obawia popełnienia plagiatu, oraz udręki starzejącego się Gombrowicza, który w swojej samotności już nie dokonuje zabaw z narracją rzeczywistości, a popada w prawdziwą melancholię. Ta druga strona medalu, druga opcja zachowań i rekcji wydaje się nieco realniejsza, choć obie części spektaklu mają ten potencjał. To jest rzecz jasna tylko założenie, próba odtworzenia, dopisania niedomówień odnośnie realnego spotkania. Nie można jednak przyjmować jej zbyt dosłownie i potraktować jako jedyną możliwą. Jest na pewno ciekawym spojrzeniem na tamte wydarzenia, na styl bycia obydwu dramaturgów, próbą zwrócenia uwagi na to, że każdy z nich miał swoje demony i na to właśnie, że to było tym, co te dwie tak różne natury łączyło.

  Oczywiście w ogóle nie jestem obiektywna w ocenie, bo na spektakl szykowałam się gdy jeszcze był w planach. Wiedziałam, że to moje podstawowe przedstawienie tego roku i stąd zapewne bardzo oczekiwałam, że mnie nie zawiedzie i kto wie, czy nie dokonałam na sobie samej wpływu autosugestii. Maciej Wojtyszko dał w tej sztuce popis elokwencji, znajomości obydwu swoich bohaterów i umiejętności parafrazowania ich prawdziwych wypowiedzi czym dodał nutkę autentyczności do całości. Nie do końca zgadzam się z wizją Wojtyszko, choć bardzo mi się ona spodobała, ale dałam się ponieść grze aktorskiej na tyle, że uwierzyłam przez chwilę, że mam przed sobą zarówno Mrożka, jak i Gombrowicza. A to wrażenie jest dla mnie bezcenne, na tyle ważne, że chcę poddać się jemu raz jeszcze. Dokładnie tak samo, jak lubię wracać do ulubionych książek.  


Dowód na istnienie drugiego, Teatr Narodowy, reżyseria Maciej Wojtyszko, scenografia Paweł Dobrzycki

Obsada:   
Maria Paczowska: Monika Dryl
Mara Obremba: Dominika Kluźniak 
Rita Labrosse: Kamilla Baar
Bohdan Paczowski: Grzegorz Kwiecień
Kazimierz Głaz: Marcin Przybylski
Witold Gombrowicz: Jan Englert
Sławomir Mrożek:  Cezary Kosiński


Cytaty pod zdjęciami pochodzą ze sztuki Dowód na istnienie drugiego
Czytaj więcej

wtorek, 15 kwietnia 2014

W "Papierowych miastach" papierowa dziewczyna pisze na papierze pismem krzyżowym..

 Łatwo zapomnieć, jak przepełniony ludźmi jest świat - świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia. *

 Z epoki nastoletnich zachwytów wyrosłam, przynajmniej zgodnie z metryką i założeniami. To, że nie wyrosłam nigdy w sensie mentalnym potwierdzają moje kolejne wybory literackie. Gdy mam słabszy czas, gdy łapię spadek nastroju, czytam książki z założenia dla młodzieży właściwie jedna po drugiej. Są dobre na kiepskie samopoczucie, dają czasami dawkę energii albo każą się nieco zastanowić na ile ja, bądź co bądź  dorosła, byłabym w stanie podjąć takie decyzje, jak ich nastoletni bohaterowie. Oczywiście fikcyjne nastolatki i ich fikcyjne decyzje to słaby przykład do tego typu refleksji, jednakże trudno się im nie poddawać. Szczególnie po powieściach Johna Greena, którego niniejszym wpisałam na listę ulubieńców.

  Przypadek sprawił, że trafiła do mnie Gwiazd naszych wina, która ujęła mnie i wzruszyła, choć Szukając Alaski, po którą sięgnęłam niejako z automatu, podobała mi się bardziej. Jednakże dopiero Papierowe miasta zmieniły status autora na mojej prywatnej liście z "lubię to" na "to ważne". Czytelnik znający wszystkie trzy pozycje zapewne zastanowi się dlaczego. Gdyby przyjrzeć się Szukając Alaski i Papierowym miastom trudno nie zauważyć, że autor opisuje historie bardzo do siebie podobne, zaś bohaterowie wszystkich trzech wydają się być tacy sami. Dziewczęta mają podobne cechy charakterów, chłopcy zdają się przemawiać tym samym głosem. Zarzut pisania jednej i tej samej historii był w zasadzie tym, który skutecznie dotąd trzymał mnie z daleka od powieści Johna Greena. A jednak Papierowymi miastami przekonał mnie do siebie i sprawił, że chcę więcej. Ot, odezwała się po raz kolejny mentalność nastolatki. 
Bywa.





Pomyślałem, że to genialne: człowiek słucha ludzi, żeby ich sobie wyobrazić i słyszy wszystkie te okropne i cudowne rzeczy, które ludzie czynią sobie i innym, lecz w końcu to jego samego słuchanie obnaża bardziej niż ludzi, których próbuje słuchać.**

  Nie chciałabym psuć lektury tym, którzy jeszcze nie znają Papierowych miast, toteż bez zdradzania ważnych szczegółów mogę opowiedzieć, że jest to historia trudnej, ale również niesamowicie intrygującej i ciekawej relacji. Oczywiście chłopaka i dziewczyny. On nazywany w skrócie Q, ona dla równowagi dwojga imion, czyli Margo Roth Spiegelman. Wspólne dzieciństwo zbliży ich na chwilę, jedno ważne przeżycie zmieni bieg tej znajomości, by w okresie liceum znaleźli się w przeciwnych obozach. Cóż, nie tyle obozach, co grupach. Ona przebojowa, piękna, popularna, on przyjaźniący się z tymi, którzy odpadli w eliminacjach na najpopularniejszych nastolatków. A jednak Q często o Margo myślał i niewątpliwie się w niej podkochiwał, choć być świadomy jak wiele ich dzieli i jak bardzo nie ma szans na zbliżenie się do swego ideału. Pewnej nocy Margo zapewni Q szaleńczą jazdę po ich rodzinnym mieście, z włamaniem i wtargnięciem w pakiecie, by następnego dnia zniknąć z miasteczka i życia Q. Wtedy to właśnie w Q następuje ważna przemiana i postanawia odnaleźć Margo.

  Wbrew pozorom nie ma tu banalnej historii o zakochanych nastolatkach. Jest to opowieść nie tylko o trudnej relacji, ale również o przemianach, jakie człowiek przechodzi - tych świadomych i tych mniej sobie uświadamianych - gdy zależy mu na drugiej istocie bardziej niż na sobie samym. O poszukiwaniu swoistego dowodu na własne istnienie przez przeprowadzenie dowodu na istnienie drugiego. Margo stała się dla Q świadectwem jego istnienia, inspiracją, ale także przyczyniła się do pierwszej dojrzałej decyzji życiowej. Odrobina skromnego i cichego dydaktyzmu, niebanalne połączenie z wielką literaturą, świetne dialogi to atuty, które docenią również starsi czytelnicy. Dla mnie powieści Johna Greena to fenomenalna rozrywka, która jednak w przeciwieństwie do wielu powieści dla młodzieży nie trąci trywialnością, ani nie kreuje nijakich postaci. Z utęsknieniem czekam teraz na kolejne tomy twórczości tego ciekawego autora. Nawet jeśli znowu opowie mi bardzo podobną historię, z przyjemnością jej "posłucham".


Papierowe miasta, John Green, Bukowy Las, Wrocław 2013
* str. 332
** str. 280
Czytaj więcej

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Czy umiesz czytać bajki?

Jestem typem aspołecznym, więc kampanie społeczne to coś, w czym nie potrafię brać udziału. Szczególnie, że na ogół boję się patosu, jaki nierzadko z nich uderza. Tu tego nie ma. Tu jest prosty, ale ważny przekaz, dlatego tym razem podejmuję rękawicę. Oddział Bajka ma bowiem świetny, do tego rozwijający czytelnictwo, pomysł na to, jak umilić dzieciom pobyt w szpitalu. Warto wesprzeć więc tę akcję!

http://oddzialbajka.pl/



Czytaj więcej

niedziela, 13 kwietnia 2014

Na "Jarmarku sensacji" Egona Erwina Kischa

   W oczywistościach znajdywał coś, czego nie widzieli inni* napisał Mariusz Szczygieł w swoim wstępie do tego tajemniczego dla mnie tomu, co przyjęłam jako swego rodzaju przesadę wobec ulubionego, ba pionierskiego w swoim rodzaju reportera, zwanego "szalejącym reporterem". Co absolutnie przesadą nie jest, a jedynie uczciwym stwierdzeniem faktu odnośnie osobowości Egona Erwina Kischa. Gdy wczytać się w treści jakie przekazuje książka Jarmark sensacji wyłania się quasi biografia kogoś niewątpliwie nietuzinkowego. Irytującego i wszędobylskiego z jednej strony, bystrego obserwatora, któremu nie umyka najdrobniejszy szczegół ze strony drugiej. Kogoś zapatrzonego w samego siebie po koniuszki wąsów i własny odbiór rzeczywistości, ale jednocześnie nie pozwalającego, by jego odczucia na ów odbiór wpłynęły. Egon Erwin Kisch miał tę niewątpliwą zaletę, że choć był egocentrykiem pełną gębą, to jednocześnie był człowiekiem, który posiadł zdolność odcinania się od tego, by bacznie przypatrywać się światu, czytać między wierszami, dopisywać ciąg dalszy niedopowiedzeń w sposób oryginalnie obiektywny mimo na wskroś ogromnej subiektywności ludzkiej natury. Był człowiekiem ciekawym świata, ludzi, choć w sposób stricte reporterski i obojętny wobec dalszych losów tych, którym zaglądał przez ramię by zobaczyć co czytają w tramwaju. Fascynująca postać!
 

  Nazwisko Kisch jak się okazuje mówi o najsłynniejszym reporterze pierwszej połowy XX wieku. Napisał ponad trzydzieści książek, inspirowali się nim najwięksi polscy i światowi reporterzy, ale mam wrażenie dopiero teraz dzięki tej publikacji stanie się trochę bardziej znanym współczesnemu polskiemu czytelnikowi. W tomie Jarmark sensacji poukładane chronologiczne, choć czasami przeskakujące okresami, gdy autor wybiega nadto do przyszłych zdarzeń, odnajdziemy opowieści z dzieciństwa, które przeplatają się z historią monarchii austro - węgierskiej i przemianami, jakie zachodziły w tym okresie, zarówno w jego ojczyźnie, jak i na świecie, początki jego kariery, gdy pracował nad skromnymi notatkami do rubryk kryminalnych praskich gazet, a następne o jego kolejnych życiowych i zawodowych potyczkach. Bo jedne z drugimi wiązały się na swój sposób. Jego upór i wścibstwo powodowało, że wchodził nieproszony do mieszkań, umiejętnie docierał do policyjnej kartoteki, doszukiwał się drugiego dna cesarskiego publicznego telegramu, by znaleźć w nim znacznie ważniejsze treści niż te, które odczytywała większość osób. Nie wystarczały mu proste wyjaśnienia, nie ufał powszechnym opiniom, wszystkie informacje musiał zbadać sam.

   Jarmark sensacji otwiera opowieść z dzieciństwa autora, o Ślepym Metodym, ostrzącym na podwórku noże, przy tej pracy odśpiewującym wszystkie miejskie ballady. Będzie on choć epizodyczną to jednak postacią stale przewijającą się przez całą książkę, podsumowującą jej ważniejsze wątki w śpiewanych historiach. Zatem wszystko to, o czym opowiada Kisch mogło się zdarzyć, a również mogło być po prostu wytworem ludzkiej wyobraźni, która później przetwarza wydarzenia w kolejnych pieśniach. Historia prawdziwa przeplata a się z tą przerobioną przez ludzkie języki, dramaty odnajdują się w kolejnych strofach, postaci męskie zamieniają się na żeńskie na skutek różnych splątań i muzycznych przetworzeń. Sam Kisch wymyślając historię wokół pożaru młynu (Debiut przy pożarze młynów) daje czytelnikowi jasno do zrozumienia, że lubi zmyślać. Proza Kicha kipi od ciekawych metafor i odwołań, wydaje się być znakomitą akrobatyką między językiem ulicy a językiem literackim. Zda się on częściowo być reporterem, częściowo bajarzem, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że opowiada to, co przeżył naprawdę bądź oddając głos swoim rozmówcom, czy bohaterom różnych historii to, co przeżyli inni. Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie historia zatytułowana Matka mordercy, gdzie Kisch zupełnie przypadkiem wywoła w biednej kobiecie, którą chciał przepytać na okoliczność morderstwa, lawinę niełatwych wspomnień, zaś finał tej historii zaskoczy, jak się okaże na koniec, obydwoje jej uczestników.

  Nie powiem, żeby cała ta książka była pasjonująca, albo każde z przytoczonych wydarzeń równie interesujące. Sama otoczka historyczna, carska Praga, należąca wówczas do monarchii austro - węgierskiej, oraz postać Kischa, który nie potrafi nie pisać o sobie, to największe atuty Jarmarku sensacji. Są tu i historie rodem z brukowca i ważne wydarzenia polityczne, historyczne, czy społeczne. Są tu także ciekawe wspomnienia Kischa i opowieści, które nie kończą swojego życia, pozostając w obiegu w postaci opiewających je pieśni. Wreszcie są historie smutne, życiowe i tragiczne, choć przeplatane sporą dozą komizmu i nietypowego poczucia humoru autora. Prawdziwie intrygująca i ciekawa mieszanka. Nie polecam tej książki - ja namawiam by po nią sięgnąć. Zapewniam, że warto!




Jarmark sensacji, Egon Erwin Kisch,  Narodowe Centrum Kultury, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 5

Czytaj więcej

sobota, 12 kwietnia 2014

Dychotomia. Parę słów o muzyce.

Jestem nieśmiała, ale podobno bywam duszą towarzystwa.
Nie lubię być w centrum zainteresowania i często chowam się w tłumie, choć czasami muszę występować przed grupą by coś omówić.
Uwielbiam polską literaturę i uwielbiam ją chwalić, choć publiczne przyznawanie się do tego spotyka się z zaskoczonym uniesieniem brwi i pytaniem, jak to możliwe, bo przecież współcześnie żaden polski pisarz nie potrafi dobrze pisać (na co ja reaguję uniesieniem brwi i momentalnie ulatnia się moja nieśmiałość).
Uwielbiam polską muzykę, choć powszechnie uważa się, że nie mamy nic dobrego do zaoferowania.
Wtedy powiem na jednym wdechu, choć niektóre nazwiska nie brzmią jakby należały do Polaków:
Zbigniew Praisner
Michał Lorenc
Wojciech Kilar

I ostatnia inspiracja: Karolina Amirian, znana scenicznie jako Kari Amirian

Posłuchajcie.



A tu teledysk jakby specjalnie dla mnie :)


Czytaj więcej

czwartek, 10 kwietnia 2014

Pierwszy raz!

Ten pierwszy raz musiał w końcu nadejść.

Co prawda większość moich ulubionych autorów łaskawa była pożegnać się z tym łez padołem już sporo czasu temu, jednakże okazało się, że Marta Kisiel, oprócz tego, że zapewniła mi rozrywkę pierwszej klasy podczas lektury jej najnowszej książki Nomen Omen (nie muszę chyba dodawać, że polecam?) ma również tę zaletę i przewagę nad nimi wszystkimi, że prawdziwa i żywa pojawi się już w tę sobotę w warszawskim Matrasie.
A zatem przeżyję swój pierwszy raz w kwestii spotkania autorskiego. Na które zapraszam każdego, kto ma ochotę poznać tę nietuzinkową postać.

Źródło
A jeśli jeszcze nic nie wiecie o Marcie Kisiel to zapraszam do wywiadu z autorką! Zapewniam, grozi sympatią od pierwszego przeczytania :-)

http://www.tramwajnr4.pl/2014/03/kiedy-kulik-pojecha-tramwajem-czyli.html


Czytaj więcej

niedziela, 6 kwietnia 2014

Urzędniczy umysł zniewolony. "Skandynawska wieża Babel" Jerzego Stypułkowskiego

  Zamysłem tej powieści, zgodnie z wypowiedzią autora, było pokazanie życia typowego urzędnika, tutaj Józefa K., którego korporacyjny styl biurokracji pozbawia kreatywności i samodzielności, a w efekcie wbija w potworną, nudną rutynę, która nie daje ani spełnienia zawodowego, ani satysfakcji finansowej. Ten zamysł został spełniony z nawiązką. W moim odczuciu zaś ta powieść miała obnażyć coś, co jest a być nie powinno, co może pozwoli na wstrzymanie procesu biurokratyzacji, jaki pochłania kolejne rzesze urzędników. Obawiam się jednak, że temu drugiemu zamysłowi raczej się nie powiedzie.

  Józef K. to Polak mieszkający na stałe w Szwecji. Zatrudniony w urzędzie, w którym jego rola nie do końca jest jasna, spędza wiele godzin na niezidentyfikowanych obowiązkach, nudzie, chodzeniu na kawę oraz na ocenianiu innych pracowników. Jest w gorszej od nich pozycji, bowiem mimo dwudziestu lat pracy i zapewne równie długiego pobytu w Szwecji, ciągle jest obcy. Jest traktowany gorzej, jego pensja rocznie ciągle maleje względem pensji pracowników o podobnych zadaniach przez stały brak podwyżki, jest dyskryminowany, co przyprawia go o poczucie klęski, goryczy i frustracji. Jednakże jest też człowiekiem biernie przyjmującym swój los, nie potrafi zawalczyć ani o siebie, ani o jakieś zmiany w swojej zawodowej egzystencji. Przez pryzmat jego przemyśleń, przeplatających się ze wspomnieniami z młodości spędzonej w Polsce i nękającymi go koszmarami, poznajemy miejsce jego pracy.


  Schemat funkcjonowania urzędu, w którym pracuje Józef K. jest przedstawiony w zasadzie już na początku powieści. Głównym mentorem, swoistym guru, który otacza się fanklubem swoich podwładnych, jest Runnar, dyrektor generalny biura. Opisywany wielokrotnie jawi się jako typowy bufon, któremu dostała się gratka prowadzenia przedsiębiorstwa, co sprawia mu ogromną frajdę, bowiem uwielbia rządzić i przemawiać o niczym. Najchętniej długo i często. Jego innowacyjnym pomysłem jest utworzenie recepcji, której istnienia nie uzasadnia właściwie nic, przychylność do inicjatywy jego pracowników wobec mycia jego auta, a następnie polecenie utworzenia sypialni dla pracowników, którzy chcą pozostawać po godzinach. Inne absurdy typu komisja do spraw kabli leżących na podłodze, kamery i podsłuchy w toaletach, czy komisja do spraw ochrony pracowników spędzających noc w biurze wydają się już mniej istotnymi zagadnieniami, o jakich się dowiadujemy z kart tej książki. Miejsce pracy Józefa K. to miejsce, gdzie ludzie celebrują biurokrację, udają, że pracują, żeby wypełnić jakoś godziny pracy. Pytanie jakie zadaje sobie czytelnik dotyczy właśnie owej pracy. Czym się zajmują ci urzędnicy? Zapewne niewiele osób uwierzy, gdy powiem, że pracują nie mniej nie więcej, ale dla biblioteki. Co robią dla owej biblioteki? Nie mam pojęcia. Wzmianki o książkach są skąpe i w pewnym sensie abstrahującego od tego, co o działaniu bibliotek wiem z autopsji. Ale prawda jest taka, że faktycznie wiem niewiele, a już o działaniu bibliotek w Szwecji nie wiem nic. O książkach pojawia się informacja o wstrzymaniu funduszy na zakup powieści autorów zagranicznych, co również jest jedną z ważnych i innowacyjnych decyzji dyrektora generalnego. Co jednak więcej ich praca ma wspólnego z biblioteką? Trudno powiedzieć.

  Rzecz jednak nie w tym jakie zadania wykonują ci wszyscy pracownicy z Józefem K. na czele, ale w tym, co z nimi robi ich praca. Zmienia w tłum marionetek, którymi rządzi chęć przymilenia się szefowi, pokazania się od jak najlepszej strony, wykazania zaangażowaniem i ślepym zaufaniem do decyzji dyrektora generalnego. A decyzje te są paradoksalne, mają na celu tworzenie kolejnych projektów, których jedynym sensem istnienia jest to, że w ogóle są. I choć każdy doskonale to wie, nie protestuje nikt, bowiem najważniejsze jest przyklaskiwanie szefowi, udawanie, że wszystko jest tworzone dla wspólnego dobra, kolektywne działanie, by osiągać jak najlepsze wyniki. Nie wiadomo jednak w czym konkretnie mają być osiągnięte te wyniki i jakie na ich przełożenie ma mieć na przykład nocowanie w pracy czy nauka eleganckiego chodzenia.

  Mam szalony problem z tą książką, bowiem trudno mi jest ją ocenić na jakiejkolwiek skali. Ma w sobie wszystko to, co najlepsze i jednocześnie to, co najgorsze. Napisana jest w świetnym stylu, językiem barwnym i plastycznym, autor łatwo wciąga w opisywaną rzeczywistość, oddaje świetnie stany emocjonalne swojego bohatera i bohaterów pobocznych, pisze piękną, bogatą polszczyzną. Jednak jest to również powieść pełna powtórzeń, nudnych i niepotrzebnych scen, które przedstawiono już kilkadziesiąt stron wcześniej, a jednak z jakiegoś powodu autor uznał za konieczne je przywołać ponownie w innej konfiguracji, ale z dokładnie tą samą treścią. Z jednej strony fenomenalnie oddaje poczucie absurdalności znane z Procesu Kafki, z drugiej bywa zbyt dosłowna i przez to stoi w opozycji do tytułu, do którego próbuje nawiązywać. Jest i nie jest dobra. Wydaje mi się, że gdyby pewnych kwestii było mniej, że gdyby podać tę historię w nieco skondensowanej formie, byłaby to naprawdę świetna, satyryczno-obyczajowa powieść. W aktualnej wersji jest nieco przydługa, momentami przegadana i zdecydowanie zbyt często pochylająca się nad tematem urzędniczego mrowiska w kółko przetwarzając to samo A ten przekaz jest ewidentny od pierwszych stron i nie ma potrzeby by go powtarzać w każdym rozdziale. A jednak chciałabym bardzo, żeby autor nadal pisał! Przemawia za tym jego niezły warsztat literacki, niektóre intrygujące sformułowania, czy pewne sceny perełki z tej powieści. Można w niej odkryć akapity warte cytowania, czy inspirujące metafory. Zresztą, samo to, że autor potrafi ten sam przekaz oddać na kilka różnych wariantów wiele mówi o jego możliwościach. Dlatego chętnie sięgnę po kolejne powieści Jerzego Stypułkowskiego.


Za udostępnienie egzemplarza do lektury serdecznie dziękuję autorowi, panu Jerzemu Stypułkowskiemu 


Skandynawska wieża Babel. Studium udręki szwedzkiego urzędnika, Jerzy Stypułkowski, Novae Res, Gdynia 2013

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.