wtorek, 10 czerwca 2014

Przerywnik, czyli kryminał. "Ofiara" Pierre Lemaitre

  Obawiam się, że moje literackie przerywniki to albo kryminały, albo książki dla młodzieży. Ostatnio padło na kryminał i Ofiarę, bowiem byłam ciekawa dalszych powieści Pierre'a Lemaitre, szczególnie po naprawdę dobrej Alex, poznanej w styczniu, która jak się okazało, była drugim tomem trylogii o inspektorze Verhoevenie. Pech, że ciągle nie ma przetłumaczonego pierwszego tomu trylogii, a tu już Muza wypuściła tom trzeci, przemilczając póki co, sprawę pierwszego. Swoją drogą, znając moje przypadkowe, niechronologiczne czytanie serii kryminalnych, pewnie i tak by się skończyło na tym, że zaczęłabym od środka, co najmniej. Tu jest to o tyle mało przeszkadzające w lekturze dalszych części, że spaja je ze sobą jedynie postać głównego bohatera, a narracja jest tak prowadzona, że nie odczuwa się braku informacji z tomów poprzednich.


  Francuski pisarz stworzył postać naprawdę nietuzinkową w porównaniu z całą paletą osobowości inspektorów/detektywów znanych skądinąd. Camille Verhoeven z samego opisu jest wyjątkowy, bowiem ma zaledwie nieco ponad metr czterdzieści wzrostu. Oprócz niewysokiej sylwetki, pozostałości po nałogu matki, Verhoeven wyróżnia się też zdolnością do rysowania, którym plastycznie oddaje rysy znanych sobie ludzi, oraz przeszłością - cztery lata temu jego żona została zamordowana, czego Camille do dziś nie może przeboleć, ani darować sobie tego, że jej nie uchronił przed takim losem. Ofiara zaczyna się w momencie, gdy wydawałoby się, życie Verhoevena ulega odmianie. Pojawiła się w jego życiu kobieta, Anne, jego relacje z nią są coraz bliższe, jest do niej coraz bardziej przywiązany i zaczyna się czuć nieco inaczej. Nie na tyle jednak, by o swoim związku opowiedzieć chociażby najbliższym kolegom z pracy. Ale tak, życie wydaje się, że nabrało innej jakości. Zanim inspektor zacznie w pełni cieszyć się swoim związkiem, Anne, jego partnerka, zostanie skatowana podczas napadu na sklep jubilerski. Demony przeszłości zostają wyzwolone w tym jednym momencie, a Verhoeven rozpoczyna walkę o życie Anne, nieszczęsnej ofiary napadu rabunkowego, ofiary, która widziała zdecydowanie zbyt wiele, toteż napastnik będzie próbował ją wykończyć. W toku śledztwa pojawiają się jednak coraz dziwniejsze fakty, które zaczynają wzbudzać pytanie, o to, kto w tej powieści jest tak naprawdę ofiarą.

   Zawodowa intuicja to właściwie największy talent głównego bohatera Ofiary. Inspektor nie zawsze zachowuje się racjonalnie, nie zawsze sam rozumie, czemu podejmuje pewne, być może późniejszymi konsekwencjami kończące jego karierę, decyzje, ale niezłomnie podąża tropem, jaki podpowiada mu instynkt. A jednak nawet ten naprawdę niezwykle wypracowany latami doświadczeń instynkt zawiedzie go w bardzo ważnej sprawie i temu Verhoeven w żaden sposób nie mógł zapobiec. To dodaje całej historii waloru nie do przecenienia, pokazuje autentyczność walki o życie, nie ma cudownych zbiegów okoliczności, a odchylenia od normy są dla inspektora jedynie świadectwem tego, że coś ważnego musiał przeoczyć. I że wszystko, póki nie dotyczy jego uczuć, można objąć rozumem.

  Pierre Lemaitre ma ciekaw styl konstruowania fabuły. Wzbudza zaufanie czytelnika podczas lektury pierwszych stron, pozwala na własną interpretację wydarzeń, pozostawia samodzielnej ocenie, kto jest po tej dobrej stronie, a kto po złej. I po kilkudziesięciu stronach odwraca wszystko do góry nogami. Drwi z założeń, kpi sobie jawnie z oceny. Zaskakuje w sposób niemożliwy do przewidzenia, bo wydaje się, że uwzględniło się wszystkie zmienne. A na koniec daje dodatkowego pstryczka w nos. Jak dla mnie to idealne składowe dobrego kryminału. Jest dobra zagadka kryminalna, są dziwne, niejednoznaczne poszlaki, choć łatwo wyciągnąć zdawałoby się jednoznaczne wskazówki, a potem okazuje się, że żaden z nas Sherlock, bo przegapiliśmy masę detali! Inna sprawa, że autor też nie od razu odsłania wszystkie karty, ale w końcu nie chodzi o to, żeby w połowie książki znać jej zakończenie. Podoba mi się, jak Lemaitre wciąga swoją historią, nie pozwala odłożyć książki, w zasadzie prowokuje do tego, że czyta się ją w przeciągu paru godzin, tak dobrze konstruuje jej fabułę. W moim odczuciu to idealny przerywnik na złapanie oddechu między cięższymi emocjonalnie lekturami.




Ofiara, Pierre Lemaitre (tłum. Joanna Polachowska), MUZA SA, Warszawa 2014
Czytaj więcej

niedziela, 8 czerwca 2014

Spokojnie o cierpieniu. "Włoskie szpilki" Magdaleny Tulli

  I tak oto usiadłyśmy we trzy do lektury. Literaturoznawczyni pomrukiwała z zadowoleniem nad bogatymi zdaniami, ciekawymi sformułowaniami, przeskokami w narracji. Psycholog słuchała uważnie, nie parafrazowała, nie zadawała pytań pomocniczych. Może jedynie czasami wzdychała w duszy, ileż tu jest nieprzepracowanych traum. A ja wzruszona, trochę ze ściśniętym gardłem, myślałam o tym, jak bardzo chciałabym przytulić tamtą dziesięcioletnią, a potem już dorosłą, spisującą tę historię, Magdalenę Tulli. I o tym, jak niewiele to w ogóle by dało. I jednocześnie zaskoczona takim ciekawym stylistycznie i jednocześnie terapeutycznym powrotem do samej siebie, dziesięcioletniej, niekochanej, samotnej, której wersja dorosła dodaje skromną, ale bezcenną, otuchę ciepłym talerzem zwykłej zupy. Ileż w tym pięknej symboliki, a także kompletnej bezradności. Historia musi się potoczyć, tak jak się już potoczyła. Można, co najwyżej, spokojnie opisać to wielopokoleniowe cierpienie.

  Trudno nazwać tę pozycję do końca powieścią, sformułowanie, że to zbiór opowiadań również nie do końca jest adekwatne, bowiem jest tu pewna ciągłość historii, tylko narracja swobodnie przeskakuje między okresami, wydarzeniami, dowolnie żongluje czasem i bohaterami. Głównym bohaterem Włoskich szpilek jest rodzina, mocno pokiereszowana historią. Rodzina dziwna, trudna, polsko - włoska, rodzina pełna tajemnic, przemilczanych spraw, rodzina nieco sztuczna. Oglądamy ją oczami narratorki, która jest jedynym dzieckiem w tej dziwnej konfiguracji quasi rodzinnej. Dzieckiem chcianym, z tego prostego powodu, że dzieci wypada mieć, by być normalnym, nie zawracać na siebie uwagi i spokojnie dryfować dalej w powojennej rzeczywistości, pełnej przekłamań. Dzieckiem oddanym w okresie niemowlęctwa, bo za dużo krzyczało. Dzieckiem odtrącanym, bo ma tylko spełniać swoją rolę, nie przeszkadzać, nie przekraczać norm, ani granic, jakie się dziecku wyznaczyło. W końcu dzieckiem na tyle zahukanym w tym wszystkim, że nie potrafiącym w pełni funkcjonować w szkolnej rzeczywistości, dodającej swojej porcji okrucieństw i złośliwości, jakie tylko dzieci potrafią wyrządzać innym dzieciom, bo te są inne. Gdy do tego dodać koszmar matki, której udało się przeżyć obóz koncentracyjny, przeszłość przodków ojca i trudności w okresie PRLu, to można tylko sobie wyobrazić czerń tej chmury, która często pojawia się w jej życiu. A to życie to pewna umowność, nie ma jakiegoś ważnego początku, jednak to same dalsze ciągi bez żadnego początku, stare, zasupłane wątki wleczone nie wiadomo skąd, nie wiadomo dokąd. Początek jest tam, gdzie tkwi chorągiewka, chyba że wyjmie ją ktoś i przeniesie gdzieś indziej. * Tak samo jak umowne jest miejsce wydarzeń i to, co spaja rodzinę dziewczynki. Umowne jest też życie w powojennej Polsce. Jedynie nieumowny jest niechciany spadek, jaki spadł na barki dziecka, bo jego ciężar odczuwa do dziś dorosła już bohaterka.


  Jest tu dużo symboli, jak przedmioty, które pełnią funkcję wytrychów (włoskie szpilki, włoski magazyn dla dzieci, stale gubiony klucz do mieszkania) do innego świata, gdzie obowiązują inne reguły. Dziewczynka rozdwojona zarówno językowo, jak i krajami, ma możliwość konfrontacji tego, co się dzieje w Polsce, jak również tego, co się dzieje we Włoszech, gdzie spędza co roku wakacje. Widzi zatem szarość i zakłamanie, w kontraście z kolorami i dobrobytem. Może zaobserwować zmianę reguł życia codziennego, zasad postępowania. Nie wie jednak co jest w tym przypadku lepsze, czy gorsze, może tylko odczuwać, co daje jej życie w tych dwóch różnych światach. Jest na tyle mała, że nie do końca rozumie polowania na "farbowane lisy" (wydarzenia z Marca 1968), ale na tyle duża, by rozumieć, że nie wolno palić ludzi. Nie wolno? Matka odpowie z całą stanowczością, że nie można, tylko jej zaciśnięte usta będą znaczącą wskazówką.

 Jest tutaj również dryfowanie w przeszłość, cofanie się, odbywanie się jej na przekór fizyce, od końca wstecz, by ożywić dawnych zmarłych, wrócić do obozu. To choroba matki, choroba Alzheimera wywołuje tę podróż do początku. Wracają zadawnione konflikty rodzinne, zatajone historie obozowe, przemilczane sprawy. Wydaje się, że wojna nigdy się nie skończyła, że nadal trwa.. Wojna, jeśli już się zacznie, nie ma końca. W każdym razie nie dla każdego. Generałowie podpiszą akt kapitulacji, w niebo wystrzelą kolorowe fajerwerki, szeregowcy upiją się ze szczęścia, że ocaleli. I do cywila. A dla cywili dalej trwa cicha, niewidoczna wojna. Wykrwawiają się w niej samotnie dzień po dniu, noc po nocy, rok po roku. Do końca swoich dni, a niektórzy znacznie dłużej. Wojna, jak masa upadłościowa, przechodzi na własność potomnych **. Czy jednak ta wojna, nadal tkwiąca w umyśle matki, pustosząca jej psychikę, tłumaczy zaniedbywanie dziecka? Zostawiam to pytanie bez odpowiedzi, bo trudno mi orzec, czy jakaś byłaby prawidłowa.

  W zasadzie odczuwam kompletną niemoc, bo chciałabym napisać więcej i nie wiem czy słusznie zrobiłabym pisząc aż tyle. Włoskie szpilki są pełne różnorodnych historii, które można by opowiadać w nieskończoność. Bolesna jest spokojna narracja autorki, która mówi wprost, że nawet do cierpienia można się przyzwyczaić. Poza tym, takie drobne przykrości, to żadne przykrości. A jednak terapeutyczna potrzeba, by choć trochę pocieszyć samą siebie z okresu dzieciństwa ujawnia się w ważnym fragmencie. Cóż z tego, gdy zostaje jednak zepchnięta, przez codzienne potrzeby własnej już rodziny, zajęcia, obowiązki, już nie ma czasu, by przepracować nieszczęsne dzieciństwo. Psycholog jedynie zmarkotniała nad zmarnowaną szansą.

  Włoskie szpilki nie przerażają rozmiarem. Na zaledwie 143 stronach Magdalena Tulli zamieściła jednak ogromny ładunek emocjonalny, na dodatek, podany na pięknym literackim półmisku. Płakać, czy zachwycać się? Oto jest pytanie. Na pewno jednak czytać, koniecznie czytać Magdalenę Tulli.

Włoskie szpilki, Magdalena Tulli, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2012
* str. 22-23
** str. 64
Czytaj więcej

czwartek, 5 czerwca 2014

Nie pytaj go, jak się czuje; zrób mu lepiej kawę. Jerzy Pilch, "Drugi dziennik"

  Choruje naprawdę, choć ucieka w zaklinanie rzeczywistości i nie lubi słowa na "p". Czuć, że jest zmęczony. Gdzieś te jego wszystkie dotychczasowe wielbicielki poginęły, pogubiły się między ulicami, choć wcześniej pojawiały się tak często w jego drzwiach, a teraz nie ma kto mu zrobić kawy. Mówi wprost, ale nie, nie jest żałosny. Jest prawdziwy.

  Drugi dziennik Jerzego Pilcha obejmuje zaledwie jeden rok. Zaledwie, bo chciałoby się zwyczajnie więcej. Już pierwsze zdanie, to pierwsze, wtapiające czytelnika w zawartość rzutem na taśmę, czy się chce, czy się nie chce, wciąga w głąb przemyśleń i nie ma zmiłuj. I lepiej zostawić sobie wolną przestrzeń czasową na to, by przeczytać całość na spokojnie, bez pospiechu, delektując się. I poznawać przemyślenia autora o wszystkim i o niczym. O przeczytanych książkach, o przegranych meczach, o chorobie, o niezamkniętym dachu na Stadionie Narodowym, o rzucaniu palenia, choć to palenie bardziej rzuciło jego, o Wiśle, do której wraca zarówno myślami, jak i ciałem, o grafomanach, o chorowaniu, o meczach, o przyjemnościach dobrej lektury, o chorobie. Ona jednak dominuje, jej temat powraca jak bumerang.

  Choroba to nie jest kraksa zdrowia. Choroba to jest byt osobny, autonomia czysta. Ile warte zdrowie - wiadomo po stracie. Co znaczy choroba - zaczynasz pojmować, gdy żadnych odniesień do zdrowia już nie ma, gdy poprzednie wcielenie do szczętu zapomniane, wymazane, nigdy nie istniejące.*

Źródło zdjęcia

  Jerzy Pilch w Drugim dzienniku nie pobłaża sobie. O chorobie pisze wprost, choć nie chce być w kółko pytany, jak się czuje. Choroba go wyalienowała, ale też dała mu coś, czego nie dostrzegał wcześniej - teraz nie przeżywa tak mocno przegranego meczu, bo cieszy się tym, co wcześniej słabiej się dostrzegało, na przykład tym, że zawodnicy pięknie grali. Coś za coś. Nie ma jednak chwili wytchnienia od niej. Choć stara się podejmować innych tematów, omawiać innych pisarzy, książki, dzienniki, nie powielać Lechonia, uczyć się na błędach Grassa, podziwiać siłę oddziaływania Camusa i dziwić się, że nie powstrzymał przed samobójstwem, choć tak przekonywająco od niego odwodzi, opowiadać o Wiśle, komentować rzeczywistość, to nadal, pojawia się ona jak uciążliwy ból głowy, który postanowił w przerwach ponownie dać o sobie znać. Można już się cieszyć, ze zniknął, że odpuścił, i oto jest ponownie. Nie da się uciec. Świadomość samego chorowania nie jest największym złem jednak. To raczej klęska własnych dokonań jest najtrudniejsza. Konieczność przebrnięcia z pokoju do łazienki. Zawiązania butów, gdy ręce drżą. To jest ciężkie, bo ciało odmawia posłuszeństwa. Jednak ta największa obawa nie jest o samo ciało, co o ducha. Obawa, o zapomnienie języka własnego, polszczyzny ulubionej, ona jest najsilniejsza. 

  Tak, tego się boję - utraty polszczyzny, jedynego języka, jakim porozumiewam się ze światem, tak, tego się boję - utraty zachwytu dla literatury polskiej, jedynego zachwytu, który dalej rośnie, tak, tego się boję - utraty uczucia dla nosówek, jedynej miłości, która darzyła cię bezwarunkowo krystaliczną wzajemnością, jedynej miłości, której nigdy nie zdradziłeś.**

 I tak trafił Pilch w moje serce bezpośrednio, bez żadnych dodatków, ozdobników, ot mówiąc o tej miłości, która w moim życiu jest najważniejsza. Powiedzieć, że Pilch rozkochał mnie w tym, co pisze, to nic nie powiedzieć. Niech już sobie urąga z rzeczywistości na swój sposób, niech tylko o tym pisze, niech opowiada o Wiśle, niech wspomina swoich zmarłych przyjaciół, doktora Gran(a)dę, niech opowiada o babce, niech wszelkie siły witalne go nie opuszczają, żeby pisał ku mojej radości i radości rzeszy wiernych czytelników. Zaklinam rzeczywistość i zapominam o tym podłym słowie na "p". Zgiń, przepadnij, a kysz! Niech Pilch nadal pisze. 

   

Drugi dziennik. 21 czerwca 2012-20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
* str. 180
** str. 19-20
Czytaj więcej

niedziela, 1 czerwca 2014

Każdy akapit to poezja. "Sońka" Ignacego Karpowicza

  Może w starciu opowieści z historią to prawda zawsze wychodzi poturbowana?*

Motyw spotkania jest czymś elementarnym zarówno w literaturze, jak i dramaturgii teatralnej. To spotkanie, rozmowa i przenikanie się dwóch różnych światów człowieczej wyobraźni jest tym istotnym doświadczeniem, które potrafi odmienić myślenie, zmienić coś w codzienności, a nawet wpłynąć na resztę życia. Wykorzystywany w różnych konfiguracjach może przynieść ciekawe i wzbogacające wyobraźnię opowieści. Podobnie rzecz się ma z teatrem. Jest nieodłącznym elementem ludzkiego życia, przyjmujemy w codzienności swoiste maski zachowań, stylów, autokreacji. Literatura, teatr i życie splatają się w transparentnym uścisku. Jak to mądrze napisał Szekspir, człowiek jest aktorem na scenie życia. Każdy z nas odgrywa swoją rolę. Czasami cienka granica pomiędzy prawdą, a kreacją wydaje się być niedostrzegalna, płynna, zanikać i już nie wiadomo, gdzie jest autokreacja, a gdzie to autentyczne oblicze ludzkiego aktora. A wreszcie, gdzie kończy się autobiograficzna ingerencja narracyjna autora, a zaczyna fikcyjna postać, którą stworzył.

źródło zdjęcia
 "Taki wariant mnie samego, który się nie wydarzył."**

 Jestem Ignacy, występuję w trzeciej osobie. Występuję przypadkowo, występuję przed samym sobą. Siedzę teraz w ostatnim rzędzie, a może leżę w łóżku. To zależy od nocy. Jestem strażnikiem tej bajki. Jej ryzykownym redaktorem i przygodnym bohaterem. Reżyserem i historykiem. ***


  Miłość to kolejny ważny motyw. Jest ona motorem działań, dodaje sił, nawet, gdy człowiek jest już pozbawiony wszelkiej energii życiowej, wzrusza, porusza, inspiruje poetów. I jeszcze jest wielka historia. Jej rozmach, działania inwazyjne, niszczenie wszystkiego, co staje na jej drodze. I oto jest. Najważniejsze składniki, a jednocześnie wątki, którymi można stworzyć albo zepsuć nawet arcydzieło. Ignacy Karpowicz zebrał je w całość, gdzie trzeba był łagodny, gdzie trzeba było pokazać świat jakim on jest, był cyniczny, gdy już było zbyt wiele tej nieznośnej prozy życia dodał czystość poezji. I splótł iluzję z prawdą, teatr z życiem.I stworzył coś niesamowitego. Coś pięknego. Coś niepowtarzalnego, choć czerpiącego pełnymi garściami z wszystkich banalnych motywów literackich.

  To nieprawda, że zakochanym czas mija w okamgnieniu. (..) Każda wspólnie spędzona minuta wydaje się dłuższa, większa i głębsza niż rok spędzony samotnie. O tak, każdą naszą minutę dokładnie pamiętam, mogłabym opowiadać godzinami, co wtedy czułam, co się stawało, co pachniało, co pohukiwało, który pies w której zagrodzie zaszczekał i w które miejsce łaskotały mnie źdźbła.****

  Słuczanka to mała wieś położona w województwie podlaskim. Przysłowiowe miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Parę domów, pola, lasy, dla miastowego istna pustynia. To właśnie tu mieszka Sońka. To tutaj samochód Igora odmówił posłuszeństwa i zatrzymał się na dobre. To tutaj na wiejskiej drodze dochodzi do przypadkowego spotkania tych dwojga. Ona, mająca większość życia już za sobą; on, który wyparł się samego siebie i przeszłości, ciągle jeszcze ma wiele do zrobienia. Spędzą wspólnie wiele godzin, noc, pełną dziwów i opowieści Sońki. Sońki, która Niemca pokochała miłością absolutną, ostateczną, jedyną, przekraczającą barierę języka, historii, powikłań, mordu. Sońki samotnej, dawno owdowiałej i opuszczonej przez najbliższych. Sońki z gwardią przyboczną składającą się z krowy, kota i psa. I to spotkanie, nieco odrealnione, trochę teatralne, jakieś takie magiczne i absurdalne, przyniesie Sońce ulgę, wyzwolenie. Bowiem Sońka nie potrzebuje rozgrzeszenia, ani wybaczenia. Ona tylko chce przekazać całą opowieść właśnie jemu, Igorowi, aniołowi, który przybył niczym posłaniec niebios. Igor zaś poniekąd nieświadomie przywróci Ignacego, dawnego siebie i przejdzie przemianę, prześwit własnej krwi i ciała i odniesie spektakularny sukces, gdy przełoży to wyjątkowe przeżycie na język teatralny. Opowieść Sońki, prawdziwa-nieprawdziwa splecie się ze swoją sceniczną wersją. Życie przeniknie teatr. Teatr będzie życiem.
rys. LUaRI, źródło
   I machnął różdżką: słońce wygasło, na widowni ucichły szmery, zaraz premiera, punktowy reflektor wydobywa z mroku zgarbioną postać. - Dawno, dawno temu - mówi Sonia, a zgromadzeni poddają się jej głosowi, wpatrują w twarz, historia Sonii wyrzuca ich poza nawias czasu, a potem owacja na stojąco. (..) Sukces. *****

  Dotąd nie można mnie było zaliczyć do wielbicielek prozy Ignacego Karpowicza. Czytałam niegdyś z dużym zainteresowaniem jego teksty jeszcze w Bluszczu, ale gdy pojawił się tam artykuł dla mnie nie do zaakceptowania, gdy przestałam miesięcznik kupować i zaczęłam cichy bojkot, przestałam siłą rzeczy czytać również felietony Karpowicza. Czego żałowałam trochę, bo je właśnie najbardziej lubiłam. Lubię słuchać tego człowieka, nie wiem dlaczego. Po prostu lubię. Przeczytałam Balladyny i romanse. Podobało mi się (część pierwsza) i nie podobało mi się (część druga). Ale na tyle było dobre, że książka na półkach stoi nadal. Bowiem są książki, które idą w świat, bo są słabe i nie powinny zajmować miejsca, i są książki, które zostają na dobre, bo są właśnie dobre. Karpowicz został. Ale nie, nie byłam admiratorką jego twórczości.
   Dziś powiem, że dawno tak nie było, że książka mnie pochłonęła doszczętnie, że każdy akapit wzbudzał zachwyt, że wszystko zdawało się odpowiednio skomponowane, że coś mną wstrząsnęło, zostało ze mną, coś nieodwracalnego się stało.
  Dziś chętnie założę klub wielbicieli Ignacego Karpowicza, będę głosić, ba, będę wykrzykiwać pochwały i namawiać. Głośno i wyraźnie namawiać: czytajcie Karpowicza. Czytajcie Sońkę!



O Sońce z innej perspektywy poczytacie jeszcze na blogu Krytycznym okiem. Gorąco polecam.

Sońka, Ignacy Karpowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
* str. 59
** fragment wypowiedzi Karpowicza podczas wywiadu w programie „Xięgarnia” w TVN24, link: http://xiegarnia.pl/wideo/ignacy-karpowicz-wywiad/
*** Sońka, str. 129
**** tamże, str. 49
***** tamże, str. 18

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.