czwartek, 31 lipca 2014

Sposób na czytelniczy marazm: "Poczet królowych polskich" Marcina Szczygielskiego

  Nie znoszę tego, gdy mnie dopada. Zaczynam mnóstwo książek, stosuję wypróbowane metody, sięgam po ulubieńców i nic. Zastój, marazm czytelniczy. I nie pomaga nawet Rudolf. Może to przez upały, których nienawidzę, tęsknotę za zimą, która trwa od lutego, może z powodu zmęczenia materiału już tak ogólnie. Sięgnięcie po opasłe tomiszcze z tytułem Poczet królowych polskich nie było moim pierwszym, ani nawet drugim czy trzecim pomysłem. W sumie tradycyjnie zadziałała magia nazwiska autora. Bowiem w okrucieństwie marazmu pomagało jedynie podczytywanie od nowa Sanato. Instynkt zrobił swoje, wpadłam w lekturę i przepadłam. Najważniejsze w czytaniu książek Szczygielskiego jest to, że zapewnia mi małe powroty do przeszłości. W okresie dorastania bardzo często zdarzało mi się zarwać noc z powodu wciągającej powieści. Od dawna nie przeżywałam tego rodzaju przyjemności, a Szczygielskiemu udało się to już z kilkoma tytułami. Chyba nie muszę dodawać nic więcej.  

  Poczet królowych polskich to powieść oscylująca między dwiema epokami: okresem rozkwitu polskiej kinematografii przedwojennej i czasami współczesnymi. W obydwu epokach bohaterkami są kobiety o złożonej osobowości, które choć różniące się między sobą zasadniczo, łączy sposób bycia, pewien rodzaj temperamentu dający im siłę do walki z rzeczywistością. Chwilami ta walka łudząco przypomina walkę z wiatrakami, ale to ona daje im siłę, by dalej przeć do przodu, cóż, nie zawsze zgodnie z powszechnie rozumianymi zasadami moralnymi. Jak się okaże w trakcie lektury, łączy je również coś znacznie ważniejszego.


  Podzielona na dwie części powieść o dwóch "królowych" swoich czasów sięga głębiej niż tylko w te dwie najważniejsze epoki, operując przeszłością i przyszłością autor stosuje dwa ciekawe terminologicznie pomosty, które do nich prowadzą. Część pierwsza zatytułowana Dysocjacja, które jest słowem powszechnie stosowanym w psychologii, objaśniającym między innymi zjawisko wielokrotnej osobowości. Dysocjacja mówi o swego rodzaju rozdzieleniu pewnych funkcji, jak świadomość, pamięć, czy percepcja, które powinny być zintegrowane. Część druga to Anamorfoza, czyli zakrzywienie obrazu. W malarstwie ten termin dotyczy celowego zdeformowania obrazu, by ukazać jego niezdeformowaną formę na przykład poprzez odbicie w lustrze.

 Początek XX wieku. Ita Zajtler próbuje mocno rozdzielić się ze swoją przeszłością i pochodzeniem, gdy po pożarze jej domu rodzinnego musi schronić się u krewnych w Wilnie. Bycie Żydówką w tamtych czasach było rzeczywiście zagrażające, ale Ita nie myśli o tym pod tym kątem. Szybko uczy się, co jest opłacalne a co może przynieść znacznie mniej wymierne korzyści. Zmiana imienia i nazwiska pomagają w wileńskiej codzienności, choć i tu czyhają niebezpieczeństwa. Jednak zrobienie kariery aktorskiej wymaga znacznie więcej wyrzeczeń i koniecznie, chwytliwego pseudonimu. I tak się narodzi Ina Marr.

 Początek XXI wieku. Magda Król to wykwit współczesności z pełnym jej wyposażeniem. Pracuje dla korporacji robiąc w niej karierę bez większych refleksji, przyjaźni się z gejem, jest singielką z kredytem hipotecznym w tle. Wydaje się, że Magda nad wszystkim panuje. A jednak - trudne relacje z matką, jej przedwczesna śmierć, dziwny spadek powodują, że Magda wszczyna drobne, rodzinne śledztwo. A przy okazji kompletnie nie dostrzega, jak bardzo się pogubiła we własnych decyzjach, jak mocno tkwi w fałszywym obrazie swojej wizji relacji z Adrianem. Jak bardzo chce widzieć w nim takiego partnera, jakim on nigdy dla niej nie będzie.

  Ina Marr zrobi karierę przez przypadek niejako, gdy zawiedziony kochanek zastrzeli swoją ukochaną, a Ina będzie jedynym świadkiem zdarzenia. Magda Król przez przypadek odkryje pewną skrytkę w odziedziczonym mieszkaniu. Przypadek stanowi klucz do tej historii. To on spowoduje, że Ina i Magda, choć jedna u schyłku życia, a druga ciągle na jego pierwszym zakręcie, spotkają się i będą miały szansę na..? rozmowę? monolog zdziwaczałej staruszki, której pamięć i świadomość są w wyraźnej dysocjacji?

  Literackie podróże bywają nie tylko inspirujące, ale również obfitują w różnorodne smaczki.  Jak przeplatanie epok i dawanie głosu każdej z bohaterek, by pokazały swoją rzeczywistość, tak, jak one ją widziały. Jak realia przedwojennego Wilna i środowiska gejów i transseksualistów. Emocjonalne konsekwencje porzucenia dziecka, które niczym sztafeta wielopokoleniowa, przekazywane z matki na matkę, powodują trwałe ślady na psychice następnych pokoleń. Wielowątkowość ludzkich relacji i ich wpływ na dalsze losy jednostek. Piękno dawnej aktorki opisane przez zachwyconego autora. I wiele, wiele innych ciekawych historii splatających fabułę Pocztu królowych polskich w jedną, wyjątkową całość.

 
Rozmowa Marcina Szczygielskiego z Tomaszem Raczkiem o powieści

  Marcina Szczygielskiego zainspirowała postać Iny Benity, która w latach trzydziestych rozpoczęła karierę aktorską. Zawirowania historyczne przerwały jej szanse na więcej filmowych możliwości, a wokół śmierci w 1944 roku narosło trochę mitów. W zawartym w powieści kluczu można zapoznać się z prawdziwymi losami zarówno Iny Benity, jak i twórców polskiej kinematografii przedwojennej, pojawiających się również na łamach samej powieści. Narracja powieści na chwilę przywraca klimat tamtej epoki, pierwszych filmów, wystawnych przyjęć, a także trudności związanych z wybiciem się w środowisku. Znajdzie się więc tu coś dla wielbicieli dawnego polskiego kina, ale także dla entuzjastów historii obyczajowych, czy poszukiwaczy sensacji. Ogólnie rzecz biorąc jest to świetny wybór nie tylko wtedy, gdy pojawi się czytelniczy zastój.


Poczet królowych polskich, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2012
Czytaj więcej

piątek, 25 lipca 2014

Gotowy scenariusz na odcinek "Archiwum X". "Troje" Sarah Lotz

  Lato uważa się za okres idealny do czytania lżejszych lektur, zwanych potocznie czytadłami. Na ogół królują kobiece powieścidła, w których piękne i powabne bohaterki płci żeńskiej, oraz piękni i powabni bohaterowie płci męskiej przeżywają swoją wielką miłość. Jeśli jednak już przewracasz oczami drogi czytelniku, masz alergię na słodkie, kolorowe okładeczki i w związku z tym sięgasz częściej po stary dobry kryminał, bo przynajmniej nie mdli od uroczych opisów i szczęśliwych ciąż, to książka o której chciałam opowiedzieć, będzie dobrym wyborem. Lekkim w lekturze, a jednocześnie wystarczająco intrygującym w fabule. Czymś na jedno, góra dwa całkiem udane popołudnia.

  Troje Sarah Lotz miało już swoje pięć minut na blogach, a mój egzemplarz przeboje w drodze do mnie, przez co ominęła mnie fala wpisów w tym temacie. Pierwsza przesyłka zaginęła, co zgłosiłam wydawcy. A ten ku mojemu zaskoczeniu przesłał książkę po raz drugi. Na szczęście druga koperta, choć wyraźnie po przejściach, trafiła do mojej skrzynki. Zastanawiam się jednak, dokąd trafiły wszystkie te książki, które do mnie nigdy nie dotarły. Bo to nie był pierwszy raz, a ponieważ przesyłki są nadawane jako listy zwykłe, to nawet nie ma jak zweryfikować ich losów. A szkoda.


  Troje to wielogłosowa powieść, która łączy w sobie klimaty naprawdę różnorodnych gatunków. Jest tu powieść grozy, jest trochę obyczajówki, coś pomiędzy tabloidową aferą, a nagłówkami zwykłych gazet. Ogółem mieszanka, o której po wielu recenzjach nabrałam przekonania, że słaba i mało zajmująca. I może dzięki temu, że nie spodziewałam się arcydzieła właśnie książka zabawiła mnie trochę jak odcinek Archiwum X, albo Millenium. Zawierała w sobie odpowiednią dawkę sensacji, intrygi, zagadki i odrobiny humoru, jaka jest niezbędna na jeden odcinek. A czego chcieć więcej od wakacyjnej lektury?

  Fabuła osnuta jest wokół czterech katastrof lotniczych, ich nietypowości, ponieważ takie wydarzenie zaburza wszelkie statystyki, ponieważ nie ma szans, by jednego dnia spadły aż cztery samoloty, na dodatek, jak się wydaje bez poważnego powodu. Samoloty, żeby było jeszcze bardziej intrygująco, spadają w czterech różnych częściach świata. Jeden trafia do położonego w Japonii lasku samobójców. Inny spada na afrykańską osadę. Następny rozbija się na bagnach na Florydzie, a ostatni w Wielkiej Brytanii. Według statystyk katastrofa lotnicza to nieuchronna śmierć wszystkich pasażerów. Szczególnie samolotów pasażerskich, które latają na dużych wysokościach. A jednak z tych czterech katastrof uchodzi z życiem troje dzieci. Jest to dziwne, nietypowe, ale stanowi jednocześnie swego rodzaju odrobinę ulgi. Że jednak ktoś przeżył. Że ów Czarny Czwartek przyniósł choć trochę nadziei. A potem nastąpiły spekulacje odnośnie czwartego dziecka. Ktoś zaczął widzieć w tym pewien schemat, jakąś niepisaną regułę, że z każdej katastrofy powinno było ocaleć jedno dziecko. I rozpoczęła się wielka akcja poszukiwawcza tajemniczego czwartego dziecka.

  Jak zwykle przy takich sytuacjach powstają różnorodne teorie spiskowe, fanatycy religijni mają używanie, a gazety na długo gorący temat na pierwsze strony. Cztery katastrofy stają się przyczyną do intratnych interesów, czwarte dziecko okazuje się nabierać coraz większego znaczenia w umysłach niektórych ludzi, a jego poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi i pociągają za sobą kolejne ofiary i kwitnący handel dziećmi. Jednakże najdziwniejsze rzeczy dzieją się w rodzinach ocalałych dzieci. Każdy z opiekunów zaznaje wstrząsających zmian w swoim życiu, w życiu ich bliskich, albo we własnym zdrowiu. Nie wszystko da się wytłumaczyć rozumem, nie wszystko ma naturalne przyczyny. Dzieci zaczynają przerażać swoich opiekunów...

  Wątek katastrof i ich skutków to główny motyw powieści, jednakże ma on wiele odnóg. Są tu relacje niektórych rodzin i bliskich osób zmarłych pasażerów czterech lotów, którzy zostali ze swoją tragedią i z ocalałym dzieckiem. Są fragmenty wywiadów, książek, czatów, historii niejako pobocznych, ale nigdy nie odbiegających zbyt daleko od wątku głównego. Jest zabawa stylem wypowiedzi, formą, jest całkiem udana wielogłosowość, gdyż każda z postaci jest wiarygodnie wykreowana. Wszystko to tworzy quasi reporterską, dobrze skomponowaną, naprawdę ciekawą powieść. Taką do przeczytania w wakacyjne popołudnie, gdy ma się potrzebę na lekkie, ale nie zepsute czytadło. Szczerze mówiąc, gdyby Chris Carter chciał nakręcić kolejną pełnometrażową część Archiwum X to myślę, że mógłby czerpać z tej książki pełnymi garściami.



Troje, Sarah Lotz, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014

Czytaj więcej

czwartek, 24 lipca 2014

Pisane smutkiem "Listy" Marka Hłaski

  Gdy pierwszy raz pisałam tutaj o czytaniu listów, wspomniałam o takim dziwnym poczuciu wkraczania w cudzą intymność. W końcu listy, a już szczególnie te pisane tylko do bliskich osób, powinny zostać zachowane właśnie u nich, w pamiątkach po danej osobie. Rzecz oczywista, gdy mowa o kimś przeciętnym, zwyczajnym, nieznanym jest to całkiem naturalny odruch. Zmienia się nieco sposób rozumowania, gdy pojawia się temat listów kogoś znanego, kogoś ważnego, cenionego. Pisarza chyba szczególnie, zwłaszcza zmarłego, gdy potencjał jego prozy został wyczerpany. Wtedy znalezione, zebrane, trzymane w pamiątkach listy są istotną pokusą. Wydawać, czy nie wydawać? Tu zawsze będę na swego rodzaju rozdrożu. Z jednej strony naprawdę jestem szczęśliwa, że poznałam listy Kafki, czy Mrożka. Zmieniły one moje podejście do obydwu pisarzy, zbliżyły do nich, sprawiły, że ich proza stała się dla mnie dużo ważniejsza. Mniej mnie cieszyły listy Johna Lennona, bo wyraźnie były zbiorem listów przeznaczonych dla rodziny i naprawdę największych fanów. Listy Marka Hłaski powinny były zostać w rodzinnych zbiorach, albo jakimś literackim muzeum. Powinno się im oddać szacunek, bowiem są obrazem ludzkiego nieszczęścia. Takiej najzwyklejszej niedoli, spowodowanej zawirowaniami historycznymi, fatalnym ustrojem, oraz wynikającą z tego emigracją i tułaczką. Te listy wzbudzają ogromną litość i poczucie żalu, że tak postępowano, nawet nie tyle, że z pisarzem, co po prostu z człowiekiem. Poza litością i żalem, nie wywołują jednak większego zainteresowania swoją treścią.

Marek Hłasko, źródło zdjęcia
 Zbiór Listów otwierają te nieliczne pisane w okresie dorastania Hłaski, toteż nie dziwią pewne charakterystyczne, szablonowe sformułowania, jakich używa ich autor. Przypominają się lekcje języka polskiego i nauka pisania listów, podań i pism oficjalnych. Szablon, pod który wkładało się treść własną był czymś, czego powidok mam ciągle pod powiekami. Niektórym udaje się "wyrosnąć" z owej szablonowości, przerobić ją na własny styl, dodać wiele od siebie, ba, nawet zrezygnować z pewnych jej rygorów (powitanie, zapytanie o zdrowie, rozwinięcie, pozdrowienie i uszanowanie na koniec), a niektórzy piszą w ten sposób przez całe życie. I tak, gdy czytamy pierwsze, dziecinne, chłopięce, nieco zbuntowane, choć zbyt grzeczne w swoim buncie, listy Marka Hłaski uśmiechamy się pod nosem. Jakie to znajome! Gdy jednak ten styl dominuje także u dorosłego pisarza coś zaczyna się psuć. Wyrozumiałość dla chłopca jest naturalna, dla dorosłego nieco mniejsza. Istotniejsze jednak są opisywane przez niego wydarzenia, toteż czytelnik odkłada na bok zaskoczenie formą i skupia się na treści.

  Czytając te listy, nawet bez znajomości biografii pisarza, łatwo się w nich odnaleźć bowiem zbiór został podzielony na kolejne lata, a przed każdym rokiem jest krótki opis ważniejszych wydarzeń z życia Hłaski (w opracowaniu Andrzeja Czyżewskiego). I tak poznajemy trudności wychowawcze w okresie dojrzewania, gdy Hłasko nie mógł się porozumieć ani z matką, ani z ojczymem. Trudności pedagogiczne i nieukończenie szkoły, a co za tym idzie, konieczność podjęcia pracy w wieku szesnastu lat. Pierwsze próby pisania i przyjęcie do grona literatów. Ciężką pracę i wykorzystywanie jej wątków do pierwszych opowiadań. A potem u progu sławy wyjazd do Paryża, nagonkę w polskiej prasie, niezgodę na przedłużenie ważności paszportu i niefortunną prośbę o azyl w Berlinie, czego Hłasko będzie bardzo długo żałować, jako swój największy błąd. Nie wiedział jeszcze wtedy, że do kraju już nigdy nie wróci, a jego tułaczka będzie trwała do końca jego życia.

  Treść tego zbioru, jak na początku dotyczyła trudnej relacji rodzinnej Hłaski, tak później w dużej mierze zmagań zarówno z emocjonalnymi, jak i finansowymi trudami emigracji. Jej bolesny początek działa szczególnie mocno, gdy w listach do polskich władz w Izraelu Hłasko w uniżonym tonie przeprasza za azyl w Berlinie, prosi, wręcz błaga o zgodę na powrót do kraju. A jednak ukartowana przez polskie władze gra  z pisarzem była z góry przegrana. Hłaskę miano zwodzić i zwodzono. Hłasko stał się persona non grata w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i jedyne co mogę powiedzieć, to to, że  za każdym razem, gdy o tym czytam jest mi wstyd za rodaków. Kolejne listy są pewną formą poddania się, przyznania do porażki w tej sprawie i próbą jakiegoś uporządkowania codzienności w zastanej formie. Izrael jest jednak trudnym krajem, praca fizyczna, co uświadamia sobie dość szybko Hłasko, nie jest możliwa do wykonywania przez całe życie, oprócz tego jest dobroduszność jest wykorzystywana przez wszystkich, począwszy od matki, na biednych znajomych zakończywszy. Hłasko hojnie dzieli się tym co ma, rozdaje ciężko zarobione pieniądze, wysyła je rodzinie, utrzymuje biednego kolegę, nieświadomy, że ten go szpieguje na zlecenie władz polskich. Jest w tym wszystkim dużo niesprawiedliwości i wrednych działań ludzi udających jego przyjaciół. Jednak sam Hłasko nie jest też pozbawiony wad. Lubi wypić, zabawić się, nie jest specjalnie wierny swoim kobietom, choć w swoich wyznaniach miłości wydaje się chłopięco i wzruszająco szczery.


  Z listów tych wyłania się postać człowieka niewykształconego, prostego, wyolbrzymiającego swoje dolegliwości, często zaprzeczającego samemu sobie i raczej nieobytego, który jednak ma talent, upór i ambicję, by coś zmienić. Często prosi o przysyłanie książek (Błagam Cię, wysyłaj mi książki, bo to dla mnie jak chleb, bez którego nie mogę żyć*), próbuje nadrabiać braki w wykształceniu, chce coś zmienić. Wydaje się jednak, że utknął w jakimś nieszczęśliwym impasie. Gdy w końcu coś się zaczyna układać, bo szczęśliwie się ożenił, to jednak małżeństwo z miesiąca na miesiąc zaczyna się sypać. Problemy z chorym dzieckiem Sonii, częsta rozłąka wynikająca z jej aktorskiej pracy, nie sprzyjają całości. Wreszcie stałe problemy finansowe, które od połowy tomu są tematem dominującym. Wymiana korespondencji z wydawcami to ciągłe dopominanie się o pieniądze, prośby o stypendia, opisywanie problemów związanych ze staraniami o stały pobyt w Stanach, co uniemożliwiało podjęcie jakiejkolwiek pracy. Ogółem, jest to prywatna historia nieszczęścia Marka Hłaski, spisana jego ręką w korespondencji do bliskich i do wydawców. Czy w związku z tym warto czytać Listy? Ulubioną odpowiedzią psychologów jest zwrot "to zależy". Jeżeli ktoś jest wielbicielem polskiego Jamesa Deana i tak postrzega Hłaskę, jako swoistego patrona zbuntowanych, to odradzam. Jeżeli jednak lubi czytać jego prozę, po prostu jest zainteresowany jest losami i stylem pisania listów, wtedy myślę, że można sięgnąć po ten zbiór. W każdym razie nie jest to lektura, mimo prostoty tych listów, lekka. Wzbudza dużo smutku i refleksji, ale też na pewno w pewien sposób wzbogaca wiedzę o samym Hłasce, jego sposobie zapatrywania się na pewne sprawy, jego skłonności do mitomanii, czy stylu bycia wobec ukochanych kobiet. Niewątpliwie jest to też świadectwo pewnej epoki, epoki pisania listów, która wydaje się być już jakąś odległą przeszłością. Dla tej wiedzy o Hłasce i powrotu do przeszłości zapewne warto sięgnąć po Listy.

  


Listy, Marek Hłasko, Agora SA, Warszawa 2014
* z listu do matki, str. 349


Czytaj więcej

wtorek, 22 lipca 2014

A tak wracając do tematu..;-)

  Nic nie piszę, nie mówię, nie wchodzę tu i tam, w ogóle, nie ma mnie, poległam śmiercią sieciową. Innymi słowy trzeba by się jakoś usprawiedliwić, coś napisać, dać znak życia.

  Mogłabym zasłaniać się brakiem czasu, co jest częściowo prawdą, mogłabym znaleźć tysiące wymówek, ale prawda jest taka, że mi wena gdzieś uciekła, emocje związane z pisaniem i dzieleniem się lekturami prysły, dostałam swego rodzaju blogowstrętu. A na przykład szalenie bym chciała już napisać o Sanato Marcina Szczygielskiego, opowiedzieć o książkach Karpowicza, omówić Listy Hłaski, stąd dzisiejszym wpisem próbuję przywołać natchnienie, przywrócić status quo, odpędzić blogowstręt. Oby się udało.
   Odnośnie ostatnich wydarzeń warto wspomnieć słów kilka, choć niestety, zobrazować tego nie mam za bardzo jak, bowiem wrażenia pochłonęły mnie na tyle, by zapomnieć, że miałam robić zdjęcia. Dobrze, że choć chwilami sobie o tym przypominałam.

Źródło zdjęcia

  Czerwcowy Big Book Festival zaliczony. Oczywiście, jako osoba totalnie zamotana w warszawskiej topografii wylądowałam nie do końca na tych spotkaniach, które planowałam, choć tych pomyłek absolutnie nie żałuję, bowiem te spotkania okazały się równie interesujące. I tak wzięłam udział w spotkaniu na temat rękopisów*, co było na tyle ciekawie prowadzone, że zainteresowano mnie tym tematem bardziej, niż bym się spodziewała. Dzięki skromnej frekwencji uczestników było duże wrażenie kameralności, pewnej intymności takiego kulturalnego spotkania, co tylko dodatkowo wzbogaciło całość. Rozmowa dwojga historyków, którzy na co dzień zajmują się rękopisami, była jak słuchanie audiobooka na żywo. Można tam było posłuchać o tym, jak należy odczytywać ich zawartość w zależności od epoki, jak przyjmować niektóre wzory iluminacji, czy samo wydanie rękopisu (na przykład wielkości mniejszej niż modlitewnik), o kolekcjonerstwie, o pracy z rękopisami, a wreszcie o losach polskich rękopisów podczas zawirowań wojennych. Prawdę mówiąc ta rozmowa skończyła się zdecydowanie za szybko.

  Następnie, wybierając się na panel dyskusyjny o uzależnieniach kobiet (dlaczego o uzależnieniach to chyba oczywiste, ale dla zaglądających tutaj po raz pierwszych wyjaśnię, że głównie ze względu na moje psychologiczne wykształcenie i zainteresowania a także własną skłonność do uzależnień, choć teoretycznie mniej inwazyjnych, w postaci książek, teatru i wrodzonej zdolności do popadania w nowe tego typu), a zamiast tego trafiłam na spotkanie zatytułowane "Bułkę przez bibułkę. Arystokracja na co dzień i ziemiański savoir-vivre". Najpierw zrobiłam sobie wyrzuty o tę pomyłkę, a potem świetnie się bawiłam i obiecałam sobie natychmiast znaleźć książki Mai i Jana Łozińskich, uczestników spotkania, ponieważ autentycznie zainteresowali mnie czymś, czego dotąd unikałam jak ognia, głównie ze względu na upodobania do polowań w omawianym przez nich okresie. Gdy z głową w chmurach szłam sobie później Krakowskim Przedmieściem, w ramach krótkiej przerwy przed sześciogodzinnym maratonem czytania Iwaszkiewicza, zajrzałam do Matrasa na Nowym Świecie, ot tak, na zasadzie odruchu nałogowca (jak książki to wchodzi się na autopilocie, dopiero po chwili człowiek się orientuje, że znowu jest przy kasie..) i ku własnemu zaskoczeniu trafiłam na spotkanie z Markiem Niedzwieckim! Stanęłam sobie z boku zauroczona od progu jego opowieścią o historii zmian jego nazwiska i tak oto zostałam do końca i nawet na autograf się załapałam.

Źródło zdjęcia
  Sześciogodzinny maraton czytania Iwaszkiewicza to była przyjemność sama w sobie. Pomimo. Pomimo siedzenia na twardych, zbitych z desek skrzynkach, słuchanie kolejnych znanych mniej lub więcej (dla mnie niejednokrotnie mniej, o ile nie byli pisarzami) postaci, które na swój sposób interpretowały fragmenty twórczości pisarza. Pomimo fotografów, którzy wręcz natrętnie zasłaniali widok i spierali się z widownią. Pomimo problemów technicznych, przez które czytanie szło momentami opornie, bowiem mikrofony odmawiały posłuszeństwa. Pomimo tych wszystkich niedogodności - warto było! Największe wrażenie zrobiła na mnie wspaniała Krystyna Czubówna, czytająca Tatarak.

A to już moje własne koślawe nieco dzieło..
   Czytała Krystyna Czubówna świetnie Tatarak Iwaszkiewicza a mi się przypomniał egzamin z teorii literatury, na którym omawiałam to opowiadanie. I pewnie dlatego nie zdziwiła mnie w ogóle obecność profesora, który był łaskaw mnie wówczas przepytywać. Odnotowałam ją gdzieś w połowie czytania, ale zanim zdecydowałam, czy wstać i podejść się przywitać, zniknął jak kamfora. A mnie dopadła fala wspomnień, bowiem był to najbardziej wymagający na uczelni profesor. Pewnie dlatego ciągle pamiętam teksty Bachtina, których znajomości od nas wymagał. A podręczniki, obok tych z historii języka, ciągle stoją na półkach. Na szczęście nie odpłynęłam na tyle mocno, by nie zauważyć Jacka Dehnela i jego czytania o zawartości szafy Iwaszkiewicza. Przyznaję, wybór czytającego był strzałem w dziesiątkę. Jak na ogół czytania Dehnela nie lubię (niestety), tak tutaj był rewelacyjny. Po czytaniu zaś złapałam autora tuż przed wyjściem z bezczelną prośbą o autograf (przypadkiem miałam ze sobą jego książkę, świeżo zresztą zakupioną podczas festiwalu, pt. Rynek w Smyrnie), na co się zgodził i w tych spartańskich warunkach, na kolanie, napisał mi ładną dedykację wraz z adnotacją, że autograf został wpisany podczas czytania Iwaszkiewicza (i tak oto zamieniłam się w łowcę autografów). Żałuję tylko, że nie wytrzymałam do końca, że jednak sześć godzin to było zbyt wiele, przez co straciłam czytanie Mariusza Bonaszewskiego, który miał się pojawić na koniec maratonu (co sobie rekompensuję najnowszym audiobookiem, czyli czytanym przez Bonaszewskiego Żarem).

 Czerwiec był intensywny, lipiec zaś jest miesiącem stonowanym. Nareszcie urlop, trochę czasu dla siebie i na czytanie. I na pisanie bloga. Bo właściwie, to zaczęłam za tym tęsknić. Może więc była mi potrzebna taka dłuższa, choć nieplanowana, przerwa? Na pewno jednak chciałabym już ją zakończyć. Porzucony blog, zarzucone pisane, to wygląda naprawdę dziwnie, nieco żałośnie, szczególnie, gdy wcześniej wkładało się w to trochę pracy i uczuć. Stwierdziłam, że albo czas bloga usunąć, albo kontynuować. I cóż, padło na kontynuację.

:-)





* Rękopis, który mówi. Jak czytać przeszłość. Rozmowa ze specjalistami, którzy badają tajemnice starych rękopisów oraz z edytorami, którzy opracowują je do druku. O tym, co kryje w sobie pismo, czy warto zwracać uwagę na styl i jak czas chroni dawne sekrety. Rozmawiali: Ewa Dubas-Urwanowicz, Jerzy Kaliszuk. Prowadziła Katarzyna Borowiecka.

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.