środa, 29 października 2014

Z dziennika uzależnionej. Kraków, odcinek pierwszy

  Długo sądziłam, że jestem z tym sama, że tylko ja tak mam. W szkole właściwie nikt, na studiach może parę osób, ale to też raczej z dystansem, w końcu chodziło o dyplom, zawód, a nie jakąś pasję, czy namiętność. Później, w pracy było to samo, znowu byłam sama, nie było z kim się zachwycać, bądź krytykować. Czasami widywałam ich w pociągu, ale nieśmiałość nie pozwalała zaczepić, nawiązać znajomości. Gdy szukałam kolejnych inspiracji poznałam kilkoro, ale tylko w sieci. Dotarło do mnie, że może to jakaś droga do relacji. I zaczęło się. Jeden wpis, potem drugi. Niezręcznie, z lekką nutą stylistycznych dziwolągów, powoli, wpisów robiło się coraz więcej. Pojawił się czytelnik, jeden, drugi. Pasjonaci, ci, "którzy znają Józefa". I przyszedł ten moment, gdy mogłam poznać ich na żywo, odkryć, że nas, uzależnionych od książek, jest dużo więcej niż sobie wyobrażamy. I już wiedziałam. Nie, nie tylko ja jestem pokręcona na punkcie książek! 

  Odkąd zatem uświadomiłam sobie ile nas jest, jak wspaniale jest spędzać czas z drugim uzależnionym, jak pięknie jest wymieniać się kolejnymi odkryciami, doprawdy, długo się nie zastanawiałam nad wyjazdem na 18. Targi Książki w Krakowie. Kupiłam bilety, zarezerwowałam nocleg, a w sobotę, skoro świt wsiadłam do pociągu. Pierwszą uzależnioną spotkałam już wtedy, Natalia z Kroniki Kota Nakręcacza nie tylko uprzyjemniła mi trzygodzinną podróż (stwierdzam po raz kolejny, że czas w towarzystwie moli książkowych ma tendencję do przyspieszania oraz, że każde spotkanie kończy się kolejnym nabytkiem książkowym), ale również była dobrą wróżbą na resztę weekendu. Następnym uzależnionym na mojej drodze był Janek z Tramwaju nr 4, którego podczytuję, nieśmiało czasem skomentuję, a prywatnie podziwiam za ogromną pracę i wielkie serce. Spotkaliśmy się w drodze do szatni, gdzie w kilometrowej kolejce stał z naszym Kiślem wspaniałym, ałtorką uroczą (dla niewtajemniczonych, Martą Kisiel), ze zdolnością do min absolutnie najróżniejszych i uśmiechów powalających (i absolutnie odporną na zawodzenie czytelników o kolejną książkę). Innymi słowy w śmietance towarzyskiej się znalazłam, w której również miałam przyjemność poznać znaną mi blogowo, acz nie w rzeczywistości, Anię, czyli Anek7 z Lektur Wiejskiej Nauczycielki. Tak oto rozpoczęłam poranek sobotni, a jeszcze nie zdążyłam nawet wejść do hali i zobaczyć stoiska! A było co oglądać! Powiedzieć, że dostałam oczopląsu to nic nie powiedzieć. Wpadłam w amok, zachwyt, szczęście i już wiedziałam, że odpowiednia dawka narkotyku trafiła do krwiobiegu.

Piękne stoisko Agory, nie muszę chyba mówić, że było to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc? Zaraz obok stoiska Wydawnictwa Literackiego

Bardzo sympatyczne stoisko Marginesów

  Gdy z Jankiem rozpoczęłam pierwszy przegląd targowych cudowności przy stoisku Naszej Księgarni objawiła się mi Sardegna w osobie własnej, niesamowicie sympatycznej i zdecydowanie z klubu Józefa. Przy krótkim kontakcie zapałałam sympatią od pierwszego wejrzenia i na zaproszenie do Katowic ciężko było mi odmówić. Jest duże ryzyko, że mąż mnie wydziedziczy za ciągłą nieobecność, ale skoro jestem już w grupie uzależnionych to nie da się inaczej i zapewne Katowice znajdą się w moich listopadowych planach. Po krótkim, acz owocnym spotkaniu (patrz: Księgi Jakubowe od Wydawnictwa Literackiego, w których zdobyciu Janek odegrał znaczącą rolę, ponieważ moja niezdolność komunikacji w sprawie egzemplarzy recenzenckich  dała o sobie znać i sama bym nie zagaiła w tej sprawie na pewno), dalsze wędrówki z Jankiem okazały się niemożliwe, albowiem został wezwany do pilniejszych spraw, jednakże nie było mi dane wędrować samotnie (o dziwo, wyjątkowo nie narzekałam na ten stan rzeczy). Po chwili spotkałam Ulę z Pełnego Zlewu, która zakręciła mną momentalnie i już nie było mowy, żebym zwiedziła halę targową w jakiś rozsądny sposób. Obie, z Wiktorią z Przeczytaj mnie to zrobiły, i obie były jeszcze bardziej szalone niż Szalony Kapelusznik, a ja posłusznie za nimi podążyłam.

Z Wiktorią i Ulą

I tak oto w tym szaleństwie dotrwałam do godziny pierwszego, targowego spotkania blogerów, o którego to spotkania inicjatywę posądzałam początkowo organizatorów targów, a za które, jak się okazało, było odpowiedzialne dużeKa, czyli inicjator konkursu eBuka. Potwierdzam powszechną w każdej relacji opinię (a w zasadzie stwierdzenie faktu), że spotkanie odbyło się w atmosferze chaosu (organizacja zawiodła na całej linii), mizernych usiłowań ratowania spotkania słowotokiem, a wreszcie, próbą dyskusji o pisaniu blogów książkowych (prowadzenia dyskusji podjęły się Gosiarella, Magnolia i Agata). I tu opinii pojawiło się wiele, opisów, recenzji, pochwał, tudzież głosów krytycznych. Warto zatem nadmienić, że koleżanki blogerki popkulturowe miały dla nas blogerów książkowych, remedium na nudę i schematyczność naszych blogów, a także pomysł na zwiększenie statystyk. Bardzo poczułam się podniesiona na duchu, że kogoś tak martwią moje słabe statystyki i sztampowe pisanie o książkach. Poruszona oczekiwałam więc tego objawienia, tego remedium, tego planu ocalenia z nudy blogów książkowych! Okazało się, że ratunkiem jest pisanie (między monotonią wpisów o książkach) również o innych tematach niż książkowe. I tak oto objawienie blogerek popkulturowych doprowadziło do szczerej konkluzji, że pozostaje mi być nadal nudną blogerką, albowiem, jak sama nazwa wskazuje, jestem blogerką książkową. Z tego miejsca jednak chciałabym przekazać koleżankom blogerkom popkulturowym serdeczne podziękowania, że moje słabe statystyki i rozczarowujące prowadzenie bloga tak szczerze leżą im na sercu i powodują tyle zmartwienia.

W tej wędrówce wśród książek i szaleństwa targowego spotkałam także Monikę, która ma chyba najfajniejszą nazwę bloga książkowego, God save the book, Wiki z Literaturomanii, Anię z Myśli i słów wiatrem niesionych,  oraz Mag prowadzącą bloga Kącik z książkami. To z nimi w dużym stopniu będzie też związana druga część tej relacji, ale nie napomknąć o tych spotkaniach byłoby dużym błędem. Dziewczyny kolejno mnie ucieszyły, zadziwiły i wyzwoliły mnóstwo uśmiechów i jakieś takie wewnętrzne poczucie wspólnoty w całym tym wariatkowie i targowym tłumie. Pierwszą poważną zdobyczą targową, zaraz po Księgach Jakubowych Olgi fenomenalnej Tokarczuk (na które czekałam niecierpliwie), najważniejszym spotkaniem, najważniejszym autografem było rzecz jasna to:



Ałtorka podpisywała wszystko, co podsuwałam, na czym tylko można było pisać
Ostatni autograf musi pozostać tajemnicą (prawie poliszynela, bo sporo osób jednak wie, co zostało wdzięcznie podpisane), trudno i darmo, nie zdradzę. W każdym razie Ałtorka autografy rozdawała hojnie, wspólnie z drugim Jankiem chętnie jej stręczyliśmy czytelników (nie żeby była taka potrzeba, ot natura mola książkowego, by zarażać kogo popadnie), ci zresztą przybywali tłumnie, aczkolwiek trzeba dodać z drobiazgowością kronikarza, że najwierniejsza gwardia trwała przy Ałtorce do ostatniej minuty spotkania (do której zaliczam oczywiście także swoją skromną osobę). A po nim udaliśmy się zgodnie na spotkanie drugie (już po - targowe) blogerów, w warunkach bez mikrofonu i zupełnie na luzie, czyli do sympatycznego lokalu Kolanko no 6. Spotkaniu jest winna Kaś i tu się należą jej zbiorowe ochy i achy za rezerwację miejsc, zdobycie książek do wylosowania podczas tego sympatycznego wieczoru i niezwykłą dawkę optymizmu i pozytywnej energii. Bardzo się cieszę, że mogłam poznać Kasię osobiście i spędzić z nią kilka sympatycznych chwil podczas tworzenia losów do losowana książek otrzymanych od wydawnictw (warto odnotować, że Kasia w ogóle nie brała udziału w losowaniu, a niesłusznie, powinna!) i wspólnego działania w ich rozlosowaniu. Mi też dopisało trochę szczęścia i wylosowałam jedną z książek, która dołączyła do i tak już pokaźnego pakietu, jaki się zbierał w moim plecaku. Wieczór w przyjemnej atmosferze, w rozgadanym tłumie, upływał równie szybko jak cały ten niezwykły dzień. Zmęczona, pełna wrażeń, zgodnie z moim własnym stylem bycia, opuściłam po cichu towarzystwo, wcześniej dziękując Kaś i innym niezwykłym osobom, za zaproszenie i miłe towarzystwo.

Czytaj więcej

czwartek, 16 października 2014

"Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

  Pisanie o książce, której nie mam absolutnie zamiaru zachwalać, ani polecać, jest dużo bardziej wymagające, niż pisanie o takiej, która wzburzyła krew i każe wręcz krzyczeć o sobie. W tym pierwszym przypadku bowiem wypada dowieść, dlaczego książka nie jest w zasadzie warta uwagi, szczególnie w takiej sytuacji, gdy w recenzjach tytułu padają same zachwycone komentarze, a wydawca ogłasza ją bestsellerem. Bez rzetelnego uzasadnienia mogę narazić się co najmniej na szyderstwa wielbicieli, że już o słownym ukamienowaniu nie wspomnę. Pewnie dlatego piszę ten tekst już prawie od tygodnia i ciągle dokładam nowe argumenty, nowe przykłady, piętrząc akapity i niepotrzebne zdania. W efekcie zaczynam naprawdę się zastanawiać, dlaczego właściwie ta książka tak mi się nie spodobała? I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do przekonania, że zawiniło nastawienie. Nastawiłam się na dobrą powieść, podczas gdy otrzymałam zaledwie dobre czytadło. I choć jak na czytadło powieść Sue Monk Kidd nie wydaje się być dużo gorsza niż inne tytuły w tym "nurcie", to przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, zwyczajnie, zawiodłam się.

  Pomysł na fabułę wydaje się być podstawą, fundamentem, wytyczną, kierunkiem. Zwrot "wydaje się" jest na miejscu, bowiem o rzemiośle pisarskim wiem tyle, co przysłowiowy kot napłacze, a być może jeszcze mniej, nawet jeśli przyjąć za słuszne, że kot w ogóle nie płacze. Wydaje się też mnóstwo książek, które fabuły nie mają, ale wtedy autor chociaż popisze się warsztatem, zaślepi czytelnicze potrzeby wielogłosową narracją, bądź udziwnionym językiem i wtedy, klękajcie narody, brak fabuły zrobi się automatycznie marginalny. Wydaje się też książki słabe, które mają potencjał i pomysł na fabułę, poruszają ciekawe zagadnienia, wzbogacają wiedzę czytelnika o parę haseł, za to autor nijak nie umiał tego potencjału wykorzystać, zostawiając tylko przedsmak tego, co mogłoby być. I mimo szczerych chęci, by zachwalić Czarne skrzydła Sue Monk Kidd, bo jest na przykład za co pochwalić tłumaczkę, Martę Kisiel - Małecką, czy autorkę w kwestii poruszenia ciekawego tematu, tak jednak muszę je zaliczyć do tej drugiej kategorii, czyli zmarnowanych pomysłów.

 Czarne skrzydła przenosi czytelników do burzliwej epoki niewolnictwa, początku XIX wieku, na dodatek do najbardziej przychylnej niewolnictwu części Stanów Zjednoczonych, czyli słynnego Południa. Niewolnictwo, zniewolenie, ileż w tym temacie możliwości! Ukazanie go z psychologicznego punktu widzenia mogłoby objąć całe tomy.. Czarne skrzydła to powieść, która podeszła do tematu bardzo powierzchownie i bardzo hasłowo, choć z ambitnym planem ukazania niewolnictwa z dwóch perspektyw. Po pierwsze tego realnego wówczas, czyli związanego z traktowaniem człowieka jak swoją własność, własność, która nie ma prawa do człowieczeństwa. Po drugie tego, które towarzyszyło zasadom epoki, czyli wychowaniem, traktowaniem kobiet, umniejszaniem ich roli, nie dawaniem im prawa do głosowania czy wykształcenia. Gdyby tylko autorka to piękniej rozwinęła, ukazała głębiej tę problematykę, ach jakaż to  by była powieść!


 Historia zawarta w powieści jest prowadzona z perspektywy dwóch kobiet, dwóch jej narratorek. Szelmy, niewolnicy, oraz Sary, jej pierwszej właścicielki. Obie próbują jakoś wygrać swoje życie, obie będą walczyły o to na różne sposoby i obydwie będą musiały w końcu podjąć odważne decyzje. Punktem wyjścia jest dzieciństwo obydwu dziewczynek i pierwsze najbardziej chyba brawurowe w powieści akty buntu Sary. Próba uwolnienia swojej niewolnicy, nauczenie jej czytania i pisania, stawianie oporu wobec rodzicielskich upomnień. Ostatecznie jednak to Sara okazuje się być zniewolona najpierw obawą przed rodzicielskimi karami, później zasadami obowiązującymi w towarzystwie, wreszcie, własnymi przemyśleniami w których na dobrą sprawę nie ma zbyt wiele miejsca na temat tego, kim tak naprawdę jest Szelma. Szelma bowiem w myślach Sary przenigdy nie wydaje się być istotą która ma podobne prawa do Sary, choć na pewno jest istotą godną współczucia. Zniewolenie Sary sięga więc głębiej niż zdaje sobie ona z tego sprawę - Sara jest dzieckiem swojej epoki, choć najprostsze odruchy serca powodują, że nie chce do końca z nią pogodzić. Trudno jednak w tych odruchach zobaczyć coś więcej niż litość wobec pobitego stworzenia. Przeskoki czasowe w narracji ukazują obie dziewczęta w różnych okresach ich życia. Dojrzewania, gdy więź między nim zacznie słabnąć i ukazywać wyraźny rozdźwięk w dojrzałości umysłowej - Szelma zmuszona we wczesnym dzieciństwie do pracy, przejmowania coraz liczniejszych obowiązków siłą rzeczy dojrzewa szybciej od Sary, której jedynym obowiązkiem jest przymierzanie coraz to liczniejszych sukien. Dorastania, gdy Sara przeżyje pierwszy poważny zawód miłosny, a Szelma ucieczkę matki. Wreszcie dorosłości, w której obie, choć znajdując się na przeciwległych biegunach, dokonają najodważniejszych decyzji.

  Z perspektywy powyższego akapitu Czarne skrzydła wydają się ciekawą powieścią, podejmującą się trudnej tematyki, na dodatek w tak szerokim zakresie. Niestety przykrą niespodzianką jest to, jak płaskim językiem opisowym została ta powieść skrojona. Sara Grimke, wzorowana na prawdziwej postaci, jawi się tutaj jako nudna kobieta, pełna wewnętrznej inercji, której jedyny akt brawury miał miejsce w dzieciństwie, a późniejszy akt odwagi porzucenia dotychczasowego zniewolenia zasadami rodzinnego Południa, prowadzi ją płynnie do drugiego zniewolenia, zasadami kwakrów. Szelma długo również wydaje się pełna podobnej inercji, choć jej akty buntu są nieco bardziej spektakularne i paradoksalnie poczucie dumy własnej jest u niej bardziej rozwinięte. Przez pół powieści nie dzieje się nic poza opisywaniem zasad współżycia w domu rodziny Grimke, czyli czasami obowiązkowej chłosty (bądź innej kary cielesnej) na "nieposłusznych" niewolnicach, czarno - białego charakteru rodziców Sary i jej rodzeństwa, co miało chyba przez kontrast nadać samej Sarze nieco koloru. Bujność epoki zastępują opisy sukni i sposobu ich wykonywania przez niewolnice, choć w tym przypadku również padają jedynie hasła i na dobrą sprawę nie wiem, jak one robiły na przykład tak wymagając w wykonaniu, popularne wówczas gorsety. Ale koronki czy ozdobne guziczki są w każdym możliwym zestawieniu. Wreszcie temat niewolnictwa. Odnoszę wrażenie, że autorka uznała, że jak napisze parę haseł typu "chłosta, bunt, ból" to będzie wystarczające, by oddać ogrom cierpienia związanego z zagadnieniem. Nieudolność prób pisania jak Toni Morrison jest wręcz przykra i prowadzi do doznań typowej litości a'la powieściowa Sara Grimke. Litość narasta, gdy na koniec powieści dowiadujemy się kim i jaka naprawdę była Sara Grimke. Z samego biogramu wyłania się postać o wiele ciekawsza i odważniejsza, niż ta ukazana w książce.

  Oczywiście, czepiam się, bo gdyby od razu przyjęła za słuszne, że to tylko zwykłe czytadło, moje wrażenia byłyby znacznie, znacznie inne i przemilczałabym połowę niedociągnięć, chwaląc na przykład piękny przekład, albo biel papieru, na którym wydano książkę. Przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, podejmującej się ważnego tematu uznaję pomysł za zmarnowany, a samą historię za napisaną słabo. Na dodatek z bohaterkami, które nie są zajmujące. Poznałam jednak parę nieznanych mi pojęć jak abolicjonizm czy odłam kwakrów. Niestety, żeby lepiej zrozumieć czym był abolicjonizm oraz jak odróżnić kwakra od mormona (z opisu Kidd łatwo o pomyłkę, a różnica zasadnicza) musiałam już doczytać na własną rękę. Czy te argumenty wyjaśniają dlaczego nie jestem w stanie polecać Czarnych skrzydeł? Zawsze będę jednak powtarzać, że warto przekonać się na własnej skórze. To co dla mnie jest słabe i płaskie, ktoś inny może uznać za piękne i zmysłowe. I to chodzi w końcu. Na tym polega piękno różnic indywidualnych.



Czarne skrzydła, Sue Monk Kidd, przełożyła Marta Kisiel - Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej

czwartek, 2 października 2014

"Pióro i Pazur", czyli o kobietach dla kobiet

   Na ogół trzymałam się od niej z daleka. Półki pełne słodkich, uroczych okładek omijałam szerokim łukiem, a czytelniczki zakochane w tego typie literaturze traktowałam nieco pobłażliwie. Zasadność istnienia literatury kobiecej odkryłam tak naprawdę w sytuacji kryzysowej, gdy okazało się, że to dzięki takiej łatwej w odbiorze, lekkiej w lekturze i sympatycznej w fabule powieści mogłam się oderwać trochę od przytłaczającej rzeczywistości. Przyznałam wtedy sama przed sobą, że moje dotychczasowe lektury nie miałyby takiej mocy. Lekkość i łatwość czytania wcale nie musi oznaczać jednak, że lekko i łatwo się tego typu powieści pisze. A już na pewno, wcale nie musi oznaczać, wbrew powszechności tychże książek na półkach w księgarniach, że łatwo się wybić w tym nurcie i zostać pisarką docenioną. Dlatego jak sądzę, takie przedsięwzięcia, jak Festiwal Literatury Kobiecej "Pióro i Pazur", który w tym roku miał trzecią edycję, są warte popularyzowania i wspierania. Przede wszystkim po to, by propagować czytanie jako takie w ogóle, ale również w celu odsiania ziarna od plew spośród całej masy tytułów literatury kobiecej. Bo zanim czytelnik przebije się przez tę niesamowitą ilość pozycji, by znaleźć naprawdę solidną i dobrze poprowadzoną fabularnie powieść obyczajową, może się naciąć i na przykład zniechęcić (jak to było chociażby w moim przypadku) do gatunku na dobre. Co wcale nie musi służyć czytelnikowi, a dodatkowo może upowszechniać na rynku tak zwaną złą literaturę (złą, znaczy operującą krzywdzącymi stereotypami, jak również po prostu źle napisaną), z którą wydaje mi się, warto walczyć nawet, gdy przypomina to walkę z wiatrakami.

źródło zdjęcia
  O istnieniu festiwalu wiedziałam, ale nigdy nie brałam w nim udziału. Do ostatniej soboty, kiedy to wraz z grupką nietuzinkowych ludzi (Agnieszką, która zaraża optymizmem, Elą, od której bije niezwykłe ciepło, Izą śpiochem ;D, Danką, przesympatyczną osóbką i zaczytanym Bartkiem) wyruszyliśmy do Siedlec, z bagatela, godzinnym opóźnieniem, żegnani deszczem w stolicy, żeby zostać powitanymi piękną, słoneczną jesienią w Siedlcach. Nie mieliśmy jednak szansy nacieszyć się w pełni tym pięknym słońcem, bowiem przez opóźnienie pociągu sami byliśmy spóźnieni na panel z blogerami książkowymi, których to blogerów (połowę składu) mieliśmy właśnie pośród nas. Pędząc zatem na zaplanowane spotkanie jeszcze nie cieszyliśmy oczu widokami, choć, to trzeba przyznać, od samego spotkania na stacji PKP Śródmieście, na pewno cieszyliśmy się własnym towarzystwem, które zawojowało skład pociągu na trasie Warszawa Śródmieście - Siedlce. I udaremniało skutecznie lekturę wszystkim czytelnikom naszego wagonu (za co oczywiście bardzo przepraszam w imieniu grupy! wiem, jakie to uciążliwe, ale w tym towarzystwie nie rozmawiać rzecz niemożliwa, a nie rozmawiać głośno i radośnie, kompletnie pozbawiona sensu). Gdy trafiliśmy nareszcie do siedleckiego centrum handlowego w pospiechu dołączyliśmy do zebranego już w kafejce grona dyskutantów oraz widzów.

Panel w toku. Na zdjęciu od lewej: Piotr Chojnacki znany jako Zacofany w Lekturze, Kasia Hordyniec z Notatek Coolturalnych, Sylwia Winnik z Czasu na książki, Iza Raducka z Czytadełka, Agnieszka Tatera z Książkowo i Ela Zdanowska z Czytam bo muszę (fot. Renata Kosin, źródło)
  Tematem panelu była blogosfera książkowa oraz zagadnienia związane z rosnącą ilością blogerów, ich zróżnicowaniem wiekowym oraz lekturowym. I tak zastanawiano się czy istnieją standardy blogosfery, czy blogi książkowe może pisać każdy, oraz czy bloger książkowy nie powinien tworzyć recenzji sensu stricte, a nie tylko stwierdzeń w rodzaju "fajna książka, polecam" wraz ze streszczeniem fabuły omawianej lektury. Oczywiście ilu blogerów tyle opinii, natomiast ja się przychylam do tego, że "wolnoć Tomku w swoim domku i łapy precz od czyjegoś pisania na blogu". Każdy znajdzie swojego czytelnika, a statystyki to potwierdzające są zauważalne gołym okiem, zaś każdy bloger, któremu uda się zachęcić swoich czytelników do lektury, jest dla mnie już z samego tego faktu postacią popularyzującą czytelnictwo, nawet jeśli jego czytelnik sięgnie po Zmierzch (i niech pierwszy uderzy obelgą, kto w początkach swojego czytania nie zachwycał się jakimś słabym czytadłem). Bo nie chodzi o to, jak ktoś pisze, na ile profesjonalnie, na ile tylko od siebie, na ile stawia w tym pierwsze kroki - ważne, że próbuje przekazać "lubię czytać i właśnie przeczytałem/am świetną książkę i zachęcam - przeczytajcie ją".  Odkładam na bok temat związany z ubolewaniem, jak ta dzisiejsza młodzież pisać w ogóle nie potrafi. Wydaje mi się, że pisanie bloga jest całkiem dobrym pierwszym krokiem na nauczenie się tej trudnej sztuki. W każdym razie to panel zapoczątkował historię pewnego artykułu, który w sieci już zrobił karierę, a rozmowy po części oficjalnej stały się źródłem inspiracji dla jego autorki.

Po części oficjalnej nieoficjalnie sobie gawędzimy, co uwieczniła Ela Zdanowska
   Po zakończeniu panelu dyskusyjnego nareszcie udało nam się nacieszyć odrobinę Siedlcami oraz urokliwą jesienią. Spacer do hotelu Janusz oraz późniejsza wędrówka do restauracji Kochanówka dały nam do tego okazję, a samo oczekiwanie na obiad było idealnym momentem na dyskusję nieoficjalną i tę część raczej przeskoczę albowiem były to rozmowy pozakulisowe (choć cały czas w temacie literatury i polskiej prozy obyczajowej, ewentualnie nasilającego się uczucia głodu), przechodząc zgrabnie do następnego panelu, w jakim miałyśmy okazję uczestniczyć, z nieukrywaną przyjemnością. Aczkolwiek miny z jakimi nas przyłapano zdają się temu przeczyć, jednakże podejrzewam, że zdjęcie zostało zrobione, gdy była mowa o złej literaturze (bo to nie tylko zła kobieta, ale i zła literatura była!), co jest zawsze, ale to zawsze doskonałym usprawiedliwieniem.

Od lewej: Iza  z Czytadełka, ja, Agnieszka z Książkowo, Ela z Czytam bo muszę, Danka z blogu Jutowy Worek, a w tle Małgorzata Warda, zdecydowanie jedna z ładniejszych polskich pisarek (źródło zdjęcia)

Tu muszę się zgodzić z Elą Zdanowską, że czas przeznaczony na panel był za krótki! Podjęto się wątku bardzo istotnego, czyli przyszłości literatury środka. Podczas rozmowy padły zwroty typu "zła literatura" (wraz z pytaniami czy może rzutować na tę dobrze napisaną, czy jej nie zagraża), czy rozważania na temat schematyczności powieści nadesłanych do konkursu (ku zaskoczeniu wielu, powieści "bestsellerowych" autorek zostały odrzucone przez czytelniczki w preselekcji do konkursu). Gdy rozmowa zmierzała w naprawdę bardzo ciekawym (patrz: zapalnym) kierunku, trzeba było kończyć, by zdążyć się przygotować na zaplanowaną na wieczór galę. A ta, drodzy czytelnicy, doprowadzała do wzruszeń i ..paroksyzmów śmiechu (bądź oburzenia, wszystko zależało od odbioru i interpretacji). Mój śmiech w pewnym momencie był tak głośny, że obawiam się, że mógł dotrzeć nawet na scenę. Wszystkiemu winien współprowadzący galę z Mariolą Zaczyńską (fenomenalna dziewczyna!) Waldemar Obloza, który próbował na wszelkie możliwe sposoby uniknąć typowego mówienia o sponsorach i stosował sobie tylko znane techniki, przez które bez mała, płakałam ze śmiechu. Niewątpliwie muszę odwiedzić szpital okulistyczny i na pewno skorzystam z reklamowanych słuchawek bezprzewodowych (co wcale nie oznacza, że nie doceniam sponsorów festiwalu - doceniam właśnie! chyba widać jasno, że to wpis sponsorowany?)!

Prowadzący galę: Mariola Zaczyńska i Waldemar Obloza (źródło zdjęcia)

Przechodząc jednakże do meritum warto wspomnieć, że w tegorocznej edycji zostały uhonorowane nagrodami:
- Nagrodę Pióra dla najbardziej poruszającej powieści 2013 roku zdobyła Grażyna Jeromin-Gałuszka za Magnolię 
- Nagrodę Pazura dla powieści z humorem 2013 r. zdobyła Danuta Noszczyńska za Wszystkie życia Heleny P. (
- Pióro Czytelniczek zdobyła Magdalena Zimniak za Jezioro cierni
- Pazur Czytelniczek zdobyła Olga Rudnicka za Drugi przekręt Natalii
- Fundacja Age of Reading przyznała nagrodę za przedstawienie problematyki wykluczenia Lucynie Olejniczak za powieść Opiekunka czyli Ameryka widziana z fotela.
- Magazyn "Piękno i Pasje" nagrodził Grażynę Jeromin-Gałyszkę za Magnolię.
- Tytuł "Książka bez granic" przyznawany przez blogerki polonijne zdobyła Wiesława Maciejak za powieść ...A życie się toczy.

Mam plan, żeby te powieści poznać, co być może zmieni mój punkt widzenia na temat literatury kobiecej (na co po cichu liczę szczerze mówiąc). A jak nie zmieni, to znaczy, że po prostu jestem stracona i tylko powieści dla młodzieży będą moją otuchą.

Festiwal zakończył już trochę mniej oficjalny bankiet, podczas którego miałam okazję porozmawiać więcej z dziewczynami, z którymi przyjechałam, ale również z niesamowitą Ulą, dla odmiany blogerką książkową bardzo społeczną (bo reszta z nas deklaruje raczej aspołeczność), pisarkami, które odwiedzały nasz stolik (usłyszeć od Małgorzaty Wardy, że zna mojego bloga -bezcenne!), oraz Kasią Hordyniec, która mogłaby energią obdzielić wszystkich obecnych i jeszcze by miała jej cały zapas, za co z całego serca ją podziwiam. Mogę tylko żałować, że to tak krótko, że nie z wszystkimi udało się porozmawiać, że nie wiedziałam wcześniej o tym, jak wspaniale można się bawić wśród nieznanych mi pisarek i pośród typowo kobiecej tematyki, jeśli chodzi o literaturę. Inicjatorce festiwalu, Marioli Zaczyńskiej, należą się wielkie brawa. Spotkanie z wszystkimi tymi wspaniałymi ludźmi wywołało tak pozytywne emocje, że nawet teraz pisząc to wszystko, po prostu szczerze się uśmiecham.

A przy naszym stoliku Ula żywo opowiada, Małgorzata Warda i Iza z Czytadełka uważnie słuchają, tylko my z Elą zauważyłyśmy fotografa ;-) (fot. Ula)



Czytaj więcej

środa, 1 października 2014

Pasieka literacka, czyli w dzisiejszym numerze Gazety Wyborczej..

Ten tekst w dzisiejszej Gazecie Wyborczej ucieszył wielu blogerów książkowych (a niżej podpisana szczerzy zęby w uśmiechu od piątej rano). O  blogerach książkowych dobitniej i więcej, czyli tak jak być powinno! Zachęcam do lektury artykułu Reckę napisałaś miodzio.

A jeśli ktoś, przechodząc dziś ulicą Jana Pawła II w Warszawie, usłyszy pisk, śmiech i jakieś ogólne zamieszanie, to proszę się nie niepokoić, to tylko ja okazuję swoją radość :)

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.