Pisanie o książce, której nie mam absolutnie zamiaru zachwalać, ani polecać, jest dużo bardziej wymagające, niż pisanie o takiej, która wzburzyła krew i każe wręcz krzyczeć o sobie. W tym pierwszym przypadku bowiem wypada dowieść, dlaczego książka nie jest w zasadzie warta uwagi, szczególnie w takiej sytuacji, gdy w recenzjach tytułu padają same zachwycone komentarze, a wydawca ogłasza ją bestsellerem. Bez rzetelnego uzasadnienia mogę narazić się co najmniej na szyderstwa wielbicieli, że już o słownym ukamienowaniu nie wspomnę. Pewnie dlatego piszę ten tekst już prawie od tygodnia i ciągle dokładam nowe argumenty, nowe przykłady, piętrząc akapity i niepotrzebne zdania. W efekcie zaczynam naprawdę się zastanawiać, dlaczego właściwie ta książka tak mi się nie spodobała? I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do przekonania, że zawiniło nastawienie. Nastawiłam się na dobrą powieść, podczas gdy otrzymałam zaledwie dobre czytadło. I choć jak na czytadło powieść Sue Monk Kidd nie wydaje się być dużo gorsza niż inne tytuły w tym "nurcie", to przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, zwyczajnie, zawiodłam się.
Pomysł na fabułę wydaje się być podstawą, fundamentem, wytyczną, kierunkiem. Zwrot "wydaje się" jest na miejscu, bowiem o rzemiośle pisarskim wiem tyle, co przysłowiowy kot napłacze, a być może jeszcze mniej, nawet jeśli przyjąć za słuszne, że kot w ogóle nie płacze. Wydaje się też mnóstwo książek, które fabuły nie mają, ale wtedy autor chociaż popisze się warsztatem, zaślepi czytelnicze potrzeby wielogłosową narracją, bądź udziwnionym językiem i wtedy, klękajcie narody, brak fabuły zrobi się automatycznie marginalny. Wydaje się też książki słabe, które mają potencjał i pomysł na fabułę, poruszają ciekawe zagadnienia, wzbogacają wiedzę czytelnika o parę haseł, za to autor nijak nie umiał tego potencjału wykorzystać, zostawiając tylko przedsmak tego, co mogłoby być. I mimo szczerych chęci, by zachwalić Czarne skrzydła Sue Monk Kidd, bo jest na przykład za co pochwalić tłumaczkę, Martę Kisiel - Małecką, czy autorkę w kwestii poruszenia ciekawego tematu, tak jednak muszę je zaliczyć do tej drugiej kategorii, czyli zmarnowanych pomysłów.
Czarne skrzydła przenosi czytelników do burzliwej epoki niewolnictwa, początku XIX wieku, na dodatek do najbardziej przychylnej niewolnictwu części Stanów Zjednoczonych, czyli słynnego Południa. Niewolnictwo, zniewolenie, ileż w tym temacie możliwości! Ukazanie go z psychologicznego punktu widzenia mogłoby objąć całe tomy.. Czarne skrzydła to powieść, która podeszła do tematu bardzo powierzchownie i bardzo hasłowo, choć z ambitnym planem ukazania niewolnictwa z dwóch perspektyw. Po pierwsze tego realnego wówczas, czyli związanego z traktowaniem człowieka jak swoją własność, własność, która nie ma prawa do człowieczeństwa. Po drugie tego, które towarzyszyło zasadom epoki, czyli wychowaniem, traktowaniem kobiet, umniejszaniem ich roli, nie dawaniem im prawa do głosowania czy wykształcenia. Gdyby tylko autorka to piękniej rozwinęła, ukazała głębiej tę problematykę, ach jakaż to by była powieść!
Historia zawarta w powieści jest prowadzona z perspektywy dwóch kobiet, dwóch jej narratorek. Szelmy, niewolnicy, oraz Sary, jej pierwszej właścicielki. Obie próbują jakoś wygrać swoje życie, obie będą walczyły o to na różne sposoby i obydwie będą musiały w końcu podjąć odważne decyzje. Punktem wyjścia jest dzieciństwo obydwu dziewczynek i pierwsze najbardziej chyba brawurowe w powieści akty buntu Sary. Próba uwolnienia swojej niewolnicy, nauczenie jej czytania i pisania, stawianie oporu wobec rodzicielskich upomnień. Ostatecznie jednak to Sara okazuje się być zniewolona najpierw obawą przed rodzicielskimi karami, później zasadami obowiązującymi w towarzystwie, wreszcie, własnymi przemyśleniami w których na dobrą sprawę nie ma zbyt wiele miejsca na temat tego, kim tak naprawdę jest Szelma. Szelma bowiem w myślach Sary przenigdy nie wydaje się być istotą która ma podobne prawa do Sary, choć na pewno jest istotą godną współczucia. Zniewolenie Sary sięga więc głębiej niż zdaje sobie ona z tego sprawę - Sara jest dzieckiem swojej epoki, choć najprostsze odruchy serca powodują, że nie chce do końca z nią pogodzić. Trudno jednak w tych odruchach zobaczyć coś więcej niż litość wobec pobitego stworzenia. Przeskoki czasowe w narracji ukazują obie dziewczęta w różnych okresach ich życia. Dojrzewania, gdy więź między nim zacznie słabnąć i ukazywać wyraźny rozdźwięk w dojrzałości umysłowej - Szelma zmuszona we wczesnym dzieciństwie do pracy, przejmowania coraz liczniejszych obowiązków siłą rzeczy dojrzewa szybciej od Sary, której jedynym obowiązkiem jest przymierzanie coraz to liczniejszych sukien. Dorastania, gdy Sara przeżyje pierwszy poważny zawód miłosny, a Szelma ucieczkę matki. Wreszcie dorosłości, w której obie, choć znajdując się na przeciwległych biegunach, dokonają najodważniejszych decyzji.
Z perspektywy powyższego akapitu Czarne skrzydła wydają się ciekawą powieścią, podejmującą się trudnej tematyki, na dodatek w tak szerokim zakresie. Niestety przykrą niespodzianką jest to, jak płaskim językiem opisowym została ta powieść skrojona. Sara Grimke, wzorowana na prawdziwej postaci, jawi się tutaj jako nudna kobieta, pełna wewnętrznej inercji, której jedyny akt brawury miał miejsce w dzieciństwie, a późniejszy akt odwagi porzucenia dotychczasowego zniewolenia zasadami rodzinnego Południa, prowadzi ją płynnie do drugiego zniewolenia, zasadami kwakrów. Szelma długo również wydaje się pełna podobnej inercji, choć jej akty buntu są nieco bardziej spektakularne i paradoksalnie poczucie dumy własnej jest u niej bardziej rozwinięte. Przez pół powieści nie dzieje się nic poza opisywaniem zasad współżycia w domu rodziny Grimke, czyli czasami obowiązkowej chłosty (bądź innej kary cielesnej) na "nieposłusznych" niewolnicach, czarno - białego charakteru rodziców Sary i jej rodzeństwa, co miało chyba przez kontrast nadać samej Sarze nieco koloru. Bujność epoki zastępują opisy sukni i sposobu ich wykonywania przez niewolnice, choć w tym przypadku również padają jedynie hasła i na dobrą sprawę nie wiem, jak one robiły na przykład tak wymagając w wykonaniu, popularne wówczas gorsety. Ale koronki czy ozdobne guziczki są w każdym możliwym zestawieniu. Wreszcie temat niewolnictwa. Odnoszę wrażenie, że autorka uznała, że jak napisze parę haseł typu "chłosta, bunt, ból" to będzie wystarczające, by oddać ogrom cierpienia związanego z zagadnieniem. Nieudolność prób pisania jak Toni Morrison jest wręcz przykra i prowadzi do doznań typowej litości a'la powieściowa Sara Grimke. Litość narasta, gdy na koniec powieści dowiadujemy się kim i jaka naprawdę była Sara Grimke. Z samego biogramu wyłania się postać o wiele ciekawsza i odważniejsza, niż ta ukazana w książce.
Oczywiście, czepiam się, bo gdyby od razu przyjęła za słuszne, że to tylko zwykłe czytadło, moje wrażenia byłyby znacznie, znacznie inne i przemilczałabym połowę niedociągnięć, chwaląc na przykład piękny przekład, albo biel papieru, na którym wydano książkę. Przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, podejmującej się ważnego tematu uznaję pomysł za zmarnowany, a samą historię za napisaną słabo. Na dodatek z bohaterkami, które nie są zajmujące. Poznałam jednak parę nieznanych mi pojęć jak abolicjonizm czy odłam kwakrów. Niestety, żeby lepiej zrozumieć czym był abolicjonizm oraz jak odróżnić kwakra od mormona (z opisu Kidd łatwo o pomyłkę, a różnica zasadnicza) musiałam już doczytać na własną rękę. Czy te argumenty wyjaśniają dlaczego nie jestem w stanie polecać Czarnych skrzydeł? Zawsze będę jednak powtarzać, że warto przekonać się na własnej skórze. To co dla mnie jest słabe i płaskie, ktoś inny może uznać za piękne i zmysłowe. I to chodzi w końcu. Na tym polega piękno różnic indywidualnych.
Pomysł na fabułę wydaje się być podstawą, fundamentem, wytyczną, kierunkiem. Zwrot "wydaje się" jest na miejscu, bowiem o rzemiośle pisarskim wiem tyle, co przysłowiowy kot napłacze, a być może jeszcze mniej, nawet jeśli przyjąć za słuszne, że kot w ogóle nie płacze. Wydaje się też mnóstwo książek, które fabuły nie mają, ale wtedy autor chociaż popisze się warsztatem, zaślepi czytelnicze potrzeby wielogłosową narracją, bądź udziwnionym językiem i wtedy, klękajcie narody, brak fabuły zrobi się automatycznie marginalny. Wydaje się też książki słabe, które mają potencjał i pomysł na fabułę, poruszają ciekawe zagadnienia, wzbogacają wiedzę czytelnika o parę haseł, za to autor nijak nie umiał tego potencjału wykorzystać, zostawiając tylko przedsmak tego, co mogłoby być. I mimo szczerych chęci, by zachwalić Czarne skrzydła Sue Monk Kidd, bo jest na przykład za co pochwalić tłumaczkę, Martę Kisiel - Małecką, czy autorkę w kwestii poruszenia ciekawego tematu, tak jednak muszę je zaliczyć do tej drugiej kategorii, czyli zmarnowanych pomysłów.
Czarne skrzydła przenosi czytelników do burzliwej epoki niewolnictwa, początku XIX wieku, na dodatek do najbardziej przychylnej niewolnictwu części Stanów Zjednoczonych, czyli słynnego Południa. Niewolnictwo, zniewolenie, ileż w tym temacie możliwości! Ukazanie go z psychologicznego punktu widzenia mogłoby objąć całe tomy.. Czarne skrzydła to powieść, która podeszła do tematu bardzo powierzchownie i bardzo hasłowo, choć z ambitnym planem ukazania niewolnictwa z dwóch perspektyw. Po pierwsze tego realnego wówczas, czyli związanego z traktowaniem człowieka jak swoją własność, własność, która nie ma prawa do człowieczeństwa. Po drugie tego, które towarzyszyło zasadom epoki, czyli wychowaniem, traktowaniem kobiet, umniejszaniem ich roli, nie dawaniem im prawa do głosowania czy wykształcenia. Gdyby tylko autorka to piękniej rozwinęła, ukazała głębiej tę problematykę, ach jakaż to by była powieść!
Z perspektywy powyższego akapitu Czarne skrzydła wydają się ciekawą powieścią, podejmującą się trudnej tematyki, na dodatek w tak szerokim zakresie. Niestety przykrą niespodzianką jest to, jak płaskim językiem opisowym została ta powieść skrojona. Sara Grimke, wzorowana na prawdziwej postaci, jawi się tutaj jako nudna kobieta, pełna wewnętrznej inercji, której jedyny akt brawury miał miejsce w dzieciństwie, a późniejszy akt odwagi porzucenia dotychczasowego zniewolenia zasadami rodzinnego Południa, prowadzi ją płynnie do drugiego zniewolenia, zasadami kwakrów. Szelma długo również wydaje się pełna podobnej inercji, choć jej akty buntu są nieco bardziej spektakularne i paradoksalnie poczucie dumy własnej jest u niej bardziej rozwinięte. Przez pół powieści nie dzieje się nic poza opisywaniem zasad współżycia w domu rodziny Grimke, czyli czasami obowiązkowej chłosty (bądź innej kary cielesnej) na "nieposłusznych" niewolnicach, czarno - białego charakteru rodziców Sary i jej rodzeństwa, co miało chyba przez kontrast nadać samej Sarze nieco koloru. Bujność epoki zastępują opisy sukni i sposobu ich wykonywania przez niewolnice, choć w tym przypadku również padają jedynie hasła i na dobrą sprawę nie wiem, jak one robiły na przykład tak wymagając w wykonaniu, popularne wówczas gorsety. Ale koronki czy ozdobne guziczki są w każdym możliwym zestawieniu. Wreszcie temat niewolnictwa. Odnoszę wrażenie, że autorka uznała, że jak napisze parę haseł typu "chłosta, bunt, ból" to będzie wystarczające, by oddać ogrom cierpienia związanego z zagadnieniem. Nieudolność prób pisania jak Toni Morrison jest wręcz przykra i prowadzi do doznań typowej litości a'la powieściowa Sara Grimke. Litość narasta, gdy na koniec powieści dowiadujemy się kim i jaka naprawdę była Sara Grimke. Z samego biogramu wyłania się postać o wiele ciekawsza i odważniejsza, niż ta ukazana w książce.
Oczywiście, czepiam się, bo gdyby od razu przyjęła za słuszne, że to tylko zwykłe czytadło, moje wrażenia byłyby znacznie, znacznie inne i przemilczałabym połowę niedociągnięć, chwaląc na przykład piękny przekład, albo biel papieru, na którym wydano książkę. Przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, podejmującej się ważnego tematu uznaję pomysł za zmarnowany, a samą historię za napisaną słabo. Na dodatek z bohaterkami, które nie są zajmujące. Poznałam jednak parę nieznanych mi pojęć jak abolicjonizm czy odłam kwakrów. Niestety, żeby lepiej zrozumieć czym był abolicjonizm oraz jak odróżnić kwakra od mormona (z opisu Kidd łatwo o pomyłkę, a różnica zasadnicza) musiałam już doczytać na własną rękę. Czy te argumenty wyjaśniają dlaczego nie jestem w stanie polecać Czarnych skrzydeł? Zawsze będę jednak powtarzać, że warto przekonać się na własnej skórze. To co dla mnie jest słabe i płaskie, ktoś inny może uznać za piękne i zmysłowe. I to chodzi w końcu. Na tym polega piękno różnic indywidualnych.
Czarne skrzydła, Sue Monk Kidd, przełożyła Marta Kisiel - Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

