środa, 21 października 2015

Gdzie diabeł nie może, tam Chyłkę.."Zaginięcie" Remigiusza Mroza

Remigiusz Mróz, jak to z młodymi autorami bywa, ma w sobie dużo motywacji i energii, by pisać powieść za powieścią. Właściwie chwała jego młodości i sile, bo im więcej pisze, tym lepiej dla mnie, czytelniczki złaknionej wielu dobrych zwrotów akcji i niebanalnych postaci. Poza tym lubię, gdy autor zadaje kłam jakimś od dawien dawna utrwalonym stereotypom. Na przykład o prawnikach, poważnych ludziach pełnych wiedzy o kodeksie karnym i zadających nudne, profesjonalne pytania.

Jasne, była niegdyś słynna serialowa, zwariowana Ally McBeal, ale to było dawno, a i jej postać wydaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nawet nasza rodzima prawniczka serialowa, Agata, w todze nabiera wszelkich znamion powagi i dobrze skrojonego wizerunku rozgarniętej znawczyni wszelkich kodeksów.

Każdy, kto dotąd nie miał okazji poznać jeszcze Joanny Chyłki i jej podopiecznego Kordiana Oryńskiego, wie, że ten cały stereotyp można wyrzucić do kosza na śmieci. Ten duet przypomina raczej dwójkę śledczych i psychologów w jednym niż zwykłą parę obrońców.


Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

„Zaginięcie” jest kontynuacją „Kasacji”, choć jeśli chodzi o główny wątek fabularny można je czytać właściwie bez takiej kolejności. Jednakże, jeśli ktoś jest zaintrygowany niecodzienną relacją Chyłka – Oryński warto poznać najpierw tę pierwszą część ich przygód. „Zaginięcie” otwiera późnonocny telefon do Chyłki, prawniczki o wybuchowym temperamencie, kobiety, którą spokojnie można by opisać przysłowiem, gdzie diabeł nie może, tam Chyłkę.. No właśnie. Sprawa, jaka trafia do Chyłki, ta, której zapowiedzą był ów nocny telefon jest wypisz, wymaluj, sprawą dla niej idealną, bo już z założenia beznadziejną. Jednakże w słowniku Joanny Chyłki najwyraźniej nie widnieje w ogóle słowo „beznadziejna”. Wybudzona i pobudzona do działania natychmiast do takiego samego stanu zmusza Kordiana, zwanego Zordonem i wspólnie wyruszają do małej miejscowości, skąd z domku letniskowego dwojga bogatych ludzi, zniknęła mała, trzyletnia dziewczynka. Niestety, ponieważ domek letniskowy, w którym przebywała cała rodzina, był uzbrojony w alarm, a żadne ślady nie wskazują, by doszło do porwania, to rodzice są pierwszymi podejrzanymi. Dla Chyłki nie stanowi to, jak wiadomo, żadnego problemu..

Bez śladu

To, co komplikuje całą sprawę, to brak jakichkolwiek śladów związanych ze zniknięciem dziecka. Wokół domku nie ma śladów stóp, nie ma żadnych poszlak na to, że mogło dojść do włamania, nie ma nic. Do tego pojawia się nagle, jako dowód zakrwawiony pręt, ze śladami krwi zaginionej Nikolki, świadek, który twierdzi, że widział ojca dziewczynki prowadzącego ją w noc zaginięcia, atmosfera zagęszcza się i wszystko wskazuje na to, że super duet adwokacki nie ma żadnego asa w rękawie, by wybronić rodziców dziecka. A żeby było jeszcze trudniej, w niewinność rodziców wierzy jedynie Zordon, bo Chyłka nie ma żadnych wątpliwości, ani w to, że są winni, ani w to, że dziecko nie żyje. To jeden Kordian denerwuje się, że poszukiwania dziecka sprowadzają się do poszukiwań zwłok, a nie żywej dziewczynki. I być może to, oraz skomplikowane relacje z patronką, motywuje go, do działań zgoła nieprawniczych. Podszywanie się pod przemytnika, kilka rasowych spotkań z pięścią prawdziwego przemytnika, plus jego własne zaginięcie, w nieznanych mu regionach w gronie nieznanych mu ludzi, to zaledwie kilka z jego niecodziennych przygód. Warto wiedzieć, że to nie wszystko, co zafundował swoim czytelnikom Remigiusz Mróz.

Emocjonalny rollercoaster

„Zaginięcie” to gratka fabularna, podobnie jak „Kasacja”. Dozowanie emocji, spokój, a potem ostry zakręt, tak mniej więcej w ogólności można opisać ten emocjonalny rollercoaster. Oczywiście, nie powiem, że Remigiusz Mróz to mistrz, bo jeszcze spocznie na laurach, a wierzę, że pisząc coraz ciekawiej, będzie też pisać lepiej. Na razie jest genialnie pod kątem fabuły! Mróz nonszalancko kpi sobie z czytelnika, pokazuje zjadliwą aprobatę do denerwowania go, wreszcie, wie jak odmierzyć proporcje w fabule, by całość była dobrze skomponowaną mieszanką. Oczywiście, mógł nieco nie „zjadać” końcówki powieści, najpierw rozpisując jej fabułę na parę setek stron, z mnogością szczegółów całkiem jak nieprzebrane morze zjadliwości Chyłki, by zamknąć ją na jednej, no, półtorej stron, oczywiście, mógł jeszcze dopracować warsztat i dialogi, ale na litość, nie znam lepszej literatury rozrywkowej, niż to, co wychodzi spod jego klawiatury. Niech mu pisanie ciągle lekkim będzie!


"Zaginięcie" Remigiusz Mróz, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2015
Czytaj więcej

niedziela, 16 sierpnia 2015

Trzydzieści dziewięć wspomnień o Sławomirze Mrożku

Żyje się (i umiera) tylko dzięki małym epizodom.
Muszą być małe; jeżeli są duże – nie są epizodami.
Dzięki przerwom, pauzom, szczelinom…
Sławomir Mrożek


Dwa lata temu 15 sierpnia był innym dniem. Dotąd ten termin nie miał dla mnie większego znaczenia, a w 2013 zapisał się na stałe do mojego prywatnego kalendarza ważnych wydarzeń. Zmarł Sławomir Mrożek i odebrałam tę śmierć mocno osobiście. A przecież to nie chodzi tylko o to, że zmarł pisarz, którego twórczość, sarkazm i poczucie ironii ceniłam wysoko, ale co tu dużo kryć, zamknęła się pewna epoka dla polskiej literatury współczesnej.

Nie pociesza fakt, że zostało po nim dużo utworów, szczególnie ich obfitej ilości, gdy w pewnym momencie podjął decyzję o publikacji także dotąd ukrywanych przed światem dzienników i listów. To właśnie wówczas w świat poszły opasłe tomiszcza jego dzienników i zbiory korespondencji, które Małgorzata Niemczyńska nazwała ładnie „striptizem neurotyka”. Jednakże, jak każdy badacz, miała prawo do pomyłki. Bo choć Mrożek odsłonił tak wiele, nadal pozostał postacią tajemniczą i niejednoznaczną. I już dziś polemizowałabym mocno z określeniem „neurotyk”.




Z perspektywy wielu spojrzeń

W psychologii społecznej to zjawisko wywołuje najwięcej zainteresowania. Obserwowanie jednego zdarzenia może mieć tyle relacji ilu widzów. To niesamowite, jak różnie odbieramy rzeczywistość. Zdawałoby się jednak, że w przypadku człowieka to wygląda trochę inaczej. Jakkolwiek jesteśmy różnymi osobami w środowisku zawodowym, a innymi w środowisku przyjaciół i rodziny, tak pewne cechy konstytuujące nasz charakter zdają się pozostawać niezmienne. W przypadku Sławomira Mrożka relacje o jego osobowości zdają się opowiadać każdorazowo o zupełnie innej osobie. Zgodność jest jednak tylko w kwestii milczenia, a i to nie zawsze!

Tak w skrócie można powiedzieć o zbiorze wspomnień o Sławomirze Mrożku „Mrożek w odsłonach. 39 opowieści z różnych miejsc i czasów”. Zgodnie z tytułem zawarto w nim wspomnienia osób, które znały Mrożka bliżej lub tylko przelotnie, spędziły z nim jakiś czas, lub tylko miały okazję do kilku rozmów, mogły pochwalić się przynależnością do kręgu jego najbliższych znajomych lub krótką szkolną znajomością. Są to historie o tym, jakim Sławomir Mrożek się wydawał, bo doprawdy, chyba nikomu jednak nie udało się przeniknąć tak zupełnie przez zaporę milczenia…





Trzydzieści dziewięć opowieści

Nie umiem opowiadać o tej książce obiektywnie, bo wydarzyła mi się ona jak prezent od losu. Mrożka wielbię i czczę i choć (niewątpliwie i zapewne) mogę się tylko domyślać, jak trudnym był człowiekiem w codziennym pożyciu, tak jednak oddałabym wiele, by spędzić z nim, choć trochę czasu na milczeniu. Dlatego gdy wracam do zbioru opracowanego przez Magdalenę Miecznicką, mogę się tylko uśmiechać i ciągle cieszyć, że powstał. Nawet teraz, gdy zaglądam do książki podczas pisania, na zmianę, wzruszam się i uśmiecham.

A konstruktywny opis? Otóż i on! „ Mrożek w odsłonach” składa się zgodnie z podtytułem z 39 opowieści różnych osób wspominających postać autora „Tanga”, opowieści ułożonych chronologicznie, w których można znaleźć historie z lat szkolnych, pierwszych wprawek w rysowaniu i pisaniu, wydawania pierwszych utworów, wreszcie, okresów z emigracji i częstych zmian miejsc zamieszkania.

Pojawia się tym bogactwie wspomnienie o Mrożku skąpcu i milczku, który nie znosił rozmów o niczym, a na standardowe powitania zdarzało mu się reagować irytująco i wyjmować karteczki z gotowymi odpowiedziami. O Mrożku mistrzu ironii, małych epizodów i suspensu. O twórcy na wskroś samokrytycznym, który doskonale rozumiał, czego brakuje w jego twórczości. O żartownisiu, o trudnym rozmówcy, o ciepłym człowieku, o chudym kiepsko ubranym mężczyźnie o dość przeciętnej urodzie, o przystojnym mężczyźnie. O niedźwiedziu, którego obłaskawiła druga żona, o człowieku, który zawsze w sobie nosił iskrę bożą. 

O człowieku pełnym sprzeczności, którego trudno jest zapomnieć.




Piękny zbiór, piękny hołd
 
A to przecież nadal to nie wszystko. Wspomnienia są tutaj najważniejsze, ale trudno nie odnotować ich oprawy. Zdjęcia, rysunki Mrożka, oraz krótkie biogramy wspominających podkreślają walory tej pozycji. I przygotowanie! To nie jest książka wydana w pospiechu na miesiąc po śmierci kogoś znanego, pełna błędów merytorycznych. To jest dobrze przygotowana, nietuzinkowa biografia spisana ze wspomnień, którym poświęcono czas na spotkania, rozmowy, oraz niezbędne szlify, których wymaga rzetelność wydania. 

Cóż mogę powiedzieć więcej? „Czytajcie Mrożka”? Nie, czytajcie to, co sprawia wam przyjemność. Ale do tego zbioru zajrzyjcie kiedyś. Poznacie przez pryzmat wspomnień wielu osób, kogoś nieprzeniknionego, wrażliwego, mądrego i z naprawdę niezwykłym poczuciem humoru. I może wtedy będziecie chcieli poznać też jego twórczość?




"Mrożek w odsłonach. 39 opowieści z różnych miejsc i czasów", opracowanie tekstu Magdalena Miecznicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej

czwartek, 6 sierpnia 2015

Być matką. "Matki" Pavol Rankov

To fundamentalne pytanie, to pytanie o macierzyństwo, od zawsze stanowiło dla mnie zagadkę. Podobno kobiety mają to wdrukowane w sobie, jak to, że oddychają, śpią, czy jedzą. Instynkt macierzyński  jest może nawet silniejszy? Skoro przedkładają życie dziecka nad swoje, musi być.  Zadziwiające, jak doskonale przygotowała to natura.

Obozowa opowieść

Gdy świat ledwie otrząsnął się z wojennych zgliszczy, pojawiła się inna siła, działająca równie destrukcyjnie. Armia Czerwona „wyzwalała” kraje okupowane przez Niemców, wydawała się zbawczą siłą, a potem okazało się, że zbawienie było tylko chwilowe. Nowe porządki i rewolucja polityczno-obyczajowa miały zmienić świat w piękne miejsce, gdzie rządzi głównie siła robotnicza. Jednak budowanie nowego świata polegało głównie na burzeniu całego poprzedniego.

I tak oto każdy kto kolaborował z faszystami mógł mieć pewność odnośnie swoich losów, nawet jeśli naprawdę nie miał z faszystami nic wspólnego: dowody zawsze się znajdą. Zostanie skazany, jeśli będzie miał szczęście, to na śmierć. Jeśli nie, to niestety trafi do łagru. Nie trzeba czytać Sołżenicyna, by wiedzieć, jaki to był inny, okrutny świat. Do tego świata trafia właśnie ciężarna Zuzana, w swojej młodzieńczej naiwności przekonana, że tę pomyłkę szybko da się odkręcić.  Niestety, nie tylko nie udaje się jej odkręcić, ale Zuzanie przyjdzie urodzić i cierpieć z powodu losu swego dziecka jeszcze przez wiele lat. Choć obiektywnie trzeba to przyznać, miała dużo szczęścia.

Życie w socjaldemokracji

Gdy wreszcie amnestia wyzwoli  Zuzanę z niewoli jej nowe życie nie będzie usłane różami. Przekona się, że rzeczywistość w socjaldemokracji bardzo przypomina tę obozową, choć z złagodzonej formie. Ale masa idiotycznych zadań, przykazań, narzuconych zasad, będzie tak absurdalna, że aż niewiarygodna. Jednak nic nie będzie tak ważne, jak konieczność odzyskania syna. I tu również spotka się z żenującą biurokracją, ale także pozna brutalną prawdę o swoim aresztowaniu.

Przerażający jest spokój narracji płynącej z powieści Rankova. Mówienie o brutalnej rzeczywistości obozowej płynie sobie niespiesznym nurtem słów. Śmierć pojawia się obrazami: są one obfite w mróz, głód i strach. Codzienność  przerasta najśmielsze wyobrażenia. Pozostaje tylko niezłomna wola przetrwania, którą umacnia instynkt macierzyński. Zuzanna miała dla kogo przetrwać.


Praca dyplomowa z życia

Z perspektywy lat tamten świat wydaje się jedynie literacki. Jakby istniał tylko w głowach pisarzy, bo przecież tak poza tym jest to świat tak filmowy, że niemożliwe, że istniał. Gdy młoda studentka, Lucia Herlianska, podejmuje się pisania pracy o macierzyństwie w trudnych warunkach i przedstawia historię Zuzany, jednocześnie dotyka tematu, którego nie jest w stanie zrozumieć.  Tak naprawdę swoją pracę dyplomową musi najpierw napisać z dojrzewania, z życia, a później dopiero z wybranego tematu.

Rankov przywołuje przeszłość, ale także wnikliwie przedstawia rzeczywistość, w której pojawia się traktowanie macierzyństwa w sposób skrajnie stereotypowy. I tak docent Voknár, człowiek wykształcony i obyty, jest jednocześnie pełen uprzedzeń  dla, znowu!, przyszłej matki, swojej studentki Lucii, uznając jej stan za absolutnie zaprzepaszczający jej akademicką karierę. Jakby dowód Zuzany nie był przekonywujący. Jakby macierzyństwo było czymś wykluczającym pozostałe sfery życia.

Pavol Rankov, fot. Maciej Margielski, źródło zdjęcia


„Matki” to powieść, w której można odnaleźć wiele tropów, nowych słów i znaczeń, można by o niej opowiadać długo i przywoływać kolejne wątki. Zamiast tego, lepiej po prostu sięgnąć po tę książkę i znaleźć własne tropy i motywy.


"Matki", Pavol Rankov, Przełożył: Tomasz Grabiński, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015
Czytaj więcej

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Uwaga, nowy Szczygielski! "Bingo", czyli trzeci tom "Kronik nierówności"

Gdyby ktoś mnie zapytał, za co kocham książki Marcina Szczygielskiego w pierwszej chwili pewnie nie potrafiłabym doprecyzować. To jak zapytać, za co kocham najbliższych mi ludzi. Przecież nie kocha się za coś, tylko pomimo, jak mawia mądrość ludowa.

Generalnie kocham prozę Marcina Szczygielskiego za to, że zawsze, ale to absolutnie zawsze, działa na mnie jak czarna dziura. Pochłania absolutnie, zasysa, nie pozwala się oderwać bodaj na moment. Daje mi też mnóstwo frajdy, wywołuje różne emocje w zależności od tematu, jest również odskocznią od wszystkiego. "Bingo" czytałam podczas uciążliwej podróży do Zakopanego. Ostatnie strony już w Zakopanem. Mój mąż doskonale zrozumiał mordercze spojrzenie, gdy o coś mnie wówczas zapytał. Czytanie ostatnich stron to świętość. I nie wolno wtedy przeszkadzać!


Dojrzewanie do poznania

Wychowanie w określonej kulturze, w kręgu określonych zasad społecznych wywołuje konieczność podążania ich głównym nurtem, co czasami koliduje z tym, co się czuje. Bo jeśli czuję, że wcale nie mam ochoty brać udziału w zbiorowych zachwytach (jak nie zachwyca?!), czy w zbiorowym wyznawaniu jakiejś wiary, to dlaczego mam brać w tym udział? Mądrość przysłów związana z tym mówi, o wspólnym krakaniu w gronie. Kiedyś to miało głębszy sens, brak chóralnego odzewu mógł wiązać się ze społecznym ostracyzmem, a nawet utratą zdrowia lub życia. Dziś zostaje tylko ostracyzm i pogardliwe splunięcie sąsiadki spod dwunastki. Tyle tylko, że można to mieć już gdzieś.

Gorzej, gdy własne wewnętrzne przekonania, zbudowane na przesłankach związanych z takim a nie innym doświadczeniem życiowym, powodują odpychanie podstawowej wiedzy o samym sobie. Można wtedy w bardzo krótkim czasie unieszczęśliwić nie tylko samego siebie, ale również wszystkich swoich najbliższych.


Błędny krąg własnych przekonań

Dziecko może tylko w jeden sposób interpretować nagłe zniknięcie rodzica: nie było kochane, nie było chciane. To jest ta najprostsza logika, której sile trudno się oprzeć. Tym trudniej, gdy wsparcie od drugiego rodzica jest znikome. Pewnie z tego powodu Paweł najbardziej lubił robić ojcu na złość. Wydawało się wręcz, że wszystkie decyzje, których ojciec na pewno by nie zaaprobował, sprawiały mu mściwą satysfakcję. Jak założenie rodziny w bardzo młodym wieku, gdy przed Pawłem było całe życie i cała możliwa kariera do zrobienia.

Spychanie prawdy o samym sobie też było pewnie częścią tych uwarunkowań. A może już tylko czymś, co Paweł sam w sobie nie chciał zaakceptować? Trudno powiedzieć do końca, na pewno jednak po parunastu latach małżeństwa, odchowaniu dorastającej córki, było dużym szokiem uświadomienie sobie samemu, że tak naprawdę woli mężczyzn.


Trudna droga do przebycia

W "Bingo" Marcin Szczygielski pokazuje percepcję takich przemian z perspektywy obydwojga małżonków. Anna żona Pawła nie zastanawia się zbyt mocno na temat ich niemalże nieistniejącego życia seksualnego, oddając całą swoją energię na pisanie scenariusza serialu, przy którym pracuje i swojej Książki. Myli przy tym prace badawcze do książki ze zwykłym podglądactwem i wścibstwem. To właśnie jej inicjatywa wypróbowania pewnej sceny łóżkowej "na żywo" staje się punktem zwrotnym w życiu małżonków.

Jednakże podglądanie sąsiadów z wnikliwą ocena sytuacji, jak się przynajmniej Annie wydaje, ma się nijak do obserwacji własnej rodziny. Anna nie zauważa zmiany, jaką wywołuje w Pawle jej "scena" z książki, nie dostrzega problemów, które zaczął w związku z tym przeżywać Paweł, i pewnie dlatego nie potrafi się do końca pogodzić z jego "decyzją".


Z dedykacją dla kobiet

Marcin Szczygielski zadedykował tę powieść kobietom, które same przeżyły podobną historię. Odkrywały w pewnym momencie swojego małżeństwa, że współmałżonek woli mężczyzn, że wszystko, co dotąd zbudowały w swoim życiu okazało się kłamstwem. Historia Pawła jest oczywiście jedną z wielu możliwych, ale zapewne także jedną z wielu, które mogły być czyimś udziałem.

I nie wątpię, że to musi być ogromna trudność znaleźć się w takiej sytuacji. Konieczność pogodzenia się z nią, a potem budowania życia na nowo jest kolejną trudną drogą do przebycia, po wydawałoby się największych życiowych komplikacjach. Jak dla mnie i dla wielu innych czytelników "Bingo" to kolejna świetna powieść ukochanego pisarza, powieść dodam, nieodmiennie wywołującą na zmianę a to uśmiech, a to jakieś refleksje, dla takich osób nie musi być kolejną zabawną opowieścią fikcyjną. Mam nadzieję, że może będzie próbą pokazania, że pomimo ciężaru tej sytuacji, można z niej wyjść obronną ręką. Że może, tylko może, będzie choć końcem pewnej epoki, również początkiem nowej, kto wie, czy wcale nie lepszej?



"Bingo" Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2015

Czytaj więcej

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Niezwykła kobieta, niezwykła opowieść. "Simona" Anny Kamińskiej

  Nie spodziewałam się takiej reakcji, bo i postać Simony Kossak dotąd była mi obca, jak i niespecjalnie interesowałam się rodem Kossaków, znając jedynie kilka literackich nazwisk wywodzących się z tej familii. Zresztą, nadal nie rozumiem fascynacji samą rodziną, jakkolwiek rozumiem już, dlaczego któryś z jej członków może być takowej przyczyną. W moim przypadku padło na Simonę, która okazała się postacią nietuzinkową i pełną sprzeczności. Pochłonęłam książkę Anny Kamińskiej z prawdziwą przyjemnością!


Być poetką czy malarką?

  Rodzina Kossaków miała z góry jasno określone wymagania wobec kolejnych członków rodziny: przypisywano im przyszłość albo pisarską, albo malarską. Simona miała być czwartym Kossakiem, a więc synem, a zatem koniecznie malarzem, który przejmie ojcowską spuściznę i wielopokoleniową tradycję. Sam fakt narodzin córki był wystarczającym rozczarowaniem, jej życiowe wybory zaś dla rodziny zupełną klęską.

  Być może z tego powodu Simona była traktowana przez matkę oschle, być może dlatego jej kolejne decyzje miały związek z tym, by nie podążać z góry ustaloną ścieżką. Nie zmienia to faktu, że Simona nie umiała trzymać pędzla, a gdy już wreszcie zdecydowała się pisać, były to sprawy związane z najważniejszymi dla niej istotami. Zwierzętami.

Simona Kossak i mieszkańcy Dziedzinki, źródło zdjęcia


Empatia do zwierząt

  Jej relacje ze zwierzętami od początku były inne. Dorastała z psami, interesowała się losem okolicznych zwierząt, ptaki, wiewiórki czy jeże, których było pełno wokół Kossakówki były dla niej większymi przyjaciółmi niż rodzina. Zresztą, w rodzinie Jerzego i Elżbiety Kossaków panowała tradycja zimnego chowu. Dziewczęta były wieczne pouczane i sztorcowane, nie miały prawa do głosu, czy swojego zdania. Wśród zwierząt Simona mogła być sobą.

   I dlatego nie powinno dziwić, że to z nimi związała całe swoje życie. Pierwsza, najważniejsza decyzja związana ze studiami była tą najtrudniejszą, ale późniejsze były jej konsekwencją. I Simona konsekwentnie realizowała swój plan na życie.


Pani na Dziedzińce

  Już po studiach przeniosła się do swojej pierwszej leśniczówki, zwanej Dziedzinką, nieświadoma faktu, że spędzi w niej resztę swojego intensywnego życia. Osiadła w Puszczy Białowieskiej, w środku niczego, bez prądu i wody. Zamieszkają z nią kruk, dzik, pies i okoliczne sowy. Puchówki będą się rozmnażały w filiżankach, a myszy polne będą się czuły, jak u siebie. Aż dziwne, że znajdzie się tam miejsce również dla człowieka.

  Jednak nawet miłość do mężczyzny, nawet odwiedzający ją goście, nie będą na tyle zajmujący co one, zwierzęta. Sporą część swojego czasu poświęci na badania nad sarnami, dzięki czemu zburzy dotychczasowy mit traktujący sarny jako szkodniki, inną na nagrania życia erotycznego owadów, będzie opowiadać zajmująco  w audycjach radiowych o bogactwie flory i fauny, poświęci całą swoją energię na ratowanie starych dębów. Będzie pierwszym, ważnym głosem w obronie zwierząt.


Czarownica z Puszczy Białowieskiej

  Dla jednych była krzykliwą wariatką, dla innych prawdziwą bohaterką w walce o życie zwierząt. Jedni jej nie znosili, inni wynosili nad poziomy. Potrafiła irytować, potrafiła ofiarować uczucie. Widziała świat w czarno-białych barwach, a jednocześnie miała w sobie wiele cierpliwości dla ukochanego mężczyzny. 

  Nazywano ją różnie, padło nawet słowo czarownica, w tamtych lasach, w tamtych czasach, ciągle wywołujące ciarki na plecach. Niezależnie od wielości i sprzeczności opinii na jej temat nie można odmówić jej tego, co najistotniejsze w życiu człowieka: żyła pełnią życia i swoich marzeń. Żyła po swojemu i z tego życia uczyniła niezwykłą i bogatą opowieść. Dajcie ją sobie opowiedzieć.



"Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" Anna Kamińska, Wyadwnictwo Literackie, Kraków 2015

data premiery: 18 czerwca



Czytaj więcej

czwartek, 21 maja 2015

Intrygujące nudziarstwo. "Moja walka. Księga 2" Karla Ove Knausgårda

Powstał w mojej głowie istny bałagan i pomieszanie, pomiędzy dzieciństwem Karla Ove Knausgårda, opisywanym w pierwszym tomie, a przynajmniej na etapie lektury na którym nadal jestem, a jego opowieścią o małżeństwie i rodzicielstwie, będących tematem tomu drugiego jego słynnej "Mojej walki". Wszystko za sprawą ogromnej dawki ciekawości, która jak wiadomo prowadzi na manowce, oraz otrzymania obydwu tomów niemalże jednocześnie, co sprawiło, że czytałam je na zmianę. Byłam naprawdę mocno zaintrygowana tym, co ma do zaoferowania Karl Ove Knausgård. Otrzymałam opisane w bardzo intrygujący sposób zwykłe, codzienne życie, w którym nie ma niczego, czego nie przeżywa na co dzień tysiące ludzi. Jego jedyna wyjątkowość polega  na tym, że naprawdę trudno odmówić norweskiemu pisarzowi warsztatu.


Reklama czy literacki opis rzeczywistości?

Podczas lektury drugiego tomu trudno nie zderzyć się ze szczegółowością opisów, jakie serwuje autor "Mojej walki". Tak oto idąc ulicą omawia szczegółowo mijanych ludzi, nawet jeśli nie zobaczy ich nigdy więcej, ubierając siebie, czy dzieci, opowiada dokładnie o zapinaniu zamka kurtki, zakładaniu czapki firmy X, czy szalika firmy Y. Każde zapalenie papierosa, każda banalna rozmowa, każda myśl, nawet gdy nie jest błyskotliwa, jest wnikliwie opisana. Chwilami zadawałam sobie pytanie: po co ja właściwie to czytam? 

Pierwsza refleksja? Nuda, nuda, jeszcze raz nuda i droga przez mękę. Refleksja druga pojawia się po przebrnięciu pierwszych dwustu stron, gdy zaczynam dostrzegać pewien urok tej opowieści, choć nie mogę powiedzieć, by mnie zaczarowała. Są momenty, gdy autor ma ciekawe przemyślenia odnośnie literatury, czy historii ludzkości. Marzenia o powrocie do XIX wieku wydają się uroczo chłopięce - odkrywanie świata, żegluga, praca własnych rąk. Jednocześnie nuży opisywana codzienność, w której mam wrażenie autor ma ambicję by oddać każdy szczegół, tudzież, reklamować używane produkty.


Małżeńskie i rodzicielskie dylematy

Ekshibicjonistycznie opisywane życie codzienne jest pełne opisów relacji z żoną, z dziećmi, czy z ludźmi, którzy mają jakieś znaczenie dla autora. Często jednak nie tyle ludzie mają dla niego znaczenie, co przeżywane sytuacje. Gdy jest sam nie ukrywa, że wszyscy ci, z którymi spędzał czas, którymi sprawami się przejmował, teraz nie mają dla niego już żadnego znaczenia. Z jednej strony jawi się jako ogromny megaloman, narcyz i krytykant rzeczywistości, z drugiej jako wrażliwy ojciec, pisarz łaknący poklasku,  czy zakochany w żonie mąż.

Opisywane życie codzienne ma swoje blaski i cienie, jak w wielu rodzinach. Jednak Karl Ove Knausgård przede wszystkim przyznaje się do tego, co większość z ludzi woli przemilczeć. Często daje upust uczuciu, że dzieci są obowiązkiem, choć bardzo je kocha i na ogół lubi spędzać z nimi czas. Myśli o sobie i wielu innych ojcach jako o sfeminizowanych tatusiach, z obosieczną pogardą. Daje upust wszelkiej frustracji codziennej, nie bez rzeczowych argumentów odnośnie swoich uczuć, a jednak często kompletnie nijakich i związanych z tym, że życie pełne jest obowiązków i godzenia się na kompromisy. 

Wyraźnie też ukazuje swoje oblicze hipokryty krytykując to jak wszystko stało się publiczne, jak gwiazdy opowiadają o swoich rodzinach, porodach i macierzyństwie obnażają intymne szczegóły, jednocześnie popełniając obszerne dzieło obnażające nie tylko jego samego, ale także całą jego rodzinę. 


Zagadka popularności

O książce czytałam całkiem sporo entuzjastycznych wypowiedzi. Reklama i rozgłos jak na powieść autobiograficzną, były naprawdę ogromne. Gdy przeczytałam drugi tom, dość zmęczona i raczej zniechęcona, zastanawiałam się nad tym fenomenem. Wszak cały cykl ma wielu czytelników. Widziałam nawet wpisy dotyczące kolejnych ksiąg, bowiem niektórzy czytają kolejne tomy w oryginale lub po angielsku, niecierpliwi w oczekiwaniu na tłumaczenie.

Być może odpowiedzią na to pytanie jest niebywały talent Knausgårda do opisywania nawet najmniej interesujących szczegółów z życia codziennego w sposób bardzo zgrabny i powodujący, że pomimo znużenia chwilami trudno nie dać się wciągnąć w lekturę. Myślę, że ładnie podsumowuje to opis rozmowy w powieści z jednym z przyjaciół autora, który stwierdza, że Knausgård nawet z wyprawy do toalety zrobiłby taki opis, że czytelnicy by się wzruszali. To oczywiście spora przesada, ale trzeba przyznać, że coś jest na rzeczy.

Problem jednak w tym, że nawet największy talent i najlepszy warsztat literacki nie zmienią zwykłego, codziennego życia w emocjonująca fabułę, przynajmniej, nie dla tej czytelniczki. 



"Moja walka. Księga 2", Karl Ove Knausgård, przełożyła Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Czytaj więcej

poniedziałek, 18 maja 2015

Podwójna dawka. "Koronkowa robota" Pierrre Lemaitre

Pierre Lemaitre jest pisarzem, o którym trudno powiedzieć wybitny, czy fascynujący. Właściwie podczas większej części lektury można zachodzić w głowę, czym ma się wyróżniać jego książka? ot kryminał, jak kryminał. I wtedy przychodzi moment zwrotny w fabule. I wtedy już jest wszystko jasne, nawet gdy oczekiwanie na coś niezwykłego wiązało się z koniecznością zapoznania z początkowo dość banalną sprawą kryminalną.

Literackie tropy


Prezentacja kolejnego rodzaju mordercy w powieści detektywistycznej wydaje się wymagać coraz większej oryginalności ze strony autora. Zagęszczenie tropów, zawężanie kręgu poszukiwanych, szukanie motywacji, wreszcie, być może inspiracji? Bo jak się okazuje, w tej sprawie nie ma typowych rozwiązań, a powiązania literackie, jakie odkrywa przypadkowo komisarz Verhoeven, początkowo dość paradoksalnie traktowane, okazują się być strzałem w dziesiątkę.

Trudniej jest wykryć mordercę, który tak wiernie kopiuje klasyczne dzieła z nurtu powieści kryminalnych, jeszcze szybciej wymyka się on policji, gdy jego obszar działań to nie tylko paryskie ulice. Sprawy nie ułatwia pewien wyjątkowo uprzykrzający życie dziennikarz, którego wiedza o kulisach śledztwa zaskakuje wnikliwością. Coś tu jest zdecydowanie nie tak, jak być powinno.


Mały detektyw


Komisarza Camille'a Verhoevena trudno jest zapomnieć. Obdarzony niezwykłą intuicją śledczą policjant jest nietuzinkowy nie ze względu na wyjątkową inteligencję, czy nawet na zdolności plastyczne, ale przede wszystkim z powodu wyróżniającego w tłumie wzrostu, ledwie ponad stu czterdziestu centymetrów. Co nie zmienia faktu, że radzi sobie z tym najlepiej z możliwych sposobów. Złośliwe komentarze ignoruje, codzienne życie zorganizował sobie z uwzględnieniem każdego drobiazgu. Dopiero pojawienie się Irene zmienia w nim bardzo wiele.

Miłość i małżeństwo wpływają na sposób myślenia komisarza, ale nie powodują, że praca przestaje być dla niego  najważniejsza. Irene w zaawansowanej ciąży czuje się coraz bardziej zaniedbywana, a Camille coraz mocniej zaabsorbowany sprawą "Literata", jak ochrzciła mordercę prasa.


Fabularne koronki


Gdy czytałam "Alex", w Polsce opublikowaną jako pierwszą część trylogii o komisarzu Verhoevenie, miałam różne założenia odnośnie dalszych losów porwanej kobiety, na temat jej charakteru i ostatecznie wydawało mi się, że jestem w stanie przewidzieć ciąg dalszy fabuły. Zostałam wówczas naprawdę mocno zaskoczona przez autora: jego rozwiązania fabularne były dalekie od moich założeń.

Gdy wzięłam do ręki "Koronkową robotę" znałam jej finał: trudno było nie znać po lekturze dwóch następujących po niej tomów. A mimo to Pierre Lemaitre zaprezentował tu po raz kolejny niezwykłą dbałość o szczegóły fabularne, które ponownie obaliły moje przypuszczenia i udowodniły ową niezwykłość w pisarstwie Pierre Lemaitre'a.


Szczęśliwcom, którzy nie znają jeszcze komisarza polecam skorzystać z okazji i poznać trylogię od początku, czyli do "Koronkowej roboty", a potem dać się zaskoczyć w "Alex", by na koniec zastanowić się kto jest tak naprawdę "Ofiarą" w trzecim tomie. W mojej opinii to jest idealny przykład lektury jednocześnie intrygującej i na tyle ciekawie napisanej, że zapewnia całkiem niezłą rozrywkę.


"Koronkowa robota" Pierre Lemaitre, przełożyła Joanna Polachowska, Muza, Warszawa 2015

Data premiery: 20 maja
Czytaj więcej

wtorek, 5 maja 2015

Na pomoc czworonożnym. "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" Jamesa Herriota

  Weterynarz to lekarz, którego odwiedzamy najczęściej. Przy piątce Potworów to nieuniknione. Nieuniknione stało się również to, że nasze relacje z czasem zaczęły być coraz bardziej przyjacielskie. Bywa to komiczne, gdy wchodzimy z trójką psów na ten przykład, a pani weterynarz od progu wie, że tylko jedno przyszło z potrzeby, a reszta dla towarzystwa. Ciekawa jestem, czy każdy pies tak ciągnie do miejsca,w którym kłuto go tysiące razy, zmuszano do stania podczas żmudnego strzyżenia i wreszcie, gdzie zaglądano mu w takie miejsca, o których dżentelmen nigdy nie wspomina w towarzystwie. A jednak. Weterynarz to dla nas trochę jak przyjaciel. I druga rodzina.

I już wiadomo, co mnie podkusiło by poznać "Jeśli tylko potrafiłyby mówić"?



Młodym pacholęciem będąc

Wyobrażenie o wykonywanym zawodzie w momencie podejmowania jego praktyki może okazać się bolesnym upadkiem na ziemię. Mniej więcej podobne przeżycie spotyka młodego Jamesa Herriota, gdy podczas studiów, po dniu pełnym wykładów o koniach, napotkanego w drodze powrotnej z zajęć, czekającego spokojnie na ulicy konia (mowa o latach 30-tych ubiegłego wieku, gdy jeszcze można było spotkać na mieście bryczki konne) próbuje..przebadać. Domyślam się, że znalezienie się w centrum uwagi przechodniów, narażenie na krzyki właściciela, a wreszcie, wstydliwe znalezienie się w pozycji co najmniej.. rozbrajającej nie mogło być zabawne dla Herriota. Niewątpliwie, było zabawne dla całej reszty.

Opowieść "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to pod płaszczykiem humoru sytuacyjnego dość prawdziwa w wydźwięku opowieść o zmaganiach młodego weterynarza wiejskiego z realiami jego zawodu. Zawodu nieco trudniejszego od tego uprawianego w mieście, gdzie oprócz walki z chorobami zwierząt i niepewnością odnośnie diagnozy, trzeba również zwalczać uprzedzenia ich właścicieli.


Blaski i cienie

Dodatkową trudnością jest przełamywanie własnych barier i lęków, gdy trzeba interweniować podczas trudnego porodu cennej krowy, gdy trzeba zdecydować o śmierci zwierzęcia, bo ktoś haniebnie zaniedbał opiekę nad nim, gdy spędza się kolejną noc w zimnie, wilgoci i na podłodze, bo cielątko źle się ułożyło i trzeba mu pomóc w wydostaniu się na świat.

Blaski pracy weterynarza objawiają się w najmniej spodziewanym momencie. Radość, gdy kolejne maleństwo przyjdzie cale na świat i dzielnie potruchta do zmęczonej porodem matki. Zachwyt nad pięknem poranka po ciężkiej nocy, ponieważ na wsi nie mają one sobie równych. I wreszcie stwierdzenie, że to jednak była najlepsza decyzja w życiu.


Zabawne życie młodego asystenta

Jednak nie tylko zwierzętami młody weterynarz żyje. Gdy Herriot rozpocznie pracę asystenta u doktora Siegrieda Farnona jego życie zacznie zmieniać się w niekończący się ciąg komicznych sytuacji. A to będzie świadkiem braterskich potyczek, nietypowego prowadzenia księgowości, czy dziwnych relacji międzysąsiedzkich. Wisienką na torcie będzie zażylość z pewną ekscentryczną damą, traktującą swojego pieska niczym małe, rozpieszczane dziecko.

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to lekka w odbiorze, przyjemna w lekturze i momentami całkiem pouczająca lektura. Zapewniam, że nie tylko dla, jak to mawia moja mama, takich "manjaków zwierząt", jak ja.



"Jeśli tylko potrafiłyby mówić", James Herriot, przełożyli Irena Doleżal - Nowicka, Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Czytaj więcej

piątek, 1 maja 2015

Ekshibicjonistycznie, czyli Liebster Blog Award

Szanowni Państwo!
Wychodząc naprzeciw potrzebom czytelników znudzonych tematyką książek niniejszym oddaję na pastwę komentarzy poniższy tekst.
Jak to mawia młodzież: endzioj!

---

Czyż można się oprzeć możliwości mówienia o swoich preferencjach, ulubieńcach i wyborach? Nie można, absolutnie nie można! Przy okazji mogę poudawać, jakiego to mam fajnego bloga, który dostał w końcu:


Magda, dziękuję za wyróżnienie!

Oto pytania, jakie zadała mi Magda, autorka bloga Mania czytania i moje odpowiedzi:

1. Która książka o II wojnie światowej zrobiła na Tobie największe wrażenie?

I tu mam zagadkę. Chodzi o książkę historyczną? Wspomnieniową? Powieść, która rozgrywa się w tym czasie? Hm..

Bo jeśli to o powieść chodzi to wybór jest dla mnie oczywisty i pada na "Wybór Zofii". O tym dlaczego to taka ważna powieść dla mnie pisałam już tutaj, ale chętnie powtórzę parę słów uzasadnienia.
Przede wszystkim jest genialnie napisana. Tak, tak drogie dzieci, Styron wielkim pisarzem był. Mogłabym tu popaść w egzaltację i dać się ponieść zachwytom, ale ogólnie, nie lubię takich tanich chwytów, a szczególnie nie chcę tego robić wobec naprawdę dobrych pisarzy. Po drugie historia jest tak skonstruowana, że nie posiadając wiedzy na temat fabuły tej powieści, nawet nie jesteśmy świadomi tego, jak krętymi ścieżkami narracja poprowadzi nas właśnie w okres II wojny światowej i przeniesie prosto do obozu koncentracyjnego.. Kto czytał, ten wie, kto jeszcze nie zna: polecam bez zastanowienia. To nie jest powieść, po której stwierdzicie, że straciliście czas, nawet jeżeli nie do końca przypadnie do Waszego czytelniczego gustu.

2. Jakim jesteś czytelnikiem - wiernym wybranemu gatunkowi, czy pozwalasz sobie na skoki w bok?

Ujmę to tak: jestem czytelnikiem! Czytam więc wszystko, wszystko, co wpadnie w moje ręce, o ile spełnia moje wymagania. Gatunek jest takim najmniej istotnym szczegółem, bo przeczytam nawet coś z literatury środka, o ile jest dobrze napisane.

3. Czy lubisz literaturę non-fiction? Jeśli tak, poleć mi jeden tytuł :)

Lubię! Od razu polecam zatem:
"Jutro przypłynie królowa" Macieja Wasielewskiego
"Gottland" Mariusza Szczygła
"Kontener" Wojciecha Tochmana i Katarzyny Boni

I przepraszam, że aż trzy, ale wybrać jeden.. to za trudne!

4. Z którym bohaterem, bohaterką spędziłabyś /spędziłbyś wakacje? I nie, nie chodzi mi o książkę, którą ze sobą zabierzesz, tylko 'realnego' towarzysza :)

Jestem sobkiem, odludkiem i nie lubię typowej niezobowiązującej paplaniny. Na wakacje zabieram tylko Włóczykija.


5. Czy wolisz grube, opasłe tomiszcza, czy raczej cienkie 'jednorazówki'?

Nie, nie lubię. Kocham miłością nieodwzajemnioną grube tomiszcza. A te próbują mnie zabić spadając mi na głowę. Bywa.

6. Literatura jakiego kraju to dla Ciebie 'terra incognita'?

Gdy wybierałam się do Wietnamu uświadomiłam sobie, że nie znam żadnego wietnamskiego utworu, ani autora. Najbardziej przykre jest to, że mimo wizyty i obietnic wewnętrznych, że to nadrobię, nadal nie posiadam wiedzy w tym temacie. 

7. Którą z nagród literackich najbardziej cenisz i odgrywa ona jakąś rolę w doborze Twoich lektur?

Jeśli mam być szczera to żadnej nie cenię. Do pewnego czasu też niewiele znałam. Jak łatwo się domyślić, nie mają one wpływu na moje wybory literackie. Chociaż kiedyś miałam ambitny plan, by poznać wszystkich noblistów, ale nie udało mi się tego dokonać i z czasem zupełnie mi przeszła na to ochota. Poznać dobre książki, to najważniejszy cel czytelniczy.

8. Ranek czy wieczór - która pora lepsza na czytanie?

Każda pora dnia jest idealna. Rano przy kawie, w pociągu w drodze do pracy, w pracy ukradkiem, gdy nikt nie widzi, po pracy a potem przed snem. Absolutnie każda. Mówiłam już, że jestem molem książkowym? Naprawdę nim jestem.

Tak, to ja na tym zdjęciu. Na jakimś pikniku zdaje się. Czytało się świetnie w każdym razie :)

9. Czy lubisz imprezy 'okołoksiążkowe' - targi, spotkania autorskie?

Targi: tak, bardzo! Choć sama nie wiem dlaczego tak naprawdę. Pojawia się tam tłum ludzi, jestem ciągle przez kogoś zaczepiana, nie mam czasu, by spokojnie pooglądać stoiska wydawnictw i zaczepiać tych ludzi, których sama chciałabym zaczepiać (np. Marcina Szczygielskiego), na dodatek kolejki do bufetu są zatrważająco wielkie i nie ma gdzie usiąść, by spokojnie zjeść. Nie, nie wiem dlaczego lubię Targi Książki.
Spotkania autorskie? O ile jest to spotkanie z Martą Kisiel to tak!



10. Polscy autorzy - za czy przeciw?

I tu by się przydała jakaś tuba, trąba jerychońska, coś..
ZA!
Absolutnie i w ogóle nie rozumiem, w swoim małym zablokowanym i zafiksowanym na punkcie polskiej literatury, móżdżku, że niby jak to przeciw? (ale po chwili otrzeźwiają mnie takie nazwiska jak Katarzyna Michalak i już rozumiem, skąd to "przeciw")
Ogólnie oczywiście, że za! Jeśli ktoś uważnie przygląda się moim wpisom to łatwo odnotuje, że 90% z nich dotyczy literatury polskiej. Kocham, wielbię i czczę i nad poziomy wynoszę. Gnioty obsmarowuję z całą siłą swojego do nich uczucia. Żeby nie było, że niby nieobiektywna jestem.

11. Czy jest pisarz, którego wszystkie książki przeczytałaś / przeczytałeś?

Obawiam się, że jest nawet wielu takich pisarzy. Ostatnio na przykład, gdy dorwałam się do książek Katarzyny Puzyńskiej to przeczytałam wszystkie. Przeczytałam i na pewno przeczytam wszystko, co napisze Marta Kisiel. "Dożywocie" to chyba znam na pamięć..Znam wszystkie (a przynajmniej wszystkie dotąd przetłumaczone) powieści Majgull Axelsson, Johna Greena, czy Irvina D. Yaloma. Mam taką zasadę, żeby mieć na półce przynajmniej jedną nieprzeczytaną powieść ulubionego autora. Tak jest z Joanną Bator, Elżbietą Cherezińską, Jerzym Pilchem, Marcinem Szczygielskim, Jackiem Dehnelem... Mogłabym wymieniać w nieskończoność. Zasada przestaje obowiązywać, gdy mnie tęsknota za mocno zżera.



I to by było na tyle jeśli chodzi o odrobinę mentalnego ekshibicjonizmu. Za uwagę dziękuję, do zabawy zaś zapraszam wszystkich chętnych sugerując odpowiadanie na pytania Magdy, które jak się okazało, wcale nie były takie proste.

Czytaj więcej

niedziela, 26 kwietnia 2015

"Nie lubię dzieci!", czyli moje swobodne refleksje o..

źródło zdjęcia
Śniło mi się coś bardzo złego i jednocześnie absurdalnego, co sprawiało, że miałam pewność, że to sen i tym się uspokajałam w trakcie jego trwania. Później się okazało, że to jednak nie sen i naprawdę zła literatura zatacza coraz szersze kręgi.. Jakkolwiek zawsze mnie cieszyło, gdy ktoś czytał nawet romansidła, tak czytelnicy Katarzyny Michalak zaczynają mnie autentycznie przerażać.

I nie, nie chodzi o to, że Katarzyna Michalak nie potrafi pisać, że traktuje karykaturalnie zarówno język polski, jak i zasady pisowni. Pal licho to wszystko! Chodzi o to, że Katarzyna Michalak propaguje krzywdzące stereotypy i pokazuje jakiś absurdalny świat, który z rzeczywistością, rzekomo odwzorowywaną w jej książkach nie ma nic wspólnego. A jej czytelniczki uważają, że to takie prawdziwe, takie życiowe! Przerażenie w oczach..

Nie oddam dzieci! to kolejny tytuł, który wpisuje się w nurt omówiony powyżej. Otóż pozornie mamy tutaj kolejną łzawą i rzewną historię, której celem jest:
a) wywołanie wzruszenia i prawdziwych łez
b) pouczenie debili prowadzących samochód po środkach odurzających, że są debilami

Zanim omówię dokładnie podpunkt a) chciałabym, żeby nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że odnośnie podpunktu b) podajemy sobie z autorką zgodnie dłonie. Absolutnie zgadzam się i popieram z całego serca!

Wracając jednakże do a) - czy to naprawdę musiało być przedstawione w tak szmatławej formie, że nawet "Fakt" by tego nie opublikował? Tak, rozpacz chwyta, że opublikowało WL. Spuśćmy na to zasłonę milczenia (z zażenowania).

Poniżej podaję szczegółowe wyjaśnienie dlaczego Nie oddam dzieci! jest złą książką. Ponieważ przedstawię dokładnie jej treść proszę nie czytać, jeżeli chcecie najpierw samodzielnie ją poznać. Jeżeli jednak nie chcecie poznać tego "dzieła", a chcecie zrozumieć dlaczego to zło w najczystszej postaci (aczkolwiek kłóciłabym się, czy trylogia kwiatowa nie jest większym złem) zapraszam do lektury!

Osią fabularną są wydarzenia po wypadku, w którym zginęła żona i trzyletni synek powszechnie znanego i lubianego chirurga Michała Sokołowskiego. Przy życiu zostaje jedynie niedonoszone przez zmarłą dziecko, które ratownicy cudem ratują wykonując na martwej kobiecie natychmiastową cesarkę. Przemilczę na ile takie wydarzenie jest realne, załóżmy, że takie cuda się zdarzają.

A zatem przy życiu zostaje nowo narodzony Staś, a w domu czeka na rodziców jeszcze dwójka starszych dzieci. Michał, jak łatwo się domyślić, popada jednak w rozpacz, ma sobie za złe, że nie zajmował się rodziną jak powinien, zarzuca sobie i światu mnóstwo błędów i oczywiście czuje się winny. I konsekwentnie do tego poczucia winy robi dokładnie to samo: zaniedbuje pozostałe przy życiu dzieci, oddaje się rozkoszy rozpaczania po zmarłej żonie, zalewając smutki, jak to w Polskie tradycji szlacheckiej bywa, wódką. W domu przez kolejne tygodnie zaczyna panować chaos, nieład (brud i smród kolokwialnie rzecz ujmując), oraz uciążliwy i nieustanny płacz niemowlęcia.

W każdej, normalnej rzeczywistości, istnieje taka komórka społeczna jak rodzina. Rodzina, która próbuje pomóc, wspiera podczas tego trudnego okresu żałoby, pomaga w zajmowaniu się dziećmi itd. Rodzina Michała Sokołowskiego, ponieważ wykreowała ją Katarzyna Michalak, nie reaguje jak te, znane nam z rzeczywistości. W reakcjach zarówno rodziców zmarłej żony, jak i rodziców samego Michała możemy odnotować: najpierw wściekłość, bo Michała do domu podwiozła stażystka, co jest oczywistym dowodem na to, że facet się kurwi (pardą, ale to cytat), potem wyrzucanie win i przewin, zamiast wsparcia, a na koniec stwierdzenie, że skoro Michał nie może się otrząsnąć z rozpaczy to ma już depresję i powinien się leczyć. Parę dni po wypadku dodam, gwoli ścisłości.

Ponieważ Katarzyna Michalak nigdy nie przygotowuje się do tego, o czym pisze, a więc jak wspomniałam powyżej, powiela jedynie krzywdzące stereotypy, chciałabym wszystkim czytelniczkom Katarzyny Michalak wyjaśnić, co następuje:

Depresję kliniczną oczywiście można zdiagnozować także u osoby, która przeżywa żałobę, ale na pewno nie po paru dniach od zdarzenia!, a oprócz tego warto wiedzieć, że proces żałoby, przeżytej "prawidłowo" nie musi jej wywoływać, a wręcz pomaga w pogodzeniu się ze stratą.

Żałoba po śmierci ukochanej osoby, bez diagnozowania o depresji i innych powikłaniach może trwać do rok czasu. Powtórzę: rok czasu = dwanaście miesięcy. Gdy żałoba trwa dłużej, powoduje coraz więcej niepojących zachowań, można mówić o jej powikłaniach i być może depresji.

Dziękuję za uwagę.

Podsumowując ten fragment:
- Katarzyna Michalak kreuje postać, która kocha swoją rodzinę, ale ją zaniedbuje, po śmierci żony i synka nadal kocha i zaniedbuje, tylko teraz ma na to usprawiedliwienie: rozpacz
- Katarzyna Michalak kreuje rzeczywistość, w której żałoba, stan naturalny po śmierci ukochanej osoby, klasyfikuje się do leczenia psychiatrycznego
- Katarzyna Michalak kreuje rzeczywistość, w której najbliższa rodzina zostawia zrozpaczonego nie tylko samemu sobie, ale jeszcze dorzuca mu powody do dodatkowej rozpaczy

Jednakże to dopiero część tej historii.

Zatem Michał został sam z trójką nieletnich dzieci. Rodzina, która się na nim najpierw wyżyła niby nieśmiało próbuje jednak gdzieś tam okazać chęć pomocy, ale to jakaś sugestia narratora, bo w fabule to przeoczyłam (ale szczerze mówiąc przeoczyłam też, że umierająca Marta niby starała się, żyć jak najdłużej, żeby dzieciątko ratować, podczas gdy w opisie jej śmierci niczego takiego nie ma, ale potem narrator chętnie nam to dopowiada). Michał ma kilka dodatkowych problemów, oprócz pozostania samotnym i nieszczęśliwym ojcem. Pierwszym jest to, że wokół jego domu roi się od dziennikarzy, wietrzących za sensacją, kolejnym, pojawienie się napalonej (to też cytat) opiekunki do dzieci, której ambicją jest zostanie drugą panią Sokołowską. Ponieważ subtelność jest jej kompletnie obca robi to w jedyny znany sobie sposób, a więc demonstrując swój potężny biust w coraz obciślejszych bluzkach.

(Przepraszam, muszę: owdowiały chirurg, na którego czyhają hieny dziennikarskie i napalona dziewoja! czyż to nie idealny tytuł do "Faktu"?)

Oprócz tych dwóch wymienionych jest także ten najistotniejszy: morderca jego rodziny, którego Michał nomen omen uratował nie wiedząc jeszcze kogo zabił jego pacjent, a którego później sam chciał zabić wiedziony żądzą zemsty, "popełnia" samobójstwo w więziennym szpitalu. Michał jest więc teraz podejrzanym, choć prokuratura skwapliwie przyjęła wersje z samobójstwem. Jednakże prokuratura prokuraturą, ale opinia społeczeństwa wszak bardziej się liczy. I tak oto z dnia na dzień szanowany i lubiany chirurg bardzo szybko staje się publicznie napiętnowany, sprowadzony do pozycji nic nie wartego pijaczka, który na dodatek niedługo po śmierci żony zabrał się za obmacywanie innej kobiety. Bo taką opinię wystawia mu wyrzucona z dnia na dzień napalona opiekunka.

Podsumowując ten fragment:

-Katarzyna Michalak kreuje rzeczywistość, w której znany lokalnie chirurg jest postacią wywołującą zainteresowanie ogólnokrajowej prasy i telewizji
- I w tej rzeczywistości ten znany i lubiany chirurg, któremu tyle osób zawdzięcza tak wiele, skwapliwie zostaje napiętnowany przez sąsiadów, szybko zrzucony z piedestału i prędko oceniony jako ten zły, zły, najgorszy, choć jeszcze tutaj nikt dotąd nie zapytał, jak się mają dzieci

A właśnie. Dzieci.
Jak wiadomo Katarzyna Michalak kultywuje rozmnażanie niczym jakieś bóstwo. Dzieci to dobro i w ogóle, rozmnażajcie się. Gdy zatem czytamy jak te dzieci są traktowane przez owdowiałego ojca, wydaje się nam, że to niemożliwe, żeby taką rzeczywistość wykreowała ta wspaniała i ciepła autorka. A jednak proszę państwa, oto fakty z jej najnowszej powieści:

- Michał kompletnie zapomina o tym, że ma jeszcze jedno dziecko, to cudem uratowane z wypadku:

 – Tatusiu, a ten dzidziuś? On też zginął? – Przeniosła spojrzenie na ojca.
Boże, dziecko! Zapomniał o dziecku, które udało się ratownikom ocalić!


- wyżywa się na dzieciach

Chciał chwycić dziecko za ramiona i potrząsać nim, aż by umilkło. Choćby miała odpaść mu główka! Choćby miał je zabić! Ale był jeszcze na tyle przytomny, że zamiast tego zacisnął palce na łóżeczku i... trzymał. Z całych sił trzymał, aż knykcie stały się kredowo białe.
– Zamknij się!!! – ryknął nagle na całe gardło. – Zamknij się, słyszysz?!
Dziecko zakrztusiło się łzami i umilkło. Michał za plecami usłyszał cichy jęk. Odwrócił się gwałtownie.
W drzwiach sypialni stał Zbynio, wpatrzony w ojca obłąkanymi ze strachu oczami. Spodnie od piżamki nagle mu zwilgotniały, a wokół nóżki zaczęła rosnąć kałuża moczu. Maja stała tuż za bratem, blada jak ściana, i...również patrzyła na ojca
.

- okrutnie okłamuje

– Tatusiu... – usłyszał szept Zbynia. Posłał dziecku zmęczone spojrzenie. – Kiedy wróci mama?
Nie. To było nie do zniesienia.
– Jutro – rzucił przez zaciśnięte zęby, przeszedł do salonu, wyciągnął z barku butelkę wódki, nalał pół szklanki i wypił do dna jednym haustem.


- wreszcie zaniedbuje je do tego stopnia, że nie zauważa ani tego, że głodują, że sześcioletni synek nie radzi sobie z emocjami, ani tego, że dzieci żyją w ogromnym strachu, że rodzina zostanie rozbita przez jego zachowanie.

Powyżej opisane sytuacje dotyczą trójki dzieci: trzynastoletniej Mai, sześcioletniego Zbynia i noworodka, Stasia. Dzieci, które z dnia na dzień straciły matkę i brata, a kochający tatuś zafundował im prawdziwą jazdę bez trzymanki.


Nie wiem dlaczego ta książka w mojej głowie funkcjonowała jako Nie lubię dzieci!, chociaż tytuł mówi o ich nie oddawaniu. To tytułowe "nie oddam", jak można się łatwo domyślić, wiąże się z tym, że pewnego pięknego dnia zły świat, a dokładnie zła siostra zmarłej żony, chce odebrać zrozpaczonemu ojcu dzieci.

Pewnie myślisz, drogi czytelniku, został przeprowadzony wywiad środowiskowy, w domu zawitała opieka społeczna, ojciec został poddany wnikliwej obserwacji, stąd cały dramat z odbieraniem dzieci! Cóż, poprawka, to jest świat wykreowany przez Katarzynę Michalak! Nie ma żadnego wywiadu środowiskowego, żadnych odwiedzin opieki społecznej, żadnych badań. Rodzina postanawia odebrać ojcu dzieci, bo tak, bo on sobie nie radzi, bo jest w depresji, a oczywiście sąd taki pozew naturalnie rozpatruje, bez żadnych dowodów, badań i orzeczeń specjalistów.

Nie chcę udawać, że znam się na prawie rodzinnym, ale nawet laikowi coś tu bardzo, ale to bardzo zgrzyta.

Idąc jednak dalej, czytając jak Michał traktuje swoje dzieci, jak nie potrafi być dla nich nie tylko dorosłym opiekunem, ale nawet nie potrafi kochać swoich dzieci na tyle, by im pomóc w rozpaczliwej sytuacji, zaczynamy odnosić wrażenie, że taki ojciec chętnie pozbędzie się ciężaru i pozwoli, by dziećmi zajęła się rodzina żony. Nie, jednak Michał nie może oddać dzieci! Dlaczego? Bo wkroczyła siła wyższa, a dokładniej, zmarła żona objawiła się mężowi i zakazała oddawać dzieci.

Podsumujmy: Michał ma dość własnych dzieci, źle je traktuje, nie dba o nie, ale przyrzeka zmarłej żonie, że na pewno ich nie odda. Czy muszę mówić, że cała rozprawa sądowa zajęła autorce kilka stron? Bo chyba oczywiste jest, że Michał nie odda dzieci, prawda?

Całą resztę przemilczę..

Chciałabym tylko usłyszeć odpowiedź od (dorosłych dodam) czytelniczek Katarzyny Michalak, co w tej powieści, oprócz wypadku i żałoby, jest takie życiowe i prawdziwe?



Nie oddam dzieci!, Katarzyna Michalak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015
Czytaj więcej

sobota, 11 kwietnia 2015

Żyć innym życiem. "5 sekund do Io" Małgorzaty Wardy

  Temat strzelanin w szkołach jest w ostatnich latach mocno aktualny. Bolesne jest to, jak często się zdarzają, bolesne są ich skutki i najtrudniejsze jest prześledzenie tego wszystkiego, co je poprzedzało.  Mnóstwo pytań, na które odpowiedzi ciągle przynależą do sfery domysłów.

Strzelanina w szkole jest punktem wyjścia do wydarzeń w powieści Małgorzaty Wardy. Jest także punktem zapalnym i właściwie to ona dzieli życie Miki na przed i na po. Przed podjęciem decyzji o współpracy z policją, by pomóc w poszukiwaniach nastoletnich graczy pochłoniętych rzeczywistością nowoczesnej gry w technologi Work a Dream i po podjęciu tej decyzji, która zmieniła wszystko.



Dwa światy

  W pierwszym z nich Mika Landowska przeżywa trudne chwile. W tak młodym wieku życie doświadczyło ją wystarczająco boleśnie: straciła obydwoje rodziców, została rozdzielona z siostrą, w rodzinach zastępczych nie ułożyło się. Teraz życie zaserwowało jej kolejną trudność, jaką jest szkolna strzelanina. To wystarczająco dość jak na jedną dorosłą osobę, dla młodej osoby to krok nad przepaścią tłumionych emocji. A Mika w tym jest właśnie perfekcyjna, w tłumieniu swoich emocji.
 
W drugim ze światów, wykreowanym na potrzeby gry komputerowej, w której de facto "pracuje" jako swoisty szpieg, tak idealnie odwzorowującej rzeczywistość, że można pomylić je ze sobą, Mika ma szansę poznać kogoś nowego, zaprzyjaźnić się, przynależeć do jakiejś grupy. Nareszcie żyć innym życiem. Może nawet zapomnieć, po co tak naprawdę dołączyła do graczy?


Cienka granica

  Powoli staje się jasne, że rzeczywistość odtworzona w grze niesie ze sobą spore niebezpieczeństwo. Gra wyraźnie ma wpływ zarówno na sferę psychiczną, jak i fizyczną graczy. Mika odkrywa kolejno coraz więcej faktów związanych zarówno z samą specyfiką gry, jak i z jej własnym życiem, tym realnym, tym porzucanym na rzecz przebywania na księżycu Jowisza, Io. Bo jak się okazuje, informacje jakie jej przekazano odnośnie misji na Io są rozbieżne z rzeczywistością, a czynnik motywacyjny, który miał Mikę zachęcić do współpracy, okazał się być kłamstwem.

 Jednak mimo swojej zdolności do obserwacji i odsłaniania kolejnych machinacji twórców gry, Mika nie dostrzega, jak cienka jest granica pomiędzy grą a uzależnieniem od niej, pomiędzy jej odczuciami odnośnie rzeczywistości za oknem i tej wykreowanej w grze. Gdy do tego dochodzą tak liczne tęsknoty, jakie odczuwa dziewczyna, łatwo wpaść w potrzask, który wykreował ktoś nieco sprytniejszy..


Tego się nie robi czytelnikowi

  O tym, że 5 sekund do Io to pierwsza część zapowiadanego cyklu dowiedziałam się za późno. Za późno, bo już skończyłam czytać powieść z ogromnym poczuciem, że coś jest nie tak. Że to niemożliwe, by autorka w taki właśnie sposób zamknęła fabułę, z jednym wielkim znakiem zapytania i odczuciem, że to nie mogło się tak skończyć! Podążając tym tropem odkryłam tę pułapkę, w jaką wpadłam wbrew własnej woli i cóż.. stało się, zaangażowałam się i chcę znać dalsze losy Miki.

 Prosty sposób na wiernego czytelnika: wypuścić pierwszy tom cyklu i kazać czekać.
Cóż. To czekam. Niecierpliwie.



5 sekund do Io, Małgorzata Warda, Media Rodzina, Poznań 2015

Czytaj więcej

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Zjadliwa Masłowska, czyli "Więcej niż możesz zjeść"

Tysiąc pięćset porad jak pozbyć się cellulitu.
Sto zasad poprawnego współżycia w społeczeństwie.
Zestaw porad jak być najlepszym kochankiem/kochanką, kurs asertywności gratis.
No i jeszcze schudnij z najlepszą trenerką fitness (danego sezonu).
Milion przepisów na danie z talerza.
A.. !
W przygotowaniu: przepis na fenomenalne życie.


Przepis. Na. Nie.

Masłowska ironizuje z wszystkich tego typu poradników swoimi felietonami, dając czytelnikom coś zupełnie innego, właściwie, coś kompletnie zbędnego i z czego nie wydobędziecie żadnej praktycznej korzyści. Za to znajdziecie niewątpliwie przyjemność czytelniczą, o tyle o ile nie traktujecie wszystkiego w życiu skrajnie poważnie. Droga środka we wszystkich aspektach życia jest wielce wskazana (sarknęła maksymalistka).

Wbrew tytułowi Więcej niż możesz zjeść nie zawiera przepisów kulinarnych, a właściwie coś w rodzaju antyprzepisów. O tym, jak nie, a nie, jak tak, a właściwie to wszystko jedno, byle było miło.
Czy jakoś tak.
Zestaw odpowiednich narzędzi, składników oraz osób znajdziecie pod ręką, bo reszty i tak nie będzie w sklepach.


Metafizyczna teoria obrażonego jedzenia

Rzecz oczywista nawet paramówienie o jedzeniu prowokuje ten temat i doprowadza do wątku nieco unikanego, ale jednak popularnego: żywienie. Bez niego nie da się wszak żyć, nawet gdy najpodlejsze. A polskie tradycje związane z jedzeniem i wstrzymywaniem się od niego wiążą się z dużą ilością tłuszczu i przesady. Pociesznie przy tym czyta się na przykład o nakładaniu porcji lodów w Ameryce, które są tak obfite, że nawet polskie tradycje obżarstwa świątecznego mogą się przy tym schować. Nie masz to jak żywienie na pocieszenie i przepis na kilka podbródków (poradnik "Jak zlikwidować podwójny podbródek" już w sprzedaży!).

Felietony Masłowskiej choć zjadliwe, prześmiewcze, zbierają też doświadczenia naszej codzienności w zbitą masę zjadliwej (samo) krytyki. To zbiór różnorodnych obserwacji, wspomnień, zestawień kulturowych związanych z odwiedzanym (nawiedzanym?) właśnie krajem, miastem, a przy okazji wstawki okołojedzeniowe. Bo nie porady kulinarne przecież. Choć dla chcącego nic trudnego i pewnie takie wyłowi na swoje potrzeby. Moim ulubionym jest przepis na wieczór z nieważną książką i na kakao na sucho. Mniam.


Uśmiechając się pod nosem

Czytanie tych felietonów wywoła zapewne różnorodne odczucia. Na przykład oburzenia, bo nikt się do mięsnej hipokryzji nie przyzna, albo przyzna, ale stwierdzi, że no nie przesadzajmy tak?, albo rozbawienia i poszukiwań poradnika żywienia rezolutnych dziewczynek (Polskie Wydawnictwa Spożywcze, 2013). Obrażeni pewnie też się znajdą, a jakże, ale każdy podejrzewam i tak będzie się uśmiechać pod nosem. A potem nie przyzna się do tego publicznie.

Absolutnie się nie przyznam, że mi się podobało. Obraziłam się, sparskałam ze śmiechu i zjadłam ze wstydu. Na pocieszenie oczywiście. 







Każdy, kto zna Zwierciadło miał okazję poznać choć częściowo tę dwuletnią przygodę Masłowskiej z felietonami publikowanymi w miesięczniku. Ze mną zaś jest tak, że gazet ani magazynów nie czytuję, niezależnie od ich częstotliwości pojawiania się w kioskach, ani niezależnie od rodzaju, nazewnictwa, opcji politycznej i zalewu wszelkiego rodzaju porad na orgazm wielokrotny. Zebranie felietonów w jedną, książkową całość uznaję zatem za rzecz ze wszech miar chwalebną i przydatną podobnym do mnie nieczytelnikom prasy. A poza tym warto poznać to skrywane oblicze Masłowskiej, kobiety, która też czasem trochę je. Jedzenie oczywiście.


Ilustracje bardzo adekwatne popełnił Maciej Sieńczyk.


Więcej niż możesz zjeść, Dorota Masłowska, Noir Sur Blanc, Kraków 2015


Czytaj więcej

wtorek, 31 marca 2015

Gdy wokół tylko wiatr i ocean. "Zielona wyspa" Igora Ostachowicza

Najdroższym na świecie towarem  
Będzie samotność

Janusz Kofta



  Sen wyśniony, moje marzenie niespełnione. Bezludna wyspa. Na ile? Najlepiej na czas nieokreślony, najlepiej na zawsze, byle tylko mi książki uzupełniano. Nawet niech będzie czytnik, co mi tam, książkom wilgoć nie służy.

Zzgrzyyt.
I pojawia się człowiek.
A mogło być tak pięknie.

Ja się nie boję ludzi. Odwróciła się twarzą do lądu. Ja tylko ich tu nie chcę.



Nieświęta Magda od tabletek

  W życiu kryzysy pojawiają się zbyt często. Powinien być jakiś regulamin, tyle a tyle kryzysów na przeciętną jednostkę osobową, reglamentowany, zasłużony, przeżyty, wyuczony i już. Było, minęło, przeszło. Nie ma jednak lekko, nikt formuł na życie nie tworzy, można co najwyżej ciągle pod tę górę, pod ten wiatr na cienkim lodzie do przodu iść.

  Czasami, gdy robiło się jej naprawdę przyjemnie zaczynała szukać dziury w całym. Nagle ją nachodziło jakieś rozczulanie się nad sobą. Ocenianie życia. Jakby odbierała sobie prawo do pełnego zadowolenia. Bo to przecież niczego nie zmieni, i jest tylko na chwilę. W dodatku powody przyjemności wydawały się jej kompromitujące. Bez sensu. Płakała wtedy.

  Magda zdecydowanie potrzebowała tej samotności i izolacji. Wyjazd na bezludną wyspę, gdzie nikt i nic dookoła, jedynie wiatr, ocean i ona. Frustracja i gniew dopadają ją na widok ludzkiej sylwetki na wyspie. Na wyspie, na której miała być sama. A później pojawia się poczucie zagrożenia. Magda jednak jest uzbrojona w odpowiedni zestaw tabletek uspokajających. Opanowała do perfekcji wszelkie miksy i kolaże..



Upatrzyli zajączka

 Relacja między dwójką życiowych rozbitków, jaki to banał swoją drogą na tej wyspie, od początku jest niezdrowa. Ona się boi, ale nie potrafi tego szczerze wyznać, podejmuje grę, udaję, że tak jest w porządku. On zachowuje się niczym typowy męski samiec, przychodzi, bierze, co chce, nie pyta o zdanie. Zdaje się, wiadomo kto jest tutaj ofiarą.

Wiadomo?
Nie, nie wiadomo, co więcej, długo drogi czytelniku będziesz sam ofiarą całkiem zmyślnej gry autorskiej. Dasz się wciągnąć jak dziecko, dasz sobie zamydlić sobie oczy i na koniec lektury stwierdzisz odruchowo i bez przymusu: łał.

 W dupie miała to morze i fale, i chmury, które były tylko ilustracją, do tego, co jej się ułożyło w głowie.




  Ta cisza potem to w ogóle niechęć do wszystkiego. Do książki, do pisarza, do Magdy, Ines, Mike'a i  Zająca też. Bo koniec. Bo nie tak to miało wyglądać. 
  Choć wcześniej była niezdrowa ekscytacja historią. Bo to nareszcie od dawna wyczekiwana książka, która "dała kopa".



Zielona wyspa, Igor Ostachowicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
Czytaj więcej

niedziela, 29 marca 2015

Los "Półbrata" Larsa Saabye Christensena

Nie przemijamy bez śladu. Ciągniemy za sobą kilwater, który nigdy się nie zamyka, rozdarcie w czasie, które z takim wysiłkiem zostawiamy za sobą. 

 W literaturze to jest piękne, że jedna powieść przywołuje drugą, że jedna historia odwołuje się do następnej i tak dzięki temu trwa ten niezwykły krąg nawiązań. Gdy zaczęłam czytać Półbrata te odwołania narzucały się samoistnie. Pomyślałam odruchowo o Blaszanym Bębenku Güntera Grassa, a także o niedawno przeczytanej Trylogii nowojorskiej Paula Austera. Nawiązania oczywiście istnieją, nie umniejszają jednak zupełnie powieści Larsa Saabye Christensena. Właściwie miałam odczucie, że Półbrat jest nawet nieco lepszy.

Zaczytać się bez końca

  Pierwsze wrażenie? Z rozmysłem odkładałam lekturę na jakiś wolniejszy czas, bo ilość stron zastraszająca, a i w torbie jakoś ciężko było ją dźwigać. Nie zdawałam sobie sprawy, że to książka do tak zwanego pochłonięcia, niezależnie od jej gabarytów. Jest świetnie i lekko napisana, choć początki tutaj nie są najłatwiejsze.

 Historia Barnuma rozciąga się w czasie nieco kapryśnie nie zważając na chronologię. I tak najpierw poznajemy trudną relację między braćmi, by dopiero od powolnej rekonstrukcji przeszłości i jej konsekwencji dotrzeć do przyczyn, których owocem będzie to, czego ośmieli się wreszcie dokonać Fred.

 
Historia pewnego listu

 Aczkolwiek trzeba zacząć od początku, czyli od końca drugiej wojny światowej, bo to ten dzień, który miał przynieść wolność i zamknięcie czasu niepokoju o kolejne jutro. W zamian przyniósł dramat młodej dziewczynie, brutalny gwałt i spustoszenie na psychice. Oprócz nich wszystkich także niespodziewaną ciążę, której owocem był właśnie Fred.

  Fred od wczesnego dzieciństwa, podobnie jak wcześniej jego matka i babka, słucha treści listu, rodzinnej pamiątki, jedynego świadectwa po zaginionym podczas wyprawy antropologicznej pradziadku. To ten list będzie przyczyną kolejnej wyprawy, której się podejmie sam Fred. A Barnum będzie często rozmyślać i odtwarzać historię swojego półbrata.

Los półbrata

 Bo takim mianem określają siebie nawzajem bracia, pochodzący z jednej matki, ale posiadający różnych ojców. Półbracia. Kolejna konsekwencja gwałtu i pechowego, majowego dnia, gdy Fred został poczęty. Jednakże to nie koniec połowiczności. Barnum otrzymuje od losu połowę wzrostu przeciętnego człowieka, dziedzicząc tę niezwykłość po niezwykłym ojcu. Połowiczność jest przekleństwem w tej rodzinie, bo nikt, nikt do końca nie może być tutaj sobą.

 Opowieść więc o trzech kobietach i dwóch chłopcach, przekraczająca granice ich rodzinnego miasta, jest opowieścią o niełatwym życiu i niełatwych wyborach. Przynosi ze sobą zmagania z trudami powojennej codzienności, trudności życia w małym mieście, gdzie wszyscy o wszystkich wiedzą wszystko, wreszcie najtrudniejsze: zderzenie się z rzeczywistością, które odbiera dzieciństwu jego bartwy i fantazje.

Opowiadać obrazami

 Nośność fabuły to zdolność pisarza do opowiadania obrazami. Takimi, które wdrukują się pod powiekę i zostawiają trwały ślad. Tak bym określiła powieść Larsa Saabye Christensena: jako powieść pełną plastycznych obrazów, od których trudno się uwolnić.




Półbrat, Lars Saabye Christensen, przełożyła Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej

poniedziałek, 23 marca 2015

Opowieść współczesnego Ulissesa. "Niewiedza" Milana Kundery

  To niesamowicie dziwne uczucie wpisywać w etykietach do tego wpisu "literatura francuska". A jednak, jeżeli przyjmować jako punkt wyjścia język, w którym powstał utwór nie ma wątpliwości, że jest to literatura francuska. Biorąc dodatkowo poprawkę na decyzję Kundery odnośnie tłumaczenia na jego język ojczysty trzeba pogodzić się ostatecznie, że to już zawsze będzie literatura francuska. Samo w sobie nie jest to złe, czy dziwne, ale smutno trochę tak przypisywać wybitnego czeskiego pisarza do zupełnie innej nacji i języka. I ta dziwność w przypadku Niewiedzy ma swoje dodatkowe drugie dno.

Przez dwadzieścia lat nieobecności Ulissesa mieszkańcy Itaki zachowali o nim dużo wspomnień, lecz nie odczuwali żadnej tęsknoty. A Ulisses tymczasem cierpiał na tęsknotę i niczego niemal nie pamiętał.


Opowieść współczesnego Ulissesa

   Ulisses został potraktowany w Niewiedzy mniej więcej tak, jak każdy obrazek, czy zdjęcie, jakie dorzucamy do opisów. Służy jako przykład, jako rozwinięcie, pozwala wyobraźni zmierzyć się z konkretną historią, znaną każdemu, niezależnie od rodzaju wykształcenia, zdolności poznawczych, czy stopnia oczytania. Czy ktoś bowiem nie słyszał o Ulissesie?

Przed dwadzieścia lat myślał tylko o powrocie. Ale kiedy już wrócił, pojął ze zdziwieniem, że jego życie, że sama istota jego życia, mieści się poza Itaką, w dwudziestu latach tułaczki. I skarb ten utracił; odzyskać go mógł jedynie w opowieści.

  Ulissesami Kundery w Niewiedzy są Irena i Josef, dwoje emigrantów, których los z podobnych przyczyn zmusił do opuszczenia ojczyzny i poznania smaku życia na obczyźnie. Obydwoje z różnych powodów i niezależnie od siebie, wracają po dwudziestu latach, na krótko, na jedną lub dwie wizyty, do opuszczonej niegdyś ojczyzny; do miasta, w którym dorastali i odkrywają, że przeszłość ich tak naprawdę już nie interesuje, a dom, cóż, on jest już od dawna zupełnie gdzie indziej.


Eseistyczne refleksje

  Pod pozorami opowieści o dwójce swoich bohaterów Milan Kundera opowiada uniwersalną historię o losach emigranta, którego życie za granicami opuszczonego kraju nie musi być nieszczęśliwe, ani przynosić same rozczarowania. Tak naprawdę to, co zostało opuszczone może wywoływać tęsknotę, czy refleksje związane z przemijaniem, ale budowanie nowego życia gdzieś w innym świecie może także przynieść radość i dobre życie.

To, czego doświadczają zarówno bohaterowie Kundery, jak i on sam, to niewiedza związana z opuszczonym miejscem, ludźmi, pozostawionymi sprawami, niewiedza, której konsekwencją jest właśnie tęsknota. Mój kraj jest daleko i nie wiem, co się w nim wydarza.

  Snując tę historię emigracji, powrotu do kraju pod dwudziestu latach, autor też pisze coś w rodzaju refleksyjnego eseju o komunizmie i jego wpływie, na życie jednostek, rozproszonych po świecie przez prześladowania, konieczność ratowania życia swojej rodziny, gdy władza za blisko się przyglądała ich poczynaniom, wreszcie, dotykając tego tematu Milan Kundera mimowolnie przyznaje się do własnej niewiedzy i tęsknoty, nawet gdy jego decyzja o powrocie do kraju jest nieodwołalna.


Poznawać siebie

Czytając Niewiedzę stwierdziłam w pewnym momencie, że naprawdę lubię dojrzałego Milana Kunderę. Nawet, gdy jego bohaterowie są smutni, zagubieni i rozczarowani swoim powrotem, z przyjemnością czytałam tę oryginalną narrację, ten nastrojowy nurt zwierzeń emigranta, którego niewiedza o dawnych miejscach i sprawach zmieniła się w taką właśnie nietypową opowieść o Irenie i Josefie.



 Niewiedza, Milan Kundera, przełożył Marek Bieńczyk, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015


 


Czytaj więcej

środa, 14 stycznia 2015

Zrozumieć dramat. "Mała zagłada" Anny Janko

Poznanie człowieka to również poznanie kilku jego, czasami sprzecznych ze sobą, twarzy. Jest w istocie ludzkiej zdolność do empatii, do współczucia, litości, wreszcie te mniej chwalebne, do niszczenia, złości, nienawiści. Tego, czego najczęściej brak, to prób "ubrania" cudzej skóry choć na chwilę, brak zrozumienia dla cudzych emocji. 

Nawet ktoś cechujący się ogromną empatią nie potrafi tego do końca. Anna Janko wybrała niezwykle sugestywne metody, by czytelnik choć na chwilę, wczuł się w jej uczucia, a przede wszystkim w uczucia jej matki, które ta, niczym geny, przekazała córce.


Zabić, jak to łatwo powiedzieć

Myślisz: wojna i wyobraźnia podsuwa obrazy z filmów dokumentalnych, ze wspomnień starszego pokolenia, wreszcie, sceny z książek czy filmów. Przed oczami wyobraźni ujęcia pola bitew i mnóstwa ofiar. Cyfry wyolbrzymione do niemożliwości, by je ogarnąć rozumowo. Pojmuje się rozmiar tragedii, bo uporządkowana statystyka wszystko ujednoznaczniła. Zginęło tylu i tylu na polach bitwy, tylu wymordowano w obozach, tyle i tyle wiosek spalono, tyle miast uległo zniszczeniu.. W zasadzie, to właśnie ta ilość powoduje, że człowiek przechodzi nad tym do porządku dziennego. Miliony nie oznaczają nic tak naprawdę.

Co jednak w przypadku dwustu osób? Małej wioski? Rodziców małej dziewczynki? I tu już nie można zasłonić się statystyką, arkuszem Excela, który usłużnie podsumuje wyniki. Tu jest oblicze śmierci bardziej osobowe, nagle ma jakąś twarz i cechy charakteru, jest rodzicem i właśnie, został zabity. Ależ zabić, dziś, ach dziś, to jest dopiero łatwość powiedzenia. Przecież w co drugiej grze komputerowej można kogoś lub coś zabić. Prawda?

Masakra to jest teraz ulubione słowo nowej polszczyzny, dalekie i przeinaczone echo okrutnego pierwotnego znaczenia, Masakra, masakryczny - można tak mówić na przykład o pogodzie: "Masakrycznie zimno dzisiaj.."*


Uszkodzone dzieciństwo

To jest taki banał, to jest już tak strywializowane, że aż śmieszne jest to słowo: trauma. Dziś, już każdy wypowiada się o nieprzepracowanych traumach jak wyspecjalizowany terapeuta, używa słów, które uważa, że rozumie, wypowiada się autorytatywnie. To boli, ale nawet dziś, gdy wiedza niegdyś niedostępna laikowi jest tak powszechna, trzeba stosować sztuczki, triki, żeby dotrzeć do tego trudnego etapu: zrozumienia. Opowiedzieć o lisie, któremu żywcem zdejmuje się skórę na futro. Dopiero wtedy może porusza to kogokolwiek, cokolwiek, w odczuciach.

Dziewięcioletnia Terenia Ferenc, przyszła mama Anny Janko, jednego dnia, na swoich oczach, straciła obydwoje rodziców. Miało to miejsce 1 czerwca 1943 roku. Miejscem dramatu była mała wieś na Zamojszczyźnie, Sochy, która tego właśnie dnia właściwie została usunięta z mapy. Bo jeśli zabija się bez mała wszystkich mieszkańców, to trudno mówić dalej o istnieniu wsi, prawda? Jakie jednak ma znaczenie mała wieś, w obliczu wojennych podsumowań? W skali makro: niewielkie. Jakie ma znaczenie uszkodzone dzieciństwo? W skali mikro: nie do oszacowania.

Dzieci nie potrafią wyrażać emocji słowami. Nie znają jeszcze leczniczej mocy słów. Dzieci miotają się w rozpaczy, duszą się strachem, dławią się łzami, życie psychiczne jest dla nich żywiołem o wiele bardziej niż dla dorosłych, którzy mają już jakieś punkty odniesienia, jakieś uniwersum. Dziecięca przestrzeń poznania jest ciasna i gdy wypełni ją opresja, jest jak w żelaznej obręczy - nie ma dokąd uciec.

Nie do oszacowania.


Spokojny krzyk

Książka Anny Janko to próba dialogu z matką, która przeżyła piekło zagłady, a także próba porozumienia z samą sobą, z Anną Janko, która dramat matki niejako odziedziczyła wraz z jej smutkiem, łzami, codziennymi trudnościami. Przede wszystkim jednak, w moim odczuciu, to próba przekazania tej najtrudniejszej z prawd: nawet tak "mała" zagłada może być zagładą totalną dla jednostki. Nawet gdyby to nie była zagłada, to śmierć rodziców na oczach dziecka, to zawsze dramat. Nawet "duża" zagłada to nie tylko rząd cyfr. To ludzie, ich twarze, życiorysy, pasje i cały ich mały wszechświat.

Mała zagłada to także kolejny głos w temacie dziedziczonych traum. Opowieść o snach, w których dziecko nie znające wojny z autopsji, przeżywa swoje lęki, opowieść o spadku łez przerażenia, strachu, trochę jak przejęciu cech genetycznych. To opowieść o tym, jak człowiek długo zmaga się z tym, co przeżył, a czego nic nie jest w stanie wymazać.

Pretensjonalność wypowiedzi Anny Janko wydaje się uderzać od pierwszych stron, ale jak inaczej mówić o dramacie, który się w pewien nietypowy sposób współodczuwa? Czasami, po prostu brakuje innych środków wyrazu. Czasami trzeba. Czasami ból jest silniejszy, a potrzeba ekspresji po prostu obezwładniająca. Całym sercem stoję przy tej dziewięcioletniej dziewczynce. Całym sercem jestem za tym, żeby o tym mówić.

Ocalałaś. Wszyscy ocaleni muszą dawać świadectwo.



Mała Zagłada, Anna Janko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.