Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowo i niecodziennie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowo i niecodziennie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2015

Ekshibicjonistycznie, czyli Liebster Blog Award

Szanowni Państwo!
Wychodząc naprzeciw potrzebom czytelników znudzonych tematyką książek niniejszym oddaję na pastwę komentarzy poniższy tekst.
Jak to mawia młodzież: endzioj!

---

Czyż można się oprzeć możliwości mówienia o swoich preferencjach, ulubieńcach i wyborach? Nie można, absolutnie nie można! Przy okazji mogę poudawać, jakiego to mam fajnego bloga, który dostał w końcu:


Magda, dziękuję za wyróżnienie!

Oto pytania, jakie zadała mi Magda, autorka bloga Mania czytania i moje odpowiedzi:

1. Która książka o II wojnie światowej zrobiła na Tobie największe wrażenie?

I tu mam zagadkę. Chodzi o książkę historyczną? Wspomnieniową? Powieść, która rozgrywa się w tym czasie? Hm..

Bo jeśli to o powieść chodzi to wybór jest dla mnie oczywisty i pada na "Wybór Zofii". O tym dlaczego to taka ważna powieść dla mnie pisałam już tutaj, ale chętnie powtórzę parę słów uzasadnienia.
Przede wszystkim jest genialnie napisana. Tak, tak drogie dzieci, Styron wielkim pisarzem był. Mogłabym tu popaść w egzaltację i dać się ponieść zachwytom, ale ogólnie, nie lubię takich tanich chwytów, a szczególnie nie chcę tego robić wobec naprawdę dobrych pisarzy. Po drugie historia jest tak skonstruowana, że nie posiadając wiedzy na temat fabuły tej powieści, nawet nie jesteśmy świadomi tego, jak krętymi ścieżkami narracja poprowadzi nas właśnie w okres II wojny światowej i przeniesie prosto do obozu koncentracyjnego.. Kto czytał, ten wie, kto jeszcze nie zna: polecam bez zastanowienia. To nie jest powieść, po której stwierdzicie, że straciliście czas, nawet jeżeli nie do końca przypadnie do Waszego czytelniczego gustu.

2. Jakim jesteś czytelnikiem - wiernym wybranemu gatunkowi, czy pozwalasz sobie na skoki w bok?

Ujmę to tak: jestem czytelnikiem! Czytam więc wszystko, wszystko, co wpadnie w moje ręce, o ile spełnia moje wymagania. Gatunek jest takim najmniej istotnym szczegółem, bo przeczytam nawet coś z literatury środka, o ile jest dobrze napisane.

3. Czy lubisz literaturę non-fiction? Jeśli tak, poleć mi jeden tytuł :)

Lubię! Od razu polecam zatem:
"Jutro przypłynie królowa" Macieja Wasielewskiego
"Gottland" Mariusza Szczygła
"Kontener" Wojciecha Tochmana i Katarzyny Boni

I przepraszam, że aż trzy, ale wybrać jeden.. to za trudne!

4. Z którym bohaterem, bohaterką spędziłabyś /spędziłbyś wakacje? I nie, nie chodzi mi o książkę, którą ze sobą zabierzesz, tylko 'realnego' towarzysza :)

Jestem sobkiem, odludkiem i nie lubię typowej niezobowiązującej paplaniny. Na wakacje zabieram tylko Włóczykija.


5. Czy wolisz grube, opasłe tomiszcza, czy raczej cienkie 'jednorazówki'?

Nie, nie lubię. Kocham miłością nieodwzajemnioną grube tomiszcza. A te próbują mnie zabić spadając mi na głowę. Bywa.

6. Literatura jakiego kraju to dla Ciebie 'terra incognita'?

Gdy wybierałam się do Wietnamu uświadomiłam sobie, że nie znam żadnego wietnamskiego utworu, ani autora. Najbardziej przykre jest to, że mimo wizyty i obietnic wewnętrznych, że to nadrobię, nadal nie posiadam wiedzy w tym temacie. 

7. Którą z nagród literackich najbardziej cenisz i odgrywa ona jakąś rolę w doborze Twoich lektur?

Jeśli mam być szczera to żadnej nie cenię. Do pewnego czasu też niewiele znałam. Jak łatwo się domyślić, nie mają one wpływu na moje wybory literackie. Chociaż kiedyś miałam ambitny plan, by poznać wszystkich noblistów, ale nie udało mi się tego dokonać i z czasem zupełnie mi przeszła na to ochota. Poznać dobre książki, to najważniejszy cel czytelniczy.

8. Ranek czy wieczór - która pora lepsza na czytanie?

Każda pora dnia jest idealna. Rano przy kawie, w pociągu w drodze do pracy, w pracy ukradkiem, gdy nikt nie widzi, po pracy a potem przed snem. Absolutnie każda. Mówiłam już, że jestem molem książkowym? Naprawdę nim jestem.

Tak, to ja na tym zdjęciu. Na jakimś pikniku zdaje się. Czytało się świetnie w każdym razie :)

9. Czy lubisz imprezy 'okołoksiążkowe' - targi, spotkania autorskie?

Targi: tak, bardzo! Choć sama nie wiem dlaczego tak naprawdę. Pojawia się tam tłum ludzi, jestem ciągle przez kogoś zaczepiana, nie mam czasu, by spokojnie pooglądać stoiska wydawnictw i zaczepiać tych ludzi, których sama chciałabym zaczepiać (np. Marcina Szczygielskiego), na dodatek kolejki do bufetu są zatrważająco wielkie i nie ma gdzie usiąść, by spokojnie zjeść. Nie, nie wiem dlaczego lubię Targi Książki.
Spotkania autorskie? O ile jest to spotkanie z Martą Kisiel to tak!



10. Polscy autorzy - za czy przeciw?

I tu by się przydała jakaś tuba, trąba jerychońska, coś..
ZA!
Absolutnie i w ogóle nie rozumiem, w swoim małym zablokowanym i zafiksowanym na punkcie polskiej literatury, móżdżku, że niby jak to przeciw? (ale po chwili otrzeźwiają mnie takie nazwiska jak Katarzyna Michalak i już rozumiem, skąd to "przeciw")
Ogólnie oczywiście, że za! Jeśli ktoś uważnie przygląda się moim wpisom to łatwo odnotuje, że 90% z nich dotyczy literatury polskiej. Kocham, wielbię i czczę i nad poziomy wynoszę. Gnioty obsmarowuję z całą siłą swojego do nich uczucia. Żeby nie było, że niby nieobiektywna jestem.

11. Czy jest pisarz, którego wszystkie książki przeczytałaś / przeczytałeś?

Obawiam się, że jest nawet wielu takich pisarzy. Ostatnio na przykład, gdy dorwałam się do książek Katarzyny Puzyńskiej to przeczytałam wszystkie. Przeczytałam i na pewno przeczytam wszystko, co napisze Marta Kisiel. "Dożywocie" to chyba znam na pamięć..Znam wszystkie (a przynajmniej wszystkie dotąd przetłumaczone) powieści Majgull Axelsson, Johna Greena, czy Irvina D. Yaloma. Mam taką zasadę, żeby mieć na półce przynajmniej jedną nieprzeczytaną powieść ulubionego autora. Tak jest z Joanną Bator, Elżbietą Cherezińską, Jerzym Pilchem, Marcinem Szczygielskim, Jackiem Dehnelem... Mogłabym wymieniać w nieskończoność. Zasada przestaje obowiązywać, gdy mnie tęsknota za mocno zżera.



I to by było na tyle jeśli chodzi o odrobinę mentalnego ekshibicjonizmu. Za uwagę dziękuję, do zabawy zaś zapraszam wszystkich chętnych sugerując odpowiadanie na pytania Magdy, które jak się okazało, wcale nie były takie proste.

Czytaj więcej

środa, 31 grudnia 2014

Obiecuję, żadnego nudzenia tym razem!

Zdążę? Zdążę :-)
 
Wynudziłam Was przez ten rok. Nic, tylko książki, czasem może trochę o teatrze lub o spotkaniach okołoksiążkowych. Mam jednak nadzieję, że czasami w czymś pomogłam (np. w decyzji, czy warto dać jakiejś książce szansę), może nieco zainspirowałam? Byłoby mi bardzo miło.

Rok 2014 kończy się dużymi zmianami zarówno w moim zawodowym życiu, jak i rodzinnym. Do Potworów dołączyły dwie znajdy. Jedna (psina) była zraniona, ale dzielnie walczymy z ranami duszy, jak i ciała, a drugiej (kotu) poszczęściło się, gdy nie można było znaleźć dla niego domu.

Wszystkie trzy psy i nasz bałagan :D

Tymon z Pestką, choć powinien tu być z Brunem bo...
..bo Bruno go taaaaaak kocha..;-)
Generalnie w planach mamy poszukiwania domu dla psiny, ale im dłużej jest z nami tym jakoś szybciej ten pomysł się zaczyna ulatniać.. Aczkolwiek, przyznaję, że z trójką psów i dwoma kotami mamy w domu niezłe zamieszanie.

Rok 2014 był pod znakiem zawierania znajomości. Właściwie nawet wielu naprawdę wspaniałych znajomości. Moja mizantropia co prawda ma się nadal całkiem nieźle, ale okazuje się, że daje na wstrzymanie we właściwych momentach. Kto wie, może się nawet rozwijam? <sarkastyczny uśmiech>

Jednakże: miało być bez przynudzania. 
To był dobry rok, dobrze się kończy dając tym samym dobry początek dla kolejnego. Życzę Wam samych dobrych momentów, inspirujących lektur, świetnych ludzi dookoła Was i tak dobrego roku, jakiego właśnie pragniecie, lub jaki zaplanowaliście. Parafrazując Antoniego Liberę, niech się Wam darzy! :-)

źródło

Czytaj więcej

środa, 29 października 2014

Z dziennika uzależnionej. Kraków, odcinek pierwszy

  Długo sądziłam, że jestem z tym sama, że tylko ja tak mam. W szkole właściwie nikt, na studiach może parę osób, ale to też raczej z dystansem, w końcu chodziło o dyplom, zawód, a nie jakąś pasję, czy namiętność. Później, w pracy było to samo, znowu byłam sama, nie było z kim się zachwycać, bądź krytykować. Czasami widywałam ich w pociągu, ale nieśmiałość nie pozwalała zaczepić, nawiązać znajomości. Gdy szukałam kolejnych inspiracji poznałam kilkoro, ale tylko w sieci. Dotarło do mnie, że może to jakaś droga do relacji. I zaczęło się. Jeden wpis, potem drugi. Niezręcznie, z lekką nutą stylistycznych dziwolągów, powoli, wpisów robiło się coraz więcej. Pojawił się czytelnik, jeden, drugi. Pasjonaci, ci, "którzy znają Józefa". I przyszedł ten moment, gdy mogłam poznać ich na żywo, odkryć, że nas, uzależnionych od książek, jest dużo więcej niż sobie wyobrażamy. I już wiedziałam. Nie, nie tylko ja jestem pokręcona na punkcie książek! 

  Odkąd zatem uświadomiłam sobie ile nas jest, jak wspaniale jest spędzać czas z drugim uzależnionym, jak pięknie jest wymieniać się kolejnymi odkryciami, doprawdy, długo się nie zastanawiałam nad wyjazdem na 18. Targi Książki w Krakowie. Kupiłam bilety, zarezerwowałam nocleg, a w sobotę, skoro świt wsiadłam do pociągu. Pierwszą uzależnioną spotkałam już wtedy, Natalia z Kroniki Kota Nakręcacza nie tylko uprzyjemniła mi trzygodzinną podróż (stwierdzam po raz kolejny, że czas w towarzystwie moli książkowych ma tendencję do przyspieszania oraz, że każde spotkanie kończy się kolejnym nabytkiem książkowym), ale również była dobrą wróżbą na resztę weekendu. Następnym uzależnionym na mojej drodze był Janek z Tramwaju nr 4, którego podczytuję, nieśmiało czasem skomentuję, a prywatnie podziwiam za ogromną pracę i wielkie serce. Spotkaliśmy się w drodze do szatni, gdzie w kilometrowej kolejce stał z naszym Kiślem wspaniałym, ałtorką uroczą (dla niewtajemniczonych, Martą Kisiel), ze zdolnością do min absolutnie najróżniejszych i uśmiechów powalających (i absolutnie odporną na zawodzenie czytelników o kolejną książkę). Innymi słowy w śmietance towarzyskiej się znalazłam, w której również miałam przyjemność poznać znaną mi blogowo, acz nie w rzeczywistości, Anię, czyli Anek7 z Lektur Wiejskiej Nauczycielki. Tak oto rozpoczęłam poranek sobotni, a jeszcze nie zdążyłam nawet wejść do hali i zobaczyć stoiska! A było co oglądać! Powiedzieć, że dostałam oczopląsu to nic nie powiedzieć. Wpadłam w amok, zachwyt, szczęście i już wiedziałam, że odpowiednia dawka narkotyku trafiła do krwiobiegu.

Piękne stoisko Agory, nie muszę chyba mówić, że było to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc? Zaraz obok stoiska Wydawnictwa Literackiego

Bardzo sympatyczne stoisko Marginesów

  Gdy z Jankiem rozpoczęłam pierwszy przegląd targowych cudowności przy stoisku Naszej Księgarni objawiła się mi Sardegna w osobie własnej, niesamowicie sympatycznej i zdecydowanie z klubu Józefa. Przy krótkim kontakcie zapałałam sympatią od pierwszego wejrzenia i na zaproszenie do Katowic ciężko było mi odmówić. Jest duże ryzyko, że mąż mnie wydziedziczy za ciągłą nieobecność, ale skoro jestem już w grupie uzależnionych to nie da się inaczej i zapewne Katowice znajdą się w moich listopadowych planach. Po krótkim, acz owocnym spotkaniu (patrz: Księgi Jakubowe od Wydawnictwa Literackiego, w których zdobyciu Janek odegrał znaczącą rolę, ponieważ moja niezdolność komunikacji w sprawie egzemplarzy recenzenckich  dała o sobie znać i sama bym nie zagaiła w tej sprawie na pewno), dalsze wędrówki z Jankiem okazały się niemożliwe, albowiem został wezwany do pilniejszych spraw, jednakże nie było mi dane wędrować samotnie (o dziwo, wyjątkowo nie narzekałam na ten stan rzeczy). Po chwili spotkałam Ulę z Pełnego Zlewu, która zakręciła mną momentalnie i już nie było mowy, żebym zwiedziła halę targową w jakiś rozsądny sposób. Obie, z Wiktorią z Przeczytaj mnie to zrobiły, i obie były jeszcze bardziej szalone niż Szalony Kapelusznik, a ja posłusznie za nimi podążyłam.

Z Wiktorią i Ulą

I tak oto w tym szaleństwie dotrwałam do godziny pierwszego, targowego spotkania blogerów, o którego to spotkania inicjatywę posądzałam początkowo organizatorów targów, a za które, jak się okazało, było odpowiedzialne dużeKa, czyli inicjator konkursu eBuka. Potwierdzam powszechną w każdej relacji opinię (a w zasadzie stwierdzenie faktu), że spotkanie odbyło się w atmosferze chaosu (organizacja zawiodła na całej linii), mizernych usiłowań ratowania spotkania słowotokiem, a wreszcie, próbą dyskusji o pisaniu blogów książkowych (prowadzenia dyskusji podjęły się Gosiarella, Magnolia i Agata). I tu opinii pojawiło się wiele, opisów, recenzji, pochwał, tudzież głosów krytycznych. Warto zatem nadmienić, że koleżanki blogerki popkulturowe miały dla nas blogerów książkowych, remedium na nudę i schematyczność naszych blogów, a także pomysł na zwiększenie statystyk. Bardzo poczułam się podniesiona na duchu, że kogoś tak martwią moje słabe statystyki i sztampowe pisanie o książkach. Poruszona oczekiwałam więc tego objawienia, tego remedium, tego planu ocalenia z nudy blogów książkowych! Okazało się, że ratunkiem jest pisanie (między monotonią wpisów o książkach) również o innych tematach niż książkowe. I tak oto objawienie blogerek popkulturowych doprowadziło do szczerej konkluzji, że pozostaje mi być nadal nudną blogerką, albowiem, jak sama nazwa wskazuje, jestem blogerką książkową. Z tego miejsca jednak chciałabym przekazać koleżankom blogerkom popkulturowym serdeczne podziękowania, że moje słabe statystyki i rozczarowujące prowadzenie bloga tak szczerze leżą im na sercu i powodują tyle zmartwienia.

W tej wędrówce wśród książek i szaleństwa targowego spotkałam także Monikę, która ma chyba najfajniejszą nazwę bloga książkowego, God save the book, Wiki z Literaturomanii, Anię z Myśli i słów wiatrem niesionych,  oraz Mag prowadzącą bloga Kącik z książkami. To z nimi w dużym stopniu będzie też związana druga część tej relacji, ale nie napomknąć o tych spotkaniach byłoby dużym błędem. Dziewczyny kolejno mnie ucieszyły, zadziwiły i wyzwoliły mnóstwo uśmiechów i jakieś takie wewnętrzne poczucie wspólnoty w całym tym wariatkowie i targowym tłumie. Pierwszą poważną zdobyczą targową, zaraz po Księgach Jakubowych Olgi fenomenalnej Tokarczuk (na które czekałam niecierpliwie), najważniejszym spotkaniem, najważniejszym autografem było rzecz jasna to:



Ałtorka podpisywała wszystko, co podsuwałam, na czym tylko można było pisać
Ostatni autograf musi pozostać tajemnicą (prawie poliszynela, bo sporo osób jednak wie, co zostało wdzięcznie podpisane), trudno i darmo, nie zdradzę. W każdym razie Ałtorka autografy rozdawała hojnie, wspólnie z drugim Jankiem chętnie jej stręczyliśmy czytelników (nie żeby była taka potrzeba, ot natura mola książkowego, by zarażać kogo popadnie), ci zresztą przybywali tłumnie, aczkolwiek trzeba dodać z drobiazgowością kronikarza, że najwierniejsza gwardia trwała przy Ałtorce do ostatniej minuty spotkania (do której zaliczam oczywiście także swoją skromną osobę). A po nim udaliśmy się zgodnie na spotkanie drugie (już po - targowe) blogerów, w warunkach bez mikrofonu i zupełnie na luzie, czyli do sympatycznego lokalu Kolanko no 6. Spotkaniu jest winna Kaś i tu się należą jej zbiorowe ochy i achy za rezerwację miejsc, zdobycie książek do wylosowania podczas tego sympatycznego wieczoru i niezwykłą dawkę optymizmu i pozytywnej energii. Bardzo się cieszę, że mogłam poznać Kasię osobiście i spędzić z nią kilka sympatycznych chwil podczas tworzenia losów do losowana książek otrzymanych od wydawnictw (warto odnotować, że Kasia w ogóle nie brała udziału w losowaniu, a niesłusznie, powinna!) i wspólnego działania w ich rozlosowaniu. Mi też dopisało trochę szczęścia i wylosowałam jedną z książek, która dołączyła do i tak już pokaźnego pakietu, jaki się zbierał w moim plecaku. Wieczór w przyjemnej atmosferze, w rozgadanym tłumie, upływał równie szybko jak cały ten niezwykły dzień. Zmęczona, pełna wrażeń, zgodnie z moim własnym stylem bycia, opuściłam po cichu towarzystwo, wcześniej dziękując Kaś i innym niezwykłym osobom, za zaproszenie i miłe towarzystwo.

Czytaj więcej

czwartek, 2 października 2014

"Pióro i Pazur", czyli o kobietach dla kobiet

   Na ogół trzymałam się od niej z daleka. Półki pełne słodkich, uroczych okładek omijałam szerokim łukiem, a czytelniczki zakochane w tego typie literaturze traktowałam nieco pobłażliwie. Zasadność istnienia literatury kobiecej odkryłam tak naprawdę w sytuacji kryzysowej, gdy okazało się, że to dzięki takiej łatwej w odbiorze, lekkiej w lekturze i sympatycznej w fabule powieści mogłam się oderwać trochę od przytłaczającej rzeczywistości. Przyznałam wtedy sama przed sobą, że moje dotychczasowe lektury nie miałyby takiej mocy. Lekkość i łatwość czytania wcale nie musi oznaczać jednak, że lekko i łatwo się tego typu powieści pisze. A już na pewno, wcale nie musi oznaczać, wbrew powszechności tychże książek na półkach w księgarniach, że łatwo się wybić w tym nurcie i zostać pisarką docenioną. Dlatego jak sądzę, takie przedsięwzięcia, jak Festiwal Literatury Kobiecej "Pióro i Pazur", który w tym roku miał trzecią edycję, są warte popularyzowania i wspierania. Przede wszystkim po to, by propagować czytanie jako takie w ogóle, ale również w celu odsiania ziarna od plew spośród całej masy tytułów literatury kobiecej. Bo zanim czytelnik przebije się przez tę niesamowitą ilość pozycji, by znaleźć naprawdę solidną i dobrze poprowadzoną fabularnie powieść obyczajową, może się naciąć i na przykład zniechęcić (jak to było chociażby w moim przypadku) do gatunku na dobre. Co wcale nie musi służyć czytelnikowi, a dodatkowo może upowszechniać na rynku tak zwaną złą literaturę (złą, znaczy operującą krzywdzącymi stereotypami, jak również po prostu źle napisaną), z którą wydaje mi się, warto walczyć nawet, gdy przypomina to walkę z wiatrakami.

źródło zdjęcia
  O istnieniu festiwalu wiedziałam, ale nigdy nie brałam w nim udziału. Do ostatniej soboty, kiedy to wraz z grupką nietuzinkowych ludzi (Agnieszką, która zaraża optymizmem, Elą, od której bije niezwykłe ciepło, Izą śpiochem ;D, Danką, przesympatyczną osóbką i zaczytanym Bartkiem) wyruszyliśmy do Siedlec, z bagatela, godzinnym opóźnieniem, żegnani deszczem w stolicy, żeby zostać powitanymi piękną, słoneczną jesienią w Siedlcach. Nie mieliśmy jednak szansy nacieszyć się w pełni tym pięknym słońcem, bowiem przez opóźnienie pociągu sami byliśmy spóźnieni na panel z blogerami książkowymi, których to blogerów (połowę składu) mieliśmy właśnie pośród nas. Pędząc zatem na zaplanowane spotkanie jeszcze nie cieszyliśmy oczu widokami, choć, to trzeba przyznać, od samego spotkania na stacji PKP Śródmieście, na pewno cieszyliśmy się własnym towarzystwem, które zawojowało skład pociągu na trasie Warszawa Śródmieście - Siedlce. I udaremniało skutecznie lekturę wszystkim czytelnikom naszego wagonu (za co oczywiście bardzo przepraszam w imieniu grupy! wiem, jakie to uciążliwe, ale w tym towarzystwie nie rozmawiać rzecz niemożliwa, a nie rozmawiać głośno i radośnie, kompletnie pozbawiona sensu). Gdy trafiliśmy nareszcie do siedleckiego centrum handlowego w pospiechu dołączyliśmy do zebranego już w kafejce grona dyskutantów oraz widzów.

Panel w toku. Na zdjęciu od lewej: Piotr Chojnacki znany jako Zacofany w Lekturze, Kasia Hordyniec z Notatek Coolturalnych, Sylwia Winnik z Czasu na książki, Iza Raducka z Czytadełka, Agnieszka Tatera z Książkowo i Ela Zdanowska z Czytam bo muszę (fot. Renata Kosin, źródło)
  Tematem panelu była blogosfera książkowa oraz zagadnienia związane z rosnącą ilością blogerów, ich zróżnicowaniem wiekowym oraz lekturowym. I tak zastanawiano się czy istnieją standardy blogosfery, czy blogi książkowe może pisać każdy, oraz czy bloger książkowy nie powinien tworzyć recenzji sensu stricte, a nie tylko stwierdzeń w rodzaju "fajna książka, polecam" wraz ze streszczeniem fabuły omawianej lektury. Oczywiście ilu blogerów tyle opinii, natomiast ja się przychylam do tego, że "wolnoć Tomku w swoim domku i łapy precz od czyjegoś pisania na blogu". Każdy znajdzie swojego czytelnika, a statystyki to potwierdzające są zauważalne gołym okiem, zaś każdy bloger, któremu uda się zachęcić swoich czytelników do lektury, jest dla mnie już z samego tego faktu postacią popularyzującą czytelnictwo, nawet jeśli jego czytelnik sięgnie po Zmierzch (i niech pierwszy uderzy obelgą, kto w początkach swojego czytania nie zachwycał się jakimś słabym czytadłem). Bo nie chodzi o to, jak ktoś pisze, na ile profesjonalnie, na ile tylko od siebie, na ile stawia w tym pierwsze kroki - ważne, że próbuje przekazać "lubię czytać i właśnie przeczytałem/am świetną książkę i zachęcam - przeczytajcie ją".  Odkładam na bok temat związany z ubolewaniem, jak ta dzisiejsza młodzież pisać w ogóle nie potrafi. Wydaje mi się, że pisanie bloga jest całkiem dobrym pierwszym krokiem na nauczenie się tej trudnej sztuki. W każdym razie to panel zapoczątkował historię pewnego artykułu, który w sieci już zrobił karierę, a rozmowy po części oficjalnej stały się źródłem inspiracji dla jego autorki.

Po części oficjalnej nieoficjalnie sobie gawędzimy, co uwieczniła Ela Zdanowska
   Po zakończeniu panelu dyskusyjnego nareszcie udało nam się nacieszyć odrobinę Siedlcami oraz urokliwą jesienią. Spacer do hotelu Janusz oraz późniejsza wędrówka do restauracji Kochanówka dały nam do tego okazję, a samo oczekiwanie na obiad było idealnym momentem na dyskusję nieoficjalną i tę część raczej przeskoczę albowiem były to rozmowy pozakulisowe (choć cały czas w temacie literatury i polskiej prozy obyczajowej, ewentualnie nasilającego się uczucia głodu), przechodząc zgrabnie do następnego panelu, w jakim miałyśmy okazję uczestniczyć, z nieukrywaną przyjemnością. Aczkolwiek miny z jakimi nas przyłapano zdają się temu przeczyć, jednakże podejrzewam, że zdjęcie zostało zrobione, gdy była mowa o złej literaturze (bo to nie tylko zła kobieta, ale i zła literatura była!), co jest zawsze, ale to zawsze doskonałym usprawiedliwieniem.

Od lewej: Iza  z Czytadełka, ja, Agnieszka z Książkowo, Ela z Czytam bo muszę, Danka z blogu Jutowy Worek, a w tle Małgorzata Warda, zdecydowanie jedna z ładniejszych polskich pisarek (źródło zdjęcia)

Tu muszę się zgodzić z Elą Zdanowską, że czas przeznaczony na panel był za krótki! Podjęto się wątku bardzo istotnego, czyli przyszłości literatury środka. Podczas rozmowy padły zwroty typu "zła literatura" (wraz z pytaniami czy może rzutować na tę dobrze napisaną, czy jej nie zagraża), czy rozważania na temat schematyczności powieści nadesłanych do konkursu (ku zaskoczeniu wielu, powieści "bestsellerowych" autorek zostały odrzucone przez czytelniczki w preselekcji do konkursu). Gdy rozmowa zmierzała w naprawdę bardzo ciekawym (patrz: zapalnym) kierunku, trzeba było kończyć, by zdążyć się przygotować na zaplanowaną na wieczór galę. A ta, drodzy czytelnicy, doprowadzała do wzruszeń i ..paroksyzmów śmiechu (bądź oburzenia, wszystko zależało od odbioru i interpretacji). Mój śmiech w pewnym momencie był tak głośny, że obawiam się, że mógł dotrzeć nawet na scenę. Wszystkiemu winien współprowadzący galę z Mariolą Zaczyńską (fenomenalna dziewczyna!) Waldemar Obloza, który próbował na wszelkie możliwe sposoby uniknąć typowego mówienia o sponsorach i stosował sobie tylko znane techniki, przez które bez mała, płakałam ze śmiechu. Niewątpliwie muszę odwiedzić szpital okulistyczny i na pewno skorzystam z reklamowanych słuchawek bezprzewodowych (co wcale nie oznacza, że nie doceniam sponsorów festiwalu - doceniam właśnie! chyba widać jasno, że to wpis sponsorowany?)!

Prowadzący galę: Mariola Zaczyńska i Waldemar Obloza (źródło zdjęcia)

Przechodząc jednakże do meritum warto wspomnieć, że w tegorocznej edycji zostały uhonorowane nagrodami:
- Nagrodę Pióra dla najbardziej poruszającej powieści 2013 roku zdobyła Grażyna Jeromin-Gałuszka za Magnolię 
- Nagrodę Pazura dla powieści z humorem 2013 r. zdobyła Danuta Noszczyńska za Wszystkie życia Heleny P. (
- Pióro Czytelniczek zdobyła Magdalena Zimniak za Jezioro cierni
- Pazur Czytelniczek zdobyła Olga Rudnicka za Drugi przekręt Natalii
- Fundacja Age of Reading przyznała nagrodę za przedstawienie problematyki wykluczenia Lucynie Olejniczak za powieść Opiekunka czyli Ameryka widziana z fotela.
- Magazyn "Piękno i Pasje" nagrodził Grażynę Jeromin-Gałyszkę za Magnolię.
- Tytuł "Książka bez granic" przyznawany przez blogerki polonijne zdobyła Wiesława Maciejak za powieść ...A życie się toczy.

Mam plan, żeby te powieści poznać, co być może zmieni mój punkt widzenia na temat literatury kobiecej (na co po cichu liczę szczerze mówiąc). A jak nie zmieni, to znaczy, że po prostu jestem stracona i tylko powieści dla młodzieży będą moją otuchą.

Festiwal zakończył już trochę mniej oficjalny bankiet, podczas którego miałam okazję porozmawiać więcej z dziewczynami, z którymi przyjechałam, ale również z niesamowitą Ulą, dla odmiany blogerką książkową bardzo społeczną (bo reszta z nas deklaruje raczej aspołeczność), pisarkami, które odwiedzały nasz stolik (usłyszeć od Małgorzaty Wardy, że zna mojego bloga -bezcenne!), oraz Kasią Hordyniec, która mogłaby energią obdzielić wszystkich obecnych i jeszcze by miała jej cały zapas, za co z całego serca ją podziwiam. Mogę tylko żałować, że to tak krótko, że nie z wszystkimi udało się porozmawiać, że nie wiedziałam wcześniej o tym, jak wspaniale można się bawić wśród nieznanych mi pisarek i pośród typowo kobiecej tematyki, jeśli chodzi o literaturę. Inicjatorce festiwalu, Marioli Zaczyńskiej, należą się wielkie brawa. Spotkanie z wszystkimi tymi wspaniałymi ludźmi wywołało tak pozytywne emocje, że nawet teraz pisząc to wszystko, po prostu szczerze się uśmiecham.

A przy naszym stoliku Ula żywo opowiada, Małgorzata Warda i Iza z Czytadełka uważnie słuchają, tylko my z Elą zauważyłyśmy fotografa ;-) (fot. Ula)



Czytaj więcej

środa, 1 października 2014

Pasieka literacka, czyli w dzisiejszym numerze Gazety Wyborczej..

Ten tekst w dzisiejszej Gazecie Wyborczej ucieszył wielu blogerów książkowych (a niżej podpisana szczerzy zęby w uśmiechu od piątej rano). O  blogerach książkowych dobitniej i więcej, czyli tak jak być powinno! Zachęcam do lektury artykułu Reckę napisałaś miodzio.

A jeśli ktoś, przechodząc dziś ulicą Jana Pawła II w Warszawie, usłyszy pisk, śmiech i jakieś ogólne zamieszanie, to proszę się nie niepokoić, to tylko ja okazuję swoją radość :)

Czytaj więcej

poniedziałek, 22 września 2014

Książkowe premiery jesieni: październik. Czyli o tym, czego wyczekuję niecierpliwie

Polskie wydawnictwa literackie najwyraźniej bardzo dobrze to rozumieją, że są takie mole książkowe, jak ja, które uwielbiają jesień, szczególnie za długie, sprzyjające czytaniu wieczory. Pewnie dlatego, to co zaplanowały na najbliższe miesiące, sprawa, że mam przyspieszony puls. Zdecydowanie króluje Wydawnictwo Literackie, które zapowiada ogromną i bardzo intrygującą powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe.



Nie jestem wielką admiratorką prozy Tokarczuk, znam zaledwie jedną powieść i zbiór opowiadań, w związku z czym wcale nie mam pewności, że Księgi Jakubowe to będzie właśnie to. Jednakże przekonuje sam tytuł, opis, oraz zachęcająca ilość stron - prawie tysiąc! Co mogłoby być niemałą ucztą, o ile wyczekiwana książka okaże się tak dobra, jak to przedstawia w opisie wydawca:
Niemal tysiąc stron, kilkadziesiąt wątków i postaci — Księgi Jakubowe imponują literackim rozmachem,  wielością poziomów i możliwych interpretacji. Olga Tokarczuk pełnymi garściami czerpie z tradycji powieści historycznej, poszerzając jednocześnie jej granice gatunkowe. Z ogromną dbałością o szczegóły przedstawia realia epoki, architekturę, ubiory, zapachy. Odwiedzamy szlacheckie dwory, katolickie plebanie i żydowskie domostwa, rozmodlone i zanurzone w lekturze tajemniczych pism. Na oczach czytelników pisarka tka obraz dawnej Polski, w której egzystowały obok siebie chrześcijaństwo, judaizm, a także islam. (źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła). W każdym razie niezależnie od tego, jaki będzie wynik lektury, wiem, że muszę ją przeczytać.

Kolejnym smaczkiem, jaki zapowiada WL jest powieść nagrodzona Bookerem, o czym dowiedziałam się zanim książka w ogóle została zaplanowana do przetłumaczenia ( i ciesze się, że wyjdzie nakładem WL właśnie)  na jednym z ulubionych blogów, czyli bezszmerze, już wtedy żałując, że przyjdzie mi czekać na nią tak długo! A mowa o powieści Eleanor Catton Wszystko, co lśni, powieści równie monumentalnej co Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk. Fabuła ma nas cofnąć do lat 60. XIX wieku, a przenieść do Nowej Zelandii, gdzie właśnie wybuchła gorączka złota. Sam temat gorączki złota średnio mnie interesuje, zachwalanie jakoby powieść łączyła w sobie elementy zarówno klasycznej powierci wiktoriańskiej jak i literackiego thrillera działają na mnie raczej zniechęcająco niż odwrotnie, to jednak, ponieważ ciekawość tej powieści narastała we mnie od prawie roku czasu, czuję, że nie mogłabym jej sobie odpuścić. Czytane dotąd relacje na jej temat są pełne zachwytów, chwali się umiejętność łączenia powieści historycznej z przygodową, kryminału z opowieścią o duchach, w związku z czym ciężko przejść wobec tego tak po prostu obojętnie. Szczególnie, że mam ciągle jedenaście dni urlopu do wykorzystania i jakieś takie silne przeczucie, że część z nich przeznaczę na samo czytanie, bez konieczności przerywania lektury, bez skrępowania dzikim tłumem w pociągu, bez przymusu zamykania książki w najciekawszym momencie. Aż brzmi niewiarygodnie.

WL jest dla mnie cennym wydawnictwem także z tego powodu, że ciągle wydaje i popularyzuje postać Sławomira Mrożka. Jestem bardzo ciekawa i wyczekuję niecierpliwie książki wspomnieniowej o Mrożku, w której mają być zawarte wypowiedzi na jego temat wszystkich tych, którzy go znali, współpracowali z nim, a wreszcie przyjaciół i bliskich mu osób. Szczególnie jestem ciekawa konfrontacji tych wspomnień z książką biograficzną Małgorzaty Niemczyńskiej Mrożek. Striptiz neurotyka, bowiem już zapowiada się, że Mrożek w odsłonach może pokazać zupełnie inne cechy charakteru słynnego ponuraka, niż to przedstawiła Niemczyńska. A w każdym razie masę przeciwstawnych cech, mogących prowokować wrażenie, że albo Mrożek był niezłym aktorem, albo naprawdę ciężko jest go oceniać jednoznacznie. Tak czy inaczej postać Mrożka, nadal fascynująca i wywołująca ciągle sporo zainteresowania jest mi ogromnie bliska, niezależnie od tego, co może wyłonić się z tych wspomnień. Co ciekawe, falę zainteresowania wywołała książka Niemczyńskiej, a dziś, przy ponownej lekturze, jestem pewna, że postrzegałabym zarówno książkę, jak i jej bohatera, zupełnie inaczej. Niemniej, to dzięki Niemczyńskiej wróciłam do opowiadań Mrożka, a potem to już wpadłam jak śliwka w kompot w jego listy, dzienniki, eseje i sztuki i ciągle lubię do Mrożka wracać (literacko i teatralnie; wstydzę się publicznie przyznawać ile razy widziałam Tango). (źródło zdjęcia okładki)

Rzecz oczywista największym moim zainteresowaniem cieszą się premiery polskich książek. I tak oprócz nowej powieści Tokarczuk i wspomnień o Mrożku, wyczekuję jak kania dżdżu zapowiadanej nowości sygnowanej nazwiskiem Jacka Dehnela. Znam opinie i przekonanie niektórych recenzentów/czytelników, jakoby Dehnel był przeceniany i zmanierowany i trudno i darmo, choć uważam, że każdy ma prawo do swojej opinii tak zgadzać się z nimi nie muszę. Lubię wszystko, co dotąd przeczytałam, lubię czytać ponownie i lubię zakładać, że wszystko inne, co wyjdzie spod jego pióra będzie na mnie działało dokładnie tak samo. Zapowiadana przez W.A.B. powieść to Matka Makryna, która będzie miała swoją premierę dopiero pod koniec października, ale jest szansa, że doczekam w miarę cierpliwie, przeznaczając czas wreszcie na czekającą spokojnie na półce Niewidzialną koronę Cherezińskiej, a następnie na dwa opasłe tomiszcza wspomniane we wpisie powyżej. W.A.B. opisuje temat najnowszej powieści Dehnela krótko i treściwie: 

Matka Makryna to monolog przeoryszy klasztoru bazylianek  w Rzymie, matki Makryny Mieczysławskiej.
W latach 40-tych XIX wieku stała się obiektem fascynacji i uwielbienia polskiej emigracji i europejskiej prasy, kiedy opowiedziała o prześladowaniach, jakie spotkały ją ze strony władz rosyjskich. Sięgnęła szczytów władzy, zarówno świeckiej jaki kościelnej. (źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła)

   Ku mojemu zaskoczeniu najnowsza powieść Magdaleny Tulli ma być wydana przez wydawnictwo Znak Literanova (a jak wiadomo Znaku to ja nie lubię i nie będę przestawać wytykać najbardziej aspołecznej książki w rzekomo społecznej misji, czyli Bezdomnej, dopóty mi tchu starczy), co psuje mi trochę szyki w szykanowaniu i bojkotowaniu wydawnictwa. Już Beksińskimi "napsuli" mi krwi, a teraz proszę, najnowsza Tulli, już zapowiadana jako najlepsza powieść autorki, ma być wydana właśnie u nich! Obawiam się, że może dojść do kompromitacji i trzeba się będzie ze Znakiem pogodzić, przynajmniej na moment zakupu Szumu. A potem wrócić grzecznie do bojkotu i szykan, ewentualnie przyznać, że każdy z nas popełnia błędy, prawda? Albo  ostatecznie pogodzić się z tym, że wydawca też musi na czymś zarobić, żeby wydać powieści mniej bestsellerowe, jak Tulli na przykład (żal i złamane serce). W każdym razie nowa powieść Magdaleny Tulli zapowiada się równie intensywna emocjonalnie, jak i Włoskie szpilki, oraz w równie skondensowanej formie, na zaledwie 192 stronach. Jeżeli będzie to treść równie potężna jak Włoskie szpilki to i przy 90 stronach Magdalena Tulli wbiłaby mnie w fotel ponownie (ciekawa metafora swoją drogą, bo oczywiście nie mam fotela w ogóle). Enigmatyczny opis wydawcy tylko podsyca takie podejrzenie, aczkolwiek nauczona doświadczeniem wiem, że takie opisy trzeba dzielić najmniej na trzy, a najlepiej w ogóle ich nie czytać. (źródło zdjęcia okładki).

Nie chciałabym, żeby mnie posądzano tylko o literaturę poważną, w związku z czym spieszę donieść, że najintensywniej to ja i tak czekam na kontynuację Czarownicy piętro niżej, czyli na Tuczarnię motyli. Nie pomyli się ten, kto będzie mnie podejrzewać o uwielbienie dla Marcina Szczygielskiego, pomyłką będzie jednak założenie, że książka mnie interesuje tylko ze względu na jego nazwisko. Oczywiście, nie będę nawet udawać, że wszystko, co napisze Marcin Szczygielski na pewno przeczytam, nawet jeżeli przyjdzie mu do głowy taka fantazja, żeby napisać o sposobie wyrabiania cementu, istotne jednak jest również to, że ja autentycznie lubię książki dla dzieci. Ponieważ nie mam wymówki w postaci dzieci własnych, którym to mogłabym udawać, że czytam wszystkie te książki, toteż nie udaję, a przyznaję wprost: naprawdę lubię. Jeżeli zaś fabuła stworzona jest w tak interesujący sposób, jak to wyczynia z historiami dla młodszego odbiorcy Szczygielski, to czerpię z takiej lektury jeszcze większą przyjemność. Dość dodać, że Czarownica piętro niżej podobała mi się tak bardzo, że już po lekturze liczyłam na kontynuację. A z opisu wydawnictwa Bajka, któremu staram się zawierzyć, można łatwo się przekonać, że dokładnie tyle można się spodziewać:
   Spotkacie w tej książce dobrych znajomych z „Czarownicy piętro niżej”: Maję, ciabcię, Monterową, Marka i gadającego kota. Jednak nie zabraknie też niespodzianek! Wkrótce po przyjeździe Majki do Szczecina okaże się, że ciabcia nie jest wiekową staruszką, a Monterowa…  
   Ale tego na razie nie zdradzimy! Powiemy tylko, że Maja wpadnie (dosłownie!) w sam środek toczonej przez setki lat wojny motylołaków, pozna carycę, cesarza, króla i diuka oraz... stanie na czele rewolucji. Przy okazji rozwiąże kryminalną zagadkę (ktoś ukradł Zdradliwe Lilie!) i natrafi na ślad kolejnych magicznych wskazówek pozostawionych przez jej zaginioną prapraprababcię Ninę…

Uff, sporo jak na jedne, nawet przedłużone zimowe ferie, a to i tak zaledwie część tej historii.
Będzie strasznie, zabawnie i ciekawie… A jeśli nie – to niech nas larwa pożre!
(źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła)

Oczywiście, to nie wszystkie tytuły, na jakie czekam. To są tylko książki października! A przecież po nim jest piękny listopad, po którym nastąpi pełen wolnych dni grudzień.. Ach, pięknie się jesień i zima przedstawiają!

Wiem, że na Wszystko co lśni czeka też parę osób, ba, kilka już z tego co widzę nawet czyta przedpremierowe egzemplarze. Ciekawa jestem, czy Wy też czekacie na któryś z wymienionych tytułów? A może podrzucicie jakieś swoje typy? 


Czytaj więcej

niedziela, 21 września 2014

Szczękościsk, czyli o co nie zapytałam Karpowicza

 Najpierw ucieszyłam się. 
 Pomyślałam "oho, dobry moment, może reaktywuję pisanie na blogu, trochę go odkurzę, ruszę ponownie z pisaniem" (co jak widać zakończyło się tylko życzeniowo). Mina mi zrzedła, gdy pojawiło się to słowo nielubiane, obce, jakieś takie wstrętne i ogólnie zniechęcające: "spotkanie będzie nagrywane". Nagrywane. Aha.

  Kilka razy zbierałam się do tego, by napisać e-maila wyjaśniającego, że "przepraszam, ale nie mogę jednak przyjechać, bo..". Problematyczne okazało się to całe "bo", ponieważ w ściemnianiu zawsze byłam kiepska, na ściąganiu przyłapywana, toteż szybko zaprzestałam tego nieszczęsnego procederu całe wieki temu, a powiedzenie wprost, że nie znoszę kamer, robienia zdjęć i tym podobnych czynności, mających na celu rozreklamowanie spotkania, wydawało mi się co najmniej marudzeniem niegodnym wszak dzielnego mola książkowego. Bo przecież gdy przychodzi temat książek, to jakoś jednak się spinam, robię szaleństwo poszukiwań w szafie, biorę kilka książek na drogę, w ramach odruchu samoobrony (jak wiadomo dwojakiego znaczenia) i wsiadam w pociąg. Nic to, że potem się krzywię na wszystkie zdjęcia, na których wypadło mi pokazać swe paskudne oblicze, nawet gdy towarzystwo obok jest najzacniejsze na świecie. Skupiam się więc na towarzystwie, bo moje oblicze to naprawdę marginalna sprawa, a towarzystwo zdecydowanie warte uwagi i przełknięcia obaw związanych z owym paskudnym słowem "nagrywanie".

Blogerzy książkowi na spotkaniu w Agorze (fot. Ann RK)


  A mowa o wczorajszym spotkaniu w siedzibie Agory, spotkaniu, które w czasach bohaterów Wojny i pokoju Tołstoja zapewne by nazwano "na salonach", z całą śmietanką towarzyską. Oczywiście, z tą, która mogła porzucić swoje obowiązki, sprawy rodzinne i inne tematy i przybyć do Warszawy, by poznać innych blogerów książkowych, posłuchać redakcji magazynu "Książki", zadać pytania Ignacemu Karpowiczowi i wysłuchać Mariusza Szczygła, który nawet gdy mówił, jak uwieść czytelnika, uwodził jednocześnie swoją publiczność.  Zdradził nam przy tej okazji, jak wykorzystywać zebrany materiał, jak absolutnie nie pisać, jak najlepiej przyciągnąć uwagę czytelnika i jakie... Domyślam się, że jesteście ciekawi szczegółów, jednakże sami rozumiecie, sekrety warsztatu powinny zostać tylko między blogerami książkowymi. W końcu każdemu z nas zależy na tym, żeby uwieść swojego czytelnika.

  Redakcja magazynu "Książki", a przede wszystkim organizatorka całego zamieszania, Ela Zdanowska, spisali się na medal. Co prawda, trochę ciężko jest rozruszać mole książkowe, które nic, tylko spędzają czas z nosem w książce (byli tacy, którzy weszli do sali, usiedli, wyjęli książkę i czytali spokojnie dalej), niespecjalnie mający skłonności do gwiazdorzenia, a już tym bardziej, do występowania przed kamerą, nie mieli również za bardzo odwagi zadawać pytania autorowi, którego książki owszem znają, czytają, nawet może i chwalą (ganią), ale jakoś tak siedzą cicho i jedynie jedna, czy dwie osoby tę ciszę przerywają. A ja pytanie miałam, o tak!, pytanie nie padło ani z moich ust, ani z innych, bo być może tylko mnie interesowało, ile Ignacego Karpowicza jest w Igorze/Ignacym, bohaterze Sońki. Niestety, szczękościsk związany z zachwytem, że widzę ulubieńca na żywo kompletnie odebrał mi zdolność mowy. Moja nieśmiałość w kontakcie z ulubionymi autorami zakrawa na ponuractwo i niezdolność komunikacji jako takiej w ogóle. Bywa.

  Dzień pełen wrażeń zakończyło spotkanie zupełnie niespodziewane (co zawdzięczamy temu, że chyba już każdy polski pisarz zna Agnieszkę Taterę), nieplanowane, odejmujące mi mowę zupełnie, potem ustawiające do pionu, by jednak się zmusić do mówienia... Dobrze się stało, że było w tak wąskim gronie, w związku z czym mniej osób widziało, jako wygląda prawdziwa psychofanka, gdy zobaczy obiekt swojego uwielbienia. A Elżbieta Cherezińska jest nie tylko świetną pisarką, ale i świetną osobą, która spokojnie i z wyrozumiałością zniosła moje akty uwielbienia.

 Dziękuję za ten wspaniały dzień! Takich integracji nigdy za wiele.

 Z Moniką jako Proustem i Karpowiczem, jako Olgą Tokarczuk (fot. Padma)


 
Czytaj więcej

wtorek, 22 lipca 2014

A tak wracając do tematu..;-)

  Nic nie piszę, nie mówię, nie wchodzę tu i tam, w ogóle, nie ma mnie, poległam śmiercią sieciową. Innymi słowy trzeba by się jakoś usprawiedliwić, coś napisać, dać znak życia.

  Mogłabym zasłaniać się brakiem czasu, co jest częściowo prawdą, mogłabym znaleźć tysiące wymówek, ale prawda jest taka, że mi wena gdzieś uciekła, emocje związane z pisaniem i dzieleniem się lekturami prysły, dostałam swego rodzaju blogowstrętu. A na przykład szalenie bym chciała już napisać o Sanato Marcina Szczygielskiego, opowiedzieć o książkach Karpowicza, omówić Listy Hłaski, stąd dzisiejszym wpisem próbuję przywołać natchnienie, przywrócić status quo, odpędzić blogowstręt. Oby się udało.
   Odnośnie ostatnich wydarzeń warto wspomnieć słów kilka, choć niestety, zobrazować tego nie mam za bardzo jak, bowiem wrażenia pochłonęły mnie na tyle, by zapomnieć, że miałam robić zdjęcia. Dobrze, że choć chwilami sobie o tym przypominałam.

Źródło zdjęcia

  Czerwcowy Big Book Festival zaliczony. Oczywiście, jako osoba totalnie zamotana w warszawskiej topografii wylądowałam nie do końca na tych spotkaniach, które planowałam, choć tych pomyłek absolutnie nie żałuję, bowiem te spotkania okazały się równie interesujące. I tak wzięłam udział w spotkaniu na temat rękopisów*, co było na tyle ciekawie prowadzone, że zainteresowano mnie tym tematem bardziej, niż bym się spodziewała. Dzięki skromnej frekwencji uczestników było duże wrażenie kameralności, pewnej intymności takiego kulturalnego spotkania, co tylko dodatkowo wzbogaciło całość. Rozmowa dwojga historyków, którzy na co dzień zajmują się rękopisami, była jak słuchanie audiobooka na żywo. Można tam było posłuchać o tym, jak należy odczytywać ich zawartość w zależności od epoki, jak przyjmować niektóre wzory iluminacji, czy samo wydanie rękopisu (na przykład wielkości mniejszej niż modlitewnik), o kolekcjonerstwie, o pracy z rękopisami, a wreszcie o losach polskich rękopisów podczas zawirowań wojennych. Prawdę mówiąc ta rozmowa skończyła się zdecydowanie za szybko.

  Następnie, wybierając się na panel dyskusyjny o uzależnieniach kobiet (dlaczego o uzależnieniach to chyba oczywiste, ale dla zaglądających tutaj po raz pierwszych wyjaśnię, że głównie ze względu na moje psychologiczne wykształcenie i zainteresowania a także własną skłonność do uzależnień, choć teoretycznie mniej inwazyjnych, w postaci książek, teatru i wrodzonej zdolności do popadania w nowe tego typu), a zamiast tego trafiłam na spotkanie zatytułowane "Bułkę przez bibułkę. Arystokracja na co dzień i ziemiański savoir-vivre". Najpierw zrobiłam sobie wyrzuty o tę pomyłkę, a potem świetnie się bawiłam i obiecałam sobie natychmiast znaleźć książki Mai i Jana Łozińskich, uczestników spotkania, ponieważ autentycznie zainteresowali mnie czymś, czego dotąd unikałam jak ognia, głównie ze względu na upodobania do polowań w omawianym przez nich okresie. Gdy z głową w chmurach szłam sobie później Krakowskim Przedmieściem, w ramach krótkiej przerwy przed sześciogodzinnym maratonem czytania Iwaszkiewicza, zajrzałam do Matrasa na Nowym Świecie, ot tak, na zasadzie odruchu nałogowca (jak książki to wchodzi się na autopilocie, dopiero po chwili człowiek się orientuje, że znowu jest przy kasie..) i ku własnemu zaskoczeniu trafiłam na spotkanie z Markiem Niedzwieckim! Stanęłam sobie z boku zauroczona od progu jego opowieścią o historii zmian jego nazwiska i tak oto zostałam do końca i nawet na autograf się załapałam.

Źródło zdjęcia
  Sześciogodzinny maraton czytania Iwaszkiewicza to była przyjemność sama w sobie. Pomimo. Pomimo siedzenia na twardych, zbitych z desek skrzynkach, słuchanie kolejnych znanych mniej lub więcej (dla mnie niejednokrotnie mniej, o ile nie byli pisarzami) postaci, które na swój sposób interpretowały fragmenty twórczości pisarza. Pomimo fotografów, którzy wręcz natrętnie zasłaniali widok i spierali się z widownią. Pomimo problemów technicznych, przez które czytanie szło momentami opornie, bowiem mikrofony odmawiały posłuszeństwa. Pomimo tych wszystkich niedogodności - warto było! Największe wrażenie zrobiła na mnie wspaniała Krystyna Czubówna, czytająca Tatarak.

A to już moje własne koślawe nieco dzieło..
   Czytała Krystyna Czubówna świetnie Tatarak Iwaszkiewicza a mi się przypomniał egzamin z teorii literatury, na którym omawiałam to opowiadanie. I pewnie dlatego nie zdziwiła mnie w ogóle obecność profesora, który był łaskaw mnie wówczas przepytywać. Odnotowałam ją gdzieś w połowie czytania, ale zanim zdecydowałam, czy wstać i podejść się przywitać, zniknął jak kamfora. A mnie dopadła fala wspomnień, bowiem był to najbardziej wymagający na uczelni profesor. Pewnie dlatego ciągle pamiętam teksty Bachtina, których znajomości od nas wymagał. A podręczniki, obok tych z historii języka, ciągle stoją na półkach. Na szczęście nie odpłynęłam na tyle mocno, by nie zauważyć Jacka Dehnela i jego czytania o zawartości szafy Iwaszkiewicza. Przyznaję, wybór czytającego był strzałem w dziesiątkę. Jak na ogół czytania Dehnela nie lubię (niestety), tak tutaj był rewelacyjny. Po czytaniu zaś złapałam autora tuż przed wyjściem z bezczelną prośbą o autograf (przypadkiem miałam ze sobą jego książkę, świeżo zresztą zakupioną podczas festiwalu, pt. Rynek w Smyrnie), na co się zgodził i w tych spartańskich warunkach, na kolanie, napisał mi ładną dedykację wraz z adnotacją, że autograf został wpisany podczas czytania Iwaszkiewicza (i tak oto zamieniłam się w łowcę autografów). Żałuję tylko, że nie wytrzymałam do końca, że jednak sześć godzin to było zbyt wiele, przez co straciłam czytanie Mariusza Bonaszewskiego, który miał się pojawić na koniec maratonu (co sobie rekompensuję najnowszym audiobookiem, czyli czytanym przez Bonaszewskiego Żarem).

 Czerwiec był intensywny, lipiec zaś jest miesiącem stonowanym. Nareszcie urlop, trochę czasu dla siebie i na czytanie. I na pisanie bloga. Bo właściwie, to zaczęłam za tym tęsknić. Może więc była mi potrzebna taka dłuższa, choć nieplanowana, przerwa? Na pewno jednak chciałabym już ją zakończyć. Porzucony blog, zarzucone pisane, to wygląda naprawdę dziwnie, nieco żałośnie, szczególnie, gdy wcześniej wkładało się w to trochę pracy i uczuć. Stwierdziłam, że albo czas bloga usunąć, albo kontynuować. I cóż, padło na kontynuację.

:-)





* Rękopis, który mówi. Jak czytać przeszłość. Rozmowa ze specjalistami, którzy badają tajemnice starych rękopisów oraz z edytorami, którzy opracowują je do druku. O tym, co kryje w sobie pismo, czy warto zwracać uwagę na styl i jak czas chroni dawne sekrety. Rozmawiali: Ewa Dubas-Urwanowicz, Jerzy Kaliszuk. Prowadziła Katarzyna Borowiecka.

Czytaj więcej

niedziela, 25 maja 2014

O targach książki i nałogach słów kilka..

Przed wejściem na Warszawskie Targi Książki powinien siedzieć psycholog z odpowiednim narzędziem psychometrycznym, mierzącym poziom natężenia bibliofazy. Jeżeli wchodzący na targi delikwent będzie przekraczał stosowne normy powinien zostawać bezzwłocznie zawrócony do domu, aż mu przejdzie i będzie mógł spokojnie wrócić. W innym przypadku może to się skończyć:
- oczopląsem i natężeniem bibliofazy
- przejściem rozumu w stan spoczynku
- przydźwiganiem do domu zestawu podobnego gabarytowo do poniższego:


A na koniec sporym i niemiłym zaskoczeniem, gdy już się sprawdzi stan konta.
Zatem tylko uprzejmie ostrzegam: przy natężeniu bibliofazy nie chodźcie na targi książki!

A od dołu na zdjęciu widać:
1. Filipinki - to my!, Marcin Szczygielski
2. Kiełbasa i sznurek, Jerzy Bralczyk i Michał Ogórek (z autografem!)
3. Kochanie, zabiłam nasze koty, Dorota Masłowska
4. Słuchaj pieśni wiatru. Flipper 1973, Haruki Murakami
5. Poczet królowych polskich, Marcin Szczygielski
6. Sanato, Marcin Szczygielski (z autografem!)
7. Stuhrowie historie rodzinne, Jerzy Stuhr
8. Dostatek, Michael Crummey
9. Wybrany, Bernice Rubens
10. Lapidarium VI, Ryszard Kapuściński
11. Kwiaty polskie, Julian Tuwim
12. Myszy i ludzie, John Steinbeck
13. Zniewolony umysł, Czesław Miłosz
14. Przewrotność dobra, Jolanta Kwiatkowska (z autografem!)
15. Para w ruch, Terry Pratchett

Jak widać nie wszystko, co kupiłam to nowości. Sporo książek wyłapałam na wyprzedażach, po parę złotych, dzięki czemu może jeszcze nie pójdę z torbami. Uważne osoby na pewno dopatrzą się, że nazwisko Marcina Szczygielskiego pojawia się aż trzy razy. Nie bez powodu! Po pierwsze szalenie cenię sobie jego prozę, po drugie podczas targów można było zakupić jego najnowszą powieść, po trzecie najważniejszą częścią targów, zaraz po spotkaniu z Martą Kisiel, było spotkanie właśnie z Marcinem Szczygielskim.

Autor odważnie podpisuje drugi egzemplarz, który mu właśnie podsunęłam. Postanowiłam, ze trzeci mu już daruję..
Autor spóźnił się trochę na spotkanie, przez co skusiłam się do zakupu kolejnej jego powieści, której jeszcze nie czytałam. Oczywiście, jak na psychofankę przystało zastrzegłam, że to nic, że właśnie wyszła nowa powieść, ja już i tak czekam na kolejne. Zostałam obdarzona naprawdę pięknym uśmiechem.

Punktem kulminacyjnym i jedną z większych przyjemności (zaraz po książkach, rzecz jasna) było spotkanie blogerów książkowych i pisarzy, jakie odbyło się w klubokawiarni Kicia Kocia. Przyznaję, to było bardzo pozytywne zaskoczenie. Mogę tylko serdecznie dziękować, za miłe przyjęcie i cieszyć się, że ostatecznie udało mi się trochę pokonać moją aspołeczną skorupę i spotkać z tą swoistą grupą wsparcia nałogowców książkowych!

Grupa wsparcia w terapii uzależnień - przypadek silnej biblofilii, fot. Mariusz Podgrudny autor bloga http://ksiazkiwpajeczynie.blogspot.com/
Na zdjęciu znajdziecie autorów poniższych blogów/stron:
Od lewej rozpoczynając: Krzysztof z Magdą, autorzy strony o czytnikach i ebookach http://www.ekundelek.pl/, obok stoi Iza, autorka bloga Czytadełko, następnie Agnieszka, jedna z inicjatorek spotkania i chyba najbardziej znana blogerka, autorka bloga Książkowo. Obok Agnieszki stoi Ela, autorka słynnego Kombajna Zakurzonej, obok której z kolei stoję ja. Za Elą znajdziecie Janka, współautora bloga Kocham Książki a koło niego, trochę schowany jest Kamil gospodarz wieczoru, tworzący bloga Przy Kominku. Dalej jest Robert, zdecydowanie Zakładnik książek, a tuż koło niego Krzysztof Maciejewski, pisarz i autor bloga http://krzysztofmaciejewski.blogspot.com/. Przy Krzysztofie stoi Ewa, której najnowsza powieść Kurhanek Maryli miała właśnie swoją premierę - o Ewie możecie poczytać na jej stronie http://www.ewabauer.pl/. Przed Krzysztofem stoi Gosia, autorka bloga Zapiski z przypomnianych krain zaś wspiera się o Mariusza, którego wpisy możecie znaleźć na blogu Książki w Pajęczynie. Przed Ewą stoi Magda, także Uzależniona od czytania, a tuż obok Ewy stoi chłopak Oli, Paweł oraz Ola, autorka bloga http://www.natblue.eu/. Przy Pawle stoi Anna Brengos, autorka książki Scenariusz z życia, o której więcej informacji znajdziecie tutaj, obok Ewy zaś jest nasza wspaniała Kasia prowadząca Notatki Coolturalne - dawno nie usłyszałam tylu oszałamiająco miłych słów, jak te od Kasi (dziękuję!). Przed Ewą stoi Ania, autorka Pisaninki, przykuca Natalia Bieniek, autorka Uśpionych marzeń, o której możecie więcej poczytać na profilu pisarki na facebooku . Dalej stoją Kalina z blogu Kalinin-grad, oraz Jolanta Kwiatkowska, znana na blogach autorka książki Przewrotność dobra.
Na zdjęciu brakuje Magdy, która nam uciekła na ten moment. Magda prowadzi bloga Kącik z książkami.

Przyznam, że był to bardzo wymagający weekend, jednocześnie jednak owocny nie tylko w związku z zakupami na targach. Liczę na więcej takich przesympatycznych spotkań!



Czytaj więcej

niedziela, 4 maja 2014

Bilans dwulatka, czyli czas kończyć, ze statusem początkującej blogerki

  Otóż drugiego maja minęły dwa lata odkąd jestem na blogspocie. Wcześniejsze próby blogowania przez inne portale nie odniosły skutku, dopiero tutaj przyznaję, spodobało mi się na tyle, by zostać na dłużej. Zaczynałam nieśmiało i skromnie, z nie do końca sprecyzowanym tematycznie wpisem, stęskniona za Afryką, z której wówczas niedawno wróciłam. To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie - ja, domatorka, na dodatek przed wyjazdem szalenie zdenerwowana na samą myśl o dwunastogodzinnym locie, nagle zatęskniłam i chciałam wrócić. Nie radziłam sobie z uczuciami, zaczęłam je przelewać na bloga. Skromnie w sumie, bo też zbytnio wylewna nigdy nie byłam. Tak wiem, o książkach piszę bardzo wylewnie, ale w kwestii uczuć wobec książek również skromna nigdy nie byłam.


 Zaczęło się to wszystko z jedną czytelniczką, która na szczęście nie zniechęciła się dotąd do mojej pisaniny, co poświadcza, że przynajmniej nie piszę gorzej, a skończyło, jeśli można mówić o jakimś końcu, a przynajmniej mecie, do której aktualnie dotarłam, na przemiłych czytelnikach w ilości co najmniej kilku. Co jest dla mnie niebywałym sukcesem, bowiem byłam przekonana, że na tej jednej czytelniczce poprzestanę. Pisałam na początku raczej mdło i letnio, bez odwagi na pisanie z większą swobodą, większym krytycyzmem, by powoli uczyć się, zmieniać, ale też dojrzewać w pewien sposób czytelniczo, między innymi dzięki wspaniałym kolegom i koleżankom blogerom, którzy często podsuwają mi same smakowite lektury do czytania. Ostatecznie okazałam się istotą bardziej społeczną niż samą siebie o to podejrzewałam i myślę, że tę świadomość również zawdzięczam blogowaniu. Ewentualnie możemy przyjąć za słuszną tezę, że nie mam kręgosłupa i jestem bardzo wpływowa ;-)


  Dwa lata pisania to w moim przypadku 330 opublikowanych postów, to czytelnicza miłość mojego życia czyli Jerzy Krzysztoń, to zmiana upodobań tematycznych i mnóstwo nowych pisarzy, którzy weszli na stałe do mojego kanonu lektur. To blogowaniu zawdzięczam to, że poznałam książki Marcina Szczygielskiego, Marty Kisiel, Ryszarda Kapuścińskiego, Iris Murdoch, Anne B. Radge, zainteresowałam się reportażem, zakochałam w Mrożku, po tym jak Agora zaintrygowała mnie wydaną przez siebie biografią, zasmakowałam w teatrze po tym jak dzięki portalowi W24 miałam przyjemność otrzymywać darmowe bilety i choć współpracę z portalem zakończyłam, to mania teatralna rozrosła się do wielkości zbliżonej tej książkowej. Dzięki blogowaniu poznałam wspaniałe osoby, nie tylko wirtualnie, ale również realnie i wiem, że z przyjemnością będę kontynuować ten niecny proceder ;-) i poznawać więcej osób, z którymi spotykam się w komentarzach, bądź na ich blogach. Dzięki blogowaniu też odważyłam się na swoje pierwsze w życiu spotkanie z autorką, a dokładnie Martą Kisiel i było to rewelacyjne doświadczenie. To jest niesamowite jak jedno małe miejsce w sieci, dość anonimowe i początkowo niezgrabne staje się miejscem spotkań, dyskusji i zalążkiem nowych znajomości. 

  Dość jednak tego przynudzania. Bo właściwie to chciałam powiedzieć jedno, a jak zwykle wyszedł słowotok, co z kolei potwierdza, że skończyłam ze skromnością. Otóż naprawdę się cieszę, że znalazłam takie szczególne miejsce i naprawdę się cieszę, że mnie czytacie.

Dziękuję.

Bruno miał się zająć tematem prezentów z tej okazji:
ponieważ jednak ma dość monotematyczny gust musi się zakończyć na dobrych chęciach. Ale uwierzcie, samo dostarczenie takiej ilości na raz to naprawdę dowód szczerych intencji :-)

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.