wtorek, 31 grudnia 2013

Żegnając rok 2013..

  Rok 2013 był dla mnie pod znakiem literatury polskiej. Moje czytelnicze dojrzewanie coraz bardziej idzie właśnie w tym kierunku. Jakby nagle zmieniła się perspektywa i oko i ducha cieszy najbardziej to, co zostało stworzone w języku polskim. Nawet nie dlatego, że z nagła stałam się wyznawczynią odważnej tezy "dobre, bo polskie", ale dlatego, że jest to przekaz bezpośredni, ten prosto z serca i umysłu autora do czytelnika. Nie ma tłumaczeń, które nawet w najlepszej wersji, nadal są tylko tłumaczeniami, są kontaktem pośrednim. Nie ma oczekiwania na owo tłumaczenie. Jest prosty przekaz autor - czytelnik.
  Rzecz jasna cenię jednak dobrą literaturę tak w ogólności i jeśli o czymś chciałam pisać w tym roku to właśnie o niej. Podstawowa zmiana jaka nastąpiła w moim podejściu do blogowania to właśnie ta by pisać o tym co inspiruje, przemilczając słabizny i płycizny literackie.

W tym roku królowali (kolejność przypadkowa, nie mam na celu żadnego rankingu):

 Jerzy Krzysztoń
 Myślę, że nikogo, kto mnie tu odwiedza, to nazwisko w ogóle nie dziwi. Dla mnie to największa literacka miłość, pełna pasji i ciągłych poszukiwań nowego. Jak rok 2012 był dla mnie rokiem Krzysztonia, tak już w 2013 takiego literackiego objawienia nie znalazłam. W tym roku udało mi się przeczytać jego mini reportaże z pobytu w Stanach Zjednoczonych pod znamiennym tytułem Skok do Eldorado, zapis audycji z prowadzonego dla Radia Polskiego cyklu Poczta literacka, gdzie co prawda mniej Krzysztonia a więcej poetów amatorów, ale i tak między wierszami można wyczytać jego ciepłe i mądre uwagi, oraz znalezioną zupełnie przypadkiem sztukę Ten nieznajomy. Mimo, że wiem jak już niewiele mi zostało do odkrycia ciągle jeszcze się łudzę, że spotka mnie przyjemna niespodzianka w tej kwestii.


  Stanisław Lem
Tylko udowadnia mi za każdym razem że jest genialny. Wszystko co czytam jest bezapelacyjnie świetne, nawet gdy dotyka bolesnych przeżyć, jak w Szpitalu przemienienia, czy bawi słowotwórstwem, jak w Cyberiadzie, albo daje do myślenia w Edenie. Jestem też zachwycona jego postacią tak barwnie przedstawioną przez syna tego niezwykłego człowieka, Tomasza Lema, w Awanturach na tle powszechnego ciążenia.

 Jacek Dehnel
 Można by rzec, że mnie kupił i to na całego Saturnem, rozkochał Lalą, ale już zupełnie bezczelnie sprowokował Młodszym księgowym. Cenię, uwielbiam, dałam wysoki kredyt zaufania i kupuję każdy tytuł w ciemno.

  Marcin Szczygielski
 W zeszłym roku Czarnym młynem mnie jeszcze specjalnie nie zachwycił, choć już zainteresował, ale w tym roku książką Czarownica piętro niżej udowodnił, że pisze fajnie. Później wystarczyło, że Beznadziejnie Zacofany w Lekturze zachęcił do Omegi ,namówił na Arkę czasu i stało się - uzależniłam się nieco od prozy Marcina Szczygielskiego. Teraz to już wiem, że będę czytać wszystko..

 Witold Gombrowicz
 Nie da się ukryć, że uwielbiam za Ferdydurke, ale z coraz większą przyjemnością odkrywam tego niezwykłego człowieka. W Opętanych mnie rozbawił, Dzienników tom pierwszy co prawda czytałam z niejakim zgrzytem, ale już Pornografię ze zdziwioną przyjemnością. Dramaty zaś to już była wisienka na torcie. Poznanie Gombrowicza niejako zza kulis dzięki Jaśnie Paniczowi Joanny Siedleckiej dopełniło czytelniczej przyjemności.

  Ryszard Kapuściński
 Znajomość z najsłynniejszym polskim reportażystą tak naprawdę zawdzięczam wydawnictwu Agora, któremu pozwolę sobie przy okazji ponownie podziękować. Przede wszystkim za to, że mnie zauważyli i zaufali, choć jak widać, kapryśny ze mnie bloger. Jednak wdzięczny i sumienny, co mam nadzieję, również jest widoczne.
 Z Kapuścińskim tak naprawdę dopiero zaczęłam znajomość i wiem, że będę ją rozwijać. Spodobała mi się jego postawa w Czarnych gwiazdach, doceniłam wykłady w To nie jest zawód dla cyników, jak również umiejętność sprawnego operowania językiem polskim, czym się wykazał w Cesarzu.

  Joanna Bator
  Od razu dementuję - to nie ma nic wspólnego z tegoroczną Nike bowiem Joannę Bator zaczęłam czytać jeszcze przed nagrodą. Jest ona niesamowitą pisarką co ujawnia się zarówno w Ciemno, prawie noc, jak i w Piaskowej górze. Mogę tylko gorąco zachęcać do lektury.

  Maciej Wasielewski
  Tutaj nazwę rzecz po imieniu - uwielbiam Wasielewskiego bez mała bezkrytycznie, absolutnie ignorując wpadki i potwórzenia. Zarówno Jutro przypłynie królowa, jak i 81:1. Opowieści z wysp owczych to kawał świetnej literacko - reporterskiej pracy! Z niecierpliwością czekam na zapowiadany reportaż w 2014. Z całą mocą mogę powiedzieć, że nie mogę się doczekać.



Mogłabym takich nazwisk wymienić jeszcze trochę, ale chyba znużyłabym Was już doszczętnie. Dodać jednak muszę, że..

Uważnie będę również dalej czytać książki Sabiny Czupryńskiej, bo widzę w jej twórczości potencjał na dobrą literaturę, czekam na kolejne powieści Joanny Łańcuckiej, która zachwyciła mnie Starą Słaboniową i spiekładuchami, nadal będę wiernie czytać Elżbietę Cherezińską, której tegoroczny Legion powalił na kolana.

  Rok 2013 przyniósł niespodziewanie sporo zmian w moim życiu, szczególnie zawodowym. Dwukrotna zmiana stanowiska przyniosła sporo wyzwań, ale też mniej czasu na blogowanie. Dojrzałam też do zmian związanych z moją nadwagą (co przyspieszyła operacja i krótki pobyt w szpitalu) i tak pozbyłam się jej w sporej ilości dzięki bieganiu, ćwiczeniom i świadomemu odżywaniu. Również tu w blogosferze pojawiła się mała zmiana, bowiem najpierw odezwało się do mnie wydawnictwo Agora, a potem ja odważyłam się odezwać do Wydawnictwa Literackiego, więc niejako przeskoczyłam w rewir blogów recenzenckich. Jednakże nie oznacza to, że teraz będę tylko pisać dla tych wydawnictw, czy też zgłaszać się do kolejnych. Cenię sobie możliwość doboru lektur podług własnego widzimisię dlatego nie widzę siebie jako stałego recenzenta tak w ogóle. Jednakże na pewno będę nadal chętnie współpracować zarówno z Agorą jak i Wydawnictwem Literackim. Oprócz tego współpraca z serwisem Wiadomosci24.pl była bardzo pomocna w kwestii wizyt w teatrze, do którego bilety jak wiadomo są drogie. Dzięki uprzejmości portalu mogłam obejrzeć niemalże cały repertuar Teatru Współczesnego, a potem to już tylko się uzależnić od teatru w ogóle, w efekcie czego i tak wszystkie wolne środki finansowe lokuję w bilety teatralne.. Co daje mi naprawdę ogromną radość! I spowodowało jeszcze większą nieznajomość tegorocznych produkcji kinowych, bo na te ostatnie zabrakło już czasu...

  Na 2014 planów nie robię. Oprócz tego, że prawdopodobnie będzie jeszcze więcej polskich nazwisk. Ale może coś zmienię na blogu?  Myślałam o jakimś fajnym banerze, może logo.. Zobaczymy.


rys. A. Bielecka

 Dziękuję Wam drodzy czytelnicy, że tu zaglądacie by mi towarzyszyć w tej podróży po kolejnych stronach literackich odkryć i mogę się z Wami dzielić tym, co właśnie przeczytałam i zrobiło na mnie tak duże wrażenie. Życzę Wam, nam, kolejnego udanego roku. A nawet jeszcze lepszego! Przede wszystkim zaś inspirującego czytelniczo. Bawcie się dobrze podczas Sylwestrowej nocy i pamiętajcie o biednych zwierzakach podczas strzelania z petard. Korzystając po prostu z minimum :-)

Wszystkiego najlepszego!

Kasia


Czytaj więcej

środa, 25 grudnia 2013

"Felix, Net i Nika oraz tajemnica Czerwonej Hańczy", czyli dla wielbicieli pozycja obowiązkowa

  Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tego potrzebowałam. Te parę godzin śmiechu, czystego, doprowadzającego do łez śmiechu, było w rzeczy samej czymś nie tylko przyjemnym, ale i oczyszczającym z toksyn z pewnego listopadowego, mocno nerwowego tygodnia. Mogę pochwalić ostatnią część przygód najbardziej znanych polskich gimnazjalistów z autentycznym entuzjazmem! Wybaczając tym samym parę nieco słabszych części z cyklu, ale też z oczekiwaniami, że następne przyniosą mi właśnie taką rozrywkę! Tym razem mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to typowo młodzieżowa historia, to znaczy zawierająca odpowiednią dawkę humoru (nawet bardzo odpowiednią), przygody i tajemnicy, z dozowaniem stosownego dla młodzieży przesłania, które jest jak być powinno - wtrącone mimochodem, na fali przemyśleń naszych bohaterów, nie mając w sobie nic z natrętnego moralizatorstwa. Polecam, polecam, jako lekturę obowiązkową! Nie ma potrzeby czytania ciągu dalszego, możecie od razu biec do księgarń! Gdyby jednak interesowało Was coś więcej niż mój subiektywny zachwyt dodam, możliwie najkrócej, swoje uzasadnienie.

Felix, Net i Nika oraz tajemnica Czerwonej Hańczy nawiązuje do tradycyjnej, przygodowej historii dla młodzieży, gdzie możemy znaleźć odrobinę Bahdaja, tradycyjnie, masę nawiązań do Harrry'ego Pottera, ale też do wielu innych książek przygodowych, nie ujmując jednak książce ani odrobinę jej oryginalności. Bo choć Kosik czerpie pełnymi garściami ze sztampowych modeli literatury młodzieżowej to nadal dodaje to swoje pikantne coś, co sprawia, że chętnie sięgam po tę serię.
Dlaczego?



Przygoda po pierwsze.
Najważniejsze w powieści dla młodzieży jest oczywiście przygoda. W Tajemnicy Czerwonej Hańczy ta przygoda ma kilka wymiarów. Po pierwsze dotyczy ona wyjazdu klasowego do rzekomo luksusowego miejsca, gdzie uczniowie mają odpocząć po wytężonej pracy przez cały rok szkolny. Oczywiście okaże się, że miejscem wycieczki nie będzie żaden kurort, a zwykłe obozowisko z myciem się w jeziorze oraz własnoręcznym przygotowywaniem posiłków, a także z upiornym opiekunem rodem z najgorszych koszmarów. Walka o suwerenność będzie tu ciekawą lekcją poglądową o tym, czy zawsze większość ma rację oraz czy zawsze warto posłusznie wykonywać rozkazy. Po drugie przygoda wiąże się również z poszukiwaniami zaginionej koleżanki, w co oczywiście najbardziej zaangażują się Felix, Net i Nika. No dobrze, tak naprawdę to najbardziej Nika, ale wiadomo, gdzie ona tam i chłopcy.

Tajemnica po drugie.
Tłem dla rozgrywającej się przygody będzie oczywiście tajemnica. Najbardziej związana ze zniknięciem Zosi i próbą jej zlokalizowania. Potem z dziwnym stworami łudząco przypominającymi diabła, a także z pewnym żeńskim klasztorem, w którym nasza trójka przyjaciół zupełnie przypadkiem zje kolację. O dziwnym Echu nie wspominając. Dialogi z Echem proszę czytać uważnie, wbrew bowiem pozorom nie jest to zwykłe Echo!

Relacje i więzi społeczne po trzecie.
Rafał Kosik to interesujący obserwator współczesnego społeczeństwa. Nie umykają mu dziwolągi reporterskie, konieczność tabloidowego tworzenia wieczornych wiadomości, przyciągania widza telewizyjnego coraz głupszymi tworami publicystycznymi, a wreszcie coraz większego zaniku bezpośrednich relacji społecznych, które zastępują wszelkiego rodzaju gadżety komunikacyjne- telefony, tablety, komputery, gry, portale społecznościowe...Polska rodzina na ogół to rodzina rozbita, pełna patologii i trudności. Kosik nie udaje, że jego dzieciaki pochodzą z innych rodzin. Nika to sierota, która dzięki swojemu położeniu zyskuje coraz większe zdolności do przetrwania w trudnej rzeczywistości. Rodzice Felixa wydaje się bardziej się oddają od siebie, a Neta przeżywali już swój wielki kryzys, który na szczęście zażegnało pojawienie się bliźniąt. Jednak przekrój polskiej rodzinnej patologii mamy również w klasie trójki przyjaciół, w historiach jakie zbiera irytująca dziennikarka, irytująco podobna do Rity Skeeter z Harry'ego Pottera, a także ogólna obserwacja polskiego społeczeństwa. Jednak nie ma to na celu wprowadzenia czytelnika w ponury nastrój, bądź czarne wizje odnośnie przyszłości. Wprost przeciwnie - Kosik wzbudza refleksyjność u młodego czytelnika poprzez takie wstawki, otwiera jego oczy na rzeczywistość, której nie zakłamuje a jedynie pokazuje taką, jaka ona jest. To od czytelnika zależy jak przyjmie tę wiedzę i jak ją wykorzysta w przyszłości.

Zaskoczenie jako ostatni element.
I nie, nie mowa o głównym wątku fabularnym, bo on od początku śmierdzi czytelnikowi jakimś oszustwem. Wielkim zaskoczeniem jest wielka przemiana dyrektora Stokrotki! Wielbiciele serii będą przecierali oczy ze zdumienia. Uwierzcie, zmiana jest drastyczna i zgoła niemożliwa, także polecam tę część jako przełomową w kwestii zachowań dyrektora gimnazjum im. prof. Kuszmińskiego. To, co się wydarzy nie śniło się nawet największym fantastom. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że podmieniono nam dyrektora Stokrotkę!

Oczywiście nie zabraknie też innych ciekawostek, jak chociażby oryginalna wymiana uczniowska, ciekawe i odmienne lekcje z tymi ostatnimi, a wreszcie, wreszcie drobna odmiana losu w życiu biednego Neta na lekcjach informatyki.

Innym słowy.. To jest cześć, na którą warto było czekać!


Felix, Net i Nika oraz Tajemnica Czerwonej Hańczy, Rafał Kosik, Powergraph, Warszawa 2013
Czytaj więcej

sobota, 21 grudnia 2013

Przygoda może czekać "Za niebieskimi drzwiami"

 A przede wszystkim - pamiętajcie! - nigdy nie pukajcie do drzwi zbyt długo! Bo nawet jeśli się okaże, że nie ma za nimi nikogo, to jednak ktoś może wam otworzyć. A wtedy to, co za zwykłymi drzwiami znajdziecie, na pewno zwykłe nie będzie i może wcale nie przypaść wam do gustu. *

 Zainfekowana prozą Marcina Szczygielskiego (nie będę wytykać palcami winnego) zaczytuję się w jego kolejnych tytułach z niebywałą przyjemnością i radością. W zasadzie im więcej czytam tym więcej mam podziwu zarówno dla jego stylu pisania, pomysłowości, a także wykorzystywania zdawałoby się naprawdę oklepanych motywów literatury dziecięcej w sposób bardzo oryginalny. Odpoczywam czytając książki dla dzieci, a czytając książki dla dzieci autorstwa Marcina Szczygielskiego odpoczywam podwójnie. I daję się nabrać jak czytelnik w odpowiedniej kategorii wiekowej, który powinien jego książki czytać. Znaczy, albo ze mną jest kiepsko, albo Marcin Szczygielski jest naprawdę świetnym pisarzem. Mam podwójny powód by głosować za tą drugą opcją.


  W powieści Za niebieskimi drzwiami autor wykorzystuje właśnie dość banalny wątek pojawiający się bez mała w większości klasycznych powieści dla dzieci - przejścia do równoległego/innego świata, w którym rozgrywają się kluczowe wydarzenia. Nie należy się jednak spodziewać, że całość również będzie równie banalna. Wprost przeciwnie; Szczygielski nosi w sobie chyba niezmierzone kopalnie pomysłów, z których czerpie pełnymi garściami. Jak sam pomysł jest wtórny tak już całą reszta jest dość oryginalna i na swój sposób zaskakująca. Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Łukasz, któremu przyjdzie zmierzyć się z bardzo trudną sytuacją losową - w drodze na upragnione, wyczekiwane wakacje z mamą ulegnie wypadkowi. Kraksa, która gdyby nie parę sekund, gdyby nie prędkość jaką jechała mama, gdyby ten facet z naprzeciwka tak gwałtownie nie wyskoczył, ba, gdyby tamto drzewo nie stało właśnie tam, gdzie stało, zapewne nigdy by nie miał miejsca. Jednakże wszystkie niezbędne zmienne się pojawiły. Łukasz będzie po wszystkim musiał na nowo nauczyć się chodzić, po tym gdy jego nogi już się zrosną po dramatycznym złamaniu, a także pogodzić się z ogromną zmianą w jego życiu, jaką wywoła długa śpiączka jego mamy. Pobyt u ciotki Agaty, o której nic nie wiedział bowiem mama przemilczała jej istnienie, podobnie jak nigdy nie powiedziała nic o tacie Łukasza, okaże się owocującym w przygody, choć zapewne nie do końca takie, jakie chciałby przeżyć Łukasz. Pensjonat prowadzony przez ciotkę Agatę w nadmorskiej miejscowości Brzeg, o malowniczej nazwie "Wysoki Klif"okaże się miejscem pełnym drzwi do.. Do innego świata? Do świata w przyszłości? Do równoległego wymiaru? Jest wiele możliwości i Łukasz będzie próbował znaleźć odpowiedź na to ważne pytanie. Oprócz tego pozna ciekawą trójkę przesympatycznych dzieciaków, która w odpowiedniej chwili przybędzie mu na odsiecz, choć początkowo zapowiadało się, że raczej nie zapałają do siebie sympatią.

  Jeśli jednak wszystko wskazuje na kolejną historyjkę o przygodach małego chłopca w innym świecie, taką, która pewnie jest całkiem niebanalna, ale nadal, podobna do innych, to jest to bardzo mylące wrażenie. Jeśli znacie Zwierzoczłekoupiora Konwickiego to zapewniam, że spotkacie się z równie oryginalną historią, choć ze zdecydowanie optymistyczniejszym zakończeniem, takim, jakiego się oczekuje przy lekturze książek dla dzieci. Mam nadzieję, że Marcin Szczygielski nadal będzie pisać dla dzieci, a ja będę mogła się zaczytywać w kolejnych tytułach. Polecam, polecam książki Szczygielskiego z całego serca.


Za niebieskimi drzwiami, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2013
* str. 14

Czytaj więcej

sobota, 14 grudnia 2013

"Życie jest naprawdę dziwne." Sławomira Mrożka i Gunnara Brandella listy z lat 1959-1994

  Latem 1959 roku Sławomir Mrożek brał udział w międzynarodowym letnim seminarium Henry'ego Kissingera zorganizowanym na Uniwersytecie Harvarda. W drodze na miejsce, podczas wspólnej podróży statkiem poznał innych uczestników seminarium, w tym Gunnara Brandella. Mrożek w tamtym momencie był wciąż młodym, ledwie dwudziestodziewięcioletnim pisarzem, ze skromnym dorobkiem literackim (parę książek i jedna sztuka), ale już docenianym - współpracował z "Dziennikiem Polskim" i "Przekrojem". Brandell był zaś czterdziestotrzyletnim i już cenionym w rodzinnej Szwecji literaturoznawcą, dziennikarzem, oraz szefem działu kulturalnego "Svenska Dagbladet". Spotkanie, jedno z tych przypadkowych, a jakże znamiennych w życiu człowieka, zaowocowało długoletnią, serdeczną przyjaźnią, której dowodami była prowadzona korespondencja. Jej ciągłości nie przerywały liczne przeprowadzki, zmiany życiowe, zawodowe, ani zawirowania historyczne, co najwyżej powodowały przerwy, które jednak obaj korespondenci starali się nadrabiać. Trwała przez trzydzieści pięć lat, do śmierci Brandella. I pełniła w życiu Mrożka ogromną rolę. Kto mógł przewidzieć wiele lat temu na pokładzie USS "United States" z Southampton do Nowego Jorku, że to będzie początek tak trwałej przyjaźni? Życie jest naprawdę dziwne. Ta przyjaźń jest jednym z bardzo niewielu, jakże niewielu trwałych i solidnych wątków w moim raczej bezwątkowym życiu.*


  Gunnara Brandella od początku zachwyciła twórczość Mrożka. Będzie jej najwytrwalszym wielbicielem, konstruktywnym krytykiem, najwierniejszym czytelnikiem, a wreszcie, propagatorem całokształtu zarówno poprzez własne dzieła krytycznoliterackie, jak i liczne zachęty, jakie będzie kierować do swoich kolegów po fachu, reżyserów teatralnych, czy poprzez wiele zgłoszeń kandydatury Mrożka do Nagrody Nobla. Nie będzie w tym jednak bezrefleksyjny, czy ślepo ufny w talent swojego polskiego przyjaciela. Gdy uzna, że czegoś w danym utworze brakuje, że dobrze by było coś zmienić, podkreślić, bądż wykreślić, nie waha się dzielić swoimi spostrzeżeniami z autorem. W duńskim przeglądzie "Perspektiv" przeczytałem Twoje opowiadanie o psie. Bardzo dobre. Pod względem warsztatu nie mogło być lepsze. Mam jednak wrażenie, że w tym Twoim paranoicznym świecie czegoś brakuje. ** I takie słowa mają dla Mrożka niebywałe znaczenie. Ufa Gunnarowi i stara się ewoluować w swoim pisarstwie, bo intuicyjnie rozumie czego brakuje w jego utworach, choć Brandell nie zawsze potrafi to doprecyzować. W listach Mrożka zaś jest bardzo dużo szczerości i pokazanie własnych słabości, tęsknot, czy ubolewania nad tym, co się dzieje w kraju. W ocenie sytuacji w Polsce jest skończonym pesymistą, a ten pesymizm niesie ze sobą bardzo wiele trafnych, choć przejmujących diagnoz. To samo w dziedzinie sztuki, a przede wszystkim literatury. Mrożek prognozuje brak głosu jednostki, miałkość i bylejakość już w liście z 1963 roku. (..) stwierdzam natomiast, że w naszych czasach, a jeszcze bardziej czasach, które nadchodzą, usłyszany będzie tylko głos instytucji, tylko on znajdzie posłuch społeczny, podczas gdy głos jednostki cichnie, staje się coraz słabszy. Bez względu na to, jaka to będzie instytucja - państwo, ideologia, religia, wydawnictwo, agencja reklamowa, mass media - jedynie jej głos zostanie wysłuchany z należytą uwagą. Nasze czasy to czasy średniej jakości w coraz większym natężeniu (..).*** Własne pisarstwo będzie długo widział jako wtrącone w ten charakterystyczny rys satyry politycznej, w jakiej na początku dobrze się czuł, a którą jednak chciał przenieść na inny poziom. Będzie więc czuł niejakie zniewolenie w tej formie w jakiej go poznał polski czytelnik i z której nie chciał go uwolnić. Z tego też powodu nie widział siebie jako pisarza emigracyjnego, nie przewidując, że właśnie taki scenariusz się wkrótce ziści. Jednak o paradoksie, to właśnie emigracja wyzwoliła w nim pokłady talentu pisarskiego i reżyserskiego, dzięki czemu rozwinął skrzydła i wypróbował sam siebie w różnych zawodowych konfiguracjach.
 
 Gdy niedawno czytałam biografię Magdaleny I. Niemczyńskiej Mrożek. Striptiz neurotyka poznałam nieco innego Mrożka. Przede wszystkim często milczącego, dość skąpego człowieka. Zarówno w kwestii finansowej, jak i emocjonalnej. Dziś cenię tę książkę dużo bardziej niż podczas pierwszej lektury, bo pokazała w jaki sposób Mrożek był postrzegany, co zapewne było jego sposobem radzenia sobie z rzeczywistością. Czytając zaś tak osobiste zapiski, jak listy, można odkryć w Mrożku pokłady ciepła i serdeczności, nie tylko wobec korespondenta i jego rodziny, ale także w stosunku do pierwszej żony (czemu zdawała się przeczyć biografia Niemczyńskiej), nawet jeśli pierwszy okres małżeństwa jest dla Mrożka dziwnym doświadczeniem; w relacjach z innymi ludźmi,  a także w kontekście do przeżywanych wydarzeń. To właśnie tutaj ujawniają się skrywane przez pisarza cechy charakteru. Był nie tylko intrygującym autorem wielu ciekawych tytułów, ale i bardzo przenikliwym, inteligentnym człowiekiem, bystrym obserwatorem codzienności, oczytanym erudytą.  Prowadzona w języku angielskim, z próbkami francuskiego, korespondencja Mrożka i Brandella obfituje w liczne, nieustające czasami przez miesiące dyskusje dające tego dowód. Dyskusje te dotyczą nie tylko twórczości Mrożka i jej percepcji w Szwecji, czy innych krajach, ale także sytuacji politycznej w Europie, burzliwych przemian jakich świadkami byli obaj panowie, nowin ze świata literatury i sztuki, oraz własnych spraw rodzinnych. Jest to niebywała, wspaniała, niezwykła lektura, która nie pozostawia czytelnika obojętnym wobec pozostałych tytułów Mrożka. Listy te tylko podsycają ciekawość, rozbudzają fascynację, bo nareszcie przybliżają nieco Mrożka zwykłemu czytelnikowi.

 Mam niebywałe wprost wrażenie, że to jedna z moich ważniejszych lektur tego roku. Trochę jak olśnienie, bowiem przypomniała mi szkolną fascynację opowiadaniami Sławomira Mrożka, czytaniem bez mała w kółko Wesela w Atomicach, czy Tanga. Teraz moja ciekawość wobec listów z Lemem osiągnęła swoje apogeum i już wiem, że niedługo znajdą się na mojej półce. Polecam lekturę listów polsko - szwedzkiej przyjaźni, bo nie tylko pokazuje nowe oblicze Mrożka, czy wspaniałe relacje między obydwoma literatami i moc zaufania jakim się nawzajem obdarzyli, ale jest przede wszystkim pięknym przykładem literatury epistolograficznej.




Listy 1959-1994, Sławomir Mrożek, Gunnar Brandell, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
* str. 229 z listu Mrożka do Brandella
** str. 54 z listu Brandella do Mrożka
*** str. 73 z listu Mrożka do Brandella
Czytaj więcej

sobota, 7 grudnia 2013

Makabreska, czyli kolejna prowokacja. "Pornografia" Witolda Gombrowicza

 Jest to – trudno o bardziej entuzjastyczne zdanie – książka najbardziej skandaliczna, jaka kiedykolwiek została napisana w języku polskim. Skandaliczna po prostu dlatego, że odsłania pewne pokłady prawdy i rzeczywistości, które wymykają się najodważniejszym, najbardziej obiektywnym i najgłębszym podejściom „psychologicznym”. Jest to książka metafizyczna a nie psychologiczna. W najlepszych partiach „Pornografia” jest poezją: ma „wizję” poetycką – eksploracji spraw ukrytych za pomocą słów.
List K. Jeleńskiego do Witolda Gombrowicza z 4 sierpnia 1959 r. (źródło)

 Wywołała falę zarzutów, szczególnie, że w ojczyźnie uznano Trans - Atlantyk za bluźnierczy, toteż Pornografię przyjmowano już z niechęcią. Rok powstania utworu to 1958,  w związku z czym czytanie jej zaraz po pierwszym tomie Dziennika dało mi odczucie swoistej kontynuacji, w pewien sposób też spinającej w całość z Jaśnie Paniczem. Główny, dość brutalny wątek wprowadzenia młodej pary w erotykę oraz powód posłużenia się przez Gombrowicza nieznanym mu z autopsji okresem okupacji* (wykorzystanie postaci partyzanta i nieroztropnej młodości w celu dokonania morderstwa), w którego opisie jak zaznacza sam zainteresowany mogą (i pojawiają się rzecz jasna) być błędy merytoryczne były w stanie wywołać falę niechęci. Nie chodziło jednak o pokazanie walki z wrogiem, ani o sceny patriotyzmu, a jedynie o wykorzystanie okresu historycznego jako swego rodzaju tła dla fabuły. Największy prowokator w polskiej literaturze powojennej miał talent w znajdywaniu sobie tego rodzaju drugiego planu, jednakże nawet najbardziej zaciekły przeciwnik jego prozy nie znajdzie tu burzenia mitów ojczyźnianych (choć jak słusznie zauważa w posłowiu wydawca, prostoduszny czytelnik może Pornografię odebrać w ten sposób). To, w co uderza tu Gombrowicz to zdecydowanie stare obyczaje, kościelne tradycje i demaskacja podwójnej moralności z tym związanej (ukazanie skostnienia zwyczajów; łączenie młodej dziewczyny ze starym dziedzicem w myśl powszechnie kultywowanego zwyczaju; skazanie na śmierć partyzanta, który przeżywa załamanie nerwowe). Innymi słowy kolejna prowokacja w wykonaniu mistrza w tej materii. Jednakże cóż tam fabuła! Istotniejsze jest to, jak Gombrowicz świetnie Pornografię napisał!


 Jednakże wiedziałem (i był to jeden z kanonów mojej literackiej wiedzy o ludziach), że istnieją czyny ludzkie, na pozór zgoła bezsensowne, które jednak są człowiekowi potrzebne dlatego, że go w pewien sposób określają - tak aby dać najprostszy przykład, ktoś gotów popełnić zupełnie niepotrzebnie szaleństwo po to tylko, aby nie odczuwać siebie jako tchórza.**

  Gęstą atmosferę fabuły oddają już pierwsze zdania, które opisują zadymioną scenę pewnego mieszkania, gdzie spotykali się znajomi głównego bohatera, Witolda, skąd również rozpoczną wraz z Fryderykiem swoją dziwną przygodę. Najbardziej fatalną, jak zaczyna opowiadać Witold. Wyjeżdżają bowiem na wieś, do pewnego wiejskiego dworku niejakiego Hipolita, Hipo, gdzie rozpoczynają niezwykłą, pełną erotyki i śmierci grę.
  Przebywając w dworku dostosowują się do zasad w nim panujących i razem z gospodarzami udają się na mszę kościelną, pomimo ewidentnego ateizmu Fryderyka. W nudę kościelnej mszy wkrada się dwuznaczne zachowanie Fryderyka, które natychmiast odmienia obrzęd w coś bluźnierczego. Już to sygnalizuje dalszy przebieg gry, którą od początku reżyseruje na swój sposób Fryderyk, a czemu poddaje się niewolniczo również Witold, wspólnie z nim obmyślając kolejne sceny. Celem jest połączenie dwójki młodych ludzi Karola i Heni, choć obydwoje nie łączy nic poza tym, że się znają. Co więcej Henia jest już zaręczona ze starszym mężczyzną, sąsiadem z drugiego dworku, bogatym dziedzicem, Wacławem, który jest tradycjonalistą, prawdziwym Polakiem - katolikiem. Jednakże Witold i Fryderyk w gestach, spojrzeniach, zwykłych zwrotach grzecznościowych widzą dwoje młodych ludzi splecionych w zmysłowej scenie, do której próbują przez swoje matactwa i kombinacje doprowadzić wszelkimi sposobami. Nie traktują jako przeszkody niespodziewanej śmierci przyszłej teściowej Heni, a nawet odnajdują w niej znudzenie. Podsycanie do erotyzmu doprowadza ich do coraz grubszych deprawacji, coraz kąśliwszych idei, a wreszcie do pomysłu splecenia tej dwójki przez akt wspólnego morderstwa.

  Sam Gombrowicz widział w Witoldzie swego rodzaju alchemika, który próbuje stworzyć niezwykłą miksturę z młodości i wyzwolenia w niej cielesności, seksualności. Zmysłowość wprowadza stany niemalże deliryczne w utworze - Witold z Fryderykiem upajają się własnymi wizjami tego, co dzieje się między Karolem a Henią, bagatelizują brak jawnego zainteresowania między chłopakiem a dziewczyną, prowokują między nimi dwuznaczne sceny, w które wprowadzają jako ważny element również postać narzeczonego. Wszystko to doprowadza do absurdu, szaleństwa, choć według Fryderyka we dwóch nie ma wariacji*** działania obydwu bohaterów są jak ziszczony sen chorego umysłu. A jego sceną finalną podwójne morderstwo. Śmierć jest tutaj ważnym elementom całej układanki, dopełnia tę makabryczną grę, gdy młodość unicestwia starość, a starość zadaje młodości ostateczny cios. Ogółem makabreska**** wprost fantasmagoryczna, brutalna i pozostawiająca niesmak. A jednak styl Gombrowicza, narracja pełna wieloznaczności, wreszcie sama poetyka utworu powodują, że mimo wszystko genialnie się czyta Pornografię. Niejako wbrew sobie, szczególnie, gdy już wiadomo dokąd zmierza fabuła i jak bardzo krwawy będzie finał. Czy zatem mogę polecać Pornografię? Ha, trudne pytanie. Nie chciałabym popaść w tonację, która samemu autorowi była obrzydliwa, w stylu "Gombrowicz wielkim pisarzem był".  Na pewno był pisarzem intrygującym, irytującym oraz fenomenalnie posługującym się językiem polskim. I za to go cenię. I dlatego uważam, że warto czytać jego prozę.


Pornografia, Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków - Wrocław 1986

* str. 5 Tej Polski wojennej nie znam. Nie byłem przy tym. W ogóle Polski od 1939 r. nie oglądałem. Opisałem to tak, jak sobie wyobrażam. To więc jest Polska imaginacyjna— i nie przejmujcie się, że czasem pomylone, czasem może fantastyczne, bo nie o to chodzi i to zupełnie bez znaczenia dla spraw tutaj się odbywających. 
** str. 48
*** str. 95
**** oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że Pornografia nie do końca pasuje do definicji utworu zwanego makabreską, ale reprezentuje sobą jej najważniejsze cechy: groteskę i czarny humor
Czytaj więcej

piątek, 6 grudnia 2013

Ścigając opowieści. "Zaćmienie" Agnieszki Wolny - Hamkało

Czas się przyznać: przemówiło zdjęcie z okładki. Dotąd twierdziłam, że okładka nie ma dla mnie znaczenia, a tu proszę, zdjęcie na okładce sprawiło, że zainteresowałam się treścią. Oczywiście, zdjęcie na okładce sygnowanej przez Wydawnictwo Czarne, toteż mogłam pozwolić sobie na fantazję, że zawartość będzie równie intrygująca. Była. Choć za krótka, miejscami zabrakło rozwinięcia, ale sumarycznie powieść okazała się taką, z którą warto spędzić interesujące popołudnie.

fot. Paolo Castronovo, źródło zdjęcia
Zdjęcie przywiodło mi na myśl filmy Lyncha i długie dyskusje związane z interpretowaniem ich treści, co wywoływało w konsekwencji dalsze gorączkowe, całonocne rozmowy, gdy byłam dużo młodsza. Lynch mnie porwał swoimi krętymi ścieżkami, które wiodły donikąd, brakowało rozwiązań, a fabuła doprowadzała do gorączki dyskusyjnej, trwającej nierzadko godzinami, by powtórnie przejść do oglądania z komentowaniem fabuły na bieżąco. Najwięcej czasu zajęła nam chyba Zagubiona autostrada, wówczas najnowszy film i jak zwykle pełen pułapek. Pomimo wielu dni rozmów nie znaleźliśmy satysfakcjonującej interpretacji. Za to jaką przyjemność sprawiało nam prowadzenie owych dysput! I pewnie dlatego odezwał się sentyment, fotografia pobudziła wyobraźnię, a książka powiodła podobnymi labiryntami i scenami rodem z filmów najbardziej zagadkowego reżysera, jakiego znam.

Zaćmienie Agnieszki Wolny - Hamkało to kawał dobrej lektury z popkulturowymi kliszami. Poprzetykane świetnymi zdaniami zdania karły. Ciekawe wątki, którym jednak zabrakło większego sensu. Całość zaś jest zgrabnie opakowana w interesujący twór fabularny, po którym również można zasiąść z przyjaciółmi do dłuższej debaty. Główna bohaterka, która niegdyś pracowała jako policjantka, co jak się okazało, było w jej życiu splotem przypadków, równie przypadkowo zostaje swego rodzaju łowczynią opowieści. Jej zadanie polega w skrócie na odnajdywaniu intrygujących historii, które potem jej wydawca będzie mógł zlecić swoim pisarzom do spisania. Dość nietypowy zawód prowadzi do nietypowych sytuacji w jej życiu. Ewa, bo tak ma na imię łowczyni, nie ma zatem stałego zatrudnienia, bo jej praca wymaga częstego łapania okazji. Kto jej opowie jakąś ciekawą historię tym razem? Czy będzie na tyle dobra, że warta odnotowania? Nigdy nie ma gwarancji, że podróż w jaką wyrusza zakończy się sukcesem, a zatem wypłatą, możliwością zasilenia domowego budżetu. Jest w tym coś niezwykle podniecającego, ale też brakuje stabilizacji. Jednak Ewa jest typowym tworem współczesnych czasów. Samotna, po trudnym związku, gdzie partner okazał się mocno zaburzonym człowiekiem, z pełnym przekonaniem, że macierzyństwo absolutnie nie jest dla niej, zaś podróżowanie pociągami zwalnia ją z wszelkiej odpowiedzialności. Ewa zatem podejmuje ryzyko z jakim wiąże się jej praca z lekkim znudzeniem, a czasami nawet zniechęceniem. Historie, które początkowo wydają się godne zainteresowania muszą być przemilczane, bo opowiadający poprosi o podpisanie zobowiązania do milczenia. Albo ostatecznie okazują się po prostu słabe, tylko początek zapowiadał się całkiem nieźle. Zatem Ewa żyje tak od historii do historii, jest obserwatorem, choć niektórzy z opowiadających na siłę wtłaczają ją w rolę uczestnika, jednak tak naprawdę to, co w życiu Ewy najcenniejsze to odwiedziny u siostry i jej dzieci. Spędzanie czasu z cudzą rodziną, gdy na własną nie ma się dość siły, energii, motywacji.

Jest w tej powieści cała masa scen pełnych absurdu, groteski, które wprowadzają w powieść elementy czegoś paranormalnego. Ożywają martwe piosenkarki, ludzie tworzą całe światy z bursztynu, bawią się w wampiry, bądź ni z tego ni z owego Arnold Schwarzenegger okazuje się poetą lirycznym zakochanym w Polsce, a tytułowe zaćmienie, na które wszyscy czekają, ma prowadzić do końca świata. Kręte ścieżki jakimi podąży Ewa prowadzą czytelnika w ciekawe rejony, by po chwili jednak rozczarować pewnymi mankamentami, brakiem rozwinięcia. Ewa operuje stylistyką policyjną, czasami brak jej lotności języka, chwilami przemawia rodem z podręczników psychologicznych i nie żałuje sobie przekleństw. W swojej seksualności jest zadziwiająco trywialna. Jest w tej nietypowości typowa do bólu, razem z trudną przeszłością, wizytami u psychoterapeuty i samotnością z psem. A jednak, jednak, jest coś świeżego w tej powieści, choć czasami śmierdzi jak w starej kamienicy. Jest coś nowego, choć drąży utarte ścieżki. Agnieszka Wolny - Hamkało sprawnie operuje polszczyzną zarówno tą literacką, jak i tą, której bliżej do rynsztokowej. Bawi się słowem i zdaniami, tworzy truistyczne kalki, a jednocześnie głosi gdzieś między zdaniami całkiem ciekawe i nowe rzeczy. Bardzo mi się podoba ta udziwniona proza i szczerze mówiąc mam żal do autorki, że powieść jest taka krótka.


Zaćmienie, Agnieszka Wolny - Hamkało, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
Czytaj więcej

wtorek, 3 grudnia 2013

O Gombrowiczu przez pryzmat wspomnień. "Jaśnie Panicz" Joanny Siedleckiej

 Teraz wystarczy, że ktoś siedział z nim chwilkę przy jednym stoliku w "Ziemiańskiej", "Zodiaku" czy też "Querandi" lub "Rexie" w Buenos Aires, a już pisze wspomnienia i rozprawy.*

  Lubię czytając książki jakiegoś pisarza/pisarki poznać również kontekst biograficzny, wspomnieniowy. Oczywiście, to nic odkrywczego, ale zdecydowanie łatwiej wtedy zrozumieć pewne postawy, opisywane sytuacje, ba, można też inaczej zrozumieć niektóre szczegóły, jakie pojawiają się w danej powieści autora, bowiem jej związek z jego aktualną wówczas sytuacją życiową mógł być zasadniczy. Ot chociażby historia powstania Opętanych, która jak się okazuje, miała szerszy kontekst połączony z pracą zarobkową, pisaniem w częściach, żartami kolegów z towarzystwa (nazwisko trenera), pozwoliła mi teraz nieco inaczej spojrzeć na książkę. Ponieważ zaś maniakalnie nadrabiam zaległości w zakresie wiedzy o literaturze jaką parał się Gombrowicz to i książkę Siedleckiej odkurzyłam, autorkę przeprosiłam za tak wieloletnie opóźnienie i lekturę z przyjemnością ukończyłam. Z przyjemnością, choć początki były dziwne, zalew nazwisk, regionalizmów, wspomnień osób, zdawałoby się postronnych, które na początku niewiele mi mówiły, był może zbyt duży. Z czasem, gdy już wgryzłam się w nietypowość tej pozycji, w dialektykę wspomnieniową zwykłych i niezwykłych ludzi z otoczenia Gombrowicza, zmuszona byłam przyznać, że to naprawdę ciekawy sposób prezentowania sylwetki znanego pisarza. Szczególnie, że mimo wspomnień tak wielu osób ten obraz z czasem staje się dość spójny, choć nie pozbawiony rys.


  Książka podzielona jest na dwie części, w związku z emigracją w 1939 roku Gombrowicza do Argentyny. W części pierwszej mamy zatem wspomnienia z Polski, z okresu gdy Gombrowicz był swego rodzaju jaśnie paniczem, bowiem rodzice, dość zamożni ziemianie, wywodzili się w tak zwanych wyższych sfer, choć nie szlacheckich, co byłoby spełnieniem życzenia samego pisarza. Część druga z przyczyn oczywistych dotyczy życia na emigracji, najpierw w Argentynie, a później we Francji. W pierwszej części spotykamy się z osobami, które pełniły służbę w wiejskiej rezydencji Gombrowiczów w Małoszycach, dokąd rodzina się udawała głównie na okres wakacyjny. Na początku mogą dziwić wspomnienia takich osób, jak kucharka, czy pokojówka, osób, które jako dzieci bawiły się z młodymi Gombrowiczami, osób, które odszukane przez Siedlecką były już w sędziwym wieku, pamięć więc mogła ich zawodzić, do tego pryzmat uznanej już wielkości pisarza mógł znacząco wpłynąć na ich jakość. Jak się jednak okazuje, nie każdy kojarzył co w ogóle Witold Gombrowicz stworzył, czy został pisarzem czy poetą, wreszcie, nie każdy w ogóle wiedział, co on robił, tyle, że musiał być znany, bo co i rusz ktoś przyjeżdża i wypytuje. Dlatego wszystkie one brzmią bardzo wiarygodnie i odczytuje się je ze strony na stronę coraz przyjemniej.

 We wspomnieniach służby młody Gombrowicz już się na swój sposób wyróżniał. Nigdy nie zaczepiał pokojówek, nie próbował wykorzystać swojej pozycji jaśnie panicza, by którąś z nich uwieść (choć to akurat nie musiało wynikać z jego taktu, a upodobań). Raczej był skory do psot, zabawy, traktowania najpierw swoich dziecięcych rówieśników w zasadzie na równi ze sobą, dopiero z czasem zaczął poważniej dziwaczeć, chętniej uwypuklać swoją osobę, jako ważniejszą, lepszą, bo przecież bardziej utalentowaną, choć to robił już bardziej wśród rodziny  i znajomych z innych ziemiańskich rodzin. Uwielbiał robić innym żarty, odgrywać role, pozować. Zaczęło się już gdy miał lat kilkanaście i chciał bardzo, ale to bardzo zwracać na siebie uwagę całego otoczenia. Gdy tylko zauważał na przykład, że kuzyni mają dużo nauki i wyraźnie im przeszkadza swoją wizytką - za nic nie można było go wyrzucić. Siedział do późnych godzin, zabawiał nowinkami i ploteczkami, odrywając ich naturalnie od nauki.** Gdy rodzina bardziej podziwiała kuzyna Miecia, Wicio robił wszystko by ich oderwać od chwalenia zdolnego kuzyna i udawał bodaj silny atak bólu zębów, byle tylko rodzina natychmiast przeniosła uwagę na niego. To samo, gdy już jako dorosły młodzieniec zaczął bywać w towarzystwie innych artystów, literatów, czy to początkujących, czy już uznanych, przy którym to towarzystwie zawsze musiał grać pierwsze skrzypce. Zwali go wówczas Gombrem i mimo, że dominował, grał, udawał, wspominają go o dziwo z nostalgią i szacunkiem. Pozę kpiarza przyjmował świadomie, w celach niejako poznawczych. Tworzył nie tylko książki, ale i życie. Robił teatr - celowo rzucał prowokujące wypowiedzi, reżyserował dyskusje, starcia, sytuacje, nawet małe dramaty. A potem patrzył z triumfem na swoje dzieło. Niewątpliwie sprawdzał również siebie, przede wszystkim demaskował jednak słabości i prawdziwe oblicza swoich rozmówców.***  Był absolutnie zafascynowany pozami, mimiką i grą, zmuszał towarzystwo do zwracania się do siebie per pan/pani, traktując to jako formę bardziej wyszukaną, udawał wymowę arystokratyczną zamieniając dźwięczną głoskę "r" na bezdźwięczne "h", co dawało czasami niezwykły efekt. To co podkreślają wszyscy to niezwykła inteligencja, wiedza, którą potrafił zaskoczyć każdego interlokutora. Nie znosił porażek na żadnym polu. Nieraz mieli oczywiście ochotę zatryumfować nad nim, rzadko im się to jednak udawało. Może nawet i czuł się niekiedy dotknięty, lecz nigdy nie dał im tego po sobie poznać. Musieli więc zadowalać się najwyżej drobiazgami.****

Witold Gombrowicz, lata 40-te, źródło zdjęcia
  Cieplejszy obraz pisarza wyłania się dopiero z okresu emigracji. A i to też mocno zastrzeżony, bowiem tak naprawdę wie o nim tylko jego najbliższe otoczenie, oraz rodzina, do której wysyła zmartwione w treści listy. Przez większość okresu emigracji Gombrowicz cierpi biedę. Dorabia jak tylko może wszelkimi sposobami. Kreowana w Dzienniku rzeczywistość zatem nie do końca oddawała prawdę, bowiem opisywane wille nie były prawdziwe, a Gomber nie raz i nie dwa cierpiał z powodu braku środków na utrzymanie. Tymczasem gdy już zaczęły napływać jakiekolwiek pieniądze związane z wydawaniem jego książek Gombrowicz, dużą część swoich zarobków posyłał rodzinie, która po wojnie również musiała borykać się z biedą, oraz genetyczną chorobą Gombrowiczów - astmą, pochłaniającą wysokie wydatki. Astmą, która stanie się wkrótce również przekleństwem Witolda, a ostatecznie przyczyną śmierci.

  To było niezwykłe przeżycie, poznać Gombrowicza od strony wspomnieniowej. Oczywiście, niektóre wspomnienia dają sprzeczny obraz. Są wśród rozmówców Joanny Siedleckiej osoby, które ewidentnie pod wpływem jego talentu były nim zachwycone, ale również są osoby, które do siebie zniechęcił, zraził i które już nie dawały mu drugiej szansy na lepsze poznanie. Widać było we wspomnieniach jednak pewien wspólny mianownik, który pojawił się w obydwu tych grupach - Gombrowicz znał swoją wartość, wiedział, że jest utalentowany i starał się, by każdy to dostrzegł. Grał, pozował, bawił się ludzkimi reakcjami. To mogło powodować skrajne odczucia, mogło wywoływać albo zachwyt, albo antypatię. Nie zmienia to faktu, że był on naprawdę interesującą postacią, a wspomnienia zebrane w tym tomie rewelacyjną lekturą.


Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu, Joanna Siedlecka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2003
* str. 13
** str. 93
*** str. 140
**** str. 147
Czytaj więcej

niedziela, 1 grudnia 2013

"Bezimienne dzieło" w Teatrze Narodowym

Bezimienne dzieło.
Cztery akty dość przykrego koszmaru
1921
Stanisław Ignacy Witkiewicz

Dwa są tylko miejsca dla metafizycznych jednostek w naszych czasach: więzienie i szpital wariatów.
 
  Wybuchy, rewolucja, uwięzienie artystów, walka, choć nie do końca klasowa, i dużo artystycznego, a przynajmniej na takiego się kreującego, bełkotu. Czyli witajcie w świecie Witkacego, w interpretacji Teatru Narodowego.

  Rzecz się rozpoczyna na pustym polu, na styku nocy i dnia, podczas kopania tajemniczego grobu. Dwóch grabarzy dość leniwie kopie grób, nad którym stoi starzec. Rozmowa związana z pytaniami odnośnie grobu prowadzi donikąd, bowiem starzec odmawia odpowiedzi, wymawia się swoim wiekiem. Starcem jest niejaki Giers, którego refleksje związane z wiekiem są jedynie parafrazowaniem słynnej hamletowskiej sceny, zresztą, również z czaszką w dłoni. Tu jednak nie ma sentymentów, Giers jest ponury i dość grubiański. Na miejsce zaczyna przyciągać coraz więcej osób, mimo wszelkich prób odosobnienia i utrzymania go w tajemnicy. Najpierw pojawia się książę Padoval de Grifuellhes, który odkrywa w jednym z grabarzy swojego ojca, następnie malarz, Plazmonik, którego jak się okazuje Giers właśnie aresztował oskarżając o szpiegostwo wraz z podejrzaną o to samo kompozytorką, Różą van der Blaast. Wszystko to jednak blaga i nic nie warte słowa. Sztuka, sztuka, której co prawda uwięziony, nie może wykonywać, okazuje się bowiem w pewien sposób wyzwoleniem dla Plazmonika, dzięki rozmowie z kolejną pojawiającą się na scenie osobą: młodziutką i śliczną malarką, Klaudestyną de Montreuil.

Klaudestyna de Montreuil (Dominika Kluźniak) oraz Plazmonik Blödestaug (Marcin Hycnar), fot. Andrzej Wencel, źródło zdjęcia
(..) chodzi o wyrażenie metafizycznej dziwności Istnienia w konstrukcjach czysto formalnych bezpośrednio przez samą harmonię barw, ujętych w pewne kompozycje...(..) Dziwnym jest, że nic o pani nie słyszałem. Mówmy dalej. Zapominam, choć na chwilę, o okropności mego położenia. Ból fizyczny i teoretyczna rozmowa są moimi jedynymi przyjemnościami – wtedy nie myślę o rzeczywistości mego życia...

  Plazmonik jest zakochany bez wzajemności w Róży van der Blaast. Ta ostatnia, niezwykle utalentowana kompozytorka, ma jedną, wielką słabość, którą jest miłość do Buffandera, znanego w szpiegowskim światku jako Cynga. Śledztwo w związku z tym doprowadziło do niej, choć sama o szpiegostwie kochanka do ostatniej chwili nic nie wiedziała. Ostatecznie jednak, gdy Plazmonik decyduje się na przyznanie do winy, ona również poświęca się dla ukochanego. Warunek Plazmonika, by zostać osadzonym w jednej celi z ukochaną, zostaje przez władze uznany. Kolejne absurdalne sceny zatem wiodą do więzienia.

Plazmonik Blödestaug (Marcin Hycnar) i Róża van der Blaast (Patrycja Soliman), fot. Andrzej Wencel, źródło zdjęcia
Jakże wstrętnie cyniczną jesteś. Różo! Nie rozumiesz zupełnie, w jakim wymiarze jest moje przywiązanie do ciebie...

  Oboje, Róża i Plazmonik, zamknięci w celi nie mają świadomości rozpoczynającej się właśnie rewolucji. Lud pod przywództwem drugiego z grabarzy, którego nazwisko zostaje w końcu obnażone (Girtak) rozpoczyna rewoltę. Pod hasłami w stylu: Na latarnię cały rząd! Precz z kapłanami! widzowie są świadkami prawdziwej rewolucji na scenie. Bicie, kopanie, wleczenie przez scenę, wybuchy, strzały są oddane tak realistycznie, że trudno się oderwać od tych obrazów, jednocześnie nie odczuwając wstrząsu na widok tak realny. Wszystko to jest widowiskowe, pięknie rozegrane, oddaje ducha prawdziwej walki, w której zadawane są prawdziwe rany. Tylko tak naprawdę o co ta walka? Świat, w którym grabarz jest ojcem następcy tronu, w którym zwykły prosty człowiek może zbratać się z księciem, nie wydaje się w niczym podobny do świata rewolucji w Rosji w 1917, która odcisnęła niesłychane piętno na twórczości Witkacego. A jednak rewolucja trwa w dziele na całego. W końcu rząd zostaje obalony, zwycięża szara, jednolita masa, więźniowie zaś zostają wyzwoleni. A co się dzieje z jednostką? Co z artystą? Co z Plazmonikiem?


scena zbiorowa, fot. Andrzej Wencel, źródło zdjęcia

(..), ja w tym społeczeństwie, którym rządzi pan Girtak i tłum z przedmieścia, żyć nie mogę. Ja bardzo polubiłem mój pokój w tym gmachu. (wskazuje na więzienie) Sztuka się skończyła, a sztucznej religii nie wytworzy nikt – nawet sam nieboszczyk Cynga razem z Mieduwałem, a nawet z samym Girtakiem. Ja wracam do więzienia. A żeby nie mieć już pokusy wyjścia, muszę popełnić coś odpowiednio potwornego. Przypuszczam, że nawet w państwie Girtakowego motłochu i mitu o bydlęcej bezpracy pewne zbrodnie będą karane.

 Jednostka artystyczna może dla siebie znaleźć miejsce tylko w więzieniu, albo w szpitalu psychiatrycznym. W odosobnieniu, bowiem w tłumie, szarej, jednolitej masie, nie ma dla niej miejsca. Ostatecznie, choć lud wygrywa, jednostka, indywidualność przegrywa z kretesem.

  Zanim wybrałam się do teatru przeczytałam jedną recenzję sztuki. Nie była przesadnie optymistyczna, zarzucała zespołowi Teatru Narodowego spłycenie sztuki Witkacego, choć w bardzo ładnej i efektownej oprawie. Być może brakuje mi jeszcze konstruktywnego oceniania sztuk teatralnych, bo dla mnie nie tylko oprawa była świetna, ale również wykonanie. Na Dominikę Kluźniak patrzę zawsze z zachwytem, Patrycja Suliman jest niezwykła, Marcin Hycnar idealnie oddaje artystyczne rozterki i żale, a wątek główny, związany z rewolucją jest uwypuklony i wyraźnie podkreślony. Widownia jest wciągnięta w grę nie tylko przez ulotki jakie są rozrzucane podczas spektaklu, ale także bezpośrednim zwracaniem się do niej. Muzyka dobrana do atmosfery sztuki podkreśla emocje, jakie mają wywołać poszczególne sceny, a strzały i huk jaki można usłyszeć powoduje, że widz naprawdę odczuwa niepokój. Być może brakuje mi wprawy wytrawnego krytyka, a być może ta sztuka jest dobrze zagrana. Polecam przekonać się o tym każdemu osobiście.


Bezimienne dzieło, Teatr Narodowy, reżyseria Jan Englert, scenografia Andrzej Witkowski, opracowanie muzyczne Rafał Kowalczyk
Obsada:
Dr Plazmodeusz Blödestaug: Włodzimierz Press gościnnie
Plazmonik Blödestaug: Marcin Hycnar
Róża van der Blaast: Patrycja Soliman
Klaudestyna de Montreuil: Dominika Kluźniak
Buffadera (Cynga): Grzegorz Małecki
Pułkownik Manfred hr. Giers: Jerzy Radziwiłowicz
Grabarz: Tomasz Sapryk
Józef Leon Girtak: Mateusz RusinKsiążę Padoval de Grifuellhes: Przemysław Stippa
Księżna Barbara: Beata Ścibakówna

Wszystkie cytaty pochodzą ze sztuki Bezimienne dzieło
Czytaj więcej

sobota, 30 listopada 2013

Lektury dzieciństwa. "Taja z Jaśminowej" Adriany Szymańskiej

Lektury okresu dzieciństwa mają niezwykły urok. Na mojej liście jest kilka stałych ulubieńców, których kartki swego czasu wertowałam namiętnie i z dużą regularnością. Do nich należy między innymi Taja z Jaśminowej Adriany Szymańskiej wydana pierwszy raz w 1988 roku. Taka "dziewczyńska", jak to mawiał mój brat cioteczny, choć on w ogóle uważał, że czytanie jest "dziewczyńskie". Taja jednak była dla mnie szczególna. W momencie lektury byłam tylko o rok starsza od bohaterki, przede mną były podobne zmiany, czyli przeprowadzka, miałyśmy rodzeństwo w zbliżonym wieku. Dlatego ta malutka książeczka miała dla mnie szczególne znaczenie wtedy, a i dziś sentyment z nią związany wcale nie uległ zmniejszeniu. Szczególnie, gdy patrzę na te pierwsze próby oznaczania własnych książek, a także, pierwsze próby ich katalogowania.


Gdy zobaczyłam pierwsze od 1988 roku wznowienie Tai, pięknie zresztą wydane przez wydawnictwo W.A.B w 2010, leżące w taniej książce w ilości kosmicznej, za całe 11 polskich złotych, zrobiło mi się smutno. W trzy lata po wydaniu tej książeczki zainteresowanie nią okazuje się być znikome. A przecież jest to naprawdę przemiła książka dla dzieci, która mogłaby również cieszyć oko rodzica przyjemnymi ilustracjami, czy to ze starej, czy to z nowej jej wersji.


Taja tak naprawdę ma na imię Natalia. Jej imię zmodyfikował malutki braciszek, Daszo, który zresztą również sobie zmienił imię, bo przecież jego prawdziwe to Adam. Po tacie, Adamie. Tata dla rozróżnienia więc jest Duży - to po to, by mama nie musiała wołać ich obu na raz, gdy będzie potrzebowała tylko jednego. Całą rodziną, wraz z babcią, mieszkają w ślicznym domku przy Jaśminowej 3. Taję cieszy przy Jaśminowej wszystko. Ogród pełen Dziwanów, dziadek Filip po sąsiedzku, kolega Michał, z którym często się droczy i oczywiście kochana rodzina, choć oni ciągle zajmują jej czas, podczas gdy w ogrodzie tyle się dzieje!

ilustracja z wersji z 1988, ilustrowała Katarzyna Gintowt
 Tańczące Świetliki śpiewają jej piosenki i zmuszają do poszukiwań, bo ciągle jej umykają. Słończyk bywa kapryśny i nie zawsze się pojawia, gdy Taja tego pragnie. Czasami, gdy pada dłużej niż jeden dzień tęskni za nim bardzo i dlatego się cieszy, gdy ponownie się pojawia. Oczywiście, wraz z pierwszymi promieniami słońca.

ilustracja z wersji 2010, ilustrowała Lucyna Talejko - Kwiatkowska
 Bo tak, Taja ma bujną wyobraźnię i to ona pomaga jej nie myśleć o zmianach, które są nieuchronne. Wyprowadzka z Jaśminowej to już tylko kwestia czasu. Mama ciągle mówi o nowym mieszkaniu, cieszy się, babcię też ta zmiana nastraja optymistycznie, gdyż duża wilgoć w domu przy Jaśminowej znacząco wpływa na jej samopoczucie. Daszy póki co jest wszystko jedno. A Taja nie wyobraża sobie innego życia niż tego przy Jaśminowej. Dziadek Filip znaczy dla niej bardzo wiele, a Michała też na pewno będzie jej brakować. Oprócz tego ogrodowe Dziwany, ściganie Rdenia, poszukiwania Galopka - tego nie da jej mieszkanie w nowym bloku. Dziewczynka jest więc zrozpaczona i postanawia, że zostanie sama przy Jaśminowej. Dopiero rozmowy z Dziadkiem Filipem pomogą jej zrozumieć, że pewne zmiany w życiu są konieczne, że należy szukać w nich pozytywnych stron, nie żałować tego, co mija, a witać nowe z ciekawością, bo nigdy nie wiadomo, co ono przyniesie. A wszystko co najważniejsze przecież Taja i tak zabierze ze sobą, w swoim sercu.

Dziadek Filip w starszej wersji
 Taja z Jaśminowej jak na lekturę dla dzieci przystało omawia parę ważnych spraw, ale przede wszystkim daje popis siły dziecięcej wyobraźni. Wszystko, co widzi Taja jest przesycone pięknem, ale też pokazujące, że zwykły promień słońca, zwykły deszcz, mogą być źródłem niesamowitych wyobrażeń. Nawet taka nudna czynność, jak pielenie grządek, może okazać się niezwykłą przygodą. Oczywiście jest to historia, która może już nie znajdywać swoich odbiorców. W świecie, gdzie wyobraźnię zastąpiły gotowe obrazy, a rozrywki dostarczają gadżety elektroniczne, taka bajeczka o zwykłej w sumie dziewczynce, z przeciętnymi, choć poetyckim marzeniami, może wydawać się nudna. A jednak sądzę, że świat dziecięcej wyobraźni aż tak bardzo się nie zmienił i dlatego mimo wszystko warto dawać dzieciom Taję do poczytania. W każdym razie moja bratanica na pewno dostanie swój egzemplarz, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. I liczę na jej spektakularny sukces, podobny do tego z jakim spotykają się aktualne lektury (w tej chwili mocno, ale też z dużą namiętnością, targane za nieszczęsne stronice).


Taja z Jaśminowej, Adriana Szymańska, Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988
                                                             Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010


Czytaj więcej

czwartek, 28 listopada 2013

Odcienie znaczeń. "Honor" Elif Shafak

 Każdy człowiek jest osadzony w jakiejś kulturze, w której przyszło mu się urodzić i wychować. Nawet jeśli kiedyś wyemigruje ze swojego kręgu kulturowego, nawet gdy wpływy innych kultur i postaw znacząco ukształtują zmiany w jego charakterze, pewnych niemalże bezwarunkowych wpisów, nie sposób z serca wymazać. Idą w ślad za człowiekiem, niczym jego skarb, albo piętno, zależy jak na to spojrzeć. Ta różnorodność kulturowa ma takie rozpięcie, taki rozmach, że jedno słowo, choć potencjalnie oznaczające to samo, może mieć tego znaczenia całą masę odcieni. Bo na przykład takie słowo jak "hańba" może dla Anglika znaczyć coś zupełnie innego niż dla tureckiego imigranta, który w Anglii zamieszkał. Tak się rodzą nieporozumienia, tak powstaje mit podłej rasy, tak też interpretacje zachowań osób z innej kultury są zakrzywione. Choć trudno powiedzieć, by to oznaczało, że mniej sprawiedliwe, gdy mowa o tak zwanym honorowym morderstwie. Bo czy jakiekolwiek morderstwo może usprawiedliwiać pochodzenie kulturowe?

 Wędrówka przez powieść Elif Shafak rozpoczyna się w Londynie, by płynnie cofnąć się w czasie i przestrzeni do małej, kurdyjskiej wioski nad Eufratem i ten sposób prowadząc czytelnika przez czas i miejsca tak sobie odległe, tak różniące się kulturowo, opowiedzieć historię pewnej rodziny, której początki wcale nie miały związku z miłością i oddaniem. Bowiem Naze gdy rodziła Pembe i Jamilę oczekiwała syna, a nie kolejnych córek. Bowiem Adem pokochał Jamilę, choć za żonę pojął Pembe. Wszystko poszło nie tak, jak tego oczekiwali bohaterowie tej opowieści, trudno się zatem dziwić, że i historia sama w sobie nie tchnie przesadnie wydźwiękiem pozytywnym.


 Rodzina Topraków wyemigrowała ze Stambułu, z małego, stęchłego i pełnego wilgoci mieszkania w suterenie do Londynu, jak każdy emigrant, za lepszym życiem. Stara, słuszna zasada mówi o tym, że człowiek może uciec od miejsca i od innych ludzi, ale od siebie samego nie ma jak uciec. Londyn przyprawia Pembe o zwiększoną zabobonność, potęguje nałóg Adema, wpływa na zmianę charakterów dzieci;  Iskander, najstarszy syn, coraz częściej interesuje się spotkaniami z kolegami i boksem, córka Esma w zasadzie nosi się jak londyńskie dziewczyny, a najmłodszy Yunus ciągle jest poza domem i ukrywając to przed rodzicami, spędza czas z squattersami, zakochany bez pamięci w jednej z nich -  Tobiko. Jednak tak naprawdę to, co zabrali ze sobą jeszcze znad Eufratu, potem trwało przy nich w Stambule, a następnie razem z nimi wyemigrowało do Londynu, to to, że od dawna nie układało się między Pembe a Ademem, który ostatecznie odchodzi od żony i związuje się z tancerką erotyczną.

 Mężczyzna grzeszy, kobieta zaś hańbi rodzinę. Na tym w skrócie polega różnica pomiędzy Ademem, który sypia z inną niż jego żona kobietą, a Pembe, która nieśmiało zaczyna się spotykać z Eliasem, zgadzając się jedynie na cotygodniowe seanse kinowe. Ale Adem jedynie zgrzeszył, Pembe zhańbiła cały ród. Niesłychane, jak można zapomnieć o dobrym tonie, wychowaniu i zakląć gorzko w duszy, czytając takie niesprawiedliwe i krzywdzące oceny. A jednak te postawy i oceny, traktowane jako coś niepodważalnego, powodują mnóstwo nieszczęścia. Bo przecież rodzinie trzeba honor przywrócić. Skoro ojciec nie może podołać zadaniu siłą rzeczy spada ono na barki najstarszego syna. Chłopak nie ma wyboru. W przypływie gniewu dokonuje czynu - w jego przekonaniu - honorowego, w odczuciu każdej innej istoty - hańbiącego. Zabija własną matkę.

 Wbrew pozorom powyżej oddałam jedynie jeden z odcieni tej powieści. Shafak prowadzi nas swoim zręcznym piórem przez jej różnorodne odnogi, które sięgają głęboko w przeszłość, pokazują trudne ścieżki, jakimi byli zmuszeni podążyć jej bohaterowie, wreszcie, nie poddaje ocenie swoich postaci. Są oni marionetkami w rękach losu, w sidłach silnych emocji, uwięzieni w sztywnych, kulturowych ramach, poza które nie potrafią wyjść nawet gdy chodzi o dobro dziecka, miłość do matki, gdy chodzi o mówienie dziecku pewnych prawd, bądź kłamstw. W Honorze mamy pięknie ukazane, jak bezrefleksyjnie posłuszni kulturowym, odziedziczonym zasadom, ludzie wpadają w ślepe zaułki, jak miotają się w sprzecznych emocjach, które powoduje chęć obejścia, złamania, bądź zapomnienia tych zasad. Niestety, w powieści Elif Shafak okazują się one dla wielu jej bohaterów silniejsze nawet od miłości.

 Wspaniale się czyta Honor. Pięknie, z rozmachem i kobieco napisana, saga rodziny Topraków przenosi czytelnika w inne zakątki świata, wywołuje emocje, wzburza, wzrusza, ponosi falą słów. Lubię Elif Shafak, nawet jeśli Honor nie jest tak dobry jak Bękart ze Stambułu to utrzymuje wysoki poziom tej ostatniej i udowadnia, że autorka ma jeszcze wiele do opowiedzenia. A ja chętnie będę sięgać po kolejne jej tytuły.



Honor, Elif Shafak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Czytaj więcej

sobota, 23 listopada 2013

Bo dzieciom też należy opowiadać o Holocauście. "Arka czasu" Marcina Szczygielskiego

  Nie wiem jak dziś jest omawiany w szkołach okres II wojny światowej, a szczególnie tematyka Holocaustu, ale wiem, że gdy sama byłam dzieckiem to dziadek mnie wtajemniczył w to zagadnienie. Zresztą, rozmowa na ten temat zakończyła się naszą pierwszą poważną kłótnią. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że miliony ludzi najpierw wtrącono do gett, a potem wywożono na masową śmierć. Moje podstawowe pytanie do dziadka było - "i nikt nie zareagował?" Dziadek nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego tak naprawdę cały świat zignorował te wydarzenia, a przynajmniej, nie zareagował na tyle by się przeciwstawiać działaniom faszystów. Nie wytrzymał i nakrzyczał na mnie wyzywając mnie od idealistek. Wówczas poznałam słowo "idealista" i chciałam dowiedzieć się więcej o wydarzeniach z okresu II wojny światowej. Miałam osiem, może dziewięć lat. Jednak nie miałam wtedy za bardzo z kim o tym porozmawiać.

  Sądzę, że dzieciom powinno się opowiadać o Holocauście, a już na pewno powinno się odpowiadać na ich pytania w tym temacie. Wierzę jednak, że to musi być bardzo trudne. Opowiedzieć własnemu dziecku o potwornościach z getta, o wycieńczającej pracy w obozach, a głodowaniu, chorobach, a wreszcie okrutnej śmierci? To temat wywołujący mocny dyskomfort, szczególnie, że każdy rodzic chce dziecko przede wszystkim chronić. Dlatego takiemu rodzicowi, który chciałby o tym mówić, ale ma obawy jak to zrobić najłagodniej, najtaktowniej dla dziecka, proponuję lekturę Arki czasu Marcina Szczygielskiego. Najlepiej na głos, wspólnie z pociechą. Z dwóch ważnych powodów - pierwszy jest taki, że przeżycia wojenne poznajemy z perspektywy i głosem dziecka, drugi zaś jest taki, że w tej perspektywie nie ma zakłamania, ani udawania, że dramatu nie było, a jednocześnie jest to historia opowiedziana z dużym wyczuciem, tak, by młodego czytelnika poruszyć, ale nie przerazić natłokiem wojennego koszmaru, by uświadomić, ale też wyłuszczyć istotne w życiu tematy, takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, oraz ich ogromną moc w trudnych chwilach. Dodam już niezależnie od własnego osądu, że nagroda jury III konkursu literackiego imienia Astrid Lindgren może potwierdzać, że warto.


  Głównym bohaterem tej historii jest Rafał, który ma prawie dziewięć lat i mieszka wraz z Dziadziem w Dzielnicy. Początek jego historii ma nawet parę elementów zabawnych, bowiem w jednym mieszkaniu z Dziadziem i Rafałem mieszka też parę innych rodzin. I tak w jednym pokoju mieszkają państwo Brylant z synami, a pani Brylant, która ma schorowane nogi i w związku z tym nie wychodzi w ogóle z domu, przysparza czasami komicznych sytuacji, gdy próbuje cokolwiek zarobić przeistaczając się we wróżkę, która wróży z kart. Podsłuchiwanie tych wróżb może grozić chichotem i zdemaskowaniem podsłuchującego. Oprócz pani Brylant jest jeszcze pani Aniela, dawna nauczycielka, jednak ona jest często smutna. W kolejnej rodzinie, mieszkającej w trzecim pokoju, są nawet dzieci w wieku Rafała, ale mówią w języku, którego Rafał nie zna. Trudno jest zresztą w Dzielnicy znaleźć przyjaciela, bo tu codziennie coś się zmienia, ktoś się wyprowadza, ktoś wprowadza. Na szczęście jest biblioteka, do której co prawda  droga bywa niebezpieczna, ale dzięki niej właśnie Rafał może spędzać miłe chwile na lekturze. Bardzo lubi książki Juliusza Verne'a, ale ostatnio pani z biblioteki dala mu Wehikuł czasu i Rafał przepadł z kretesem. Cóż za niezwykła lektura!

  W tę dość oswojoną codzienność zaczyna wkraczać jednak brutalna rzeczywistość getta. Chłopiec wraz z dziadkiem muszą przenieść się w inne miejsce. Na dodatek dziadek jest coraz bardziej schorowany, głód często zagląda im w oczy. Dziadzio co prawda gra pięknie na skrzypcach dzięki czemu zarabia czasem na coś do jedzenia, ale jest o to coraz trudniej. Dlatego pewnego dnia zapada decyzja. Rafał musi uciec z Dzielnicy. W tym celu Dziadzio prowadzi chłopca do innego mieszkania, gdzie rozpocznie się jego trudna i pełna bólu odyseja do wyzwolenia, w której przetrwaniu pomoże chłopcu jego niezwykła wyobraźnia - tak, pobudzona przez lekturę pięknych i interesujących książek! - oraz jego zdolność do szybkiego uczenia się, bo choć miał dopiero dziewięć lat już był nauczony myśleć jak dorosły. W tej podróży nie obędzie się bez trudnych, bolesnych i krwawych momentów, które niejako amortyzuje jej dobre i szczęśliwe zakończenie.

 Marcin Szczygielski pisząc o życiu w getcie opowiada w sposób delikatny, operujący symboliką właściwą dla perspektywy dziecka, przemawiający do dziecięcej wyobraźni, ale też nie zakłamujący rzeczywistości. Dba o przekazanie realiów z życia getta i nie ukrywa przed młodym czytelnikiem prawdopodobnych losów osób wysiedlonych z getta. Uczy wrażliwości i przenikliwości pokazując świat wojennej warszawy oczami Rafała. W ten sam sposób tworzy różnorodne alegorie jak na przykład ukazanie losu Żydów poprzez występ teatrzyku kukiełkowego, który uważnie jest obserwowany przez Rafała, podświadomie odczuwającego w tym dodatkowy przekaz. Kukiełki wyglądają bardzo ładnie. Każda ma przyczepione do rąk, nóg i głowy sznurki, za które pociągają ludzie schowani  w budce, oni też mówią, udając, że odzywają się lalki. Przyglądam się kukiełkom i sznurkom, śmieję się, aż tu nagle - chociaż to głupie - przestaje mi być wesoło i zaczynam żałować tych lalek. Muszą robić to, co chcą ukryci w budce ludzie - chodzić, podskakiwać, kłaniać się. Są uwięzione. Wiem przecież, że to tylko zabawki, że nic nie czują, ale nie mogę przestać o tym myśleć. * Wyobrażenia, jakie podejmuje Rafał podczas ucieczki z getta są przykładem siły dziecięcej psychiki, która nieprzygotowana na wiele tematów radzi sobie z wydarzeniami i otoczeniem dookoła siebie najlepiej jak potrafi. Elementy fantastyczne wykorzystane w tej książce pozwalają nieco złagodzić momenty brutalniejsze i dodać powieści nieco baśniowości, która w końcu najlepiej przemawia do dziecka. Wreszcie rozmowa końcowa, z pierwszą czytelniczką Arki czasu może pokazać, jak mogłaby wyglądać rozmowa z dzieckiem po zakończeniu lektury. Namawiam do sięgnięcia po Arkę czasu. Jest to wartościowa, zgrabnie i ładnie napisana, a przede wszystkim z umiarem i taktem wobec młodego czytelnika, wprowadzająca go w tematykę Holocaustu w najlepszy z możliwych sposobów, wzruszająca powieść o małym chłopcu z warszawskiego getta. Która ma walory dydaktyczne, bo jednocześnie uczy, że ważne jest by znać historię, aby nie powielać jej błędów, a także że ludzi nie powinno się różnicować ze względu na religię, przynależność narodową, czy kolor skóry. To jest naprawdę bardzo ważna książka i nie wolno jej przeoczyć.

O Arce możecie też przeczytać na blogu Beznadziejnie Zacofany w Lekturze.

Arka czasu, Marcin Szczygielski, STENTOR, Warszawa 2013
* str. 56

Czytaj więcej

piątek, 22 listopada 2013

Argentyńska defensywa. Gombrowicz i jego "Dziennik 1953 - 1956"

  Słowo się rzekło, rozpoczęło się nadrabianie związane z wyrzutami sumienia i proszę, oto efekty:  w poniedziałek zakończyłam lekturę pierwszego tomu Dzienników Witolda Gombrowicza..

  Chwilami zachwycona, momentami zniesmaczona, czasami pełna litości i współczucia męczyłam ten pierwszy tom Dzienników Gombrowicza bodaj dwa tygodnie (a tomów na półce zostało wszak jeszcze dwa..). Pewności nie mam, jak długo dokładnie zajęła mi lektura, bowiem porzucałam książkę, jak tylko wpadło mi w oko coś znacznie ciekawszego. Rzecz jasna nie powiem, że Gombrowicz w ogóle nudził, albo że może był miejscami zbyt nachalnie bezczelny wobec rodaków. Nie, bo to nie byłoby do końca prawdą. Nie, bo w zasadzie to dość przebrzmiałe, dawne dzieje, lat temu już sześćdziesiąt, a tamten kij wrzucony w mrowisku stracił już na swojej sile impetu. Zmienił się w kraju ustrój, zmienił się świat, a w międzyczasie Gombrowicz umarł i teraz jest wbrew własnym zamiarom "wielkim pisarzem". Choć, tu rację mu muszę przyznać, mentalność Polaków nie uległa zmianie i całkiem nieźle on wieszczył, jak będzie wyglądała przyszłość polskiej literatury. Szkoda jednak, że jednocześnie siebie tak wydelikacał, wybielał, ukazywał w lepszym świetle, niemalże w belferskim tonie pouczał, chociaż sam wyemigrował i nie mógł do końca rozumieć tego, co się dzieje w kraju, a więc trochę przykre, że krytykował kolegów po piórze, inteligentów, czytelników aż tak dobitnie. I nawet czasami  nie do końca za styl, czy za konkretny utwór, ale też za pewne postawy. Z czym jednakże momentami aż ciężko bywało się nie zgadzać...

  Co myśleć o poziomie intelektualnym i wszelkim innym poziomie osoby, która dotąd nie wie, że słowo zmienia się zależnie od tego jak jest użyte - że nawet słowo róża może stać się niepachnące, gdy jawi się na ustach pretensjonalnej estetki, a nawet słowo na"g.." może stać się doskonale wychowane, gdy posługuje się nim świadoma swych celów dyscyplina?
  Ale oni czytają dosłownie. Jeśli ktoś używa wzniosłych słów - szlachetny; jeśli krzepkich - silny; jeśli ordynarnych - ordynarny. I ta tępa dosłowność panoszy się nawet na najwyższych szczeblach społeczeństwa - więc jakże marzyć o literaturze polskiej na szerszą skalę? *




   Dziennik z okresu lat 1953 -1956 obejmuje zapiski quasi osobiste (nie dajmy się jednak nabrać temu wszędobylskiemu "ja" czy zachwytowi, że zakupił był właśnie za ciasne buty), zapiski dotyczące wspomnień własnych o pierwszych momentach w Argentynie, oraz naprzemiennie krytykowanie polskich: literatury, katolicyzmu, komunizmu, egzystencjalizmu i marksizmu, oraz komentowanie wydarzeń w kraju. Kolejno pod pręgierze słów pisarza muszą pójść w tej defiladzie zarówno katolicy (kraj jest zdziecinniały, bo prowadzony za rączkę przez kościół), jak i komuniści, poeci (nikt prawie nie lubi wierszy**), uznani polscy pisarze, jaki i ci znacznie słabsi, temat niepodległości odzyskanej w 1918 roku, na którą w ogóle nie byliśmy przygotowani, literatura okresu Młodej Polski, oraz Dwudziestolecia Międzywojennego, z wyszczególnieniem co zacniejszych nazwisk tych epok, na których nie pozostawił nawet cienia wątpliwości, że wszystko to marność, marność nad marnościami. Zarozumiałość moja trąci poważną chorobą*** przyznaje między wierszami, a ja przez grzeczność nie zaprzeczę.

 Gombrowicz wcale nie potrafił odnaleźć się łatwo w emigracyjnej rzeczywistości, szczególnie gdy minął wstrząs pierwszych wrażeń i spotkań z nowymi ludźmi, poszukiwań nowych doznań, imprez i dziwnych dialogów z kolejną dawką ironicznego prezentowania własnej osoby; gdy nadeszły momenty osamotnienia w jego notatki  wkradał się w opisach przemyt tęsknoty, której mam wrażenie, sam do końca nie był świadomy. Częste nawroty do Witolda Gombrowicza z przeszłości są próbą nie tylko uporządkowania pierwszych miesięcy w Argentynie, ale także formą autoterapii, powrotów do dawnych miejsc i ludzi, do tego co minęło i nie wróci, a więc tym tęskniej przychodzi do nich sięgać myślą.

  Tam, przewiany, usiłuję dokonać rzeczy nad siły a tak upragnionej - nawiązać z Witoldem Gombrowiczem do epok niepowrotnych. Rekonstrukcji mojej przeszłości poświęciłem wiele czasu, ustalałem pracowicie chronologię, wytężałem pamięć do ostateczności szukając siebie, niczym Proust, ale nic się nie da zrobić, przeszłość jest bezdenna, a Proust kłamie - nic, zupełnie nic nie da się zrobić...****

   Dziennik ten, co warto tutaj odnotować, nie był dziennikiem osobistym sensu stricte. Pisany z myślą, że idzie do druku, najpierw we włoskiej, a potem w paryskiej "Kulturze" nie mógł takim do końca być. Miał ogromną funkcję autokreacji, wypowiadania swojego zdania na temat tego, co się dzieje w Polsce, na temat ówczesnej literatury i kultury, bo tylko tą drogą Gombrowicz miał jakikolwiek głos, o którym wiedział, że na pewno dotrze do kraju. A zatem z założenia był kolejną formą wypowiedzi literackiej w pozornej okładce osobistego notatnika, kolejnym pstryczkiem w nos kolegom literatom tworzącym w kraju, kolejną ucieczką od upupenia, a jednocześnie poszukiwaniem w tym upupeniu kryjówki. Jak również był Dziennik głośną i publiczną próbą znalezienia formy dla samego siebie. Znajdują się tu, oprócz wyżej wspomnianego potępienia polskiej literatury, i notatek osobistych, również wrażenia z lektur bądź ich krytyka (m. in. książki Camus czy Simone Weil), próby zapisu snów, czegoś co miałoby szansę być rozwinięte w opowiadanie, choć w tych latach ciągle tętniące głosem Ferdydurke, jej oddające niejako honor, do niej nawołujące i nawiązujące. Zresztą, do tej powieści Gombrowicz często powraca, raz martwiąc się jej recepcją, za chwilę zupełnie ignorując jej brak, raz angażując się w tłumaczenie Ferdydurke na hiszpański, za chwilę zupełnie odwracając się od samego siebie z okresu Ferdydurke, by po chwili stwierdzić, że nadal jest dokładnie tak samo niedojrzały, jak podczas jej pisania. Myślę, że o lekturze kolejnych tomów Dzienników mogę zakładać podobnie, jak Gombrowicz napisał o lekturze Procesu Kafki..

  (..) zabrałem się ponownie do przeglądania Procesu porównując go ze sceniczną wersją Gide'a. Ale i tym razem nie udało mi się przeczytać uczciwie tej  książki - olśniewa mnie słońce genialnej metafory, przebijające się przez chmury Talmudu, ale czytać stronę za stroną, nie, to nad siły.*****

Witold Gombrowicz, źródło zdjęcia


Dziennik 1953 - 1956, Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004
* str. 26
** str. 339 (dodatek Przeciw poetom)
*** str. 61
**** str. 119-120
***** str. 153
Czytaj więcej

środa, 20 listopada 2013

Niedoskonałość raju. "Eden" Stanisława Lema

  W obliczeniach był błąd. Nie przeszli nad atmosferą, ale zderzyli się z nią*. Potem katastrofa już tylko mogła nabrać rozpędu i feralnego lądowania, które wbiło statek mocno w planetarną glebę. Tak mocno, że sporo czasu zajęło im w ogóle sprawdzenie stanu maszyny (sporą część zalała radioaktywna woda, przez co nie udało się sprawdzić co się stało z Obrońcą) , a później odkopanie się. Oczywiście, wiedzieli, że trafili na Eden, o którym jednak nie wiedzieli tak poza tym już nic. Gdy w końcu wydostali się z rakiety ich oczom ukazała się widok na poły znajomy, na poły niezwykły. Dopiero jednak za dnia mogli przyjrzeć się temu bliżej. Zalana słońcem równina biegła we wszystkie strony jednakowo, gładka, płowa, daleko wznosiły się smukłe, dostrzeżone poprzedniego dnia sylwetki, ale w mocnym świetle widać było, że to nie są drzewa. Niebo nad głowami niebieskie jak na Ziemi, a u horyzontów nabierało zielonkawego odcienia. Nikłe pierzaste obłoczki sunęły prawie niedostrzegalnie na północ**. Ze zdumieniem odkryli, że na równinie nic nie rośnie i że brakuje im czegoś tak banalnego, jak trawy. I zaczęli powoli, ale systematycznie poszukiwać na planecie śladów życia, by kolejnymi posunięciami, rozmowami, oraz przedziwnymi, mocno zagadkowymi spotkaniami poznać nieco bardziej Eden i odrobinę jego zawiłej jak się okazało historii..

  Chemik, Cybernetyk, Doktor, Fizyk, Inżynier i Koordynator weszli w skład tej ekspedycji. Ich celem w ogóle nie był Eden, a pechowe lądowanie odbyło się niejako przez przypadek. Jednakże gdy się już odbyło próbowali za wszelką cenę najpierw naprawić rakietę, a następnie rozwikłać coraz bardziej zagadkowe spotkania z obcą cywilizacją. Bo, że mają do czynienia jednak z cywilizacją doszli już po paru dniach, a jej niezwykłe zachowania, opuszczoną fabrykę, napotykane przypadkowo na drodze martwe ciała, bądź w ogóle masowe groby, powodowały coraz większe i trudniejsze spekulacje. W nich są zwykłymi ludźmi i dlatego mają swoje przypuszczenia, swoje racje. Jeden Doktor próbuje im wskazać błąd w takiej dialektyce. Jesteśmy ludźmi, kojarzymy i rozumujemy po ziemsku, wskutek tego możemy popełnić ciężkie błędy, przyjmując obce pozory za naszą prawdę, to znaczy układając pewne fakty w schematy przywiezione z Ziemi. *** Wątpliwości odnośnie pewnych podejrzeń zaczyna rozwiewać masowy mord jakiego są przypadkowym świadkiem, a o mały włos również ofiarą. Co w takiej sytuacji? Interweniować, nie znając historii planety, nie rozumiejąc postępowania jej mieszkańców? Przecież to trochę tak, jakby jakaś inna rasa zastała Ziemię podczas wojen religijnych i chciała stanąć po stronie słabszych. W oparciu o swoją potęgę zakazuje palenia na stosie heretyków, prześladowania innowierców i tak dalej. Czy myślisz, że potrafiliby upowszechnić na Ziemi swój racjonalizm? Przecież prawie cała ludzkość była wtedy wierząca, musieliby stopniowo wytłuc ją do ostatniego człowieka i zostaliby sami ze swoimi racjonalnymi ideałami!****


  W całej tej smutnej i jakże wymownej historii tylko dziwne piękno opisów Edenu jest tym, o którym warto mówić całymi zdaniami. Zapadł zmierzch. Ominęli wielkim łukiem pochylnię - nie była, jak sądzili, tworem architektonicznym, ale najdalszym rozpłaszczonym na równinie wybiegiem rzeki magnetycznej, której całość ogarnęli dopiero teraz. Schodziła po zboczach z górnego piętra doliny, zakrzepła w dziesiątki potrzaskanych zerw i kaskad. Pełną garbów powłoką jakby metalicznego żużlu okrywała niższe połacie stoku, tylko w górze, gdzie stromizna stawała się gwałtowna, wysterczały z tego martwego potopu nagie skalne żebra.
   Z przeciwnej strony zaciskał kilkusetmetrowy przesmyk o wyschłym, gliniastym dnie pokrytym zygzakami pęknięć, wał górskiego łańcucha uchodzący w chmury. Okrywał go, o ile można to było dostrzec poprzez okna obłoków, czarniawy kożuch roślinności. W ołowianym świetle wieczoru skrzepła rzeka, zapewne pozostałość wulkanicznej erupcji, z lśniącymi czołami znieruchomiałych fal wyglądała jak wielki lodowiec.*****

  Eden to powieść, którą Lem ukończył w 1958 roku. Podaję tę datę, bo mnie samą zdumiewa jego zdolność do opisów czegoś niemalże niewyobrażalnego, zdolność do stworzenia obcej cywilizacji tak fascynującej, szczególnie podczas odsłaniania kolejnych zagadkowych zachowań i zdarzeń, że lekturę pochłania się dosłownie w tempie zastraszającym, zdolność wreszcie do budowania takich konstrukcji  różnorodnych maszynerii, rozwiązań gdy w jego rzeczywistości nie tylko nie było czegoś takiego jak telefon komórkowy i internet, ale również kolorowa telewizja była ciągle świeżym wynalazkiem, a w Polsce jeszcze nie było możliwości jej oglądania. Choć nie da się ukryć, że w powieści fantastycznej Lem przemycił również krytykę ówczesnego ustroju, w posłowiu porównywaną stylem do Orwellowskiej powieści Rok 1984. Jednak Antyutopia Lema sięga nieco dalej niż dyskurs z ustrojem politycznym. Rozważając losy mieszkańców Edenu Lem przy okazji pochyla się nad istotą, której za bardzo nie lubił, ale która go mocno fascynowała - nad człowiekiem. I jest tym człowiekiem głęboko zainteresowany, daje mu rozsądne cechy, pozwala na własne dochodzenie, daje możliwość uczenia się i szybkiego kojarzenia faktów. Nie buduje wśród członków ekspedycji skrajnie złego charakteru, choć niewątpliwie najwięcej empatii wlał w postać Doktora, który umiejętnie i rzeczowo skłania załogę do bardziej abstrakcyjnego myślenia, do odsuwania ziemskich schematów, do prób ujrzenia planety oczami jej mieszkańców.  I wreszcie pozwala by to mieszkańcy Edenu podjęli ostateczną, choć dramatyczną decyzję. Pozostawia czytelnika z mnóstwem pytań w głowie, pytań, których nie ma komu już zadać, nad którymi można wiele rozmyślać i ponownie kartkować strony jego niezwykłej powieści.



Eden, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2008
* str. 5
** str. 25
*** str. 84
**** str. 201
***** str. 107
Czytaj więcej

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Awantury na tle powszechnego ciążenia", czyli nie tylko dla lemofili

   Czytanie prozy Stanisława Lema to niewątpliwie kwestia gustu czytelniczego* i to tak naprawdę związana aż z trzema wymiarami. Pierwszy to gatunek, jaki uprawiał, który ma swoich fanów, ale i wielu czytelników omijających szerokim łukiem. Drugi dotyczy specyficznego języka, jakiego używał pisarz - admiratorzy będą zgodnie potakiwać głową, że nie masz nic cenniejszego nad prozę Lema, przeciwnicy, że nadto karkołomna. Trzecim jest niewątpliwie ta warstwa między wierszami, w której Lem przemycał swoją życiową filozofię, pesymizm i ateizm. Dlatego czytanie Lema nie każdego musi interesować. Ale czytanie o Lemie, na dodatek czytanie o nim z perspektywy jego syna, zaufajcie mi, może zainteresować każdego, czy jest lemofilem, czy też nie. Tomasz Lem napisał o swoim ojcu książkę piękną, subtelną, zabawną, taktowną i po prostu - ciekawą! Mówi ona o nietypowym człowieku, jego nietypowych relacjach z ludźmi, rodziną a także z tym najważniejszym w końcu - z synem.


   I nie chodzi o to, że jest to kolejna biografia, którą być może drodzy czytelnicy już z miejsca zaklasyfikujecie zgodnie ze sztampowym schematem "urodził się, był, stworzył bądź przyczynił się, zmarł", a w związku z tym kojarzycie z nudą, a o to, że to zwyczajnie wyśmienita książka, dzięki której można choć trochę poznać tego fascynującego człowieka. Bo czy jest się gorącym zwolennikiem literatury jaką się parał, czy też nie, nikt nie zaprzeczy, że była to bujna, niezwykła i fascynująca osobowość.

   Od samego początku Tomasz Lem nie ukrywa, dość wiedzieć że z ponurym przymrużeniem oka, że Hitler i Stalin byli istotną przyczyną poznania się jego rodziców. Gdyby nie konieczność opuszczenia rodzinnego Lwowa zapewne spotkanie z ukochaną Basią, o którą Stanisław, bo już nie Staszek z racji sporej różnicy wieku między tą dwójką, musiał się długo starać i długo do siebie przekonywać, nigdy nie doszłoby do skutku. Do spotkanie jednak doszło i do przekonania wybranki serca również. Jak mu się to udało pozostaje zagadką, jednak ostatecznie Basia powiedziała "tak", a potem była największym autorytetem w życiu Lema, najważniejszą osobą, łącznikiem ze światem zewnętrznym, ba, nawet z rodziną. Choć niejednokrotnie zdarzało mu się ten autorytet nie zauważać..

   Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Jak co dzień ojciec zawozi matkę do pracy; zostawia samochód na parkingu i wyrusza do delikatesów uzbrojony w awośkę - torbę na zakupy, którą nosiło się na wszelki wypadek.
   Tymczasem z powodu awarii sprzętu lekarzy odsyłają do domów. Matka odnajduje samochód na parkingu i siada na przednim siedzeniu.
   Ojciec wkłada zakupy do bagażnika i, nie zauważając żony, zasiada za kierownicą.
   Basia, początkowo oburzona, siedzi cicho. Wyjeżdżają z parkingu - Basia czuje narastające zaniepokojenie. Gdyby się znienacka odezwała, Staszek mógłby się przestraszyć i spowodować wypadek.
   Samochód zatrzymuje się na światłach. Zamyślony mąż z nudów myje spryskiwaczem szybę, rutynowo oblewając czekających na tramwaj. Zaczyna się rozglądać. Jego wzrok zatrzymuje się na wykładzinie podłogowej po stronie pasażera. Dostrzega tam czyjeś nogi. W damskich butach i rajstopach.
   Z oczami wielkimi jak spodki:
   - Basiu, co ty tu robisz? Przecież jesteś w pracy!**

  Tego typu ciekawymi, zabawnymi, czasami, jak to w życiu, również przykrymi historiami przepełniona jest ta niezwykła książka. Czytanie Awantur na tle powszechnego ciążenia to przyjemność niezwyczajna, bo powoduje uśmiech, wybuchy śmiechu głośnego i w związku z tym przyciąganie uwagi mojego osobistego ochroniarza, czyli Bruna (choć tak poza tym pierwszego tchórza RP) zainteresowanego moim głośnym zachowaniem i patrzącego na mnie z wyrzutem, bo on też by tak chciał. A właśnie czytałam o relacjach domowych z innymi członkami rodziny, jakimi były zwierzaki, łudząco podobne do naszej trójki i wielkiej męczarni, wydatków i zmilczenia jak ta menażeria śmierdzi, bo przecież miłość, buddyzm, ZEN i ogólny humanitaryzm zakazują mordowancji. ***

Obraz Stanisława Lema w oczach Tomasza Lema nie jest wcale jakimś zachwyconym, i w związku z tym idealistycznym, oddaniem charakteru ojca. Z taktem, czułością i miłością mówi też o jego trudnym temperamencie i częstych pogadankach pedagogicznych, jakie musiała uprawiać żona Lema, żeby mąż odnosił się nieco dyplomatyczniej do gości. Mówi zarówno o tym, że dzieci mieć nie chciał, bo uważał świat za zbyt podłe miejsce by sprowadzać na nie życie, jak i o tym, że gdy już tym ojcem został wcale nie potrafił tak do końca zrezygnować z siebie i swojej cukierkowej pasji, na przykład częstując syna jedną porcją a samemu pałaszując całość torebki. Niemniej był też ojcem troskliwym i nieskończenie cierpliwym:

- Co robi tata?
- Tata siedzi na schodach i wkłada buty.
- A Tomeciek?
- Tomeciek siedzi obok taty i pyta co robi tata.
- A tata?
- Tata odpowiada, że wkłada buty
- A Tomeciek?*****

Miał dla syna czas i starał się nim interesować, na tyle na ile to było dla niego możliwe. A jak się pięknie uśmiechał gdy później trzymał w ramionach wnuczkę! Bowiem Awantury na tle powszechnego ciążenia, to nie tylko anegdoty o śpiewaniu podczas golenia, tworzeniu kolejnych ciekawych konstrukcji domowego, powiedzmy, użytku, czy wreszcie wojaży po świecie, ale również piękny album rodzinny. Do którego nie tylko warto, ale trzeba zajrzeć.



Awantury na tle powszechnego ciążenia, Tomasz Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
** str. 60-61
*** str. 101
**** str. 112


* próbuję być dyplomatyczna, grzeczna i wyrozumiała, choć oczywiście jako lemofil sama bym siebie za to zdanie chętnie skarciła, bo przecież jest jeden tylko rozsądny gust w tej materii
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.