Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Szczygielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Szczygielski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Uwaga, nowy Szczygielski! "Bingo", czyli trzeci tom "Kronik nierówności"

Gdyby ktoś mnie zapytał, za co kocham książki Marcina Szczygielskiego w pierwszej chwili pewnie nie potrafiłabym doprecyzować. To jak zapytać, za co kocham najbliższych mi ludzi. Przecież nie kocha się za coś, tylko pomimo, jak mawia mądrość ludowa.

Generalnie kocham prozę Marcina Szczygielskiego za to, że zawsze, ale to absolutnie zawsze, działa na mnie jak czarna dziura. Pochłania absolutnie, zasysa, nie pozwala się oderwać bodaj na moment. Daje mi też mnóstwo frajdy, wywołuje różne emocje w zależności od tematu, jest również odskocznią od wszystkiego. "Bingo" czytałam podczas uciążliwej podróży do Zakopanego. Ostatnie strony już w Zakopanem. Mój mąż doskonale zrozumiał mordercze spojrzenie, gdy o coś mnie wówczas zapytał. Czytanie ostatnich stron to świętość. I nie wolno wtedy przeszkadzać!


Dojrzewanie do poznania

Wychowanie w określonej kulturze, w kręgu określonych zasad społecznych wywołuje konieczność podążania ich głównym nurtem, co czasami koliduje z tym, co się czuje. Bo jeśli czuję, że wcale nie mam ochoty brać udziału w zbiorowych zachwytach (jak nie zachwyca?!), czy w zbiorowym wyznawaniu jakiejś wiary, to dlaczego mam brać w tym udział? Mądrość przysłów związana z tym mówi, o wspólnym krakaniu w gronie. Kiedyś to miało głębszy sens, brak chóralnego odzewu mógł wiązać się ze społecznym ostracyzmem, a nawet utratą zdrowia lub życia. Dziś zostaje tylko ostracyzm i pogardliwe splunięcie sąsiadki spod dwunastki. Tyle tylko, że można to mieć już gdzieś.

Gorzej, gdy własne wewnętrzne przekonania, zbudowane na przesłankach związanych z takim a nie innym doświadczeniem życiowym, powodują odpychanie podstawowej wiedzy o samym sobie. Można wtedy w bardzo krótkim czasie unieszczęśliwić nie tylko samego siebie, ale również wszystkich swoich najbliższych.


Błędny krąg własnych przekonań

Dziecko może tylko w jeden sposób interpretować nagłe zniknięcie rodzica: nie było kochane, nie było chciane. To jest ta najprostsza logika, której sile trudno się oprzeć. Tym trudniej, gdy wsparcie od drugiego rodzica jest znikome. Pewnie z tego powodu Paweł najbardziej lubił robić ojcu na złość. Wydawało się wręcz, że wszystkie decyzje, których ojciec na pewno by nie zaaprobował, sprawiały mu mściwą satysfakcję. Jak założenie rodziny w bardzo młodym wieku, gdy przed Pawłem było całe życie i cała możliwa kariera do zrobienia.

Spychanie prawdy o samym sobie też było pewnie częścią tych uwarunkowań. A może już tylko czymś, co Paweł sam w sobie nie chciał zaakceptować? Trudno powiedzieć do końca, na pewno jednak po parunastu latach małżeństwa, odchowaniu dorastającej córki, było dużym szokiem uświadomienie sobie samemu, że tak naprawdę woli mężczyzn.


Trudna droga do przebycia

W "Bingo" Marcin Szczygielski pokazuje percepcję takich przemian z perspektywy obydwojga małżonków. Anna żona Pawła nie zastanawia się zbyt mocno na temat ich niemalże nieistniejącego życia seksualnego, oddając całą swoją energię na pisanie scenariusza serialu, przy którym pracuje i swojej Książki. Myli przy tym prace badawcze do książki ze zwykłym podglądactwem i wścibstwem. To właśnie jej inicjatywa wypróbowania pewnej sceny łóżkowej "na żywo" staje się punktem zwrotnym w życiu małżonków.

Jednakże podglądanie sąsiadów z wnikliwą ocena sytuacji, jak się przynajmniej Annie wydaje, ma się nijak do obserwacji własnej rodziny. Anna nie zauważa zmiany, jaką wywołuje w Pawle jej "scena" z książki, nie dostrzega problemów, które zaczął w związku z tym przeżywać Paweł, i pewnie dlatego nie potrafi się do końca pogodzić z jego "decyzją".


Z dedykacją dla kobiet

Marcin Szczygielski zadedykował tę powieść kobietom, które same przeżyły podobną historię. Odkrywały w pewnym momencie swojego małżeństwa, że współmałżonek woli mężczyzn, że wszystko, co dotąd zbudowały w swoim życiu okazało się kłamstwem. Historia Pawła jest oczywiście jedną z wielu możliwych, ale zapewne także jedną z wielu, które mogły być czyimś udziałem.

I nie wątpię, że to musi być ogromna trudność znaleźć się w takiej sytuacji. Konieczność pogodzenia się z nią, a potem budowania życia na nowo jest kolejną trudną drogą do przebycia, po wydawałoby się największych życiowych komplikacjach. Jak dla mnie i dla wielu innych czytelników "Bingo" to kolejna świetna powieść ukochanego pisarza, powieść dodam, nieodmiennie wywołującą na zmianę a to uśmiech, a to jakieś refleksje, dla takich osób nie musi być kolejną zabawną opowieścią fikcyjną. Mam nadzieję, że może będzie próbą pokazania, że pomimo ciężaru tej sytuacji, można z niej wyjść obronną ręką. Że może, tylko może, będzie choć końcem pewnej epoki, również początkiem nowej, kto wie, czy wcale nie lepszej?



"Bingo" Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2015

Czytaj więcej

poniedziałek, 22 września 2014

Książkowe premiery jesieni: październik. Czyli o tym, czego wyczekuję niecierpliwie

Polskie wydawnictwa literackie najwyraźniej bardzo dobrze to rozumieją, że są takie mole książkowe, jak ja, które uwielbiają jesień, szczególnie za długie, sprzyjające czytaniu wieczory. Pewnie dlatego, to co zaplanowały na najbliższe miesiące, sprawa, że mam przyspieszony puls. Zdecydowanie króluje Wydawnictwo Literackie, które zapowiada ogromną i bardzo intrygującą powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe.



Nie jestem wielką admiratorką prozy Tokarczuk, znam zaledwie jedną powieść i zbiór opowiadań, w związku z czym wcale nie mam pewności, że Księgi Jakubowe to będzie właśnie to. Jednakże przekonuje sam tytuł, opis, oraz zachęcająca ilość stron - prawie tysiąc! Co mogłoby być niemałą ucztą, o ile wyczekiwana książka okaże się tak dobra, jak to przedstawia w opisie wydawca:
Niemal tysiąc stron, kilkadziesiąt wątków i postaci — Księgi Jakubowe imponują literackim rozmachem,  wielością poziomów i możliwych interpretacji. Olga Tokarczuk pełnymi garściami czerpie z tradycji powieści historycznej, poszerzając jednocześnie jej granice gatunkowe. Z ogromną dbałością o szczegóły przedstawia realia epoki, architekturę, ubiory, zapachy. Odwiedzamy szlacheckie dwory, katolickie plebanie i żydowskie domostwa, rozmodlone i zanurzone w lekturze tajemniczych pism. Na oczach czytelników pisarka tka obraz dawnej Polski, w której egzystowały obok siebie chrześcijaństwo, judaizm, a także islam. (źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła). W każdym razie niezależnie od tego, jaki będzie wynik lektury, wiem, że muszę ją przeczytać.

Kolejnym smaczkiem, jaki zapowiada WL jest powieść nagrodzona Bookerem, o czym dowiedziałam się zanim książka w ogóle została zaplanowana do przetłumaczenia ( i ciesze się, że wyjdzie nakładem WL właśnie)  na jednym z ulubionych blogów, czyli bezszmerze, już wtedy żałując, że przyjdzie mi czekać na nią tak długo! A mowa o powieści Eleanor Catton Wszystko, co lśni, powieści równie monumentalnej co Księgi Jakubowe Olgi Tokarczuk. Fabuła ma nas cofnąć do lat 60. XIX wieku, a przenieść do Nowej Zelandii, gdzie właśnie wybuchła gorączka złota. Sam temat gorączki złota średnio mnie interesuje, zachwalanie jakoby powieść łączyła w sobie elementy zarówno klasycznej powierci wiktoriańskiej jak i literackiego thrillera działają na mnie raczej zniechęcająco niż odwrotnie, to jednak, ponieważ ciekawość tej powieści narastała we mnie od prawie roku czasu, czuję, że nie mogłabym jej sobie odpuścić. Czytane dotąd relacje na jej temat są pełne zachwytów, chwali się umiejętność łączenia powieści historycznej z przygodową, kryminału z opowieścią o duchach, w związku z czym ciężko przejść wobec tego tak po prostu obojętnie. Szczególnie, że mam ciągle jedenaście dni urlopu do wykorzystania i jakieś takie silne przeczucie, że część z nich przeznaczę na samo czytanie, bez konieczności przerywania lektury, bez skrępowania dzikim tłumem w pociągu, bez przymusu zamykania książki w najciekawszym momencie. Aż brzmi niewiarygodnie.

WL jest dla mnie cennym wydawnictwem także z tego powodu, że ciągle wydaje i popularyzuje postać Sławomira Mrożka. Jestem bardzo ciekawa i wyczekuję niecierpliwie książki wspomnieniowej o Mrożku, w której mają być zawarte wypowiedzi na jego temat wszystkich tych, którzy go znali, współpracowali z nim, a wreszcie przyjaciół i bliskich mu osób. Szczególnie jestem ciekawa konfrontacji tych wspomnień z książką biograficzną Małgorzaty Niemczyńskiej Mrożek. Striptiz neurotyka, bowiem już zapowiada się, że Mrożek w odsłonach może pokazać zupełnie inne cechy charakteru słynnego ponuraka, niż to przedstawiła Niemczyńska. A w każdym razie masę przeciwstawnych cech, mogących prowokować wrażenie, że albo Mrożek był niezłym aktorem, albo naprawdę ciężko jest go oceniać jednoznacznie. Tak czy inaczej postać Mrożka, nadal fascynująca i wywołująca ciągle sporo zainteresowania jest mi ogromnie bliska, niezależnie od tego, co może wyłonić się z tych wspomnień. Co ciekawe, falę zainteresowania wywołała książka Niemczyńskiej, a dziś, przy ponownej lekturze, jestem pewna, że postrzegałabym zarówno książkę, jak i jej bohatera, zupełnie inaczej. Niemniej, to dzięki Niemczyńskiej wróciłam do opowiadań Mrożka, a potem to już wpadłam jak śliwka w kompot w jego listy, dzienniki, eseje i sztuki i ciągle lubię do Mrożka wracać (literacko i teatralnie; wstydzę się publicznie przyznawać ile razy widziałam Tango). (źródło zdjęcia okładki)

Rzecz oczywista największym moim zainteresowaniem cieszą się premiery polskich książek. I tak oprócz nowej powieści Tokarczuk i wspomnień o Mrożku, wyczekuję jak kania dżdżu zapowiadanej nowości sygnowanej nazwiskiem Jacka Dehnela. Znam opinie i przekonanie niektórych recenzentów/czytelników, jakoby Dehnel był przeceniany i zmanierowany i trudno i darmo, choć uważam, że każdy ma prawo do swojej opinii tak zgadzać się z nimi nie muszę. Lubię wszystko, co dotąd przeczytałam, lubię czytać ponownie i lubię zakładać, że wszystko inne, co wyjdzie spod jego pióra będzie na mnie działało dokładnie tak samo. Zapowiadana przez W.A.B. powieść to Matka Makryna, która będzie miała swoją premierę dopiero pod koniec października, ale jest szansa, że doczekam w miarę cierpliwie, przeznaczając czas wreszcie na czekającą spokojnie na półce Niewidzialną koronę Cherezińskiej, a następnie na dwa opasłe tomiszcza wspomniane we wpisie powyżej. W.A.B. opisuje temat najnowszej powieści Dehnela krótko i treściwie: 

Matka Makryna to monolog przeoryszy klasztoru bazylianek  w Rzymie, matki Makryny Mieczysławskiej.
W latach 40-tych XIX wieku stała się obiektem fascynacji i uwielbienia polskiej emigracji i europejskiej prasy, kiedy opowiedziała o prześladowaniach, jakie spotkały ją ze strony władz rosyjskich. Sięgnęła szczytów władzy, zarówno świeckiej jaki kościelnej. (źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła)

   Ku mojemu zaskoczeniu najnowsza powieść Magdaleny Tulli ma być wydana przez wydawnictwo Znak Literanova (a jak wiadomo Znaku to ja nie lubię i nie będę przestawać wytykać najbardziej aspołecznej książki w rzekomo społecznej misji, czyli Bezdomnej, dopóty mi tchu starczy), co psuje mi trochę szyki w szykanowaniu i bojkotowaniu wydawnictwa. Już Beksińskimi "napsuli" mi krwi, a teraz proszę, najnowsza Tulli, już zapowiadana jako najlepsza powieść autorki, ma być wydana właśnie u nich! Obawiam się, że może dojść do kompromitacji i trzeba się będzie ze Znakiem pogodzić, przynajmniej na moment zakupu Szumu. A potem wrócić grzecznie do bojkotu i szykan, ewentualnie przyznać, że każdy z nas popełnia błędy, prawda? Albo  ostatecznie pogodzić się z tym, że wydawca też musi na czymś zarobić, żeby wydać powieści mniej bestsellerowe, jak Tulli na przykład (żal i złamane serce). W każdym razie nowa powieść Magdaleny Tulli zapowiada się równie intensywna emocjonalnie, jak i Włoskie szpilki, oraz w równie skondensowanej formie, na zaledwie 192 stronach. Jeżeli będzie to treść równie potężna jak Włoskie szpilki to i przy 90 stronach Magdalena Tulli wbiłaby mnie w fotel ponownie (ciekawa metafora swoją drogą, bo oczywiście nie mam fotela w ogóle). Enigmatyczny opis wydawcy tylko podsyca takie podejrzenie, aczkolwiek nauczona doświadczeniem wiem, że takie opisy trzeba dzielić najmniej na trzy, a najlepiej w ogóle ich nie czytać. (źródło zdjęcia okładki).

Nie chciałabym, żeby mnie posądzano tylko o literaturę poważną, w związku z czym spieszę donieść, że najintensywniej to ja i tak czekam na kontynuację Czarownicy piętro niżej, czyli na Tuczarnię motyli. Nie pomyli się ten, kto będzie mnie podejrzewać o uwielbienie dla Marcina Szczygielskiego, pomyłką będzie jednak założenie, że książka mnie interesuje tylko ze względu na jego nazwisko. Oczywiście, nie będę nawet udawać, że wszystko, co napisze Marcin Szczygielski na pewno przeczytam, nawet jeżeli przyjdzie mu do głowy taka fantazja, żeby napisać o sposobie wyrabiania cementu, istotne jednak jest również to, że ja autentycznie lubię książki dla dzieci. Ponieważ nie mam wymówki w postaci dzieci własnych, którym to mogłabym udawać, że czytam wszystkie te książki, toteż nie udaję, a przyznaję wprost: naprawdę lubię. Jeżeli zaś fabuła stworzona jest w tak interesujący sposób, jak to wyczynia z historiami dla młodszego odbiorcy Szczygielski, to czerpię z takiej lektury jeszcze większą przyjemność. Dość dodać, że Czarownica piętro niżej podobała mi się tak bardzo, że już po lekturze liczyłam na kontynuację. A z opisu wydawnictwa Bajka, któremu staram się zawierzyć, można łatwo się przekonać, że dokładnie tyle można się spodziewać:
   Spotkacie w tej książce dobrych znajomych z „Czarownicy piętro niżej”: Maję, ciabcię, Monterową, Marka i gadającego kota. Jednak nie zabraknie też niespodzianek! Wkrótce po przyjeździe Majki do Szczecina okaże się, że ciabcia nie jest wiekową staruszką, a Monterowa…  
   Ale tego na razie nie zdradzimy! Powiemy tylko, że Maja wpadnie (dosłownie!) w sam środek toczonej przez setki lat wojny motylołaków, pozna carycę, cesarza, króla i diuka oraz... stanie na czele rewolucji. Przy okazji rozwiąże kryminalną zagadkę (ktoś ukradł Zdradliwe Lilie!) i natrafi na ślad kolejnych magicznych wskazówek pozostawionych przez jej zaginioną prapraprababcię Ninę…

Uff, sporo jak na jedne, nawet przedłużone zimowe ferie, a to i tak zaledwie część tej historii.
Będzie strasznie, zabawnie i ciekawie… A jeśli nie – to niech nas larwa pożre!
(źródło; zdjęcie okładki pochodzi z tego samego źródła)

Oczywiście, to nie wszystkie tytuły, na jakie czekam. To są tylko książki października! A przecież po nim jest piękny listopad, po którym nastąpi pełen wolnych dni grudzień.. Ach, pięknie się jesień i zima przedstawiają!

Wiem, że na Wszystko co lśni czeka też parę osób, ba, kilka już z tego co widzę nawet czyta przedpremierowe egzemplarze. Ciekawa jestem, czy Wy też czekacie na któryś z wymienionych tytułów? A może podrzucicie jakieś swoje typy? 


Czytaj więcej

piątek, 8 sierpnia 2014

"Sanato" Marcina Szczygielskiego

 Marcin Szczygielski:
to zdjęcie można znaleźć w książce; źródło
 Psycholog społeczny lubi manipulować. Na przykład zebrać ludzi w jednym pomieszczeniu i sprawdzać ich reakcje na różne zdarzenia bądź bodźce. Obserwować, notować i układać tę układankę ludzkich emocji w jakąś całość, dzięki której powstanie może jakaś reguła objaśniająca ten skomplikowany mechanizm. Chyba każdy słyszał o niepokojących rezultatach eksperymentu więziennego Zimbardo, czy zachowaniach podczas eksperymentu Miligrama. Powołali do życia jakieś miejsce, sztucznie nadali mu status i zostawiali uczestników swoim reakcjom. A przecież można łatwiej, można mniej sztucznie, z troską o autentyzm. Na przykład obserwować bacznie miejsca odgórnie skazane na swego rodzaju zamknięcie, odizolowanie, tworzące swoistą społeczność. Szpitale, więzienia, sanatoria. I teraz umieścić w takim sanatorium chorych, którzy widmo śmierci mają naprawdę blisko siebie. W jakimś dogodnie umiejscowionym, najlepiej blisko większej metropolii, ale wystarczająco oddalonym, by było wrażenie izolacji. Na przykład na obrzeżach Zakopanego. I jeszcze dobrze by było, żeby nie było komórek, dostępu do sieci, laptopów i innych gadżetów odciągających uwagę. Niech będzie to rok 1931, niech to będzie czysty, organiczny eksperyment. I teraz w ramach jego ewolucji trzeba by dorzucić jakieś naprawdę istotne wydarzenie, które poruszy całą tą mikro społecznością, zetknie ją z czymś dla niej nowym, niezrozumiałym. Witajcie w eksperymencie Marcina Szczygielskiego!

 Wierni czytelnicy Szczygielskiego już znają tę nazwę. Sanato pojawia się w Poczcie królowych polskich i już w tej powieści widać pewne zalążki formy samej Sanato. Jednakże myli się ten, kto posądzi autora o wtórność. Jest tu oczywiście sporo typowych dla niego elementów (za które go uwielbiam i wracam do jego książek jak bumerang), ale jest też pewien powiew świeżości, pewna nowość w stylu. Szczygielski po raz kolejny udowadnia, że ma naprawdę bogatą wyobraźnię, a ja już na stałe zostaję w jego fanklubie. Dlatego drodzy czytelnicy, oskarżanie mnie o obiektywizm byłoby dużym nietaktem.

   W samej nazwie Sanato, biorąc pod uwagę, że jest to powieść grozy, łatwo można się doczytać, w związku z wręcz narzucającą się aliteracją, słowa "szatan". A tu niespodzianka, bowiem "sanatio" pochodzące bezpośrednio z łaciny oznacza gojenie. Właściciele zaś aktualnie funkcjonującego pensjonatu Sanato optują za słowem "uzdrowienie". Tak czy inaczej, idea samej nazwy była jedna - uzdrowić, zagoić, wyleczyć. I od tego rozpoczyna się powieść Szczygielskiego, której miejscem akcji jest ekskluzywne sanatorium Sanato (jak można się doczytać w sieci niegdyś naprawdę istniejące, źródło tej informacji znajdziecie tutaj) zajmujące się leczeniem gruźlicy w czasach, gdy ta choroba nadal zbierała ogromne śmiertelne żniwo, a więc na początku lat trzydziestych ubiegłego wieku. Lata trzydzieste? Sam początek? Ach, wspaniała moda, jakby to powiedziała pewna znana mi wielbicielka epoki, cudne suknie, trend na chłopczycę, polowania, arystokracja. Niemalże pewna forma niebiańskiej sielanki tuż przed piekłem II wojny światowej. Niemalże. Wszak życie arystokracji to nie wszystko, ale skupmy się właśnie na nich, bo przecież tylko ludzi z tego kręgu stać było na tak drogie leczenie, jak to w Sanato. A pobyt w Sanato był kosztowny. Sam ośrodek to nie tylko miejsce, gdzie można było odpoczywać, z pięknymi pomostami zwanymi molo, nie tylko pensjonat i restauracja w jednym, ale przede wszystkim w pełni wyposażone medycznie sanatorium lecznicze. A zatem profesjonalna obsługa lekarska, zastęp pielęgniarek, a oprócz tego obsługa osób sprzątających, gotujących, piorących. Piękne miejsce na dodatek w niesamowitych okolicznościach przyrody, w samych górach, w lesie, w odseparowaniu od świata i ludzi. Nawiązanie do Czarodziejskiej góry Manna jest oczywiste, nie tylko samym miejscem akcji, jednakże jest to raczej forma luźnego związku z tamtą powieścią, nie zaś naśladownictwa. Szczygielski po raz kolejny daje popis wnikliwej znajomości epoki, z wszelkimi jej detalami, upodobaniami ówczesnych ludzi, tematami rozmów, wyglądem mebli, absolutnie wszystkim!

Nina Ostromęcka; zdjęcie pochodzi z książki
  Główną bohaterką powieści i jej narratorką jest Nina Ostromęcka, która przebywa w Sanato wraz z mężem. Oboje chorują na gruźlicę, oboje wymagają leczenia. Od pierwszych stron wyraźnie jednak widać różnicę w ich stanie zdrowia i samopoczucia. Jak Nina ma jeszcze siły i energię na rozmowy, spotkania przy wspólnych posiłkach, tak Adam jest zdecydowanie w słabszej kondycji, powoli staje się odludkiem, woli unikać towarzystwa, potrzebuje więcej snu i odpoczynku. Nina zaś chętnie wdaje się w długie debaty na popularne wówczas tematy ewolucji i eugeniki, czy na temat istnienia bądź nie Boga, lub też samej idei Boga. Jednakże mimo rozmów, mimo zalążków pewnych cieplejszych relacji z innymi chorymi, Nina cierpi głównie z powodu nudy. Właściciel Sanato rzecz jasna stara się o rozrywki dla swoich pensjonariuszy, jednakże dla Niny są to słabe substytuty niespecjalnie ją interesujące. Pewną formą odciągania uwagi od codzienności są kolejne zniknięcia pacjentów, o których można się tylko domyślać, czy na pewno wyjechali z sanatorium, czy może jednak choroba ich pokonała. Nudę i regularność posiłków zmienia pojawienie się nowego lekarza oraz jego pięknej, również chorującej na gruźlicę narzeczonej Iry. Ów lekarz przywozi ze sobą swoją rewolucyjną metodę leczenia gruźlicy zwaną chryzoterapią, czyli leczenia złotem. W grupie osób leczących się w Sanato wybiera kilkoro do swojego eksperymentu mającego na celu udowodnienie, że chryzoterapia ma dużo lepsze, a przede wszystkim prowadzące do całkowitego wyleczenia, wyniki w leczeniu gruźlicy. Jednakże już w trakcie pierwszych dni terapii Nina zaczyna odkrywać skutki uboczne chryzoterapii, skutki na tyle poważne, że dosłownie, odmienią jej percepcję.

 Nie, nie, ciągu dalszego nie będzie. Po pierwsze dlatego, że musicie sięgnąć po Sanato i sami się przekonać, po drugie dlatego, że musicie sięgnąć po Sanato. Nie znam autora równie cierpliwego wobec szczegółów, drobiazgów, opisów tak wnikliwych, że przenosi czytelnika w kreowaną przez siebie rzeczywistość niewiarygodnie silnie. Gdy czytałam Sanato byłam w drodze do Wilna. Siedziałam na fotelu pasażera, a kierowca coś mówił. Nie pytajcie co. Mógł mi wtedy opowiedzieć coś bardzo dla niego ważnego, trudno. Puszczał też jakąś muzykę. Nie pytajcie jaką, bo nie wiem. Porwała mnie lektura, a przerwałam jedynie wieczorem, bo będąc sama w pokoju hotelowym, przyznaję otwarcie, bałam się, że Szczygielski jednak za bardzo zawładnie moją wyobraźnią. Już kiedyś zrobił to Stephen King i do dziś wspominam to niemile. A Szczygielski ma zadatki na mistrza grozy, zatem przerwałam. I to był jedyny mankament podczas czytania - konieczność przerywania lektury. Moja rada jest taka. Kupujecie Sanato. Zamykacie się w odosobnieniu. Nie opuszczacie miejsca, dopóki nie skończycie. Jedynie zadbajcie, żeby w razie czego za ścianą była jakaś życzliwa dusza, która odpędzi strachy. A potem zakochujecie się obowiązkowo i kupujecie pozostałe książki autora. Howgh, rzekłam.

 Inspiracją do powieści była prawdziwa historia o pobycie w Sanato, którą autorowi opowiedziała Stefania Grodzieńska. Nazwała ten okres, paradoksalnie, jednym z najlepszych w swoim życiu, mimo, że umierała na nieuleczalną wówczas chorobę. Świadomość choroby i prognozowanej śmierci powodowała odblokowanie wszelkich zahamowań. Podobnie zachowują się bohaterowie powieści. Jest tu swoboda obyczajów, choć pozornie zachowanych, nocne imprezy do późna, jest swego rodzaju szaleństwo. W to szaleństwo umierającej młodości wkracza szaleństwo.. Ale nie, nie, jak już napisałam, musicie to sami sprawdzić! Naprawdę. To nie jest tytuł, wobec którego można przejść obojętnie. 



Sanato, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2014

Czytaj więcej

czwartek, 31 lipca 2014

Sposób na czytelniczy marazm: "Poczet królowych polskich" Marcina Szczygielskiego

  Nie znoszę tego, gdy mnie dopada. Zaczynam mnóstwo książek, stosuję wypróbowane metody, sięgam po ulubieńców i nic. Zastój, marazm czytelniczy. I nie pomaga nawet Rudolf. Może to przez upały, których nienawidzę, tęsknotę za zimą, która trwa od lutego, może z powodu zmęczenia materiału już tak ogólnie. Sięgnięcie po opasłe tomiszcze z tytułem Poczet królowych polskich nie było moim pierwszym, ani nawet drugim czy trzecim pomysłem. W sumie tradycyjnie zadziałała magia nazwiska autora. Bowiem w okrucieństwie marazmu pomagało jedynie podczytywanie od nowa Sanato. Instynkt zrobił swoje, wpadłam w lekturę i przepadłam. Najważniejsze w czytaniu książek Szczygielskiego jest to, że zapewnia mi małe powroty do przeszłości. W okresie dorastania bardzo często zdarzało mi się zarwać noc z powodu wciągającej powieści. Od dawna nie przeżywałam tego rodzaju przyjemności, a Szczygielskiemu udało się to już z kilkoma tytułami. Chyba nie muszę dodawać nic więcej.  

  Poczet królowych polskich to powieść oscylująca między dwiema epokami: okresem rozkwitu polskiej kinematografii przedwojennej i czasami współczesnymi. W obydwu epokach bohaterkami są kobiety o złożonej osobowości, które choć różniące się między sobą zasadniczo, łączy sposób bycia, pewien rodzaj temperamentu dający im siłę do walki z rzeczywistością. Chwilami ta walka łudząco przypomina walkę z wiatrakami, ale to ona daje im siłę, by dalej przeć do przodu, cóż, nie zawsze zgodnie z powszechnie rozumianymi zasadami moralnymi. Jak się okaże w trakcie lektury, łączy je również coś znacznie ważniejszego.


  Podzielona na dwie części powieść o dwóch "królowych" swoich czasów sięga głębiej niż tylko w te dwie najważniejsze epoki, operując przeszłością i przyszłością autor stosuje dwa ciekawe terminologicznie pomosty, które do nich prowadzą. Część pierwsza zatytułowana Dysocjacja, które jest słowem powszechnie stosowanym w psychologii, objaśniającym między innymi zjawisko wielokrotnej osobowości. Dysocjacja mówi o swego rodzaju rozdzieleniu pewnych funkcji, jak świadomość, pamięć, czy percepcja, które powinny być zintegrowane. Część druga to Anamorfoza, czyli zakrzywienie obrazu. W malarstwie ten termin dotyczy celowego zdeformowania obrazu, by ukazać jego niezdeformowaną formę na przykład poprzez odbicie w lustrze.

 Początek XX wieku. Ita Zajtler próbuje mocno rozdzielić się ze swoją przeszłością i pochodzeniem, gdy po pożarze jej domu rodzinnego musi schronić się u krewnych w Wilnie. Bycie Żydówką w tamtych czasach było rzeczywiście zagrażające, ale Ita nie myśli o tym pod tym kątem. Szybko uczy się, co jest opłacalne a co może przynieść znacznie mniej wymierne korzyści. Zmiana imienia i nazwiska pomagają w wileńskiej codzienności, choć i tu czyhają niebezpieczeństwa. Jednak zrobienie kariery aktorskiej wymaga znacznie więcej wyrzeczeń i koniecznie, chwytliwego pseudonimu. I tak się narodzi Ina Marr.

 Początek XXI wieku. Magda Król to wykwit współczesności z pełnym jej wyposażeniem. Pracuje dla korporacji robiąc w niej karierę bez większych refleksji, przyjaźni się z gejem, jest singielką z kredytem hipotecznym w tle. Wydaje się, że Magda nad wszystkim panuje. A jednak - trudne relacje z matką, jej przedwczesna śmierć, dziwny spadek powodują, że Magda wszczyna drobne, rodzinne śledztwo. A przy okazji kompletnie nie dostrzega, jak bardzo się pogubiła we własnych decyzjach, jak mocno tkwi w fałszywym obrazie swojej wizji relacji z Adrianem. Jak bardzo chce widzieć w nim takiego partnera, jakim on nigdy dla niej nie będzie.

  Ina Marr zrobi karierę przez przypadek niejako, gdy zawiedziony kochanek zastrzeli swoją ukochaną, a Ina będzie jedynym świadkiem zdarzenia. Magda Król przez przypadek odkryje pewną skrytkę w odziedziczonym mieszkaniu. Przypadek stanowi klucz do tej historii. To on spowoduje, że Ina i Magda, choć jedna u schyłku życia, a druga ciągle na jego pierwszym zakręcie, spotkają się i będą miały szansę na..? rozmowę? monolog zdziwaczałej staruszki, której pamięć i świadomość są w wyraźnej dysocjacji?

  Literackie podróże bywają nie tylko inspirujące, ale również obfitują w różnorodne smaczki.  Jak przeplatanie epok i dawanie głosu każdej z bohaterek, by pokazały swoją rzeczywistość, tak, jak one ją widziały. Jak realia przedwojennego Wilna i środowiska gejów i transseksualistów. Emocjonalne konsekwencje porzucenia dziecka, które niczym sztafeta wielopokoleniowa, przekazywane z matki na matkę, powodują trwałe ślady na psychice następnych pokoleń. Wielowątkowość ludzkich relacji i ich wpływ na dalsze losy jednostek. Piękno dawnej aktorki opisane przez zachwyconego autora. I wiele, wiele innych ciekawych historii splatających fabułę Pocztu królowych polskich w jedną, wyjątkową całość.

 
Rozmowa Marcina Szczygielskiego z Tomaszem Raczkiem o powieści

  Marcina Szczygielskiego zainspirowała postać Iny Benity, która w latach trzydziestych rozpoczęła karierę aktorską. Zawirowania historyczne przerwały jej szanse na więcej filmowych możliwości, a wokół śmierci w 1944 roku narosło trochę mitów. W zawartym w powieści kluczu można zapoznać się z prawdziwymi losami zarówno Iny Benity, jak i twórców polskiej kinematografii przedwojennej, pojawiających się również na łamach samej powieści. Narracja powieści na chwilę przywraca klimat tamtej epoki, pierwszych filmów, wystawnych przyjęć, a także trudności związanych z wybiciem się w środowisku. Znajdzie się więc tu coś dla wielbicieli dawnego polskiego kina, ale także dla entuzjastów historii obyczajowych, czy poszukiwaczy sensacji. Ogólnie rzecz biorąc jest to świetny wybór nie tylko wtedy, gdy pojawi się czytelniczy zastój.


Poczet królowych polskich, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2012
Czytaj więcej

sobota, 21 grudnia 2013

Przygoda może czekać "Za niebieskimi drzwiami"

 A przede wszystkim - pamiętajcie! - nigdy nie pukajcie do drzwi zbyt długo! Bo nawet jeśli się okaże, że nie ma za nimi nikogo, to jednak ktoś może wam otworzyć. A wtedy to, co za zwykłymi drzwiami znajdziecie, na pewno zwykłe nie będzie i może wcale nie przypaść wam do gustu. *

 Zainfekowana prozą Marcina Szczygielskiego (nie będę wytykać palcami winnego) zaczytuję się w jego kolejnych tytułach z niebywałą przyjemnością i radością. W zasadzie im więcej czytam tym więcej mam podziwu zarówno dla jego stylu pisania, pomysłowości, a także wykorzystywania zdawałoby się naprawdę oklepanych motywów literatury dziecięcej w sposób bardzo oryginalny. Odpoczywam czytając książki dla dzieci, a czytając książki dla dzieci autorstwa Marcina Szczygielskiego odpoczywam podwójnie. I daję się nabrać jak czytelnik w odpowiedniej kategorii wiekowej, który powinien jego książki czytać. Znaczy, albo ze mną jest kiepsko, albo Marcin Szczygielski jest naprawdę świetnym pisarzem. Mam podwójny powód by głosować za tą drugą opcją.


  W powieści Za niebieskimi drzwiami autor wykorzystuje właśnie dość banalny wątek pojawiający się bez mała w większości klasycznych powieści dla dzieci - przejścia do równoległego/innego świata, w którym rozgrywają się kluczowe wydarzenia. Nie należy się jednak spodziewać, że całość również będzie równie banalna. Wprost przeciwnie; Szczygielski nosi w sobie chyba niezmierzone kopalnie pomysłów, z których czerpie pełnymi garściami. Jak sam pomysł jest wtórny tak już całą reszta jest dość oryginalna i na swój sposób zaskakująca. Głównym bohaterem jest chłopiec o imieniu Łukasz, któremu przyjdzie zmierzyć się z bardzo trudną sytuacją losową - w drodze na upragnione, wyczekiwane wakacje z mamą ulegnie wypadkowi. Kraksa, która gdyby nie parę sekund, gdyby nie prędkość jaką jechała mama, gdyby ten facet z naprzeciwka tak gwałtownie nie wyskoczył, ba, gdyby tamto drzewo nie stało właśnie tam, gdzie stało, zapewne nigdy by nie miał miejsca. Jednakże wszystkie niezbędne zmienne się pojawiły. Łukasz będzie po wszystkim musiał na nowo nauczyć się chodzić, po tym gdy jego nogi już się zrosną po dramatycznym złamaniu, a także pogodzić się z ogromną zmianą w jego życiu, jaką wywoła długa śpiączka jego mamy. Pobyt u ciotki Agaty, o której nic nie wiedział bowiem mama przemilczała jej istnienie, podobnie jak nigdy nie powiedziała nic o tacie Łukasza, okaże się owocującym w przygody, choć zapewne nie do końca takie, jakie chciałby przeżyć Łukasz. Pensjonat prowadzony przez ciotkę Agatę w nadmorskiej miejscowości Brzeg, o malowniczej nazwie "Wysoki Klif"okaże się miejscem pełnym drzwi do.. Do innego świata? Do świata w przyszłości? Do równoległego wymiaru? Jest wiele możliwości i Łukasz będzie próbował znaleźć odpowiedź na to ważne pytanie. Oprócz tego pozna ciekawą trójkę przesympatycznych dzieciaków, która w odpowiedniej chwili przybędzie mu na odsiecz, choć początkowo zapowiadało się, że raczej nie zapałają do siebie sympatią.

  Jeśli jednak wszystko wskazuje na kolejną historyjkę o przygodach małego chłopca w innym świecie, taką, która pewnie jest całkiem niebanalna, ale nadal, podobna do innych, to jest to bardzo mylące wrażenie. Jeśli znacie Zwierzoczłekoupiora Konwickiego to zapewniam, że spotkacie się z równie oryginalną historią, choć ze zdecydowanie optymistyczniejszym zakończeniem, takim, jakiego się oczekuje przy lekturze książek dla dzieci. Mam nadzieję, że Marcin Szczygielski nadal będzie pisać dla dzieci, a ja będę mogła się zaczytywać w kolejnych tytułach. Polecam, polecam książki Szczygielskiego z całego serca.


Za niebieskimi drzwiami, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2013
* str. 14

Czytaj więcej

sobota, 23 listopada 2013

Bo dzieciom też należy opowiadać o Holocauście. "Arka czasu" Marcina Szczygielskiego

  Nie wiem jak dziś jest omawiany w szkołach okres II wojny światowej, a szczególnie tematyka Holocaustu, ale wiem, że gdy sama byłam dzieckiem to dziadek mnie wtajemniczył w to zagadnienie. Zresztą, rozmowa na ten temat zakończyła się naszą pierwszą poważną kłótnią. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że miliony ludzi najpierw wtrącono do gett, a potem wywożono na masową śmierć. Moje podstawowe pytanie do dziadka było - "i nikt nie zareagował?" Dziadek nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego tak naprawdę cały świat zignorował te wydarzenia, a przynajmniej, nie zareagował na tyle by się przeciwstawiać działaniom faszystów. Nie wytrzymał i nakrzyczał na mnie wyzywając mnie od idealistek. Wówczas poznałam słowo "idealista" i chciałam dowiedzieć się więcej o wydarzeniach z okresu II wojny światowej. Miałam osiem, może dziewięć lat. Jednak nie miałam wtedy za bardzo z kim o tym porozmawiać.

  Sądzę, że dzieciom powinno się opowiadać o Holocauście, a już na pewno powinno się odpowiadać na ich pytania w tym temacie. Wierzę jednak, że to musi być bardzo trudne. Opowiedzieć własnemu dziecku o potwornościach z getta, o wycieńczającej pracy w obozach, a głodowaniu, chorobach, a wreszcie okrutnej śmierci? To temat wywołujący mocny dyskomfort, szczególnie, że każdy rodzic chce dziecko przede wszystkim chronić. Dlatego takiemu rodzicowi, który chciałby o tym mówić, ale ma obawy jak to zrobić najłagodniej, najtaktowniej dla dziecka, proponuję lekturę Arki czasu Marcina Szczygielskiego. Najlepiej na głos, wspólnie z pociechą. Z dwóch ważnych powodów - pierwszy jest taki, że przeżycia wojenne poznajemy z perspektywy i głosem dziecka, drugi zaś jest taki, że w tej perspektywie nie ma zakłamania, ani udawania, że dramatu nie było, a jednocześnie jest to historia opowiedziana z dużym wyczuciem, tak, by młodego czytelnika poruszyć, ale nie przerazić natłokiem wojennego koszmaru, by uświadomić, ale też wyłuszczyć istotne w życiu tematy, takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, oraz ich ogromną moc w trudnych chwilach. Dodam już niezależnie od własnego osądu, że nagroda jury III konkursu literackiego imienia Astrid Lindgren może potwierdzać, że warto.


  Głównym bohaterem tej historii jest Rafał, który ma prawie dziewięć lat i mieszka wraz z Dziadziem w Dzielnicy. Początek jego historii ma nawet parę elementów zabawnych, bowiem w jednym mieszkaniu z Dziadziem i Rafałem mieszka też parę innych rodzin. I tak w jednym pokoju mieszkają państwo Brylant z synami, a pani Brylant, która ma schorowane nogi i w związku z tym nie wychodzi w ogóle z domu, przysparza czasami komicznych sytuacji, gdy próbuje cokolwiek zarobić przeistaczając się we wróżkę, która wróży z kart. Podsłuchiwanie tych wróżb może grozić chichotem i zdemaskowaniem podsłuchującego. Oprócz pani Brylant jest jeszcze pani Aniela, dawna nauczycielka, jednak ona jest często smutna. W kolejnej rodzinie, mieszkającej w trzecim pokoju, są nawet dzieci w wieku Rafała, ale mówią w języku, którego Rafał nie zna. Trudno jest zresztą w Dzielnicy znaleźć przyjaciela, bo tu codziennie coś się zmienia, ktoś się wyprowadza, ktoś wprowadza. Na szczęście jest biblioteka, do której co prawda  droga bywa niebezpieczna, ale dzięki niej właśnie Rafał może spędzać miłe chwile na lekturze. Bardzo lubi książki Juliusza Verne'a, ale ostatnio pani z biblioteki dala mu Wehikuł czasu i Rafał przepadł z kretesem. Cóż za niezwykła lektura!

  W tę dość oswojoną codzienność zaczyna wkraczać jednak brutalna rzeczywistość getta. Chłopiec wraz z dziadkiem muszą przenieść się w inne miejsce. Na dodatek dziadek jest coraz bardziej schorowany, głód często zagląda im w oczy. Dziadzio co prawda gra pięknie na skrzypcach dzięki czemu zarabia czasem na coś do jedzenia, ale jest o to coraz trudniej. Dlatego pewnego dnia zapada decyzja. Rafał musi uciec z Dzielnicy. W tym celu Dziadzio prowadzi chłopca do innego mieszkania, gdzie rozpocznie się jego trudna i pełna bólu odyseja do wyzwolenia, w której przetrwaniu pomoże chłopcu jego niezwykła wyobraźnia - tak, pobudzona przez lekturę pięknych i interesujących książek! - oraz jego zdolność do szybkiego uczenia się, bo choć miał dopiero dziewięć lat już był nauczony myśleć jak dorosły. W tej podróży nie obędzie się bez trudnych, bolesnych i krwawych momentów, które niejako amortyzuje jej dobre i szczęśliwe zakończenie.

 Marcin Szczygielski pisząc o życiu w getcie opowiada w sposób delikatny, operujący symboliką właściwą dla perspektywy dziecka, przemawiający do dziecięcej wyobraźni, ale też nie zakłamujący rzeczywistości. Dba o przekazanie realiów z życia getta i nie ukrywa przed młodym czytelnikiem prawdopodobnych losów osób wysiedlonych z getta. Uczy wrażliwości i przenikliwości pokazując świat wojennej warszawy oczami Rafała. W ten sam sposób tworzy różnorodne alegorie jak na przykład ukazanie losu Żydów poprzez występ teatrzyku kukiełkowego, który uważnie jest obserwowany przez Rafała, podświadomie odczuwającego w tym dodatkowy przekaz. Kukiełki wyglądają bardzo ładnie. Każda ma przyczepione do rąk, nóg i głowy sznurki, za które pociągają ludzie schowani  w budce, oni też mówią, udając, że odzywają się lalki. Przyglądam się kukiełkom i sznurkom, śmieję się, aż tu nagle - chociaż to głupie - przestaje mi być wesoło i zaczynam żałować tych lalek. Muszą robić to, co chcą ukryci w budce ludzie - chodzić, podskakiwać, kłaniać się. Są uwięzione. Wiem przecież, że to tylko zabawki, że nic nie czują, ale nie mogę przestać o tym myśleć. * Wyobrażenia, jakie podejmuje Rafał podczas ucieczki z getta są przykładem siły dziecięcej psychiki, która nieprzygotowana na wiele tematów radzi sobie z wydarzeniami i otoczeniem dookoła siebie najlepiej jak potrafi. Elementy fantastyczne wykorzystane w tej książce pozwalają nieco złagodzić momenty brutalniejsze i dodać powieści nieco baśniowości, która w końcu najlepiej przemawia do dziecka. Wreszcie rozmowa końcowa, z pierwszą czytelniczką Arki czasu może pokazać, jak mogłaby wyglądać rozmowa z dzieckiem po zakończeniu lektury. Namawiam do sięgnięcia po Arkę czasu. Jest to wartościowa, zgrabnie i ładnie napisana, a przede wszystkim z umiarem i taktem wobec młodego czytelnika, wprowadzająca go w tematykę Holocaustu w najlepszy z możliwych sposobów, wzruszająca powieść o małym chłopcu z warszawskiego getta. Która ma walory dydaktyczne, bo jednocześnie uczy, że ważne jest by znać historię, aby nie powielać jej błędów, a także że ludzi nie powinno się różnicować ze względu na religię, przynależność narodową, czy kolor skóry. To jest naprawdę bardzo ważna książka i nie wolno jej przeoczyć.

O Arce możecie też przeczytać na blogu Beznadziejnie Zacofany w Lekturze.

Arka czasu, Marcin Szczygielski, STENTOR, Warszawa 2013
* str. 56

Czytaj więcej

niedziela, 27 października 2013

"Omega" Marcin Szczygielski

Choć - myśli Omega i jest to jedna z najbardziej dorosłych myśli w jej dotychczasowym życiu - czy jakakolwiek śmierć ma sens, jeśli człowiek nie ma zapasowego życia, w którym dzięki otrzymanej nauczce nie popełni już drugi raz tej samej pomyłki?*

Omegę, a właściwie Joasię, poznajmy o poranku w dniu jej dwunastych urodzin. Jest to o tyle nietypowy poranek, oprócz tego, że urodzinowy, że Omega budzi się dużo wcześniej niż jej mama. Co samo w sobie jest bardzo niezwykłe. I dodaje temu dniu jeszcze większej nadzwyczajności. Jak na dwunastolatkę Omega jest zdecydowanie trochę dziwna. Choć nie znam zbyt wielu dwunastolatek, niemniej kojarzą mi się one z dziewczynkami chodzącymi stadnie, szczebioczącymi, wesołymi, raczej towarzyskimi istotami. Omega preferuje towarzystwo komputera, z którym znajomość zawarła naprawdę bliską. Lubi wszelkiego rodzaju gry komputerowe, a na różnych forach, na których bywa i gdzie jest znana i lubiana, dzieli się wszystkimi odkryciami jakich dokonuje podczas pokonywania kolejnych poziomów. Innymi słowy Omega to istota, która lubi życie wirtualne i ten właśnie styl bycia przedkłada nad znajomości z rówieśnikami i relacje z mamą. Które już i tak są utrudnione odkąd tata postanowił założyć nową rodzinę. Cóż, bywa i tak.


Niezwykłość dnia urodzinowego podkreśli pewna niespodzianka - zagadkowy, bo jakby znikąd, e-mail wraz z linkiem do prezentu: do nowej gry. Omega długo się nie zastanawia, klika na link i dwukrotnie potwierdza, że tak, jest pewna, że chce zacząć grę. I odtąd cały świat Omegi zmieni się w scenę gry, każda jej znajoma postać będzie musiała się podporządkować regułom tej gry, a dziwne, bo mówiące niemowlę znalezione na progu mieszkania będzie jedynym przewodnikiem po tej zwariowanej sytuacji. Przewodnikiem o tyle nietypowym, że nie do końca pewnym, czy można zaufać Dziecku, czy też nie. Omega do samego końca nie będzie tego pewna.

Kolejne poziomy gry przynoszą ze sobą następne zagadki i metody przejścia danego poziomu. Sceną każdego poziomu są miejsca Omedze dobrze znane, jak jej szkoła, ulice miasta, czy stadion, na którym będzie zmuszona wziąć udział w Olimpiadzie Zmysłów. Omega będzie musiała pokonać bandę dziwnych klaunów, którzy kradną ludziom radość, przeciwstawić się własnej samolubności i chęci rozstawiania ludzi po kątach, gdy na jednym z poziomów będzie musiała pracować jako Funkcjonariusz Kodeksu, wziąć udział w wyścigu strusi, a także przeżyć kilkakrotnie swoją śmierć. Szczygielski wymyśla dla swojej bohaterki coraz to nowsze i bardziej skomplikowane historie z którymi musi się ona zmierzyć. Omega poznaje przeszłość swojej babci, z której zombie zresztą będzie wędrować przez większość poziomów, będzie uciekać przed wilkołakami i ratować dzieci przed zupełnym pozbawieniem ich własnej tożsamości w pewnej okropnej klinice pseudo - psychiatrycznej. W tym zalewie dziwności i fantazyjności przewija się jednak sporo prawd o współczesnym świecie, wiele ciekawych wskazówek i rozwiązań dla samej Omegi, która pokonując kolejne poziomy gry pokonuje też własne wady i słabości. Ostatecznie, w tej dziwnej grze o powrót do własnego życia, Omega ma szansę trochę dorosnąć, troszkę dojrzeć, przyjrzeć się własnym przywarom i lepiej zrozumieć zachowanie swojej mamy, która jest samotna i zrozpaczona i która też może potrzebować, by się nią ktoś zaopiekował.

Omega to dość długa powieść, jak na powieść skierowaną do młodzieży, ale przyznaję uczciwie, że wcale nie czułam jej długości, bo jest naprawdę fajnie skomponowana i ciekawie napisana. Wygląda na to, że mogę kupować powieści Szczygielskiego już w ciemno, choć Omegę mogłabym przegapić, gdyby nie nieoceniony kolega, mianujący siebie Zacofanym w lekturze, u którego odkryłam ten tytuł, gdy pisał o nim tutaj.


Omega, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2009
* str. 271

Czytaj więcej

niedziela, 28 kwietnia 2013

Szanowny Rodzicu, wyłącz dziecku telewizor

Odnoszę wrażenie, że w wielu polskich rodzinach nie można funkcjonować bez telewizora. I nie chodzi o to, że mama ma swój ulubiony kanał, tata lubi obejrzeć mecz, a dzieci teleranek. No dobra, może nie teleranek, a pewnie jakiś program/film na kanale Cartoon Network. W każdym razie nie problem w tym, że o określonej godzinie jest wyświetlany jakiś film czy program. Chodzi o to, że telewizor jest włączony przez cały dzień. Działa na okrągło, niezależnie od tego, czy jest w ogóle coś wartego do obejrzenia, czy nie. Podczas obiadu wszyscy się nawzajem przekrzykują. Bo nie wpadną na pomysł, żeby telewizor bodaj przyciszyć. A już wyłączyć? Rozbój w biały dzień. I tak też są wychowywane dzieci. Z gadającym odbiornikiem telewizyjnym. Dwadzieścia cztery na dobę. Cieszę się, że Marcin Szczygielski zwraca uwagę na ten problem. Dlatego Szanowny Rodzicu, wyłącz telewizor i poczytaj z dzieckiem tę książkę. Zapewniam, że warto, bo są również świetne ilustracje. Nie znudzicie się oboje.


Główną bohaterką Czarownicy piętro niżej jest właśnie takie telewizyjne dziecko - niespełna dziewięcioletnia Majka, która uprawia niezwykłą żonglerkę słowną korzystając z zapoznanych z telewizji zwrotów. Jeśli pani psycholog w programie śniadaniowym wypowiadała się na jakiś temat, Majka powtórzy to w odpowiednim momencie bardzo dosłownie. Fragmenty z reportaży, czy seriali są znane na pamięć. Dziecko zatem wypowiada się jak niemalże dorosła osoba, choć nie do końca rozumie co tak naprawdę mówi. Trzeba jednak przyznać, że intuicyjnie udziela wypowiedzi na ogół bardzo trafnych. Na szczęście, choć nie na skutek szczęśliwego splotu wydarzeń, Majce przyjdzie spędzić wakacje u dość dziwacznej i podstarzałej ciababci, nazywanej tak w skrócie siostry babci.

Początkowo perspektywa takiego sposobu spędzania wakacji wydaje się Mai co najmniej nieporozumieniem i głośno i wyraźnie daje upust swoim odczuciom. Korzystając oczywiście z telewizyjnego slangu. Jednakże przedwczesne narodziny siostrzyczki Mai, malutkiej Alicji, powodują, że rodzice dziewczynki nie mają wyboru. Skupieni wokół inkubatora wcześniaka pragną zapewnić dziecku jakąś inną rozrywkę niż telewizor i urozmaicić dietę o coś więcej niż pizza dziennie. I chwała im za to. Co prawda początek jest fatalny - telewizor okazuje się być starym modelem, z czarno - białym obrazem, na dodatek nie ma do niego pilota. Oprócz tego ta dziwna cisza, jakby nie było życia dookoła. A jednak wakacje u ciababci przyniosą same zaskoczenia. Najpierw odnośnie stylu życia samej ciababci, która pierze raz w miesiącu, ale korzystając z wielkiego kotła i starej wysłużonej Frani, i gotuje na piecu w którym trzeba codziennie rozpalać ogień. Potem zadziwiające okazują się zwierzaki jakie spotyka w ogrodzie ciababci Maja - wyniosłego kota i narcystyczną wiewiórkę, której się wydaje, że jest lisicą. A niczym wisienką na torcie jest tajemnica pochodzenia Oscara oraz zagadkowego związku ciababci z sąsiadką o nazwisku Monterowa. Nadprogramowo pojawia się chłopiec, który spełnia swoją bajkową rolę jako typowy chuligan, zainteresowany rzucaniem czym popadnie w kota, czy uprzykrzaniem życia Majce. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło..

To już drugie spotkanie z prozą Marcina Szczygielskiego, drugie i bardziej udane. Czarny młyn podobał mi się bardzo, ale miał w sobie, jak na książkę dla młodzieży, trochę zbyt dużą dawkę grozy. Czarownica piętro niżej to świetna historia, z ciekawym i ważnym przesłaniem, a oprócz tego po prostu rewelacyjna rozrywka. Polecam dzieciom i rodzicom. Dzieciom rozbudzi wyobraźnię, a rodzicom może trochę otworzy oczy na ważny aspekt związany ze zbyt dużą ilością telewizji w życiu ich dzieci. Zdecydowanie polecam! I liczę na ciąg dalszy.




Czarownica piętro niżej, Marcin Szczygielski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013


Czytaj więcej

piątek, 1 czerwca 2012

Czarny młyn

Literatura dla dzieci leży chyba od zawsze w najbliższym kręgu moich zainteresowań. Często twierdziłam, że życie uratował mi Rokiś stworzony przez Joannę Papuzińską, za co autorce będę wdzięczna dozgonnie. I stąd chyba stały sentyment. Niech sobie będzie, że jestem za stara. Będę to czytać nawet po 60-scte podejrzewam ;)

Czarny młyn to książka o dzieciach - dla dzieci. A właściwie horror dla dzieci, którego początek jest sielski, anielski, jak to w dzieciństwie zawsze być powinno. Upalny, lipcowy dzień nie zapowiadał żadnych anomalii pogodowych, żadnych dziwnych zdarzeń, ani niczego co  mogłoby zaniepokoić któreś z szóstki dzieci, które wspólnie spędzały czas na łące. Chociaż ten dziwny pomruk zaniepokoił je wszystkie, a Mela jako jedyna z nich wiedziała, że zaczyna się coś złego.


Czarny Młyn to mała wioska, o której zdaje się, że cały świat zapomniał. Młodzi ludzie emigrują z niej szybko do większych miast, dzieci muszą dojeżdżać do szkoły w innej, większej wiosce, dorośli są nieco zgnuśniali i bardzo trudno jest utrzymać jakiekolwiek życie w tym dziwnym miejscu. Krowy mimo, że dostawały obfitą paszę chudły w oczach, kury przestawały się nieść, w efekcie w Czarnym Młynie zostało już tylko kilka psów i kilka królików, które trzyma ciotka Pawła. Dzieciaki zresztą nie mają tu najłatwiejszego życia. Rodzina Iwo rozpadła się po emigracji ojca do Norwegii, chociaż chłopiec bardzo chce wierzyć, że ojca porwali Wikingowie wbrew jego woli. Pawłem opiekuje się ciotka, bo jego rodzice z kolei wyemigrowali do Niemiec. Mimo sporych różnic wiekowych dzieciaki trzymają się w jednej grupie, skoro jest ich taka garstka..

I właśnie w te dziwne wakacje zacznie się ciąg niesamowitych wydarzeń, które sprawią, że dzieci będą musiały wziąć sprawy w swoje ręce, żeby uratować Czarny Młyn. Chociaż bez dwóch zdań to Mela uratowała Czarny Młyn, co Iwo podkreśla już na samym początku swojej opowieści.

Książka niezwykła, z jakąś taką magiczną mocą, wiarą w przyjaźń, solidarność i lojalność. I mimo nie do końca pozytywnego zakończenia pozostawia bardzo pozytywne wrażenie :)


Czarny Młyn, Marcin Szczygielski, Stentor, Warszawa 2011

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.