przeniesione z blogu wcześniejszego -> Ballada o Lee Cottonie
Nauczyłem się, że nigdy nie wolno oceniać ludzi po ich zawodzie, reputacji, kolorze pieniędzy, kroju ubrania czy po zapachu. Spotkałem bowiem ladacznice, którym mógłbym powierzyć duszę; księży, którzy ukradliby białą laskę niewidomemu; polityków, którzy skłamaliby zapytani nawet o godzinę; księgowych, którzy nie umieli liczyć; sadystów w lekarskich fartuchach; profesorów, którzy nic nie wiedzieli o świecie; pisarzy robiących błędy ortograficzne i świętych, którzy mieli w nosie wszystko oprócz własnego interesu.("Ballada o Lee Cottonie", wyd. Niebieska Studnia, 2007, str. 36)
Ballada o Lee Cottonie to jedna z tych książek, od których trudno się oderwać, nawet gdy zaraz trzeba wyjść do pracy i ma się 99% szans na to, że ucieknie ostatni pociąg, dzięki któremu nie spóźnię się tak tragicznie.. A potem rzecz jasna spóźniam się. Moja wielka wada polega na tym, że czytam podczas śniadania. Podczas suszenia włosów. Podczas wszystkiego. Nie patrzę na zegarek, a potem okazuje się, że właśnie minęła pora wyjścia na stację i na pewno, na pewno ucieknie mi pociąg, a następny może być dopiero za 20 minut, co oznacza niechybne spóźnienie się do pracy. Potem czytam w pociągu, bo mam aż 40 minut swobodnego czasu na to. Bezczelnie też czytam w pracy, po kryjomu, udając że robię coś innego.. Co przypomina moje zachowania szkolne, gdy na nudnych lekcjach czytałam pod ławką.. jak widać, z pewnych rzeczy się nie wyrasta nigdy :D
Lee kilkorga imion Cotton urodził się w Eurece w stanie Missisipi. Ponownie mamy południe Stanów, lata 50te. Jego czarnoskóra matka na widok syna wydaje okrzyk rozpaczy, mimo, że chłopiec jest okazem zdrowia.. ale wyróżnia się już po powitaniu świata - jego kolor skóry jest biały! Co mocno utrudnia sytuację i tak już trudną dla rasistowskiego południa. Czarni mają swoje miejsca w autobusach, z daleka od białych, biali mają przywileje, na które nie mają pozwolenia czarnoskórzy. I nagle pojawia się Lee, biały Murzyn. W szkole dla czarnoskórych go nie chcą, bo za bardzo się wyróżnia, w szkole dla białych również nie jest mile widziany. Gdy matka publicznie podnosi na niego głos zostaje upominana przez policję, bo przecież jakim prawem czarna służąca upomina białego panicza.. I tak w nieskończoność. Początki życia są dla Lee ostrą drogą pod górkę, którą jednak znosi ze spokojem, który chyba zawdzięcza kochającej matce i niesamowitej babce Celeste. Jedna uczy go postaw babtyzmu, druga wyjaśnia mu zawiłości vodoo. Do całej tej historii należy dopisać głosy który Lee słyszy tylko w swojej głowie..Są to myśli napotkanych ludzi, głosy zmarłych.. Trzeba to od razu powiedzieć- życie Lee nie należało do łatwych już od samego początku. A to naprawdę, naprawdę dopiero początek tego co życie zafunduje naszemu bohaterowi. Ponieważ krocząc po ścieżce życia spotyka go najpierw niemalże śmiertelne pobicie, potem ratunek, krótka kariera w wojsku..miłość, która jak zwykle jest głupia i naiwna i prześladuje człowieka całe życie, wbrew jego staraniom, by ułożyło się inaczej. Losy Lee też są przestrogą dla marzycieli i idealistów - uważajcie jakie życzenia wypowiadacie na głos.. Wasze bóstwo może w makabryczny sposób je spełnić. Powieść na zmianę refleksyjno - dowcipna, bo humor w tej książce aż skrzy, nie wiem ile razy uśmiałam się w głos (w tym raz z biurze, wzbudzając zainteresowanie kolegów co mnie tak rozbawiło..), ale też nie ucieka od prawdziwych życiowych dylematów, chociaż z niechęcią przyznaję, że niektóre są traktowane po macoszemu. Ale może to wynika z tego, że czasami wolimy prawdziwe problemy obejść dookoła niż stanąć z nimi twarzą w twarz? Nie odejmuje to jednak książce jej fenomenalnych walorów- świetnego języka, bujnej wyobraźni, niesamowitej siły wciągania w jej lekturę.
Fascynujące jest dla mnie to jak autorowi udało się na tak skromnej ilości stron (bo zaledwie 414) zawrzeć tak rozmaitą gamę postaci, wydarzeń, zwrotów akcji, szczegółów, myśli, przemian samego bohatera.. Od tej książki ciężko się oderwać, czyta się jednym tchem, wszystko na raz. Mogę tylko szczerze polecać. I muszę tu wyznać, że coraz bardziej doceniam pozycje wydawane przez Niebieską Studnię :D
Ballada o Lee Cottonie, Christopher Wilson, Niebieska Studnia 2007
Wpis przeniesiony z http://dziewczynazalaski.blox.pl/html
0 komentarze:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz, cenię sobie każdą uwagę odnośnie wpisu i jego zawartości.
Uprzejmie proszę o nieskładanie mi życzeń świątecznych, ponieważ ich nie obchodzę.