niedziela, 17 marca 2013

Poczta literacka, audycja piętnasta

  Dziś na początek pomówmy trochę o języku, jakim posługują się twórcy amatorzy w swoich utworach. W ciągu półtora roku zapoznałem się ze sporą ilością manuskryptów, aby wyrobić sobie zdanie i wygłosić kilka uwag na ten temat. Co mnie ujęło przede wszystkim i co uważam za pokrzepiające zjawisko? Pierwsza rzecz, którą godzi się podkreślić, to czystość polszczyzny,  jaką władają twórcy amatorzy. Jest to język nie zachwaszczony, wolny od żargonu dziennikarskiego czy biurokratycznego, który wciska się do mowy potocznej, wolny od sztampy, skostnień, szymli i frazeologii biurokratycznej.(Ostatnio na przykład słyszałem w telewizji takie powiedzenie: "Przestaliśmy pracować z tytułu braku oświetlenia" zamiast "z powodu braku" albo "ponieważ zabrakło".)

  Twórcy amatorzy unikają tego żargonu, co dobrze świadczy o ich smaku i odporności. Wykazują troskę nie tylko o poprawność językową, ale o kulturę języka w ogóle. Mają szacunek dla słowa pisanego, rozumiany jako poszanowanie wartości. Właściwie wszyscy poza nielicznymi wyjątkami wykazują pewien stopień obycia, nobilitacji kulturalnej, osiągnięty poprzez lekturę i obcowanie z tradycją, wyrażoną w dziełach wielkich pisarzy. Stąd w stylu twórców amatorów nietrudno spostrzec ciążenie naszych romantyków zwłaszcza, a także poetów Młodej Polski, którzy cieszą się zaskakującym wzięciem wśród nieprofesjonalnych autorów, inspirują i podsuwają wzory. Trzeba tu od razu powiedzieć, że twórcy amatorzy dalecy są od wszelkiej awangardy i w niczym nie usiłują naśladować poezji nowoczesnej, z jej rozluźnieniem kanonów formalnych. Wśród kroci utworów, jakie przyniosła Poczta Literacka, nie znalazłem ani jednego wiersza, który by w czymkolwiek nawiązywał do poezji nowoczesnej, nie powiem - do Białoszewskiego, ale choćby - Herberta, choćby Grochowiaka. Choćby do Szymborskiej.

   Nasuwa się oczywisty wniosek, że poezja nowoczesna jest im z gruntu obca, nie przemawia do nich, nie trafia, czemu zresztą nieraz dają bezpośredni wyraz w swoich listach. Dlaczego tak się dzieje? Zapewne jeden z powodów to podeszły wiek twórców amatorów, którzy przeważnie chwytają za pióro, gdy znajdują się na emeryturze. Ale nie da się tej sprawy uogólnić, bo wielu z nich pisze od wczesnej młodości, właściwie całe życie. Tylko ich upodobania zatrzymały się w najlepszym razie na Tuwimie i Marii Jasnorzewskiej - Pawlikowskiej. I już nie posunęły się dalej. Dla twórcy amatora wiersz to musi być wiersz - z rymem, rytmem, strofą. Solidny i tradycyjny. Wręcz kurczowo trzymający się tradycji. Można więc powiedzieć, że twórcy amatorzy to tacy ludzie, którzy przypominają strażników grobowca. Kultywują tradycje, które należą już do historii literatury.

   Ale przecież za każdym takim wierszem, kryje się przeżycie. Kryje się pragnienie dania wyrazu temu, co żywe w autorze, co dręczy, boli, zachwyca. Tymczasem tradycyjna forma nadaje im kształt anachroniczny. Wiadomo, że te wiersze nie dostąpią druku, nie przyjmie ich żadna redakcja. Pozostaną poezją uprawianą na prywatny użytek. Zamiłowaniem wdzięcznym i godnym pochwały. Docenianym przez Pocztę Literacką i upowszechnianym przez nią w pewnym zakresie. Dzisiejsza poezja nowoczesna odejdzie kiedyś do historii literatury i za lat pięćdziesiąt, może sto, przyszli twórcy amatorzy będą sięgać do Białoszewskiego, Herberta, Grochowiaka czy Szymborskiej, tak jak dziś sięgają do Słowackiego, Asnyka, Tetmajera i Tuwima. Wygłaszam to jako pochwałę strażników tradycji i dobrego języka polskiego.

A teraz zajmiemy się tym, co otrzymaliśmy w dzisiejszej Poczcie Literackiej. Pani Natalia Lipińska z Sandomierza nadesłała nam cykl pod tytułem "Sny", składający się z siedmiu bardzo ekspresyjnych utworów. Nie wiem, czy ta siódemka jest nawiązaniem do cyfry kabalistycznej, w każdym razie "Sny" są wielce niesamowite. Jeśli autorka rzeczywiście coś takiego przeżyła, jeśli są to jej autentyczne sny, to pozazdrościć bogactwa podświadomości. A jeśli są to twory wyobraźni, to pogratulować wyobraźni. Jest to wyobraźnia o wyraźnych cechach malarskich ze skłonnością do deformacji i widzenia rzeczywistości w wynaturzeniu na wzór Hieronima Boscha - z tym, że zamiast pokracznych człeczków mamy do czynienia z pokracznymi zwierzętami.Właściwie są to fantasmagorie, jakby pod wpływem narkotyku, choćby narkotyku wybujałej fantazji. Poetyka snu, uprawniająca każdą niesamowitość, walnie tej fantazji sprzyja. Każdemu z tych utworów - po dwie, trzy stroniczki - pisanych poetycką prozą, patronuje jakieś groźne zwierzę. Orzeł z głową tygrysa, bizon ze smoczą paszczą, nawet pospolity gacek, nietoperz, staje się groźny. Wszystkie te zjawy, bardzo plastycznie odmalowane, prześladują bohaterkę, która ucieka przed nimi, lecz nie ma się gdzie skryć. Wprawdzie wie, że kryjówka gdzieś istnieje, ale nie potrafi jej znaleźć. Cóż więc czyni? Postanawia wchłonąć w siebie zjawę, przeistacza się, zaczyna żyć jej życiem i patrzeć na świat jej przeraźliwymi oczami. Czytałem kiedyś angielską przypowieść o pani przemienionej w lisa, tutaj natomiast pani przemienia się w kilka demonów z rzędu! I skóra nam cierpnie. Jeśli to ma być metafora o demoniczności kobiecej, to strzeż nas Panie Boże. A jeśli są to przypowieści o niespożytej sile zła, które musi nas pochłonąć to robi się bardzo ciężko na duszy. Stężoną atmosferą pełną grozy "Sny" przypominają baśnie Grimma, którymi straszono mnie w dzieciństwie. Nie wiem, czy Panią Natalię Lipińską straszono w podobny sposób, ale dziś swoją wizją sama też straszyć potrafi. Po lekturze bałem się, że mi się to przyśni, ale jakoś los strzegł.

  Pan Eugeniusz Jaworek, którego lwowskie wspomnienia sprzed pierwszej wojny światowej omawiałem w poprzedniej audycji, jest rónież autorem nostalgicznych wierszy o Lwowie, z których jeden chciałbym tu przedstawić:

I zamknie moje znużone powieki
Śmierć swoją dłonią zimną jak ołów
Jeszcze zobaczę jak obraz daleki
Te cudne wieże Twoich białych kościołów
Jak wynurzają się z oparów rzeki
I jak się pławią w wieczornej godzinie,
W przejrzystym, bladym niebios seledynie

 Pan Jaworek, który zmarł przed rokiem, a którego utwory nadesłała nam wdowa po nim, zachował do końca życia tęsknotę i uwielbienie dla Lwowa, któremu poświęcił wszystko, co napisał, włącznie ze swoim interesującym pamiętnikiem.

  Pani Kazimiera Książek z Wrocławia serdecznie ubolewa, że znając ograniczenia swojej muzy nie mogła, choć pragnęła, napisać wiersza ku czci Jarosława Iwaszkiewicza, którego nazywa poetą wspaniałym. Poświęca temu cały list, zresztą z opisem dzieciństwa i młodości swojej, pokrewnej młodości Iwaszkiewicza, gdy "wieś była wsią, każda miała swój urok, swój język, strój, a nawet potrawy". Pisze dalej, cytuję: "Jakże dzisiaj rozumiem poetę naszych czasów, który jest tak kochany, że nawet sobie nie wyobraża, co czujemy, kiedy go czytamy". Głęboka zaduma, wspomnienia, a czytając w zaciszu samotności - starsza pani wzruszona idzie wraz z Iwaszkiewiczem na spacer po starych ścieżkach, choć już zarosłych, jednak przy księżycowym blasku, z psami. Można być szczęśliwym nawet na starość.

  Na tym kończymy dzisiejszą Pocztę Literacką. Pocztmistrz prosi autorów o listy. Do usłyszenia.


Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 74 -77
Czytaj więcej

sobota, 16 marca 2013

W walce z żywiołem

Gdy wczoraj zajrzałam do mojej ulubionej Krainy Andersena znalazłam wpis reklamujący blogi książkowe. Lubię takie wpisy, bo dzięki nim można odkryć perełki, które w zawirowaniach wirtualnej sieci łatwo przegapić. Jednak nie spodziewałam się takiego wyróżnienia i pojawienia się Mojej skromnej Pasieki na liście Mery. Po pierwszej fali przyjemnego uczucia, że Mery nie tylko lubi mój blog, ale nawet go zachwala, pomyślałam, że taka pochwała zobowiązuje, a przecież u mnie ostatnio trochę mniej staroci było. Z tego też powodu przyspieszyłam decyzję o lekturze Powodzi Jerzego Szczygła, która czekała już od jakiegoś czasu na półkach. I bardzo słusznie, bo okazało się, że to naprawdę świetna książka.

Samym autorem zainteresowała mnie z kolei Koczowniczka, gdy pisała o Tarninie. Ponieważ tego tytułu dotąd nie udało mi się znaleźć, skorzystałam z okazji, dzięki której to Powódź trafiła na moje półki, a więc tradycyjne podczas buszowania po internetowych antykwariatach. I przyznaję, że jest to autor, którego warto przypomnieć, wyciągnąć z zakurzonych półek, odświeżyć wiedzę na jego temat i przyciągnąć do niego czytelników - nie tylko tych młodych. Pisze równie przyjemnym piórem jak Bahdaj; choć lekkim stylem, to podejmuje się trudnej tematyki, ale też mimo, że przedstawia pewną już przebrzmiałą epokę z historii naszego kraju, to jednak pokazuje uniwersalny świat ludzkich problemów, niezależnie od tego dość już obcego i egzotycznego w naszych oczach tła historycznego z lat 60-tych ubiegłego wieku.

Fabuła Powodzi opiewa okres pewnej bardzo trudnej zimy, której kaprysy doprowadziły do zagrożenia powodzią -  najpierw duże opady śniegu oraz mrozy, a potem gwałtowne ocieplenia i odwilż, które z kolei spowodowały gwałtowne podnoszenie się poziomu Wisły. W Starogrodzie gdzie mieszka Leon, główny bohater omawianej historii, zostaje wszczęty alarm przeciwpowodziowy, do miasteczka zjeżdża się wojsko z lodołamaczami i ładunkami wybuchowymi. Trwa akcja ratunkowa, walka z żywiołem, w której pomagają nawet Leon i jego koledzy, zwolnieni z obowiązku szkolnego ponieważ budynek szkoły został tymczasowo wykorzystany na lokum dla powodzian. Jednak oprócz tego poważnego problemu miasteczko musi też zmierzyć się z innym, nie mniej ważnym, jakim jest pojawienie się kłusownika i złodzieja, który zaczynając od podkradania ryb okolicznym rybakom, przechodzi do kłusowania w lesie, oraz włamań do domów. Chłopcy, znudzeni brakiem codziennej konieczności chodzenia do szkoły, jak również nieco ostudzeni początkowym zapałem walki z powodzią, wszczynają samodzielne śledztwo w celu odkrycia przestępcy, co do którego tożsamości mają już pewne podejrzenia. Śledztwo jednak jest niebezpiecznie i chwilami może doprowadzić do tragicznego zakończenia. Narracja początkowo dość spokojna powoli wprowadza coraz większe napięcie, a wypadek przy moście, genialnie opisany, przykuwa uwagę czytelnika jeszcze mocniej. Ciekawa, choć niebezpieczna przygoda, kończy się jednak szczęśliwie, choć nie bez ofiar.

Jest w tej powieści wszystko. I przygoda, związana z nietypową sytuacją i walką z żywiołem, i trudy dorastania, związane z zawiłościami relacji między młodzieżą, jak i z dorosłymi, pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania, nauka odpowiedzialności za siebie, ale też nauka odpowiedzialności za dzieci, z jaką muszą się zmierzyć rodzice jednego z bohaterów. Napisana lekkim, przyjemnym językiem, czyta się naprawdę wyśmienicie, wciąga z każdą kolejną stroną coraz bardziej, a sytuacje związane z zagrożeniem są opisane bardzo realnie i nie do końca pozwalają wierzyć, że wszystko zakończy się szczęśliwie. A jednak mimo opałów w jakich znajdą się chłopcy, udaje im się wyjść z tego obronną ręką. Nie są to jednak naciągane historyjki, nie ma tutaj infantylności charakterystycznej dla literatury dla młodzieży, jest raczej dość brutalna rzeczywistość, pokazana jednak przez pryzmat chłopięcego świata. Dlatego dobra do polecania zarówno młodzieży, jak i dorosłym.


Powódź, Jerzy Szczygieł, Nasza Księgarnia, Warszawa 1970


------------

 Jerzy Szczygieł (ur. 14 marca 1932 w Puławach, zm. 21 sierpnia 1983 w Warszawie) – polski pisarz, także dla młodzieży, prozaik. W 1945 r. na polach minowych nad Wisłą stracił wzrok. W 1957 ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1954 na łamach "Sztandaru Młodych". Od 1957 redaktor naczelny czasopisma "Nasz Świat" a od 1964 także "Niewidomy Spółdzielca". Członek i działacz Polskiego Związku Niewidomych. W 1976 otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za całokształt twórczości.

Czytaj więcej

piątek, 15 marca 2013

Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya

Malarstwo nie jest dziedziną, która mnie jakoś mocno pochłania. Istnieje jedna malarka, której obrazy odbieram przez pryzmat jej osobistych doświadczeń, stąd widzę w nich odrobinę więcej niż na pierwszy rzut oka. Jednak Frida jest dla mnie kimś więcej niż malarką, a jej biografię, napisaną przez Hayden Herrerę, znam niemalże na pamięć. Pozostali malarze, ci najbardziej popularni i słynni, są mi znani z racji wiedzy wyniesionej ze szkoły czy z dodatkowych kursów. Choć prawdę mówiąc więcej opowiem o budowie pantofelka wyuczonej podczas intensywnej lekcji biologii w szóstej klasie szkoły podstawowej niż o znanych mi nurtach w malarstwie. Ale podobnie jak kiedyś nie słyszałam Sinfonietty Janecka, a wprowadził mnie w jej świat Murakami, tak teraz Jacek Dehnel przybliżył mi postać Goi, hiszpańskiego malarza, którego dotąd kojarzyłam przez zaledwie jeden obraz. Ha, dobre i tyle.

Seria obrazów, zwana serią "Czarnych Obrazów" powstała u schyłku życia artysty. Po latach pracy jako malarz królewski, Goya odciął się od świata i ludzi i zamknął w swoim domu nad rzeką Manzanares i zaczął pracę nad serią. Tak naprawdę nie były to do końca obrazy, ponieważ powstawały bezpośrednio na ścianach domu Goi, domu zwanego "Domem Głuchego", co było jednocześnie adekwatne do stanu zdrowia malarza, który ogłuchł w wieku 46 lat po długiej chorobie (najprawdopodobniej tyfusie). Obrazy powstawały przez cztery lata i w efekcie wnętrze piętrowego domu uzyskało mniej więcej taki oto wygląd:

Źródło zdjęcia
Na temat autorstwa obrazów nie było początkowo żadnej wątpliwości. Charakterystyczna dla artysty kreska, właściwe jemu przedstawienie postaci i sylwetki, wszystko było ewidentnym dowodem na to, że ściany pomalował nikt inny tylko Francisco de Goya. Jednakże w 2003 roku Juan José Junquera przedstawił teorię wskazującą Javiera, syna Goi, jako autora czarnej serii, co przez jakiś czas wywołało zamęt i pewne wątpliwości. Właśnie ta wątpliwość, która jednak wkrótce została rozwiana, że to jednak nie Goya, a jego syn, Javier mógł być artystą odpowiedzialnym za czternaście obrazów na ścianach "Domu Głuchego", stała się inspiracją dla Jacka Dehnela do napisania Saturna..

Saturn pożerający własne dzieci
Jeden z "Czarnych obrazów" przedstawia Saturna pożerającego własne dzieci. Obraz jest karykaturalny, groteskowy, przerażający. A jednak to właśnie on został umieszczony na okładce książki i imię kolosa jest również umieszczone jako główny tytuł tej powieści. I on przyświeca też całości utworu. Główny przekaz tej powieści zatem mógłby brzmieć, na podstawie sposobu w jaki Saturn zjada swoje dzieci oraz sposobu w jaki widzi to syn Francisco - rodzice w pewien sposób pochłaniają swoje dzieci. Nie w tak obrzydliwy jak na obrazie, nie w tak zachłanny i zaborczy, jak to opisuje Javier podczas malowania, ale w sposób odbierający dzieciom siłę życiową, własne pomysły na siebie, siłę przebicia. I tak między innymi odbieram Saturna Jacka Dehnela, jako swego rodzaju uniwersalny obraz rodziny, niekoniecznie tylko rodziny malarza artysty, ale rodziny w ogóle, w której życie jest swego rodzaju kieratem, zatruwaniem siebie nawzajem, wpychaniem siebie w życiowe role, których nie chce się spełniać, ale jest się do ich spełniania zobowiązanym. I zdają się to potwierdzać słowa Javiera, patrzącego na swojego wnuka i mówiącego do niego cicho: Naprawdę chcesz się wpakować w to bagno, w ten kierat, w którym ojciec zatruwa syna, syn - wnuka, wnuk - prawnuka, a każdy ma inny, bardziej wymyślny sposób; czy naprawdę chcesz przedłużać tę linię cierpienia?* I właśnie o tym mówi Saturn Jacka Dehnela - o trudach związanych z zatruwaniem sobie nawzajem życia rodzinnego, z nieumiejętnością komunikowania się z rodzicem, niewyrażaniem swoich myśli, nabieraniem podejrzeń, syceniem się własnymi wrażeniami, bez dopytania, czy są prawdziwe. A o tym, że nie są, świadczą wypowiedzi kolejnych mężczyzn z rodu Goya..

Francisco, Javier i Mariano są głównymi głosami tej powieści. Francisco który ma w sobie niezwykłą siłę i pewność siebie związaną zarówno z talentem malarskim, jak i podbojami, oczekuje że takimi samymi cechami będzie obdarzony jego syn. Jednak Javier jest chłopcem zamkniętym w sobie, dość bojaźliwym i nie ma znamion geniuszu malarskiego, jakiego oczekuje od niego ojciec. Poszturchiwania i przezwiska, które w mniemaniu Francisca powinny chłopaka otrząsnąć z marazmu powodują dokładnie odwrotny efekt. Javier zamyka się w sobie jeszcze bardziej, nie przejawia talentu jak ojciec, jest małomówny, na dodatek leniwy. Sięgając więc po jedyną znaną sobie broń, a więc szybki ożenek, Francisco ponownie krzywdzi syna powiększając tylko istniejącą między nimi przepaść. I powołując tym samym kolejne pokolenie w tej sztafecie rodzinnych nieporozumień i krzywd, bo młodym Mariano zajmie się Francisco tym samym przekazując wnukowi swoje zdanie o ojcu, którego chłopiec już wkrótce zacznie nazywać w myślach Kluchą. Nie bez powodu powieść ma podtytuł Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya, który jest nie tylko nawiązaniem do serii "Czarnych obrazów".

Literatura, dobra, piękna, mocna literatura to nie tylko przysmaki pisane słowem, pięknie kreowane obrazy, wyjątkowa wyobraźnia autora czy ciekawe rysy postaci. To też zachłanność poznawania, pęd do wiedzy, powiązania z innymi dziedzinami sztuki. Szukanie informacji, czy to o muzyce, czy to o malarzu. Właśnie to mi dała lektura książki Jacka Dehnela. Nie tylko ciekawy zarys psychologiczny złożonych relacji rodzinnych, przemyśleń wewnętrznych bohaterów oraz ich działań, które powodowały wzajemny rozłam, nie tylko ukazanie przyczyn tego rodzinnego rozbicia, braku porozumienia i wzajemności, ale również to, że w trakcie lektury szukałam informacji o Goi, o jego obrazach, że chciałam wiedzieć więcej niż tylko drobne detale biograficzne. I czuję się bogatsza o tę wiedzę. I już lubię Jacka Dehnela. Podoba mi się ciężka, mroczna atmosfera Saturna, oddająca klimat "Czarnych obrazów", ale też podoba mi się sposób, w jaki autor patrzy na obrazy Goi, co w nich widzi i jak je interpretuje przez pryzmat swoich postaci. Coś niezwykłego! I teraz mogę sięgnąć po Młodszego księgowego, ostatnio zachwalanego na blogach. A Saturna polecam!

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya, Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011
* str. 215
Czytaj więcej

czwartek, 14 marca 2013

Misz - masz, czyli przesilenie chyba..


 Dopadło mnie jakieś przesilenie. I temu czy wiosenne może zaprzeczać sypiący za oknem śnieg, choć moje storczyki uparcie twierdzą, że dla nich nastała wiosna w pełni. Kwitną jak szalone. Fiołki też. Tylko za oknem nadal zima. Którą uwielbiam, bez dwóch zdań, mogłabym patrzeć na ten krajobraz godzinami, ale chyba nawet mi zaczęło brakować słońca i trochę więcej zieleni niż ta na domowych parapetach.
Przesilenie jednak jakieś być musi, więc najprawdopodobniej jest zimowe. Pisanie o przeczytanych książkach ciągle leży odłogiem. Może dlatego, że ostatnio czytam naprawdę słabe książki, słabe pod względem warsztatu, choć czasami nadrabiające fabułą. Zapewne odpowiada to chwilowo stanowi mojego ducha, który od 14 lutego, kiedy zmarła moja ciocia, zalicza częściej upadki niż wzloty. I tak od połowy lutego, ku własnego zdumieniu, częściej sięgam po tak zwaną literaturę kobiecą. Choć wczoraj chyba już poczułam przesyt.

Najtrudniej jest czytać literaturę odnośnie której ma się konkretne oczekiwania. To znaczy, jeśli oczekiwania są zgodne z wiedzą o autorze, to lektura mimo pewnych zgrzytów jest całkiem przyjemna. Gdy jednak zakłada się, że autor, sądząc po jego wcześniejszej książce, kolejną napisał przynajmniej równie dobrze jak poprzednią, można zaliczyć bolesny upadek na ziemię. I tak założenia odnośnie serii z kokardką, czyli znanych Sklepików z Niespodzianką sprawiły, że miałam całkiem przyjemną leniwą niedzielę. Mimo wielu zgrzytów, które przemilczę, ponieważ obiecałam sobie, że skoro biorę się za książki autorki, której warsztat wiem, że jest słaby, to zjadliwej krytyki robić nie będę bo byłoby to zwyczajną złośliwością z mojej strony. Poza tym tu trzeba przyznać, że autorka nadrabia fabułą, a gdy z dwojga, choć jedno jest ciekawe, to w ramach odrobiny babskiej przyjemności można przymknąć oko na niedociągnięcia. I resztę grzecznie przemilczeć. A babską przyjemnością było dla mnie tu wiele spraw. Małe miasteczko, które przecież uwielbiam. Cudne zwierzaki (bardzo mi się podobały teksty z przemyśleniami Pieguska! sama często dopisuję w głowie, co też mogą sobie myśleć moje zwierzaki), przepisy na kąpiele i maseczki (na pewno skorzystam!) i naprawdę intrygujące zakończenia poszczególnych tomów (szczególnie pierwszego i drugiego). Nie mówię, że z nagła stałam się fanką autorki, ale na pewno myślę o niej nieco cieplej - za to ciepło własnie w jej książkach.

Sklepik z Niespodzianką, Katarzyna Michalak, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2012-2013

Z kolei założenia odnośnie powieści Wita Szostaka zaprowadziły mnie na manowce. Sam koncept wydumanego bohatera, jakiego stworzył autor mógł być ciekawy. Człowiek, który urodził się w wolnej Polsce, a następnie przeżył okres zaborów i umiera tuż przed odzyskaniem niepodległości, mógłby istotnie opowiedzieć ciekawą historię. Jednak niestety jego historia jest nudna, ot facet, który lubi panienki lekkich obyczajów, znaczy świtezianki, dobre żarcie i towarzystwo swoich kumpli, który ma w życiu niezwykłego farta (często się zastanawiałam z czego ten człowiek żyje), który nie tylko pozwala zaliczać mu każdą kobietę na jaką ma ochotę, ale także osiągnąć wysokie stanowisko państwowe. Do tego sztampowe niemalże wykorzystanie postaci dwóch romantycznych poetów z doklejeniem każdemu własnej wersji jego biografii, sprawiło, że oczekiwania legły w gruzach, a lekturę męczyłam przez kilka dni, odkładając ją na bok, na rzecz każdej innej książki. Gdy już udało mi się ją zakończyć, byłam szczęśliwa, że przebrnęłam. I potem żałowałam, bo na półce czeka jeszcze jedna książka Wita Szostaka, Fuga, na którą patrzę już z przekąsem.. Na obronę Dumanowskiego, chyba już sama przed sobą, mogę tylko dodać, że tutaj podobnie jak w Chochołach możemy poznać ciekawe zakamarki Krakowa, jego niezwykłość, która nie podlega ani zawirowaniom historycznym, ani upływowi czasu, piękno miasta uwielbianego, co czuć przy każdym opisie. I jeszcze jeden plus warto nadmienić. Szostak w ciekawy sposób pokazuje, jak tworzą się legendy, jak ewoluują i obrastają w nowe szczegóły  jak żyją własnym życiem  niezależnie od tego, jaka jest prawda historyczna. Jednak poza tym nie mogłabym jej polecić jako interesującej książki.

Dumanowski, Wit Szostak, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2011

Kropką nad i rozczarowań jest Czarownica Anny Klejznerowicz. Jako plus mogę wymienić tylko jedno - poprawna, czysta, zwięzła polszczyzna, której zabrakło w książkach powyżej. Z kolei jednak fabuła jest tak przewidywalna, tak do bólu, że można w zasadzie darować sobie jej lekturę, bo już po paru stronach jest więcej niż pewne, co się wydarzy dalej. Intencje autorki są aż przejrzyste, nie ma żadnego zaskoczenia, żadnego ciekawego elementu, a zachowania bohaterów są jakby dostosowywane do fabuły, przez co ma się wrażenie, że autorka nie przemyślała sobie konstrukcji psychicznej swoich postaci. A szkoda. Bo Anna Klejznerowicz pisze naprawdę bardzo ładną, zwięzłą polszczyzną. Nie ma u niej regionalizmów jak u Szostaka, nie pojawiają się dziwne konstrukcje zdaniowe jak u Kasi Michalak. Ale z kolei fabuła jest jeszcze nudniejsza od Dumanowskiego. A główna, męska postać, jest niestety bardziej kobieca, niż jego żona. Gdyby nie to, że uparłam się w tym miesiącu czytać polskich autorów, to pewnie Czarownica by sobie jeszcze postała na półce. W sumie jednak warto dodać jeszcze jeden jej plus. Czytałam ją całe dwie godziny. Lektura błyskawica. Więc nawet gdy średniej jakości, nie ma się poczucia straty czasu, bo poświęciło się go naprawdę niewiele. Dlatego, jeśli ktoś chce się samodzielnie przekonać jak oceni Czarownicę, myślę, że może sobie spokojnie pozwolić na stratę tych dwóch godzin.

Czarownica, Anna Klejznerowicz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012

Na tym zakończę mój pierwszy misz-maszowy wpis. Mam nadzieję, że nie pojawi się ich więcej, chociażby dlatego, że teraz czytam Saturna Jacka Dehnela. I myślę, że po lekturze będę miała znacznie więcej entuzjazmu by o niej pisać w oddzielnym, nie takim misz-maszowym wpisie. No chyba, że przesilenie będzie silniejsze ode mnie..
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.