niedziela, 30 czerwca 2013

Natalia Rolleczek i ja

Był styczeń 1989 roku. Rok wielkiej migracji ze starego, poniemieckiego biurowca. W styczniu zaczęli dziadkowie, którzy dostali nowe mieszkanie w nowym osiedlu. Z centrum miasta na jego peryferia, ale że nasze miasteczko jest dość małe, wtedy jeszcze mniejsze niż teraz, to ta odległość wcale nie była znowuż taka duża. Choć dla mnie wtedy była kilometrowa. Pamiętam jak z tatą wieźliśmy na taczce ostatnie drobiazgi, w tym rodzinny zegar, który hucznym gongiem, wymierzanym, co każde pół godziny potrafił umarłego obudzić. Tak mawiał przynajmniej dziadek. W maju trafiło na nas i jako ostatni opuściliśmy budynek. Pamiętam, że słyszałam ciągle kaszel dziadka, a przecież dziadek już wtedy mieszkał gdzieś indziej. Jednak nowe miejsce zamieszkania w ogóle mi się nie podobało. Chodziłam na osiedle dziadków i tam się bawiłam. I tam poznałam ją, Anię. Wtedy wydawało się, że to przyjaźń na całe życie. Z tej przyjaźni zostało mi dziś na półkach parę książek. Ania bowiem wymyśliła dla nas świetne miejsce zabaw - rodzinną działkę ze starym domkiem, służącym za strych i piwnicę jednocześnie. Czego tam nie było! Stare ubrania, stare rzeczy, składowane od lat, oraz, o zgrozo, cała masa książek. Stamtąd pochodzi parę moich pereł, bo oczywiście wypytałam Anię, a potem jej mamę, czy te książki są komuś potrzebne, czy ewentualnie mogę zabrać. Mogłam. Łup był cięższy ode mnie. I dziś niestety jego stan budzi odrobinę współczucia..


A już ta powieść szczególnie, bo przeżyła oprócz kilku lat na działce i  paru naszych przeprowadzek, także nieumyślne zamknięcie w piwnicy przez moją siostrę, piwnicy, którą pechowo zalało w pewną deszczową wiosnę. Jest to zatem pozycja mocno doświadczona przez los i traktowana przeze mnie bardzo sentymentalnie. Dlaczego? Bo pozwalała marzyć, że w mojej kochanej rodzince nastąpi podobne szczęśliwe zakończenie. A przecież wtedy, gdy ją czytałam pierwszy raz, te marzenia miały szczególną wartość terapeutyczną.
Dlatego teraz z rozrzewnieniem niemalże przeczytałam ją sobie ponownie. I przyznaję bez bicia, jej urok na niczym nie stracił. Prawdopodobnie jednak jestem mało obiektywna w ocenie. Bo podejrzewam, że dla współczesnej młodzieży wiałoby już nudą..

Kochana rodzinka i ja to pierwszy tom trylogii o rodzinie Jelonków i ich życiowych perypetiach. Właściwie powinnam powiedzieć, perypetiach Judyty, lat szesnaście, bowiem to ona wysuwa się na plan pierwszy, która jako żywiołowa nastolatka, tych perypetii miała całkiem niezłą ilość. Połowa lat 50-tych w Polsce Ludowej, oraz piękny Kraków, to kanwa tej powieści, na której rozwijają się kolejne pomysły Judyty. Judyta pochodzi z rodziny, w której królują kobiety. Na pierwszy planie jest babcia Szerocka, która zawiaduje wszystkim zaocznie lub bezpośrednio dostosowując środki do sytuacji. Mama, ślepo jej posłuszna działa zawsze tak jak babcia uzna za najstosowniejsze. Córki zaś świetne zorientowane w tej polityce pedagogicznej, szybko orientują się, że tworzona od lat dziecięcych mitologia wokół śmierci ich ojca ma swoje zadanie wychowawcze i tak naprawdę niewiele mówi im o tym, jakim człowiekiem był w rzeczywistości ów bohater, który zginął podczas słynnej bitwy pod Monte Cassino. Judyta jednak jako ciekawska postać, lubi wiedzieć więcej, dlatego tu coś podsłucha, tu gdzieś przypadkiem przeczyta cudzy list, dowiadując się rzeczy nieco mętnych i nieco oczywistych, które poddaje jednak własnej interpretacji. I zniechęcona wieloletnią propagandą na rzecz mitycznego ojca postanawia.. wziąć swój los w swoje ręce. I robi to w dość komiczny sposób. Zgrabnie poprowadzona akcja prowadzi do rozwiązania zagadki i oczywiście szczęśliwego zakończenia. Które jednak sugeruje, że warto rozejrzeć się za kontynuacją, by sprawdzić jak kochana rodzinka poradziła sobie w nowej konfiguracji i jak potoczyły się dalej ich losy.

Podejrzewam, że tym, którzy znają już Natalię Rolleczek, nie trzeba reklamować tej powieści, a nowym czytelnikom powiem.. że jest bardzo przyjemna i warta spędzonych z nią kilku godzin. Nawet, gdy już się nie ma tych nastu lat..



Kochana rodzinka i ja, Natalia Rolleczek, Nasza Księgarnia, Warszawa 1975
Czytaj więcej

piątek, 28 czerwca 2013

Serhij Żadan czaruje

Telefony istnieją, by informować o różnych nieprzyjemnościach. Telefoniczne głosy brzmią chłodno i oficjalnie, oficjalnym tonem łatwiej przekazywać złe wiadomości. Wiem o czym mówię. Całe życie walczyłem z aparatami telefonicznymi, choć bez większego powodzenia. Telefoniści całego świata dalej podsłuchują rozmowy, wypisując sobie na kartkach najważniejsze słowa i sformułowania, a w pokojach hotelowych leżą psałterze i książki telefoniczne - wszystko, czego trzeba, żeby nie stracić wiary. *

W sennym imadle gorącego popołudnia, zlepione potem ciało mężczyzny w kombinezonie roboczym, majaczyło na tle stacji benzynowej. To Kocza. W zasadzie ciągle tam jest, stacja bez niego jakby umierała. Ożywiona jego oddechem, nieco magicznie, choć w potrzasku kłopotów miejscowej mafii. Mafii.. Może tylko miejscowej chuliganerii... Paru chłopców z łomem i kiepską umiejętnością perswazji. Zresztą, Traumowany wie lepiej jak z nimi rozmawiać. Ma dar. To wszystko jednak nie powinno przychodzić, przechodzić w życie Hermana w taki sposób, jak dziwna scheda, dziwny spadek, niechciany przecież choć odgórnie będący jego własnością. Bo telefon przyniósł znowu złe wieści. Brat Hermana wyjechał. Chyba do Amsterdamu. A interes został z Koczą na pokładzie. No, bardziej obok pokładu. I Truamowanym ciągle w zasięgu. I problemy potrafią pojawiać się z intensywnością podpaleń i zastraszeń. Herman musi jednak wracać do miasta lat dziecięcych, które opuścił już dawno temu i nie miał w planach powrotu. A tam abstrakcja goni abstrakcję, podkreślana surrealną pięknością poetyckiego opisu..

Niebawem lasy się skończyły i wokół nas rozciągały się szerokie, wypełnione chmurami i wilgocią równiny, za którymi w słonecznym blasku zaczynała się lekka, głęboka pustka, otwierała się wprost pod naszymi stopami na wschód i południe, ciągnęła się i wsysała w siebie resztki wody i zieleń, wypełnioną światłem trawę, wciągała grunty i jeziora, niebiosa i złoża gazu, które świeciły tego ranka pod ziemią, złotymi żyłami występując na skórze ojczyzny. I gdzieś na południu, za różowymi chmurami świtu, po drugiej stronie porannej pustki, wyraźnie wyłaniały się z powietrza bramy niebieskiego Woroszyłogradu. **


Zaczyna się od wspomnień i ważnego meczu - z gazownikami, których historia jest równie pojemna i przeplatająca się przez kilka pokoleń. Waśnie i spory można rozwiązać za pomocą prostej metody zaciekłej walki między Szumilem i Rawzanem. I wtedy to już na pewno nie był spalony..

U Serhija Żadana rzeczywistość jest na styku jawy i snu. Wydarzenia mają senne majaki, a bohaterowie podążają ich nurtem. Dzieciństwo nagle splata się z teraźniejszością. Powrót do niego jest początkowo obarczony wieloma trudnościami, by później przejść nad nimi do porządku dziennego. I dawać się ponieść wszystkiemu co napotyka człowieka, niezależnie od tego jak bardzo jest to dziwne, jak często wpływa na wszystkie plany i jak bardzo powinno zdumiewać swoją niecodziennością. A jednak ten powrót do krainy dzieciństwa ma w sobie dużo magii i poezji, poezji której autorowi nie brakuje, wyciąga ją z kapelusza niczym magik, by po paru stronach irytacji ponownie zachwycić. To powieść wielu wieczorów i nocy spędzanych z różnymi ludźmi, pochodzącymi z różnorodnych kultur, dziwnych znajomości, niby starych, ale i nowych jednocześnie, prostego pojmowania życia, bez ciągłego zastanawiania się nad jego sensem. Króluje tu więc życie, choć jest też i śmierć, tak, jest i ona, naturalne fatum człowieka i zwierząt, pojawia się jako zastraszenie,  jako skutek choroby, jako konsekwencja walki między ludźmi. Niczym u Schulza noc zamienia się w dzień, a w grudniu jest wiosna. Ale wszystko układa się w niezwykłą całość, którą można zaczytywać bez końca.

Powieść Żadana to niezwykła przygoda literacka. Chwilami powieść łotrzykowska, chwilami zachwyca poetycką prozą. Czasami nieco irytuje, ale nie pozostawia czytelnika obojętnym przez całą lekturę. Jest niezwykła. Dobrze napisana. Tak dobrze, że przyjemnie się zaczytuje ją od nowa w poszukiwaniu smakowitych cytatów czy ciekawszych fragmentów.


Woroszyłowgrad, Serhij Żadan, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013
* str. 7
** str. 165

Czytaj więcej

czwartek, 27 czerwca 2013

Coś miłego - "Lawenda" Ewy Formelli

W szpitalu, powoli dochodząc do siebie przeczytałam w sumie trzy książki. Ta trzecia, która dotarła do mnie pocztą, jako wyjątkowy prezent od autorki, umiliła mi ostatnie chwile w szpitalnym pokoju. Gdzie człowiek oprócz własnego cierpienia musiał nasłuchać się krzyków jednej sąsiadki, a obok boleści drugiej. Dlatego Lawendę Ewy Formelli mogę szczerze polecić każdemu, kogo jakaś choroba, bodaj nawet skromne przeziębienie, zmusi na krótszy lub dłuższy pobyt w łóżku. Ciepła, prosta w odbiorze lektura, sprawia, że na chwilę można się oderwać od tych mniej wesołych spraw i myśli. A czego więcej chcieć w szpitalu?


  Lawenda opowiada o dwóch kobietach, które na skutek poplątanych ścieżek życiowych decydują się na pracę zarobkową, jako ekskluzywne call girl. Trzeba przyznać, że dość oryginalny pomysł na fabułę, bowiem spojrzenie na ten najstarszy zawód świata, w jakich okolicznościach by nie był on wykonywany, zawsze powoduje pejoratywne odczucia. Moje również, mimo sympatii zarówno dla Małgosi, jak i Ady, nie należały do najcieplejszych, gdy czytałam o ich trudnych początkach. A jak to najczęściej bywa, początki te sprowokowała trudna sytuacja finansowa, brak wsparcia od najbliższych, konieczność wykarmienia rodziny. I tak w powieści przeplatają się wspomnienia Ady, słynnej Magnolii, która zdecydowała się u schyłku życia odsłonić nieco obrazów z przeszłości przed młodym dziennikarzem, wraz z równoległą historią Małgorzaty, tytułowej Lawendy, której Ada bardzo pomogła, gdy ta była w potrzebie. Obie, choć zaczynały w innych czasach zarówno pod względem historycznym, jak i prywatnym, miały ten sam cel - zapewnić sobie i rodzinie godny byt.  Czy to je usprawiedliwia? Nie mnie to oceniać. Na pewno jednak nie do końca obie to uszczęśliwiło, mimo, że osiągnęły status osób zamożnych, które opływają niemalże w bogactwo i idący za nim splendor.
   Gdy Ada poznała Małgorzatę była w zasadzie już szefową ogromnego imperium usług seksualnych. Jej Ogród, pełen Kwiatów, jakich imiona przybierały pracujące w nim kobiety, był ukryty w tajnym miejscu, do którego można było dotrzeć tylko na zasadach Magnolii. Właśnie tam trafiła pewnego dnia Małgorzata, przybierając imię Lawenda i tam właśnie zapracowała na swój luksus. Ten luksus jednak kosztował Lawendę wiele kłamstw, wobec własnych dzieci, opiekunki, a także trochę wobec samej siebie, a oprócz tego nieustanną ochotę, by to wszystko rzucić i zacząć normalnie żyć. Choć ciągle pozostaje w głowie pytanie, czy to jest rzeczywiście realne, biorąc pod uwagę dalszy ciąg powieści..Oczywiście fabuła prowadzi czytelnika do konsekwentnie szczęśliwego zakończenia, które chwilami dość nierealne, ale spełnia swoją umilającą rolę. A przy tym szum morza, którego nie sposób nie usłyszeć przy plastycznych opisach autorki, powoduje, że nawet te szpitalne ściany nabierają jakichś cieplejszych barw.

Warto tu odnotować, że historia Magnolii jest zainspirowana jedną z Trójmiejskich legend, jakoby w latach 70-tych i 80-tych pracowała tam ekskluzywna prostytutka, o której krążyło mnóstwo plotek, ale nikt nie wiedział, kim była naprawdę i czy w ogóle na pewno istniała.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorce, Ewie Formelli. Co prawda nigdy dla nikogo nie recenzowałam książek, ale to było wyjątkową przyjemnością otrzymać takie wyróżnienie, jak również książka dotarła do mnie w naprawdę dogodnym dla jej lektury momencie. Blog Ewy znajdziecie tutaj.

A ja walczę o powrót do zwykłej sprawności. Cieszy wszystko - nawet możliwość schylenia się, czy nareszcie - spania na boku! Każdego dnia idę w tych zmaganiach coraz dalej, także mam nadzieję, że w poniedziałek spokojnie pokuśtykam na zdjęcie szwów i.. do pracy :) Jak nigdy mam na to wyjątkową ochotę!


Lawenda, Ewa Formella, Książka wydana nakładem własnym, Warszawa 2013

Czytaj więcej

niedziela, 23 czerwca 2013

Bez wstrętu, ale i bez emocji

   Tak oto – na ogół w dobrej wierze – w oparciu o ogromną tragedię milionów ludzi powstają całe tony tekstów, które nie mają żadnej wartości: ani historycznej, ani literackiej. Jedyną ich racją istnienia jest dostarczanie pewnej usługi, jaką jest dobrze znane wzruszenie dobrze znaną sytuacją. *

  Entuzjastyczne opinie czytelników, promocja w Znaku, toteż kupiłam. Przeczytałam. I tak siedziałam zadumana nad tym co właśnie skończyłam czytać, zastanawiając się nad nadużywaniem tematyki Holokaustu. Od razu przypomniał mi się felieton Jacka Dehnela (a przy okazji odkryłam, gdzie poginęły moje zakładki do książek - chyba ze trzy były w felietonach..) pt. Czarny Disneyland (w sieci dostępny tutaj). Podsumowanie, zacytowane na wstępie tego wpisu mówi chyba wszystko...Choć nie do końca, oddając sprawiedliwość Richardowi Lourie, autorowi Wstrętu do tulipanów. Spróbuję jednak wyjaśnić dlaczego w pewien sposób Czarny Disneyland odnosi się również do tej pozycji, choć nie wykorzystuje ona tej tematyki w sposób tak oczywisty, jak również nie wykazuje się poprawnością, jaką Dehnel zarzuca autorom tego typu dzieł.


Źródło zdjęcia

 Wstręt do tulipanów to historia małego chłopca, który zawiódł rodziców, a najbardziej ojca i który wszelkimi sposobami, jakie przychodzą mu do dość zmyślnej, choć nadal dziecięcej, jeszcze niezdolnej do weryfikacji rzeczywistości i priorytetów głowy, próbuje ten zawód naprawić. Dla dziecka rodzice są centrum wszechświata toteż absolutnie nie jest nic dziwnego w tym, że cel jakim jest odzyskanie miłości ojca uświęca środki. A zatem poświęcenie czyjegoś życia także staje się mniej istotne. Niewątpliwie zatem tłem istotnym dla tej historii jest wojenna zawierucha, niemiecka okupacja Amsterdamu, miejsca akcji powieści, oraz idąc dalej tym tropem, sprawa żydowska. I głód. Największy wróg człowieka, zaraz po armii niemieckiej. Ten głód wypędza chłopca z domu, zmusza do kombinowania, kradzieży, a w końcu do znalezienia najprostszego sposobu by wykarmić rodzinę i uratować umierającego ojca. Wydawania ukrywających się Żydów. W tym przypadku Anne Frank, bo to na jej historii bazował Richard Lourie. Choć samej Anne jest tutaj niewiele, a cytaty z jej Dziennika oraz komentarze do nich głównego bohatera, budzą co najmniej niesmak, tak prostą, nieskomplikowaną tendencją do łatwego wyjaśnienia swoich motywów, oraz usprawiedliwiania swojego czynu. Który jakie by nie było tło tej historii jest najczystszą postacią zła.

Można zrozumieć mechanizm psychologiczny, jaki uwarunkował zachowania chłopca, można zrozumieć sens całej historii przez pryzmat wojny i głodu, można zrozumieć też patologię rodziny w jakiej żył główny bohater. Wszystko to jest dobrze skomponowane, dobrze poukładane, literacko może i wnosi jakąś wartość, choć pokuszę się o stwierdzenie, że napisane jest zbyt gładko i zbyt słabo, by odczuwać emocje podczas lektury, ba, by uwierzyć chłopcu w jego odczucia, przeżycia i pragnienia. Jednak nie rozumiem, czemu autor musiał pokusić się o tematykę Holokaustu. To wszystko, całą tę historię, można było zostawić bez tej warstwy, choć zapewne niektórzy czytelnicy zwrócą mi uwagę, że właśnie ów wątek jest motorem całej akcji. Tak, zgadza się, ale można go było zamienić na coś innego, podmienić to na inne czynniki sytuacyjne, bo wojna, temat tak rozległy, miała ich w sobie wystarczającą ilość, by z któregoś skorzystać. Innymi słowy znowu otrzymałam, jako czytelnik, wyłącznie literaturę okołoholokaustową, wracając do Dehnela. Która nie jest ani świadectwem, ani nie wnosi w moim odczuciu do literatury nic oryginalnego. Jest to owszem, zgrabnie napisana historia, ciekawie przedstawiona z perspektywy podstarzałego już bohatera, który opowiada to wszystko swemu od dziesięcioleci nieobecnemu w jego życiu bratu, ale nadal, nie wnosząca nic nowego. Przeczytane i za chwilę zapewne będzie to już zapomniane. A przecież to temat zbyt ważny, by tak go potraktować.



Wstręt do tulipanów, Richard Lourie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013
* str. 41 z Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu, Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B.,
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.