sobota, 30 marca 2013

Syndrom Piotrusia Pana w prezencie pod choinkę

Szczerze mówiąc popieram pomysł, by nigdy nie dorastać. Na zawsze mieć w sobie dziecięcą wrażliwość i zdolność do nie rozumienia co to strach. Jednak, jak to powiadają mądrzy ludzie, życie to nie jest bajka, dorosnąć trzeba, a niektórym pechowcom, jak mnie, to nawet trzeba dużo wcześniej. Na szczęście są książki, w których można się zapomnieć i być na zawsze Chłopcem. Hm..? Wersji dla Dziewcząt nie było co prawda, z Dzwoneczkiem, mimo całej jej męskości, ciężko było mi się utożsamiać, toteż ostatecznie może być Pierwszy. Albo Milczek. Dobrze, w sumie to chyba najbardziej Kędzior. Pewne też bym płakała podczas każdego spektaklu o przygodach Piotrusia Pana.


 Jakub Ćwiek to zdecydowanie Chłopiec, który mimo szczerego cynizmu i rubasznego żartu, ciągle ma w sobie sporą dawkę dziecięcej zdolności do psot i bajdurzenia najróżniejszych, niestworzonych historii. I chwała mu za to. Już Kłamcą ubawił mnie nieźle, także wybaczyłam słabsze zakończenie, a Chłopcami tylko udowodnił, że potrafi tworzyć równie dobre co w Kłamcy historie, nawet jeśli, podobnie zresztą jak w Kłamcy, wykorzystuje historie już dobrze znane. Tym razem padło na Przygody Piotrusia Pana J.M. Barriego i trzeba przyznać, że taka ich kontynuacja może chwilami zaskakiwać, ale to co nieodmiennie powoduje lektura książek Jakuba Ćwieka, to czysta, dobra, przepraszam - przednia! - zabawa. Coś pomiędzy hulanką w barze, a rubasznymi przepychankami w gangu. No nie sposób nie mieć ochoty na wciągnięcie kurtki z napisem "Zagubieni Chłopcy" i podróż ryczącym motorem przez spokojną, gwieździstą noc. Tak, tak, wiem, nie jestem już chłopcem, którego udawanie w dzieciństwie lepiej mi wychodziło od kolegów z podwórka. Nawet bić się potrafiłam. Ha.

Wracając jednak do książki Ćwieka...A zatem mamy zagubionych Chłopców i Dzwoneczka, która przez cały ten czas próbowała jakoś ich wychowywać. Ze skutkiem średnio pozytywnym. Jak klęli jak szewce tak nadal klną, jak mieli skłonności do rozróby tak ciągle mają jakieś przygody. A to spalenie baru, a to aresztowanie w związku z gwałtem i morderstwem, a to jakieś bójki w sklepiku, w którym niechcący udaremniają podjęcie haraczu przez lokalnego "mafiozo". Tak jakoś zupełnie niechcący im to wszystko wychodzi. A potem wspólnymi siłami trzeba, ponownie: jakoś, po tym wszystkim sprzątać. Ale gang jest wyjątkowo jednomyślny w tej materii i nie ma takiej siły, która by ich rozdzieliła. Prawdziwym jednak zagrożeniem jest korzystanie ze Skrótu, z którego czasami tworzą się przebicia i wtedy trzeba sprzątać po tym, co przedostało się do naszego świata. To zagrożenie jest jednak niczym wobec zboczenia z Drogi, co może już być dla delikwenta ostatnią czynnością w życiu. Toteż trzeba pamiętać o najważniejszych zasadach podczas korzystania ze Skrótu - nie zbaczać z Drogi, nie zawracać i nie zatrzymywać się. Złamanie bodaj jednej z nich grozi wielkim niebezpieczeństwem. Jednak to wcale nie przeszkadza Chłopcom robienia na Skrócie całkiem niezłego biznesu. Do czasu.

Mini historie w historii, mistrzowsko w końcu splecionej w jedną, choć rubaszną, to i mądrą całość, która mówi li i jedynie o tym, że lepiej nie dorastać za wcześnie, przynajmniej, dopóki można dać dziecku jeszcze trochę tego dzieciństwa, a potem, gdy przyjdzie odpowiedni moment, cóż, przestać korzystać ze Skrótu, żeby nie wywołać wilka z lasu.

Przyjemna bajka, niekoniecznie dla dzieci. Może dla dorosłych dzieci. Dla tych, którzy tak jak Jakub Ćwiek, syndrom Piotrusia Pana chcieli w prezencie pod choinkę. W końcu, jak to mawia jedna z bohaterek Jeżycjady, to tylko kostium pod oczami się marszczy. W duszy przecież niewielu udaje się dorosnąć.


Chłopcy, Jakub Ćwiek, Wydawnictwo SQN, Kraków 2012
Czytaj więcej

piątek, 29 marca 2013

W stanie zdumienia...

Przyznaję, że różnica między Belcanto, a najnowszą powieścią Ann Patchett nie jest może ogromna, ale w pewien delikatny sposób odczuwalna. Choć podobnie jak do Belcanto wchodzi się z pozornego rozpędu i podobnie sama treść wciąga w nią powoli, umiarkowanie. I podobnie nie wiadomo kiedy człowiek niknie w tej fabule zupełnie, wciągnięty do jej wnętrza niespodziewanie, bez ostrzeżenia, stojąc na peronie z nosem w ostaniach stronach, które trzeba dokończyć, nim ruszy się dalej.  Czego w ogóle nie zapowiada otwierający powieść początek w zimnej zaśnieżonej aurze Minessoty, gdy przychodzi wiadomość o śmierci Andersa. Stan zdumienia jednak jest już powieścią trochę bardziej złożoną od Belcanto, z dużo obszerniejszymi wątkami, choć podobnie przeplatana ekscentrycznymi relacjami między jej bohaterami i wątkami z ich przeszłości.


Marina przyjmuje wiadomość o śmierci Andersa z niedowierzaniem. Ile lat pracowali biurko w biurko z Andersem dla koncernu farmaceutycznego Vogel? Bardzo wiele. Znali się dobrze i przyjaźnili. A teraz ta wiadomość, która spadła wraz ze śniegiem, cicho, niespodziewanie, na błękitnym papierze podpisanym przez doktor Swenson. Jednak w przeciwieństwie do żony Andersa, Marina przyjmuje tę wiadomość jako prawdziwą i akceptuje ją jako pewną. Karen ma jednak wątpliwości, nie tylko nie chce w to wierzyć, ale i nie czuje śmierci męża. Marina dostaje więc trudne zadanie od niej, ale również od swojego szefa - ma pojechać do Amazonii i poznać prawdę o śmierci przyjaciela, prawdę, którą będzie mogła przekazać jego żonie, ale również ma się dowiedzieć na jakim etapie są badania doktor Swenson, która unika wszelkiego kontaktu zarówno ze światem, jak i z pracodawcą. Przez co właśnie Anders wyjechał na jej poszukiwania i przez co ostatecznie umarł. I cóż, wydaje się, że Marinę czeka powtórzenie losu Andersa, gdy podążając jego śladami przechodzi przez te same problemy z dostaniem się do doktor Swenson i podobnie nie słucha, gdy ta każe jej wracać. Rozwinięcie fabuły jednak podąży w nieco innym, dość zaskakującym kierunku, a badania i odkrycia doktor Swenson wydadzą się zgoła fantastyczne, choć nie do końca nierealne...

To co podoba mi się u Ann Patchett to zdolność takiego oddawania fabuły, że nie widzę za bardzo mankamentów stylistycznych czy narracyjnych, choć skłamałabym mówiąc, że korekta w tej powieści była stuprocentowa i że nie nawaliło odrobinę tłumaczenie (zdania przeczące wyszły nieco dziwnie). Ale autorska treść, ta poza korektą i tłumaczeniem, ma w sobie niezwykłość polegająca na stopniowym wciąganiu czytelnika, choć pierwsze wrażenie nie zapowiada tego w ogóle. Nawet ten początek, wiadomość o śmierci, jest dziwnie spokojny, jedynie może zapowiadający, coś jak cisza przed burzą. Muszę jednak dodać, że Belcanto mimo wszystko podobało mi się dużo bardziej. Co nie zmienia faktu, że na półce czeka kolejna powieść autorki, Asystentka magika, jak również tego, że na pewno sięgnę po inne tytuły sygnowane nazwiskiem Ann Patchett.


Stan zdumienia, Ann Patchett, Znak, Kraków 2012



Czytaj więcej

czwartek, 28 marca 2013

"Bóg mordu" w Teatrze 6 Piętro

Mam jedną słabość aktorską - jest nią Anna Dereszowska. Jakkolwiek filmy w których gra zaliczam raczej do tych słabszych, tak jednak jej mimika, ekspresja, barwa głosu, no i co tu dużo mówić, powalająca uroda, działają na mnie w wyjątkowo magnetyzujący sposób. Przyciąga mnie jak ćmę światło i już dawno przestałam się bronić przed tą odrobiną słabości. Gdy zatem moja przyjaciółka spiskowała z Marcinem, w ramach prezentu niespodzianki dla mnie, motając scenę tej niespodzianki na zasadzie, że zaprasza mnie niby przyjaciółka, ale w teatrze miał czekać Marcin, to było więcej niż pewne, że spektakl musi być z nią. I tak oto miałam wczoraj ogromną przyjemność zobaczyć aktorkę na żywo, co było nie tylko niebywałą przyjemnością, ale również sprawiło mi mnóstwo radości, bo i sztuka okazała się po prostu świetna!

Źródło zdjęcia

"Bóg mordu" to dramat autorstwa Yasminy Rezy, znany szerszej publiczności z jego filmowej wersji z Kate Winslet i Jodie Foster w rolach głównych. Filmu nie miałam przyjemności obejrzeć i raczej już nie będę tego nadrabiać, toteż nie mam możliwości porównywania tych dwóch adaptacji. Jednakże teatr ma w sobie coś tak magicznego, że jednak będę obstawiać nad wyższością adaptacji scenicznej od filmowej.

A fabuła wydaje się dość banalna- dwa małżeństwa spotykają się by omówić bójkę jaka miała miejsce między synami obu par. W zasadzie nie tyleż bójkę, co wymianę zdań, zakończoną chwyceniem kija przez jednego z nich i wybiciem zębów drugiemu. Pary starają się rozwiązać problem dyplomatycznie, kulturalnie, na poziomie. Spotykają, omawiają i w zasadzie próbują po prostu rozstać. Jak się okazuje, właśnie ta ostatnia czynność w ogóle im się nie udaje, powodując nawarstwianie wzajemnych zarzutów, powolne obnażanie swoich prawdziwych twarzy, a w końcu zachowania zbliżone do tych, jakimi wykazały się ich dzieci, a nawet chwilami nieco bardziej infantylne i prymitywne. Salwy śmiechu, ale i przerażenia co chwila przepływały przez salę.

Źródło zdjęcia

Ze sceny na scenę relacje zarówno między parami, jak i te małżeńskie, zmieniają się niczym w kalejdoskopie, powodując uruchamianie kolejnej lawiny wyrzutów i żalów, poczynając od tych pedagogicznych, przez relacje damsko - męskie, do wzajemnego oceniania kondycji małżeństwa. Od problemu ważnego i realnego, po te coraz bardziej abstrakcyjne, z feralnym i nieprzemyślanym uwolnieniem chomika włącznie. Co niespodziewanie pociąga za sobą niebywałą eksplozję emocji i ponowną falę zarzutów.

A Dereszowska? Mimo, że na scenie była fenomenalna Fraszyńska (uwielbiam jej dykcję i ekspresję), świetny Żebrowski (do którego przekonałam się podczas sztuki "Ucho Van Gogha" wystawianego jeszcze w Teatrze Bajka), oraz genialny Pazura, to jednak nie mogłam oderwać oczu od jej brawurowej, emocjonalnej gry, a scena ze skakaniem po tulipanach, rwaniem ich i zjadaniem była tak niesamowita, że momentalnie otrzymała słuszne i entuzjastyczne brawa. Które długo jeszcze nie ustawały, gdy sztuka się zakończyła.

Już zapowiedziałam Marcinowi, że proszę o więcej. I teatru i Dereszowskiej. Sztukę polecam, polecam Teatr 6 Piętro, w ogóle, polecam teatr. Chyba jednak film nie daje takiej dawki emocji, jak oglądanie aktorów na żywo.


Bóg Mordu, Teatr 6 Piętro, reżyseria: Małgorzata Bogajewska
przekład: Barbara Grzegorzewska
scenografia: Maciej Chojnacki
opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk 

OBSADA:

Veronique Houllie - Jola Fraszyńska
Michel Houllie - Cezary Pazura

Annette Reille - Anna Dereszowska
Alain Reille - Michał Żebrowski


Czytaj więcej

niedziela, 24 marca 2013

Poczta literacka, audycja trzydziesta druga

   Nasi korespondenci coraz częściej domagają się odpowiedzi na piśmie. Jest to nieporozumienie. Nasza Poczta działa wedle reguły, która zakłada udzielanie odpowiedzi wyłącznie na antenie. Nie możemy uprawiać na poły prywatnej korespondencji, bo z czegóż by powstała nasza audycja? Musimy zachować reguły gry i proszę mnie nie nagabywać o listowne odpowiedzi. Korespondenci, którzy się tego domagają, wyznają bez żenady, że bardzo rzadko słuchają radia. W takim razie trafili pod zły adres, jeśli nie stać ich na wysłuchanie raz w miesiącu dziesięciominutowej Poczty Literackiej, do której kierują swoje utwory. Nie ma rady. Proszę słuchać radia.

   Kampania wrześniowa ma bardzo bogatą literaturę pamiętnikarską, publicystyczną, historyczną i powieściopisarską, że wspomnimy choćby "Polską jesień" Jana Józefa Szczepańskiego czy "Dni klęski" Żukrowskiego. I wydaje się, że została dość gruntownie opisana, a jednak każdy nowy do niej przyczynek ma swoją wartość. Jednym ze świadków ówczesnych wydarzeń był pan magister Bronisław Tymczyński z Katowic, który na dwudziestu stronicach maszynopisu nadesłał na swoje wspomnienia z września. Był on podówczas porucznikiem, dowódcą kompanii strzeleckiej w 11 Karpackiej Dywizji Piechoty, która toczyła boje w Małopolsce. Oto jak autor opisuje swoją kompanię w dniu wymarszu na front:

  Dwieście kilkadziesiąt żołnierzy z 4 kompanii maszeruje za dowódcą miarowym krokiem w pełnym, ciężkim rynsztunku bojowym. Karabiny pięciostrzałowe na pasie, bagnet i łopatka, maska przeciwgazowa, manierka i ciężki tornister załadowany żołnierskim dobytkiem polowym. Na końcu maszeruje patrol sanitariuszy ze zwiniętymi noszami, a za nim jadą trzy kompanijne wozy taborowe i kuchnia polowa zaprzężona w cztery konie.

  Wkrótce zaczną się ciężkie boje i opis tych bojów stanowi właściwą kanwę pamiętnika. Najcięższe zmagania czekały dywizję w rejonie Przemyśla, a potem w Lasach Janowskich.

   Pada coraz więcej naszych żołnierzy, naszych dobrych kolegów. Dręczy nas brak snu, doskwiera głód, pali pragnienie, zmęczenie przyciąga do ziemi ociężałe nogi, utrudzone nad miarę w conocnych marszach i codziennych szykach rozwijanych i znów zwijanych w tych upalnych dniach i w tym coraz cięższym z każdym dniem rynsztunku. Ciągle napinają nasze nerwy naloty nurkujących z przeraźliwym świstem i wyciem samolotów, a wybuchy bomb lotniczych i granatów artyleryjskich sieją postrach, śmierć, rany i zniszczenie.

   Autor przywołuje bohaterską śmierć majora Stanisława Młyńskiego, który ginie śmiercią żołnierza. Porucznik Tymczyński chce być kronikarzem skromnym, nie zamierza relacjonować zdarzeń, których nie oglądał na własne oczy jako dowódca kompanii. Stąd aby dać pełny obraz wydarzeń, odwołuje się do autorytetu swojego dowódcy dywizji, pułkownika Bronisława Prugara Ketlinga, któremu  raz po raz oddaje głos w swoim pamiętniku. W końcu dochodzi do tego, że więcej nam mówi cytowany obficie Prugar Ketling niż sam porucznik Tymczyński, który swoją rolę świadka ograniczył ponad miarę. "Pozostała przy życiu grupka żołnierzy, w tym ranni i kontuzjowani, wpadła wraz ze mną, także kontuzjowanym, do niewoli niemieckiej". Pamiętnik kończy się lakonicznym zdaniem: "Z niewoli niemieckiej potrafiłem później zbiec." Szkoda, że autor nie zechciał nam opowiedzieć, w jaki sposób udała mu się ucieczka do niewoli. Mógłby to być pasjonujący ciąg dalszych wspomnień polskiego żołnierza.

  Pani Wanda Tarasińska z Poznania uprawia trudną sztukę prozatorskiej miniatury, powołując na swojego mistrza Stanisława Dygata. Są to krótkie opowiadanka, dawniej zwane obrazkami. A więc obrazki z dzieciństwa, które wypadło na tuż powojenne lata, stąd cień wojny jest w nim stale obecny, choćby w utworze "Szczenięce zabawy" czy "Historia z pukawką". Anegdota, w tych opowiastkach jest wątła i nie o nią w końcu chodzi , idzie o przywołanie tamtych ulotnych chwil, ich barwy i nastroju, co się autorce z całą pewnością udaje, tak jak udaje się stworzyć portret wrażliwej dziewczynki, otwartej na świat, którego tajemnica i cuda chłonie. Pochwalić również wypada język, bardzo sugestywny i plastyczny. Posłuchajmy dla przykładu:

  Do Gądżarewy biegało się po pierwsze wiosenne kwiaty - po zawilce. Potem po smardze, poziomki i czarne jagody, a jesienią po grzyby. Były tam upatrzone miejsca: w dębince borowiki, a dalej w brzeźniaku kraśniaki. Strzegliśmy tych miejsc zazdrośnie, uciekając przed pomyloną Paulinką, która ze wsi przychodziła aż tutaj, błąkając się po lesie i okolicznych polach.

  Czyż nie jest to klarowna, piękna polszczyzna? Czytałem te miniatury z przyjemnością, mają one walor dobrej prozy. Gdybym był wydawcą, nie cofałbym się przed ich wydaniem. Dlatego z czystym sercem namawiam panią Tarasińską, aby napisała cały tomik z myślą o wydaniu książki. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudne, gdyż ten rodzaj pisarski do najtrudniejszych należy, ale sądząc po tak udanych miniaturach, jak "Sylwia" czy "Strony świata", można wnosić, że nie zabraknie autorce talentu. Życzę powodzenia.

  Pan Gustaw Trzciński z Warszawy pisze do nas w te słowa: "Choć jestem stary i scyniczniały, nie mogę przestać interesować się poezją, która była dla mnie zawsze oderwaniem się od codzienności, czymś czystym i radosnym, pędem do piękna natury, wszystko jedno, czy była to róża, czy człowiek. Tak było. Dzisiejsza poezja jest, nie wnikając w przyczyny dlaczego, nie kończącym się filmem okropności, monologami ludzi pozujących na proroków, zestawiających słowa bez semantycznego ładu. Ma to być ich wizja losów świata lub ich skomplikowanego ego? A co człowiek, który jest u zarania swojej obecności na ziemi, może o tym widzieć? Nic. Prawie wszystko, co się pisze na ten temat, jest pozą".
  Bardzo to kategoryczny sąd, zapewne niesprawiedliwy, i nie sposób się z nim zgodzić, ale przytaczam go, gdyż jest w pewnej mierze charakterystyczny dla gustów i odczuć twórców amatorów, którzy pragną, aby poezja była właśnie "czymś czystym i radosnym", jak chce tego nasz korespondent. Myślę, że wolno tego od poezji oczekiwać, ale nie można jej odmawiać prawa do niepokoju i poszukiwań, do stawiania pytań, na które nie ma łatwych odpowiedzi. I tu trafia do przekonania zdanie pana Trzcińskiego, które pasuje jak ula, że człowiek jest u zarania swojej obecności na ziemi, a zatem jest istotą, która wciąż się uczy, poznaje i stawia pytania, a tego człowiekowi i poecie wzbraniać nie wolno, to nie jest jego poza, tylko obowiązek poznawczy, twórczy. Nasz korespondent nie powinien być tak cięty na współczesnych poetów, gdyż sam pisze wiersze i sam stawia pytania:

Gdzie jesteśmy? Czym?
odblaskiem gwiazd dalekich?
mitem? życia pleśnią?
pyłem? kurzem? Nieistnieniem?
Nie wiem

  Pan Trzciński uwielbia muzykę, co widać w jego wierszach. Może znajdzie odpowiedź w swojej ulubionej "Sonacie Księżycowej" Beethovena. 

  Nieszczęście osobiste wielu ludziom wkładało pióro do ręki, aby mogli wypłakać swój żal po stracie ukochanej osoby. Poezja elegijna ma swoją bardzo długą tradycję, ale trudno o niej rozprawiać, gdy czyta się wiersze napisane po śmierci syna, jakie nadesłała nam pani Józefa Mazur z Będkowic. "Te bardzo skromne żale", jak je określa z rozpaczliwą pokorą autorka. Wierszy jest wiele, na miarę cierpienia, które nie gaśnie, wciąż podsycane pamięcią. I nie jest ważne, czy są to strofy pisane ze znajomością poetyckiego rzemiosła, czy chwilami wręcz nieporadne, gdyż sama ich nieporadność staje się wymowna. Nie sposób do tych wierszy zwyczajną krytyczną przykładać miarkę. Narodziły się z potrzeby serca i służyć miały ulżeniu własnej doli, czemu nie mogło posłużyć nawet malarstwo, któremu pani Józefa Mazur się poświęca. Sztuka jest pocieszeniem, więc miejmy nadzieję, że pisząc swoje wiersze autorka pociechę taką znalazła. W każdym razie w jej szczerość wątpić nie możemy, gdy powiada:

Czemuż ja wróżby nie uczyniłam
Przy twoim narodzeniu
Może los okrutny bym uprosiła
I przeszkodziła przeznaczeniu..?

Czemu na gwiazdę nie patrzyłam
Co życie Twoje oznaczało
W karty Cyganki nie wierzyłam
I tak śmierć młodo cię zabrała.

  Na tym kończymy dzisiejszą Pocztę Literacką. (..) Do usłyszenia.



Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 161-165



Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.