środa, 31 grudnia 2014

Obiecuję, żadnego nudzenia tym razem!

Zdążę? Zdążę :-)
 
Wynudziłam Was przez ten rok. Nic, tylko książki, czasem może trochę o teatrze lub o spotkaniach okołoksiążkowych. Mam jednak nadzieję, że czasami w czymś pomogłam (np. w decyzji, czy warto dać jakiejś książce szansę), może nieco zainspirowałam? Byłoby mi bardzo miło.

Rok 2014 kończy się dużymi zmianami zarówno w moim zawodowym życiu, jak i rodzinnym. Do Potworów dołączyły dwie znajdy. Jedna (psina) była zraniona, ale dzielnie walczymy z ranami duszy, jak i ciała, a drugiej (kotu) poszczęściło się, gdy nie można było znaleźć dla niego domu.

Wszystkie trzy psy i nasz bałagan :D

Tymon z Pestką, choć powinien tu być z Brunem bo...
..bo Bruno go taaaaaak kocha..;-)
Generalnie w planach mamy poszukiwania domu dla psiny, ale im dłużej jest z nami tym jakoś szybciej ten pomysł się zaczyna ulatniać.. Aczkolwiek, przyznaję, że z trójką psów i dwoma kotami mamy w domu niezłe zamieszanie.

Rok 2014 był pod znakiem zawierania znajomości. Właściwie nawet wielu naprawdę wspaniałych znajomości. Moja mizantropia co prawda ma się nadal całkiem nieźle, ale okazuje się, że daje na wstrzymanie we właściwych momentach. Kto wie, może się nawet rozwijam? <sarkastyczny uśmiech>

Jednakże: miało być bez przynudzania. 
To był dobry rok, dobrze się kończy dając tym samym dobry początek dla kolejnego. Życzę Wam samych dobrych momentów, inspirujących lektur, świetnych ludzi dookoła Was i tak dobrego roku, jakiego właśnie pragniecie, lub jaki zaplanowaliście. Parafrazując Antoniego Liberę, niech się Wam darzy! :-)

źródło

Czytaj więcej

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na wiktoriańskim półmisku. "Dom i jego głowa" Ivy Compton - Burnett

  Pewne książki wymagają od czytelnika cierpliwości. Poddania się ich dziwnemu rytmowi i sposobie podania. Są powieści pełne opisów, bywają powieści pełne żywiołowej akcji, Dom i jego głowa to powieść pełna niekończącego się, jak by się zdawało, dialogu. Dialogu na  obfitym, choć nietypowym, (późno) wiktoriańskim półmisku prozy. Trudno mi ocenić, czy bardziej interesującego, ze względu na zawartość, czy na sposób wykonania.

  Ivy Compton - Burnett nie była mi dotąd znaną pisarką, a z informacji, jakie odnalazłam na jej temat, wynika, że w serii Nike wydawanej przez wydawnictwo Czytelnik były już wydane dwie jej powieści (Teraźniejszość i przeszłość oraz Więcej panów niż pań), a w tym roku została wydana przez wydawnictwo W.A.B. trzecia, którą autorka napisała w 1935 roku. Sądząc po jej biogramie miała możliwość obserwowania rodziny wielodzietnej na własnym przykładzie, sama będąc siódmym dzieckiem swoich rodziców (w przypadku ojca, z drugiej małżonki), jednakże gorycz i wszechobecny sarkazm w jej powieści być może są efektem tragicznych przeżyć związanych ze śmiercią jej rodzeństwa.

Ivy Compton - Burnett, źródło zdjęcia

Dom i jego głowa

  Powieść Ivy Compton - Burnett rozpoczyna się bezpardonowym wejściem w życie rodziny Edgeworthów, do którego autorka nie dokonuje wobec czytelnika żadnego przygotowania: wchodzimy w fabułę od dziwnego dialogu dwojga małżonków. Pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to Łysa śpiewaczka Eugène Ionesco: są słowa, ale brakuje komunikacji. Jest oto Boże Narodzenie roku 1885, poranek, rodzina ma się zebrać przy tradycyjnym śniadaniu. Od razu możemy zaobserwować układ sił panujący w tej skromnej zbiorowości. Głową domu jest niewątpliwie pan Edgeworth, Duncan, a jego żona Ellen, dwie dorosłe córki, Nance i Sybil, oraz bratanek Duncana, Grant, są zniewoleni jego stylem bycia oraz kaprysami. Mamy tutaj fenomenalny opis małej domowej tyranii, tyranii na tyle skutecznie odejmującej zdolność decydowania członkom rodziny, że wszelkie domowe czynności wykonują pod dyktando. Jednakże nie w tym rzecz, jak wygląda owa tyrania, choć niewątpliwe to ona była przyczyną wszystkich wydarzeń.

 Rodzinie Edgeworthów czas upływa zgodnie z przyjętymi normami i standardami społecznymi. Posiłki odbywają się w gronie całej rodziny, każdy ma ustalone miejsce przy stole, oraz przydzielone role, w niedziele zaś wspólnie chodzą do kościoła. Tę utartą rutynę przerywa śmierć Ellen oraz, po niedługim czasie od pogrzebu, niespodziewana decyzja Duncana, by do domu wprowadzić nową panią Edgeworth. Taka zmiana w życiu prowadzi rzecz jasna do kłopotliwych sytuacji i utrudnia codzienną monotonię, jednakże los lubi płatać psika nawet osobom nawykłym naginać cały świat do swojej woli.


Tamborek, urocze damy, delikatność..

  Powieściowy wiek XIX u Compton - Burnett jest daleki od powszechnych wyobrażeń. Czytelniczkom, które przyzwyczaiła do pewnej normy Jane Austen, czy siostry Bronte zabraknie tu wszystkiego: nie ma uroczych dam, nie ma romansów salonowych, nie ma czasu na haftowanie na tamborku, nie ma romantycznych wzgórz i uniesień. Rzecz jasna różnice na pewno dyktuje epoka, wszak wymienione autorki pisały dużo wcześniej, choć omawiały również epokę wiktoriańską, tak jednak główna różnica zasadza się na punkcie widzenia.

  Autorka Domu i jego głowy przedstawia świat pełen pragmatyków, ludzi ceniących odgórnie ustalony ład i porządek, których zaś dużo mniej zajmuje sfera uczuć. Te, jeżeli się zdarzają, są raczej formą wybryku, dość nieszkodliwą, o ile nie zaowocuje w sposób wiadomy. Gdy zaś jednak zaowocuje? Oczywiście, niczemu niewinne dziecko otrzyma dom i wychowanie, odpowiednią niańkę i inne ważne do życia "pomoce". O miłości trudno tu cokolwiek mówić.


Przede wszystkim: trzymać fason

  W świecie rodziny Edgeworthów duże znaczenie ma spadek, jakiego oczekuje ojciec rodziny i to temu oczekiwaniu dyktowane są różne reakcje. Właściwie całe wychowanie panien w domu opiera się na tym jednym: na władzy pieniądza. Choć obie zdają się być uosobieniem łagodności, szczególnie najmłodsza, czytelnik przeżyje niezwykły wstrząs odkrywając prawdę. Prawdę, z którą autorka po prostu go zostawi do własnych przemyśleń, bez podawania gotowych ocen, czy wniosków.

  Nieistotne jednak do jak wielu dramatów może dojść. Wszak najważniejsze, to trzymać fason, zachować pozory, ostatecznie, w końcu można zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Ważne, żeby spadek trafił we właściwe ręce, cała reszta ulega przedawnieniu. Tak gorzkie podsumowanie ludzkiej moralności to podobno stała cecha prozy Ivy Compton - Burnett.


Powieść z klasą

  Dialogi, od których roi się ta powieść, powodując, że pozostałe tło wydarzeń zależy od wyobraźni czytelnika, są rozegrane po mistrzowsku. Rzekłabym: klasa sama w sobie. Zjadliwa ironia, dosadność pod płaszczykiem uprzejmości i pozorów, inteligentne riposty i intrygujące puenty. Niewątpliwie, trzeba się wczuć w lekturę, żeby poczuć ten wyjątkowy smak, gdy jednak już się wgryźć głębiej, łatwo zauważyć przenikliwość autorki i niezwykły zmysł obserwacji.

 Nie będę udawać, że to przyjemna i łatwa powieść, że historia wciąga, jednakże to jak została rozegrana cała fabuła, to z czym autorka zostawia czytelnika, o doprawdy, jest warte tego, by przeczytać Dom i jego głowę.






Dom i jego głowa, Ivy Compton - Burnett, przełożyła Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2014
Czytaj więcej

piątek, 26 grudnia 2014

Kobieto! puchu marny! "Kwestja krwi" Marcina Wrońskiego

To już staje się tradycją: czytam cykle kryminalne w złej kolejności. Albo zupełnie od końca, bywa, że od środka, czasami trafiając przypadkiem w sam cyklon wydarzeń, czasami na zwieńczenie przygód głównego bohatera. Może jednak nie ma tego złego: poznać Zygę Maciejewskiego od jego pierwszego śledztwa to trochę jak poznać go od początku? Choć zgodnie z numeracją części cyklu, dokładnie od końca.

Kryminał retro to dla mnie nowość, bo nijak nie jestem w stanie w ten sposób traktować powieści Agathy Christie. Pierwszy raz zatem wędrowałam w przeszłość, w której oprócz wydarzeń historycznych i politycznych pojawia się element intrygi kryminalnej. A zatem przenosimy się do Zamościa w roku 1926. Zostaje zgłoszone.. odnalezienie zakrwawionej rękawiczki młodej dziewczyny i sugestia jej zaginięcia. Wszystko zaś zaczyna się w pięknym zamojskim Zoo.

Zamojskie Zoo w latach 20-tych XX wieku. Źródło zdjęcia


Poeta marn(otrawn)y

To właśnie tutaj rejent Lesman znajdzie ową tajemniczą damską rękawiczkę i zgłosi jej odnalezienie na posterunku policji. Ponieważ rękawiczka miała monogram można było łatwo domyślić się, kto był jej właścicielką. Okazuje się, że gimnazjalistka nie pojawiła się w szkole od tygodnia, a na wysłane powiadomienie do jej domu rodzinnego nie przyszła żadna odpowiedź. Zyga Maciejewski otrzymuje więc swoją pierwszą sprawę, którą ma szybko i bez większych problemów wyjaśnić. Bo właściwie nic takiego się nie stało: nie ma ofiary, nie ma ciała, trzeba utrzymać jedynie porządek w papierach.

Wykorzystanie samego Zamościa z lat 20-tych XX wieku to nie tylko jego ulice, wielokulturowość, wielojęzyczność, mieszkańcy, czy podwójne moralnie życie miasta, ale także motyw przebywającego tam przez parę lat Bolesława Leśmiana i jego notarialnej kariery. Marcin Wroński osnuł wątek kryminalny między innymi wokół niesławnego włamania do biura notarialnego, które miało miejsce naprawdę, a które autor wykorzystał do swojej fabuły zręcznie wciągając w nią również poetę. Tak oto oprócz świetne oddanego tła historycznego miasta, mamy także wątek młodopolskich poetów i ich marnej, zupełnie niepoetyckiej egzystencji.


Zaginiona nie zaginiona

Poszukiwana przez Maciejewskiego dziewczyna zdaje się, że zaginęła, choć nie zaginęła, bowiem zaginięcia nikt nie zgłosił oficjalnie. Co więcej do gimnazjum dociera, co prawda z dużym opóźnieniem, ale jednak, list od ojca dziewczyny, właściwie potwierdzający, że uczennica jest w domu i nic jej nie grozi. Zyga jednak ma wątpliwości, w tej sprawie coś mu nie pasuje, naraża więc samego siebie i swoją karierę, ponieważ nie do końca trzyma się zleceń przełożonych.

Śledztwo jest utrudnione od samego początku, raz, że brak ciała i oficjalnego zgłoszenia, dwa, że dziewczynę mimo przesłanek, że jest bezpieczna, nadal trudno jest znaleźć. Oprócz tego nie pomaga rywalizacja w zamojskim półświatku, próby umorzenia śledztwa, wreszcie tajemnice rodzinne zaginionej panny. Zyga uparcie będzie drążyć temat i dojdzie do rozwikłania tej zagadki, nawet jeśli zajmie mu to więcej czasu niż przypuszczał.

Kobieto! puchu marny!

  Uderzające jest w powieści Wrońskiego ujęcie kobiet. Przewija się ich przez Kwestję krwi całkiem sporo, pochodzą z różnych grup społecznych, są w różnym wieku, zajmują się różnymi zawodami, a jednak żadna, żadna z nich nie jest postacią pozytywną. Są albo skąpe, albo niezdrowo lubieżne, albo przerażająco sztywne, nudne i zasadnicze z racji wykonywanego zawodu nauczycielskiego, albo wreszcie są po prostu prostytutkami, którym nie okazuje się już żadnego szacunku, czy elementarnych zasad dobrego wychowania.

 Kobiety są po mickiewiczowsku z zepsutymi duszami, słabe, marne. Właściwie to służą głównie do tego, by ulżyć męskim potrzebom, ewentualnie by rodzić dzieci, ku chwale ojczyzny rzecz jasna. Być może jest to również pewien rys epoki, jakaś cecha charakterystyczna tamtych lat, ale w moim odczuciu pokazana mocno skrajnie.


Dziwna książka

 Mam problem z tym tytułem. Z jednej strony doceniam przygotowanie merytoryczne pisarza, naprawdę wspaniale odtworzone miasto z przeszłości, świetnie oddanie jego mieszkańców, warstw społecznych i różnic językowych, a z drugiej irytowała mnie trochę jej szowinistyczna melodia i na dobrą sprawę, brak jakiejś sympatycznej postaci. Każdy z bohaterów jest mniej lub bardziej skrzywiony i dwulicowy. Dotyczy to właściwie wszystkich, łącznie z głównym bohaterem. Do tego wątek kryminalny wydaje mi się co najmniej płaski i wydumany jakby na siłę, głównie po to, by pokazać Zamość i jego okolice i wtrącić motyw ziemiański. Może wcale lepiej wypadłaby ta książka w mojej ocenie, gdyby nie była kryminałem? Nie wiem, ale myślę, że spróbuję kolejnych (w sumie wcześniejszych w moim przypadku) części cyklu może dopiero za jakiś czas..



Czytaj więcej

środa, 24 grudnia 2014

Nie wszystko złoto, co lśni. "Wszystko, co lśni" Eleanor Catton

  Młoda, uśmiechnięta, skromnie ubrana dziewczyna opowiada o swojej książce i sprawia wrażenie kogoś, kogo mogłabym polubić. Gdy mówi o tej jedynej w swoim rodzaju perspektywie zdobywcy górskich szczytów, który zasłużył na widok krajobrazu, jaki rozpościera się z góry, w przeciwieństwie do turystów, którzy mogli wykupić lot helikopterem na ten sam szczyt, jestem już o tym przekonana.

  Eleanor Catton, bo o niej mowa, niewątpliwie zasłynęła jako najmłodsza pisarka, która zdobyła Bookera, a także jako nietypowa w dzisiejszych czasach krótkiej i treściwej komunikacji, twórczyni fabuły, dłuższej niż dwieście stron. Oddać do rąk czytelnika powieść przekraczającą objętością dziewięćset stron wymaga nie lada odwagi, a jednak Catton udowodniła, że nawet przy takiej ilości stron, można czytelnika permanentnie zauroczyć.

Eleanor Catton (źródło zdjęcia)


Zdobycze podróżników
 
 Gdy wyprawy zamorskie prowadziły do kompletowania map świata i wzbogacania co zamożniejszych krajów o nowe kolonie, ziemie, którym nadawano nowe nazwy, miały swoich pierwotnych mieszkańców. Tak łatwo można było o nich zapomnieć, szczególnie gdy "zdobyte" ziemie były złotodajne, a ich dotychczasowi mieszkańcy dawali się bezproblemowo oszukiwać nowym rządzącym. Nowa Zelandia wybroniła się przed pierwszym zdobywcą, który dopłynął do jej brzegów w 1642 roku, ale nieco ponad sto dwadzieścia lat później Maorysi zostali zepchnięci na drugi plan, gdy James Cook skolonizował ich ziemie. Gdy okazało się jak są one złotodajne, liczba mieszkańców i żądnych przygód mężczyzn, zwiększała się coraz gwałtowniej. 

  Wraz z mężczyznami pojawiały się również kobiety. W połowie XIX wieku jest już tutaj cały mikro świat stworzony na potrzeby poszukiwaczy złota. To ich przybycie na wyspy było bezpośrednim powodem powstawania miast i miasteczek, a w nich hoteli, banków i miejsc rozrywki. To wszystko można bardzo dokładnie sobie wyobrazić w trakcie lektury powieści Wszystko, co lśni, ponieważ Catton dołożyła starań, by nie tylko oddać ducha tamtej epoki, ale dokładnie odwzorować takie miasteczko, zasady działania banku, czy konkurencję miejscowych notabli.


Przypadkowe położenie gwiazd

  Ponieważ mowa o czasach męskich, drugiej połowie wieku XIX, wieku patriarchatu i męskiej władzy, gdy kobiety, cóż, co najwyżej mogły być żonami, słabo opłacanymi nauczycielkami bądź odpłatnymi nałożnicami, przeważająca większość bohaterów w powieści Catton to mężczyźni. Już na pierwszych stronicach spotykamy ich aż trzynastu, zebranych w palarni hotelu Korona, gdy debatują nad tajemniczymi wydarzeniami pewnej dziwnej, brzemiennej w skutki nocy. Owej nocy zaginął bez śladu pewien wyjątkowo uzdolniony poszukiwacz złota, miejscowa prostytutka próbowała popełnić samobójstwo, a przybyły na wyspę polityk odkryje zwłoki w pustym domku. Domku, który jednak nie był taki pusty, jak to się na początku wydawało.

 Niespotykany przypadek? Ogromny zbieg okoliczności? A może to gwiazdy w tym maczały palce? Może niektórzy ludzie musieli się spotkać, ich ścieżki musiały się przeciąć? Być może. A być może otrzymasz drogi czytelniku kawał świetnej prozy, w której położenie gwiazd w ogóle cię nie zainteresuje, ale za to losy jej bohaterów, już jak najbardziej. Związek, ten ledwie dostrzegalny, gdy omija się szczegółowy zapis faz księżyca i położenia gwiazd, to coraz krótsze rozdziały, dostosowane do długości poszczególnych faz księżyca. Wraz z powolnym zanikaniem księżyca tempo akcji przyspiesza i cała zagadka znajduje rozwiązanie.


Złoto, magia i miłość

 Podzielona na dwanaście części powieść nawiązuje do dwunastu znaków zodiaku, dwunastu mężczyzn spotyka przyszły poszukiwacz złota, Walter Moody, po swoim przybycie do Hokitika, jest zatem dwunastka liczbą patronującą całości. Wiara w przepowiadanie przeszłości, wiara w możliwość czytania z gwiazd, z kart, ze szklanej kuli, seanse spirytystyczne to jedna z wielu cech omawianej epoki, nie bez powodu zatem i w powieści Catton magia będzie miała jakiś wpływ na losy przewijających się przez nią postaci. 

  Jak z każdą ślepą siłą, ten wpływ będzie przypadkowy i nieprzejednany. Jedni się wzbogacą, inni na zawsze będą mieć pusty trzos. Jedni będą podatni na nałóg, po innych narkotyk nie zostawi nawet śladu. Innych znowu spotka dziwna, choć potężna w działaniu miłość. Odczytywany z gwiazd związek jednej postaci z drugą może przynieść odpowiedź na temat ich losów, ale zdecydowanie ciekawiej jest odczytywać ich historię dzięki fabule stworzonej przez autorkę.


Krótko mówiąc..

To świetna powieść. Taka do czytania jednym tchem, wbrew jej objętości. Dobrze skonstruowana fabularnie, świetnie poprowadzona narracyjnie, do tego, ze wspaniałym tłem epokowym. Właściwie, co tu można dodać więcej? Może nie zaliczę jej do kategorii "moja książka roku", ale gdybym tworzyła swoją subiektywną tegoroczną dziesiątkę najlepszych tytułów, miałaby spore szanse, by znaleźć się na liście.




Wszystko, co lśni, Eleanor Catton, przełożył Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej

sobota, 13 grudnia 2014

"Ziymia to je taki srogi drach". "Drach" Szczepana Twardocha

 Drach ma wiele wspólnego ze znaną już i niewątpliwie popularną (mniejsza o werdykt oceniający odnośnie tego, w jaki sposób) „Morfiną”. Jest zatem znajoma stylistyka powtórzeń, jest nieco onirycznie (choć bardziej pasuje kolokwializm: psychodelicznie), jest wnikanie w głąb schorowanej ludzkiej psychiki i jest zaburzenie chronologii wydarzeń. W przeciwieństwie jednak do „Morfiny” ta powieść jest zdecydowanie dobra.

Co oznacza słowo drach można znaleźć w słowniku gwary śląskiej. Najbardziej popularne znaczenie to „latawiec”, aczkolwiek udało mi się doszukać do innego: „rozrabiaka”. Niezależnie od znaczenia powieściowy drach nie jest ani latawcem, ani rozrabiaką. Plasuje się w funkcji narratora wszechwiedzącego, ale jednocześnie istoty będącej praktycznie wszystkim. Ziemią, po której stąpa człowiek, z której pochodzi całe życie, ale również, w której ludzkie ciało połączy się z innymi odpadami. Drach zatem widzi i wie wszystko.

Człowiek, chop i baba, kamiyń, sornik, hazok, kot a pies, strom, wszystko to samo. Wszisko je jednym. Ziymia to je taki srogi drach, łażymy po jego ciele, a na grubach kopiymy jego ciało, kere je czystym słońcym.*


Rozumieć poczucie wyobcowania

Drach to utwór nierówny, skomponowany w trzech językach: oprócz wiodącego języka polskiego są tu dialogi spisane w odmianie gwary śląskiej, zwaną wasserpolskim, oraz w języku niemieckim. Do żadnego z tych języków nie ma przypisów: można samodzielnie sięgać po słowniki, ale w trakcie lektury poczucie wyobcowania, do którego zresztą autor zmierzał **, będzie się potęgować wraz z rozwojem wydarzeń.

To nie jedyne utrudnienie dla czytelnika, jakie zastosował Twardoch. Czas powieściowy wydaje się być niczym z gumy. Wszystko dzieje się jednocześnie: w jednym akapicie mogą współwystępować ze sobą rok 1921, 2014, 1942, 1918 czy 2010. To zaburzenie w chronologii i jednoczesne prowadzenie narracji przeszłości z przyszłością i teraźniejszością powodują jednak coraz większe zaintrygowanie i podsycenie ciekawości odnośnie dalszych losów bohaterów.


Scalić przeszłość z teraźniejszością

 O Drachu można przeczytać opinie, że to swoista saga rodzinna. Trudno odmówić racji temu sformułowaniu, jednakże poczucie rodzinnej wspólnoty jest czymś, czego główni bohaterowie nie odczuwają. Rodzina to konieczność, obowiązek, nie zaś sentyment, czy uczucia. Rodzinę się zakłada, ponieważ osiągnęło się ku temu stosowny wiek, kandydatki na żonę szuka, ponieważ powinna być odpowiednia. Odgrywa się spektakl związany z krótkim okresem narzeczeństwa i oto jest rodzina. W ten sposób przyjdzie na świat dziadek Nikodema Gemandera, Ernst Magnor, a później jego bliźniacze rodzeństwo. O miłości nikt nic nie mówi.

Wielopokoleniowa historia sięga do dzieciństwa Josefa Magnora, pradziadka Nikodema Gmandera, by dotrzeć do okresu dorosłości samego Nikodema. Przeskoki w czasie, w fabule, w ciągu przyczynowo – skutkowym budują napięcie. Wojenna przeszłość Josefa przewija się z karierą Nikodema, umieraniem żony Josefa, Valeski, historiami postaci pobocznych, które jednak miały mniejszy bądź większy wpływ na doświadczenia życiowe rodzin Magnorów i Gemanderów. Dramaty i chwilowe uniesienia to główne przeżycia tych ludzi, a samotność to wiodące odczucia wszystkich pokoleń.

Ich ścieżki naznacza przede wszystkim historia. Pierwsza wojna światowa odciska swoje piętno w psychice Jozefa Magnora, trudne losy Śląska, rozdartego historycznie i geograficznie między kilka państw wpływają na codzienne życie, wreszcie zostaje podjęty temat powstań śląskich i walk Ślązaków w mundurach Wermachtu. Czy tu trudne losy rodzin Magnorów i Gemanderów są jedynie wymówką, by dotknąć tego tematu, czy może odwrotnie, to tło historyczne ma podkreślić ciężkie doświadczenia tych ludzi, wydaje się być dobrym początkiem do dyskusji nad fabułą Dracha.


Psychika i język

Powieść ma swojego błazna – mędrca. Jest nią Pindur, niezwiązany z rodziną ani Magnorów, ani Gemanderów, jednakże przewija się przez Dracha razem ze swoimi wypowiedziami trochę jak dziwny duch, trochę jak dziwny patron całej powieści, ale przede wszystkim, jako rdzenny Ślązak, który posługuje się w mowie jedynie gwarą. Uczy młodego Josefa życia, próbuje przekazać ludziom najważniejszą mądrość nabytą w życiu: wszystko jest jednym, wszystko jest drach. Ludzie zaś zamykają go w zakładzie psychiatrycznym.

Szczepan Twardoch pokazał to upodobanie już w Morfinie, w Drachu także podejmuje się tej zabawy językiem i udziwnieniami w narracji. Wykorzystując zachwiania w ludzkiej psychice, poddanej ekstremalnym sytuacjom bądź substancjom psychoaktywnym, ukazuje jej dziwne oblicza. Josef Magnor zmuszony do ucieczki i ukrywania się schodzi w ciemność, w głąb, znika w drachu. Ta ciemność okiełzna go i weźmie w posiadanie jego emocje. Pindur mędrzec - filozof, a jednocześnie wiejski głupek, którego nikt nie traktuje poważnie, przemawia mądrością stuleci, za którą zostaje ukarany. Język jest tworem plastycznym, wyraża niewyrażalne, sięga po różne odmiany i znaczenia. Miesza się świadomość z wytworami wyobrażeń, drach miesza się z ludzkimi szczątkami, szaleństwo skrywanych emocji prowadzi do zguby.


Zdecydowanie lepszy Twardoch

Nie jestem wielbicielką prozy Szczepana Twardocha, ale paradoksalnie, lubię czytać jego książki. Mimo, że po lekturze Morfiny zostało, co najwyżej wrażenie odnośnie dobrego stylu autora, a jej treść była dla mnie tylko zabawą językiem, bowiem zabrakło mi fabuły, a nadwyżka irytującej skłonności do wywoływania skandalu jakoś specjalnie mnie nie bawiła, tak jednak, czytało mi się Morfinę dobrze. Przyznaję, że dopiero Drach jest tą powieścią Twardocha, którą mogę z przekonaniem polecać. Jest naprawdę niezła!





* Drach, Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 360
**Źródło: wywiad z autorem w Polityce, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1600119,1,szczepan-twardoch-opowiada-o-swojej-najnowszej-powiesci-drach.read
Czytaj więcej

niedziela, 7 grudnia 2014

Jenta widzi wszystko. "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk

Siedem ksiąg

 Księgi Jakubowe albo Wielka Podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka. Mądrym dla memoriału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki.[i]

 Ksiąg Jakubowych jest dokładnie siedem. Liczba siedem jest liczbą magiczną dla wyznawców judaizmu. Jest siedem przykazań rabinicznych. Noe wypuścił gołębicę z arki po siedmiu dniach. Na żydowskich zaślubinach odmawia się siedem błogosławieństw. Siedem Ksiąg Jakubowych nawiązuje, więc bezpośrednio do tej symboliki, podkreślając jej ważność i oddając tym samym hołd żydowskiej tradycji. Nie bez kozery można nazwać Księgi księgami historii żydowskiej, choć opowieść sama w sobie dotyczy próby ucieczki od owej żydowskości, próby przybrania innej roli zarówno religijnie jak i społecznie, a ostatecznie, jest również historią nieszczęść, jakie spadały na naród mojżeszowy.

Wielobarwna Rzeczpospolita

  Połowa XVIII wieku, Rzeczpospolita Polska, kraj wielonarodowy, wielokulturowy, wielojęzyczny. Jeszcze przed katastrofą rozbiorów, gdy polskie miasteczka i wsie pełne były różnych ludzi, różnych narodowości i wyznań religijnych i zdaje się, zgoła odmiennej tolerancji, a polszczyzna jest jakaś toporna i brzmi z chłopska. Nadaje się do opisu świata natury i co najwyżej agrikultury, ale trudno nią wyrazić sprawy skomplikowane, wyższe. duchowe.[ii] To jednak nie umniejsza jej roli w komunikacji, wszak chodzi o to, by się porozumieć. O ile oczywiście, ktoś jeszcze mówi w tym wielobarwnym kraju po polsku. Świat wydaje się być nieduży, stoi wielkim otworem dla wszystkich, jednak jak to z tym światem bywa, otwiera się i zamyka w różnym stopniu na obcość i odmienność. I tak, choć obecność Żydów w Rzeczypospolitej jest czymś absolutnie naturalnym, tak jednak uprzedzenia i podejrzliwość nie umierają z samą tylko tolerancją dla obecności judaizmu i jego wyznawców. Wraz z możliwością ich zaskarżenia o morderstwo rodzi się poczucie wyobcowania i niesprawiedliwości dziejowej. A na czyjejś niedoli ktoś inny próbuje sporo ugrać.

Nie wolno nam tu kupić ziemi, osiedlić się na stałe. Przeganiają nas na wszystkie strony, a w każdym pokoleniu pojawia się jakaś katastrofa, prawdziwa gzera. Kim my jesteśmy i co nas czeka? (..) Nachman, ty go tu sprowadź. Tego Jakuba. [iii]

  Ksiądz Benedykt Chmielowski tworzy swoje almanachy ku ogólnemu pożytkowi, by wiedza była dostępna dla wszystkich, Elżbieta Drużbacka, poznana przypadkiem staje się jego bliską przyjaciółką, z którą będzie prowadzić literackie dyskursy listowne, zaś Elisza Szor, do którego ksiądz dziekan rohatyński trafi, będzie dla niego źródłem kolejnych ksiąg i wiedzy. Przecinają się więc kolejne ludzkie ścieżki, do Eliszy Szora wędruje Aszer Rubin, a jego losy połączą się z córką Pinkasa, jedną z pierwszych wartowniczek Jakuba, na weselu syna Szora pojawia się też Nachman, najwierniejszy apostoł Jakuba. Od jednego życiorysu, do kolejnego, po nitce do kłębka, pojawia się nareszcie postać Jakuba. Jakuba Franka, autentycznej postaci, która powiodła za sobą tłumy wiernych, pragnących odmiany, oczekujących na mesjasza, w nim wreszcie, upatrujących swoich nadziei.

Obcość, jako atut?

  Jakub dostał przydomek Frank, ponieważ frank znaczy obcy. Był wśród swoich, ale jednak był obcy, opuścił kraj rodzinny i udał się do kraju sobie obcego, z obcym językiem, niezrozumiałym i trudnym. Obcość ta jest również wyczuwalna wśród jego wyznawców, nie spotykają się ze zrozumieniem pozostałych przy starych przekonaniach Żydów, są traktowani jak trędowaci, dotychczasowi znajomi wypierają się ich. A jednak ta obcość wydaje się mieć jakiś atut. Jest w byciu obcym coś pociągającego, w czym się można rozsmakować, co wydaje się jak słodycz. Dobrze jest nie rozumieć języka, nie rozumieć zwyczajów, sunąc jak duch pomiędzy innymi, którzy są dalecy i nierozpoznawalni. Wtedy budzi się szczególna mądrość – umiejętność domysłu, chwytania spraw nieoczywistych.  Budzą się też wówczas bystrość i przenikliwość. Człowiek, który jest obcy, zyskuje nowy punkt widzenia, staje się, chcąc nie chcąc, swoistym mędrcem. Kto nam wszystkim wmówił, że być swoim jest tak dobrze i tak wspaniale? Tylko obcy naprawdę rozumie, czym jest świat.[iv] Bycie obcym też w pewien sposób wyróżnia, stawia po stronie tych lepszych, mądrzejszych, wszak Jakub, jak wierzą, prowadzi ich właściwą ścieżką. A ścieżka tak jest usłana ostrymi cierniami, biedy, głodu, klęski śmierci, lat wierności, komu? Obcemu. I tylko Jenta widzi to wszystko i rozumie znacznie lepiej, niż wszyscy dookoła.


Spokojny nurt kart

 Bieg kart płynie od końca spokojnym nurtem opowieści. Wielogłosowość wprawia w zachwyt. Szczegółowe i drobiazgowe opisy strojów, wnętrz, zachowań, stwarzają złudzenie, że czytelnik przenosi się tam, do tamtej epoki i tamtych wydarzeń.
  Zapisane na ostatnich stronach słowa wywołują drżenie. I zostaje czytelnik z tą grubą księgą w dłoniach sparaliżowany, niezdolny do ruchu. Zeszyt jest pełen notatek, głowa pełna myśli. Właściwie, pozostaje wrażenie, że przeczytało się już w życiu wszystko. I jeszcze, że nie przeczytało się tak naprawdę nic. Uczucie entuzjazmu jak u małego dziecka przed kolejną magią świąt Bożego Narodzenia, jak u odkrywcy przed nowym nieznanym lądem, jak przed pierwszym pocałunkiem. Czysta, jaskrawa radość. Nie do okiełznania.

(..) są cztery rodzaje czytelników. Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek, czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak leci; jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek – przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co przeczytane z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno[v].

 Bądźcie jak sito.






Słownik dla leniwych:




[i] Pełen tytuł powieści
[ii] Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, Sstr. 767-766
[iii] Tamże, str. 795-794
[iv] Tamże, str. 375-374
[v] Tamże, str. 749-748
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.