czwartek, 30 stycznia 2014

Mierząc się z samym sobą. "Baltazar" Sławomira Mrożka

Pojawia się w tej autobiografii parę pomyłek odnośnie dat, miejsc czy ludzi. Jest parę nieścisłości, jednakże w ogólnym rozrachunku, jest to niezwykle tytaniczna praca, jaką wykonał Sławomir Mrożek gdy doznał udaru, a w efekcie rozległości uszkodzeń, afazji. Ćwiczenia, trening pamięci, wreszcie, mowy i pisma, świadczące o jego niesamowitej determinacji, dyscyplinie wewnętrznej, ogromnej mobilizacji by pokonać straty, jakie spowodował udar dały ten efekt, jaki możemy odczytywać w Baltazarze. Ta mini autobiografia sięga do czasów sprzed emigracji, a więc dla wielbicieli autora jednego z bardzo ważnych okresów, bowiem aktualnie najtrudniejszych do odtworzenia jeśli chodzi o samego autora i jego przemyślenia i opis przebiegu wydarzeń bądź co bądź przełomowych w jego życiu. Dzienniki z tego okresu spalił toteż bezpośredni ślad wspomnieniowy został bezpowrotnie utracony. Czytanie jednocześnie jego Dziennika już z czasów emigracyjnych i Baltazara pozwala na połączenie tego w spójną całość. Szczerze mówiąc mogę tylko polecać taki właśnie sposób czytania tej niewielkiej książeczki.

Ażeby docenić trud, jaki Mrożek włożył w to dzieło trzeba przede wszystkim zrozumieć co oznacza sama afazja. Odbierając choremu zdolność mowy i wszelkich z mową związanych funkcji, jest ona dla człowieka, który język traktuje jako swoje narzędzie rzemieślnicze wyjątkowo okrutna. Mrożek po udarze nie tylko stracił zdolność swobodnego wypowiadania się, ale również zapomniał wszystkie języki obce, którymi dotąd władał biegle. Stracił zdolność orientowania się w przestrzeni i nie mógł funkcjonować samodzielnie. Od momentu gdy zrozumiał jak bardzo udar go zubożył, jak ograniczył jego motorykę i psychikę podjął się terapii i ćwiczeń umożliwiających mu powolny, ale postępujący stopniowo powrót do kondycji sprzed udaru. Czytając Baltazara tak naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu nad siłą jego charakteru, nad tym czego dokonał pisząc to skromne, a jednak ogromne pod względem włożonego weń trudu, dzieło.

źródło zdjęcia

Baltazar rozpoczyna się od końca niejako, bowiem od decyzji opuszczenia Meksyku, którą Mrożek podjął w 1996 roku i powrócił do Krakowa oraz pierwszych, wyraźnych chwil przeżywanych zaraz po owym powrocie. Fragment ten jest o tyle istotny, że omawia jedną z bardzo trudnych sytuacji w życiu Mrożka - pierwszy poważniejszy pobyt w szpitalu, który zakończył się wszczepieniem sztucznej aorty. Tamto doświadczenie jest tutaj przywołane jako w pewien sposób analogiczne do udaru. W obydwu tych sytuacjach Mrożek nie mógł zrozumieć do końca, jak poważny był jego stan. Później zaczynają się bardziej skomplikowane do rozwikłania dla zamglonej pamięci elementy- powroty świadomością do dzieciństwa, wczesnej młodości, pierwszych wyborów życiowych. I jak to z pamięcią bywa, a już szczególnie z pamięcią po udarze, są te fragmenty gdzieniegdzie obfite w niespotykane szczegóły, opisy domów, okolic, drzew, szczególnie krakowskich topoli, czy wreszcie ważnych dla tych momentów ludzi, by czasami bagatelizować niektóre okresy, traktując je niejako po macoszemu, przechodząc przez nie, jak przez mniej ważne. Nie należy jednak tego odbierać w ten sposób - to jest właśnie sygnał świadczący o walce z afazją. Mówią o nim też niektóre zdania, czasami zbudowane pięknie, zgrabnie, z pełną typową dla Mrożka oryginalną stylistyką, by przejść do zdań mniej zgrabnych, w których niektóre określenia są błędnie przyjmowane za inne. Tym cenniejsze jest czytanie tej książeczki.

Przechodząc od okresu dzieciństwa, w Borzęcinie, wojennej Porębki Uszewskiej, czasów zimy okrutnej a więc i straszliwego marznięcia, czytania na strychu wszystkiego jak popadnie, wyjazdów i powrotów do Krakowa, okupacji i strachu Mrożek krok po kroku dochodzi własnej prawdy o sobie i swoich wspomnieniach, próbuje zmierzyć się z samym sobą sprzed lat. Odgrzebuje w pamięci, która wyraźnie odmawia współpracy, wspomnienia o początkach kariery, o podjętych i przerywanych studiach, o pierwszym reportażu w duchu socjalistycznym, pracy dla "Dziennika Polskiego" i wstąpieniu, a później odejściu z partii. Wszystkie te dane ogólnie zgadzają się z jego biogramem, a samych pomyłek nie jest dużo i wcale nie muszą one świadczyć o nadal panującym spustoszeniu w jego umyśle po afazji, a zwykłych lukach, jakie ludzka pamięć samoistnie stwarza wraz z wiekiem i przeżytym bogactwem doświadczeń. I Baltazar może być świadectwem stoczonej walki i dowodem jej zwycięstwa. W ramach zaś odgrodzenia się od tego co było i tego co jest Mrożek wymyślił sobie nowe nazwisko na użytek tej historii. Baltazar. Czyż nie piękne? Tak oto powstał zamysł i został spełniony. Do którego lektury chciałabym zachęcać każdego choć wiem, że nie każdego zachwyci samo to, jak Mrożek bardzo się starał, ile włożył w tę pracę serca i wysiłku. Wiem jednak, że warto.

Źródło zdjęcia


Baltazar. Autobiografia, Sławomir Mrożek, Noir sur Blanc, Warszawa 2006
Czytaj więcej

niedziela, 26 stycznia 2014

"Pod Mocnym Aniołem" czyta Andrzej Grabowski

  Pod Mocnym Aniołem, czytane lat temu około dwunastu, zrobiło na mnie ogromne wrażenie nie z powodu niebywałego (dyskusyjnego, pełnego powtórzeń) stylu Jerzego Pilcha, ani z powodu otrzymanej wówczas Nike, ani również z powodu jej oryginalnej fabuły, choć owszem, wszystkie te czynniki również niejaki wpływ na to miały, ale z powodu pijacko - poetyckiej retoryki, która u Pilcha pełna ozdobników, napuszonego lotu płynącego prosto z butelki brzoskwiniówki jest niebanalnym sposobem oddawania stylu mowy i myśli delirycznej, wzbierającej pod wpływem alkoholu do wyżyn literackich ozdobników, do gwiazdozbioru pod Mocnym Aniołem, do poematu niemalże. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu.*


  Pan J., znany również jako Juruś, główny bohater i narrator całej historii, jest wielbicielem, oddanym miłośnikiem, wyznawcą, najlepszym przyjacielem gorzkiej żołądkowej. Jego wiecznie złaknione alkoholu usta w odurzeniu opowiadają deliryczne stany pijaństwa z czterdziestu dni i czterdziestu nocy, a może nawet stu czterdziestu dni i nocy? Jest tak oddany temu nałogowi, że nie wie, o którym "teraz" mówi. Teraz, czyli po wyjściu z oddziału dla deliryków? Teraz, czyli po czterdziestu dniach i czterdziestu nocach nieustannego picia? Teraz, czyli po poznaniu poetki Albertyny Lulaj? Kiedy, teraz? Nie wiadomo. Jego historia to historia pijącego bez ustanku mężczyzny, pisarza, który ma nawet spory dorobek literacki, a jednak najbardziej kocha pić. Nie wie, nie rozumie i nie chce zrozumieć, jak to jest być szczęśliwym i nie pić. Odbywa kolejne próby leczenia i kolejne chwile utraty alkoholowej przytomności, kolejne odtrucia i kolejne stany deliryczne. I jak każdy nałogowiec  wierzy, że miłość, jedynie miłość go z tego wszystkiego uleczy. Magiczne "my", ta podniecająca liczba mnoga wyrwie go z marazmu alkoholowej pustki. A przecież nie ma miłości silniejszej od miłości do alkoholu, żadna z jego żon, opiekunek oddanych, terapeutek wiernych nie była w stanie odciągnąć go od picia i to do alkoholu jest skierowany cały ten dziwaczny "miłosny" utwór quasi liryczny.

  Pod Mocnym Aniołem to zbiór wyrwanych z alkoholowego bełkotu historii, w nielogiczny sposób, choć owszem,w  tym szaleństwie tkwi metoda,  połączonych w jedną całość, którą otwiera i zamyka poetycka metafora o beznadziejności, ale i euforii picia. Jak każdy nałóg prowadzi ono na terapię uzależnień, na oddział deliryków, gdzie stykają się ze sobą bardzo różni ludzie, z różnych grup wiekowych i zawodowych, a jednak połączonych w jedną, wielką, alkoholową rodzinę. Ci ludzie prowadzą dzienniczki uczuć, konfesje alkoholowe, biorą udział w terapii grupowej, odżywają na oddziale dostając solidne porcje witamin, dają sobie jakąś złudną nadzieję, by ostatecznie wrócić do picia. Swoisty, obłędny krąg tych działań naprzemiennie prowadzi ich do dni pełnych picia i dni walki z piciem. Żartobliwy ton opisu i literackie pseudonimy pozwalają na odrobinę dystansu do tego, na odwrócenie uwagi czytelnika, na chwilę uśmiechu nawet, ale nie oszukujmy się: tak naprawdę tu nie ma nic zabawnego. Nie ma nic zabawnego w tym, że człowiek okrada z pieniędzy najbliższą rodzinę, bo musi się napić, nie ma nic zabawnego w tym, że człowiek po pijackim ciągu nie rozróżnia pory dnia, ani w tym, że picie całkowicie pozbawia go kręgosłupa moralnego, upadla, pozostawia zarzyganego na środku ulicy bez środków do życia, bo już je przepił. A jednak potrzeba uśmiechu jest silna nawet w tym okropieństwie. Dlatego uśmiechamy się gdy Don Juan Ziobro przyrządza denaturat w sobie tylko znany, bardzo wyszukany sposób, a także gdy głupieje na widok córek Królowej Kentu, uśmiechamy się gdy czytamy deliryczne konfesje Joanny i Marianny i toczony przez nie spór o plagiat, wiedząc kto jest autorem obydwu, gdy czytamy o bałaganie Asi Katastrofy i gdy przeliczamy wraz z narratorem wszystkie pralki świata na alkohol. Tu trzeba się uśmiechać, gdy wszystko inne jest bezsilne i może tylko stać z boku z bezradnie opuszczoną głową. I tylko to i poezja całości sprawia, że mimo wszystko świetnie się czyta/słucha tę prozę.

  Andrzej Grabowski idealnie się wkomponowuje swoim chrapliwym głosem w tę pijacką narrację. Jego "Boże mój" jest tak rozdzierająco pijane, tak żałosne w tym pijackim przywoływaniu Boga, tak prawdziwe, że łatwo się dać ponieść kolejnym rozdziałom. Co więcej nie ma w tym czytaniu momentów znużenia, momentów ulotności uwagi, jest niezwykła jak dla mnie chęć słuchania dalej. Właściwie to miałam w planach słuchanie tego audiobooka tylko w drodze do i z pracy, co przy siedmiogodzinnym nagraniu dałoby aż trzy dni słuchania. Jednakże to, w jaki sposób Andrzej Grabowski interpretuje Pod Mocnym Aniołem jest takie ciekawe, takie momentami zabawne, nawet gdy żałość wzbiera w sercu, że nie sposób się oprzeć jego urokowi. Zasłuchałam się i w efekcie skończyłam przed zaplanowanym czasem. A przecież na początku, gdy zobaczyłam to połączenie - Pilch i Grabowski - byłam nieco sceptyczna. Nie sądziłam, że aktorowi uda się oddać ciekawie kobiece głosy, że może tak się wczuć w tę dziwaczną, pełną picia poetykę. A jednak takie rozczarowania są najmilsze. To nie tylko ciekawe połączenie, ale powiedziałabym teraz, że jedyne możliwe. I wiem, że gdy w kinach triumfuje film Smarzowskiego ten audiobook może trochę przejść bez echa, co byłoby całkowicie niesłuszne. Każdemu kto uznaje zasadność czytania książek przed ich ekranizacją, a jednak nie mającego czasu na lekturę własną, polecam audiobooka jako remedium a jednocześnie naprawdę przyjemną rozrywkę.



Pod Mocnym Aniołem, Jerzy Pilch, czyta Andrzej Grabowski, Bellona SA, Agora SA, Warszawa 2014, tom 2 serii Mistrzowie Słowa
* rozdział drugi Ciemnoskóry zapaśnik

Czytaj więcej

środa, 22 stycznia 2014

"Mrogi Drożku, Drogi Staszku", czyli o dwóch takich co listy pisali

 Sławomirze Miru Sławny! Hospodynie Literatury Polskiej! Okraso Satyry! Omasto Niebios! Doskonałości Wrodzona! Szlachetności, Na koniec, Której blaskami skąpany Chadzam (..)*


 Marzyłam o tym zbiorze listów od dawna. Lekturę smakowałam, przedłużałam, podążałam trochę ich literackimi śladami, a to sięgając po powieści nękanego w wielu listach Ireneusza Iredyńskiego, a to wracając do opowiadań Mrożka, czy poznając jego sztuki z obietnicą, że nadrobię również wkrótce Summe technologiae Lema. Nadal podążam, wyznaczyli mi swoisty kierunek czytelniczy, podali tropy, a ja przyznaję, dość bezmyślnie po prostu dałam się im uwieść. W zasadzie, tu przyznając rację Jerzemu Jarzębskiemu, który napisał do zbioru zgrabny wstęp, najbardziej dałam się uwieść Mrożkowi. I to jest pierwsze duże zaskoczenie, bowiem to Lema byłam więcej niż pewna, że znowu mnie natchnie czymś nowym, rozkocha jeszcze bardziej, a tu proszę, nie. Mrożek! Mrożek mnie oczarował najbardziej. 

  Listy 1956-1978 otwiera nieśmiały list Mrożka do Lema, pisany z pozycji czytelnika zaciekawionego jego trylogią pod tytułem Czas nieutracony (która jak wiadomo trylogią nie miała być, a Lem po latach zabronił wznawiania pozostałych dwóch tomów napisanych "na zamówienie") i w zasadzie to onieśmielenie będzie jedną ze stałych cech jego listów, nawet gdy z czasem ich relacje się zmienią, staną się sobie równymi partnerami do polemiki, a Lem będzie podziwiał swojego młodszego kolegę, choć ze sporą dozą krytycyzmu wobec jego dzieł. Mrożek przez te wszystkie lata będzie tym, którego ton wypowiedzi zawiera w sobie dużo większą dawkę szacunku i admiracji wobec Lema.


  Kolejne listy, niemalże eseje, które będą między sobą wymieniać obaj panowie to czysta słowna ekwilibrystyka, w której na początku dominuje Lem, zdaje się bawiący zarówno samą formą listu, jaki i stylem wypowiedzi, by z czasem pałeczkę przejął Mrożek i z listu na list niezwykle rozwijał się w tej formie. Tematyka, w jakiej się poruszają dotyczy niemalże wszystkiego. Od codziennych problemów, po wrażenia z literatury, omawianie zakupionych aut, bądź planowanych zakupów, omawiania szczegółów swoich aut, łącznie z dokładnym opisem wyglądu, przygód przeżywanych w tychże pojazdach (wypadek Mrożka, przeboje Lema z częściami zamiennymi) po wreszcie tematy nieco głębsze, bardziej filozoficzne, dotyczące problematyki zarówno egzystencjalnej, jak i artystycznej. Wrażenia związane z dużymi przemianami społecznymi, których świadkami byli obaj pisarze są tutaj również podejmowane, szczególnie z perspektywy Mrożka bardziej uwypuklone i w większym zakresie obejmowane. Mrożek przebywający w Chiavari ma niebywałą okazję by oglądać już wówczas kwitnący przemysł turystyczny, widzi tłuszczę na plaży rozłożoną szerokim cielskiem, która nie tylko się nie wstydzi własnych ułomności, ale i nie ma nic przeciwko takiemu zamknięciu w obozowej, znaczy plażowej, rzeczywistości.  Gdzie człowiek ściśnięty obok człowieka niczym przysłowiowy śledź w beczce, gdzie nie ma w ogóle warunków na cieszenie się naturą, bo gdzie, jaka natura, skoro koc przy kocu, ręcznik przy ręczniku, dookoła śmieci i jeszcze chwila i tłuszcza całe morze zaleje. Jest w tych obserwacjach Mrożek szalenie wnikliwy, widzi świat z perspektywy ktoś powie pesymistycznej, ja zrównoważę: pesymistyczno - realistycznej. W każdym liście można dostrzec subtelności myśliciela, który ważne tematy poddaje drobiazgowej analizie, rozkłada na czynniki pierwsze, powątpiewa i rozważa, wyłuszcza i zaprzecza.

Jeżeli nie w świat, to można by wierzyć w siebie ostatecznie. W tym samym sensie, jak się wierzy w duchy czy w Boga. W siebie jako w coś substancjalnego, odrębnego, koniecznego, w kształcie jedynym, z sednem nierozszczepialnym. Można to nawet nazwać duszą, czy jak kto chce. Ale wiek i życie zmywa ze mnie tę wiarę. Oczywiście, jakoś tak jestem, ale mam duże podejrzenia i niepewność co do tego. A jak brać z czegoś, co do czego ma się podejrzenia, czy jest to solidne i w ogóle istniejące w sposób ostateczny, budować z tego świat? To jest dobre dla Alicji w Krainie Czarów - ów kot, który był albo nie był - ale to za mało dla budowania świata. Owe odkrycia (pewnie to jest egzystencjalizm) doprowadziły nas do bzdury i siebie same też. Udowadniają, że świat jest z nami, ale nie dają żadnej gwarancji ani dowodu, że my jesteśmy. Dawniej brak było tylko dowodu absolutnie pewnego, dla każdego z nas, na istnienie drugiego człowieka. Teraz już nawet nie wiadomo, czy my sami jesteśmy. Wszystko jest na słowo honoru.**

 Lem jest tym trzeźwiej stąpającym po ziemi, przynajmniej w kontraście z dość wysublimowanym w tych listach Mrożkiem. Mniej pesymistyczny, a więcej realistyczny, choć w swego rodzaju kontekście katastroficznym (w sensie ogólnych relacji międzyludzkich), co przede wszystkim ujawnia się podczas dyskusji dwóch przyjaciół o lemowskiej  Summe technologiae, którą jako jedyny utwór Lema omawiają dość szczegółowo, i której to właśnie Mrożek zarzuca brak człowieka, brak miejsca dla jednostki w lemowskiej wizji świata i technologii, której to wizji jednak trudno nie oddać racji i swego rodzaju zdolności proroczych. Lem w listach do Mrożka to starszy kolega, nie tylko starszy z racji wieku, ale i doświadczenia w sztuce pisania, toteż Mrożek często korzysta z wiedzy przyjaciela, zadaje pytania związane z przemianami w kolejnych latach życia, korzysta z uwag dotyczących jego tekstów. I choć Lem bywa krytykiem ostrym, kategorycznym i czasami zdaje się mocno nie rozumiejącym Mrożka, to jednak wnosi swoją krytykę ciekawe, bo zupełnie inne od zarówno wielu krytyków, jak i czytelników, spojrzenie na sztuki, które omawia. Lem nie miał zupełnie oporów by skrytykować tak ceniony dramat jak Tango, choć w późniejszych latach, gdy Tango spotka się z pozytywnym odbiorem i zyska na popularności Lem nieco zweryfikuje swoją ocenę, choć fundamentalnego zarzutu nie zmieni.

  Listy te, jak to listy między dwójką bliskich sobie ludzi nie są jednak tylko i wyłącznie przykładem wysokiej sztuki epistolograficznej. Oczywiście między wierszami pojawiają się wady obydwu panów, nie zawsze są subtelni i używający jedynie poprawnej i pięknej polszczyzny, nie zawsze słowa są stonowane. Często dając upust swoim odczuciom używają wulgaryzmów, nie mają oporów przed krytykowaniem kolegów po piórze, ze szczególnym okrucieństwem traktując wymienionego wyżej Ireneusza Iredyńskiego, a także lubią sobie poplotkować. I dzięki tym częściom nie zatracamy ich zwykłych, codziennych twarzy, dodaje to tym listom swoistego zabarwienia, nie są sztuczne, ani napuszone, choć w krytyce panowie są napuszeni jak najbardziej. Nie zmienia to faktu, że zbiór listów napisanych pomiędzy Stanisławem Lemem a Sławomirem Mrożkiem stał się dla mnie jedną z tych ważnych książek, których obecność w domowej bibliotece jest więcej niż obowiązkowa. Są książki, które wiem, kiedyś pewnie pójdą w świat, by zrobić miejsce innym, są takie, wiem, które czeka to jeszcze wcześniej. Zanim tamte były i zanim inne będą Lem i Mrożek są.***


Listy 1956-1978, Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
*  str. 26, z listu Lema do Mrożka, rok 1960
** str. 580, z listu Mrożka do Lema, rok 1966
*** parafrazując.. Jam jest Ubik. Zanim świat był, jam jest.

Czytaj więcej

niedziela, 19 stycznia 2014

Miłość i Krym według Mrożka

Tytuł jest "Miłość na Krymie" i w realizacji powinna być miłość i na Krymie. Przez miłość nie trzeba tłumaczyć, co rozumiem, natomiast przez Krym rozumiem historyczność, komunę, Sowiety... Z całą pewnością nie powinien być zagubiony Krym, czyli historia, ale pierwsze miejsce należy się miłości (Sławomir Mrożek)

   Istnieją dwie najistotniejsze kwestie związane z czytaniem dramatów imć Mrożka. Pierwsza to taka, że choćby nie wiem jak spokojnym człowiekiem był jego czytelnik to nie da się spokojnie czytać, żeby nie mieć ochoty w środku nocy zerwać się i pobiec do pana literata (choć raczej by uściskać, niż prać po pysku), po drugie taka, że Mrożek choć sam postrzegany był na różnorodne sposoby, a ilość jego romansów również nie umknęła ani złośliwym ani życzliwym czytelnikom, to jednak potrafił opowiedzieć o miłości rzecz można by rzec kluczową, czyli o jej totalnej alogiczności w typowy dla siebie sposób, nie odejmując jednak samej miłości jej romantyczności i uroków. I jedno i drugie to w zasadzie kwintesencja jego dzieł, bo jak nie o miłości, to o naturze ludzkiej pisał fenomenalnie, zatem kto znudzony może po tym akapicie już darować sobie dalszą lekturę, bo cały czas będzie mniej więcej o tym samym. Czyli o zachwytach nad Mrożkiem rzecz jasna.

inscenizacja Teatru Współczesnego, reż. Erwin Axer, źródło
   Miłość na Krymie powstała w 1993 roku, a zatem minęło już dwadzieścia lat od jej powstania, ale podobnie jak z Tangiem trudno odmówić jej aktualności, niezależnie od ilości upływających lat, zmieniających się czasów.. Czytając sztuki Mrożka nie sposób nie dać się ponieść jego opisom, wyjaśnieniom, scenografii i nie znaleźć w teatrze. Działa pobudzająco na wyobraźnię, daje poczuć kurz na rekwizytach, wbija czytelnika w fotel na widowni, albo w pozycję scenografa, czasem nawet reżysera. Gdybym była zawodowym reżyserem teatralnym i czytała Mrożka to myślę, że niezależnie od pory dnia lub nocy czym prędzej zbierałabym ekipę żeby słowa ożyły na scenie. Brutalnie wykorzystując Czechowa, bawiąc się Szekspirem, fenomenem komunizmu, zmianą w ludzkich postawach pod wpływem innego człowieka, Mrożek stworzył dzieło nie tylko ambitne, ale również niesamowite. Rewelacja to mało powiedziane. Przepraszam, mogę się powtarzać!

   Podzielona na trzy akty sztuka, którą sam autor nazwał komedią tragiczną, również jest podzielona na trzy odrębne okresy historyczne ukazujące dość istotne przemiany zarówno historyczne, jak i ideologiczne. Pierwszy rozgrywa się w 1910 roku i daje nam obraz większości bohaterów, ich cech, postaw i ideałów, żeby w kolejnych, w akcie drugim wraz z rokiem 1928 i w trzecim w roku (najprawdopodobniej) 1990 obnażyć jakim zmianom te ideały ulegały, czemu się poddawały, jak bardzo powiew historii porwał i zmienił je w złudzenia jedynie. Tylko miłość, ona jedyna nie poddawała się wszelkim zawirowaniom, nie starzała się i była niezmienna przez wszystkie trzy akty.

  Najważniejszymi postaciami zdają się być te, które nie ulegają wpływom czasu: Zachedryński, mężczyzna lat około pięćdziesięciu, Tatiana, młoda kobieta lat dwadzieścia osiem, Czelcow i jego żona, oboje po czterdziestce, porucznik Sjejkin oraz podstarzała służąca Anastazja. Postacie te przez wszystkie trzy akty są dokładnie w tym samym wieku. Zmieniają się ich stroje, jak zmieniają się epoki, oni sami zaś pozostają niezmienni. Podlegającymi wpływom czasu są Lily, w pierwszym akcie w wieku dwudziestu pięciu lat, a potem starzejąca się adekwatnie do roku, w którym rozgrywa się akcja oraz Rudolf Wolf, za którego wyjdzie za mąż. Jako jedyni będą postaciami, których życie upływa zgodnie ze wskazówkami zegara.

inscenizacja Teatru Narodowego, reż. Jerzy Jarocki, źródło
   W pierwszym akcie poznajemy większość ważniejszych postaci, (te pojawiające się w kolejnych aktach będą tylko epizodyczne, bądź odgrywające istotną u Mrożka rolę podkreślania absurdu): Tatianę, Sjekina, Zachedryńskiego, Lily, oboje Czelcowów oraz służącą Anastazję. Ten akt ma też najwięcej nawiązań do sztuk Czechowa, jak do Trzech sióstr czy Wiśniowego sadu, czasami wprost, czasami poprzez nazwiska postaci, bądź parafrazę niektórych wypowiedzi. Rzecz ma miejsce w pensjonacie malowniczo nazwanego "Nicea" i wskazuje na dziwności dróg miłości. Oto bowiem Tatiana kocha się w Sjekinie, ten oświadcza się Lily, która z kolei składa niedwuznaczną propozycję Zachedryńskiemu, który jednak nie widzi świata poza Tatianą.. Dziwne, dziwne te miłości. Wszystkie są nieszczęśliwe, wszystkie zmierzają w złym kierunku. Pewnie stąd moje skojarzenie jeszcze z jednym utworem Czechowa, a mianowicie Mewą. W tym akcie Mrożek bawi się słowem i naśladownictwem, ale też swoimi postaciami, którym zadaje ból i czechowskie zapytania o sens życia i jego cierpienia. Dopiero w akcie drugim rzecz się zmienia diametralnie. Tłem historycznym jest sowiecka Rosja, Tatiana już mniej zwiewna i pełna ideałów jest sekretarką i kochanką Zachedryńskiego, który jest nadal mądrym i przenikliwym człowiekiem, to jednak wyraźnie konformistą, któremu zastana sytuacja historyczna jest wygodna i łatwa do przyswojenia. Czelcowie choć nadal są prostymi ludźmi ładnie wkomponowali swoje charaktery w komunistyczną propagandę, z której czerpią pełnymi garściami. Lily z Wolfem zaś są przeciętnym małżeństwem, ona uznaną aktorką, on nadal inżynierem budującym tory. Jedna z pierwszych scen tego aktu przyprawia czytelnika o gwałtowne uniesienie brwi - mistrzowska zmiana sił jaka następuje między dwiema postaciami, a mianowicie Wolfem i Zachedryńskim może być tutaj dosłownym zobrazowaniem przemian historyczno-społecznych. Podczas gdy to Zachedryński jest "panem Naczelnikiem", od którego wiele zależy i którego Wolf prosi o znaczącą przysługę układ sił jest zupełnie oczywisty. Moment przeskoku, gdy to Wolf przejmuje pałeczkę jest rozegrany przez autora w sposób ledwie dostrzegalny, choć jego siła jest odczuwalna momentalnie. Koniec aktu drugiego, iście szekspirowski wprowadza już znacznie większą dawkę absurdu typowo mrożkowskiego, jednak to akt trzeci jest jego kwintesencją.

  Nie udało mi się zobaczyć tej sztuki na deskach teatru (dodam: jeszcze), jednakże udało mi się znaleźć nagranie Teatru Telewizji wersji z 1998 roku powstałej na podstawie inscenizacji Teatru Współczesnego w reżyserii Erwina Axera. Od razu przyznam, że zastanawiało mnie mocno, znaczące ucięcie aktu drugiego (co mogło rzecz jasna wynikać z konieczności dostosowania długości trwania spektaklu do wymogów Teatru Telewizji), nie podoba mi się też do końca wersja aktu trzeciego, toteż niecierpliwie wyczekuję planowanej w tym roku telewizyjnej adaptacji w reżyserii Jerzego Jarockiego, którą zajmuje się aktualnie Jan Englert i której premiera jest planowana na wiosnę tego roku. Mam nadzieję, że tutaj się nie zawiodę (chyba, że wcześniej uda mi się zdobyć bilety do Teatru Narodowego na któryś z marcowych spektakli). W każdym razie niezależnie od inscenizacji i ich ekranizacji polecam czytanie dramatów Mrożka. Nie da się tego z niczym porównać!

 

Miłość na Krymie, Komedia tragiczna w trzech aktach, Sławomir Mrożek, Noir Sur Blanc, Warszawa 1995 w: Teatr 1 Noir Sur Blanc, Warszawa 1995

Czytaj więcej

środa, 8 stycznia 2014

Ireneusz Iredyński i jego trzy mikropowieści

Oszust napisał bowiem książeczkę Dzień oszusta, i nazwał ją dniem oszusta, żeby oszukać nas takim tytułem, teraz on już nas wali spokojnie tą książeczką w mordę, a my jesteśmy bezradni, ponieważ nie można rozszczepić tego, co jest w nazwaniu Dzieła oszustwem (właśnie tego samego typu, powtarzam, jaki praktykuje bohater), od tego, co jest "konwencją", "warsztatowym sposobem"...Z listu Stanisława Lema do Sławomira Mrożka*

  Czytanie listów między Lemem a Mrożkiem (Mrożkiem a Lemem) to niebywała przyjemność, którą rozciągam w czasie niemalże na siłę. Odrywając się od lektury poszukałam pierwszego tomu dzieł zebranych, w którym zostały opublikowane trzy krótkie powieści Ireneusza Iredyńskiego, aby nareszcie poznać autora, z którego tak niewybrednie szydzili moi ulubieńcy. O listach opowiem w swoim czasie, dość dodać, że tego typu lektura może odsłonić takie cechy lubianych pisarzy, o które w żadnym wypadku się ich nie podejrzewało.

  Te trzy utwory, które udało mi się poznać to wymieniony wyżej Dzień Oszusta, a następnie Ukryty w słońcu, oraz Okno. Każda to krótka historia jednego bohatera, jednego i właściwie odczucie jest, że tego samego, aczkolwiek bohater Okna jest już nieco inny przez co ciekawszy, choć podobieństwa nadal można dostrzec.


   Dzień oszusta to historia spięta klamrą, rozpoczyna i wieńczy ją bowiem jedna i ta sama scena leniwego zabijania czasu w łóżku w wynajmowanym pokoju, w którym mieszka tytułowy oszust. Dlaczego oszust? Niekoniecznie z powodów oczywistych, związanych z jego sposobem zarobkowania, a więc sprzedawania rzeczy bezwartościowych za duże stawki. Oszustwo jakiego się dopuszcza główny bohater tej opowieści to oszustwo wyższego kalibru, oszustwo związane z tym co czuje, jak widzi świat i jak go przeżywa. Nasz oszust zdaje się nie wierzyć w to, co się dookoła niego dzieje, zda się traktować ludzi jak marionetki, swobodnie żonglując ich losami, życiem, a nawet śmiercią zabawiając się w swoistego aktora na wielkiej scenie miasta. Nie od rzeczy w swojej recenzji Lem nazwał go nihilistą. Oszust bowiem oszukuje wszystkich, łącznie z samym sobą. Oszukuje swoją gospodynię, swoją dziewczynę, przyjaciół, przypadkową dziewczynę, którą beztrosko w zasadzie zabija, oszukuje wreszcie sam siebie przy dwukrotnym markowaniu własnego samobójstwa. Zdaje się, że rzeczywisty jest tylko w jednym momencie, w jednej chwili, gdy uświadomi sobie co zrobił dziewczynie i w końcu poczuje jakieś żywsze emocje, ale to ledwie na chwilę, na moment, jej śmierć przyjmie już na ten swój dobrze odgrywany sposób. Kim jest ten oszust? W pierwszej chwili wydaje się być złośliwy, potem trudniej ocenić jego kolejne kroki, a ilość niechęci jaką powoduje może odstraszać. Jednak w tym wszystkim przewija się coś ważnego, jakaś nieuchwytna nić związana z tym jaki człowiek jest naprawdę, a jakiego siebie odgrywa przed ludźmi. Na ile to jaki ma swój wewnętrzny porządek to jednolita całość, na ile to materia podlegająca wpływom innych ludzi, ich ocenom, a także sytuacjom, jakie się pomiędzy nimi tworzą? Śledząc dzień jaki przeżywa tytułowy oszust trudno jednoznacznie to ocenić. 

  Ukryty w słońcu jest już bardziej złożoną i zdecydowanie ciekawszą historią, w której gatunki doznają pomieszania. Wydaje się, że to swego rodzaju powiastka psychologiczna, potem, że mała forma kryminalna, wreszcie groteska w płynącym w ciągu godziny strumieniu świadomości. Oto ponownie męski bohater oczekując na swoją mocno już się spóźniająca dziewczynę, Joannę, przeżywa ciąg rozmaitych wspomnień związanych z tym oczekiwaniem. Wspomnienia jedne ciągną za sobą kolejne przerzucając narrację w miejscu i czasie, choć nasz bohater nie zmienia swojego położenia przez całą tę godzinę. Śledząc kolejny ciąg obrazów, jaki wyłania się podczas tego oczekiwania zaczynamy coraz bardziej irytować się na spóźniającą, w końcu powątpiewać w jej istnienie, nareszcie podejrzewać, że to czekanie zakończy się, jak u Becketta. Przyglądając się bohaterowi Ukrytego w słońcu znajdziemy sporo cech wcześniejszego oszusta. Ten również lubi na poczekaniu wymyślać niestworzone historie, odsyłać ludzi w niewłaściwe miejsca i podobnie narażać życie dziewczyny. Jednak różni się znacząco. Jest artystą, dramaturgiem, lubi wyróżniać się w tłumie dzięki swojej oryginalności, ale podobnie jak oszust traktuje świat jak wielką scenę, a siebie jak aktora, który odgrywa znaczące role. Dlatego jego wspomnienia mieszają się z wyobrażeniami, ciągi myśli idą w różnych kierunkach, ostatecznie czytelnik nabiera się na prawdopodobną wersję wydarzeń, której finał jest zupełnie od nich odmienny..

  Okno to już dojrzalsza na tle poprzedniczek opowieść. Historia pisarza, którzy pisze od wielu lat jedną powieść, której nie może ukończyć przez ciągłe poprawianie kolejnych wersji i jego dziwnego związku z poznaną na imieninach kolegi Basią ma już w sobie większy potencjał i gdyby Iredyński zdecydował się w nią zainwestować więcej czasu mogłaby przerodzić się w ciekawą powieść. W zasadzie szkoda, że ostatecznie każdej z tych historii gatunkowo bliżej do opowiadania niż powieści.

  Po lekturze zbioru co do jednego czytelnik nie ma wątpliwości, bez zapoznania się z biogramem pisarza zawartym w posłowiu tomu. Biorąc pod uwagę ilość rozlewanego alkoholu w każdym utworze, oraz stosunek bohaterów do niego, od razu pojawia się pewność, że Iredyński był alkoholikiem, podobnie zresztą jak łatwo wyłapać różne stadia tego nałogu u jego bohaterów. Alkohol jest niemalże bohaterem pobocznym tych historii, sprzyja rozmowom i spotkaniom, jest wymówką i przyczyną, współgra z samopoczuciem, bądź je potęguje. Bohaterowie Iredyńskiego zdają się traktować wódkę niczym najważniejszą dla siebie osobę, bowiem zdradzając i oszukując wszystkich dookoła, tylko jej są właściwie wierni.

  Mimo zastrzeżeń Lema, wywodów Mrożka i wielu ostrych słów z przekleństwami na czele, nie mogę potwierdzić ich opinii. Iredyńskiego dobrze się czyta, choć nie powiem, by napawał specjalnie optymizmem, czy pozwalał czytelnikowi dobrze się poczuć z kreowanymi przez siebie postaciami. Jednak trudno odmówić mu talentu, nawet jeśli faktycznie Iredyński "oszukiwał" swoich czytelników. Nieistotne. Myślę, że warto poznać jego prozę, samodzielnie ocenić, dać szansę autorowi, któremu przecież obca jest sława jego oponentów. Polecam!


Dzieła zebrane, tom 1., Ireneusz Iredyński, Warszawska Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2009


* Listy 1956-1978, Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, str. 192

Czytaj więcej

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Pierwszy raz o audiobooku. "Zapiski na pudełku od zapałek" Umberto Eco

  JAK URZĄDZIĆ BIBLIOTEKĘ PUBLICZNĄ

(..)

5. Nie ma potrzeby wypożyczać więcej niż jedną książkę na raz.
6. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej, tak więc należy oddzielić w swoim życiu dwa fundamentalne aspekty: jeden dotyczący lektury, drugi - sprawdzania. Biblioteka ma zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, bo od tego można przecież dostać zeza.
7. Unikać wyposażenia biblioteki w jedną chociażby kopiarkę; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej ma być pracochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż w mieście, limity bardzo niskie, co najwyżej dwie, trzy stroniczki.
8. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby bowiem w pracy), za potencjalnego złodzieja.
9. Dział informacji winien być nieosiągalny.


  Zapiski na pudelku od zapałek są tak znane, tak często cytowane, że zastanawiam się na ile pisanie o nich ma jeszcze sens, ale kto wie, może dzięki mojemu zachwytowi więcej osób sięgnie po ten genialny audiobook, bo Leszek Filipowicz czyta po prostu zachwycająco! On nie czyta, on piękne interpretuje oddając sarkazm wypowiedzi Eco, kładzie nacisk na ton felietonów, od razu pozwalając słuchającemu na wyobrażenie sobie intencji autora. To naprawdę wyjątkowe i niezwykłe połączenie, tym bardziej, że lektor ma również bardzo charyzmatyczny głos, dzięki czemu w całości słuchanie to ogromna przyjemność.

Źródło zdjęcia
  Znany większości bibliofilii zbiór felietonów włoskiego pisarza to przede wszystkim z humorem opisywana rzeczywistość drugiej połowy lat osiemdziesiątych i początku lat dziewięćdziesiątych, która jak się okazuje pod pewnymi względami niewiele się różni od tej nam współczesnej.  Nadal ciężko znaleźć jakiś urząd, w którym można załatwić niezbędne dokumenty w rozsądnym czasie, nadal są one pełne osób, które pracują z przemyślną powolnością i zdawałoby się złośliwą satysfakcją mówiące o odroczeniu terminu na uzyskanie dokumentu, o który się ubiegamy (Eco opisywał swoje starania o prawo jazdy), nadal są biblioteki, których pracownicy zamiast ułatwić czytelnikowi dostęp do książek czy czasopism, zdają się robić wszystko, by to utrudnić. Dzięki tekstom Umberto Eco możemy przynajmniej pośmiać się z naszej bezsilności i z humorem podchodzić do tego typu codziennych potyczek. Tematów tego rodzaju jest bardzo dużo, a podejście autora do niektórych może wywołać nieskrępowany uśmiech. Przede wszystkim można z łatwością dostrzec, że na celowniku swojego sarkazmu miał Eco wszelkiego rodzaju instrukcje i poradniki. Już same tytuły kolejnych felietonów zdradzają ów ton. Jak rozumnie spędzić wakacje, czy Jak unikać chorób zakaźnych są wskazówką dokąd zmierzają prześmiewcze strony. Wszelkie społeczne fobie, mody na gatunki filmowe, bądź sposoby podróżowania są ukazane w sposób żartobliwy, przesadnie poważny i drobiazgowy.

  Niewątpliwie dla wszystkich bibliofilii najważniejszy będzie felieton Jak uzasadnić posiadanie biblioteki domowej, który choć krótki zawiera w sobie kwintesencję naszych codziennych bolączek związanych ze stale zadawanym pytaniem przez bez mala każdego odwiedzającego nas gościa: "przeczytałeś/aś to wszystko?". Eco uroczo poucza jak sobie z tym radzić jednocześnie szybciej pozbywając się gościa z domu, co jak wiadomo zaoszczędzi nam czas na czytanie. Nie mniejszej wartości są felietony związane ze stylistyką i pisownią, radzeniem sobie z pisaniem wstępów, prostowaniem tego, co już sprostowane, umiejętnością reagowania na znane nam twarze, których jednak nijak nie potrafimy połączyć z nazwiskiem, oraz podróżowaniem z łososiem. Zbiór tak praktycznych porad będzie przydatny też dla podróżujących samolotem, oraz amerykańskimi pociągami. Ogółem pozycja obowiązkowa dla każdego, nawet jeśli nie musi się tłumaczyć z posiadania domowej biblioteki.

 Felietony oryginalnie były publikowane w mediolańskim "L'Espresso", w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, a ich zebranie w jeden tom było naprawdę świetnym pomysłem. W całości prezentują się jako dawka ciętej satyry na ówczesną społeczność i logikę, z jaką rządziły się pewne mechanizmy społeczne, co na dobrą sprawę, nie uległo aż tak dużej zmianie od tego czasu. Polecam zarówno lekturę felietonów, jak i wysłuchanie audiobooka. Jest naprawdę rewelacyjny i może być przyjemnym remedium na ponury, zimowy* dzień.

Warto tu odnotować, że Zapiski doczekały się kontynuacji, którą mam również w najbliższych planach czytelniczych:
Drugie zapiski na pudełku od zapałek 1991-1993
Trzecie zapiski na pudełku od zapałek 1994-96


Zapiski na pudełku od zapałek, Umberto Eco, czyta Leszek Filipowicz, Propaganda, rok wydania: 2008, czas nagrania: 4 godziny 12 minut.



* choć za oknem aura przypomina bardziej jesień, bądź bardzo wczesną wiosnę..
Czytaj więcej

sobota, 4 stycznia 2014

Historia pewnego obłędu. "Za żelazną kurtyną" Anne Applebaum

  Mądre słowa, jakie padają na koniec tej książki długo zostają w głowie czytelnika. Są kwintesencją całej lektury, epoki oraz jej wydarzeń, a jednocześnie bardzo prostym wyjaśnieniem, dlaczego warto czytać takie tytuły jak Za żelazną kurtyną:
  Zanim uda się odbudować naród, obywatele muszą najpierw zrozumieć, jak doszło do jego zniszczenia: w jaki sposób osłabiano instytucje, wypaczano język, manipulowano ludźmi. Muszą znać konkrety, nie ogólne teorie, muszą usłyszeć osobiste świadectwa, nie ogólniki na temat mas. Muszą lepiej pojąć, co powodowało ich poprzednikami, dostrzec w nich ludzi z krwi i kości. Dopiero wtedy będzie możliwa powolna odbudowa społeczeństwa.*

 Anne Applebaum poświęciła tej pozycji sześć lat, które spędziła na wertowaniu archiwów, rozmowach z ludźmi (pisarzami, artystami, dziennikarzami), którzy ciągle jeszcze wspominają lata stalinizmu, będący świadkami jego rozkwitu bądź upadku, a także na czytaniu literatury przedmiotu. Jej praca zaowocowała niezwykłym dziełem, które oprócz wartości historycznej ma walory świetnego reportażu, niezwykłych wywiadów, a także dużego taktu wobec osób, które brały czynny udział w tworzeniu państw socjalistycznych, a które później historia i ich współcześni oceniali bardzo surowo.


  Węgry, Niemcy Wschodnie, tak zwane NRD, oraz Polska są głównymi bohaterami tej książki, choć Czechosłowacja, Bułgaria czy Rumunia również wzięły w niej udział jako bohaterowi poboczni. Głównym zainteresowaniem autorki jednak cieszyły się te trzy kraje, między którymi jak sama powiedziała w wywiadzie**, można wskazać więcej różnic niż cech wspólnych, ale w których proces tworzenia państwa socjalistycznego przebiegał w dokładnie ten sam sposób, ze stosowaniem tych samych metod podporządkowywania sobie ludzi oraz tworzeniem podobnej aparatury rządowo-policyjnej.

  Po drugiej wojnie światowej, po której większość narodów biorących w niej udział przeżyła ogromne traumy, związane zarówno z samymi działaniami wojennymi, okupacją, a przede wszystkim z gettami i obozami koncentracyjnymi, w których zginęło całe mnóstwo ich bliskich i znajomych, konieczność odczuwania ulgi po jej zakończeniu była silna. Każdy potrzebował poczucia wolności, możliwości swobodnego funkcjonowania i jako takiej normalności. Wkroczenie Armii Czerwonej, która teoretycznie przynosiła wyzwolenie, witane więc było z autentycznym entuzjazmem i prawdziwym poczuciem ulgi. To, co jednak przemilczały późniejsze informacje na ten temat to liczne zniszczenia, ciała zamordowanych ludzi i zniszczone psychiki zgwałconych kobiet, które pozostawiała za sobą przechodząca z triumfem przez kolejne kraje armia radzieckich żołnierzy. Już sam ten początek mógł dawać sporą wiedzę w temacie tego, jaką tak naprawdę przyszłość przygotowuje ZSRR dla okupowanych państw. Od tej historii, od wkroczenia armii radzieckiej do każdego z państw przyszłego bloku wschodniego zaczyna swoją opowieść Anne Applebaum. Kolejne rozdziały przybliżają historię powstawania, jako kraju komunistycznego, każdego z tych państw kolejno od och sekretarzy generalnych partii, zwanych "małymi" Stalinami (na Węgrzech Mátyás Rákosi, w Polsce Bolesław Bierut, w Niemczech Wschodnich Walter Ulbricht), tworzenia Partii, aparatu bezpieczeństwa, który z czasem przerodził się w kolejne narzędzie socjalistycznego terroru, pilotowanie grup młodzieżowych, w których zduszano wszelkie spontaniczne inicjatywy, a wreszcie do planów kilkuletnich stworzonych w każdym kraju, mających na celu sprawną i szybką odbudowę państw po wojnie, rozbudowę miast, szkół i gospodarki. Jednakże to jest elementarna wiedza historyczna, którą może przekazać każdy podręcznik. Czym się zatem wyróżnia ta książka?

  Anne Applebaum opisuje kolejne elementy znanej nam już historii ukazując jej szczegóły w kontekście wszystkich wydarzeń, zarówno wojennych, jak i tych zaraz po wojnie. Sytuacje, ludzi, poszczególne miasta opisuje drobiazgowo, dając zaplecze kolejnych działań wszystkich bohaterów tego trudnego okresu. Opisując drogę polityczną "małych" Stalinów opowiada o ich przeszłości, wymienia zaciemnienia wokół Bieruta, nie przemilcza rozkochania w systemie jaki wprowadzał stalinizm u Ulbrechta, pisząc o gwałtach jakie dokonywała "zwycięska" Armia Czerwona nie opuszcza fragmentów związanych ze spustoszeniami, jakie po sobie zostawiła, ale też daje psychologiczny obraz jej wycieńczonych żołnierzy. W reporterski sposób omawia osoby, które brały udział w budowaniu socjalizmu w swoich krajach, przedstawia ich punkty widzenia, trudności, z jakimi się borykali, ich próbę wiary w reżym komunistyczny, albo próbę wykorzystania zastanej sytuacji w najlepszy możliwy dla swojego narodu sposób. Żyjąc w krajach komunistycznych w okresie rozkwitu stalinizmu nie sposób było zupełnie nie brać udziału w zachwalaniu ustroju. Brak obecności na marszach pierwszomajowych, manifestach, festynach, brak udziału w zbiorowym śpiewaniu pieśni chwalących czy to Stalina, czy Partię, mogło skutkować zainteresowaniem Bezpieki, wzięciem danej osoby pod obserwację w najlepszym przypadku, aresztowaniem i brutalnym przesłuchiwaniem w najgorszym. Paranoja Stalina wywoła również obłęd w jego poplecznikach. Szukanie szpiegów tam, gdzie ich nie było, zwalczanie wszelkich spotkań zorganizowanych żeby zapobiec ewentualnego buntowi, zwalczanie organizacji religijnych, walka z Kościołem, to wszystko by utrzymać cały czas silną pozycję, nie pozwolić by ktokolwiek zaczął myśleć samodzielnie, a wreszcie doprowadzić do utworzenia Homo Sovieticusa..

 Poznawanie tej epoki to nie tylko kwestia dogłębnego przyjrzenia się kolejnym etapom zmian historyczno - politycznych okresu. Jest tutaj i historia, ale i jej kontekst społeczny, jest przedstawianie wydarzeń ogólnie, ale i przez pryzmat jednostek, zwykłych, szarych ludzi, z cytowaniem listów robotników, opowieści związanych z codziennym życiem, swoistym rozdwojeniem jaźni, które wywoływało publiczne mówienie tego, co poprawne i pochwalane przez ustrój. To fragmenty książek, reportaży, poezji z okresu, dające dowód tego, że choć ludzie musieli żyć pod przymusem, walczyć o szansę na przetrwanie, to jednak nie udawało się wcale łatwo przetransformować ich w Homo Sovieticusa, jak to sobie wyobrażał Stalin. Ta krótka z historycznego punktu widzenia epopeja sowieckiego obłędu jest o tyle ważna, że pokazuje, że jednoznaczne, czarno-białe oceny zachowań i decyzji ludzi żyjących w tamtych czasach jest błędnym i nie do końca sprawiedliwym zachowaniem. Chociażby dlatego, że często za tymi decyzjami krył się strach o rodzinę, o najbliższych, o życie. Oczywiście z uwzględnieniem, że nie każdy człowiek o to życie musiał się obawiać, nie każda decyzja wynikała z przymusu. To też historia o tych, którzy uwierzyli komunizmowi, a więc jednoznacznie opowiedzieli się za reżymem, o tych, którymi łatwo było manipulować, bo byli słabego charakteru, jednak przede wszystkim o tym, że ludzie po prostu chcieli normalnie żyć, nawet jeśli w związku z tym musieli czasem zaśpiewać bezsensowne pieśni.

  Szczerze mówiąc ta książka udowadnia tylko jak mało wiedziałam o tym okresie. Hasła, nazwy, daty, to wszystko to było jak widok za mgłą. Wiedziałam i nie wiedziałam jednocześnie. Miałam świadomość tego, jak było ciężko w tamtych czasach, ale nie wiedziałam nawet jak bardzo. Gdy dziś człowiek ma prawo do wykształcenia, własnych poglądów politycznych, czy wyznania religijnego ot tak, po prostu, bo jest człowiekiem, nie jest w stanie w pełni zrozumieć problemów tamtej epoki. Dlatego tak ważna jest ta książka. Rozrzedza mgłę, przejaśnia obraz. A przy okazji to kawał rzetelnej pracy dziennikarskiej. Mogę tylko zachęcać do lektury.




Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956, Anne Applebaum, Świat Książki przy współpracy z Agora S.A., Warszawa 2013
* str. 522
** wywiad można obejrzeć tutaj
Czytaj więcej

piątek, 3 stycznia 2014

Początki na ogół są trudne..

Walczę z postanowieniami. Tymi wewnętrznymi, bo oficjalnie to ja mam, jak to nazwała Biblipatka, bezplan. Otóż bezplan zakłada brak postanowień, planów, list wszelakich. A w głowie i tak co i rusz coś się tam rodzi.

Po pierwsze i najważniejsze: kupować mniej! (I konsekwentnie właśnie kupiłam kolejne pięć książek..)

Po drugie i najważniejsze: jak już kupować to różnicować autorów i dać szansę literaturze obcej. Tu lepiej, jestem z siebie dumna, na pięć zakupionych aż trzy obce nazwiska (szkoda, że oprócz tego zamówione kolejne trzy już tylko z polskimi nazwiskami..Mrożek, Iredyński* i Szczerek)! Inna sprawa, kiedy do tych nazwisk dotrę w trakcie przekopywania się przez półki nieprzeczytanych książek. Bo to już nie listy, to już półki, to już całe ściany oczekujących.  A na początku było tak obiecująco dużo miejsca!

rok 2011

A teraz..


trochę miejsca zostało jedynie w prawym skrzydle:


Po trzecie: dać szansę audiobookom. Otóż dotąd nie było o tym w ogóle mowy. Nie potrafiłam się skupić, nie mogłam znieść powolności czytania (męczący audiobook z Cieniami nad rzeką Hudson.. przerwałam a książkę skończyłam tradycyjnie) i miałam masę innych zastrzeżeń. Odkąd jednak jestem aktywna fizycznie boli mnie fakt, że "tracę" czas na ćwiczenia/bieganie i nie czytam. Problem zaczęły rozwiązywać właśnie audiobooki (choć na początku byłam sceptyczna wobec uwag Padmy w tym temacie bo biegać mogłam tylko z muzyką).. Najpierw rewelacyjna interpretacja Ferdydurke przedstawiona przez Piotra Fronczewskiego, a potem Zapiski na pudełku od zapałek Umberto Eco w wykonaniu Leszka Filipowicza doprowadziły mnie nie tylko do łez ze śmiechu, ale i wpłynęły pozytywnie na samą ocenę tematu audiobooków. Teraz kupiłam sobie Imię róży, którą czyta Krzysztof Gosztyła i mam nadzieję, że bieganie z tą lekturą będzie równie interesujące.

Po czwarte: darować sobie postanowienia, bo i tak nic z tego nie wychodzi.. Coś lub bardziej ktoś, rozproszy kolejnym inspirującym wpisem o fenomenalnej książce, znowu ulubiony autor/ka będzie na tyle bezczelny/a, że napisze coś nowego, co koniecznie będę chciała przeczytać, znowu dostanę jakąś niespodziankę w prezencie (jak ostatnio wszystkie trzy tomy Dzienników Mrożka) i znowu okaże się, że plan runął zanim w ogóle podjęłam się jego realizacji. Pytanie więc skąd w ogóle ta potrzeba planów, postanowień, układania list..? hm..

Po piąte: na litość, odłożyć na bok moje upodobanie do śmieci i czytać tylko literaturę. Czemu ja czasami czytam grafomańskie książki? chyba tylko na reset i tylko to mnie usprawiedliwia. Dodam do usprawiedliwień, że nie mam telewizora, więc dla mnie to jak dla przeciętnego oglądacza TV substytut komediowego, głupiutkiego serialu. A czasami, przyznaję bez bicia, ciągoty psychologa, jaki ciągle we mnie siedzi, by zbadać absurdalne i zgoła niemożliwe zjawisko niejako od podszewki. Jednakże w zeszłym roku poddałam się definitywnie..

Po szóste i najważniejsze: wyleczyć się z nałogu internetowego przeglądania:
- godzinami blogów ksiązkowych
- stron internetowych poświęconych książkom
- stron internetowych księgarni

I w sumie mogę powiedzieć, że rok zaczął się całkiem nieźle. Jeden audiobook i jeden całkiem niezły kryminał. Jednakże to tylko na początek, na rozluźnienie. Wkrótce będą raczej mocniejsze i ważniejsze tytuły. Zacznę na pewno od najnowszej książki Anne Applebaum, o której uwagi rozpiszę już w następnym wpisie.




* Bo w czytanych aktualnie listach między Mrożkiem, a Lemem, obaj panowie używają sobie na Iredyńskim naprawdę w niewybredny sposób, dając upust wszelkim negatywnym emocjom związanym z jego postacią. Nie masz lepszej zachęty!
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.