poniedziałek, 11 lutego 2019

Przerywam milczenie, gdyż "Niespodziewanie jasna noc" proszę państwa

Pamiętam dawne swoje czytelnicze czasy, gdy albo szczęście do tytułów, albo zachłanność czytelnicza, powodowały, że wszystko mnie wciągało maksymalnie swoją fabułą. Potrafiłam prowadzić wózek z najmłodszą siostrą i czytać, iść przez ulice i czytać, wchodzić do wanny i czytać nie zwracając uwagi na coraz zimniejszą wodę.


To są naprawdę odległe czasy. Nie wiem na ile to coś we mnie się zepsuło, na ile zaczęłam bardziej wyczuwać sztampę czy schematyczność, a na ile teraz jest trudniej o dobrą (ha, rzecz jasna, subiektywnie!) lekturę. Być może, że to wszystko po trosze spowodowało, że dużo rzadziej zdarzają mi się sytuacje, gdy książka mnie zaczaruje. Dlatego aż mnie nosi, gdy jednak coś takiego zadzieje się ponownie! Nawet gdy w zasadzie mogę powiedzieć szczerze i od serca, że książki o młodzieńczym zakochaniu naprawdę średnio mnie już interesują. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: jestem bardzo łatwa, gdy w grę wchodzi Szekspir.
Harmonia wizja świata
Niespodziewanie jasna noc” Renaty Frydrych jest niespodziewanie wyśmienitą historią, w której można znaleźć wszystko, oprócz schematu. No dobrze, żeby nie było że jestem zupełnie nieobiektywna: oczywiście, że schemat, że dwoje ludzi się poznaje jest. Problem w tym, że oni się poznają.. i nie poznają. I niestety, nie mogę powiedzieć więcej, żeby nie zdradzić zbyt wiele. Ad rem jednak!
W mojej zupełnie dziwacznej ocenie całości mamy dwóch ważnych bohaterów: Harmonia i Szekspira. Harmoń to żartobliwa ksywka dla nowego pracownika ochrony metra, który parę lat wcześniej przeszedł zapalenie mózgu. Choroba była na tyle rzutująca na jego życie, że doznał amnezji. Nie pamiętał siebie sprzed okresu nieprzytomności, wiedział kim był i co robił, ale nie, nie pamiętał tego i już nie potrafił być właśnie taki. Natomiast stał się osobą, która ma znaczący wpływ na cudze poczucie spokoju i harmonii wewnętrznej. Dla świata zewnętrznego zidiociał kompletnie. Dla mnie stał się najwspanialszą postacią literacką od czasów dziecięcych zachwytów nad Kubusiem Puchatkiem i Włóczykijem. Przez Harmonia przemawia najpiękniejsza wizja świata, o jakiej słyszeliście.
Szekspir zaś zupełnie namieszał w życiu niejakiego Kuby Sokołowskiego. Zawrócił w głowie „Burzą” obejrzaną w Teatrze Narodowym i wywrócił do góry nogami ambitne prawnicze plany na przyszłość.
Romeo i Julia?
Rzecz jasna, ani Harmoń ani Szekspir nie są głównymi postaciami w tej opowieści. Obok Kuby poznacie oryginalną dziewczynę, Alice Green. Alice mieszka w Londynie, od 13-ego roku życia boryka się z ogromnymi problemami z nerkami, które po prostu przestały pracować. Przez lata dializ, częstych pobytów w szpitalu, wypracowała w swojej wyobraźni własną wersję miłości, o której marzy i do której tęskni.
Kuba w Warszawie, do tego z dziewczyną taką na dobre i złe, z paczką przyjaciół i całym życiem zaplanowanym przez ambitnego ojca, oraz Alice, bez mała wiecznie przykuta do łóżka londyńskiego szpitala. Jak na siebie trafili? Oczywiście przez internet. On zobaczył jej rysunek, wywiązała się rozmowa, wreszcie odwaga by porozmawiać przez Skype’a. I nagle wszystko się zmieniło..Co ma z nimi wspólnego Harmoń? Bardzo wiele! Nie będę jednak więcej pisać, powiem wprost: to jest książka, którą się nosi długo w głowie i nie można przestać się uśmiechać. Nie można!
Jak radzić sobie ze szczęściem?
Nie wiem, co najbardziej mi się podobało w tej powieści. To, że już od pierwszego zdania poczułam się jak w tej właściwej dla mnie bajce? To, że pokochałam Harmonia z całego serca i każde jego zdanie? Czy może to, że życie jest jak najbardziej? Pozostaje jeszcze w obwodzie niezwykły kurs na okoliczność bycia ofiarą napadu niespodziewanego szczęścia. Niewykluczone, że to on zawinił, chociaż pewności nie mam. Jest jeszcze parę wskazówek, ale może ponowna lektura odpowie mi na to pytanie. A może nie będę wiedziała tego na pewno, pewne rzeczy się w końcu tylko czuje. Jeśli książka jest lustrem, która odbija to co we mnie już jest, to jestem przeszczęśliwa że mogłam zobaczyć to właśnie odbicie.
W „Niespodziewanie jasnej nocy” znajdziecie sporo ciekawych wątków. Fragmenty świetnych scenek filmowych, dużo pięknych i celnych zdań, wreszcie oryginalną opowieść o miłości. A także niebanalną konstrukcję całości. Właściwie to jest takie cudowne remedium na kiepski nastrój, książka do wielokrotnego czytania (cierpię na tę przypadłość, że dzielę książki i filmy na takie, które są jednorazowe i takie, które są do wielokrotnego powtarzania). Zostawiam powieść Renaty Frydrych na półkach, z przyjemnością przeczytam poprzednią i będę czekać na kolejne. I musiałam wam o tym opowiedzieć, podzielić się, bo uwierzcie, to naprawdę rzadkie, gdy książka mnie aż tak zachwyci.
A i ważne jeszcze: dobra opowieść o miłości to nie zawsze prawdziwy happy end i „żyli długo i szczęśliwie”. W zasadzie dobra powieść o miłości to powinna się zaczynać od pierwszych chwil małżeńskiego życia, a nie kończyć ślubem. Ale to już nie dotyczy „Niespodziewanie jasnej nocy”... bo ona kończy się dużo, dużo lepiej.


premiera: 13 lutego - nie przegapcie! 
Renata Frydrych, "Niespodziewanie jasna noc", Wydawnictwo Literackie 2019
Czytaj więcej

niedziela, 28 października 2018

"Trzecia siostra" Joanny Marat


Sagi rodzinne wzbudzają zainteresowanie czytelników z różnorodnych powodów. Dla niektórych ma znaczenie wielowątkowa historia i sięganie po przeszłość przodków bohaterów. Dla innych sama otoczka historyczna, która nieuchronnie się pojawia w tego typu powieściach. Jeszcze innych przyciąga samo szukanie swojej historii genetycznej..

Ciekawą teorię na temat istnienia ludzkiego, jego w zasadzie dowodu na istnienie, stworzyła Oriana Fallaci w swojej nieukończonej opowieści o własnej rodzinie. Otóż według niej człowiek istnieje dzięki swoim przodkom nie tylko za sprawą genów, ale również dlatego, że stanowi zwielokrotnione ja swoich protoplastów. Czy tego chcemy czy nie, swoich korzeni nie da się tak zupełnie zignorować.
Trudne powroty
Nie wiem czy to kwestia  już mojego wieku,  wieloletnich czytelniczych doświadczeń, czy bieżących list bestsellerów, ale coraz rzadziej sięgam po nowości bez poczucia, że ponownie dostanę miałką historię o tym samym...Coraz rzadsze więc są olśnienia, odkrycia nowych pisarzy, bo i wielkich powieści jest coraz mniej. Czasami jednak warto dać się przekonać, sięgnąć po mniej znane nazwisko, zaryzykować. Może się okazać, że nagle pojawia się jednak ktoś z ciekawym pomysłem, niezwykłą realizacją i wielogłosową powieścią. 
A zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Joannę Marat i jej „Trzecią siostrę”, która wręcz aż przywołuje opowieść Oriany Fallaci, a jednocześnie jest zupełnie nietypową polsko – niemiecką wersją sagi rodzinnej, w której roi się od tajemnic, zagmatwanej przeszłości, nieoczywistych wspomnień i wreszcie bardzo dziwnej, co najmniej osobliwej, żeby nie powiedzieć zaskakującej, relacji trzech sióstr. Sióstr z jednej matki, choć pochodzących od trzech różnych ojców. Ot zdarza się.
Najstarsza właśnie przyjeżdża do kraju z powodu pogrzebu matki. Średnia, która się  opiekowała umierającą, jest pełna kompleksów, lęków i nieufności wobec wracającej. Najmłodsza z kolei nosi w sobie dużo nadziei i własnej porcji niepokojów. To spotkanie, które za chwilę ma się odbyć, spotkanie po latach, po długiej nieobecności tej najstarszej, animozjach ze średnią, brakiem w zasadzie kontaktu z najmłodszą  nie będzie sentymentalnym, wzruszającym momentem. Będzie kolejną przeszkodą do pokonania. Gorzką pigułką, którą trzeba przełknąć wraz z pogrzebem matki.


Zaszłości i kręte ścieżki do prawdy
Natalia, Agata i Emilia. Aktorka właśnie wracająca do kraju, lekarka alkoholiczka i młoda siostra zakonna. A właściwie chyba nie do końca nadal siostra, bo jej status jest w tym temacie dość niejasny. Habit jednak pozostaje jej doskonałą zbroją przed całym światem w ogólności, siostrami w szczególności. Chociaż tę najstarszą chciałaby wreszcie poznać bliżej, dowiedzieć się więcej, może wreszcie zrozumieć coś z ich własnej, poturbowanej zaszłościami historii?
Niewątpliwie nie są to najlepsze przyjaciółki, dodatkowo każda nosi jakąś osobistą tajemnicę, której nie chce, albo nie potrafi zdradzić pozostałym. Jakby jakiś klin był między nimi, a może matka, która każdą traktowała inaczej, miała na innym etapie życia i w trakcie głoszenia innych poglądów, była niechcący twórczynią muru powstałego między siostrami? A może to tajemnicza trzecia istota z ich domu, o której siostry więcej milczą niż mówią?
W tych dziwnych relacjach i zaszłościach, niejasnych animozjach i wzajemnych pretensjach pojawiają się również wątki z przeszłości dużo dalszej, jeszcze sprzed czasów ich matki, które naprowadzają czytelnika na ślady tej dziwnej, wielopokoleniowej sztafety, którą przekazywały sobie kolejne pokolenia. Sztafety pełnej pretensji, niechęci, ksenofobii i rodzinnych nieszczęść...
Nietypowa układanka
Wielogłosowość narracji, tajemnicze zapiski i wspomnienia stanowią podstawowe elementy powieści. Każdy z głosów jest inny, każdy doskonale odzwierciedla przedstawianą osobowość, każdy zapowiada inny wątek. Joanna Marat stawia przed czytelnikiem ciekawe, inspirujące, ale i wymagające czytelniczo zadanie. Na początku, żeby odnaleźć się w rodzinnych koligacjach, później, żeby jakoś złożyć te wielopokoleniowe puzzle i odnaleźć źródło, które stało się przyczyną zatargów między siostrami i ich wzajemnych pretensji. Początkowy wielogłos rodzinnych relacji, kolejnych osób biorących udział w dramacie, może się wydawać, że jest zbyt liczny, przytłaczający i że trudno się będzie w nim odnaleźć.
Po pewnym czasie jednak lektura staje się coraz bardziej interesująca, losy kolejnych kobiet coraz bardziej fascynujące, a ich tajemnice coraz bardziej intrygujące. Ze strony na stronę powieść odsłaniając kolejne karty z dziejów rodziny Cudowskich odkrywa również przed czytelnikiem niezwykłe obrazy, a następnie zaciemnia je i wywołuje wątpliwości, a wreszcie większą uważność. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem każdej z sióstr? Która wersja przeszłości jest prawdziwa, a która tylko wygodną historią fabularną? 
Koniecznie zajrzyjcie do tej książki!

Joanna Marat "Trzecia siostra", Prószyński i s-ka
Czytaj więcej

środa, 29 sierpnia 2018

Gdy wiesz, że już się nie oderwiesz do ostatniej strony.. "Naturalista" Andrew Mayne

Jestem - jak sądzę dożywotnio - fanką "Archiwum X", co w sumie zaczęło się wcześniej od niesamowitego "Miasteczka Twin Peaks". Tajemnice, las, pogoń za nieznanym, niemożliwość do oszacowania podejrzanego i wreszcie tęgie umysły, które wychodzą temu naprzeciw. Prawdopodobnie z tego samego powodu uwielbiałam Dr. House'a, który z kolei fascynował swoim sposobem myślenia i rozpracowywania zagadek medycznych. Uwielbiam wielkie umysły! Dodać do tego zagadkę i można zapomnieć, że zareaguję na próbę kontaktu.. 

I właśnie tak zadziałał na mnie "Naturalista" Andrew Mayne'a. Zaczęłam czytać mniej więcej przed 12:00, skończyłam o 20:15. To, że w międzyczasie dawałam się oderwać od lektury wynikało tylko i wyłącznie z potrzeb biologicznych. Jaki mąż, jakie zwierzęta? Tutaj się dzieje proszę państwa!


W zderzeniu z nieznanym

Początek powieści jest iście filmowy i stanowi doskonały wstęp do całości. Rok 1989, dwoje młodych ludzi wybrało się na letnią wycieczkę pieszą. Ona została przy namiocie podczas gdy on poszedł na stronę. Jednak nagle w lesie robi się dziwnie, atmosfera się zagęszcza. Trevor gdzieś wsiąkł a Kelsie czuje się zaniepokojona, chociaż próbuje racjonalizować swoje lęki. Jednak niepokój narasta. Przy namiocie pojawia się pieniek, który znika, w lesie robi się jakby ciemniej. I nagle następuje atak. Zwierzę? Potwór? Coś patrzy na umierającą dziewczynę...

I wracamy do teraźniejszości, którą poznajemy już z pierwszoosobowej narracji doktora Theo Crey. Zderzenie z tą postacią jest od razu jednoznaczne: nie jest to typowy flegmatyczny naukowiec, jakkolwiek wszystkie pozory na to wskazują. To człowiek, który analizuje prawie każdy element rzeczywistości, chociaż to, że to właśnie na niego policja robi zasadzkę w motelu, gdzie wynajął pokój.. cóż, na to nie wpadł ten niesamowity człowiek.

Aresztowanie i dziwne śledztwo

Theo posłusznie słucha detektywa Glenna, gdy ten uprzejmie acz stanowczo go aresztuje. Odprowadzony do aresztu Theo nie ma pojęcia co się właśnie wydarzyło. Dlaczego został aresztowany? Czemu nikt nie wyjaśnia mu co się dzieje? Trybiki w jego głowie jednak nieustannie pracują. Łatwo szacuje kto jest mu przychylny, a kto rozmawia z nim wrogo. Niczym antropolog/biolog detektyw ocenia ludzkie postawy i emocje, jakie zza nich wyzierają. Wydaje się, że może nawet kalkuluje zbyt zimno..

Dość szybko jednak się okazuje, że to jedna wielka pomyłka. Trwa właśnie śledztwo w sprawie śmierci pewnej młodej dziewczyny, którą Theo mimo zmasakrowanej twarzy ofiary rozpoznaje jako swoją studentkę. Na dodatek jak się okazuje, dziewczyna było mocno zafascynowana swoim wykładowcą i stąd znalazła się własnie w lesie Montany, w tym samym obszarze badań doktora Theo. Co badała? Dlaczego była nieostrożna? Bo jak wskazuje wynik śledztwa, za jej śmiercią stoi niedźwiedź. Doktor Theo, który podejrzewał siebie samego o socjopatię przezywa tę śmierć o wiele silniej niż sam to rozumie.

Theo Crey w akcji

Właśnie dlatego Theo nie potrafi spokojnie przyjąć wyniku śledztwa. Widzi więcej i bardziej, co wcale mu nie pomaga. Dostrzega niuanse tam, gdzie każdy daje się zwieść pozorom. Dlatego rozpoczyna walkę o prawdę w sprawie śmierci June. Nie chce poprzestać na łatwych wnioskach, chce udowodnić, że ktoś zafałszował dowody w tej sprawie. To jest dopiero początek tej fascynującej historii, w której zagadki mnożą się jak łby Hydry. A jest w tej powieści cała masa odnóg, wątków, postaci zamieszanych w całość, co gmatwa i mnoży domysły. Co lub kto stoi za morderstwami?

Oto widzisz drogi czytelniku, dostajesz do ręki coś, co jest lepsze niż niejeden film (choć jednocześnie jest doskonałym materiałem do scenariusza!), co pobudza wyobraźnię do granic wytrzymałości, zapoznaje z wieloma ciekawostkami (eksperyment z kroplą paku! drapieżne zachowania delfinów! styl polowania żarłacza białego!) oraz co najważniejsze: fascynuje postacią głównego bohatera. Uwierzcie, slogan marketingowy pojawiający się w tekstach promocyjnych o powieści, że książka was wessie nie jest czczą bzdurą. Sięgajcie, czytajcie i dajcie się pochłonąć tej historii. A potem dołączcie ze mną do pisania listów pochwalnych do wydawnictwa z prośbą o konieczne zakupienie praw do kolejnych części. Ja was wręcz o to błagam.

Zresztą: przeczytajcie, przekonacie się sami.

"Naturalista" Andrew Mayne, WAB
premiera: 5 września




Czytaj więcej

wtorek, 7 sierpnia 2018

"Stroicielka dusz" Aldony Bognar. Czyli nie oceniaj po okładce i tytule, bo możesz otrzymać coś zaskakującego!

Przyznaję bez bicia: zobaczyłam okładkę, przeczytałam tytuł i.. wrzuciłam do worka ze sztampową obyczajówką. O, wspaniale, że są autorki, które dają mi po łapach i pokazują, że ocenianie po pozorach to najgorsze, co można zrobić.

Cztery

Jest ich cztery. Jak żywioły, każda jest inna, każda ma zupełnie inne doświadczenia, każda jest na innym etapie życia, każda ma w sobie inną prawdę. Dagmara przejmuje się i dopisuje czarne scenariusze do wszystkiego. Łucja cierpi po śmierci męża. Julita nie radzi sobie ze złością. Eliza z kolei ocenia wszystkich, jak ja tę powieść - po okładce. Nie daje nikomu szansy, nie otwiera książki, po prostu od razu wie lepiej.

I jak tak sobie pomyśleć na zdrowy rozsądek, można sobie zadać pytanie: co może połączyć te cztery kobiety? Jak mogą w ogóle znaleźć wspólny mianownik? A czy nie wszyscy go mamy niezależnie od płci, wieku, religii, czy koloru skóry? Czy nie wszyscy szukamy prawdy o sobie? Ano właśnie. To połączy te cztery żywioły. Szukanie wyjścia z sytuacji, w której się znalazły choć każda jest zgoła inna i z inną problematyką.



Tancerka, wdowa, artystka i nauczycielka

Kim są nasze bohaterki? Julita bardzo by chciała się wybić jako profesjonalna tancerka, ale nie ma szczęścia do partnerów tanecznych. Łucja nie może się otrząsnąć po śmierci męża, mimo, że upłynął już rok. Dagmara bardzo kocha swoją rodzinę, ale straciła z nimi kontakt, jak również z tą częścią siebie, dzięki której życie było dużo ciekawsze. Eliza szuka miłości swojego życia, chce się spełnić jako żona i matka. Zamiast jednak rozejrzeć się dookoła siebie.. Ocenia świat pod linijkę.

Te kobiety połączy internetowe forum i ogłoszenie, jakie się na nim pojawiło. Pewna kobieta zgłosi się jako stroicielka dusz i zareklamuje swoje usługi. Cztery żywioły połączą się więc w jednym celu: omówienia swoich przygód podczas wizyty u tajemniczej stroicielki, bowiem jak się okaże.. Dla każdej z kobiet będzie to zupełnie inna kategoria i sceneria! przeżyć.

W drodze do zmian

Poznanie prawdy bywa bolesne, okrutne i może spowodować wiele cierpienia. Jaką prawdę poznają Julita, Łucja, Dagmara i Eliza? Przede wszystkim zagmatwaną i pełną dowolnej interpretacji, której oczywiście każda dokonuje na własną rękę. Na ile te domysły okażą się trafne? Czy prawda to zawsze tylko goła prawda, czy można ją ubrać w niewłaściwe słowa? Otóż: można. Co nie zmienia faktu, że pozwala to dotrzeć do sedna, nawet jeśli trochę krętymi ścieżkami.

W drodze do zmiany swojego życia, siebie samych, poznawania siebie i swoich zalet, wszystkie cztery kobiety przejdą przez bolesny etap mierzenia się z tą prawdą. Na ile tutaj prawda zadziała wyzwalająco? Takie powieści jak Aldony Bognar to istna perełka w bagnie. Okładka sugeruje kolejną sztampową historię, pierwsze strony wcale nie działają mocno zachęcająco, ale gdy już dacie się jej porwać.. O, zapewniam! Będziecie czytać z zapartym tchem. Tak jak kiedyś, dawno temu przy pierwszych poważniejszych lekturach. I na koniec zostaniecie z dużym uśmiechem. Dlatego nawet się nie zastanawiajcie czy sięgać po "Stroicielkę dusz". Po prostu czytajcie.

"Stroicielka dusz" Aldona Bognar
Premiera: 22 sierpnia 2018
Czytaj więcej

niedziela, 5 sierpnia 2018

"Dietoland" Sarai Walker - powieść o uczeniu się akceptacji siebie


Chodźcie chodźcie, opowiem Wam o świetnej książce!
Dziewczyny, kobiety, koleżanki, przyjaciółki, chodźcie. Opowiem Wam, że wcale nie musi być nam tak ciężko i trudno, bo: mamy siebie.
Chodźcie, przeczytajcie i zaraźcie się efektem Jennifer. 

Żyć tu i teraz 

To jest ta najtrudniejsza część: żyć tu i teraz, w aktualnym momencie swojego życia. Nie roztrząsać przeszłości. Nie wyobrażać sobie przyszłości jako lepszej wersji siebie, bo wtedy na pewno schudnę, nauczę się, skończę, zmienię to co planuję zmienić. Nie! Nawet jeśli osiągnięcie te wszystkie cele, to wymagają one czasu. Dlatego nie można zaniedbać siebie tu i teraz.

A tak właśnie robi Plum. Plum nie dba o siebie aktualną, Plum widzi swoją przyszłość i dla niej dokłada starań. Tyle, że ta przyszłość to ciągle duży znak zapytania, bo oznacza operację, która jak każda operacja może się wiązać z komplikacjami oraz kilkadziesiąt kilogramów mniej. Tak, Plum jest otyła.



Suknia dla Alicii

Alicia Kettle to imię i nazwisko, pod jakim została zarejestrowana Plum. Jednak w domu była zawsze Plum. Jakby otrzymała mimochodem dwie osobowości. Jedna to duża dziewczyna, od dziecka właściwie zmagająca się z nadwagą. Druga to Alicia. Idealna wersja Plum w przyszłości. Szczupła, piękna i może zrobić wszystko to, czego nie może zrobić Plum.

Pytanie tylko, czy na pewno Plum nie może zrobić tego, co wyobraża sobie dla Alicii? Na ile to kwestia ograniczeń, które nałożyła na siebie sama Plum oraz oczywiście społeczeństwo, które wie lepiej jak powinna wyglądać kobieta? Pytanie na ile sami sobie pozwalamy odbierać prawo do siebie przez utarte zwyczaje, konwenanse, przyjęte normy i standardy dla wyglądu, chodziło po mojej głowie podczas czytania bez przerwy.

Efekt Jennifer

Wymaganie od kobiety, by wyglądała zgodnie z jakimiś standardami jest w moim odczuciu pewną formą przemocy. Ile z nas się katowało, bo idealna waga to zawsze było mniej niż to co wskazywał licznik? Ile było lub jest na wiecznej diecie, bo lepiej się pilnować i dręczyć? Ile źle się czuje z samą sobą, bo nie wygląda jak ideał z okładki? Ile się tnie, doprowadziło do bulimii/anoreksji/rozchwianego metabolizmu, bo próbowało sięgnąć wyimaginowanego ideału?
...

Prawdopodobnie więcej niż przypuszczam. Niewątpliwie to jest przemoc psychiczna. Jakby kobiety zaznawały jej mało. Gwałty, bicie, upokorzenia w miejscu w pracy. I z ofiary zawsze się robi winną. Sprowokowała, sama tego chciała, na pewnie myślała tak, przecież nie mówiła serio. W takich sytuacjach chciałoby się spotkać kogoś, kto by dał tym wszystkim facetom porządnego kopa w dupsko. Albo więcej.

O co tu chodzi?


Zastanawiacie się pewnie o co chodzi. Najpierw Plum, a potem gwałty i zemsta. Jaki to ma związek? A widzicie, ma. W "Dietolandzie" znajdziecie całą gamę problematyki z jaką borykają się kobiety na całym świecie. Niezależnie od szerokości geograficznej każdą z nas poddawana jest takiej samej tresurze. Bądź ładna, grzeczna, zachowuj się, wyglądaj, posprzątaj, pozmywaj, usłuż, schudnij, jeszcze bardziej schudnij, wyglądaj!

A figa. Bo na świecie zawsze może być jeszcze Jennifer. A potem efekt jej działań sięgnie dalej i dalej i dotrze.. do każdej Plum. Do Ciebie. I Ciebie. I Ty staniesz się czyjąś Jennifer. Ale najpierw, najpierw stań się Jennifer dla siebie. I bądź tu i teraz. Kup suknię dla Plum, nie dla Alicii. I przeczytaj "Dietoland" natychmiast.

"Dietoland" Sarai Walker
premiera 22 sierpnia 2018
Czytaj więcej

poniedziałek, 2 maja 2016

Człowiek i jego badawcza ciekawość. "Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisława Lema


Czasami głęboko zakorzeniona we mnie feministka ma dosyć. Pomijania kobiet, ignorowania kobiet, albo traktowania jedynie instrumentalnie. Stanisław Lem nie wykreował żadnej rozsądnej kobiecej postaci. Piloci, inżynierowie, badacze eksplorujący różnorodne planety to zawsze mężczyźni. Kobiety pojawiają się w rolach rzekłabym służebnych, znikomych, albo wcale.

Trudniej się gniewać na Lema, gdy pisze naprawdę mądre zdania perełki, trudniej się gniewać, gdy znam już jego biografię i wiem, jak mimo miłości do żony potrafił jej po prostu nie zauważać, a jeszcze trudniej, gdy większość (z naciskiem: większość, a nie wszystkie) polskich pisarek współczesnych kreuje kobiece bohaterki, po których oceniając kobiety generalnie można by dojść do wniosku, że wszystkie to idiotki z fazą hormonalną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Doprawdy, biorąc to wszystko pod uwagę, oraz epokę, w której się wychował i funkcjonował, trudno się złościć.

Jestem jednak świadoma, że to tylko usprawiedliwienia, dzięki którym usuwam tę złość na obrzeża świadomości, by cieszyć się lekturą. Bo cieszę się prozą Lema zawsze. Pomimo! Tak jak w miłości. W końcu nie ma pisarzy idealnych...

Model człowieka

„Opowieści o pilocie Pirxie” to czas szkoły podstawowej i mojego pierwszego publicznego czytania na głos. Nic z tego nie pamiętam oprócz napięcia, że muszę być w centrum uwagi i że niewiele rozumiem z tego co czytam. Koszmar! To było trudne doświadczenie, bo już wtedy uwielbiałam „Bajki robotów”, toteż sądziłam, że to będzie mój kolejny ulubiony pisarz. Nie zagrało.

Teraz po latach, gdy mam fazy na Lema, a mam je cyklicznie, czytam co popadnie. „Opowieści o pilocie Pirxie” trafiło to do mnie w trakcie czytania, to książka bodaj najbardziej znana, a jednocześnie dość rzadko omawiana. Efekt lektury szkolnej? Być może. A jednak to Pirx stanowi w pewien sposób wyjściowy model lemowskiego człowieka, pełnego ciekawości, niesztampowości w postępowaniu i czysto ludzkiego poznawania samego siebie w kontekście doświadczania nowego.

Opowieści o Pirxie

Zbiór opowiadań, którego głównym bohaterem jest pilot Pirx to historia jednego człowieka w zderzeniu z jego zawodowym doświadczeniem, choć opowiedziana niechronologicznie, częstokroć tylko z uwzględnieniem kolejnych nietypowych doświadczeń bohatera. Nie poznamy tutaj za bardzo prywatnego życia Pirxa, nie ma jego dzieciństwa, ani rodzinnej przeszłości. W zamian otrzymujemy zestawienie intrygujących historii.

Niektóre z nich mogłyby nadawać się na scenariusze nieźle skrojonych seriali. Znikający piloci z patroli, robot wystukujący alfabetem Morse’a ostatnie rozmowy załogi sprzed katastrofy, nietypowa katastrofa podczas standardowego lądowania, która nie miała prawa się zdarzyć, czy robot wiedziony ciekawością granic własnych możliwości, to zaledwie garstka tematów, które Lem umieścił w swojej książce. Każda kolejna opowieść działa, niczym czarna dziura, na zasadzie całkowitego zasysania czytelnika.

Czytelnicze do-opowiadanie

Wielu czytelników krzywi się na otwarte zakończenia i ma autorom za złe taki styl zamykania całości. Oczywiście są granice takiej otwartości, a Lem na szczęście ich nie przekracza. Daje czytelnikowi szansę na odkurzenie swojej wyobraźni, rozwinięcie dalszych wydarzeń, posunięcie się w domysłach dalej niż tylko oczywistości.

I nie tylko. Lem otwiera przed czytelnikiem nieskończone przestrzenie kosmiczne. Opowiada o samotności, ale i o wewnętrznej sile swojego bohatera. Poddaje go próbom i testom, by wykazać, że ma prawo do błędów i uczenia się z doświadczenia. Wreszcie, umieszczając w pilocie Pirxie czysto ludzkie odruchy oddaje czytelnikom postać, której nie da się nie polubić od pierwszych wersów.
Pomimo, to muszę dodać. 


 "Opowieści o pilocie Pirxie", Stanisław Lem, Agora S.A., Warszawa 2008
Czytaj więcej

piątek, 22 kwietnia 2016

Kazirodcze love story? "Kamienna noc" Gai Grzegorzewskiej

Jeśli ktoś nie czytał dotąd żadnej powieści Grzegorzewskiej może być zaskoczony wszechobecnym mrokiem, w którym toną jej bohaterowie, tajemnicami oraz powikłanymi losami. Zaczynając przygodę z Julią i Profesorem od "Kamiennej nocy" czytelnik zostanie pochłonięty historią z piekła rodem, choć jednocześnie opiewającą jedną z głębszych i trudniejszych relacji, o jakich ktokolwiek dotąd pisał.
Dobry kryminał powinien fundować niezłą akcję, sprawnie rozegraną zagadkę kryminalną i odpowiedni dobór charakterologiczny głównych bohaterów. Gaja Grzegorzewska zapewnia czytelnikom cały ten pakiet, a oprócz tego emocjonalną huśtawkę, zagadkę w zagadce i kompletnie pogubienie tożsamości bohaterów.





Dwoje straceńców


Kraków? Grecja? Wenecja? Kraków? Dwoje archeologów, palące słońce, dziwne relacje i jakaś skrywana tajemnica. Wszystko dzieje się gdzieś na obrzeżach świadomości Profesora. Nie ufa Julii, ani reszcie ekipy, nie ma cierpliwości do odgrywania roli archeologa specjalisty w jednej wąskiej dziedzinie, nudzi się. Jak się tu znaleźli? Co ich przywiodło? Dlaczego nagle Julia ma jakieś tajemnice z Martą? I nagle fabuła odmienia się. Otwiera się mrok, którego u Grzegorzewskiej zawsze pełno, ale tu ściera się on z wszystkim. Z miłością, z pożądaniem, z codziennością.

Ów mrok wkracza w życie dwojga uciekinierów, jest wszechwładny, powoli zatacza coraz szersze kręgi w ich relacji, wśród ludzi, wokół których żyją. Czy miłość może poniżać? Czy ma prawo odzierać z godności? Czy wreszcie miłość może sięgnąć po broń? A jednak, to Julia strzeliła do Łukasza.

Przewrotność narratora

Śledzenie fabuły "Kamiennej nocy" w pewnym momencie zaczyna przypominać jazdę po niebezpiecznej górskiej drodze. Na domiar złego, częściowo na wstecznym! Narracja pcha nas w przeszłość, tłumacząc wszystko to, co autorka już na początku zdradza. Zdradza i nie zdradza, bo widać, przewrotność w jej narracji to jakiś znak rozpoznawczy, rys charakteru. Wreszcie trochę teraźniejszości, ale mocno zagmatwanej i w końcu historia Marii Karo. Kim jest Maria Karo?! Na nic założenia, na nic przewidywanie dalszego ciągu. Gaja Grzegorzewska i tak na koniec wyciągnie z kieszeni swojego Asa.

Czytelnik dostaje do rąk oryginalną fabułę, bohaterów, którymi na przemian się pogardza i uwielbia, ciekawą konstrukcję narracyjną i wreszcie, po prostu niezłą treść. Najlepsza pisarka literatury środka? Doprawdy, jakiego środka?


"Kamienna noc" Gaja Grzegorzewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016
premiera 28 kwietnia
Czytaj więcej

niedziela, 17 kwietnia 2016

Rozdrapywanie ran. "Regulamin tłoczni win" Johna Irvinga

"Ci sami ludzie, którzy nas namawiają do obrony nienarodzonych, przestają bronić kogokolwiek prócz siebie samych, ledwie narodziny dojdą do skutku. Ci sami, którzy głośno deklarują miłość do duszy nienarodzonego, odmawiają grosza i pomocy ludziom biednym, niechcianym i prześladowanym. Czym usprawiedliwiają wielką troskę o płód ludzki, połączoną z równie wielką obojętnością wobec odrzuconego, maltretowanego dziecka? Zrzucają winę za przypadek poczęcia rodziców, potępiają najuboższych - tak jakby byli biednymi z wyboru. Owszem, biedni mogliby starać się wyrwać z nędzy, gdyby dać im szansę kontrolowania liczebności potomstwa. (..) Jak zatem mogą Państwo patrzeć spokojnie na (..) antydemokratyczne prawo aborcyjne w naszej Ojczyźnie?"




Zaznaczyłam w tej powieści tyle cytatów, że nie wiedziałabym, które wybrać, jako te najlepsze. Potakiwałam głową w rytmie kolejnych listów doktora Wilbura i tylko w głowie czułam ten huragan myśli, które, to wiedziałam na pewno, będzie mi coraz trudniej uporządkować.

"Regulamin tłoczni win", bo o nim mowa, to powieść, jak większość powieści Johna Irvinga, trudna do zaklasyfikowania. Łatwiej chyba by było powiedzieć, czego w niej nie ma, jakich trudnych tematów tym razem autor nie ujął w fabule, niż opowiedzieć tę wielość wątków, spraw, relacji międzyludzkich i wreszcie, emocji.

To, co zdumiewa najbardziej jednak, to fakt, że mimo, że od opublikowania powieści minęło już trochę ponad trzydzieści lat, zmieniło się tak wiele chociażby w temacie równouprawnienia osób czarnoskórych, tak jednak temat aborcji pozostaje nadal gorącym i aktualnym. A już szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń w kraju.


U nas w St. Cloud's


Od czego zacząć? Czy od prostytutki, której niepotrzebna śmierć pokazała młodemu adeptowi medycyny, czym może się skończyć nieprawidłowo przeprowadzona aborcja? Czy może od niezwykłego chłopca, którego nazwano Homerem, a który później miał zostać kimś w rodzaju dziedzica owego lekarza? Czy może od tego fatalnego, a może szczęśliwego, zależy jak na to spojrzeć, w skutkach listu "do dowolnego urzędnika w stanie Maine, którego obchodzą sieroty"?

Może zacznę od miejsca wydarzeń i doktora Larcha. Bowiem to za jego sprawą powstał sierociniec w zapomnianej przez bogów i ludzi miejscowości St. Cloud's w stanie Maine, i to on prowadził go do późnej starości, pomimo wszelkich możliwych przeciwwskazań zarówno zdrowotnych, jak i zdroworozsądkowych. I to on jako jeden z nielicznych rozumiał, że kobiety nie można zmusić do rodzenia dzieci, o ile nie będzie ona owych dzieci chciała. A właśnie owo zmuszanie, nacechowane jakąś podwójną moralnością społeczną, że urodzić tak, ale wychować już nie, zwiększało ilość jego wychowanków. A dwie pielęgniarki pomagające mu w pracy, nie były w stanie zastąpić dzieciom matek. Właśnie w takim sierocińcu dorastać będzie Homer Wells. Właśnie w tym sierocińcu doktor Larch będzie pisać swój niesamowity dziennik używając często tej frazy "u nas w St. Cloud's", by opowiedzieć, nie tylko co się dzieje w sierocińcu, ale także przelać na papier swoje przemyślenia. Niezwykle cenne z mojego punktu widzenia.

 
Być jak Wilbur Larch

Sama powieść to kompilacja losów doktora, historia powstania sierocińca, jego rozwoju oraz zmian jakie zachodziły na przestrzeni dziesiątków lat jego funkcjonowania, a także losów niektórych z wychowanków, w tym tego najważniejszego dla doktora, Homera. Jednakże nie to jest w tej historii najważniejsze. Nie dla mnie i nie teraz. Bo tak, opowieść o niespełnionej miłości Homera, o tłoczni cydru, o kazirodczej relacji wśród pracowników sezonowych tłoczni, o szaleńczej pogoni Melony za chłopakiem doktora, który jej nie chciał, i wiele wiele innych wątków, są niesamowicie interesującymi i przykuwającymi uwagę.

Jednakże to stale wypływający temat aborcji, niechcianych dzieci, ciąż przerywanych w warunkach wołających o pomstę do nieba, kończących się na ogół śmiercią kobiety, był dla mnie od początku najistotniejszy. Chciałabym w gabinecie lekarskim spotykać tylko takich lekarzy, jak doktor Larch. Właściwie każdy z nich powinien być, jak Wilbur Larch. Człowiekiem, który kieruje się dobrem kobiety. Człowiekiem, który uważa, że to naturalne, że to kobieta decyduje. Człowiekiem, który nie ocenia, a przychodzi zawsze z pomocą, niezależnie od tego, czy prosi się go o wykonanie aborcji, czy o przyjęcie nowej sieroty. Sieroty, której daje dom i tyle troski i opieki ile jeden człowiek podzielony na tak wielu wychowanków zdoła.

Niestety, doktor Wilbur Larch jest postacią fikcyjną, podobnie jak fikcyjna wydaje mi się możliwość zmiany mentalności owych bezrefleksyjnie nawołujących do obrony nienarodzonych.


Refleksyjna i intrygująca


"Regulamin tłoczni win" wznowiona już po raz czwarty, jest powieścią uniwersalną, której zdawałoby się czas się nie ima. Jakkolwiek opiewa czasy już dawno przeszłe i przebrzmiałe w Stanach Zjednoczonych, tak ciągle dotyka tematów nieśmiertelnych i wywołujących mnóstwo emocji. Miłość i nienawiść, agresja i nietolerancja, gwałt i aborcja, to zaledwie szczyt góry lodowej, gdy mowa o jej fabule. Mogłabym polecać ją bez końca. Nawet jeśli Irving w późniejszych powieściach zdecydowanie zaczął się powtarzać, zniechęcając tym wielu czytelników. Nawet jeśli pewne wątki już zostały nadto wyeksploatowane. Nadal będę zachęcać. Niezależnie od tego, jakie macie poglądy w temacie aborcji. Bowiem w tej powieści ścierają się obydwa światy i znajdziecie tu argumenty obydwu stron.


"Regulamin tłoczni win" John Irving, tłumaczenie Jolanta Kozak, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015
cytat pochodzi z książki
Czytaj więcej

wtorek, 12 kwietnia 2016

Bez filmowego kontekstu. "Czułe słówka" Larry McMurtry

Lubię wywoływać tę zdziwioną minę u moich, rzadko, bo rzadko, rozmówców. Rzadko, bo rzadko palę się do rozmów. Jak Mrożek, nie znoszę rozmów o niczym, a mam wrażenie, że w większości przypadków ludzie uwielbiają rozprawiać właśnie o tym.

Przechodząc jednak do meritum: lubię mówić rzeczy, które z założenia wywołają zaskoczenie, choć zajęło mi trochę czasu, by zrozumieć, że to właśnie wywoła ów efekt. Bo przecież każdy zna Ryana Goslinga, więc jak ja mogłam nie znać? Nie znałam, wywołałam znowu zaskoczenie. Nie, nie znam też wielu osób, które widuję na bilbordach. Nie oglądam telewizji od szesnastu lat, trudno, żebym znała gwiazdy telewizyjnych programów. Jak również nigdy nie widziałam filmu "Czułe słówka". I poważnie zastanawiam się, czy po lekturze książki jest w ogóle sens oglądać, skoro opis filmu nijak ma się do fabuły powieści.


Kadr z filmu "Czułe słówka", a przynajmniej tak zapewnia strona http://fdb.pl/film/13494-czule-slowka

Wyobrażenie Aurory

Zdjęcia z filmu zaczęłam przeglądać dopiero po lekturze, dlatego moje wyobrażenie głównych bohaterek i wszystkich postaci pobocznych było wolne od reżyserskiej wizji. Dzięki temu Aurora w moim wyobrażeniu wyglądała zupełnie inaczej niż Shirley MacLaine, ponieważ sugerując się opisem autora, miałam wizję kobiety o pełnych kształtach, nie zaś szczupłej sylwetki znanej aktorki. A taki wizerunek zmienia też obraz wielu scen.


Wizja dość pulchnej Aurory w wieczorowej sukni, zapewniam, jest znacząco inna od tej filmowej. W mojej głowie pojawił się kiczowaty obrazek, który szalenie mnie rozbawił. Tym bardziej, że powieściowa Aurora należy do tego gatunku kobiet, których osobiście nie znoszę. Nie rozumiałam przez całą powieść, jak męscy bohaterowie powieści McMurtrego mogą traktować Aurorę w ogóle poważnie? Ogólnie także zastanawiałam się skąd popularność tej powieści, ponieważ jest ona na wskroś zwyczajna i opisująca banalne i smutne życie dwóch kobiet.


Dwie matki

Aurora i Emma to dwie główne bohaterki "Czułych słówek", najpierw w roli matki i córki, a później obie w rolach matek, gdy Emma sądząc, że wyrywa się spod kurateli Aurory ucieka w niekoniecznie udane małżeństwo. Jak łatwo z tego wywnioskować relacja matki z córką nie jest wzorcowa. Aurora to prawdziwa hedonistka skupiona na tym, co życie ma jej do zaoferowania, a nie na tym, co ona mogłaby dać od siebie. Emma zaś dorasta w domu, w którym najważniejsza jest matka. Matka i jej samopoczucie, jej zdanie, jej adoratorzy, jej decyzje. Trudno się dziwić Emmie, że chciała uciec.

Jednakże jak to w życiu bywa, gdy człowiek nie przemyśli swoich decyzji, gdy rzuca się w głową w dół w coś nowego, byle jak najdalej od starego, to cóż, można się zderzyć z twardym gruntem. Emma nie była szczęśliwym dzieckiem, nie była kochaną córką, a na koniec nie będzie także kochana przez własne dzieci.


Czułe słówka bez czułych słówek

Przez całą powieść czekałam na ów mityczny przełom, widoczny w każdym opisie książki i filmu. Na ocieplenie stosunków między obydwiema kobietami. Nie doczekałam się. Aurora jak była zakochana w sobie, tak Narcyzem została do końca, jak Emma była samotną dziewczynką, tak równie samotnie umierała.

I zostałam z mieszanymi uczuciami po lekturze. Nie to, że miałam jakieś specjalne oczekiwania, nie to, że książka jest źle napisana, ani nawet nie to, że była nudna. Była po prostu zwyczajną historią, na dodatek z bardzo smutnym zakończeniem. I chyba gdzieś zgubiłam, o co w "Czułych słówkach" tak naprawdę chodziło...


"Czułe słówka", Larry McMurtry, Tłumaczenie: Jolanta Mach, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015

Czytaj więcej

niedziela, 10 kwietnia 2016

"Kamień" w Teatrze Współczesnym, czyli o kamieniu, który ma przypominać

"Kamień" jest wystawiany w Teatrze Współczesnym od niedawna, jednakże warto zwrócić na niego szczególną uwagę. Jakkolwiek nie jest łatwą sztuką, bowiem sięga do Niemiec zmagających się ciągle ze swoją niechlubną przeszłością z lat zarówno przedwojennych, gdy Hitler doszedł do władzy, jak i wojennych, a także bardzo trudnych lat 90-tych. Plan fabularny rozgrywany jest na trzech płaszczyznach czasowych: mamy zatem rok 1935, rok 1978 i 1993. Przedstawianie jednak wydarzeń w ogóle nie odbywa się chronologicznie, co jednak nie odbiera całości sensu, a jedynie zagęszcza silniej atmosferę na scenie i odkrywa tragiczną przeszłość fragmentarycznie.

Przeszłość ta zaś dotyczy jednej rodziny, w której dominują kobiety i w której trwa powtarzanie od lat rodzinnej mitologii na temat heroizmu dziadka Wolfganga oraz uratowania żydowskiej rodziny Schwarzmannów. Jednakże prawda o przeszłości jest inna i jej ciemne strony zaczynają powoli uwierać, uciskać pamięć seniorki rodu, Withę, gdy w niespodziewanych momentach wzywa po imieniu nieznaną ani jej córce, ani wnuczce, Mieze.

Katarzyna Dąbrowska (Heidrun), Barbara Wypych (Witha)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Heidrum zapewne chciałaby zrzucić to na karb coraz gorszej pamięci swej matki, nastoletnia Hanna nie rozumie dokładnie tego, co się dzieje, a widz podczas kolejnych odsłon roku 1935 zaczyna dostrzegać, jak haniebnie postąpili Withe i Wolfgang i jak to rzutowało na ich późniejsze losy. Marius von Mayenburg pokazuje na tym przykładzie ten banalny, ale jakże niedoceniany nadal truizm, że nie da się zbudować szczęścia na nieszczęściu.

Rodzinny dom Heisingów, zakupiony w 1935 za grosze, po tym gdy ktoś zadenuncjował żydowską rodzinę Schwarzmannów od pierwszych chwil młodego wówczas małżeństwa, jest okupiony nieszczęściem. Najpierw nieszczęściem wyganianych właśnie Schwarzmannów, później nieszczęściem Heisingów, atakowanych przez antysemitów, dla których ich dom będzie już na zawsze żydowski. Czy to właśnie to podsycało wyrzuty sumienia Wolfganga? Trudno powiedzieć, ale opowieść o jego śmierci przekazana córce Withe, Heidrum, a później opowiedziana wnuczce, Hannie, nie miała nic wspólnego z pochodem Armii Czerwonej  i przypadkowo zabłąkanej kuli.

Monika Pikuła (Mieze), Barbara Wypych (Witha)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Jednakże Withe usilnie próbuje podtrzymywać ten rodzinny mit, który wkrótce posypie się jak domek z kart, gdy jej pamięć będzie wydobywała z siebie nieposkładane słowa, postrzępione wspomnienia, by wreszcie ukazać najmłodszej z rodziny brutalną prawdę o przeszłości domu, jak i przeszłości rodzinnej.

 W "Kamieniu" pojawia się ważny w kontekście powojennych wydarzeń element rozliczania Niemiec za ich hitlerowskie dziedzictwo. A także temat tego, jak wielu nazistów było wśród zwykłych Niemców, jak wielu zwykłych Niemców przyłożyło bodaj zadenuncjowaniem żydowskiej rodziny, rękę do zbrodni, jak też wielu zwykłych Niemców wstydziło się tej narodowej przeszłości i musiało zmierzyć z faktem, że w ich rodzinie niegdyś był nazista. Skomplikowane losy poszczególnych kobiet w rodzinie Heisingów, ich różne charaktery pokazują równocześnie, że nie ma takiego narodu, o którym można by mówić przez pryzmat jego większości lub mniejszości.


Katarzyna Dąbrowska (Heidrun), Barbara Wypych (Witha), Paulina Walendziak (Hanna)
fot. Magda Hueckel (źródło)
"Kamień" w adaptacji Teatru Współczesnego to sztuka na wskroś kobieca. Jakkolwiek na początku dziwiło mnie obsadzenie w tak trudnej roli jaką jest postać Withe, młodziutkiej aktorki, Barbary Wypych, zmuszonej do odgrywania Withe w różnych latach i etapach jej życia, tak muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak dobrze i sprawnie odegranej roli. Szczególnie przy dużym nakładzie pracy, jaki wymaga gwałtowne przekształcenie się z młodej i seksownej dziewczyny w osiemdziesięcioletnią, zniedołężniałą kobietę. A jednak! Barbara Wypych jest niezwykle utalentowana i potwierdza, że w kreacji aktorskiej nie ma czegoś takiego jak bariery. I również muszę oddać sprawiedliwość Katarzynie Dąbrowskiej. Nie przemówiła do mnie jako Gertruda w "Hamlecie", ale w "Kamieniu" świetnie zagrała rolę Heidrun. Szczerze mówiąc, nie wiem czy mogłabym w przypadku tego spektaklu w ogóle przyczepić się do którejś z ról. Interesująca i intrygująca po każdej odsłonie, choć skomplikowana i bolesna fabuła, dopracowane role, skromna, ale oddająca epokę i nastroje scenografia, wszystko to razem dało efekt na poły oszołomienia, na poły smutku i refleksji o istocie człowieczeństwa.


"Kamień" Teatr Współczesny
Autor Marius von Mayenburg
Przekład Jacek Kaduczak
Obsada
Heidrun: Katarzyna Dąbrowska
Stefanie: Kamila Kuboth - Schuchardt
Mieze: Monika Pikuła
Hanna : Paulina Walendziak PWSFTviT
Witha: Barbara Wypych
Wolfgang: Rafał Zawierucha



Czytaj więcej

piątek, 1 kwietnia 2016

Kolejna niespodzianka wydawnicza!

Edit: Oczywiście, poniższy wpis był jedynie primaaprilisowym żartem, za którego mam nadzieję się nie pogniewacie. Dziękuję za życzliwe reakcje!


Udział w żarcie wizięli:
Janek z Tramwaju nr 4 (również autor grafik)
Kasia z Notatek Coolturlanych
Ela z Czytam bo muszę
Agnieszka z Książkowo
Paulina z Miasta Książek
Piotr z Zacofanego w lekturze


---------


Tym razem mogę się pochwalić nieco bardziej. Już mniej blogowo, bo jak widać, dość długo milczałam w tym zakresie, ale nareszcie pisarsko! Tak, tak, wiem co powiecie, każdy bloger książkowy chce napisać książkę i cóż, okazało się, że jest to prawdą absolutną!


Dzięki wspaniałemu wydawcy, którego ujawnię wkrótce, miałam okazję i zaszczyt wziąć udział w fantastycznym przedsięwzięciu. Życzenie było jedno i bardzo wyraźne: ma być kryminalnie i ma być w świecie książek, wydawnictw, ewentualnie około książkowym. Książka jest przewidywana do publikacji w czerwcu, a grono wspaniałych blogerów, z którymi miałam przyjemność pracować znajdziecie na okładce książki.


Fragment mojego opowiadania zamieszczam poniżej:
Anna przyspieszyła kroku. Ten dzień już i tak był dla niej niełaskawy, najpierw bura od szefa, następnie spóźniona dostawa nowej partii książek, które przecież zamawiała specjalnie z wyprzedzeniem, bo jej klientki czekały na ten gorący romans już od stycznia, a wreszcie ten dziwny mężczyzna, który wpadł do księgarni „za pięć dwunasta” i udawał, że czegoś szuka, podczas , gdy cały czas bacznie ją obserwował. Wreszcie wyszedł na jej delikatne, ale dobitne upomnienie, że już zamyka. Teraz miała dziwne wrażenie, że ktoś za nią idzie, ktoś patrzy na jej plecy uważnie i niewątpliwie, nieżyczliwie. Nie wyobrażała sobie, żeby ktoś mógł zainteresować się akurat nią, zapewne to kwestia przypadku, ba, być może jest zwyczajnie przewrażliwiona po trudnym i nerwowym dniu. Silny podmuch wiatru wyrwał jej połę płaszcza z ręki. Wychodząc w pospiechu nie zapięła go i teraz odczuła to boleśnie. Ale dobrze, ten zimny wiatr nieco ją otrzeźwił. Muszę się otrząsnąć pomyślała Anna. Głęboki wdech, wyprostuj się i do przodu, strofowała się w myślach. Mężczyzna pojawił się tak nagle, że prawie uspokojona Anna uznałaby to za przywidzenie, gdyby nie silny cios w splot słoneczny, który natychmiast odebrał jej oddech.


Tymczasem przeżywam prawdziwe pisarskie wątpliwości na temat wyboru okładki! Grafik nie ma z nami łatwo, ciągle ktoś ma jakieś uwagi i chce zmian. Mam więc pytanie do Was: jak sądzicie, która lepsza?




Czytaj więcej

środa, 21 października 2015

Gdzie diabeł nie może, tam Chyłkę.."Zaginięcie" Remigiusza Mroza

Remigiusz Mróz, jak to z młodymi autorami bywa, ma w sobie dużo motywacji i energii, by pisać powieść za powieścią. Właściwie chwała jego młodości i sile, bo im więcej pisze, tym lepiej dla mnie, czytelniczki złaknionej wielu dobrych zwrotów akcji i niebanalnych postaci. Poza tym lubię, gdy autor zadaje kłam jakimś od dawien dawna utrwalonym stereotypom. Na przykład o prawnikach, poważnych ludziach pełnych wiedzy o kodeksie karnym i zadających nudne, profesjonalne pytania.

Jasne, była niegdyś słynna serialowa, zwariowana Ally McBeal, ale to było dawno, a i jej postać wydaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę. Nawet nasza rodzima prawniczka serialowa, Agata, w todze nabiera wszelkich znamion powagi i dobrze skrojonego wizerunku rozgarniętej znawczyni wszelkich kodeksów.

Każdy, kto dotąd nie miał okazji poznać jeszcze Joanny Chyłki i jej podopiecznego Kordiana Oryńskiego, wie, że ten cały stereotyp można wyrzucić do kosza na śmieci. Ten duet przypomina raczej dwójkę śledczych i psychologów w jednym niż zwykłą parę obrońców.


Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc

„Zaginięcie” jest kontynuacją „Kasacji”, choć jeśli chodzi o główny wątek fabularny można je czytać właściwie bez takiej kolejności. Jednakże, jeśli ktoś jest zaintrygowany niecodzienną relacją Chyłka – Oryński warto poznać najpierw tę pierwszą część ich przygód. „Zaginięcie” otwiera późnonocny telefon do Chyłki, prawniczki o wybuchowym temperamencie, kobiety, którą spokojnie można by opisać przysłowiem, gdzie diabeł nie może, tam Chyłkę.. No właśnie. Sprawa, jaka trafia do Chyłki, ta, której zapowiedzą był ów nocny telefon jest wypisz, wymaluj, sprawą dla niej idealną, bo już z założenia beznadziejną. Jednakże w słowniku Joanny Chyłki najwyraźniej nie widnieje w ogóle słowo „beznadziejna”. Wybudzona i pobudzona do działania natychmiast do takiego samego stanu zmusza Kordiana, zwanego Zordonem i wspólnie wyruszają do małej miejscowości, skąd z domku letniskowego dwojga bogatych ludzi, zniknęła mała, trzyletnia dziewczynka. Niestety, ponieważ domek letniskowy, w którym przebywała cała rodzina, był uzbrojony w alarm, a żadne ślady nie wskazują, by doszło do porwania, to rodzice są pierwszymi podejrzanymi. Dla Chyłki nie stanowi to, jak wiadomo, żadnego problemu..

Bez śladu

To, co komplikuje całą sprawę, to brak jakichkolwiek śladów związanych ze zniknięciem dziecka. Wokół domku nie ma śladów stóp, nie ma żadnych poszlak na to, że mogło dojść do włamania, nie ma nic. Do tego pojawia się nagle, jako dowód zakrwawiony pręt, ze śladami krwi zaginionej Nikolki, świadek, który twierdzi, że widział ojca dziewczynki prowadzącego ją w noc zaginięcia, atmosfera zagęszcza się i wszystko wskazuje na to, że super duet adwokacki nie ma żadnego asa w rękawie, by wybronić rodziców dziecka. A żeby było jeszcze trudniej, w niewinność rodziców wierzy jedynie Zordon, bo Chyłka nie ma żadnych wątpliwości, ani w to, że są winni, ani w to, że dziecko nie żyje. To jeden Kordian denerwuje się, że poszukiwania dziecka sprowadzają się do poszukiwań zwłok, a nie żywej dziewczynki. I być może to, oraz skomplikowane relacje z patronką, motywuje go, do działań zgoła nieprawniczych. Podszywanie się pod przemytnika, kilka rasowych spotkań z pięścią prawdziwego przemytnika, plus jego własne zaginięcie, w nieznanych mu regionach w gronie nieznanych mu ludzi, to zaledwie kilka z jego niecodziennych przygód. Warto wiedzieć, że to nie wszystko, co zafundował swoim czytelnikom Remigiusz Mróz.

Emocjonalny rollercoaster

„Zaginięcie” to gratka fabularna, podobnie jak „Kasacja”. Dozowanie emocji, spokój, a potem ostry zakręt, tak mniej więcej w ogólności można opisać ten emocjonalny rollercoaster. Oczywiście, nie powiem, że Remigiusz Mróz to mistrz, bo jeszcze spocznie na laurach, a wierzę, że pisząc coraz ciekawiej, będzie też pisać lepiej. Na razie jest genialnie pod kątem fabuły! Mróz nonszalancko kpi sobie z czytelnika, pokazuje zjadliwą aprobatę do denerwowania go, wreszcie, wie jak odmierzyć proporcje w fabule, by całość była dobrze skomponowaną mieszanką. Oczywiście, mógł nieco nie „zjadać” końcówki powieści, najpierw rozpisując jej fabułę na parę setek stron, z mnogością szczegółów całkiem jak nieprzebrane morze zjadliwości Chyłki, by zamknąć ją na jednej, no, półtorej stron, oczywiście, mógł jeszcze dopracować warsztat i dialogi, ale na litość, nie znam lepszej literatury rozrywkowej, niż to, co wychodzi spod jego klawiatury. Niech mu pisanie ciągle lekkim będzie!


"Zaginięcie" Remigiusz Mróz, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań 2015
Czytaj więcej

niedziela, 16 sierpnia 2015

Trzydzieści dziewięć wspomnień o Sławomirze Mrożku

Żyje się (i umiera) tylko dzięki małym epizodom.
Muszą być małe; jeżeli są duże – nie są epizodami.
Dzięki przerwom, pauzom, szczelinom…
Sławomir Mrożek


Dwa lata temu 15 sierpnia był innym dniem. Dotąd ten termin nie miał dla mnie większego znaczenia, a w 2013 zapisał się na stałe do mojego prywatnego kalendarza ważnych wydarzeń. Zmarł Sławomir Mrożek i odebrałam tę śmierć mocno osobiście. A przecież to nie chodzi tylko o to, że zmarł pisarz, którego twórczość, sarkazm i poczucie ironii ceniłam wysoko, ale co tu dużo kryć, zamknęła się pewna epoka dla polskiej literatury współczesnej.

Nie pociesza fakt, że zostało po nim dużo utworów, szczególnie ich obfitej ilości, gdy w pewnym momencie podjął decyzję o publikacji także dotąd ukrywanych przed światem dzienników i listów. To właśnie wówczas w świat poszły opasłe tomiszcza jego dzienników i zbiory korespondencji, które Małgorzata Niemczyńska nazwała ładnie „striptizem neurotyka”. Jednakże, jak każdy badacz, miała prawo do pomyłki. Bo choć Mrożek odsłonił tak wiele, nadal pozostał postacią tajemniczą i niejednoznaczną. I już dziś polemizowałabym mocno z określeniem „neurotyk”.




Z perspektywy wielu spojrzeń

W psychologii społecznej to zjawisko wywołuje najwięcej zainteresowania. Obserwowanie jednego zdarzenia może mieć tyle relacji ilu widzów. To niesamowite, jak różnie odbieramy rzeczywistość. Zdawałoby się jednak, że w przypadku człowieka to wygląda trochę inaczej. Jakkolwiek jesteśmy różnymi osobami w środowisku zawodowym, a innymi w środowisku przyjaciół i rodziny, tak pewne cechy konstytuujące nasz charakter zdają się pozostawać niezmienne. W przypadku Sławomira Mrożka relacje o jego osobowości zdają się opowiadać każdorazowo o zupełnie innej osobie. Zgodność jest jednak tylko w kwestii milczenia, a i to nie zawsze!

Tak w skrócie można powiedzieć o zbiorze wspomnień o Sławomirze Mrożku „Mrożek w odsłonach. 39 opowieści z różnych miejsc i czasów”. Zgodnie z tytułem zawarto w nim wspomnienia osób, które znały Mrożka bliżej lub tylko przelotnie, spędziły z nim jakiś czas, lub tylko miały okazję do kilku rozmów, mogły pochwalić się przynależnością do kręgu jego najbliższych znajomych lub krótką szkolną znajomością. Są to historie o tym, jakim Sławomir Mrożek się wydawał, bo doprawdy, chyba nikomu jednak nie udało się przeniknąć tak zupełnie przez zaporę milczenia…





Trzydzieści dziewięć opowieści

Nie umiem opowiadać o tej książce obiektywnie, bo wydarzyła mi się ona jak prezent od losu. Mrożka wielbię i czczę i choć (niewątpliwie i zapewne) mogę się tylko domyślać, jak trudnym był człowiekiem w codziennym pożyciu, tak jednak oddałabym wiele, by spędzić z nim, choć trochę czasu na milczeniu. Dlatego gdy wracam do zbioru opracowanego przez Magdalenę Miecznicką, mogę się tylko uśmiechać i ciągle cieszyć, że powstał. Nawet teraz, gdy zaglądam do książki podczas pisania, na zmianę, wzruszam się i uśmiecham.

A konstruktywny opis? Otóż i on! „ Mrożek w odsłonach” składa się zgodnie z podtytułem z 39 opowieści różnych osób wspominających postać autora „Tanga”, opowieści ułożonych chronologicznie, w których można znaleźć historie z lat szkolnych, pierwszych wprawek w rysowaniu i pisaniu, wydawania pierwszych utworów, wreszcie, okresów z emigracji i częstych zmian miejsc zamieszkania.

Pojawia się tym bogactwie wspomnienie o Mrożku skąpcu i milczku, który nie znosił rozmów o niczym, a na standardowe powitania zdarzało mu się reagować irytująco i wyjmować karteczki z gotowymi odpowiedziami. O Mrożku mistrzu ironii, małych epizodów i suspensu. O twórcy na wskroś samokrytycznym, który doskonale rozumiał, czego brakuje w jego twórczości. O żartownisiu, o trudnym rozmówcy, o ciepłym człowieku, o chudym kiepsko ubranym mężczyźnie o dość przeciętnej urodzie, o przystojnym mężczyźnie. O niedźwiedziu, którego obłaskawiła druga żona, o człowieku, który zawsze w sobie nosił iskrę bożą. 

O człowieku pełnym sprzeczności, którego trudno jest zapomnieć.




Piękny zbiór, piękny hołd
 
A to przecież nadal to nie wszystko. Wspomnienia są tutaj najważniejsze, ale trudno nie odnotować ich oprawy. Zdjęcia, rysunki Mrożka, oraz krótkie biogramy wspominających podkreślają walory tej pozycji. I przygotowanie! To nie jest książka wydana w pospiechu na miesiąc po śmierci kogoś znanego, pełna błędów merytorycznych. To jest dobrze przygotowana, nietuzinkowa biografia spisana ze wspomnień, którym poświęcono czas na spotkania, rozmowy, oraz niezbędne szlify, których wymaga rzetelność wydania. 

Cóż mogę powiedzieć więcej? „Czytajcie Mrożka”? Nie, czytajcie to, co sprawia wam przyjemność. Ale do tego zbioru zajrzyjcie kiedyś. Poznacie przez pryzmat wspomnień wielu osób, kogoś nieprzeniknionego, wrażliwego, mądrego i z naprawdę niezwykłym poczuciem humoru. I może wtedy będziecie chcieli poznać też jego twórczość?




"Mrożek w odsłonach. 39 opowieści z różnych miejsc i czasów", opracowanie tekstu Magdalena Miecznicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej

czwartek, 6 sierpnia 2015

Być matką. "Matki" Pavol Rankov

To fundamentalne pytanie, to pytanie o macierzyństwo, od zawsze stanowiło dla mnie zagadkę. Podobno kobiety mają to wdrukowane w sobie, jak to, że oddychają, śpią, czy jedzą. Instynkt macierzyński  jest może nawet silniejszy? Skoro przedkładają życie dziecka nad swoje, musi być.  Zadziwiające, jak doskonale przygotowała to natura.

Obozowa opowieść

Gdy świat ledwie otrząsnął się z wojennych zgliszczy, pojawiła się inna siła, działająca równie destrukcyjnie. Armia Czerwona „wyzwalała” kraje okupowane przez Niemców, wydawała się zbawczą siłą, a potem okazało się, że zbawienie było tylko chwilowe. Nowe porządki i rewolucja polityczno-obyczajowa miały zmienić świat w piękne miejsce, gdzie rządzi głównie siła robotnicza. Jednak budowanie nowego świata polegało głównie na burzeniu całego poprzedniego.

I tak oto każdy kto kolaborował z faszystami mógł mieć pewność odnośnie swoich losów, nawet jeśli naprawdę nie miał z faszystami nic wspólnego: dowody zawsze się znajdą. Zostanie skazany, jeśli będzie miał szczęście, to na śmierć. Jeśli nie, to niestety trafi do łagru. Nie trzeba czytać Sołżenicyna, by wiedzieć, jaki to był inny, okrutny świat. Do tego świata trafia właśnie ciężarna Zuzana, w swojej młodzieńczej naiwności przekonana, że tę pomyłkę szybko da się odkręcić.  Niestety, nie tylko nie udaje się jej odkręcić, ale Zuzanie przyjdzie urodzić i cierpieć z powodu losu swego dziecka jeszcze przez wiele lat. Choć obiektywnie trzeba to przyznać, miała dużo szczęścia.

Życie w socjaldemokracji

Gdy wreszcie amnestia wyzwoli  Zuzanę z niewoli jej nowe życie nie będzie usłane różami. Przekona się, że rzeczywistość w socjaldemokracji bardzo przypomina tę obozową, choć z złagodzonej formie. Ale masa idiotycznych zadań, przykazań, narzuconych zasad, będzie tak absurdalna, że aż niewiarygodna. Jednak nic nie będzie tak ważne, jak konieczność odzyskania syna. I tu również spotka się z żenującą biurokracją, ale także pozna brutalną prawdę o swoim aresztowaniu.

Przerażający jest spokój narracji płynącej z powieści Rankova. Mówienie o brutalnej rzeczywistości obozowej płynie sobie niespiesznym nurtem słów. Śmierć pojawia się obrazami: są one obfite w mróz, głód i strach. Codzienność  przerasta najśmielsze wyobrażenia. Pozostaje tylko niezłomna wola przetrwania, którą umacnia instynkt macierzyński. Zuzanna miała dla kogo przetrwać.


Praca dyplomowa z życia

Z perspektywy lat tamten świat wydaje się jedynie literacki. Jakby istniał tylko w głowach pisarzy, bo przecież tak poza tym jest to świat tak filmowy, że niemożliwe, że istniał. Gdy młoda studentka, Lucia Herlianska, podejmuje się pisania pracy o macierzyństwie w trudnych warunkach i przedstawia historię Zuzany, jednocześnie dotyka tematu, którego nie jest w stanie zrozumieć.  Tak naprawdę swoją pracę dyplomową musi najpierw napisać z dojrzewania, z życia, a później dopiero z wybranego tematu.

Rankov przywołuje przeszłość, ale także wnikliwie przedstawia rzeczywistość, w której pojawia się traktowanie macierzyństwa w sposób skrajnie stereotypowy. I tak docent Voknár, człowiek wykształcony i obyty, jest jednocześnie pełen uprzedzeń  dla, znowu!, przyszłej matki, swojej studentki Lucii, uznając jej stan za absolutnie zaprzepaszczający jej akademicką karierę. Jakby dowód Zuzany nie był przekonywujący. Jakby macierzyństwo było czymś wykluczającym pozostałe sfery życia.

Pavol Rankov, fot. Maciej Margielski, źródło zdjęcia


„Matki” to powieść, w której można odnaleźć wiele tropów, nowych słów i znaczeń, można by o niej opowiadać długo i przywoływać kolejne wątki. Zamiast tego, lepiej po prostu sięgnąć po tę książkę i znaleźć własne tropy i motywy.


"Matki", Pavol Rankov, Przełożył: Tomasz Grabiński, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015
Czytaj więcej

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Uwaga, nowy Szczygielski! "Bingo", czyli trzeci tom "Kronik nierówności"

Gdyby ktoś mnie zapytał, za co kocham książki Marcina Szczygielskiego w pierwszej chwili pewnie nie potrafiłabym doprecyzować. To jak zapytać, za co kocham najbliższych mi ludzi. Przecież nie kocha się za coś, tylko pomimo, jak mawia mądrość ludowa.

Generalnie kocham prozę Marcina Szczygielskiego za to, że zawsze, ale to absolutnie zawsze, działa na mnie jak czarna dziura. Pochłania absolutnie, zasysa, nie pozwala się oderwać bodaj na moment. Daje mi też mnóstwo frajdy, wywołuje różne emocje w zależności od tematu, jest również odskocznią od wszystkiego. "Bingo" czytałam podczas uciążliwej podróży do Zakopanego. Ostatnie strony już w Zakopanem. Mój mąż doskonale zrozumiał mordercze spojrzenie, gdy o coś mnie wówczas zapytał. Czytanie ostatnich stron to świętość. I nie wolno wtedy przeszkadzać!


Dojrzewanie do poznania

Wychowanie w określonej kulturze, w kręgu określonych zasad społecznych wywołuje konieczność podążania ich głównym nurtem, co czasami koliduje z tym, co się czuje. Bo jeśli czuję, że wcale nie mam ochoty brać udziału w zbiorowych zachwytach (jak nie zachwyca?!), czy w zbiorowym wyznawaniu jakiejś wiary, to dlaczego mam brać w tym udział? Mądrość przysłów związana z tym mówi, o wspólnym krakaniu w gronie. Kiedyś to miało głębszy sens, brak chóralnego odzewu mógł wiązać się ze społecznym ostracyzmem, a nawet utratą zdrowia lub życia. Dziś zostaje tylko ostracyzm i pogardliwe splunięcie sąsiadki spod dwunastki. Tyle tylko, że można to mieć już gdzieś.

Gorzej, gdy własne wewnętrzne przekonania, zbudowane na przesłankach związanych z takim a nie innym doświadczeniem życiowym, powodują odpychanie podstawowej wiedzy o samym sobie. Można wtedy w bardzo krótkim czasie unieszczęśliwić nie tylko samego siebie, ale również wszystkich swoich najbliższych.


Błędny krąg własnych przekonań

Dziecko może tylko w jeden sposób interpretować nagłe zniknięcie rodzica: nie było kochane, nie było chciane. To jest ta najprostsza logika, której sile trudno się oprzeć. Tym trudniej, gdy wsparcie od drugiego rodzica jest znikome. Pewnie z tego powodu Paweł najbardziej lubił robić ojcu na złość. Wydawało się wręcz, że wszystkie decyzje, których ojciec na pewno by nie zaaprobował, sprawiały mu mściwą satysfakcję. Jak założenie rodziny w bardzo młodym wieku, gdy przed Pawłem było całe życie i cała możliwa kariera do zrobienia.

Spychanie prawdy o samym sobie też było pewnie częścią tych uwarunkowań. A może już tylko czymś, co Paweł sam w sobie nie chciał zaakceptować? Trudno powiedzieć do końca, na pewno jednak po parunastu latach małżeństwa, odchowaniu dorastającej córki, było dużym szokiem uświadomienie sobie samemu, że tak naprawdę woli mężczyzn.


Trudna droga do przebycia

W "Bingo" Marcin Szczygielski pokazuje percepcję takich przemian z perspektywy obydwojga małżonków. Anna żona Pawła nie zastanawia się zbyt mocno na temat ich niemalże nieistniejącego życia seksualnego, oddając całą swoją energię na pisanie scenariusza serialu, przy którym pracuje i swojej Książki. Myli przy tym prace badawcze do książki ze zwykłym podglądactwem i wścibstwem. To właśnie jej inicjatywa wypróbowania pewnej sceny łóżkowej "na żywo" staje się punktem zwrotnym w życiu małżonków.

Jednakże podglądanie sąsiadów z wnikliwą ocena sytuacji, jak się przynajmniej Annie wydaje, ma się nijak do obserwacji własnej rodziny. Anna nie zauważa zmiany, jaką wywołuje w Pawle jej "scena" z książki, nie dostrzega problemów, które zaczął w związku z tym przeżywać Paweł, i pewnie dlatego nie potrafi się do końca pogodzić z jego "decyzją".


Z dedykacją dla kobiet

Marcin Szczygielski zadedykował tę powieść kobietom, które same przeżyły podobną historię. Odkrywały w pewnym momencie swojego małżeństwa, że współmałżonek woli mężczyzn, że wszystko, co dotąd zbudowały w swoim życiu okazało się kłamstwem. Historia Pawła jest oczywiście jedną z wielu możliwych, ale zapewne także jedną z wielu, które mogły być czyimś udziałem.

I nie wątpię, że to musi być ogromna trudność znaleźć się w takiej sytuacji. Konieczność pogodzenia się z nią, a potem budowania życia na nowo jest kolejną trudną drogą do przebycia, po wydawałoby się największych życiowych komplikacjach. Jak dla mnie i dla wielu innych czytelników "Bingo" to kolejna świetna powieść ukochanego pisarza, powieść dodam, nieodmiennie wywołującą na zmianę a to uśmiech, a to jakieś refleksje, dla takich osób nie musi być kolejną zabawną opowieścią fikcyjną. Mam nadzieję, że może będzie próbą pokazania, że pomimo ciężaru tej sytuacji, można z niej wyjść obronną ręką. Że może, tylko może, będzie choć końcem pewnej epoki, również początkiem nowej, kto wie, czy wcale nie lepszej?



"Bingo" Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2015

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.