Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Współczesny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Współczesny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2016

"Kamień" w Teatrze Współczesnym, czyli o kamieniu, który ma przypominać

"Kamień" jest wystawiany w Teatrze Współczesnym od niedawna, jednakże warto zwrócić na niego szczególną uwagę. Jakkolwiek nie jest łatwą sztuką, bowiem sięga do Niemiec zmagających się ciągle ze swoją niechlubną przeszłością z lat zarówno przedwojennych, gdy Hitler doszedł do władzy, jak i wojennych, a także bardzo trudnych lat 90-tych. Plan fabularny rozgrywany jest na trzech płaszczyznach czasowych: mamy zatem rok 1935, rok 1978 i 1993. Przedstawianie jednak wydarzeń w ogóle nie odbywa się chronologicznie, co jednak nie odbiera całości sensu, a jedynie zagęszcza silniej atmosferę na scenie i odkrywa tragiczną przeszłość fragmentarycznie.

Przeszłość ta zaś dotyczy jednej rodziny, w której dominują kobiety i w której trwa powtarzanie od lat rodzinnej mitologii na temat heroizmu dziadka Wolfganga oraz uratowania żydowskiej rodziny Schwarzmannów. Jednakże prawda o przeszłości jest inna i jej ciemne strony zaczynają powoli uwierać, uciskać pamięć seniorki rodu, Withę, gdy w niespodziewanych momentach wzywa po imieniu nieznaną ani jej córce, ani wnuczce, Mieze.

Katarzyna Dąbrowska (Heidrun), Barbara Wypych (Witha)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Heidrum zapewne chciałaby zrzucić to na karb coraz gorszej pamięci swej matki, nastoletnia Hanna nie rozumie dokładnie tego, co się dzieje, a widz podczas kolejnych odsłon roku 1935 zaczyna dostrzegać, jak haniebnie postąpili Withe i Wolfgang i jak to rzutowało na ich późniejsze losy. Marius von Mayenburg pokazuje na tym przykładzie ten banalny, ale jakże niedoceniany nadal truizm, że nie da się zbudować szczęścia na nieszczęściu.

Rodzinny dom Heisingów, zakupiony w 1935 za grosze, po tym gdy ktoś zadenuncjował żydowską rodzinę Schwarzmannów od pierwszych chwil młodego wówczas małżeństwa, jest okupiony nieszczęściem. Najpierw nieszczęściem wyganianych właśnie Schwarzmannów, później nieszczęściem Heisingów, atakowanych przez antysemitów, dla których ich dom będzie już na zawsze żydowski. Czy to właśnie to podsycało wyrzuty sumienia Wolfganga? Trudno powiedzieć, ale opowieść o jego śmierci przekazana córce Withe, Heidrum, a później opowiedziana wnuczce, Hannie, nie miała nic wspólnego z pochodem Armii Czerwonej  i przypadkowo zabłąkanej kuli.

Monika Pikuła (Mieze), Barbara Wypych (Witha)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Jednakże Withe usilnie próbuje podtrzymywać ten rodzinny mit, który wkrótce posypie się jak domek z kart, gdy jej pamięć będzie wydobywała z siebie nieposkładane słowa, postrzępione wspomnienia, by wreszcie ukazać najmłodszej z rodziny brutalną prawdę o przeszłości domu, jak i przeszłości rodzinnej.

 W "Kamieniu" pojawia się ważny w kontekście powojennych wydarzeń element rozliczania Niemiec za ich hitlerowskie dziedzictwo. A także temat tego, jak wielu nazistów było wśród zwykłych Niemców, jak wielu zwykłych Niemców przyłożyło bodaj zadenuncjowaniem żydowskiej rodziny, rękę do zbrodni, jak też wielu zwykłych Niemców wstydziło się tej narodowej przeszłości i musiało zmierzyć z faktem, że w ich rodzinie niegdyś był nazista. Skomplikowane losy poszczególnych kobiet w rodzinie Heisingów, ich różne charaktery pokazują równocześnie, że nie ma takiego narodu, o którym można by mówić przez pryzmat jego większości lub mniejszości.


Katarzyna Dąbrowska (Heidrun), Barbara Wypych (Witha), Paulina Walendziak (Hanna)
fot. Magda Hueckel (źródło)
"Kamień" w adaptacji Teatru Współczesnego to sztuka na wskroś kobieca. Jakkolwiek na początku dziwiło mnie obsadzenie w tak trudnej roli jaką jest postać Withe, młodziutkiej aktorki, Barbary Wypych, zmuszonej do odgrywania Withe w różnych latach i etapach jej życia, tak muszę przyznać, że dawno nie widziałam tak dobrze i sprawnie odegranej roli. Szczególnie przy dużym nakładzie pracy, jaki wymaga gwałtowne przekształcenie się z młodej i seksownej dziewczyny w osiemdziesięcioletnią, zniedołężniałą kobietę. A jednak! Barbara Wypych jest niezwykle utalentowana i potwierdza, że w kreacji aktorskiej nie ma czegoś takiego jak bariery. I również muszę oddać sprawiedliwość Katarzynie Dąbrowskiej. Nie przemówiła do mnie jako Gertruda w "Hamlecie", ale w "Kamieniu" świetnie zagrała rolę Heidrun. Szczerze mówiąc, nie wiem czy mogłabym w przypadku tego spektaklu w ogóle przyczepić się do którejś z ról. Interesująca i intrygująca po każdej odsłonie, choć skomplikowana i bolesna fabuła, dopracowane role, skromna, ale oddająca epokę i nastroje scenografia, wszystko to razem dało efekt na poły oszołomienia, na poły smutku i refleksji o istocie człowieczeństwa.


"Kamień" Teatr Współczesny
Autor Marius von Mayenburg
Przekład Jacek Kaduczak
Obsada
Heidrun: Katarzyna Dąbrowska
Stefanie: Kamila Kuboth - Schuchardt
Mieze: Monika Pikuła
Hanna : Paulina Walendziak PWSFTviT
Witha: Barbara Wypych
Wolfgang: Rafał Zawierucha



Czytaj więcej

poniedziałek, 24 lutego 2014

Czekajcie na nas długo. "Saszka" w Teatrze Współczesnym

  Pierwsze odczucia niezwykłości pojawiły się po lekturze samego dramatu. Czekajcie na nas długo zrobił na mnie wrażenie już po pierwszym czytaniu, choć tak, można znaleźć w nim pewne mankamenty, tak, można było inaczej rozegrać niektóre sceny, ale to nie zmienia faktu, że sam tekst ma w sobie to magiczne "coś". Historia Aleksandra i jego sióstr, zataczająca pełne kręgi życia i śmierci, przenikająca dwa światy, wnikająca w świadomość i sny, wreszcie, zaskakująca na zakończenie nie mogła nie zrobić wrażenia. Przeskoki między scenami, intensywne emocje głównego bohatera, wreszcie temat wiodący - bezpowrotne straty związane z odejściem bliskich, to siła tej historii, a jej sceniczna realizacja w Teatrze Współczesnym jest kropką nad i przeżyć z nią związanych. 

Sławomir Orzechowski (Albert), Borys Szyc (Alekandr)
fot. Magda Hueckel, źródło
Ale przecież w końcu nie dowiedzieliśmy się tego, co chciałem. (..) Przecież mówiłem. Mówiłem prawdę. Chcę tylko wiedzieć, czy ojciec mnie kochał.

  
  Aleksandr porzucił wojsko po śmierci ojca. Wraca do rodzinnego domu i tam osiada, by zająć się domem, a jednocześnie pielęgnować pamięć po rodzicach. Ma sobie za złe, że za mało czasu spędzał z ojcem podczas jego ostatniego roku życia. Zastanawia się też nad relacjami rodzinnymi. Saszka, bo tak zdrobniale mówią do niego siostry, jest najmłodszym dzieckiem w rodzinie, a jednak to on jeden zajął się pogrzebem matki, bo siostry mają swoje problemy na głowie, a jedna z nich, Natalia, nawet nie dała rady przyjechać na pogrzeb. Do ojca też później dzwonił tylko Saszka. Jedna Ania jeszcze czasami ojca doglądała, ale pozostałe trzy nie interesowały się ani nim, ani domem rodzinnym. Po śmierci ojca Saszka próbuje znaleźć odpowiedź na ważne dla niego pytanie - czy ojciec w ogóle go kochał? Bo dla niego był naprawdę surowy, a Saszka tylko ze względu na ojca poszedł do wojska. Nigdy jednak za życia z ojcem rozmawiać nie umiał. Próbuje więc teraz za pomocą medium znaleźć drogę kontaktu ze zmarłym i uzyskać odpowiedź na swoje fundamentalne pytanie. W międzyczasie siostry decydują, że dom rodzinny trzeba sprzedać, a zysk ze sprzedaży podzielić na całą piątkę po równo. Ta decyzja wywołuje gniew Aleksandra, gniew oraz niezgodę na pozbywanie się rodzinnych pamiątek, nie chce by rodzina ostatecznie się rozbiła, bo uważa, że dom jest ostatnim ogniwem, które jeszcze ich spaja. Wspólne spotkanie na cmentarzu, przy grobie rodziców, ma być próbą osiągnięcia porozumienia w tym temacie.

Artur Kruczek (Oleg), Monika Kwiatkowska (Anna), Borys Szyc (Aleksandr), Kinga Tabor (Natalia), Monika Pikuła (Zina), Kamila Kuboth (Ludmiła), fot. Magda Hueckel, źródlo
 Natalia: W każdym razie.. Niechże ziemia, jak to się mówi, lekką...
Zina: Wybaczcie, jeśli coś nie tak...
Aleksandr: Śpijcie spokojnie i czekajcie na nas długo


  Spotkanie jednak prowadzi nieuchronnie do kolejnej rodzinnej waśni, która zdaje się nie mieć możliwości pokojowego zakończenia, bowiem decyzja o sprzedaży domu jest ostateczna i Saszka nie może w żaden sposób obronić swojego stanowiska.

  Jednakże, czy to się dzieje wszystko naprawdę? Sceny z medium przenikają się ze scenami rodzinnymi, wszystko wygląda jak wchodzenie w świadomość Saszki i przez pryzmat różnych wydarzeń składanie wszystkiego w jakąś całość. Między nimi zaś pojawiają senne sceny, gdy Saszka śni o ojcu, z którym próbuje nareszcie porozmawiać o uczuciach.

Janusz Michałowski (Dmitricz), Borys Szyc (Aleksandr), fot. Magda Hueckel, źródło
Dmitricz: Pytaj, a ja opowiem. Bierzesz drabinę, łopatkę, wiadro, szczotkę drucianą
Aleksandr: Ale ja nie o tym. Kochałeś mnie?
Dmitricz: No jaki cudak z ciebie. Całą wodę wyciągasz i lecisz szczotką po ścianach. Szczególnie tam, gdzie wierzchnia warstwa wody, tam jeden brud na ściankach.
Aleksandr: Kochałeś mnie?

  Nawet w tych snach ojciec nie umie powiedzieć synowi wprost o swojej ojcowskiej miłości, choć troska jaką mu okazuje mogłaby być dla syna dużą wskazówką. Saszka jednak potrzebuje tej odpowiedzi literalnie, jest coraz bardziej zagubiony, a w końcu zatraca tę cienką granicę pomiędzy snami, stanami wkraczania w swoją świadomość wraz z medium, a rzeczywistością. Bo ostatecznie, co jest tą rzeczywistością? Sceny w pokoju Alberta? Rozmowy z siostrą, Anną? Czy senne majaki z ojcem w roli głównej?

  Na scenie Teatru Współczesnego rozegrała się wspaniała rzecz. Gra świateł i muzyki podkreślała przeskoki między kolejnym, gwałtownymi zmianami scen. Jej scenografia oszczędna, bez zbędnych dodatków, a jednak scena była w przemawiający do wyobraźni sposób zagospodarowana. Choć wszystko dzieje się na jednej przestrzeni, to łatwo przenieść się z domu rodzinnego Saszki do gabinetu Alberta, czy na cmentarz. A wreszcie gra aktorska. Jestem naprawdę wzruszona rolą Janusza Michałowskiego, który świetnie wczuł się w ojca Saszki. Na poły surowy, na poły niezainteresowany synowskimi pytaniami o miłość, wyraża jednak szorstką czułość i wrażliwość gestem, spojrzeniem, pobłażliwością do uniesień. Borys Szyc w roli Saszki pokazał swoje umiejętności aktorskie przede wszystkim w bardzo wymagających scenach, jakimi były szybkie zmiany obrazów, a więc i stanów emocjonalnych. Łatwość z jaką przechodził z maligny i majaków do zwykłej rozmowy może pokonać nawet najbardziej opornych w dostrzeganiu jego możliwości scenicznych. Wrażliwa i skromna w roli Anki, Monika Kwiatkowska jest tą z sióstr, która wzbudza najwięcej ciepłych uczuć. Monika Pikuła, jako Zina, ukryta alkoholiczka po prostu podbiła publiczność podczas sceny na cmentarzu, gdy ze spokoju i smutku związanego ze śmiercią rodziców przeistacza się w istną harpię, domagającą się czego? zainteresowania rodzeństwa? pieniędzy? Może jakiejś próby schwytania się jeszcze życia, póty życie? I nie można przeoczyć roli Damiana Damięckiego. Jest w niej sporo dostojnej łagodności, czegoś mistrzowskiego w wyrazie, nawet gdy to rola skromna i zdawałoby się niepozorna. A jednak aktor nie musi nawet podnosić głosu, przesadzać w gestach teatralnych. Jego Jurasik jest po prostu prawdziwy.

  Zawsze powtarzam, że Teatr Współczesny to mój pierwszy ukochany teatr w Warszawie. Mam nadzieję, że częściej będzie mnie zaskakiwać takimi przedstawieniami. Przede wszystkim dlatego, że znowu miałam wrażenie, że uczestniczę w całości, że jestem gdzieś w środku, między aktorami i przeżycia ich bohaterów splatają się w jakąś całość ze mną. W końcu to kluczowe pytanie Saszki jest także moim pytaniem. Może dlatego do mnie ta sztuka przemawia tak bardzo? Może dlatego tak chwytała mnie za serce postać ojca Saszki? Może. A może to jest po prostu świetny spektakl, niezależnie od mojego subiektywizmu.


Saszka. Sen w dwóch aktach, Dmitrij Bogosławski, Teatr Współczesny, reżyseria: Wojciech Urbański, scenografia: Marta Zając

Obsada:
Aleksandr: Borys Szyc
Dmitricz, jego ojciec: Janusz Michałowski
Natalia: Kinga Tabor
Ludmiła: Kamila Kuboth
Zina: Monika Pikuła
Anna: Monika Kwiatkowska
Jurasik, przyjaciel Dmitricza: Damian Damięcki
Albert - medium: Sławomir Orzechowski
Oleg, mąż Ludmiły: Artur Kruczek

Wszystkie cytaty pochodzą ze sztuki Czekajcie na nas długo Dmitrija Bogosławskiego
Czytaj więcej

czwartek, 12 września 2013

"Księżyc i magnolie" w Teatrze Współczesnym

  Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem film został przez kogoś nielegalnie przegrany na taśmę video. Zebraliśmy się całą rodziną, ze znajomymi i z wszystkimi chętnymi przed telewizorem. U jeszcze innych znajomych rodziny, bo oni mieli kolorowy. I pamiętam sarkanie dziadka, że schrzanili fabułę, bo się rozmija z książką. "No sami powiedzcie, - krzyczał - gdzie się podziały jej dzieci z pierwszego i drugiego małżeństwa, ja się pytam?" I tak się okazało, że oczekiwana przez wszystkich ekranizacja Przeminęło z wiatrem, którą nareszcie dorwaliśmy w jakiejś niezwykłej jakości i z polskim lektorem, okazała się felerna, bo tak to ocenił Senior rodu. Zdarza się.
  W każdym razie nigdy potem już nie umiałam inaczej spojrzeć ani na film, ani później na książkę (cóż, kolejność zepsuta przez rodzinę), inaczej jak przez pryzmat tej pierwszej, negatywnej oceny. Gdy potem czytałam książkę nie mogłam się w ogóle w nią wgryźć. Przeszkadzało mi rasistowskie Południe, Scarlett była antypatyczna, a jedyna warta zainteresowania bohaterka, czyli Melania, umiera. Jednak historia dotycząca powstawania ekranizacji, zamieszania wokół zwolnienia reżysera, zmiany scenariusza, szukania do samego końca odtwórczyni głównej roli, a potem spektakularny sukces tej produkcji, okazała się mieć niezwykły potencjał. I ten potencjał wykorzystał Ron Hutchinson pisząc swoją sztukę Księżyc i magnolie.

Źródło
Księżyc i magnolie to historia wracająca do momentu powstawania filmu, gdy rozpoczęto już de facto zdjęcia, ale producent David O. Selznick, zwalnia nagle dotychczasowego reżysera filmu, wynajmuje nowego scenarzystę oraz nowego reżysera i obu zmusza do kilkudniowej pracy nad kształtem nowego scenariusza. Ogółem sprawa nie wydaje się taka znowuż trudna, ale problemy się nawarstwiają gdy okazuje się, że nowy scenarzysta Ben Hecht (świetny w tej roli Andrzej Zieliński) nie czytał książki. A po przeczytaniu pierwszej strony ocenił jej zawartość jako "chałę, na której nie da się zarobić nawet centa". Perswazje Selznicka (genialny Sławomir Orzechowski) jednak odnoszą skutek i Hecht zgadza się poświęcić mu pięć dni na napisanie scenariusza. I tak przy pomocy nowego reżysera Victora Fleminga (którego zabawnie odegrał Leon Charewicz) cała trójka pracuje nad tym, by scenariusz był jak najwierniejszy książce, a co za tym idzie, producent z reżyserem wiernie inscenizują jej fabułę, tak by Hecht miał materiał do adaptacji. A biedna panna Poppenghul (urocza Marta Lipińska), niczym Cerber, miała za zadanie pilnowania by nikt nie przeszkadzał i donoszenia kolejnych partii bananów i orzeszków. Bo Selznick się uparł, że przecież tylko one pomagają na myślenie.

Andrzej Zieliński (Ben Hecht), Sławomir Orzechowski (David O. Selznick), Marta Lipińska (Miss Poppenghul), fot. Magda Hueckel (źródło)

Już po pierwszych dwóch dniach Hecht ma dosyć. Nie może patrzeć na banany, jest obolały od pozycji siedzącej, do tego wzbudza w nim protest cała fabuła. A już szczególnie nie zgadza się na scenę, w której Scarlett uderza w twarz swoją małą niewolnicę, Prissy. Tu jego cierpliwość się wyczerpuje, neguje w ogóle wartość pracy nad tym scenariuszem, skoro główna bohaterka to zwykła "kokota, na dodatek zwolenniczka niewolnictwa". Postuluje by scenę wykreślić, albo dodać Prissy jakiś zgrabny monolog. I tak od słowa do słowa panowie zaczynają się najpierw wściekle tłuc po twarzach, a potem już rzucać w siebie nawzajem czym popadnie. Na scenie było głośno od eksplozji tłumionych emocji, na widowni zaś cóż.. śmiech był donośny i długo nie mógł się wyciszyć.


Andrzej Zieliński i Leon Charewicz (źródło)

Szalenie podobały mi się sarkania Hechta na temat fabuły Przeminęło z wiatrem  ("to co ona wyjeżdża do Atlanty, potem ucieka z Atlanty, potem znowu jedzie do Atlanty, a potem znowu ucieka? i jak mam się w tym połapać"; "to w końcu w kim jej się wydaje, że ona się kocha?"), czy o sensie całego przedsięwzięcia ("żaden film o wojnie secesyjnej nie zarobił ani centa"), umiejętności perswazyjne Selznicka i jojczenia Fleminga. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, mimo wyszydzania fabuły powieści w pewien sposób jednak trochę z nią sympatyzuje sprawiając, że mam ochotę dać książce szansę raz jeszcze..


Księżyc i magnolie, Teatr Współczesny, Ron Hutchinson, Przekład: Klaudyna Rozhin
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Anna Englert

Obsada
David O. Selznick: Sławomir Orzechowski
Ben Hecht: Andrzej Zieliński
Miss Poppenghul: Marta Lipińska
Victor Fleming: Leon Charewicz

Czytaj więcej

niedziela, 1 września 2013

"Ludzie i anioły" w Teatrze Współczesnym

Gdy mowa o aniołach otwiera się zaludniona wyobrażeniami przestrzeń. Od tych uskrzydlonych, z mieczem w dłoni, jakie można znaleźć na wielu obrazach, które w kulturze europejskiej pojawiały się już od czasów starożytnych, po te nieco bardziej ludzkie, z wadami i intrygującymi cechami charakteru. W literaturze mamy odniesień bez liku, w kinematografii anioły także spełniają bardzo ważną rolę, będąc albo głównymi bohaterami różnych produkcji, albo ważnymi postaciami drugoplanowymi. Niezależnie od tego jaką funkcję pełnią w przedstawianej historii anioły, czy mitologia anielska, ciągle wzbudzają one ogromne zainteresowanie. Trudno się zresztą oprzeć urokowi historii związanych z anielską aktywnością. Bywają jednak te mniej urocze historie, te z aniołami, które nie mają słodkich twarzyczek, łabędzich skrzydeł i które niekoniecznie są po tej jakby się zdawało oczywistej, dobrej stronie.

Późno w nocy do mieszkania Iwana Paszkina puka do drzwi ktoś, kto damskim głosem oznajmia, że "to ja". Po czym po otwarciu drzwi pojawia się nieznajomy mężczyzna, który dziarskim krokiem i ożywionym głosem wita się z gospodarzem, siada przy jego stole i omawia.. jego ostatni dzień na tym łez padole. Oczywiście Iwan nie reaguje przesadną radością..

Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow) fot. Michał Englert (źródło)
Niejaki Stroncyłow, jak ostatecznie będzie można zidentyfikować nieznajomego, jest jak się okazuje aniołem. Jego zadaniem ma być sprawne przeprowadzenie formalności związanych ze śmiercią Iwana, oraz przejściem w Zaświaty. A jak tam będzie? No na pewno lepiej niż na obrazach Boscha jak zapewnia ów anielski wysłannik, choć z Iwanem to ciężka sprawa, bo nie ma nawet tej cebulki, której można by się uczepić*.. Iwan jest zrozpaczony i rozpoczyna negocjacje o własną duszę i sposób spędzenia wieczności. Bo jednak perspektywa oglądania własnego życia po wielokroć, z powtarzaniem co najbardziej żenujących momentów, bez możliwości zamknięcia nawet oczu.. cóż, wydaje się okrutna. Zgrozę sytuacji zwiększa pojawienie się Notariusza, który bezceremonialne wyegzekwuje podpis od Iwana pod sporządzonym już testamentem, w którym Iwan zrzeka się całego dobytku  na rzecz.. swojego anioła. I tu coś zaczyna nie do końca pasować. Bo po co aniołowi mieszkanie i dacza za miastem?

Zbigniew Suszyński (Notariusz), Sławomir Orzechowski (Iwan Paszkin), Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow)
fot. Michał Englert (źródło)

Alkohol jak wiadomo to całkiem dobry trunek na uzyskanie wielu odpowiedzi, a także wydobycie z przybysza prawdy o jego roli na ziemi. I tak Iwan dowiaduje się, że jego towarzysz nie jest do końca aniołem, bowiem jest aniołem upadłym, a jako taki, zesłany na ziemię niestety niedługo będzie po prostu człowiekiem. I jako człowiek też musi sobie radzić, prawda? Przecież gdzieś zamieszkać musi.. I tu Iwan postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. I będzie w tym tak zaangażowany, że trzeba będzie wzywać pogotowie..

Andrzej Zieliński (Niejaki Stroncyłow), Sławomir Orzechowski (Iwan Paszkin) fot. Michał Englert (źródło)
 Sławomir Orzechowski i Andrzej Zieliński zapewnili widzom niesamowitą rozrywkę. Obaj panowie byli świetni w swoich rolach i obaj skradli serce widowni. W zasadzie widownia nie chciała w ogóle zwolnić swoich aktorów ze sceny co i rusz przywołując ich nieustającymi oklaskami. Nie bez powodu obaj byli nominowani do Feliksa Warszawskiego za pierwszoplanową rolę męską, a nagrodę za nią otrzymał Andrzej Zieliński. Zdecydowanie jeden z ważniejszych spektakli tego sezonu!

Wiktor Szenderowicz, autor scenariusza do "Ludzi i aniołów" (oryg. Dwa angieła, czetyrie czełowieka) jest uważany w Rosji za największego mistrza satyry politycznej. Obecnie współpracuje on ze stacjami radiowymi "Echo Moskwy" i "Radio Swoboda". Uprawia też różne gatunki literackie, o których można poczytać na jego stronie internetowej . Komedia "Ludzie i anioły" od ponad dekady znajduje się w repertuarze Teatru Olega Tabakowa w Moskwie ciesząc się stale niezwykłą popularnością. W Polsce sztuka miała swoją prapremierę w Teatrze imienia Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu, a obecnie można cieszyć nią zmysły w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Cieszyć na całego! Ponieważ to niezwykle zabawna, choć celna w swoim sarkazmie sztuka. Taka, po której aż żal opuścić teatr (chociaż tutaj przyznaję się do całkowitego braku obiektywizmu, bowiem jestem już uzależniona od teatru i wychodzić z niego to już w ogóle nie mam żadnej ochoty).


Ludzie i anioły, Teatr Współczesny, Wiktor Szenderowicz, Przekład: Jerzy Czech
Reżyseria: Wojciech Adamczyk
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Anna Englert


Obsada
Iwan Paszkin, człowiek: Sławomir Orzechowski
Niejaki Stroncyłow: Andrzej Zieliński
Notariusz: Zbigniew Suszyński
Lekarz: Leon Charewicz
Sanitariusz: Michał Piela, Sebastian Skoczeń
Likwidator: Janusz R. Nowicki

*  Była sobie kiedyś zła baba, no i umarła. I nie zostało po niej ani jednego dobrego uczynku. Uchwycili ją diabli i rzucili do ognistego jeziora. Zaś anioł stróż stoi i medytuje: "jaki by tu znaleźć jej dobry uczynek, by Panu Bogu powiedzieć". Naraz przypomniał sobie i rzekł do Pana Boga: "Ona, powiada, z warzywnika cebulkę wyrwała i dała żebraczce". I odpowiedział Pan Bóg: "Weź, mówi, tę cebulkę, wsadź do jeziora, niech się baba za cebulkę chwyci, a ty ją pociągnij; jeśli ją wyciągniesz z tego jeziora, to niech sobie do raju idzie, jeżeli się cebulka oberwie, to niech zostanie tam, gdzie jest".

     Pobiegł anioł do baby, podał jej cebulkę: "Naści, powiada, babo, złap się i trzymaj". I począł ją ostrożnie wyciągać; już, już miał ją wyciągnąć, gdy inni grzesznicy w jeziorze, zobaczywszy, że ją wyciągają, dalejże czepiać się jej, aby razem z nią się wydostać. A baba była zła, bardzo zła, i dalejże nogami wierzgać. "Mnie wyciąga, nie was; moja cebulka, nie wasza." Ledwo to powiedziała, cebulka się urwała. I wpadła baba do jeziora i gore po dziś dzień. A anioł zapłakał i odszedł.

Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow
Czytaj więcej

piątek, 30 sierpnia 2013

"Słów twoich słucham z ogromną radością".. "Hamlet" w Teatrze Współczesnym

Trochę zbyt długi wstęp i dywagacje różniste, czyli część, którą można pominąć i przejść od razu do części zasadniczej..

Zakochuję się powoli w Teatrze Współczesnym. Jak przy spotkaniu z ukochanym, już od przekroczenia jego progów czuję przyjemny dreszcz oczekiwania. I jak to z ukochanym bywa, potrafi mnie zaskoczyć zarówno pozytywnie, jak czasami trochę mniej. Nigdy jednak nie mogę powiedzieć, by pozostawiał mnie obojętną. I to jest chyba siła jego uroku.

O moją edukację w zakresie wiedzy z Hamleta (i nie tylko!) zadbała Małgorzata Musierowicz (także sarkania jaka to jestem bezmyślna czytając jej książki naprawdę mam kompletnie gdzieś). Bardzo dokładnie i skrupulatnie, że chwilami monologi księcia duńskiego same wyrywały mi się z ust. Niebywałe! Minęło tyle lat, a ja ciągle pamiętam próby Anieli, zagadki jakie rozwiązywali Munio i Tunio, ba nawet przekłady.. Gdyby nie moja wrodzona nieśmiałość zapewne już dawno pukałabym do poznańskich drzwi z bukietem kwiatów i listem dziękczynnym. Zamiast tego kupuję wszystkie książki, czytam, zachwycam się, kocham niezmienną miłością dozgonną i mam nadzieję, że to mówi wszystko. Bo tak poza tym, po hamletowsku mogę powiedzieć, że taki ze mnie nędzarz, żem nawet w podzięki ubog(a)*

Biedny, szarpany skrajnymi emocjami książę Hamlet był dla mnie zawsze postacią fascynującą, a jednocześnie budzącą litość. Choć skłamałabym mówiąc, że to on powodował największe emocje podczas lektury najsłynniejszego szekspirowskiego dramatu. Oczywiście, największe emocje zawsze, ale to zawsze budziła postać biednej, oszalałej z rozpaczy Ofelii.. Chwilami, w amoku różnych skrajnych emocji można by nazwać każdą z nas, kobiet, Ofelią. Targane nimi robimy dziwne, niewytłumaczalne rzeczy. Lubię jednak jedynie literacką Ofelię, te prawdziwe są dla mnie zbyt już straszne. Jej nieśmiały urok i rozdawanie rozmarynu i stokrotek, choć w dłoniach same badyle.. I zawsze gdy docieram do tego opisu czuję żal.

John Everett Millais, Ophelia, 1851-2., źródło


Nie dość ostrożnie wspięła się na drzewo.
Złośliwa gałąź złamała się pod nią.
I z kwiecistymi trofeami swymi
Wpadło w toń biedne dziewczę. Przez czas jakiś
Wzdęta sukienka niosła ją po wierzchu
Jak nimfę wodną i wtedy, nieboga,
Jakby nie znając swego położenia
Lub jakby czuła się w swoim żywiole,
Śpiewała starych piosenek urywki (..)**


Kamila Kuboth (Ofelia), Wojciech Zieliński (Laertes)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Hamlet w Teatrze Współczesnym

Ad rem, jak mawiają niespokojni, niecierpliwi, ci którym Poloniusza język jest nadto rozwlekłym, a meritum zbyt upragnione. Ach, słowa, słowa, słowa..

Fabułę Hamleta jak mniemam znają wszyscy, choć założenie to może być nieco niebezpieczne. Wszak czytanie scenopisów sztuk teatralnych, gdzie tak naprawdę potrzeba ogromu wyobraźni reżyserskiej podczas czytania niemal "nagich" dialogów, może okazać się ostatecznie trudne, nudne i żmudne. Zachowując zatem pewną ostrożność we własnych domniemywaniach pozwolę sobie w skrócie ją nieco przytoczyć. Hamlet, książę duński, syn niedawno zmarłego króla, przeżywa prawdziwe rozterki gdy jego matka, tak niedawno owdowiała, szybko ponownie wyszła za mąż, co więcej za brata swego dotychczasowego małżonka. Czy można krócej przeżywać żałobę po ponoć ukochanym mężu? Rozterki te jednak zostaną wkrótce zwiększone przez ukazanie się ducha zmarłego i opowieść o mordercy, którym według ducha miał być właśnie brat króla. Hamlet nie do końca zawierza tej rewelacji i sprawdza swego stryja podstępnie przygotowaną sztuką, podczas której Klaudiusz gwałtownymi emocjami potwierdza podejrzenia. Co zatem może zrobić syn swego ojca wobec jego mordercy? Mścić się? Wybaczyć? Jak dalej żyć z taką wiedzą? Hamlet to dramat niesamowicie uniwersalny, bo wciąż i od nowa pytający o sens życia w świecie, w którym ciągle jest tyle zła, hipokryzji i intryg. A reszta, cóż, chyba zawsze będzie milczeniem.

Gdy na scenie robi się ciemno, gdy oświetlenie pada tylko na wzniesioną na lewej górnej partii sceny wieżę wartowniczą, widz jest momentalnie przenoszony do Danii, na zamek w Elsynorze, późną porą nocną. Działa magia. Oświetlenie, muzyka, słowa aktorów i nagle pojawiają się dreszcze, oto bowiem przybywa Duch. Choć nie widać żadnej postaci, a jedynie jej złudzenie, jej zarys poprzez słowa rozmówców, muzykę i to światło niczym zaświatów, bujna wyobraźnia podpowiada obraz Ducha. Jestem w Danii, znalazłam się w Elsynorze, nie ma mnie. Podobnie jak Horacy nie dowierzam w istnienie ducha, a potem wierzę, bo widzę. Dalej już mogę tylko starać się nie oddychać za głośno. Dobrze, że przyspieszony oddech zagłusza muzyka..

Hamlet w wykonaniu Borysa Szyca chwilami zdumiewa, chwilami śmieszy, chwilami zadziwia błazenadą, ale czyż w tym szaleństwie nie tkwi właśnie metoda? Szyc włożył w tę rolę naprawdę ogromny wysiłek i dużo pracy, widać po zakończeniu spektaklu wycieńczenie na jego twarzy i niemą prośbę o zakończenie burzy oklasków, jaka rozpętała się chwilę po opadnięciu kurtyny, która choć widocznie go cieszy, to też nie pozwala w końcu na zasłużony odpoczynek. Szyc okazuje się być naprawdę niezwykłym aktorem dramatycznym. Zatrważające są sceny gwałtownych emocji, których w końcu w przedstawieniu nie brakuje. Gdy Hamlet prowadzi najsłynniejszą z rozmów z matką, podczas której niemalże ją dusi, Szyc odgrywa tę scenę całym sobą. Deski sceny drżą od jego gwałtownych uczuć, a Gertruda naprawdę umiera ze strachu. Walka jest zawsze na śmierć i życie, nie ma markowanych ciosów. A monologi? Tu nie mam do końca przekonania.. Był i nie był Szyc dobry. Był, bo nie podłożył się patetyczności jaka aż wyziera z tych wszystkich słów, które wydobywa z siebie Hamlet w chwilach przemyśleń. Nie był, bo czasami emocje nie szły w tym kierunku jaki wyznaczał sens słów. Może to jeszcze kwestia nawyku, że Hamlet jest poważnym, targanym emocjami człowiekiem, który cierpi prawdziwe, egzystencjalne rozterki i mają one jak najbardziej realne podłoże. Może to moja wina, że odebrałam Hamletowi zdolność do uśmiechu, do dystansu do samego siebie. Nie zmienia jednak wcale to faktu, że nie mogłam oderwać oczu od Szyca, cała uwaga, cała sala była skupiona na jego Hamlecie i był to Hamlet bardzo ludzki i bardzo miotany emocjami. Mogę wiele nieprzychylnego powiedzieć o kreacjach filmowych Borysa Szyca, ale ta jedna dotąd mi znana, teatralna, mocno zweryfikowała moje zdanie na temat jego pracy aktorskiej. Bardzo pozytywnie muszę dodać.

Borys Szyc (Hamlet, syn poprzedniego, a synowiec teraźniejszego króla)
fot. Magda Hueckel (źródło)

Artur Kruczek (Gildenstern), Borys Szyc (Hamlet), Kamil Przystał (Rozenkranc)
fot. Magda Hueckel (źródło)

   Siłą spektaklu zdecydowanie są role męskie. Na uwagę oprócz Hamleta zasługuje Wojciech Zieliński, niezwykły jako Laertes. Przemawia za tym wyrazistość odgrywanej przez niego postaci. Choć Laertes pojawia się na początku sztuki, a potem długi czas przebywa poza jej kulisami, trudno zapomnieć o Wojciechu Zielińskim i jego krótkim pobycie na scenie. Wyraźna zmiana też jaka zachodzi w Laertesie, od tego początkowego, gdy łagodnie żegnał się z siostrą i upominał ją odnośnie uczuć wobec Hamleta, po tego końcowego, gdy wzburzony najpierw śmiercią ojca pragnie się mścić, a później śmiercią siostry jest już przepełniony żalem i wściekłością, sprawia, że trudno zapomnieć tego aktora i zostaje jakiś powidok jego emocji pod powiekami..
    Horacy w wykonaniu Michała Mikołajczaka to wierny i prawdziwie oddany druh Hamleta, zaangażowany w jego sprawy, bacznie śledzący Klaudiusza podczas przedstawienia. Jego emocje prawdziwe i pełne oddania sprawie przyjaciela  powodują, że zapominam o poprzedniej roli tego sympatycznego aktora (Sieka w Zabójcy), jest on dla mnie Horacym z krwi i kości. Podobnie z Klaudiuszem, zakłamanym królobójcą, który tak szybko wdarł się na tron swego brata i w łoże jego żony. Andrzej Zieliński w tej roli jest równie wiarygodny jak w roli Pignon, nijakiego człowieka, a teraz możnego władcy, którego własne żądze przytłumiają wyrzuty sumienia. Role kobiece są jednak już trochę słabiej dobrane i tu głównie kuleje postać Gertrudy. Jakkolwiek Katarzyna Dąbrowska stara się odtworzyć rolę matki Hamleta bardzo dobrze tak jednak kontrast jej młodej twarzy z twarzą starszego od niej syna budzi drobny sprzeciw. Między aktorami jest sześć lat różnicy i niestety, tę różnicę widać. Uderzająco wygląda młoda kobieta, która ma odgrywać rolę matki w kontraście ze starszym od siebie aktorem, który wcielił się w rolę jej syna. Być może zabrakło jakichś elementów charakteryzacji, które mogłyby tę różnicę choć trochę zmniejszyć, bowiem sama, trochę dodająca wieku, fryzura nie wystarczyła.
   W rolę Ofelii wcieliła się Kamila Kuboth, znana już z Zabójcy jako Oksana. Ofelia, ta najważniejsza kobieca postać sztuki zawsze budzi największą ciekawość, a co za tym idzie, ogromną uwagę widza.

Wojciech Zieliński (Laertes), Kamila Kuboth (Ofelia), na drugim planie Sławomir Orzechowski (Poloniusz)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Na początku przyznaję, patrzyłam na aktorkę bez przekonania. Dotąd Ofelia kojarzyła mi się z pewną dziewczęcą zwiewnością, tu zaś zabrakło tego trochę, choć Kamili Kuboth nie można odmówić ani uroku, ani urody. Jest coś w głosie tej aktorki co chwilami odbiera mu dziewczęcą nośność i być może sprawia ów efekt braku zwiewności. Jednak scena obłąkania, gdy Ofelia rozdaje wszystkim obecnym kwiaty, śpiewając stare piosenki, zmienia bardzo wiele w percepcji tej roli i robi spore wrażenie, które zaciera wcześniejsze wątpliwości. A przecież było nie było to właśnie ta scena jest najbardziej wymagająca, a zatem najlepiej świadczy o roli Kamili Kuboth.

W Teatrze Współczesnym zajęto się tą sztuką z dbałością o wszystkie szczegóły, stąd może zadziwiać imponująca długość trwania spektaklu - ponad trzy i pół godziny! Tekst według tłumaczenia Józefa Paszkowskiego przygotował i wyreżyserował Maciej Englert, zaś świetną scenografię wykonał Marcin Stajewski. Przygotowania do wystawienia całej sztuki trwały dość długo, bowiem były bardzo skrupulatne, ale nie mniej czasu poświęcono na jedną z najważniejszych scen - sceny pojedynku między Laertesem a Hamletem, którą to scenę obaj zarówno Borys Szyc odgrywający Hamleta, jak i Wojciech Zieliński w roli Laertesa przygotowali długimi treningami z fechtunku.

Borys Szyc (Hamlet), Wojciech Zieliński (Laertes)
fot. Magda Hueckel (źródło)
Po wyjściu z teatru trudno pozbyć się ochoty zawrócenia, by przeżyć to raz jeszcze. Gdyby nie późna pora, o której kończy się seans miałabym naprawdę ogromną ochotę na powtórkę. Właściwie.. to nadal ją mam.



Hamlet, Teatr Współczesny, William Shakespeare
Przekład: Józef Paszkowski
Opracowanie tekstu i reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Choreografia scen fechtunkowych: Janusz Sieniawski

Obsada (najważniejsze postaci)
Klaudiusz, król duński: Andrzej Zieliński
Hamlet, syn poprzedniego, a synowiec teraźniejszego króla: Borys Szyc
Gertruda, królowa duńska, matka Hamleta: Katarzyna Dąbrowska
Poloniusz, szambelan: Sławomir Orzechowski
Ofelia, córka Poloniusza: Kamila Kuboth
Laertes, syn Poloniusza: Wojciech Zieliński
Horacy, przyjaciel Hamleta: Michał Mikołajczak



* Hamlet, akt II, scena 2, przekład Józefa Paszkowskiego; a na przykład Iwaszkiewicz przetłumaczył to tak: Taki żebrak jak ja ubogi jest nawet w podziękowania.
**Hamlet, akt IV, scena 7, przekład Józefa Paszkowskiego
Czytaj więcej

sobota, 24 sierpnia 2013

"Najdroższy" w Teatrze Współczesnym

Szczęśliwie sezon zwany powszechnie wakacjami powoli dobiega końca. Szczęśliwie, bo nie znoszę tego określenia "wakacje", szczególnie w ustach dorosłych, których tak samo jak mnie to nie dotyczy, ale jakaś nieznośna upartość każe tak ciągle nazywać ten okres; szczęśliwie, bo skończy się walka z dojazdami do stolicy, która jak zwykle ignorując pracujących, remontuje się właśnie w czasie wakacji dla młodzieży szkolnej i studiującej, no i ciała pedagogicznego. Szczęśliwie, bo teatry otwierają ponownie swoje podwoje i mogę znowu cieszyć się ich repertuarami. Zaczęłam już wczoraj w Teatrze Współczesnym setnie się bawiąc na wystawianej tam sztuce pt. Najdroższy.


Autor Najdroższego, Francis Veber, jest w Polsce znany zapewne ze scenariusza innego obrazu, dość słynnego swego czasu filmu pt. Tajemniczy blondyn w czarnym bucie, który tradycyjnie, jak to z dobrym francuskim kinem bywa, spopularyzowała także amerykańska wersja pt. Człowiek w czerwonym bucie. Jednak Veber ma na swoim koncie znacznie więcej komedii jak np. Pechowiec, czy Przyjaciel gangstera, które są docenianie przez widzów na całym świecie.  Spektakl Najdroższy miał premierę w Paryżu na jesieni 2012, w reżyserii samego autora, i jak widać dość szybko trafił na scenę polskiego teatru, bowiem już w marcu br. odbyła się jego premiera w Teatrze Współczesnym. Adaptacji sztuki dokonała Barbara Grzegorzewska, a wyreżyserował ją Wojciech Adamczyk. Poniżej, na filmie, zdjęcia z prób do premiery (źródło).


Najdroższy to historia paradoksów. Główny bohater, życiowy nieudacznik, rozwodnik, od dwóch lat bezrobotny, do tego obdarzony dość bezbarwną i monotonną powierzchownością (grający tak genialnie, że jest z trudem rozpoznawalny w tej roli Andrzej Zieliński), którą nie jest w stanie zainteresować nie tylko żadnej kobiety, ale nawet urzędnika podatkowego, usilnie próbuje dokonać w swoim życiu zmiany. Na pomysł owej zmiany wpada właśnie przy pomocy pierwszego z paradoksów w tej sztuce - poprzez kontrolę skarbową. Większość ludzi raczej unika tego typu wydarzeń w życiu, Pignon zaś (czyt. Pinią) właśnie w taki sposób spróbuje nareszcie zaistnieć w świadomości otaczających go ludzi. Jak jednak zmusić Urząd Skarbowy do takiej kontroli, skoro Pignon nie ma żadnych dochodów, a w związku z tym niewiele wydatków, jak również jest tak bezbarwny, że niemalże niewidoczny? Oczywiście jedyną metodą jest posiadanie informacji o kimś innym, kim urząd jest zainteresowany. W tym przypadku Pignon próbuje wykorzystać postać swego ojca chrzestnego Jonville'a (czyt. Żonwil; w tej roli błyskotliwy Krzysztof Kowalewski), a w gruncie rzeczy obcego mu człowieka, obrzydliwie jednak bogatego, na dodatek będącego w kręgu zainteresowań niejakiego Toulouse'a (przezabawny Sławomir Orzechowski), inspektora podatkowego. Tak się bowiem pięknie złożyło, że Pignon ma za zadanie opiekować się mieszkaniem swojego chrzestnego i dzięki temu przyjmuje wizytę Toulouse'a i w trakcie rozmowy z urzędnikiem wpada na swój genialny pomysł. Który od razu poddaje próbie na dekoratorce wnętrz, pięknej Christine (którą fenomenalnie odegrała Weronika Nockowska). O ironio i sprzeczności ludzkich zachowań, Christine nie tylko uwierzy w kontrolę, ale wyobrażając sobie jakie to pieniądze mógł ukryć przed państwem Pignon, piękna dekoratorka szybko zacznie nazywać dotąd ignorowanego przez siebie mężczyznę, najdroższym...

Piękna Christine (Weronika Nockowska) i Pignon (Andrzej Zieliński); źródło
 Dalej już poszło lawinowo. Była żona, Marie, nagle ponownie jest zainteresowana swoim byłym mężem (w tej roli Joanna Jeżewska), kolega ze studiów, bankowiec Maurin (Dariusz Dobkowski), dotąd traktujący Pignon, jak poczciwego idiotę, odkrywa nagle jak bardzo cenna to znajomość i stara się za wszelką cenę pozyskać przychylność Pignon i umówić go ze swoim szefem. Pignon ma okazję zobaczyć na własne oczy, jak mogą zmienić się relacje z ludźmi, gdy w grę wchodzi nawet nie tyle realne bogactwo, co samo podejrzenie bogactwa. Jak na początku cieszy go to i trochę bawi, tak z czasem stanie się uciążliwe, szczególnie, gdy przypadkowo Olga (Katarzyna Dąbrowska), sąsiadka z góry, zaleje mu łazienkę i tym samym pojawi się w jego życiu jako ważna dla niego osoba. Na dodatek równie poczciwa i z równie nieudanym życiorysem jak Pignon. I tu się pojawia ostatni z paradoksów. Bowiem bogactwo, jakie ostatecznie przypadnie w udziale tej dziwnej dwójce, okazuje się być ciężarem, z którym "jakoś trzeba będzie żyć"..

Olga (Katarzyna Dąbrowska) i Pignon (Andrzej Zieliński); źródło
Nie da się ukryć, że główną gwiazdą sceny był Andrzej Zieliński, niezwykły wprost w roli Pignon. Wydawałoby się, że ten przystojny mężczyzna nie nadaje się do takiej roli, a jednak na oczach widzów Zieliński nagle stracił cały swój powab i czar i niemalże magicznie wcielił się w rolę nijakiego Pignon. Można by rzecz, że wręcz brzydkiego i aseksualnego bohatera. W tej sytuacji można tylko pogratulować talentu. Z postaci żeńskich na plan pierwszy wysuwa się Weronika Nockowska. Świetna, wprost prawdziwa w tej roli irytującej dekoratorki, której gust dyktowany jest ceną dzieła sztuki, a nie jego wartości kulturowej. Moment gdy mówi "ale przecież, gdy się kogoś kocha, bierze się go takim jaki jest" jest wprost przesycony całym cynizmem jej bohaterki. Myślę, że te brawa na stojąco były nie tylko dla Zielińskiego. Jedynie szkoda, że postać Krzysztofa Kowalewskiego pojawiła się na scenie na tak krótko. Szalenie lubię tego aktora i przyznaję, że jest ogromną przyjemnością popatrzeć na niego na żywo.
Jonville (Krzysztof Kowalewski) i scena z taboretem barowym; źródło
 Zabawna, momentami nawet do łez (scena gdy Jonville próbuje usiąść na taborecie barowym), przyjemna i po prostu przesympatyczna sztuka, spowodowała, że wychodziliśmy z  teatru niesamowicie zadowoleni, uśmiechnięci i odprężeni. Czego można chcieć więcej na zakończenie długiego tygodnia? Szczerze polecam tę sztukę, nawet jeśli nie przepada się przesadnie za współczesnymi scenariuszami. Bo przyznaję, ostatnio miałam ich przesyt. A Najdroższy jest w tym temacie przyjemnym rozczarowaniem.


Najdroższy, Teatr Współczesny, reżyseria:  Wojciech Adamczyk
Scenografia i kostiumy: Marcin Stajewski i Anna Englert
Przekład: Barbara Grzegorzewska

Obsada
Pignon: Andrzej Zieliński
Maurin, przyjaciel ze studiów: Dariusz Dobkowski
Toulouse, inspektor podatkowy: Sławomir Orzechowski
Christine, dekoratorka: Weronika Nockowska
Marie, była żona Pignona: Joanna Jeżewska
Olga, Rosjanka: Katarzyna Dąbrowska
Jonville: Krzysztof Kowalewski
Czytaj więcej

piątek, 17 maja 2013

"Moralność pani Dulskiej" w Teatrze Współczesnym

Teatr Współczesny w Warszawie lubi zaskakiwać sposobem inscenizacji nawet najbardziej znanych sztuk. Wydawałoby się, że nie można już zbyt wiele nowego powiedzieć o Moralności pani Dulskiej, stworzonej przez Gabrielę Zapolską na początku ubiegłego wieku. A jednak co nieco nowego można powiedzieć, można trochę inaczej pokazać chciwą i zakłamaną Anielę Dulską, można też pokazać uniwersalność ludzkich zachowań i charakterów niezależnie od tła epoki. Chciwość, zakłamanie i hipokryzja są stałym elementem ludzkich zachowań. I nie ma co się obrażać na panią Dulską. Dulskich, jak i Simoninich, wszędzie jest pełno.

Źródło zdjęcia
Gdy zobaczyłam na scenie Monikę Krzywkowską w roli pani Dulskiej trochę zdziwiłam się, że nasza bohaterka jest teraz młodsza, bardziej kobieca. Aniela Dulska w tym spektaklu to prawdziwa kobieta. Twardo stąpająca po ziemi, broniąca, w jej poczuciu rzecz jasna, honoru swojej rodziny, jednocześnie zapracowana i niezniszczalna. Do czasu. Kołtuny, nie tylko metaforyczne, jednak będą proszę Państwa na scenie Teatru Współczesnego, a inscenizacja chwilami nabierze rozpędu szaleństwa, niczym w jakiś otumanionym śnie chorego, bądź wizji niezrównoważonego artysty.

Fabuła zasadnicza nie została pominięta, choć spektakl wydaje się bardzo krótki, bo zaledwie dwugodzinny. A zatem mamy służącą Hankę, którą zhańbi nieodpowiedzialny syn Dulskich, Zbyszko. Jest i milczący ojciec, który wydaje z siebie tylko pomruki i na dobrą sprawę, gdyby zniknął, nikt by tego nie zauważył. Dziewczęta, a więc Hesia i Mela, programowo dziewczęta ułożone, a tak naprawdę obie pełne skrywanych pasji, które trudno im ukryć, choć najwyraźniej pełna dystynkcji i szanowana Aniela Dulska widzi swoją rodzinę, tak jak ona tego chce, a nie jak to jest naprawdę. Toteż przymyka oko na szaleństwa Zbyszka, wyrzuca z kamienicy kobietę, która próbowała popełnić samobójstwo (karetka przed moją kamienicą, taki skandal!), podnosi czynsz kokocie i pławi się w swojej świętoszkowatości. Do czasu, gdy prawdziwy skandal nie wydarzy się własnie w tym jej pieczołowicie pielęgnowanym domu.

Źródło zdjęcia
W Moralności pani Dulskiej pierwsze skrzypce grają kobiety. Fenomenalna Monika Krzywkowska genialnie odgrywa miejską matronę, jednocześnie oddając siłę charakteru swojej postaci. Mężem wyraźnie pomiata, faworyzuje syna, dba o edukację córek. Jest niepodzielną królową w tym małym królestwie. Mężczyźni nie mają zbyt wiele do powiedzenia. Pan Dulski jest jak duch (w tej roli Wojciech Żołądkowicz), którego jedynym zadaniem są wyjścia do biura. Jedynie ukradkiem, gdy żona nie patrzy, podkradnie cygaro, czy spędzi czas z córką. Zbyszko, którego świetnie sportretował  Marcin Januszkiewicz to zwykły filut, bawidamek i hulaka. Niby próbuje, niby chce wyrwać się ze swojego otoczenia, postąpić inaczej niż tego oczekuje matka, ale jego drwiny z domowej rutyny, z zachowań matki i sióstr są ledwie mierną próbą, by tego dokonać. Ostatecznie w domu rządzi tylko ona, matka, Aniela Dulska.

Sceny przedstawiające kolejne chwile z życia Dulskich, w newralgicznych, przełomowych dla akcji momentach, przerywane są somnambulicznym tańcem, w slapstikowym, nieco rozmemłanym wydaniu. Pierwsze takie przerwanie akcji powoduje zaskoczenie, potem wydaje się, że te momenty ciekawie podkreślają narastające napięcie i emocje wywołane ciążą Hanki i skandalem, jaki za chwilę rozejdzie się po mieście. Jak jednak wiadomo, do samego skandalu nie dojdzie, Zbyszek tak samo skołtuniony jak i cała rodzina, zmieni zdanie odnośnie ślubu z Hanką i familia Dulskich będzie mogła znowu żyć po bożemu. Jak dawniej. Bo jaką naukę można z tego niby wyciągnąć?

Oczywiście lekturowe czytanie Gabrieli Zapolskiej sprawia, że każdy czytelnik tę naukę wyciąga w sposób naturalny. Jednak trzeba to przyznać, zupełnie inaczej odbieram panią Dulską teraz, niż naście lat temu podczas pierwszej lektury. Wtedy zdawało mi się, że rzecz mówi o kimś kompletnie mi obcym, nieznanym. Naiwna nastolatka widziała w końcu świat nieco bardziej idealistycznie. Teraz odbiór był taki, że takich pań Dulskich to znam naprawdę zbyt wiele. Ba, być może sama mam pewne cechy pani Dulskiej.


Moralność pani Dulskiej, Teatr Współczesny, reżyseria: Agnieszka Glińska
Scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska

Obsada

Pani Dulska: Monika Krzywkowska
Pan Dulski: Wojciech Żołądkowicz
Zbyszko Dulski: Marcin Januszkiewicz
Hesia Dulska: Monika Pikuła
Mela Dulska: Marta Juras
Julasiewiczowa z Dulskich: Weronika Nockowska
Lokatorka: Monika Kwiatkowska
Hanka: Natalia Rybicka
Tadrachowa: Agnieszka Pilaszewska


Czytaj więcej

poniedziałek, 13 maja 2013

"Zabójca" w Teatrze Współczesnym

Ileż pomyłek popełni rozum, nim dojdzie do prawdy.
Mikołaj Gogol


Marzyłam o nadzwyczajnej sztuce, o czymś co pochłonie mnie tak bardzo, że zapomnę gdzie jestem i dlaczego. Coś, co zwyczajnie, zawładnie emocjami, skupi, powodując, że zakończenie wyrwie niczym z letargu. I oto stało się. Sztuka, którą mieliśmy przyjemność obejrzeć, ponownie dzięki uprzejmości portalu Wiadomości24, czyli Zabójca w Teatrze Współczesnym, własnie tego dokonała. Oboje wyszliśmy z Marcinem z samymi superlatywami na ustach kolejno opowiadając sobie wrażenia, jakbyśmy nie sztukę, a czyjąś prawdziwą historię właśnie wysłuchali. Historię pełną emocji i w niezwykły sposób przekazaną. Zupełnie inaczej. A jednocześnie w nawiązaniu do naprawdę dobrej, rosyjskiej literatury.

Obsada spektaklu, od lewej: Mama, Diusza, Oksana i Sieka; źródło zdjęcia
Głównym bohaterem Zabójcy jest Andriej, którego wszyscy nazywają zdrobniale Diuszą. Diusza jest studentem, a w zasadzie, jak większość mieszkańców studenckiego akademika, jest studentem skreślonym z listy studentów, jednak nadal próbując utrzymać ten status mieszka w akademiku. W końcu kierowniczka jest przekupną osobą i zawsze można zatrzymać swój pokój. Problemem Diuszy jest jednak dług karciany jaki zaciągnął wobec Sieki, postrachu wszystkich studentów, przystojnego i inteligentnego chłopaka, który wygrywa zawsze, gdy słyszy muzykę. I dlatego wygrywa kiedy zechce. Diusza zatem z ogromnym długiem, którego nie jest w stanie spłacić, którego wielkość spędza mu sen z powiek, otrzymuje od Sieki zadanie. Ma ściągnąć dług z innego dłużnika, znaczniej zadłużonego. A co będzie gdy tamten nie odda długu. To proste. Zabij go. Powiedział Sieka. Tak po prostu. Bez zastanawiania się. Bez refleksji. Jak? Zapytał Diusza. Masz nóż? Zwykły nóż? To wystarczy! I weźmiesz Oksanę. I na tym zakończono negocjacje. A Diusza rad nie rad wyrusza w podróż życia, wraz z Oksaną, niekochaną dziewczyną Sieki. Podróż, w której Diusza nauczy się czegoś ważnego o sobie.

Oksana z Diuszą; źródło zdjęcia
Emocje rosną, Oksana jest piękną dziewczyną, ponętną, wabi nieświadomie niewinność Diuszy, choć niewinność ta już jest skalana, samą tą myślą, samą tą zmianą w sobie, żeby zabić, żeby odebrać życie. Jednak nie, nie będzie zabijania, Diusza szuka innych rozwiązań, szuka pomocy a Oksana mimowolnie jest mu towarzyszką,  choć wcale tego nie chciała, wcale nie pragnęła tej podroży, tego chłopaka, menela, dziwaka, u którego taki syf, że popiół z papierosa można strącać do łóżka. Ale jadą, jadą, wspólnie przejdą przez małe piekło, by zakończyć je w niespodziewanej konfiguracji ról.

Sama fabuła jest bardzo intrygująca, w powietrzu cały czas wisi dylemat moralny - zabić czy nie zabić? Napięcie jest namacalne, wydaje się że wszyscy płyniemy wraz z tą historią zawieszeni w dziwnym miejscu, czasie, lęk, że Diusza jednak porwie się na ostateczny krok cały czas jest odczuwalny. Cisza przed burzą, a potem eksplozja emocji. Gdy padają ostatnie słowa trwam w niedowierzaniu, że to koniec. Bo ta historia mogłaby kontynuowana bez końca.

Sposób inscenizacji jest siłą przekazu treści scenariusza. Nie mamy tu klasycznej wymiany zdań między aktorami, inscenizacja polega na monologach, historiach wewnętrznych bohaterów, którzy na zmianę relacjonują to co się między nimi dzieje, chwilami tylko dochodzi do krótkich interakcji między nimi. I choć na scenie są stół, dwa krzesła i łóżko to widzowie są porywani na kolejne miejsca akcji samymi słowami. Podróż autobusem. Wizyta u matki. Kąpiel w bali. I wreszcie podróż w poszukiwaniu dłużnika. Ta sztuka jest niczym dobrze napisana książka, wciąga po prostu od pierwszych słów wypowiadanych przez Andrieja. Zresztą, bardzo mocnych słów, wypowiadanych w żalu i rozpaczy, słów negujących istnienie Boga, a jednocześnie pełnych modlitwy. Nie bez powodu Diusza został porównany do Raskolnikowa, a sama sztuka do poetyki Dostojewskiego. Powiedziałabym, że jeśli chodzi o spektakle to jest to jeden z tych, które trzeba zobaczyć. 


Zabójca, Teatr Współczesny, Autor: Aleksandr Mołczanow
Przekład: Alicja Chybińska
Reżyser: Wojciech Urbański
Scenografia: Marta Zając


Obsada

Oksana: Kamila Kuboth
Mama: Maria Mamona
Andriej: Mateusz Król
Sieka: Michał Mikołajczak
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.