sobota, 30 listopada 2013

Lektury dzieciństwa. "Taja z Jaśminowej" Adriany Szymańskiej

Lektury okresu dzieciństwa mają niezwykły urok. Na mojej liście jest kilka stałych ulubieńców, których kartki swego czasu wertowałam namiętnie i z dużą regularnością. Do nich należy między innymi Taja z Jaśminowej Adriany Szymańskiej wydana pierwszy raz w 1988 roku. Taka "dziewczyńska", jak to mawiał mój brat cioteczny, choć on w ogóle uważał, że czytanie jest "dziewczyńskie". Taja jednak była dla mnie szczególna. W momencie lektury byłam tylko o rok starsza od bohaterki, przede mną były podobne zmiany, czyli przeprowadzka, miałyśmy rodzeństwo w zbliżonym wieku. Dlatego ta malutka książeczka miała dla mnie szczególne znaczenie wtedy, a i dziś sentyment z nią związany wcale nie uległ zmniejszeniu. Szczególnie, gdy patrzę na te pierwsze próby oznaczania własnych książek, a także, pierwsze próby ich katalogowania.


Gdy zobaczyłam pierwsze od 1988 roku wznowienie Tai, pięknie zresztą wydane przez wydawnictwo W.A.B w 2010, leżące w taniej książce w ilości kosmicznej, za całe 11 polskich złotych, zrobiło mi się smutno. W trzy lata po wydaniu tej książeczki zainteresowanie nią okazuje się być znikome. A przecież jest to naprawdę przemiła książka dla dzieci, która mogłaby również cieszyć oko rodzica przyjemnymi ilustracjami, czy to ze starej, czy to z nowej jej wersji.


Taja tak naprawdę ma na imię Natalia. Jej imię zmodyfikował malutki braciszek, Daszo, który zresztą również sobie zmienił imię, bo przecież jego prawdziwe to Adam. Po tacie, Adamie. Tata dla rozróżnienia więc jest Duży - to po to, by mama nie musiała wołać ich obu na raz, gdy będzie potrzebowała tylko jednego. Całą rodziną, wraz z babcią, mieszkają w ślicznym domku przy Jaśminowej 3. Taję cieszy przy Jaśminowej wszystko. Ogród pełen Dziwanów, dziadek Filip po sąsiedzku, kolega Michał, z którym często się droczy i oczywiście kochana rodzina, choć oni ciągle zajmują jej czas, podczas gdy w ogrodzie tyle się dzieje!

ilustracja z wersji z 1988, ilustrowała Katarzyna Gintowt
 Tańczące Świetliki śpiewają jej piosenki i zmuszają do poszukiwań, bo ciągle jej umykają. Słończyk bywa kapryśny i nie zawsze się pojawia, gdy Taja tego pragnie. Czasami, gdy pada dłużej niż jeden dzień tęskni za nim bardzo i dlatego się cieszy, gdy ponownie się pojawia. Oczywiście, wraz z pierwszymi promieniami słońca.

ilustracja z wersji 2010, ilustrowała Lucyna Talejko - Kwiatkowska
 Bo tak, Taja ma bujną wyobraźnię i to ona pomaga jej nie myśleć o zmianach, które są nieuchronne. Wyprowadzka z Jaśminowej to już tylko kwestia czasu. Mama ciągle mówi o nowym mieszkaniu, cieszy się, babcię też ta zmiana nastraja optymistycznie, gdyż duża wilgoć w domu przy Jaśminowej znacząco wpływa na jej samopoczucie. Daszy póki co jest wszystko jedno. A Taja nie wyobraża sobie innego życia niż tego przy Jaśminowej. Dziadek Filip znaczy dla niej bardzo wiele, a Michała też na pewno będzie jej brakować. Oprócz tego ogrodowe Dziwany, ściganie Rdenia, poszukiwania Galopka - tego nie da jej mieszkanie w nowym bloku. Dziewczynka jest więc zrozpaczona i postanawia, że zostanie sama przy Jaśminowej. Dopiero rozmowy z Dziadkiem Filipem pomogą jej zrozumieć, że pewne zmiany w życiu są konieczne, że należy szukać w nich pozytywnych stron, nie żałować tego, co mija, a witać nowe z ciekawością, bo nigdy nie wiadomo, co ono przyniesie. A wszystko co najważniejsze przecież Taja i tak zabierze ze sobą, w swoim sercu.

Dziadek Filip w starszej wersji
 Taja z Jaśminowej jak na lekturę dla dzieci przystało omawia parę ważnych spraw, ale przede wszystkim daje popis siły dziecięcej wyobraźni. Wszystko, co widzi Taja jest przesycone pięknem, ale też pokazujące, że zwykły promień słońca, zwykły deszcz, mogą być źródłem niesamowitych wyobrażeń. Nawet taka nudna czynność, jak pielenie grządek, może okazać się niezwykłą przygodą. Oczywiście jest to historia, która może już nie znajdywać swoich odbiorców. W świecie, gdzie wyobraźnię zastąpiły gotowe obrazy, a rozrywki dostarczają gadżety elektroniczne, taka bajeczka o zwykłej w sumie dziewczynce, z przeciętnymi, choć poetyckim marzeniami, może wydawać się nudna. A jednak sądzę, że świat dziecięcej wyobraźni aż tak bardzo się nie zmienił i dlatego mimo wszystko warto dawać dzieciom Taję do poczytania. W każdym razie moja bratanica na pewno dostanie swój egzemplarz, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. I liczę na jej spektakularny sukces, podobny do tego z jakim spotykają się aktualne lektury (w tej chwili mocno, ale też z dużą namiętnością, targane za nieszczęsne stronice).


Taja z Jaśminowej, Adriana Szymańska, Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988
                                                             Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010


Czytaj więcej

czwartek, 28 listopada 2013

Odcienie znaczeń. "Honor" Elif Shafak

 Każdy człowiek jest osadzony w jakiejś kulturze, w której przyszło mu się urodzić i wychować. Nawet jeśli kiedyś wyemigruje ze swojego kręgu kulturowego, nawet gdy wpływy innych kultur i postaw znacząco ukształtują zmiany w jego charakterze, pewnych niemalże bezwarunkowych wpisów, nie sposób z serca wymazać. Idą w ślad za człowiekiem, niczym jego skarb, albo piętno, zależy jak na to spojrzeć. Ta różnorodność kulturowa ma takie rozpięcie, taki rozmach, że jedno słowo, choć potencjalnie oznaczające to samo, może mieć tego znaczenia całą masę odcieni. Bo na przykład takie słowo jak "hańba" może dla Anglika znaczyć coś zupełnie innego niż dla tureckiego imigranta, który w Anglii zamieszkał. Tak się rodzą nieporozumienia, tak powstaje mit podłej rasy, tak też interpretacje zachowań osób z innej kultury są zakrzywione. Choć trudno powiedzieć, by to oznaczało, że mniej sprawiedliwe, gdy mowa o tak zwanym honorowym morderstwie. Bo czy jakiekolwiek morderstwo może usprawiedliwiać pochodzenie kulturowe?

 Wędrówka przez powieść Elif Shafak rozpoczyna się w Londynie, by płynnie cofnąć się w czasie i przestrzeni do małej, kurdyjskiej wioski nad Eufratem i ten sposób prowadząc czytelnika przez czas i miejsca tak sobie odległe, tak różniące się kulturowo, opowiedzieć historię pewnej rodziny, której początki wcale nie miały związku z miłością i oddaniem. Bowiem Naze gdy rodziła Pembe i Jamilę oczekiwała syna, a nie kolejnych córek. Bowiem Adem pokochał Jamilę, choć za żonę pojął Pembe. Wszystko poszło nie tak, jak tego oczekiwali bohaterowie tej opowieści, trudno się zatem dziwić, że i historia sama w sobie nie tchnie przesadnie wydźwiękiem pozytywnym.


 Rodzina Topraków wyemigrowała ze Stambułu, z małego, stęchłego i pełnego wilgoci mieszkania w suterenie do Londynu, jak każdy emigrant, za lepszym życiem. Stara, słuszna zasada mówi o tym, że człowiek może uciec od miejsca i od innych ludzi, ale od siebie samego nie ma jak uciec. Londyn przyprawia Pembe o zwiększoną zabobonność, potęguje nałóg Adema, wpływa na zmianę charakterów dzieci;  Iskander, najstarszy syn, coraz częściej interesuje się spotkaniami z kolegami i boksem, córka Esma w zasadzie nosi się jak londyńskie dziewczyny, a najmłodszy Yunus ciągle jest poza domem i ukrywając to przed rodzicami, spędza czas z squattersami, zakochany bez pamięci w jednej z nich -  Tobiko. Jednak tak naprawdę to, co zabrali ze sobą jeszcze znad Eufratu, potem trwało przy nich w Stambule, a następnie razem z nimi wyemigrowało do Londynu, to to, że od dawna nie układało się między Pembe a Ademem, który ostatecznie odchodzi od żony i związuje się z tancerką erotyczną.

 Mężczyzna grzeszy, kobieta zaś hańbi rodzinę. Na tym w skrócie polega różnica pomiędzy Ademem, który sypia z inną niż jego żona kobietą, a Pembe, która nieśmiało zaczyna się spotykać z Eliasem, zgadzając się jedynie na cotygodniowe seanse kinowe. Ale Adem jedynie zgrzeszył, Pembe zhańbiła cały ród. Niesłychane, jak można zapomnieć o dobrym tonie, wychowaniu i zakląć gorzko w duszy, czytając takie niesprawiedliwe i krzywdzące oceny. A jednak te postawy i oceny, traktowane jako coś niepodważalnego, powodują mnóstwo nieszczęścia. Bo przecież rodzinie trzeba honor przywrócić. Skoro ojciec nie może podołać zadaniu siłą rzeczy spada ono na barki najstarszego syna. Chłopak nie ma wyboru. W przypływie gniewu dokonuje czynu - w jego przekonaniu - honorowego, w odczuciu każdej innej istoty - hańbiącego. Zabija własną matkę.

 Wbrew pozorom powyżej oddałam jedynie jeden z odcieni tej powieści. Shafak prowadzi nas swoim zręcznym piórem przez jej różnorodne odnogi, które sięgają głęboko w przeszłość, pokazują trudne ścieżki, jakimi byli zmuszeni podążyć jej bohaterowie, wreszcie, nie poddaje ocenie swoich postaci. Są oni marionetkami w rękach losu, w sidłach silnych emocji, uwięzieni w sztywnych, kulturowych ramach, poza które nie potrafią wyjść nawet gdy chodzi o dobro dziecka, miłość do matki, gdy chodzi o mówienie dziecku pewnych prawd, bądź kłamstw. W Honorze mamy pięknie ukazane, jak bezrefleksyjnie posłuszni kulturowym, odziedziczonym zasadom, ludzie wpadają w ślepe zaułki, jak miotają się w sprzecznych emocjach, które powoduje chęć obejścia, złamania, bądź zapomnienia tych zasad. Niestety, w powieści Elif Shafak okazują się one dla wielu jej bohaterów silniejsze nawet od miłości.

 Wspaniale się czyta Honor. Pięknie, z rozmachem i kobieco napisana, saga rodziny Topraków przenosi czytelnika w inne zakątki świata, wywołuje emocje, wzburza, wzrusza, ponosi falą słów. Lubię Elif Shafak, nawet jeśli Honor nie jest tak dobry jak Bękart ze Stambułu to utrzymuje wysoki poziom tej ostatniej i udowadnia, że autorka ma jeszcze wiele do opowiedzenia. A ja chętnie będę sięgać po kolejne jej tytuły.



Honor, Elif Shafak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Czytaj więcej

sobota, 23 listopada 2013

Bo dzieciom też należy opowiadać o Holocauście. "Arka czasu" Marcina Szczygielskiego

  Nie wiem jak dziś jest omawiany w szkołach okres II wojny światowej, a szczególnie tematyka Holocaustu, ale wiem, że gdy sama byłam dzieckiem to dziadek mnie wtajemniczył w to zagadnienie. Zresztą, rozmowa na ten temat zakończyła się naszą pierwszą poważną kłótnią. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że miliony ludzi najpierw wtrącono do gett, a potem wywożono na masową śmierć. Moje podstawowe pytanie do dziadka było - "i nikt nie zareagował?" Dziadek nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego tak naprawdę cały świat zignorował te wydarzenia, a przynajmniej, nie zareagował na tyle by się przeciwstawiać działaniom faszystów. Nie wytrzymał i nakrzyczał na mnie wyzywając mnie od idealistek. Wówczas poznałam słowo "idealista" i chciałam dowiedzieć się więcej o wydarzeniach z okresu II wojny światowej. Miałam osiem, może dziewięć lat. Jednak nie miałam wtedy za bardzo z kim o tym porozmawiać.

  Sądzę, że dzieciom powinno się opowiadać o Holocauście, a już na pewno powinno się odpowiadać na ich pytania w tym temacie. Wierzę jednak, że to musi być bardzo trudne. Opowiedzieć własnemu dziecku o potwornościach z getta, o wycieńczającej pracy w obozach, a głodowaniu, chorobach, a wreszcie okrutnej śmierci? To temat wywołujący mocny dyskomfort, szczególnie, że każdy rodzic chce dziecko przede wszystkim chronić. Dlatego takiemu rodzicowi, który chciałby o tym mówić, ale ma obawy jak to zrobić najłagodniej, najtaktowniej dla dziecka, proponuję lekturę Arki czasu Marcina Szczygielskiego. Najlepiej na głos, wspólnie z pociechą. Z dwóch ważnych powodów - pierwszy jest taki, że przeżycia wojenne poznajemy z perspektywy i głosem dziecka, drugi zaś jest taki, że w tej perspektywie nie ma zakłamania, ani udawania, że dramatu nie było, a jednocześnie jest to historia opowiedziana z dużym wyczuciem, tak, by młodego czytelnika poruszyć, ale nie przerazić natłokiem wojennego koszmaru, by uświadomić, ale też wyłuszczyć istotne w życiu tematy, takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, oraz ich ogromną moc w trudnych chwilach. Dodam już niezależnie od własnego osądu, że nagroda jury III konkursu literackiego imienia Astrid Lindgren może potwierdzać, że warto.


  Głównym bohaterem tej historii jest Rafał, który ma prawie dziewięć lat i mieszka wraz z Dziadziem w Dzielnicy. Początek jego historii ma nawet parę elementów zabawnych, bowiem w jednym mieszkaniu z Dziadziem i Rafałem mieszka też parę innych rodzin. I tak w jednym pokoju mieszkają państwo Brylant z synami, a pani Brylant, która ma schorowane nogi i w związku z tym nie wychodzi w ogóle z domu, przysparza czasami komicznych sytuacji, gdy próbuje cokolwiek zarobić przeistaczając się we wróżkę, która wróży z kart. Podsłuchiwanie tych wróżb może grozić chichotem i zdemaskowaniem podsłuchującego. Oprócz pani Brylant jest jeszcze pani Aniela, dawna nauczycielka, jednak ona jest często smutna. W kolejnej rodzinie, mieszkającej w trzecim pokoju, są nawet dzieci w wieku Rafała, ale mówią w języku, którego Rafał nie zna. Trudno jest zresztą w Dzielnicy znaleźć przyjaciela, bo tu codziennie coś się zmienia, ktoś się wyprowadza, ktoś wprowadza. Na szczęście jest biblioteka, do której co prawda  droga bywa niebezpieczna, ale dzięki niej właśnie Rafał może spędzać miłe chwile na lekturze. Bardzo lubi książki Juliusza Verne'a, ale ostatnio pani z biblioteki dala mu Wehikuł czasu i Rafał przepadł z kretesem. Cóż za niezwykła lektura!

  W tę dość oswojoną codzienność zaczyna wkraczać jednak brutalna rzeczywistość getta. Chłopiec wraz z dziadkiem muszą przenieść się w inne miejsce. Na dodatek dziadek jest coraz bardziej schorowany, głód często zagląda im w oczy. Dziadzio co prawda gra pięknie na skrzypcach dzięki czemu zarabia czasem na coś do jedzenia, ale jest o to coraz trudniej. Dlatego pewnego dnia zapada decyzja. Rafał musi uciec z Dzielnicy. W tym celu Dziadzio prowadzi chłopca do innego mieszkania, gdzie rozpocznie się jego trudna i pełna bólu odyseja do wyzwolenia, w której przetrwaniu pomoże chłopcu jego niezwykła wyobraźnia - tak, pobudzona przez lekturę pięknych i interesujących książek! - oraz jego zdolność do szybkiego uczenia się, bo choć miał dopiero dziewięć lat już był nauczony myśleć jak dorosły. W tej podróży nie obędzie się bez trudnych, bolesnych i krwawych momentów, które niejako amortyzuje jej dobre i szczęśliwe zakończenie.

 Marcin Szczygielski pisząc o życiu w getcie opowiada w sposób delikatny, operujący symboliką właściwą dla perspektywy dziecka, przemawiający do dziecięcej wyobraźni, ale też nie zakłamujący rzeczywistości. Dba o przekazanie realiów z życia getta i nie ukrywa przed młodym czytelnikiem prawdopodobnych losów osób wysiedlonych z getta. Uczy wrażliwości i przenikliwości pokazując świat wojennej warszawy oczami Rafała. W ten sam sposób tworzy różnorodne alegorie jak na przykład ukazanie losu Żydów poprzez występ teatrzyku kukiełkowego, który uważnie jest obserwowany przez Rafała, podświadomie odczuwającego w tym dodatkowy przekaz. Kukiełki wyglądają bardzo ładnie. Każda ma przyczepione do rąk, nóg i głowy sznurki, za które pociągają ludzie schowani  w budce, oni też mówią, udając, że odzywają się lalki. Przyglądam się kukiełkom i sznurkom, śmieję się, aż tu nagle - chociaż to głupie - przestaje mi być wesoło i zaczynam żałować tych lalek. Muszą robić to, co chcą ukryci w budce ludzie - chodzić, podskakiwać, kłaniać się. Są uwięzione. Wiem przecież, że to tylko zabawki, że nic nie czują, ale nie mogę przestać o tym myśleć. * Wyobrażenia, jakie podejmuje Rafał podczas ucieczki z getta są przykładem siły dziecięcej psychiki, która nieprzygotowana na wiele tematów radzi sobie z wydarzeniami i otoczeniem dookoła siebie najlepiej jak potrafi. Elementy fantastyczne wykorzystane w tej książce pozwalają nieco złagodzić momenty brutalniejsze i dodać powieści nieco baśniowości, która w końcu najlepiej przemawia do dziecka. Wreszcie rozmowa końcowa, z pierwszą czytelniczką Arki czasu może pokazać, jak mogłaby wyglądać rozmowa z dzieckiem po zakończeniu lektury. Namawiam do sięgnięcia po Arkę czasu. Jest to wartościowa, zgrabnie i ładnie napisana, a przede wszystkim z umiarem i taktem wobec młodego czytelnika, wprowadzająca go w tematykę Holocaustu w najlepszy z możliwych sposobów, wzruszająca powieść o małym chłopcu z warszawskiego getta. Która ma walory dydaktyczne, bo jednocześnie uczy, że ważne jest by znać historię, aby nie powielać jej błędów, a także że ludzi nie powinno się różnicować ze względu na religię, przynależność narodową, czy kolor skóry. To jest naprawdę bardzo ważna książka i nie wolno jej przeoczyć.

O Arce możecie też przeczytać na blogu Beznadziejnie Zacofany w Lekturze.

Arka czasu, Marcin Szczygielski, STENTOR, Warszawa 2013
* str. 56

Czytaj więcej

piątek, 22 listopada 2013

Argentyńska defensywa. Gombrowicz i jego "Dziennik 1953 - 1956"

  Słowo się rzekło, rozpoczęło się nadrabianie związane z wyrzutami sumienia i proszę, oto efekty:  w poniedziałek zakończyłam lekturę pierwszego tomu Dzienników Witolda Gombrowicza..

  Chwilami zachwycona, momentami zniesmaczona, czasami pełna litości i współczucia męczyłam ten pierwszy tom Dzienników Gombrowicza bodaj dwa tygodnie (a tomów na półce zostało wszak jeszcze dwa..). Pewności nie mam, jak długo dokładnie zajęła mi lektura, bowiem porzucałam książkę, jak tylko wpadło mi w oko coś znacznie ciekawszego. Rzecz jasna nie powiem, że Gombrowicz w ogóle nudził, albo że może był miejscami zbyt nachalnie bezczelny wobec rodaków. Nie, bo to nie byłoby do końca prawdą. Nie, bo w zasadzie to dość przebrzmiałe, dawne dzieje, lat temu już sześćdziesiąt, a tamten kij wrzucony w mrowisku stracił już na swojej sile impetu. Zmienił się w kraju ustrój, zmienił się świat, a w międzyczasie Gombrowicz umarł i teraz jest wbrew własnym zamiarom "wielkim pisarzem". Choć, tu rację mu muszę przyznać, mentalność Polaków nie uległa zmianie i całkiem nieźle on wieszczył, jak będzie wyglądała przyszłość polskiej literatury. Szkoda jednak, że jednocześnie siebie tak wydelikacał, wybielał, ukazywał w lepszym świetle, niemalże w belferskim tonie pouczał, chociaż sam wyemigrował i nie mógł do końca rozumieć tego, co się dzieje w kraju, a więc trochę przykre, że krytykował kolegów po piórze, inteligentów, czytelników aż tak dobitnie. I nawet czasami  nie do końca za styl, czy za konkretny utwór, ale też za pewne postawy. Z czym jednakże momentami aż ciężko bywało się nie zgadzać...

  Co myśleć o poziomie intelektualnym i wszelkim innym poziomie osoby, która dotąd nie wie, że słowo zmienia się zależnie od tego jak jest użyte - że nawet słowo róża może stać się niepachnące, gdy jawi się na ustach pretensjonalnej estetki, a nawet słowo na"g.." może stać się doskonale wychowane, gdy posługuje się nim świadoma swych celów dyscyplina?
  Ale oni czytają dosłownie. Jeśli ktoś używa wzniosłych słów - szlachetny; jeśli krzepkich - silny; jeśli ordynarnych - ordynarny. I ta tępa dosłowność panoszy się nawet na najwyższych szczeblach społeczeństwa - więc jakże marzyć o literaturze polskiej na szerszą skalę? *




   Dziennik z okresu lat 1953 -1956 obejmuje zapiski quasi osobiste (nie dajmy się jednak nabrać temu wszędobylskiemu "ja" czy zachwytowi, że zakupił był właśnie za ciasne buty), zapiski dotyczące wspomnień własnych o pierwszych momentach w Argentynie, oraz naprzemiennie krytykowanie polskich: literatury, katolicyzmu, komunizmu, egzystencjalizmu i marksizmu, oraz komentowanie wydarzeń w kraju. Kolejno pod pręgierze słów pisarza muszą pójść w tej defiladzie zarówno katolicy (kraj jest zdziecinniały, bo prowadzony za rączkę przez kościół), jak i komuniści, poeci (nikt prawie nie lubi wierszy**), uznani polscy pisarze, jaki i ci znacznie słabsi, temat niepodległości odzyskanej w 1918 roku, na którą w ogóle nie byliśmy przygotowani, literatura okresu Młodej Polski, oraz Dwudziestolecia Międzywojennego, z wyszczególnieniem co zacniejszych nazwisk tych epok, na których nie pozostawił nawet cienia wątpliwości, że wszystko to marność, marność nad marnościami. Zarozumiałość moja trąci poważną chorobą*** przyznaje między wierszami, a ja przez grzeczność nie zaprzeczę.

 Gombrowicz wcale nie potrafił odnaleźć się łatwo w emigracyjnej rzeczywistości, szczególnie gdy minął wstrząs pierwszych wrażeń i spotkań z nowymi ludźmi, poszukiwań nowych doznań, imprez i dziwnych dialogów z kolejną dawką ironicznego prezentowania własnej osoby; gdy nadeszły momenty osamotnienia w jego notatki  wkradał się w opisach przemyt tęsknoty, której mam wrażenie, sam do końca nie był świadomy. Częste nawroty do Witolda Gombrowicza z przeszłości są próbą nie tylko uporządkowania pierwszych miesięcy w Argentynie, ale także formą autoterapii, powrotów do dawnych miejsc i ludzi, do tego co minęło i nie wróci, a więc tym tęskniej przychodzi do nich sięgać myślą.

  Tam, przewiany, usiłuję dokonać rzeczy nad siły a tak upragnionej - nawiązać z Witoldem Gombrowiczem do epok niepowrotnych. Rekonstrukcji mojej przeszłości poświęciłem wiele czasu, ustalałem pracowicie chronologię, wytężałem pamięć do ostateczności szukając siebie, niczym Proust, ale nic się nie da zrobić, przeszłość jest bezdenna, a Proust kłamie - nic, zupełnie nic nie da się zrobić...****

   Dziennik ten, co warto tutaj odnotować, nie był dziennikiem osobistym sensu stricte. Pisany z myślą, że idzie do druku, najpierw we włoskiej, a potem w paryskiej "Kulturze" nie mógł takim do końca być. Miał ogromną funkcję autokreacji, wypowiadania swojego zdania na temat tego, co się dzieje w Polsce, na temat ówczesnej literatury i kultury, bo tylko tą drogą Gombrowicz miał jakikolwiek głos, o którym wiedział, że na pewno dotrze do kraju. A zatem z założenia był kolejną formą wypowiedzi literackiej w pozornej okładce osobistego notatnika, kolejnym pstryczkiem w nos kolegom literatom tworzącym w kraju, kolejną ucieczką od upupenia, a jednocześnie poszukiwaniem w tym upupeniu kryjówki. Jak również był Dziennik głośną i publiczną próbą znalezienia formy dla samego siebie. Znajdują się tu, oprócz wyżej wspomnianego potępienia polskiej literatury, i notatek osobistych, również wrażenia z lektur bądź ich krytyka (m. in. książki Camus czy Simone Weil), próby zapisu snów, czegoś co miałoby szansę być rozwinięte w opowiadanie, choć w tych latach ciągle tętniące głosem Ferdydurke, jej oddające niejako honor, do niej nawołujące i nawiązujące. Zresztą, do tej powieści Gombrowicz często powraca, raz martwiąc się jej recepcją, za chwilę zupełnie ignorując jej brak, raz angażując się w tłumaczenie Ferdydurke na hiszpański, za chwilę zupełnie odwracając się od samego siebie z okresu Ferdydurke, by po chwili stwierdzić, że nadal jest dokładnie tak samo niedojrzały, jak podczas jej pisania. Myślę, że o lekturze kolejnych tomów Dzienników mogę zakładać podobnie, jak Gombrowicz napisał o lekturze Procesu Kafki..

  (..) zabrałem się ponownie do przeglądania Procesu porównując go ze sceniczną wersją Gide'a. Ale i tym razem nie udało mi się przeczytać uczciwie tej  książki - olśniewa mnie słońce genialnej metafory, przebijające się przez chmury Talmudu, ale czytać stronę za stroną, nie, to nad siły.*****

Witold Gombrowicz, źródło zdjęcia


Dziennik 1953 - 1956, Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004
* str. 26
** str. 339 (dodatek Przeciw poetom)
*** str. 61
**** str. 119-120
***** str. 153
Czytaj więcej

środa, 20 listopada 2013

Niedoskonałość raju. "Eden" Stanisława Lema

  W obliczeniach był błąd. Nie przeszli nad atmosferą, ale zderzyli się z nią*. Potem katastrofa już tylko mogła nabrać rozpędu i feralnego lądowania, które wbiło statek mocno w planetarną glebę. Tak mocno, że sporo czasu zajęło im w ogóle sprawdzenie stanu maszyny (sporą część zalała radioaktywna woda, przez co nie udało się sprawdzić co się stało z Obrońcą) , a później odkopanie się. Oczywiście, wiedzieli, że trafili na Eden, o którym jednak nie wiedzieli tak poza tym już nic. Gdy w końcu wydostali się z rakiety ich oczom ukazała się widok na poły znajomy, na poły niezwykły. Dopiero jednak za dnia mogli przyjrzeć się temu bliżej. Zalana słońcem równina biegła we wszystkie strony jednakowo, gładka, płowa, daleko wznosiły się smukłe, dostrzeżone poprzedniego dnia sylwetki, ale w mocnym świetle widać było, że to nie są drzewa. Niebo nad głowami niebieskie jak na Ziemi, a u horyzontów nabierało zielonkawego odcienia. Nikłe pierzaste obłoczki sunęły prawie niedostrzegalnie na północ**. Ze zdumieniem odkryli, że na równinie nic nie rośnie i że brakuje im czegoś tak banalnego, jak trawy. I zaczęli powoli, ale systematycznie poszukiwać na planecie śladów życia, by kolejnymi posunięciami, rozmowami, oraz przedziwnymi, mocno zagadkowymi spotkaniami poznać nieco bardziej Eden i odrobinę jego zawiłej jak się okazało historii..

  Chemik, Cybernetyk, Doktor, Fizyk, Inżynier i Koordynator weszli w skład tej ekspedycji. Ich celem w ogóle nie był Eden, a pechowe lądowanie odbyło się niejako przez przypadek. Jednakże gdy się już odbyło próbowali za wszelką cenę najpierw naprawić rakietę, a następnie rozwikłać coraz bardziej zagadkowe spotkania z obcą cywilizacją. Bo, że mają do czynienia jednak z cywilizacją doszli już po paru dniach, a jej niezwykłe zachowania, opuszczoną fabrykę, napotykane przypadkowo na drodze martwe ciała, bądź w ogóle masowe groby, powodowały coraz większe i trudniejsze spekulacje. W nich są zwykłymi ludźmi i dlatego mają swoje przypuszczenia, swoje racje. Jeden Doktor próbuje im wskazać błąd w takiej dialektyce. Jesteśmy ludźmi, kojarzymy i rozumujemy po ziemsku, wskutek tego możemy popełnić ciężkie błędy, przyjmując obce pozory za naszą prawdę, to znaczy układając pewne fakty w schematy przywiezione z Ziemi. *** Wątpliwości odnośnie pewnych podejrzeń zaczyna rozwiewać masowy mord jakiego są przypadkowym świadkiem, a o mały włos również ofiarą. Co w takiej sytuacji? Interweniować, nie znając historii planety, nie rozumiejąc postępowania jej mieszkańców? Przecież to trochę tak, jakby jakaś inna rasa zastała Ziemię podczas wojen religijnych i chciała stanąć po stronie słabszych. W oparciu o swoją potęgę zakazuje palenia na stosie heretyków, prześladowania innowierców i tak dalej. Czy myślisz, że potrafiliby upowszechnić na Ziemi swój racjonalizm? Przecież prawie cała ludzkość była wtedy wierząca, musieliby stopniowo wytłuc ją do ostatniego człowieka i zostaliby sami ze swoimi racjonalnymi ideałami!****


  W całej tej smutnej i jakże wymownej historii tylko dziwne piękno opisów Edenu jest tym, o którym warto mówić całymi zdaniami. Zapadł zmierzch. Ominęli wielkim łukiem pochylnię - nie była, jak sądzili, tworem architektonicznym, ale najdalszym rozpłaszczonym na równinie wybiegiem rzeki magnetycznej, której całość ogarnęli dopiero teraz. Schodziła po zboczach z górnego piętra doliny, zakrzepła w dziesiątki potrzaskanych zerw i kaskad. Pełną garbów powłoką jakby metalicznego żużlu okrywała niższe połacie stoku, tylko w górze, gdzie stromizna stawała się gwałtowna, wysterczały z tego martwego potopu nagie skalne żebra.
   Z przeciwnej strony zaciskał kilkusetmetrowy przesmyk o wyschłym, gliniastym dnie pokrytym zygzakami pęknięć, wał górskiego łańcucha uchodzący w chmury. Okrywał go, o ile można to było dostrzec poprzez okna obłoków, czarniawy kożuch roślinności. W ołowianym świetle wieczoru skrzepła rzeka, zapewne pozostałość wulkanicznej erupcji, z lśniącymi czołami znieruchomiałych fal wyglądała jak wielki lodowiec.*****

  Eden to powieść, którą Lem ukończył w 1958 roku. Podaję tę datę, bo mnie samą zdumiewa jego zdolność do opisów czegoś niemalże niewyobrażalnego, zdolność do stworzenia obcej cywilizacji tak fascynującej, szczególnie podczas odsłaniania kolejnych zagadkowych zachowań i zdarzeń, że lekturę pochłania się dosłownie w tempie zastraszającym, zdolność wreszcie do budowania takich konstrukcji  różnorodnych maszynerii, rozwiązań gdy w jego rzeczywistości nie tylko nie było czegoś takiego jak telefon komórkowy i internet, ale również kolorowa telewizja była ciągle świeżym wynalazkiem, a w Polsce jeszcze nie było możliwości jej oglądania. Choć nie da się ukryć, że w powieści fantastycznej Lem przemycił również krytykę ówczesnego ustroju, w posłowiu porównywaną stylem do Orwellowskiej powieści Rok 1984. Jednak Antyutopia Lema sięga nieco dalej niż dyskurs z ustrojem politycznym. Rozważając losy mieszkańców Edenu Lem przy okazji pochyla się nad istotą, której za bardzo nie lubił, ale która go mocno fascynowała - nad człowiekiem. I jest tym człowiekiem głęboko zainteresowany, daje mu rozsądne cechy, pozwala na własne dochodzenie, daje możliwość uczenia się i szybkiego kojarzenia faktów. Nie buduje wśród członków ekspedycji skrajnie złego charakteru, choć niewątpliwie najwięcej empatii wlał w postać Doktora, który umiejętnie i rzeczowo skłania załogę do bardziej abstrakcyjnego myślenia, do odsuwania ziemskich schematów, do prób ujrzenia planety oczami jej mieszkańców.  I wreszcie pozwala by to mieszkańcy Edenu podjęli ostateczną, choć dramatyczną decyzję. Pozostawia czytelnika z mnóstwem pytań w głowie, pytań, których nie ma komu już zadać, nad którymi można wiele rozmyślać i ponownie kartkować strony jego niezwykłej powieści.



Eden, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2008
* str. 5
** str. 25
*** str. 84
**** str. 201
***** str. 107
Czytaj więcej

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Awantury na tle powszechnego ciążenia", czyli nie tylko dla lemofili

   Czytanie prozy Stanisława Lema to niewątpliwie kwestia gustu czytelniczego* i to tak naprawdę związana aż z trzema wymiarami. Pierwszy to gatunek, jaki uprawiał, który ma swoich fanów, ale i wielu czytelników omijających szerokim łukiem. Drugi dotyczy specyficznego języka, jakiego używał pisarz - admiratorzy będą zgodnie potakiwać głową, że nie masz nic cenniejszego nad prozę Lema, przeciwnicy, że nadto karkołomna. Trzecim jest niewątpliwie ta warstwa między wierszami, w której Lem przemycał swoją życiową filozofię, pesymizm i ateizm. Dlatego czytanie Lema nie każdego musi interesować. Ale czytanie o Lemie, na dodatek czytanie o nim z perspektywy jego syna, zaufajcie mi, może zainteresować każdego, czy jest lemofilem, czy też nie. Tomasz Lem napisał o swoim ojcu książkę piękną, subtelną, zabawną, taktowną i po prostu - ciekawą! Mówi ona o nietypowym człowieku, jego nietypowych relacjach z ludźmi, rodziną a także z tym najważniejszym w końcu - z synem.


   I nie chodzi o to, że jest to kolejna biografia, którą być może drodzy czytelnicy już z miejsca zaklasyfikujecie zgodnie ze sztampowym schematem "urodził się, był, stworzył bądź przyczynił się, zmarł", a w związku z tym kojarzycie z nudą, a o to, że to zwyczajnie wyśmienita książka, dzięki której można choć trochę poznać tego fascynującego człowieka. Bo czy jest się gorącym zwolennikiem literatury jaką się parał, czy też nie, nikt nie zaprzeczy, że była to bujna, niezwykła i fascynująca osobowość.

   Od samego początku Tomasz Lem nie ukrywa, dość wiedzieć że z ponurym przymrużeniem oka, że Hitler i Stalin byli istotną przyczyną poznania się jego rodziców. Gdyby nie konieczność opuszczenia rodzinnego Lwowa zapewne spotkanie z ukochaną Basią, o którą Stanisław, bo już nie Staszek z racji sporej różnicy wieku między tą dwójką, musiał się długo starać i długo do siebie przekonywać, nigdy nie doszłoby do skutku. Do spotkanie jednak doszło i do przekonania wybranki serca również. Jak mu się to udało pozostaje zagadką, jednak ostatecznie Basia powiedziała "tak", a potem była największym autorytetem w życiu Lema, najważniejszą osobą, łącznikiem ze światem zewnętrznym, ba, nawet z rodziną. Choć niejednokrotnie zdarzało mu się ten autorytet nie zauważać..

   Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Jak co dzień ojciec zawozi matkę do pracy; zostawia samochód na parkingu i wyrusza do delikatesów uzbrojony w awośkę - torbę na zakupy, którą nosiło się na wszelki wypadek.
   Tymczasem z powodu awarii sprzętu lekarzy odsyłają do domów. Matka odnajduje samochód na parkingu i siada na przednim siedzeniu.
   Ojciec wkłada zakupy do bagażnika i, nie zauważając żony, zasiada za kierownicą.
   Basia, początkowo oburzona, siedzi cicho. Wyjeżdżają z parkingu - Basia czuje narastające zaniepokojenie. Gdyby się znienacka odezwała, Staszek mógłby się przestraszyć i spowodować wypadek.
   Samochód zatrzymuje się na światłach. Zamyślony mąż z nudów myje spryskiwaczem szybę, rutynowo oblewając czekających na tramwaj. Zaczyna się rozglądać. Jego wzrok zatrzymuje się na wykładzinie podłogowej po stronie pasażera. Dostrzega tam czyjeś nogi. W damskich butach i rajstopach.
   Z oczami wielkimi jak spodki:
   - Basiu, co ty tu robisz? Przecież jesteś w pracy!**

  Tego typu ciekawymi, zabawnymi, czasami, jak to w życiu, również przykrymi historiami przepełniona jest ta niezwykła książka. Czytanie Awantur na tle powszechnego ciążenia to przyjemność niezwyczajna, bo powoduje uśmiech, wybuchy śmiechu głośnego i w związku z tym przyciąganie uwagi mojego osobistego ochroniarza, czyli Bruna (choć tak poza tym pierwszego tchórza RP) zainteresowanego moim głośnym zachowaniem i patrzącego na mnie z wyrzutem, bo on też by tak chciał. A właśnie czytałam o relacjach domowych z innymi członkami rodziny, jakimi były zwierzaki, łudząco podobne do naszej trójki i wielkiej męczarni, wydatków i zmilczenia jak ta menażeria śmierdzi, bo przecież miłość, buddyzm, ZEN i ogólny humanitaryzm zakazują mordowancji. ***

Obraz Stanisława Lema w oczach Tomasza Lema nie jest wcale jakimś zachwyconym, i w związku z tym idealistycznym, oddaniem charakteru ojca. Z taktem, czułością i miłością mówi też o jego trudnym temperamencie i częstych pogadankach pedagogicznych, jakie musiała uprawiać żona Lema, żeby mąż odnosił się nieco dyplomatyczniej do gości. Mówi zarówno o tym, że dzieci mieć nie chciał, bo uważał świat za zbyt podłe miejsce by sprowadzać na nie życie, jak i o tym, że gdy już tym ojcem został wcale nie potrafił tak do końca zrezygnować z siebie i swojej cukierkowej pasji, na przykład częstując syna jedną porcją a samemu pałaszując całość torebki. Niemniej był też ojcem troskliwym i nieskończenie cierpliwym:

- Co robi tata?
- Tata siedzi na schodach i wkłada buty.
- A Tomeciek?
- Tomeciek siedzi obok taty i pyta co robi tata.
- A tata?
- Tata odpowiada, że wkłada buty
- A Tomeciek?*****

Miał dla syna czas i starał się nim interesować, na tyle na ile to było dla niego możliwe. A jak się pięknie uśmiechał gdy później trzymał w ramionach wnuczkę! Bowiem Awantury na tle powszechnego ciążenia, to nie tylko anegdoty o śpiewaniu podczas golenia, tworzeniu kolejnych ciekawych konstrukcji domowego, powiedzmy, użytku, czy wreszcie wojaży po świecie, ale również piękny album rodzinny. Do którego nie tylko warto, ale trzeba zajrzeć.



Awantury na tle powszechnego ciążenia, Tomasz Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
** str. 60-61
*** str. 101
**** str. 112


* próbuję być dyplomatyczna, grzeczna i wyrozumiała, choć oczywiście jako lemofil sama bym siebie za to zdanie chętnie skarciła, bo przecież jest jeden tylko rozsądny gust w tej materii
Czytaj więcej

sobota, 16 listopada 2013

Odczynianie zła? "Wakacje nad Adriatykiem" Zofii Posmysz

 (..) jak niewiele trzeba, żeby człowiek był człowiekiem, czy tyle samo wystarczy, żeby przestał nim być, mniej trzeba dla dokonania się tej przemiany, czy więcej, gdyby znaleźć na to odpowiedź, może znalazłaby się recepta na człowieczeństwo.*

Wakacje nad Adriatykiem to powieść ze zwodniczym tytułem, który nieostrożnego czytelnika mógłby zwieść na manowce. Jeśli wskazuje on na lekką, letnią lekturę o przyjemnym spędzaniu wakacji na plaży, to muszę od razu sprostować, że niestety nie jest to lektura ani lekka, ani przyjemna w odbiorze z racji tematu jakiego się podejmuje, choć jest naprawdę świetnie napisana, ciekawie skonstruowana i gdyby nie temat, mogłabym powiedzieć, że na swój sposób pasjonująca. Autorka zwodzi czytelnika, snuje historię bez specjalnych przerw w jednej chwili z rajskiej otoczki plażowej przerzucając czytelnika do obozowej rzeczywistości Oświęcimia w drugiej. Ze zdania w zdanie. Z chwili pod błękitem i (pozorną, to fakt) radością do chwili w zimnie i w obliczu śmierci.


Małżeństwo, raczej niemłode i ich młoda przyjaciółka, spędzają wakacje nad Adriatykiem. Gdzie dokładnie? Chorwacja? Włochy? Trudno powiedzieć; plaża na której spędzają czas jest dokładnie taka sama jak wszędzie - piach, woda, ludzie gromadnie leżący na kocach, ręcznikach, bądź zażywających kąpieli. Ot zwykła plażowa rzeczywistość, o tyle egzotyczna, że słońce świeci tu codziennie, można w tym miejscu się opalić i wziąć kąpiel w przeciwieństwie do ponuro - szarych okoliczności tego typu wakacji nad morzem w Polsce. W to zdawałoby się przyjemne spędzanie czasu wdziera się głos ludzi spoczywających w sąsiedztwie naszych bohaterów. Ludzie ci mówią po niemiecku, ale głos mężczyzny, on przede wszystkim, wywołuje powódź wspomnień u głównej bohaterki/narratorki tej podróży w przeszłość. I tę podróż musimy odbyć wspólnie z nią, przez gąszcz myśli, odczuć, obrazów, które przewijają się jak w nieco źle zmontowanym filmie, zrywają się w jednym momencie by zrobić uskok w inny. I tak fabuła przenosi nas do Oświęcimia, do roku 1943 i codziennej kolonijnej walki o przeżycie każdego następnego kwadransa, potem godziny, a potem dnia. Gdy już człowiek nauczy się obozowej codzienności, wie jak sobie radzić, to może nawet miesięcy?

Przeplatanie rzeczywistości współczesnej głównej bohaterki, tej plażowej z intrygującymi niemieckimi sąsiadami z przeszłością obozową jest powodowane nagłymi nawrotami pamięci. Ta ostatnia reaguje na dźwięk języka, na imię brzmiące dokładnie jak tamto obozowe, na zapach. I przewrotnie wciąga narratorkę w tamte wydarzenia, czasami skąpo, ledwie na chwilę, czasami w pełnym obrazie tamtej rzeczywistości. Przeskoki nie są chronologiczne, czasami cofają się w czasie głębiej, żeby wyjaśnić genezę wcześniejszego wspomnienia. Całość składa się na historię walki o przetrwanie własne i jednej, dziwnej, a w związku z tym w jakiś sposób przyciągającej uwagę naszej bohaterki, kobiety, którą poznajemy jako Ptaszkę. To ona wywoła masę sprzecznych zachowań Sekretarki, bowiem taką funkcję nosiła w obozie narratorka, to ona spowoduje że Sekretarka dokona czynu niemalże nierealnego dla samej siebie, a przynajmniej dotąd dla samej siebie niewyobrażalnego. A po drodze sama stanie w pozycji silniejszego..

Coś się stało przed chwilą nieobliczalnego, zwinęłam rękę i uderzyłam z własnej woli czy popędu podniosłam ramię na człowieka. Więc tak to jest, nietrudno, a nawet wręcz niezwykle łatwo to przychodzi, wystarczy pomyśleć "ślepnę", "głuchnę", a następnym razem nawet i tego nie trzeba. **

Powroty na plażę w związku z tym wydają się jakieś odrealnione. Plaża? Po zimnej wodzie, po półce pełnej wszy, po tyfusie, po śmierci? Plaża? Kontrast jest ogromny, tym ogromniejszy, ze narracyjne skoki wprowadzają w ten spokój plaży niespodziewanie, w jednym momencie trwa dramatyczna sytuacja w obozie, w drugim słychać, że plażowi sąsiedzi przynieśli dziś na plażę tranzystor i grają muzykę zdecydowanie za głośno. Mały, narracyjny szok wobec czytelnika. Taki niepozorny, a jednak zostawiający ślad, bo powstaje w głowie wrażenie, że zgubiło się akapit, zdanie, cokolwiek, co by wprowadzało w nową sytuację. Zabieg tak niesamowity, jak i podkreślający wyjątkowość tej powieści.

W Wakacjach nad Adriatykiem punktem wyjścia jest plaża i pozór sielanki, ale ten pozór szybko zostaje zdemaskowany przez postaci niemieckich turystów. Ich język, reakcja mężczyzny z tej grupy na zawołanie bohaterki, snucie wspomnień i wreszcie pozorowana rozmowa z nim samym powodują, że wakacje tracą swoją lekkość, plaża i słońce nie są w stanie uchronić przed wspomnieniami,  zaś te wspomnienia odkrywają, jak ciężki i trudny jest powrót do normalnego życia po nienormalności obozowej, nawet gdy minęło tyle lat. Można by się wdać w dyskusje na temat kondycji ludzkiej moralności w świecie obozowym, oddać dywagacjom na temat natury zła, ale.. co można powiedzieć komuś, kto po odzyskaniu wolności musi wrócić pod bramę ze słynnymi napisem i naprawdę ciężko przyjmuje konieczność odejścia? Czy można odczynić zło, jak zły urok? Czy Sekretarka pragnęła powrotu bo cierpi na coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego, czy może próbuje jakoś zapanować nad swoim życiem, w którym wszystko się wywróciło do góry nogami, a obóz to jedyna jej znajoma rzeczywistość? Po lekturze zostaje masa pytań, ale warto przeczytać tę powieść, bo pozornie ma ona tylko dwa, może trzy wymiary, ale tu pozory mylą, bo w efekcie jest wielowymiarowa i nie do końca jednoznaczna.

---------

źródło zdjęcia
Zofia Posmysz  (ur. 23 sierpnia 1923 w Krakowie) pisarka i autorka scenariuszy, również słuchowiska radiowego Pasażerka z kabiny numer 45, na podstawie którego powstało opowiadanie Pasażerka, a później głośny film w reżyserii Andrzeja Munka. Podczas II wojny światowej została uwięziona w Auschwitz. Po wojnie przeniosła się do Warszawy, gdzie ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.

 ---------

Pasażerka. Wakacje nad Adriatykiem, Zofia Posmysz, Czytelnik, Warszawa 1980
* str 465
** str. 456


Czytaj więcej

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Mrożek. Striptiz neurotyka" Małgorzata Niemczyńska

Wszyscy chcemy być lubiani i aprobowani, ale u osób neurotycznych zależność od uczuć lub aprobaty jest nieproporcjonalna w stosunku do rzeczywistej wagi, jaką inni przywiązują do tego w życiu. Chociaż wszyscy chcemy być lubiani przez osoby, które sami darzymy sympatią, to u neurotyków występuje niezróżnicowane pragnienie aprobaty lub uczucia, niezależnie od tego, czy lubią daną osobę i czy jej ocena ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. *

Neurotyk często przyjmuje jako mechanizm obronny zachowanie "nie zależy mi". Chowanie się w siebie, ucieczkę mentalną. Często ma niską samoocenę i jest bardzo przewrażliwiony na swoim punkcie. Podłoże tego typu osobowości ma swoje źródła w kulturze, w wychowaniu, w podatnym na nerwice charakterze. Być może u Mrożka zawiniła wojna, rozłąka z matką, której szukali wraz z ojcem, milcząca wędrówka z tym ostatnim, która wpłynęła na styl myślenia? I tę odwieczną postawę milczącego, trudnego we współżyciu człowieka? Być może.

Małgorzata Niemczyńska zaczyna swoją opowieść o Mrożku i jego striptizie w dość niekonwencjonalny sposób, bowiem od udaru jaki przeżył dramaturg w 2002 roku, którego skutkiem była afazja, czyli dosłownie, utrata zdolności mówienia. Terapia jaką wtedy odbył zaowocowała napisaną z trudem autobiografią Baltazar, w której jednak autor myli parę istotnych faktów, miesza daty. Ważność tej pozycji zasadza się wszak na tym, że jest owocem niezwykłego wysiłku, dowodem skuteczności terapii, swoistym sukcesem, jaki wtedy odniósł Mrożek. Jednakże cóż, właśnie wtedy Mrożek tak naprawdę przestaje już pisać. Zaczyna zatem swoisty striptiz mentalny - odsłanianie kolejnych kart ze swojego życiorysu poprzez publikacje listów, oraz decydując się na wydanie dzienników. Po raz pierwszy tak naprawdę Mrożek odsłania się niemalże całkowicie.


W książce Niemczyńskiej poznajemy biografię autora słynnego Tanga poprzez miejsca i ludzi, z jakimi był związany. Miejsca to Kraina dzieciństwa, czyli rodzinny Borzęcin, w którym Mrożek przyszedł na świat i gdzie odkrył bogactwo książek, gdy na początku okupacji został siłą rzeczy zamknięty w czterech ścianach domu. To Kraków, czyli Dom Literatów, gdzie Mrożek żył dość biednie, skąpo, ale niewątpliwie wesoło biorąc pod uwagę świetne towarzystwo w jakim przyszło mu wtedy koegzystować i słynne anegdoty o pilnowaniu toalety, czy nałogu Gałczyńskiego. To Chiavari, czyli pierwsze emigracyjne przypadki na Riwierze Włoskiej i najbardziej płodny twórczo okres, bo w końcu to właśnie wtedy powstało Tango i inne najbardziej rozpoznawalne utwory. To wreszcie Paryż, Meksyk i nareszcie Nowa Polska, gdy po latach Mrożek wróci do kraju wraz z drugą żoną i odkryje w sobie po raz kolejny obcość wobec miejsca, które obcym teoretycznie być nie powinno. Ludźmi są przyjaciele i rodzina, wszyscy, którzy mieli bodaj drobny wpływ na jego życie, jak poeta i mentor Adam Włodek, czy podziwiany i nienawidzony jednocześnie, bo ciągle lepszy Witold Gombrowicz, ale także ci, którzy stali mu się bliscy i ważni, jak pierwsza żona Mara, druga żona Susana, czy najbliższy mu kolega (bo przyjaciel, to chyba zbyt duże słowo) Stanisław Lem, z którym w korespondencji dawał upust swojemu pesymizmowi i złośliwości wobec innych kolegów literatów.

Z tych obrazów, fragmentów, listów wyłania się naprawdę trudna postać. Mrożek to człowiek milczący. Nie odzywa się, nie komentuje, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Czasem skomentuje coś gestem. Jest trudnym mężem. Wymaga by to nim się zajmowano, jemu poświęcano czas, w zamian dając raczej niewiele. Opisując śmierć Mary skupia się na otoczeniu, detalach jej wyglądu, dopiero potem znajduje w sobie emocje związane z żalem. Jest zamknięty w sobie, skupiony na sobie. Właściwie jest wrażenie, że jemu wystarczy on sam. Mrożek Sławomir dla Sławomira Mrożka to postać kluczowa. Nie da się polubić Mrożka tak jak można polubić książkę o Mrożku, czy książki Mrożka. Ot, niezwykła zagadka, którą z przyjemnością chciałoby się rozwiązywać nieco dłużej, niż opowieść zawarta w tej publikacji.

Mrożek. Striptiz neurotyka to naprawdę ciekawa pozycja, choć nie pozbawiona wad. Chwilami wydaje się, że została przygotowana w pośpiechu, miejscami zapisana zbyt drobiazgowo jeśli chodzi o pewne postaci z kręgu znajomych Mrożka, z kolei zostawiając niewiele miejsca dla samego Mrożka. A przecież dla neurotyka to niezwykłe uchybienie. Powinno być więcej Mrożka w Mrożku. Striptizie neurotyka. Ważne jest jednak to, że to lektura również w przystępny sposób przybliżająca sylwetkę pisarza, było nie było, trudnego i mrukliwego w obyciu człowieka. Pokazuje co i jak wpływało na jego osobowość, jak pierwsze doświadczenia mogły wpłynąć na taki styl postrzegania świata, jak emigracja zmieniała w nim poczucie wyobcowania, poczucia przepaści, którą nabył podczas wojny, którego to uczucia nie pozbył się do końca. Przy tym autorka ma lekkość pióra, która sprawia, że nawet przy paru zastrzeżeniach warto polecać tę lekturę. Szczególnie, że całości dopełnia ciekawy wywiad z bohaterem powieści, w którym można się jeszcze dopatrzyć śladów przebytej afazji, ale również niezłomności, by z nią wygrać.


Mrożek. Striptiz neurotyka, Małgorzata I. Niemczyńska, Agora SA, Warszawa 2013

* str. 35, z: Neurotyczna osobowość naszych czasów, Karen Horney, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011
Czytaj więcej

niedziela, 3 listopada 2013

"W mrocznym, mrocznym domu" w Teatrze Narodowym

Gdy wczoraj nawigacja (niestety, mocno nieaktualna,a  ja z tych nieprowadzących auta, co to nie mają pojęcia, którym zjazdem gdzie zjechać i gdzie jest zakaz skrętu w lewo) poprowadziła moją siostrę, a zatem i mnie, w jakieś dziwne rejony i w zasadzie było więcej niż pewne, że do teatru nie zdążymy na czas, poczułam straszny żal. Nawet nie o te wydane już na bilety pieniądze, ale o stracony spektakl. Nałóg teatralny nabrał monstrualnych rozmiarów jak widać. Nie szkoda mi, że wydałam jakąś kwotę i ta kwota może przepaść - szkoda mi straconej okazji, by znowu być w teatrze! Ostatecznie jednak, w stresie już maksymalnym, dotarłyśmy na Wierzbową i wpadłyśmy zziajane na ostatnie pięć minut do teatru. Emocje tak ogromne, że późniejsza, kolejna dawka emocji podczas spektaklu doprowadziła nas dwie do stanu permanentnego milczenia. Wyobraźcie sobie jaki to przeciwstawny stan do wcześniejszych 48 godzin, gdy nam się usta nie zamykały.


Na scenie ściana z bluszczu i żwir. W zasadzie poza paroma rekwizytami nic więcej się tu nie pojawi przez cały spektakl. Bez wstępów dziwny dialog pomiędzy dwiema męskimi postaciami. Bracia. Jeden przebywa na przymusowym leczeniu psychiatrycznym w szpitalu, drugi został wezwany na spotkanie z jego terapeutami, bowiem podczas procesu terapeutycznego pojawiły się nowe, ważne wydarzenia z dzieciństwa obydwu, które tylko brat może potwierdzić. Od początku rozmowa ma dziwny przebieg. Czuć niechęć tego z braci, który przyjechał, czuć dziwną grę tego, którego leczą. Obaj widać, mają spore problemy, obaj, to widać, nie pałają silnymi braterskimi uczuciami, co potwierdza częstotliwość spotkań, która wychodzi na jaw już podczas wymiany pierwszych zdań. Drew, były adwokat, który dorobił się dzięki oszukaniu swojego klienta, podczas jazdy po pijanemu doprowadził do wypadku. Smaczku całej sytuacji dodała obecność narkotyków w jego aucie. Podczas gdy Drew próbuje się jakoś wybronić z sytuacji Terry próbuje żyć swoim dziwnym życiem, w którym nie ma miejsca ani na rodziców, ani na brata. Drew wpada na pewien pomysł i stąd obecność Terry'ego w szpitalu. Terry'ego, którym rodzina nie interesowała się od wielu, wielu lat..

Drew (Marcin Przybylski) i Terry (Grzegorz Małecki), fot. Andrzej Wencel, źródło
Rozmowa początkowo niejasna zmierza do tego, co Drew zaplanował - pomocy Terry'go w jego sprawie. Wyjaśnienia, jakie złoży Terry mogą bowiem potwierdzić to, co Drew właśnie wyznał terapeutom - że w dzieciństwie był wykorzystywany seksualnie przez dawnego znajomego, dorosłego wówczas człowieka, człowieka, który z kolei był bliskim przyjacielem Terry'ego. Terry zgadza się potwierdzić wspomnienia brata, dzięki czemu Drew wkrótce wychodzi na wolność.

Wspomnienie jednak dawnego przyjaciela, Todda, pokieruje dalszymi krokami Terry'ego, który nie potrafi spokojnie przejść wobec wspomnień brata i postanawia odszukać Todda. Zamiast niego spotyka jego córkę, szesnastoletnią, słodką i naiwną Jennifer, dzięki której dowie się kilku istotnych szczegółów o znajomym z przeszłości.

Jennifer (Milena Suszyńska) i Terry (Grzegorz Małecki), fot. Agata Grzybowska, źródło
Im głębiej w tę przeszłość, w to dzieciństwo braci, tym więcej mrocznych sekretów wychodzi na jaw. Wraz z nimi ściana z bluszczu powoli odsuwa się od widowni, jakby mimochodem miała odsłonić jeszcze więcej, choć nadal odsłania jedynie przestrzeń pełną żwiru. Na której, przy trzeciej i najważniejszej scenie spektaklu dochodzi do pełnego obnażenia przeszłości Terry'ego, oraz ukazania prawdziwego oblicza Drew.

W mrocznym, mrocznym domu tytułem ma nawiązywać do wyliczanki, jaką anglosaskie dzieci skandują w Halloween. "W mrocznym, mrocznym lesie stoi mroczny, mroczny dom, a w mrocznym, mrocznym domu, jest mroczny, mroczny pokój".. Brzmi znajomo? Znałam tę wyliczankę w trochę innej wersji, którą przypomniała nie tak dawno znowuż, Joanna Bator w swojej powieści Ciemno, prawie noc. Zamiast słowa mroczny był wskazany kolor czarny. Słowo dark, oznaczające ciemność, mrok, może wszak być zastąpione synonimicznie słowem "czerń". A zatem w tym czarnym, czarnym domu, w tym mrocznym, mrocznym pokoju stał stół, na którym było pudełko - to w wersji angielskiej.  W wersji polskiej pamiętam, była trumna. Nadal jednak coś przerażającego, co może zawierać w sobie okrutną niespodziankę. Co znajduje się w pudełku jakie zaserwował widzom LeBute? Im bardziej scenariusz obnaża naszych bohaterów z ich przeszłości, tym głębiej sięga w mrok, jakiego nawet psychoanaliza nie odważyłaby się tknąć i przepracowywać. Zresztą, psychoterapię jako taką, niezależnie od szkoły, LeBute ładnie wyśmiewa, pokazując, jak niewiele trzeba by każdy mógł mieć trudną przeszłość, którą można się zasłonić w razie przekroczenia pewnych granic. Karta przetargowa, jaką jest seksualne wykorzystywanie w dzieciństwie jest tą najsilniejszą, bo trudną do obalenia, nawet gdy dowodów na takie zdarzenie jest w zasadzie niewiele.

Wieloznaczność. Słów i zachowań. Brak oczywistego zakończenia i głowa pełna domysłów. Widz może sobie dopowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło, choć może to prowadzić na różnorodne manowce interpretacyjne. Nie da się ukryć, że LeBute doświadczył swojego bohatera okrutnie, że przypisał mu przeszłość fatalną i ciężkie przeżycia. I że mrok gęstnieje wraz z kolejnymi scenami. Grzegorz Małecki podbił nasze serca swoją rolą. Gdy już odzyskałyśmy obie głos to właśnie o jego postaci, o Terrym, było najgłośniej w samochodzie. Moc ekspresji, głos, emocje. Żwir trzeszczał, trącał nas odpryskami, chwilami brakowało tchu. Wymieniałyśmy spojrzenia na sekundy, bo trudno było oderwać wzrok od aktorów. I choć w pewnym momencie już się domyślamy, już wiemy tak naprawdę, to nadal, gdy Terry posyła w pustkę to ostatnie spojrzenie, przyznaję bez bicia, że mieszam postać z aktorem i czuję ogromną litość do tej rozpaczliwie miotającej się, biednej postaci.

W mrocznym, mrocznym domu, Teatr Narodowy, Neil LaBute, reżyseria: Grażyna Kania, scenografia: Stephan Testi, muzyka: Dominik Strycharski, reżyseria światła: Mirosław Poznański

Obsada      
Terry: Grzegorz Małecki
Drew: Marcin Przybylski
Jennifer: Milena Suszyńska

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Łańcucka Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Sławomir Mrożek Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Lubię rocznik 1980. Nie lubię gdy ktoś dmucha mi w twarz dymem papierosowym. Kocham język polski. Czytam więc jestem. Piszę subiektywnie, zawsze możemy podyskutować. Lubię ludzi choć momentami bywam aspołeczna. Szczególnie, gdy przeszkadzają mi czytać.