Marność nad marnościami. Grafomania.
Tak sobie myślę, śledząc swoje wpisy. Jak dobrze, że nigdy nie miałam ambicji by pisać coś więcej, że już nie wspomnę, o próbach wydawania tego. Blog jest o tyle elastycznym kanałem pisarskim, że zaglądają tu tylko ci czytelnicy, którym się to faktycznie, albo spodoba, albo ich zainteresuje z jakiegoś powodu.
W każdym razie uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz. Pisanie bloga daje upust emocjom związanym z lekturą. Piszę głównie o tym, co mi się spodobało, co zachwyciło, co zainspirowało. Przemilczam słabizny narracyjne, autorów czytanych tylko rano do kawy, bo wtedy nie trzeba się mocno wysilać z myśleniem, a o piątej rano to myślenie jest istotnie spowolnione i ciągle zaspane. Bo co można napisać o takich pozycjach? Owszem, czytało się to miło (tak miło jak czasami jest miło u cioci na imieninach), ale obiektywnie rzecz biorąc pewne zgrzyty są nie do przemilczenia, więc cóż, wolę przemilczeć, niż krytykować. Oczywiście, konstruktywna krytyka jest w cenie, a jakże, ale ja się nie poczuwam do bycia krytykiem literackim. Nie mam ani przygotowania do tak ambitnych działań, ani chęci. Jestem czytelnikiem, że powtórzę za Jackiem Dehnelem.
Co sobie uzmysłowiłam? Że to wszystko co piszę jest potwornie wtórne. Powtarzam się jak zdarta katarynka. Fenomenalna narracja, genialna pisarka/pisarz, polecam. I na co to komuś jest potrzebne? Jak to mawiał mój dziadek - psu na budę (choć swoją drogą zimą, lub bodaj podczas ogromnej ulewy, taka buda może się okazać wiejskiemu psu niezbędna). A jednak terapeutyczna moc pisania sprawia, że ciągnie mnie do tego w sposób nieodparcie kuszący. Szczególnie, gdy książka zachwyci, gdy chcę się podzielić z przemyśleniami jakie wywołała. Tym razem mam jednak problem. Bowiem Pnin Nabokova, powieść o podstarzałym profesorze, emigrancie rosyjskim, który wchodzi w amerykańską codzienność z typową dla siebie pninowatością, jest tak dobrze napisana, że w zasadzie odbiera mi wszelką argumentację, by o tym napisać. Bo co mogę nowego powiedzieć w kwestii świetnie napisanej książki? Że takiej zdolności tworzenia opisów mógłby pozazdrościć Nabokovowi niejeden pisarz i pisarka? Że choć historie same w sobie nie są może jakoś fenomenalnie skonstruowane, to jednak tak poprowadzone zgrabną pisarską wirtuozerią, że można tylko powtarzać: "niesamowite!"? Ponownie: wtórność.
A Pnin, jakkolwiek by nie odebrać tę krótką powieść (kompilację z opowiadań?) nie jest ani wtórny, ani banalny. A w każdym razie na pewno nie jest tak napisany. Odkrywam, że z wiekiem (czy to oznacza, że się starzeję?) większe znaczenie ma to jak pisarz posługuje się swoim piórem, jaki ma warsztat, niż to o czym pisze. Bo znam pisarzy (no dobrze, znacznie więcej pań tu celuje, a więc pisarek) piszących historie niebanalne w swej treści, ale napisane tak fatalnie, że czytanie idzie po grudzie. Znam powieści nie wnoszące swoją fabułą zbyt wiele akcji, a jednak czytam jak urzeczona. Tonę w takiej prozie. Zatapiam się w dobrze skonstruowanej powieści. Zarówno pod kątem narracji, jak i pod kątem fabuły. Najchętniej rzecz jasna, gdy powieść spełnia obydwa te wymogi. I takich poszukuję bezustannie. Dybię na nie w antykwariatach. Poszukuję w nowościach, gdzie niestety, są już większą rzadkością. I dlatego pewnie tak chętnie podążam za polecanymi książkami, szczególnie polecanymi przez szczególnie ważne dla mnie postacie. A że Pnina polecał Jacek Dehnel to już czułam, że to będzie coś interesującego. I było! Tylko jak Wam o tym opowiedzieć tak by zachęcić do lektury, by pokazać skąd we mnie zachwyt?
Powiem więc krótko, bo już przynudzam.
Jestem pod wrażeniem.
Pnin, Vladimir Nabokov, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987
Czytaj więcej
Tak sobie myślę, śledząc swoje wpisy. Jak dobrze, że nigdy nie miałam ambicji by pisać coś więcej, że już nie wspomnę, o próbach wydawania tego. Blog jest o tyle elastycznym kanałem pisarskim, że zaglądają tu tylko ci czytelnicy, którym się to faktycznie, albo spodoba, albo ich zainteresuje z jakiegoś powodu.
W każdym razie uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz. Pisanie bloga daje upust emocjom związanym z lekturą. Piszę głównie o tym, co mi się spodobało, co zachwyciło, co zainspirowało. Przemilczam słabizny narracyjne, autorów czytanych tylko rano do kawy, bo wtedy nie trzeba się mocno wysilać z myśleniem, a o piątej rano to myślenie jest istotnie spowolnione i ciągle zaspane. Bo co można napisać o takich pozycjach? Owszem, czytało się to miło (tak miło jak czasami jest miło u cioci na imieninach), ale obiektywnie rzecz biorąc pewne zgrzyty są nie do przemilczenia, więc cóż, wolę przemilczeć, niż krytykować. Oczywiście, konstruktywna krytyka jest w cenie, a jakże, ale ja się nie poczuwam do bycia krytykiem literackim. Nie mam ani przygotowania do tak ambitnych działań, ani chęci. Jestem czytelnikiem, że powtórzę za Jackiem Dehnelem.
Co sobie uzmysłowiłam? Że to wszystko co piszę jest potwornie wtórne. Powtarzam się jak zdarta katarynka. Fenomenalna narracja, genialna pisarka/pisarz, polecam. I na co to komuś jest potrzebne? Jak to mawiał mój dziadek - psu na budę (choć swoją drogą zimą, lub bodaj podczas ogromnej ulewy, taka buda może się okazać wiejskiemu psu niezbędna). A jednak terapeutyczna moc pisania sprawia, że ciągnie mnie do tego w sposób nieodparcie kuszący. Szczególnie, gdy książka zachwyci, gdy chcę się podzielić z przemyśleniami jakie wywołała. Tym razem mam jednak problem. Bowiem Pnin Nabokova, powieść o podstarzałym profesorze, emigrancie rosyjskim, który wchodzi w amerykańską codzienność z typową dla siebie pninowatością, jest tak dobrze napisana, że w zasadzie odbiera mi wszelką argumentację, by o tym napisać. Bo co mogę nowego powiedzieć w kwestii świetnie napisanej książki? Że takiej zdolności tworzenia opisów mógłby pozazdrościć Nabokovowi niejeden pisarz i pisarka? Że choć historie same w sobie nie są może jakoś fenomenalnie skonstruowane, to jednak tak poprowadzone zgrabną pisarską wirtuozerią, że można tylko powtarzać: "niesamowite!"? Ponownie: wtórność.
A Pnin, jakkolwiek by nie odebrać tę krótką powieść (kompilację z opowiadań?) nie jest ani wtórny, ani banalny. A w każdym razie na pewno nie jest tak napisany. Odkrywam, że z wiekiem (czy to oznacza, że się starzeję?) większe znaczenie ma to jak pisarz posługuje się swoim piórem, jaki ma warsztat, niż to o czym pisze. Bo znam pisarzy (no dobrze, znacznie więcej pań tu celuje, a więc pisarek) piszących historie niebanalne w swej treści, ale napisane tak fatalnie, że czytanie idzie po grudzie. Znam powieści nie wnoszące swoją fabułą zbyt wiele akcji, a jednak czytam jak urzeczona. Tonę w takiej prozie. Zatapiam się w dobrze skonstruowanej powieści. Zarówno pod kątem narracji, jak i pod kątem fabuły. Najchętniej rzecz jasna, gdy powieść spełnia obydwa te wymogi. I takich poszukuję bezustannie. Dybię na nie w antykwariatach. Poszukuję w nowościach, gdzie niestety, są już większą rzadkością. I dlatego pewnie tak chętnie podążam za polecanymi książkami, szczególnie polecanymi przez szczególnie ważne dla mnie postacie. A że Pnina polecał Jacek Dehnel to już czułam, że to będzie coś interesującego. I było! Tylko jak Wam o tym opowiedzieć tak by zachęcić do lektury, by pokazać skąd we mnie zachwyt?
Powiem więc krótko, bo już przynudzam.
Jestem pod wrażeniem.
Pnin, Vladimir Nabokov, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987

