Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Lem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Lem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 maja 2016

Człowiek i jego badawcza ciekawość. "Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisława Lema


Czasami głęboko zakorzeniona we mnie feministka ma dosyć. Pomijania kobiet, ignorowania kobiet, albo traktowania jedynie instrumentalnie. Stanisław Lem nie wykreował żadnej rozsądnej kobiecej postaci. Piloci, inżynierowie, badacze eksplorujący różnorodne planety to zawsze mężczyźni. Kobiety pojawiają się w rolach rzekłabym służebnych, znikomych, albo wcale.

Trudniej się gniewać na Lema, gdy pisze naprawdę mądre zdania perełki, trudniej się gniewać, gdy znam już jego biografię i wiem, jak mimo miłości do żony potrafił jej po prostu nie zauważać, a jeszcze trudniej, gdy większość (z naciskiem: większość, a nie wszystkie) polskich pisarek współczesnych kreuje kobiece bohaterki, po których oceniając kobiety generalnie można by dojść do wniosku, że wszystkie to idiotki z fazą hormonalną dwadzieścia cztery godziny na dobę. Doprawdy, biorąc to wszystko pod uwagę, oraz epokę, w której się wychował i funkcjonował, trudno się złościć.

Jestem jednak świadoma, że to tylko usprawiedliwienia, dzięki którym usuwam tę złość na obrzeża świadomości, by cieszyć się lekturą. Bo cieszę się prozą Lema zawsze. Pomimo! Tak jak w miłości. W końcu nie ma pisarzy idealnych...

Model człowieka

„Opowieści o pilocie Pirxie” to czas szkoły podstawowej i mojego pierwszego publicznego czytania na głos. Nic z tego nie pamiętam oprócz napięcia, że muszę być w centrum uwagi i że niewiele rozumiem z tego co czytam. Koszmar! To było trudne doświadczenie, bo już wtedy uwielbiałam „Bajki robotów”, toteż sądziłam, że to będzie mój kolejny ulubiony pisarz. Nie zagrało.

Teraz po latach, gdy mam fazy na Lema, a mam je cyklicznie, czytam co popadnie. „Opowieści o pilocie Pirxie” trafiło to do mnie w trakcie czytania, to książka bodaj najbardziej znana, a jednocześnie dość rzadko omawiana. Efekt lektury szkolnej? Być może. A jednak to Pirx stanowi w pewien sposób wyjściowy model lemowskiego człowieka, pełnego ciekawości, niesztampowości w postępowaniu i czysto ludzkiego poznawania samego siebie w kontekście doświadczania nowego.

Opowieści o Pirxie

Zbiór opowiadań, którego głównym bohaterem jest pilot Pirx to historia jednego człowieka w zderzeniu z jego zawodowym doświadczeniem, choć opowiedziana niechronologicznie, częstokroć tylko z uwzględnieniem kolejnych nietypowych doświadczeń bohatera. Nie poznamy tutaj za bardzo prywatnego życia Pirxa, nie ma jego dzieciństwa, ani rodzinnej przeszłości. W zamian otrzymujemy zestawienie intrygujących historii.

Niektóre z nich mogłyby nadawać się na scenariusze nieźle skrojonych seriali. Znikający piloci z patroli, robot wystukujący alfabetem Morse’a ostatnie rozmowy załogi sprzed katastrofy, nietypowa katastrofa podczas standardowego lądowania, która nie miała prawa się zdarzyć, czy robot wiedziony ciekawością granic własnych możliwości, to zaledwie garstka tematów, które Lem umieścił w swojej książce. Każda kolejna opowieść działa, niczym czarna dziura, na zasadzie całkowitego zasysania czytelnika.

Czytelnicze do-opowiadanie

Wielu czytelników krzywi się na otwarte zakończenia i ma autorom za złe taki styl zamykania całości. Oczywiście są granice takiej otwartości, a Lem na szczęście ich nie przekracza. Daje czytelnikowi szansę na odkurzenie swojej wyobraźni, rozwinięcie dalszych wydarzeń, posunięcie się w domysłach dalej niż tylko oczywistości.

I nie tylko. Lem otwiera przed czytelnikiem nieskończone przestrzenie kosmiczne. Opowiada o samotności, ale i o wewnętrznej sile swojego bohatera. Poddaje go próbom i testom, by wykazać, że ma prawo do błędów i uczenia się z doświadczenia. Wreszcie, umieszczając w pilocie Pirxie czysto ludzkie odruchy oddaje czytelnikom postać, której nie da się nie polubić od pierwszych wersów.
Pomimo, to muszę dodać. 


 "Opowieści o pilocie Pirxie", Stanisław Lem, Agora S.A., Warszawa 2008
Czytaj więcej

środa, 22 stycznia 2014

"Mrogi Drożku, Drogi Staszku", czyli o dwóch takich co listy pisali

 Sławomirze Miru Sławny! Hospodynie Literatury Polskiej! Okraso Satyry! Omasto Niebios! Doskonałości Wrodzona! Szlachetności, Na koniec, Której blaskami skąpany Chadzam (..)*


 Marzyłam o tym zbiorze listów od dawna. Lekturę smakowałam, przedłużałam, podążałam trochę ich literackimi śladami, a to sięgając po powieści nękanego w wielu listach Ireneusza Iredyńskiego, a to wracając do opowiadań Mrożka, czy poznając jego sztuki z obietnicą, że nadrobię również wkrótce Summe technologiae Lema. Nadal podążam, wyznaczyli mi swoisty kierunek czytelniczy, podali tropy, a ja przyznaję, dość bezmyślnie po prostu dałam się im uwieść. W zasadzie, tu przyznając rację Jerzemu Jarzębskiemu, który napisał do zbioru zgrabny wstęp, najbardziej dałam się uwieść Mrożkowi. I to jest pierwsze duże zaskoczenie, bowiem to Lema byłam więcej niż pewna, że znowu mnie natchnie czymś nowym, rozkocha jeszcze bardziej, a tu proszę, nie. Mrożek! Mrożek mnie oczarował najbardziej. 

  Listy 1956-1978 otwiera nieśmiały list Mrożka do Lema, pisany z pozycji czytelnika zaciekawionego jego trylogią pod tytułem Czas nieutracony (która jak wiadomo trylogią nie miała być, a Lem po latach zabronił wznawiania pozostałych dwóch tomów napisanych "na zamówienie") i w zasadzie to onieśmielenie będzie jedną ze stałych cech jego listów, nawet gdy z czasem ich relacje się zmienią, staną się sobie równymi partnerami do polemiki, a Lem będzie podziwiał swojego młodszego kolegę, choć ze sporą dozą krytycyzmu wobec jego dzieł. Mrożek przez te wszystkie lata będzie tym, którego ton wypowiedzi zawiera w sobie dużo większą dawkę szacunku i admiracji wobec Lema.


  Kolejne listy, niemalże eseje, które będą między sobą wymieniać obaj panowie to czysta słowna ekwilibrystyka, w której na początku dominuje Lem, zdaje się bawiący zarówno samą formą listu, jaki i stylem wypowiedzi, by z czasem pałeczkę przejął Mrożek i z listu na list niezwykle rozwijał się w tej formie. Tematyka, w jakiej się poruszają dotyczy niemalże wszystkiego. Od codziennych problemów, po wrażenia z literatury, omawianie zakupionych aut, bądź planowanych zakupów, omawiania szczegółów swoich aut, łącznie z dokładnym opisem wyglądu, przygód przeżywanych w tychże pojazdach (wypadek Mrożka, przeboje Lema z częściami zamiennymi) po wreszcie tematy nieco głębsze, bardziej filozoficzne, dotyczące problematyki zarówno egzystencjalnej, jak i artystycznej. Wrażenia związane z dużymi przemianami społecznymi, których świadkami byli obaj pisarze są tutaj również podejmowane, szczególnie z perspektywy Mrożka bardziej uwypuklone i w większym zakresie obejmowane. Mrożek przebywający w Chiavari ma niebywałą okazję by oglądać już wówczas kwitnący przemysł turystyczny, widzi tłuszczę na plaży rozłożoną szerokim cielskiem, która nie tylko się nie wstydzi własnych ułomności, ale i nie ma nic przeciwko takiemu zamknięciu w obozowej, znaczy plażowej, rzeczywistości.  Gdzie człowiek ściśnięty obok człowieka niczym przysłowiowy śledź w beczce, gdzie nie ma w ogóle warunków na cieszenie się naturą, bo gdzie, jaka natura, skoro koc przy kocu, ręcznik przy ręczniku, dookoła śmieci i jeszcze chwila i tłuszcza całe morze zaleje. Jest w tych obserwacjach Mrożek szalenie wnikliwy, widzi świat z perspektywy ktoś powie pesymistycznej, ja zrównoważę: pesymistyczno - realistycznej. W każdym liście można dostrzec subtelności myśliciela, który ważne tematy poddaje drobiazgowej analizie, rozkłada na czynniki pierwsze, powątpiewa i rozważa, wyłuszcza i zaprzecza.

Jeżeli nie w świat, to można by wierzyć w siebie ostatecznie. W tym samym sensie, jak się wierzy w duchy czy w Boga. W siebie jako w coś substancjalnego, odrębnego, koniecznego, w kształcie jedynym, z sednem nierozszczepialnym. Można to nawet nazwać duszą, czy jak kto chce. Ale wiek i życie zmywa ze mnie tę wiarę. Oczywiście, jakoś tak jestem, ale mam duże podejrzenia i niepewność co do tego. A jak brać z czegoś, co do czego ma się podejrzenia, czy jest to solidne i w ogóle istniejące w sposób ostateczny, budować z tego świat? To jest dobre dla Alicji w Krainie Czarów - ów kot, który był albo nie był - ale to za mało dla budowania świata. Owe odkrycia (pewnie to jest egzystencjalizm) doprowadziły nas do bzdury i siebie same też. Udowadniają, że świat jest z nami, ale nie dają żadnej gwarancji ani dowodu, że my jesteśmy. Dawniej brak było tylko dowodu absolutnie pewnego, dla każdego z nas, na istnienie drugiego człowieka. Teraz już nawet nie wiadomo, czy my sami jesteśmy. Wszystko jest na słowo honoru.**

 Lem jest tym trzeźwiej stąpającym po ziemi, przynajmniej w kontraście z dość wysublimowanym w tych listach Mrożkiem. Mniej pesymistyczny, a więcej realistyczny, choć w swego rodzaju kontekście katastroficznym (w sensie ogólnych relacji międzyludzkich), co przede wszystkim ujawnia się podczas dyskusji dwóch przyjaciół o lemowskiej  Summe technologiae, którą jako jedyny utwór Lema omawiają dość szczegółowo, i której to właśnie Mrożek zarzuca brak człowieka, brak miejsca dla jednostki w lemowskiej wizji świata i technologii, której to wizji jednak trudno nie oddać racji i swego rodzaju zdolności proroczych. Lem w listach do Mrożka to starszy kolega, nie tylko starszy z racji wieku, ale i doświadczenia w sztuce pisania, toteż Mrożek często korzysta z wiedzy przyjaciela, zadaje pytania związane z przemianami w kolejnych latach życia, korzysta z uwag dotyczących jego tekstów. I choć Lem bywa krytykiem ostrym, kategorycznym i czasami zdaje się mocno nie rozumiejącym Mrożka, to jednak wnosi swoją krytykę ciekawe, bo zupełnie inne od zarówno wielu krytyków, jak i czytelników, spojrzenie na sztuki, które omawia. Lem nie miał zupełnie oporów by skrytykować tak ceniony dramat jak Tango, choć w późniejszych latach, gdy Tango spotka się z pozytywnym odbiorem i zyska na popularności Lem nieco zweryfikuje swoją ocenę, choć fundamentalnego zarzutu nie zmieni.

  Listy te, jak to listy między dwójką bliskich sobie ludzi nie są jednak tylko i wyłącznie przykładem wysokiej sztuki epistolograficznej. Oczywiście między wierszami pojawiają się wady obydwu panów, nie zawsze są subtelni i używający jedynie poprawnej i pięknej polszczyzny, nie zawsze słowa są stonowane. Często dając upust swoim odczuciom używają wulgaryzmów, nie mają oporów przed krytykowaniem kolegów po piórze, ze szczególnym okrucieństwem traktując wymienionego wyżej Ireneusza Iredyńskiego, a także lubią sobie poplotkować. I dzięki tym częściom nie zatracamy ich zwykłych, codziennych twarzy, dodaje to tym listom swoistego zabarwienia, nie są sztuczne, ani napuszone, choć w krytyce panowie są napuszeni jak najbardziej. Nie zmienia to faktu, że zbiór listów napisanych pomiędzy Stanisławem Lemem a Sławomirem Mrożkiem stał się dla mnie jedną z tych ważnych książek, których obecność w domowej bibliotece jest więcej niż obowiązkowa. Są książki, które wiem, kiedyś pewnie pójdą w świat, by zrobić miejsce innym, są takie, wiem, które czeka to jeszcze wcześniej. Zanim tamte były i zanim inne będą Lem i Mrożek są.***


Listy 1956-1978, Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011
*  str. 26, z listu Lema do Mrożka, rok 1960
** str. 580, z listu Mrożka do Lema, rok 1966
*** parafrazując.. Jam jest Ubik. Zanim świat był, jam jest.

Czytaj więcej

środa, 20 listopada 2013

Niedoskonałość raju. "Eden" Stanisława Lema

  W obliczeniach był błąd. Nie przeszli nad atmosferą, ale zderzyli się z nią*. Potem katastrofa już tylko mogła nabrać rozpędu i feralnego lądowania, które wbiło statek mocno w planetarną glebę. Tak mocno, że sporo czasu zajęło im w ogóle sprawdzenie stanu maszyny (sporą część zalała radioaktywna woda, przez co nie udało się sprawdzić co się stało z Obrońcą) , a później odkopanie się. Oczywiście, wiedzieli, że trafili na Eden, o którym jednak nie wiedzieli tak poza tym już nic. Gdy w końcu wydostali się z rakiety ich oczom ukazała się widok na poły znajomy, na poły niezwykły. Dopiero jednak za dnia mogli przyjrzeć się temu bliżej. Zalana słońcem równina biegła we wszystkie strony jednakowo, gładka, płowa, daleko wznosiły się smukłe, dostrzeżone poprzedniego dnia sylwetki, ale w mocnym świetle widać było, że to nie są drzewa. Niebo nad głowami niebieskie jak na Ziemi, a u horyzontów nabierało zielonkawego odcienia. Nikłe pierzaste obłoczki sunęły prawie niedostrzegalnie na północ**. Ze zdumieniem odkryli, że na równinie nic nie rośnie i że brakuje im czegoś tak banalnego, jak trawy. I zaczęli powoli, ale systematycznie poszukiwać na planecie śladów życia, by kolejnymi posunięciami, rozmowami, oraz przedziwnymi, mocno zagadkowymi spotkaniami poznać nieco bardziej Eden i odrobinę jego zawiłej jak się okazało historii..

  Chemik, Cybernetyk, Doktor, Fizyk, Inżynier i Koordynator weszli w skład tej ekspedycji. Ich celem w ogóle nie był Eden, a pechowe lądowanie odbyło się niejako przez przypadek. Jednakże gdy się już odbyło próbowali za wszelką cenę najpierw naprawić rakietę, a następnie rozwikłać coraz bardziej zagadkowe spotkania z obcą cywilizacją. Bo, że mają do czynienia jednak z cywilizacją doszli już po paru dniach, a jej niezwykłe zachowania, opuszczoną fabrykę, napotykane przypadkowo na drodze martwe ciała, bądź w ogóle masowe groby, powodowały coraz większe i trudniejsze spekulacje. W nich są zwykłymi ludźmi i dlatego mają swoje przypuszczenia, swoje racje. Jeden Doktor próbuje im wskazać błąd w takiej dialektyce. Jesteśmy ludźmi, kojarzymy i rozumujemy po ziemsku, wskutek tego możemy popełnić ciężkie błędy, przyjmując obce pozory za naszą prawdę, to znaczy układając pewne fakty w schematy przywiezione z Ziemi. *** Wątpliwości odnośnie pewnych podejrzeń zaczyna rozwiewać masowy mord jakiego są przypadkowym świadkiem, a o mały włos również ofiarą. Co w takiej sytuacji? Interweniować, nie znając historii planety, nie rozumiejąc postępowania jej mieszkańców? Przecież to trochę tak, jakby jakaś inna rasa zastała Ziemię podczas wojen religijnych i chciała stanąć po stronie słabszych. W oparciu o swoją potęgę zakazuje palenia na stosie heretyków, prześladowania innowierców i tak dalej. Czy myślisz, że potrafiliby upowszechnić na Ziemi swój racjonalizm? Przecież prawie cała ludzkość była wtedy wierząca, musieliby stopniowo wytłuc ją do ostatniego człowieka i zostaliby sami ze swoimi racjonalnymi ideałami!****


  W całej tej smutnej i jakże wymownej historii tylko dziwne piękno opisów Edenu jest tym, o którym warto mówić całymi zdaniami. Zapadł zmierzch. Ominęli wielkim łukiem pochylnię - nie była, jak sądzili, tworem architektonicznym, ale najdalszym rozpłaszczonym na równinie wybiegiem rzeki magnetycznej, której całość ogarnęli dopiero teraz. Schodziła po zboczach z górnego piętra doliny, zakrzepła w dziesiątki potrzaskanych zerw i kaskad. Pełną garbów powłoką jakby metalicznego żużlu okrywała niższe połacie stoku, tylko w górze, gdzie stromizna stawała się gwałtowna, wysterczały z tego martwego potopu nagie skalne żebra.
   Z przeciwnej strony zaciskał kilkusetmetrowy przesmyk o wyschłym, gliniastym dnie pokrytym zygzakami pęknięć, wał górskiego łańcucha uchodzący w chmury. Okrywał go, o ile można to było dostrzec poprzez okna obłoków, czarniawy kożuch roślinności. W ołowianym świetle wieczoru skrzepła rzeka, zapewne pozostałość wulkanicznej erupcji, z lśniącymi czołami znieruchomiałych fal wyglądała jak wielki lodowiec.*****

  Eden to powieść, którą Lem ukończył w 1958 roku. Podaję tę datę, bo mnie samą zdumiewa jego zdolność do opisów czegoś niemalże niewyobrażalnego, zdolność do stworzenia obcej cywilizacji tak fascynującej, szczególnie podczas odsłaniania kolejnych zagadkowych zachowań i zdarzeń, że lekturę pochłania się dosłownie w tempie zastraszającym, zdolność wreszcie do budowania takich konstrukcji  różnorodnych maszynerii, rozwiązań gdy w jego rzeczywistości nie tylko nie było czegoś takiego jak telefon komórkowy i internet, ale również kolorowa telewizja była ciągle świeżym wynalazkiem, a w Polsce jeszcze nie było możliwości jej oglądania. Choć nie da się ukryć, że w powieści fantastycznej Lem przemycił również krytykę ówczesnego ustroju, w posłowiu porównywaną stylem do Orwellowskiej powieści Rok 1984. Jednak Antyutopia Lema sięga nieco dalej niż dyskurs z ustrojem politycznym. Rozważając losy mieszkańców Edenu Lem przy okazji pochyla się nad istotą, której za bardzo nie lubił, ale która go mocno fascynowała - nad człowiekiem. I jest tym człowiekiem głęboko zainteresowany, daje mu rozsądne cechy, pozwala na własne dochodzenie, daje możliwość uczenia się i szybkiego kojarzenia faktów. Nie buduje wśród członków ekspedycji skrajnie złego charakteru, choć niewątpliwie najwięcej empatii wlał w postać Doktora, który umiejętnie i rzeczowo skłania załogę do bardziej abstrakcyjnego myślenia, do odsuwania ziemskich schematów, do prób ujrzenia planety oczami jej mieszkańców.  I wreszcie pozwala by to mieszkańcy Edenu podjęli ostateczną, choć dramatyczną decyzję. Pozostawia czytelnika z mnóstwem pytań w głowie, pytań, których nie ma komu już zadać, nad którymi można wiele rozmyślać i ponownie kartkować strony jego niezwykłej powieści.



Eden, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2008
* str. 5
** str. 25
*** str. 84
**** str. 201
***** str. 107
Czytaj więcej

środa, 30 października 2013

Radosne słowotwórstwo. O "Cyberiadzie" Stanisława Lema.

  Trudno jest przejść bez przeszkód przez lekturę Cyberiady, bez połamania sobie języka mentalnego, bez karkołomnej logopedii, jakby człowiek na nowo musiał się uczyć wymowy. Ćwiczenia z czytania ze zrozumieniem, z powtarzania akapitów, z wyciągania wniosków. A potem, jak już czytelnik się przyzwyczai do tej dziwnej, karkołomnej nomenklatury, przekroczy granice lemowskiej ontologii, to już tylko ćwiczenia z cierpliwości. Bo trzeba naprawdę się nabiedzić, żeby znaleźć się z Lemem sam na sam, bez żadnych przeszkód, bez mówiących głośno ludzi, bez ludzi dookoła w ogólności, a przecież tego tylko właśnie się pragnie! Uciec przed dystraktorami i zagłębić się w głębię, próżnię kosmosu, w radosne słowotwórstwo, w filozofię najlepszego ze znanych mi (czytelniczo) ludzi pióra.

  Cyberiada to w zasadzie zbiór opowiadań, bajek, historyjek, dykteryjek, na poły poważnych, na poły komicznych, wszelako za każdym razem refleksyjnych, które łączy dwóch głównych bohaterów, dwóch wielkich konstruktorów, przyjaciół i wrogów zarazem: Trurla i Klapaucjusza. I tak oto w baśniowej nieco atmosferze, w wielkim Kosmosie..

  Kiedy Kosmos nie był jeszcze tak rozregulowany jak dziś, a wszystkie gwiazdy stały porządnie poustawiane, tak że łatwo dało się je policzyć od lewej ku prawej albo z góry na dół, przy czym osobno grupowały się większe i bardziej niebieskie, a mniejsze i żółknące jako ciała drugiej kategorii poupychane były po katach, gdy w czasoprzestrzeni ani śladu nikt nie znalazł wszelakiego kurzu, pyłu i śmiecia mgławicowego, w owych dobrych, dawnych czasach panował zwyczaj, że konstruktorzy posiadający Dyplom Omnipotencji Perpetualnej z wyróżnieniem wyprawiali się kiedy niekiedy w podróże, aby dalekim ludziom nieść dobrą radę i pomoc.*


  Zatem Trurl i Klapaucjusz podróżują i w miarę swoich możliwości starają się pomagać potrzebujących ich pomocy królestwom. Nie zawsze podróżują razem, czasami osobno, czasami zgodnie sobie pomagają, czasami kłócą się na całego (albo sprawiają sobie Wielkie lanie). Na prośby królów stwarzają wszelkiego typu machiny, kreują światy i całe społeczeństwa, wydawałoby się posiadają ogromną moc oraz wiedzę, by każdorazowo spełniać dziwactwa kolejnych władców, łącznie z tworzeniem maszyn, które opowiadają bajki, czy udają smoki (których jak powszechnie wiadomo nie ma, ale nie chodzi o to, co istnieje, bo to już wszak zbadane), czy wreszcie mają być dowodem naturalnie odczuwanej szczęśliwości, co oczywiście w praktyce jest absolutne niemożliwe. Tematyka opowiadań jednak na ogół oscyluje wokół konstrukcji świata jako takiego, która  jest ułomna i na próbach skonstruowania świata dużo lepszego, wokół stylów rządów, jakie prezentują poszczególne królestwa, które nierzadko celują w dyktaturę, oraz wokół głupoty, którą Lem z lubością obnaża ukazując jej chciwość, błędy i upartość (cztery, a cztery jest siedem!). Bo w sumie głupota nie dotyczy li i jedynie inteligencji, a jest pewną sumą woli, która w swoim stanie zapartym będzie przeczyła wszelkiej logice. Bywa.

  Baśniowość historyjek Lema podkreśla zarówno język, jak i formuła stwarzanych historii - rzecz się dzieje gdzieś w niezmierzonej przestrzeni kosmicznej, zawsze ma związek z problemem jakiegoś królestwa, które nierzadko potrzebuje wsparcia niezwykłych konstruktorów, a oni dwaj, choć pełni wzajemnej rywalizacji zawodowej i złośliwości, starają się jednak zawsze działać w zgodzie z najważniejszymi, można by rzec, moralnymi zasadami, choć oczywiście do rycerskich bohaterów jest im daleko. Niemniej jednak warto pamiętać, że wszyscy bohaterowie Cyberiady to roboty, antynomie białkowców, choć prawdopodobnie w swoim mniemaniu dużo lepsi od ludzi, są istotami zatem na wyższym poziomie rozwoju, z genialnymi pomysłami i ich realizacją, a ponadto ich maszyny zawsze cechuje "podskórna" lojalność wobec konstruktora, nawet gdy oficjalnie lojalność winna jest tylko królowi danego królestwa. Ostatecznie zatem, gdy król po wykorzystaniu konstruktora chce się go pozbyć, może się to skończyć tylko na obiciu i porzuceniu gdzieś w kosmosie, ale jednak ujściu cało z każdej historii. A cóż, władcy na ogół bywają mocno dwulicowi.

Język Cyberiady to osobny temat, godzien przynajmniej osobnego artykułu, analiz, z cytowaniem całej masy fragmentów, bo co drugi to lepszy, to zgrabniejszy, to trudniejszy... Przeplatając język naukowy z potocznym, staropolskie sformułowania z baśniową konwencją, masę neologizmów z archaizmami, stworzył Lem dzieło niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju, niesamowicie oryginalne i niezaprzeczalnie niepowtarzalne! Ale przecież..

- To wszystko sofizmata! - wykrzyknął Trurl, tym bardziej gwałtownie, że słowami przyjaciela poruszony. - Elektrony skaczą nie tylko wewnątrz głów naszych, ale i wewnątrz płyt gramofonowych i z tej powszechności nic takiego nie wynika, co by uprawniało do analogii tak hipostatycznych! **

Możecie to sami sprawdzić. Do czego gorąco namawiam.


Cyberiada, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2009
* str. 33
** str. 155
Czytaj więcej

środa, 13 lutego 2013

"Szpital przemienienia" Stanisław Lem

Choroba psychiczna była dla nazistów czynnikiem odbierającym prawo do życia. Sprawa pochodzenia etnicznego ofiar była w tym przypadku dla sprawców zbrodni drugorzędna. Nazistowskie ludobójstwo rozpoczęło się od zagłady chorych psychicznie w okupowanej Polsce. Fakt ten pozostaje mało znany, nawet wśród lekarzy (..)

Naukowym uzasadnieniem unicestwiania chorych psychicznie miały być opracowania psychiatry Alfreda Hoche i prawnika Karla Bindinga, którzy twierdzili że śmierć osób upośledzonych psychicznie może być uznana przez te osoby i społeczeństwo za wyzwolenie, a dla państwa oznaczałoby to pozbycie się ciężaru utrzymania ludzi nie przedstawiających najmniejszej nawet użyteczności. Odpowiednie przepisy nałożyły na pielęgniarki i akuszerki asystujące przy porodach obowiązek informowania o narodzinach dziecka z ciężkimi wadami wrodzonymi.

Całkowita liczba zgładzonych przez nazistów chorych psychicznie nie jest znana. Szacuje się, że w Polsce podczas II wojny światowej zamordowano ponad 20 tys. pacjentów szpitali psychiatrycznych.
(źródło)

Niewiele jest tematów, które wywołują we mnie żywe, dobitne emocje. Nie płaczę nad losem zakochanych, nie przejmuję się losem biednych guwernantek, tematem nadużywanym w przez XIX - wieczne pisarki, nie egzaltuję romansami. Nienawidzę jednak krzywdzenia istot słabych i bezbronnych. Dławi mnie w gardle gdy czytam o biciu zwierząt, dzieci czy chorych psychicznie. Dławi w gardle i powoduje wiele, bardzo wiele niedobrych myśli. Gdy zaś krzywda ta jest ostateczna zniżam się do poziomu oprawców w mojej głowie. Żałuję, że nie mam w zwyczaju czytać dokładnie recenzji książek, które chcę przeczytać. Nie robię tego z dwóch ważnych powodów - po pierwsze nie chcę ewentualnego przecieku treści, po drugie, nie chcę żeby czyjś osąd wpłynął, choćby podświadomie na mój. W tym jednak przypadku, żałuję, że nie zrobiłam wyjątku. Może odłożyłabym lekturę na jakiś lepszy dla siebie moment. Przyznaję zupełnie szczerze, że emocjonalnie ta książka była dla mnie swego rodzaju wyzwaniem.

Fabuła powieści Stanisława Lema pozornie jest prosta, mówiąc w podstawowym wątku o praktyce młodego lekarza, Stefana Trzynieckiego w szpitalu psychiatrycznym. Wątkiem drugim jest kontekst historyczny, który umiejscawia tę praktykę zaraz na początku drugiej wojny światowej i w związku z czym już na wstępie sugeruje przyszły los tego szpitala. Trzecim wątkiem, dla mnie najistotniejszym, jest traktowanie pacjentów szpitala, podejście do choroby psychicznej reprezentowane przez lekarzy oraz powielane przez innych ludzi oraz ostateczny los tych nieszczęsnych istot. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku psychiatria ciągle jeszcze kulała. Jakkolwiek ostatecznie pojęto wtedy, że choroba psychiczna jest chorobą, nie opętaniem, ani żadną formą tak zwanego debilizmu, że wymaga cierpliwości, łagodności, szacunku dla chorych, i przede wszystkim leczenia, tak nadal nie traktowano pacjentów z należnym im szacunkiem. Mimo całej tej wiedzy nadal odnoszono się do osób cierpiących na zaburzenia psychiczne jak do odmieńców, idiotów, traktując ich jak bezwolne  marionetki, na których można było eksperymentować. A na pewno kopnąć, albo zwyzywać od debili, jak to robili opisywani sanitariusze w powieści Lema. Nic, tylko pozostaje się cieszyć, że to już odległa, mroczna przeszłość. Choć i tak bledną te wszystkie zachowania wobec grozy jaką zapewnili szpitalom psychiatrycznym naziści.

W Szpitalu przemienienia Lem ukazuje swoją typową filozofię, częściowo reprezentowaną przez poetę Sekułowskiego, przebywającego w szpitalu bardziej na zasadzie nieszkodliwego artysty dziwaka niż pacjenta z realnymi problemami zdrowotnymi, częściowo również przez ateizm i racjonalizujące podejście do życia i świata samego Stefana. W "Szpitalu przemienienia" jest już cały Lem pisze Jerzy Jarzębski-  z jego nieufnością wobec "nauki czystej", "ekspertów", racjonalności absolutnej, a zatem wypranej z etyki. A jednocześnie jest tam Lem, który pewnych zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia nie potrafi zbyć łatwymi formułkami na temat moralności i humanizmu. W tym ateistycznym świecie diabeł naprawdę kłapie zębami i czuć piekielną siarkę.*

Podobnie jak Lem jestem ateistką, która nie ma w zwyczaju szkalować żadnej religii ani nikomu narzucać własnej odrębności, dlatego z przyjemnością, po trudach lektury samej powieści, przeczytałam załączone na końcu książki listy wymieniane między Lemem, a księdzem Stanisławem Obirkiem. Jakaż to intelektualna rozgrywka, jakaż piękna korespondencja. Uważam zarówno Szpital przemienienia jak i owe listy za lekturę obowiązkową. Mimo ciężkich emocji w odbiorze samego Szpitala.. uważam, że to jest jeden z tych tytułów jakie po prostu wypada poznać.


Szpital przemienienia, Stanisław Lem, Agora S.A., Warszawa 2008
*z posłowia Skalpel i mózg, str. 184
Czytaj więcej

środa, 31 sierpnia 2011

przeniesione z blogu wcześniejszego ->Co to jest symetriada? Czyli słowko o "Solaris" Lema


   Odkąd poznałam Lema już jako studentka filologii polskiej, z miejsca zakochałam się w jego pisarstwie. I nie dlatego, żebym była jakąś wielką fanką literatury s-f, ani nie dlatego, żebym interesowała się podbojem kosmosu. Pastisz, sarkazm ironia oraz głęboka mądrość – to były cechy powieści Lema, które przyciągały mnie jak ćmę światło. Gdy znalazłam „Solaris” z kolekcji wyborczej, wyprzedawaną w kiosku ruchu w Jastarni, bez zastanowienia kupiłam i przeczytałam jednym tchem. I nie zawiodłam się, choć w niej Lem jest zdecydowanie poważniejszym, mniej ironiczno - sarkastycznym autorem, a niewątpliwie bardziej poważnym i refleksyjnym..

   Kris Kelvin przybywa na planetę Solaris, na której znajduje się „Stacja”, statek badawczy. Badania nad niezwykłością planety trwają od wielu dziesięcioleci. Jej główną niezwykłością jest to, że w dużej mierze planeta składa się z oceanu. Albo tworu przypominającego ocean ziemski. Poszukiwania jakiejkolwiek cywilizacji oczywiście okazały się bezowocne, różnorodne badania wykazały, że sam ocean jest swego rodzaju cywilizacją, ale jak nawiązać kontakt z taką cywilizacją? Tym właśnie miała zajmować się ekipa Stacji, chociaż badania jakie prowadzono od lat dowodziły, że próby te są bezsensowne, ponieważ nie przyniosą efektu, jak to miało miejsce dotąd. W sumie do samego końca nie wiem jaki był dokładnie cel wizyty Krisa.. Jako psycholog mógł być pomocny dla ekipy, ponieważ wiadomo, że długotrwała izolacja źle wpływa na psychikę człowieka. Jako solarysta niewątpliwie też mógł mieć wiele do powiedzenia na temat planety. Jako podopieczny głównego badacza Solaris, Gibariana, mógł chcieć przyłączyć się do badań nad planetą… Ale to nie zostało powiedziane.

Solaris okazuje się być niezwykłą planetą w dwójnasób. Jej dodatkową cechą jest to, że ma zdolność tworzenia swego rodzaju fantomów, istot, nazywanych przez członków Stacji gośćmi. Na ile jest przyjemne spotkać kogoś bliskiego, o kim wiemy, że od lat nie żyje? Trudne pytanie. Z jednej strony zachwyt, ż drugiej przekleństwo. Z jednej strony chciałoby się zatrzymać wspólne chwile, z drugiej dociera do człowieka ulotność tych chwil, fałsz fantomu, nierealność marzeń, o drugiej szansie na wspólne życie..

        Ale w zasadzie to nie o tym chciałam napisać. „Solaris” jest tak znaną powieścią, że pewnie każdy ją kiedyś tam przeczytał.. Ja dotąd uwielbiałam Ijona Tichego i głównie czytałam książki Lema, które opowiadały o jego przygodach. „Solaris” zawsze czekała na inną okazje..

       Dlaczego Lem jest taki niezwykły? Może dlatego, że pod przykrywką powieści s-f zastanawia się nad kondycją ludzkiej natury? Rozważa jego skłonność do eksploracji innych planet, głośno przyznając, że człowiecze pojęcie bohaterstwa nie zawsze musi nim być? Bo w końcu czym jest bohaterstwo? To tylko słowo, które wymyślił człowiek i nadał mu definicję. A co jeśli to co na Ziemi traktujemy jako bohaterstwo, na innej planecie, w innej cywilizacji, nie jest niczym innym jak zawłaszczaniem, niszczeniem, ignorancją? Najlepiej Lem ujął to przez usta Snauta: Wyruszamy w kosmos, przygotowani na wszystko, to znaczy, na samotność, na walkę, męczeństwo i śmierć. Ze skromności nie wypowiadamy tego głośno, ale myślimy sobie czasem, że jesteśmy wspaniali. Tymczasem, tymczasem to nie chcemy zdobywać kosmosu, chcemy rozszerzyć Ziemię do jego granic. (Stanisław Lem, „Solaris”, Kolekcja Gazety Wyborczej, str. 66).



Skończyłam czytać z mocnym postanowieniem, że muszę uzupełnić moją biblioteczkę z prozą Lema :D

Solaris, Stanisław Lem, Kolekcja Gazety Wyborczej, Warszawa 2008

Wpis przeniesiony z http://dziewczynazalaski.blox.pl/html 
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.