Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w spektrum zaburzeń psychicznych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w spektrum zaburzeń psychicznych. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 sierpnia 2013

Niedziela z psychoterapeutami

Na pierwszych zajęciach na studiach z psychologii, były to bodajże ćwiczenia ze wstępu do historii myśli psychologicznej, opowiadaliśmy sobie w grupie, z jakich pobudek każde z nas podjęło decyzję o studiowaniu psychologii. Oczywiście ile osób tyle motywacji, ale od lat powtarzane jest jak zdarta płyta, że student psychologii to niedoszły pacjent (lub klient - określenie jest uzależnione tak naprawdę od szkoły terapeutycznej) terapeuty/psychologa. Gdy tak rozejrzeć się po sali studentów psychologii to na pewno jakiś procent ma sporo problemów ze sobą, co może potwierdzać tę tezę, ale spójrzmy prawdzie w oczy - to samo można powiedzieć, o sali pełnej przyszłych fizyków czy stomatologów. A ja choć problemy u siebie zdiagnozowałam na długo przed pójściem na psychologię, to jednak zdecydowałam o studiach nie w ramach autoterapii, a w ramach poznania nowego, co pośrednio miało mnie prowadzić do celu upragnionego - kryminologii, która jak wiadomo bazuje zarówno na psychologii, jak i psychiatrii (a która wówczas nie była prowadzona jako odrębny kierunek). Nieoczekiwany substytut podarował mi jednak coś, czego się nie spodziewałam - sporo odpowiedzi na pytania, które krążyły w mojej głowie od lat dziecięcych. Można by rzec, że w ten oto sposób stałam się dowodem na tezę, choć ostatecznie żadnej terapii nigdy nie miałam. Zyskałam za to nową jakość własnych przemyśleń.

Literatura psychologiczna oraz około psychologiczna stała się dla mnie czymś ważnym. Dyplom wcale nie zakończył procesu edukacji, a kolejne lektury tylko to udowadniają. Jednak jak każda literatura naukowa bywa ona odbierana jako przynudzająca, dobierająca zbyt fachowe słownictwo, a przez to w efekcie jest pomijana przez wielu czytelników. Sama zresztą bywam również przytłoczona tym stylem, którym niestety celują głównie polscy psychologowie w swoich pracach (choć wyjątkiem jest zdecydowanie prof. Dariusz Doliński, którego książki mogę polecać w ciemno każdemu), dlatego czasami chętnie biorę pod lupę pozycje pisane w bardziej uproszczonej formie. Żyj wystarczająco dobrze jest właśnie taką ciekawie skomponowaną, przyjemną w odbiorze, a jednocześnie poruszającą się po ważnych obszarach w naszym codziennym życiu - od złożonej osobowości, jakiej cechy możemy nieoczekiwanie odkryć w sobie, przez relacje w związku partnerskim, czy rodzicielskim, a wreszcie do postawy jaką mamy wobec życia. A wszystko w ciekawym układzie prostych, życiowych pytań i mądrych odpowiedzi doświadczonych ekspertów.


Agnieszka Jucewicz i Grzegorz Sroczyński, redaktorzy Wysokich Obcasów, przeprowadzili rozmowy z dwudziestką specjalistów w zakresie psychologii i psychoterapii. Książka została podzielona na rozmowy z każdym z nich, ale ten podział jest również jednoznaczny z podziałem tematycznym. Gdy jest rozmowa o trudnej osobowości, rozmówcy skupiają się na tym problemie, choć jak to w życiu bywa, jest on powiązany z każdym następnym tematem, dlatego chwali się autorom taki właśnie podział rozmów, że kolejno wprowadzają one czytelnika w następne powiązania, następne komplikacje życiowe związane z jakimiś traumami, brakami, a także zwykłym zdawałoby się popełnianiem błędów. Co rzecz jasna nie oznacza, że teraz każdy powinien udać się na terapię. Wprost przeciwnie. Każdy z tych problemów, dopóki nie dojdzie do jego eskalacji, jest do wychwycenia i wspólnego z bliskimi przepracowania. Ta pozycja ma o tyle niebywałą wartość, że mówi czytelnikowi o tym, że każdy ma jakieś problemy, każdy ma chwile załamania, ale warto to przemyśleć na spokojnie, gruntowanie ocenić własne zachowania i wtedy może wspólnie wybrać sposób na zmianę utartych schematów. A to już naprawdę ogromny krok ku zmianie. Bo trzeba zachować zdrowy dystans podczas lektury i wziąć sobie do serca słowa Danuty Golec:

Wywiady z terapeutami psychoanalitycznymi mają ten niepowtarzalny urok, że każdy znajdzie w nich kawałek siebie. Tyle, że to urok dość złudny. Powtórzę: wszyscy mamy w sobie wszystko. Na pewno ma pan w sobie elementy borderline, jak każdy. Na pewno często stosuje pan proste mechanizmy obronne, jak każdy. Ale to nie znaczy, że jest pan zaburzony.*

Sam tytuł Żyj wystarczająco dobrze oznacza, że w naszym życiu jest coraz więcej ideałów, za którymi gonimy i radość z samego faktu życia, posiadania środków na to życie, domu i w miarę stabilnej sytuacji finansowej staje się niewystarczająca. Poprzeczka nie wiadomo kiedy poszła w górę i tak oto stworzyliśmy społeczeństwo pełne osobowości narcystycznych (rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem), pracoholików, nie zdolnych do nawiązania dobrych, zdrowych więzi (rozmowa z Lubomirą Szawdyn), alkoholiczek, co jest całkiem nowym zjawiskiem w Polsce (rozmowa z Lubomirą Szawdyn), oraz ze zjawiskiem coraz większych problemów z zajściem w ciążę (rozmowa z Tatianą Ostaszewską - Mosak). Wszystko to, jak w każdej dziedzinie życia, jest pozbawione złotego środka. O tym złotym środku można właśnie poczytać w tej niezwykłej książce. Co nie oznacza, że znajdziecie tu odpowiedzi na wszystkie pytania, lub o zgrozo, że znajdziecie tu gotowy zestaw rad jak żyć. Nie ma takiego zestawu, ale zawsze można pomyśleć nad jego stworzeniem dla samego siebie, nad znalezieniem własnego złotego środka. Czy to w kwestii problemów w związku partnerskim, czy w kwestii trudności związanych z zajściem w ciążę. Polecam nawet do częstego czytania.



Żyj wystarczająco dobrze, Agnieszka Jucewicz, Grzegorz Sroczyński, Agora SA, Warszawa 2013
* str. 74, rozmowa o osobowości borderline
Czytaj więcej

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Misz - masz po raz drugi, czyli brakuje mi weny

   Zdjęcia obiecane na dzisiaj niestety ukażą się dopiero jutro, o ile kolega znowu nie zapomni zabrać ze sobą nagranej już i przygotowanej płytki. Tymczasem z braku weny krótki misz - masz lekturowy z ostatnio przeczytanych książek.

W Wietnamie udało mi się przeczytać aż dwie książki. Aż, bo w porównaniu z wyjazdem do RPA to o dwie więcej. Pierwszą, już wspominaną we wcześniejszym wpisie była Lala Jacka Dehnela. Podejrzewam, że nie wyrządzę autorowi krzywdy krótkim opisem związanym z lekturą tej  powieści, bo jak się domyślam, na pewno wielu bloggerów dało już upust zachwytowi na jej temat. A jak nie dało to ja krótko, ale na pewno oddam swój zachwyt. Przede wszystkim bliska mi jest cała Lala ze względu na miłość autora do Babci. Miłość, którą rozumiem w całej jej ważności i doniosłości, bowiem sama do mojej Babci i jej opowieści mam ogromną czułość i szacunek. Czytając opowieść tytułowej Lali, jej styl narracyjny, nie raz i nie dwa miałam przed oczami opowieści mojej własnej Babci, która w równie ciekawym stylu opowiada o swojej przeszłości. Niewątpliwie nie tak bujnej i bogatej w intrygujące znajomości jak Babci Jacka Dehnela, ale równie ciekawej i równie barwnie opowiadanej. Historie, które się splątują, krzyżują między sobą, historie jakby wyrwane z chaotycznej pamięci, wyciągnięte z kapelusza po raz kolejny, znane przez rodzinę na pamięć, a mimo to nadal wspominane i opowiadane, choćby nie wiem ile protestować, że tak, to już jest znane. Znacie? To i tak wam opowiem. I w ten sposób powstają kolejne odsłony zdarzeń z przeszłości, kolejne obrazy, wzbogacane o nowe wrażenia, gdy siła wspomnień jest wyjątkowo ogromna, a chwile na dzielenie się z nimi jeszcze bardziej magiczne. Nawet jeśli początkowo odczuwa się wrażenie chaosu to właśnie ten chaos potęguje odczucie naturalności. To jak spotkanie nie z autorem, ale właśnie z jego Babcią, która niczym Bajarka snuje kolejne historie, jak Szeherezada opowiada o o życiu swojej rodziny i swoim własnym. Książka zdecydowanie do wielokrotnego czytania.

Lala, Jacek Dehnel, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006


   Drugą powieścią była napisana w tandemie mama - córka, książka Jodi Picoult i Samanthy Van Leer Between The Lines, którą udało mi się przeczytać w oryginale, z czego jestem dumna, a nawet podwójnie dumna, bo tym razem nie dysponowałam żadnym słownikiem. I podejrzewam, że w związku z tym jej lektura po polsku niekoniecznie by mnie tak interesowała, jak właśnie w oryginale. Główną bohaterką tej książki jest piętnastoletnia Delilah, która wychowuje się bez ojca. Jej mama jest ciężko pracującą kobietą, ale też starającą się być najlepszą mamą na świecie. Delilah nie należy do popularnych dziewcząt, jest raczek outsiderką, ma tylko jedną przyjaciółkę, też dziwaczkę no i jej ulubionym zajęciem jest czytanie. Ostatnio zaś szczególnie jest zafascynowana baśnią dla dzieci, której główny bohater, książę Oliver, również nie ma ojca i przez to staje się dla Delilah swego rodzaju bratnią duszą. Trzeba jednak przyznać, że to dodatkowo stawia Delilah na równi z wszelkimi dziwolągami szkolnymi. Kropką nad i było zapisanie się do klubu szachowego. Gdy zaś pewnego dnia Oliver zaczyna przemawiać do dziewczyny, prosto z kart książki, diagnoza o niekoniecznie zdrowej psychice wydaje się czymś oczywistym. Co w efekcie doprowadza Delilah do gabinetu psychiatry, a potem do brawurowej ucieczki, hm.. wycieczki z domu..
   Powieść podzielona jest na trzy części. W jednej poznajemy baśń Between The Lines w jej oryginalnym brzmieniu, w drugiej narrację prowadzi Delilah, a w trzeciej.. pałeczkę przejmuje książę Oliver. Jak zatem łatwo się przekonać cała książka to współczesna baśń, której główną bohaterką jest skromna, choć dziwaczna dla swoich rówieśników dziewczyna, jest również książę z bajki, a także obowiązkowy happy end. A jak udało im się połączyć? On, przecież książę z bajki, tyle, że naprawdę z bajki, a ona nastolatka z problemami? Rozwiązanie tej fabularnej zagadki jest całkiem, całkiem sympatyczne, ale nie będę go zdradzać. Książka zdecydowanie dla młodzieży, choć myślę, że sporo dorosłych marzycielek odnajdzie się w niej również.

Between The Lines, Jodi Picoult, Samantha van Leer, Atria/Emily Bestler Books, 2012


Po powrocie z Wietnamu, szukając czegoś pozytywnego, sięgnęłam po Poradnik pozytywnego myślenia. Trochę obawiałam się tych części poświęconych futbolowi, o których czytałam w każdej niemalże recenzji tej książki, ale ku mojemu zaskoczeniu, nie było tego wcale dużo i w sumie, było to na swój sposób interesujące. Powiem więcej - w zasadzie nie ma w tej książce nic nużącego. Przynajmniej w mojej skromnej opinii.
  Głównym bohaterem jest Pat, który właśnie opuścił szpital psychiatryczny, zamieszkując ponownie z rodzicami, próbujący doprowadzić ten film, zwany życiem, do szczęśliwego zakończenia, a więc do ponownego zejścia się z jego żoną Nikki. Pat ma w sobie dużo entuzjazmu i pozytywnego myślenia, wierzy, że dzięki temu osiągnie swój upragniony szczęśliwy koniec. Dlatego ostro trenuje, bo Nikki nie była zadowolona z jego nadwagi, nadrabia zaległości w literaturze amerykańskiej, bo Nikki jest nauczycielką, choć jest mocno zdziwiony, że każe się młodzieży czytać tak przygnębiające lektury. Jednak Pat przeżył prawdziwe załamanie psychiczne, jego problemy są trochę bardziej złożone niż on sam sądzi, a pobyt w szpitalu.. cóż, trwał nieco dłużej niż się Patowi zdaje. Z pomocą rodziny i przyjaciół Pat powoli zaczyna wychodzić na prostą, z jednym małym wyjątkiem. Nie chce przyjąć do wiadomości że nie może wrócić do Nikki. I wtedy pojawia się Tiffany, z nieco podobnymi problemami, z podobną sytuacją życiową, która w trochę przewrotny sposób spróbuje pomóc Patowi zrozumieć co się tak naprawdę wydarzyło w jego małżeństwie.
  Powieść ma wiele atutów, od lekkości pióra, po ciekawe relacje między bohaterami, ale najważniejszym jest przybliżenie w prosty i przystępny dla każdego czytelnika sposób, problemu związanego ze zdrowiem psychicznym, a w zasadzie z okresowym brakiem tego zdrowia. Z całą związaną z tym chwiejnością, ze skrajnymi emocjami, z przeżyciami, jakie kłębią w środku człowieka, gdy właśnie boryka się z tego typu problemami. Szczerze polecam każdemu, dla kogo ta problematyka jest ciągle czymś z czym trudno się zmierzyć. A także każdemu kto ma ochotę na odrobinę pozytywnego myślenia.

Poradnik pozytywnego myślenia, Matthew Quick, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013

Czytaj więcej

środa, 13 lutego 2013

"Szpital przemienienia" Stanisław Lem

Choroba psychiczna była dla nazistów czynnikiem odbierającym prawo do życia. Sprawa pochodzenia etnicznego ofiar była w tym przypadku dla sprawców zbrodni drugorzędna. Nazistowskie ludobójstwo rozpoczęło się od zagłady chorych psychicznie w okupowanej Polsce. Fakt ten pozostaje mało znany, nawet wśród lekarzy (..)

Naukowym uzasadnieniem unicestwiania chorych psychicznie miały być opracowania psychiatry Alfreda Hoche i prawnika Karla Bindinga, którzy twierdzili że śmierć osób upośledzonych psychicznie może być uznana przez te osoby i społeczeństwo za wyzwolenie, a dla państwa oznaczałoby to pozbycie się ciężaru utrzymania ludzi nie przedstawiających najmniejszej nawet użyteczności. Odpowiednie przepisy nałożyły na pielęgniarki i akuszerki asystujące przy porodach obowiązek informowania o narodzinach dziecka z ciężkimi wadami wrodzonymi.

Całkowita liczba zgładzonych przez nazistów chorych psychicznie nie jest znana. Szacuje się, że w Polsce podczas II wojny światowej zamordowano ponad 20 tys. pacjentów szpitali psychiatrycznych.
(źródło)

Niewiele jest tematów, które wywołują we mnie żywe, dobitne emocje. Nie płaczę nad losem zakochanych, nie przejmuję się losem biednych guwernantek, tematem nadużywanym w przez XIX - wieczne pisarki, nie egzaltuję romansami. Nienawidzę jednak krzywdzenia istot słabych i bezbronnych. Dławi mnie w gardle gdy czytam o biciu zwierząt, dzieci czy chorych psychicznie. Dławi w gardle i powoduje wiele, bardzo wiele niedobrych myśli. Gdy zaś krzywda ta jest ostateczna zniżam się do poziomu oprawców w mojej głowie. Żałuję, że nie mam w zwyczaju czytać dokładnie recenzji książek, które chcę przeczytać. Nie robię tego z dwóch ważnych powodów - po pierwsze nie chcę ewentualnego przecieku treści, po drugie, nie chcę żeby czyjś osąd wpłynął, choćby podświadomie na mój. W tym jednak przypadku, żałuję, że nie zrobiłam wyjątku. Może odłożyłabym lekturę na jakiś lepszy dla siebie moment. Przyznaję zupełnie szczerze, że emocjonalnie ta książka była dla mnie swego rodzaju wyzwaniem.

Fabuła powieści Stanisława Lema pozornie jest prosta, mówiąc w podstawowym wątku o praktyce młodego lekarza, Stefana Trzynieckiego w szpitalu psychiatrycznym. Wątkiem drugim jest kontekst historyczny, który umiejscawia tę praktykę zaraz na początku drugiej wojny światowej i w związku z czym już na wstępie sugeruje przyszły los tego szpitala. Trzecim wątkiem, dla mnie najistotniejszym, jest traktowanie pacjentów szpitala, podejście do choroby psychicznej reprezentowane przez lekarzy oraz powielane przez innych ludzi oraz ostateczny los tych nieszczęsnych istot. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku psychiatria ciągle jeszcze kulała. Jakkolwiek ostatecznie pojęto wtedy, że choroba psychiczna jest chorobą, nie opętaniem, ani żadną formą tak zwanego debilizmu, że wymaga cierpliwości, łagodności, szacunku dla chorych, i przede wszystkim leczenia, tak nadal nie traktowano pacjentów z należnym im szacunkiem. Mimo całej tej wiedzy nadal odnoszono się do osób cierpiących na zaburzenia psychiczne jak do odmieńców, idiotów, traktując ich jak bezwolne  marionetki, na których można było eksperymentować. A na pewno kopnąć, albo zwyzywać od debili, jak to robili opisywani sanitariusze w powieści Lema. Nic, tylko pozostaje się cieszyć, że to już odległa, mroczna przeszłość. Choć i tak bledną te wszystkie zachowania wobec grozy jaką zapewnili szpitalom psychiatrycznym naziści.

W Szpitalu przemienienia Lem ukazuje swoją typową filozofię, częściowo reprezentowaną przez poetę Sekułowskiego, przebywającego w szpitalu bardziej na zasadzie nieszkodliwego artysty dziwaka niż pacjenta z realnymi problemami zdrowotnymi, częściowo również przez ateizm i racjonalizujące podejście do życia i świata samego Stefana. W "Szpitalu przemienienia" jest już cały Lem pisze Jerzy Jarzębski-  z jego nieufnością wobec "nauki czystej", "ekspertów", racjonalności absolutnej, a zatem wypranej z etyki. A jednocześnie jest tam Lem, który pewnych zasadniczych, diabolicznie brzmiących pytań o naturę świata i życia nie potrafi zbyć łatwymi formułkami na temat moralności i humanizmu. W tym ateistycznym świecie diabeł naprawdę kłapie zębami i czuć piekielną siarkę.*

Podobnie jak Lem jestem ateistką, która nie ma w zwyczaju szkalować żadnej religii ani nikomu narzucać własnej odrębności, dlatego z przyjemnością, po trudach lektury samej powieści, przeczytałam załączone na końcu książki listy wymieniane między Lemem, a księdzem Stanisławem Obirkiem. Jakaż to intelektualna rozgrywka, jakaż piękna korespondencja. Uważam zarówno Szpital przemienienia jak i owe listy za lekturę obowiązkową. Mimo ciężkich emocji w odbiorze samego Szpitala.. uważam, że to jest jeden z tych tytułów jakie po prostu wypada poznać.


Szpital przemienienia, Stanisław Lem, Agora S.A., Warszawa 2008
*z posłowia Skalpel i mózg, str. 184
Czytaj więcej

poniedziałek, 17 września 2012

"Spektrum" Krystiana Głuszko

Spektrum zarezerwowałam w mojej księgarni zaraz po przeczytaniu jej recenzji napisanej przez Izusr oraz po zajrzeniu na bloga autora. Dziś ok. godziny 12:00 w południe pojechałam odebrać ją z księgarni. W drodze powrotnej do biura zaczęłam czytać. Skończyłam po niespełna godzinie...

Trudno tę książkę traktować jak powieść. Jest to raczej wyznanie. Miejscami nieskładne, ale jak może być składne, skoro jest wspomnieniem chorego człowieka, wspomnieniem dotyczącym okresu najtrudniejszego, bo dla owej choroby zwyżkowym, a więc związanym z leczeniem i pobytem w szpitalu psychiatrycznym? Jak się okazuje terapie jakie są stosowane dziś niewiele się różnią od tych, znanych z Obłędu Krzysztonia, czy ze Szklanego klosza Sylvii Plath. Jak na przykład terapia insulinowa.


„Wstrząsy” insulinowe wprowadzone zostały do lecznictwa psychiatrycznego  przez polskiego neuropsychologa i neuropsychiatrę Manfreda J. Sakela w 1927 r. [39].  Polegały one na wprowadzaniu pacjenta (technika najwcześniej stosowana wobec osób uzależnionych od pochodnych morfiny [40], zasadniczo jednak – w schizofrenii [40, 41]) w stan śpiączki hipoglikemicznej i utrzymywaniu go w tym stanie za pomocą wzrastających dawek insuliny. (..) I w tym  przypadku obserwowane w fazie przedśpiączki/podśpiączki (semicoma) objawy ruchowe w rodzaju: jaktacji, miotania się, drgawek klonicznych czy tonicznego wzmożenia  napięcia mięśniowego [49], były zdecydowanie objawami ubocznymi terapii (skutek: zasadowicy metabolicznej, skurczu naczyń, głębokiego niedocukrzenia i niedotlenienia mózgowia, obrzęku mózgu, itp.) [14], a nie pożądanymi i celowymi elementami  składowymi terapii mającymi działanie terapeutyczne.*

W cytowanym opracowaniu ta metoda jest nazwana dawniejszą metodą i jako taka nie została omówiona szczegółowo. Wydaje mi się, że jednak w cytowanym fragmencie można znaleźć meritum całej terapii. Pacjentowi podaje się wzrastającą dawkę insuliny, której zadaniem jest wywołanie śpiączki insulinowej. Efektami owej śpiączki są okropne cierpienia: Rzucało jego ciałem, łóżko na którym leżał suwało się po całym pokoju, było to słychać wszędzie! Przytrzymujące go pasy, mimo swojej ogromnej wytrzymałości, wyglądały jakby miały zaraz zostać rozerwane na strzępy. Wstrząsy były bardzo silne. Po kilku godzinach koszmaru wstrzykiwali mu dożylnie glukozę, by go wybudzić**. Co nie zawsze udawało się od razu, jak podkreśla autor. O tym jakie to było trudne przeżycie może świadczyć fakt, że Krystian Głuszko opisuje to najpierw jako historię kogoś innego. Dopiero po jakimś czasie przyznaje, że opisywana postać to był on sam. Trzeba było ogromnego zdystansowania do tej sytuacji, żeby ją w ogóle opowiedzieć. Nieszczególny to był prezent na osiemnaste urodziny. Nie wyobrażam sobie nawet takiego przeżycia. A to nie jest jedyna forma terapii jaką jest leczony autor Spektrum. Zastanawiające jest to, że w żadnym momencie, żaden psychiatra nie orzekł konkretnej diagnozy, a jednocześnie stosowano szereg form leczenia, od leków psychotropowych, przez wstrząsy insulinowe, po terapie elektrowstrząsami, w efekcie której Krystian Głuszko cierpi również na epilepsję. 

Bohater Spektrum, a więc sam Krystian Głuszko, nie przeżył okresu dorastania jak większość nastolatków. Problemy ze zdrowiem psychicznym zaczęły się bardzo wcześnie, już w wieku 15 lat zaczął brać leki psychotropowe, niedługo potem był pierwszy raz hospitalizowany. Pobytów w szpitalu psychiatrycznym było w sumie cztery.  Wiązało się z nimi dużo lęku, cierpienia spowodowanego kolejnymi terapiami i ich efektami ubocznymi i po jakimś czasie nawrocie choroby i powrocie do szpitala. W którym opieka lekarska..cóż, wiele można by jej zarzucić. Brak lekarzy na dyżurach, picie alkoholu podczas dyżuru, wsparcie tak naprawdę udzielane przez salową a nie terapeutów. W sumie trzeba się cieszyć, że w szpitalach psychiatrycznych są tak wspaniałe salowe.. Co do lekarzy.. Opisywani w książce są usprawiedliwiani przez autora, że młodzi i mniej w związku z tym doświadczeni, bo ci doświadczeni wyjechali na urlopy i stąd na przykład została podjęta decyzja o leczeniu elektrowstrząsami mimo braku ważnych badań. Co właśnie skutkowało epilepsją - zanikami pamięci, atakami drgawek, siniakami po nich. Mam wrażenie, że opisywane leczenie jest ziszczonym snem jakiegoś sadysty, którego pomysły zalęgły się w głowach tych wszystkich lekarzy. Jak to świadczy o polskiej psychiatrii?

Ta książka to zbiór krótkich notatek z leczenia, z cierpienia, z nadziei najpierw na śmierć, a potem na lepsze jutro, na przyszłość. A w końcu historia o miłości, która pojawia się w odpowiednim momencie. Nie będę dyskutować nad jej walorami literackimi, bo w ogóle nie to tu chodzi. Spektrum to wyraz cierpienia, poczucia braku zrozumienia w społeczeństwie ludzi "zdrowych", samotności wynikającej z izolacji wywołanej czy to lekami, czy halucynacjami związanymi z chorobą. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno jest ciężko żyć z przeświadczeniem, że nikt autora nie zrozumie, bo nie zobaczy świata oczami osoby chorej psychicznie. Dlatego wydaje mi się, dobrze się stało, że książka została wydana, że pojawia się na blogach. Bo jeśli nie potrafimy zrozumieć tego świata, dobrze jest choć trochę go poznać, na przykład czytając Spektrum. Żeby na przykład dać autorowi wsparcie. Że choroba psychiczna wcale nie musi oznaczać wykluczenia ze społeczeństwa, używania zwrotów "wariat" czy stygmatyzacji. 



Spektrum, Krystian Głuszko, Dobra Literatura, Słupsk 2012

*źródło: Psychiatria Polska; 2008, tom XLII, numer 6; strony 797–818
http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_6_2008/Zyss%20s797_Psychiatria%20Polska%206_2008.pdf
** Spektrum, str. 17

Czytaj więcej

niedziela, 9 września 2012

"Szklany klosz" Sylvii Plath


 Wieczność mnie nudzi,
Nigdy nie pożądałam jej *



(..) gdziekolwiek bym się znalazła – na pokładzie statku czy przy stoliku paryskiej kawiarni – to i tak w gruncie rzeczy tkwiłabym tylko pod szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie. **


 Sylvią Plath jestem zainteresowana od dość dawna. Jej Dzienniki stoją u mnie na półce od jakiegoś czasu, podczytywane co jakiś czas. Grube tomiszcze sprawia mi ogromną przyjemność swoim ciężarem w dłoniach, ale też bywa, wywołuje sporo smutku i dziwnych emocji. Jej choroba, która zresztą sprawiła, że w ogóle się nią zainteresowałam odbijała się szerokim echem w pisanym od lat nastoletnich dzienniku. Wnikliwe spojrzenie na rzeczywistość, ale też dogłębna analiza własnych odczuć nie raz i nie dwa sprawiała, że odkładałam lekturę. Stąd Dzienniki można by rzec, są stale przeze mnie czytane, z dłuższymi bądź krótszymi przerwami. Zakładka zawsze zostaje w miejscu, gdzie skończyłam. Pewnego dnia zakończy się ta przygoda i myślę, że będzie mi dziwnie bez tej niezwykłej książki.

Myślę, że Sylvia Plath jest na tyle znaną postacią, że pisanie jej biogramu mija się z celem. Jeśli nie jej proza i poezja, to na pewno film z Gwyneth Paltrow z 2003 roku uczynił z niej znaną postać, choć film położył nacisk głównie na jej nieudane małżeństwo z Tedem Hughesem. Pokrótce zatem powiem tylko, że Sylvia Plath to jedna z tych tragicznych postaci, której zmaganie się z własnymi demonami doprowadziło do decyzji o śmierci samobójczej w wieku zaledwie 31 lat. Po stworzeniu kilku niezwykłych tomików poezji, siedmiu latach małżeństwa, urodzeniu dwójki dzieci Plath ostatecznie przegrała walkę z zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym, którego stany maniakalne na pewno miały ogromny wpływ na jej twórczość, ale stany depresyjne doprowadziły ją do ostatecznej decyzji. Czego w tej całej historii nie mogę przeboleć, to tej dwójki dzieci, śpiącej za ścianą, gdy Plath odkręcała gaz..

Szklany klosz jest pisany w podobnym stylu co Dzienniki, uważany jest zresztą za powieść na poły biograficzną. Trudno zresztą oprzeć się temu wrażeniu, gdy główna bohaterka przeżywa podobne zdarzenia i zmaga się z podobnymi przemyśleniami co autorka. Powieść przenosi nas w lata 60-te ubiegłego wieku. Esther Grenwood jest młodą dziewczyną, której udaje się wygrać staż w modnym miesięczniku, a co za tym idzie, miesięczny pobyt w Nowym Jorku, zwiedzanie jego ważniejszych miejsc, pojawianie się na imprezach kulturalnych, bankietach i poznawaniu coraz to ciekawszych postaci. Wydaje się, że świat stoi przed nią otworem i oferuje jej niezliczone możliwości. Czy aby na pewno? Oto dziewczyna, która dziewiętnaście lat życia spędza na zabitej deskami prowincji, tak biedna, że nie może sobie nawet pozwolić na zaabonowanie magazynu, dostaje stypendium, studiuje w pierwszorzędnym college'u, otrzymuje jedną nagrodę, potem drugą i wreszcie wysyłają ją do Nowego Jorku, gdzie zaczyna sterować tym miastem jak własnym samochodem. Tylko że ja nie sterowałam ani tym miastem, ani w ogóle niczym, nawet własnym losem. Po prostu telepałam się z hotelu do redakcji, z redakcji na przyjęcie, z przyjęcia do hotelu, z hotelu do pracy jak bezwolny trolejbus. Powinnam się była chyba cieszyć tym wszystkim i przejmować jak inne dziewczyny, ale jakoś nie umiałam wykrzesać z siebie żadnej reakcji.*** Potem wcale nie jest lepiej. Esther próbuje chodzić na imprezy, ale nie potrafi się na nich bawić, jak np. jej koleżanka Doreen, próbuje stracić dziewictwo z przypadkowo poznanym tłumaczem pracującym dla ONZ, ale to tylko doprowadza ją do konkluzji, że nic nie potrafi. A potem jakby przeciwstawnie do niej do wizji o drzewie figowym i każdej fidze jako oferowanych przez świat możliwości, których nie jest w stanie zerwać i zjeść wszystkich na raz, stąd wszystkie w pewnym momencie więdną.

Po miesiącu takich dziwnych zmagań, bardziej ze samą sobą, niż aktywnego udziału w stażu, Esther wraca do rodzinnego domu w Bostonie. I tam zaczynają się poważniejsze problemy. Esther od tygodnia nie może jeść, spać, przełykać ani czytać. Co więcej, nawet jej pismo zrobiło się dziwne i kulfoniaste, jak nie jej. Wizyta u psychiatry, który zadał jej zaledwie parę pytań (o zgrozo, w tym jedno o college!) kończy się kolejną równie jałową wizytą, a w końcu decyzją o kuracji wstrząsowej. Doktor Gordon przymocował mi dwie płytki metalowe do skroni. Przytrzymujący je skórzany pasek werżnął mi się w czoło. Między zęby doktor wsunął mi drut i kazał zacisnąć szczęki. Zamknęłam oczy. Zapanowała cisza, krótka jak westchnienie. A potem coś zwaliło się na mnie, trzepnęło mnie i potrząsnęło mną z taką siłą, że byłam pewna, że nadszedł koniec świata. Liii... zapiszczało, powietrze przecięły niebieskie błyskawice, a niewidzialne ręce skręcały mnie jak kleszcze. Byłam pewna, że mi trzasną wszystkie kości, a życie ujdzie ze mnie jak żywica ze zrąbanego drzewa. Musiałam popełnić coś potwornego, żeby zasłużyć na taką karę.**** "Leczenie" jednak nie przynosi żadnych efektów, a raczej pogłębia tylko stan zaburzeń Esther, dlatego matka szuka dla niej rozrywek. A to wyjazd z przyjaciółmi nad morze, a to praca wolontariuszki na oddziale położniczym, ale każdy z tych pomysłów i tak jest chybiony, a Esther próbuje co jakiś czas w jakiś inny sposób popełnić samobójstwo. Gdy pewnego dnia znika bez śladu poszukuje jej nie tylko matka i znajomi, ale zostaje zaangażowana również miejscowa policja. Po tygodniu znaleziona Esther jest bliska swojemu celowi..

Nie da się ukryć, że książka jest przesycona do głębi uczuciem beznadziei i smutku. Esther nie może skupić się nawet na normalnych codziennych czynnościach, bo po co je wykonywać, skoro następnego dnia trzeba będzie je powtarzać i tak w kółko i w kółko. Ale też jest to niezwykła proza, z niesamowitymi opisami, potwierdzającymi bogatą wyobraźnię Sylvii Plath. Jest to też ciekawe studium przypadku, podobnie jak w Obłędzie Krzysztonia, ukazane od środka, od odczuć osoby cierpiącej na zaburzenie psychiczne. Jest też momentami zabawna, jak wtedy gdy Esther rozważa utratę dziewictwa, albo zmianę wyznania na katolickie, chociaż kompletnie nie wierzy ani w życie pozagrobowe, ani w  niepokalane poczęcie, ani w inkwizycję, ani w nieomylność tego ich malutkiego papieża o twarzyczce małpy*****. Uczucie przygnębienia jednak może się udzielać co wrażliwszym czytelnikom. Gdyby nie moja zaciętość psychologa, który był bardziej ciekawy od literaturoznawcy, podejrzewam, że przełożyłabym dokończenie lektury na jakiś inny moment :)



Szklany klosz, Sylvia Plath, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010

* fragment wiersza Lata, źródło: http://plath.prv.pl/poezja.htm
** Szklany klosz, str. 252
*** tamże, str. 7
**** tamże, str. 198
*****tamże, str. 225
Czytaj więcej

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Extrawertycznie inspiruje :)

Biegając z nożyczkami to tytuł jednego z moich ulubionych blogów nieksiążkowych.  Od jego autorki wiem, że inspiracją do nazwy był film, zaś film powstał na podstawie książki Augustena Burroughs. Nie byłabym sobą gdybym książki nie próbowała  zdobyć ;) Pech jest taki, że aktualnie jest ona niedostępna w księgarniach, ale od czego są wymiany na portalach bibliofilskich? ;) Zawalczyłam, zdobyłam, przeczytałam. I bardzo się cieszę, bo dawno nie czytałam tak zwariowanej książki. Zatem jestem bardzo wdzięczna za inspirację i za odkrycie intrygującego pisarza ;)

Niecodzienna lektura

Trzeba to powiedzieć wprost- w tej książce nic i nikt nie jest normalne. W każdym razie nie jest normalnie zgodnie z przyjętymi przez społeczeństwo zasadami. Dom, rodzina, wychowywanie dziecka każdemu kojarzy się z ciepłem rodzinnym, poczuciem bezpieczeństwa, nostalgią i tym podobnie. No dobrze, nie każdemu. Mi nie. Podobnie jak bohaterowi Biegając z nożyczkami, który jest alter ego pisarza, a którego trudno do końca potraktować poważnie. Ale biografia Augustena Burroughs niejako potwierdza ważniejsze wymysły pisarza, więc kto wie? Widziałam w życiu wiele szalonych domów, gdzie jedzenie leżało na podłodze, gdzie dzieciom podawano peta do odpalenia, gdzie rodzice nie mieli nic przeciwko temu, że ich 12-letnia córka sprzedaje swoje młode ciało za pieniądze. Więc czemu nie wierzyć Burroughs?

A powieściowy Augusten nie ma lekkiego życia. Jego matka jest zdecydowanie chora psychicznie, ojciec jest alkoholikiem, dom który wspólnie prowadzą.. No, nie można nazwać raczej bezpieczną przystanią. Prędzej bombą z opóźnionym zapłonem. Nie bez powodu Augusten już w wieku lat kilku przejawia niepokojąco obsesyjno - kompulsywne zachowania. Polerowanie błyszczących rzeczy. Owijanie wszystkiego w folię. Bo lubi jak się błyszczy, Przesadne dbanie o strój i wygląd, obsesyjne dbanie o czystość. Gdy zatem pewnego nieoczekiwanego dnia rodzice się rozwodzą, a matka przyznaje się w nietypowy sposób do swojej pedagogicznej porażki i zostawia chłopca u swojego szalonego psychiatry... Cóż, tego dnia Augusten przeżyje niezwykły szok na widok chlewu w domu doktora.. To co się dzieje w domu doktora Fincha to jedna wielka psychodeliczna zabawa w dom.  Wróżenie z fekaliów, burzenie sufitu, łykanie leków psychotropowych jak dropsów, przyłapywanie matki na seksie z inną kobietą, pobyt w szpitalu psychiatrycznym to zaledwie część tej przebogatej historii pełnej szaleństwa. Naprawdę, rzadko kiedy brakuje mi słów, gdy mówię o książce. A teraz przeżywam ten stan permanentnie, co każde zdanie. To jest po prostu coś niesamowitego, bo czuję podskórnie, że książka jest warta każdego dobrego słowa. Ale wkurzający psycholog we mnie kłóci się że to jest też trudna lektura. O zagubieniu, gdy sypie się jedyny znany dorastającemu dwunastolatkowi świat. O przemocy psychicznej i fizycznej nad nim. O nieodpowiedzialności i lekkiemu traktowaniu obowiązków rodzicielskich. O wszystkim tym, czego wolelibyście nie opowiadać swoim dzieciom. Lektura zdecydowanie dla dorosłych. I odrobinę zdystansowanych do świata i ludzi.


Biegając z nożyczkami, Augusten Burroughs, Sonia Draga, Katowice 2007

Czytaj więcej

czwartek, 2 sierpnia 2012

Nazista u psychoterapeuty - "Problem Spinozy" Irvina Yaloma

Musi coś być w konkretnym czytelniku, co sprawia, że staje się on wyznawcą danej książki. *    


  Jestem trochę dziwnym czytelnikiem książek. Interesuje mnie na ogół zawartość książki najbardziej, spotkania z autorami, śledzenie stron autorów już mniej mnie interesują (blogi to coś innego ;D). W zasadzie nigdy się nie skusiłam na żadne spotkania z autorami, podpisywanie książek. Sama nie wiem czemu. W rzadkich przypadkach, gdy książka sprawia że padam na kolana, prowadzę coś w rodzaju śledztwa na jej temat. Tak jak to było w przypadku Obłędu Krzysztonia. Chciałam poznać autora, jego prywatną historię, jak również chciałam ją przybliżyć w moim wpisie poświęconym książce. Irvin David Yalom jest pod tym względem postacią dla mnie szczególną. To człowiek, którego chciałabym poznać, posłuchać jego wykładów, uczyć się od niego i czerpać pełnymi garściami z jego doświadczenia. Można by rzecz, że to mój swoisty mentor, choć nigdy nie miałam okazji go poznać. To ktoś o kim chciałabym krzyczeć niemalże "Czytajcie Yaloma!", choć mam pełną świadomość, że do żadnej lektury nie da się ot tak zachęcić, tym bardziej, gdy jest to tak specyficzna lektura. Bowiem Yalom pisze nawiązując do swojego doświadczenia zawodowego, jako psychiatra i psychoterapeuta. Nie każdy może mieć ochotę do czytania o procesie zmian zachodzących w psychice na skutek rozmowy. Nie każdy może lubić narrację prowadzoną w stylu rozmowy terapeutycznej. Zrozumiałe. Ale i tak chciałabym przybliżyć co nieco jego sylwetkę i opowiedzieć o jego najnowszej książce

Irvin David Yalom 

Urodził się w Waszyngtonie w 1931 roku (jak widać, dobry rocznik ;D), jego rodzice pochodzili z  rosyjskiej wioski, znajdującej się tuż przy granicy z Polską, skąd wyemigrowali do Stanów zaraz po pierwszej wojnie światowej i osiedlili się w biednej waszyngtońskiej dzielnicy. Nie byli ani wykształceni, ani oczytani, a ponieważ wszystko co robili było walką o przetrwanie, każda ewentualna książka służyła celom ekonomicznym, a nie przyjemności lektury. Yalom korzystał więc z biblioteki miejskiej, ale wycieczki w to miejsce były dość niebezpieczne, dlatego robił to tylko dwa razy w tygodniu. Wybory czytelnicze były kapryśne i przypadkowe. Na swojej stronie nawet przyznaje się, że wybrał przypadkową półkę znajdująca się w centralnym miejscu biblioteki, z której  zaczął czytać książki w kolejności alfabetycznej, od A do Z. W każdym razie czytał bardzo dużo w czym od razu odnalazłam pokrewieństwo dusz. Ukończył medycynę ze specjalizacją psychiatryczną, a swoją zawodową ścieżkę prowadził głównie jako psychoterapeuta, cieszący się zresztą dużym uznaniem w środowisku psychiatrycznym.W swoim dorobku ma kilka podręczników (Psychoterapia grupowa. Teoria i praktyka napisana wspólnie z Molyn Leszcz, Psychoterapia egzystencjalna), kilka zbiorów opowiadań terapeutycznych (jak omawiane w czerwcu Mama i sens życia) i cztery powieści (Kiedy Nietzsche szlochał, Leżąc na kozetce, Kuracja według Schopenhauera i ostatnia Problem Spinozy). Ilość wydanych płyt szkoleniowych dla terapeutów, ilość wystąpień, konferencji w jakich brał udział jest ogromna. Jest uwielbiany albo nielubiany, szczególnie to ostatnie obserwuję u polskich psychoterapeutów. Jednakże jest niewątpliwie postacią obok której trudno przejść obojętnie, gdy choć trochę się ją pozna.

Problem Spinozy


Chyba tylko Yalom mógł połączyć w jednej powieści tak skrajnie nie pasujące do siebie postaci. Baruch Spinoza, żydowski filozof, w którego dziełach był zakochany Goethe, oraz przyszły antagonista wszystkich Żydów, Alfred Rosenberg to bohaterowie Problemu Spinozy. Ta dwójka nie miała możliwości nigdy się spotkać, ale Rosenberg miał wszelką możliwość skorzystać ze spuścizny Spinozy. To czego przypadkiem dowiedział się Yalom podczas wizyty w muzeum poświęconym Spinozie dowodzi, że jak najbardziej próbował - podczas drugiej wojny światowej Rosenberg wywiózł z muzeum Spinozy cały zebrany w nim księgozbiór filozofa. Ale książki te ocalały i wróciły do muzeum. Dlaczego EER ograbiło niewielkie muzeum Spinozy? I co ma oznaczać dziwna uwaga dowódcy EER, Rosenberga, o rozwikłaniu problemu Spinozy?Ten temat tak zaintrygował Yaloma, że swoją kolejną powieść poświęcił próbie rekonstrukcji tamtych wydarzeń.

Powieść jest prowadzona w dwóch nurtach czasowych - pierwszy, poświęcony sylwetce Spinozy, rozgrywa się w drugiej połowie XVII wieku, drugi, poświęcony Rosenbergowi ma miejsce na początku XX wieku, prowadząc czytelnika nieuchronnie do wybuchu drugiej wojny światowej. W pierwszym odruchu można by rzec, że są to dwie opowieści, nie powiązane ze sobą w żaden sposób, oprócz tego, że Rosenberg czyta Spinozę. No właśnie, ileż jest w tym zdaniu ważnego przekazu. Antysemita czyta żydowskiego filozofa. Antysemita, który uważa, że nie chodzi o to czy Żyd jest ortodoksyjny, czy nie, czy wykluczony ze swojego społeczeństwa, jak Spinoza, czy nie, tylko o to, że to jest zła krew i koniec. Powieściowy Rosenberg więc wstydzi się takim zachwytem jakim obdarza dzieła Spinozy, nawet sam przed sobą. Próbuje znaleźć na to jakiekolwiek usprawiedliwienie i szuka wszelkich dowodów na to, że Spinoza jednak Żydem nie był. A to jego imię, zmienione z Barucha na Benedykt, ekskomunika jakiej został poddany już w wieku 24 lat czy brak przynależności do jakiejkolwiek formy życia w społeczeństwie żydowskim. Ale w końcu to jest zła krew, prawda? Dlatego Rosenberg cały czas przeżywa wewnętrzne rozdarcie w tym temacie. Nie jest to jednak jedyny powód jego rozstroju nerwowego. Nadwrażliwy, emocjonalny jak się okazuje nazista, ma ogromny kompleks w postaci samego Hitlera, który nie traktował Rosenberga tak jak ten tego oczekiwał, ani jak uważał, na to zasługiwał. Pojawia się zatem sylwetka psychiatry, który również zajmuje się szeroko pojętą psychoanalizą i tak oto Rosenberg rozpoczyna quasi - terapię. 

Powieściowy Spinoza to młody człowiek, którego jego własna gmina żydowska ekskomunikuje, nakłada klątwę  tzw. cherem i wyklucza ze swojej społeczności. Decyzja ta jest wynikiem głoszonych przez Spinozę poglądów, które jawnie naruszają wszystkie zasady jakich naucza się każdego Żyda. Spinoza podważa świętość Tory, uważając, że napisał ją człowiek, nie Bóg, podważa też wiarę w Boga w takiej formie w jakiej go nauczano - że jest on podobny do człowieka, ponieważ Spinoza rozumiał Boga bardziej jako naturę, niż istotę. Co więcej podważał istnienie życia po śmierci, a to już nie mogło być przemilczane. Po przeprowadzce z rodzinnego miasta Spinoza oddaje się swoim przemyśleniom oraz pisaniu najważniejszych dzieł, z jakich jest znany do dzisiaj.

Co zatem łączy te dwie postaci? Próba zrozumienia siebie. Obaj powieściowi bohaterowie, zarówno Spinoza, jak i Rosenberg przeprowadzają tę ważną próbę rozmawiając z najbardziej zaufanymi sobie osobami. Są to rozmowy szukające podłoża własnych decyzji, namiętności, rozumowego wyjaśnienia podstawowych zagadnień istnienia. I to właśnie te rozmowy stanowią sedno całej powieści, a nie historia życia obydwu postaci. Na przykładzie zaś życia obu tych bohaterów, możemy zauważyć jak trafnie napisał Spinoza, że człowiek (..) poddający się afektom, nie jest panem siebie, lecz włada  nim los** dlatego walczący ze swoim namiętnościami Spinoza przeżył swoje życie zgodnie ze swoją filozofią, a Rosenberg który poddawał się swoim emocjom przerywa psychoanalizę i oddaje się swojej ulubionej namiętności - walce z Żydami, by ostatecznie zostać powieszonym na mocy wyroku sądu w Norymberdze. 

Po lekturze

Mam żal do wydawnictwa. Tłumaczenie momentami mogłoby być lepsze, brakujące przyimki i spójniki może nie są największym problemem, bo człowiek i tak machinalnie w myślach sobie je dodaje, ale wrażenie niechlujności.. było. Lektura książek Yaloma dotąd smakowała mi ze względu na specyfikę jego wypowiedzi i to najważniejsze w tej powieści było, ale pamiętam, że gdy przeczytałam wstęp do książki w oryginale trochę inaczej się to czytało niż ten przekład. Biorąc jednak pod uwagę ogrom ważnych przemyśleń, konkluzji i wniosków książka ma ogromną wartość, niezależnie od jakości wydania. Liczę jednak na późniejsze, poprawione wydania. I ponowną lekturę :)


Problem Spinozy, Irvin D. Yalom, Wydawnictwo Zielone Drzewo, Warszawa 2012
* str. 40
** str. 324
I  

Czytaj więcej

sobota, 28 lipca 2012

Odyseja w głąb umysłu - "Obłęd" Jerzego Krzysztonia

 Imię moje: Krzysztof - zachowałem mimo obłędu, jaki zesłał mi los. Tracąc je, postradałbym siebie samego. Rzecz gorsza niż śmierć. Okazałbym się kimś innym: Cezarem? Szekspirem? Faustem? Mierzę wysoko! Może zwierzęciem, może ptakiem, może rybą, może kamieniem. Otóż w najczerniejszej godzinie nie straciłem swojego imienia, dzięki Bogu. I wszyscy moi bracia obłąkani zwracali się do mnie jak należy: Krzyś.*

Reminiscencje pamięci

   Moje pierwsze seminarium magisterskie. Lat temu bez mała dziesięć. Pierwsze, a więc stresujące bardziej, z jakimś takim poważniejszym podejściem i napięciem mięśni. Godziny w czytelni. Podróże do stolicy, w której każdy krok zdawał się błędem i wszędzie można było się zgubić. Każda z nas, bo jakoś tak się trafiło, że skład był w komplecie żeński, była skupiona na swoich lekturach i swojej pisaninie, więc gdy czas był poświęcany drugiej trudno było o koncentrację. Ale jakoś ją zapamiętałam, nie dlatego, żeby miała jakieś szczególne cechy charakterystyczne, ale przez temat jaki wybrała. Pisała o Obłędzie Krzysztonia. Pamiętam, że udręczonej pamięci wrzuciłam dodatkowy plik tekstowy - tytuł, autora, koniecznie przeczytać. A potem wiadomo, dalej pisanie, dalej udręka pierwszej magisterki, potem obrona, przeprowadzka, do stolicy i stres że nie podołam, pamięć się zbuntowała, pliki pomieszała i zgubiłam ważną wiadomość. Ale moja pamięć działa zgodnie ze swoją logiką i przesyła mi dawne pliki zgodnie ze swoim widzimisiem, kiedy i jak chce. I nagle szarpnęła mnie potężnie starą notatką mnemotechniczną: Obłęd! I jak to zwykle w takich razach bywa, rzuciłam wszystko, bo trzeba było odszukać książkę i szybko się z nią zaznajomić. Tyle, że moja pamięć jakoś mnie ponownie zawiodła i gdy nabyłam naprędce znalezione na Allegro cudo - nowe, jak spod igły, za bezcen, choć wydane w 1980 roku - nie przypomniała mi już, że pierwsze wydania były ocenzurowane.. Nic to jednak, niezrażona, a wygłodniała tej książki jak Odys powrotu do domu rozpoczęłam lekturę.



Wrażliwy człowiek

Jerzy Krzysztoń urodził się 31 marca 1931 roku w Lublinie, zmarł 30 lat temu, 16 maja 1982 roku w Warszawie. Prozaik i dramatopisarz, współpracownik Polskiego Radia, dla którego stworzył wiele słuchowisk radiowych. Powieściopisarz, tłumacz.  Podróżnik. Tyle z notki biograficznej z Encyklopedii Literatury Polskiej XX wieku PWNu.. Co więcej? Więcej możecie posłuchać w Erracie do biografii, odcinkowi poświęconemu Krzysztoniowi. Był to ciepły, wrażliwy człowiek, wspaniały pisarz. "Jerzy Krzysztoń jest postacią wyjątkową, ale między innym dlatego, że to co pisał, jest najlepsze " (Krzysztof Masłoń, krytyk literacki). Każdy kto znał Jerzego Krzysztonia mówił o nim ciepło i z serdecznością. "To był piękny człowiek, piękny, prawy szlachetny człowiek. To z niego promieniowało" (Jerzy Sito, pisarz). Gdy jako dziecko wyemigrował razem z matką i bratem z Polski do Kazachstanu uległ wypadkowi, w którym w wieku zaledwie 11 lat stracił lewą rękę. Amputacja wymagała transfuzji krwi, do której zgłosili się obcy, życzliwi ludzie. "Ja bardzo lubię ludzi, wiele ludziom zawdzięczam" powiedział Krzysztoń w wywiadzie w 1973 roku wspominając tamto wydarzenie. Jednak utrata ręki nie była pierwszą utratą w życiu chłopca. Ojca stracił tuż przed emigracją, zaginął bez wieści, utrata ręki pogłębiła poczucie straty związane ze zniknięciem ojca i przymusową emigracją. Wrażliwa psychika nie radziła sobie z wszystkimi trudnościami..
Debiutował już w wieku 17 lat w Tygodniku Powszechnym, pisał nawiązując do swojej biografii, ale nie pisał książek autobiograficznych, o co mylnie jest posądzany Obłęd. Krzysztof, główny bohater Obłędu jest swoistym alter ego Krzysztonia, ale nie jest jego wiernym odbiciem. A sama książka jest szczerym, bolesnym opisem przeżyć człowieka, który gubi kontakt z rzeczywistością:  Czułem się jak odkrywca archipelagów na ciemnym morzu świadomości - nowych zjawisk, nowych doznań, nowych przeżyć, nowych olśnień, i drżałem z fascynacji, mimo że płaciłem za to sowitą monetą cierpienia i mimo że nad całym tym wielkim olśnieniem wisiały stężone opary koszmaru. ** Erratę do biografii, poświęconą temu niezwykłemu człowiekowi znajdziecie poniżej:








Odyseja niezrównoważonej psychiki

   Historia składa się z trzech tomów: tom 1. Tropiony i osaczony, tom 2. Przywiązany do masztu, tom 3. Księżyc nad Epidaurem. Nasz Odys to Krzysztof, reporter, który pracuje dla Polskiego Radia, żonaty, ojciec 17-letniej Jo. Jego prywatna odyseja zaczyna się gdy wraca ze Szczawnicy, gdzie nagrywał wypowiedzi studentów dla nowego słuchowiska, jakie pragnął po powrocie stworzyć. Przesiadka w Nowym Targu zapowiada już jego osobliwe kłopoty i najbliższą przyszłość, bowiem to tu zaczyna obierać rzeczywistość w trochę odmienny sposób. Najpierw niewinnie, wydaje mu się, że spotkana przypadkowo na dworcu dziewczyna daje mu sygnały, a każde jej słowo rozumie w sposób dwuznaczny. I nagle nie wiadomo kiedy szaleństwo zaczyna nabierać rozpędu. W drodze do Warszawy, w zatłoczonym pociągu, w wagonie, Krzysztof - obserwator, dostrzega rzeczy, które może podsuwać tylko zalękniona wyobraźnia. Najpierw wydaje mu się, że jeden z sąsiadów jest jego ochroniarzem i ze względu na wzrost nadaje mu ksywkę Guliwer. Inny, jest tym, za którym nie wiadomo jakie siły stoją, dziewczyna to agentka, która chce go sprowokować do kompromitacji. Niespodziewanie cały świat jest przeciwko niemu, lub za nim, w zależności od tego jak Krzysztof zinterpretuje kolejne spojrzenia, słowa, bądź drgania światła przepalającej się żarówki. Wszystko, wszystko nabiera nagle znaczenia na wagę państwową, na wagę życia lub śmierci. Dalej choroba już tylko się rozpędza. Wędrówka po mieście, pełna podejrzeń, przewodników w postaci każdego przechodnia, wrogów w postaci innych przechodniów, a wreszcie urojenia na miarę ogromnej wyobraźni - przemarsz zmarłych dawno temu walczących w Powstaniu. Jak można przewidzieć sprawa musi się oprzeć o szpital dla psychicznie chorych. I tak kolejna część podróży to Tworki, szpital, dokąd Krzysztof trafia już w zasadzie odcięty od rzeczywistości, wracając tylko chwilami do siebie, ale nadal do siebie zagrożonego prześladownikami, którego pielęgniarze na pewno chcą otruć, ponieważ został schwytany przez wrogie siły.  Jest przywiązany do łóżka, które w jego wyobraźni jest masztem, a on Odysem, który musi się oprzeć kuszeniu Syren. Po trzech tygodniach na oddziale obserwacji Krzysztof trafia do karmazynowej komnaty, gdzie może już w miarę funkcjonować, przynajmniej fizycznie.

    I tu odyseja ponownie nabiera rozpędu i ukazuje nam świat ówczesnej psychiatrii, która wcale nie jest przecież tak odległa... Dość okrutny to świat. Pacjenta zostawia się w zasadzie samemu sobie, aplikuje odpowiednią dawkę leków i tyle. Nie ma czegoś takiego jak terapia, rozmawianie z pacjentem, ba nie ma nawet możliwości podyskutowania z lekarzem o tym, co pacjent otrzymuje wśród licznych pigułek, bowiem lekarzy jest na oddziale jak na lekarstwo i złapanie którejś z lekarek na dyżurze graniczy z cudem. Pacjenci, otępiali po lekach, ciągle tkwiący w swojej wirtualnej rzeczywistości, prowadzą między sobą rozmowy, które czasami są dla nich pomocne, a chwilami pogłębiające tylko ich zaburzenia, są tak naprawdę sami na tej wielkiej łajbie zwanej szpitalem dla obłąkanych. Jednak jak się okazuje, nawet tak niefrasobliwa forma leczenia jest zniewoleniem dla tych szalonych umysłów..Dawniej tacy jak my biegali wrzeszcząc na pustynię. Krzyczeli sobie do woli piaskom, kamieniom. I było im dobrze. Mieli swoją rozpacz dla siebie i nikt im tego nie chciał odebrać...A teraz pigułka i koniec pieśni. Dlaczego, u diabła, człowiek nie ma prawa być szaleńcem, skoro ma na to ochotę?! Czy oni..czy oni zdają sobie sprawę, jaka to może być rozkosz? Jaka bogom skradziona euforia?***

    Karmazynowa komnata to oczywiście kolejny z wewnętrznych opisów Krzysztofa. Każda napotykana osoba, każda sala dostają jakieś nowe miano, ksywkę, bądź są rozpoznawane jako postacie historyczne. Warto czytać te fragmenty wrażliwie, z wyrozumiałością, ale i poddając się wyobraźni naszego Odysa, wtedy trafimy w niezwykły świat. Dawno zmarli bohaterowie polskiej historii ożywają i stanowią wraz z Krzysztofem ekipę tajnego stowarzyszenia Międzynarodówki Mózgów, której zadanie jest...ha, ale to ściśle tajne! Trafiamy na pokład żaglowca, odbywamy rozmowy z samym księciem Poniatowskim, albo a jakże, Kitchenerem! Przy czym są to rozmowy niejednokrotnie głębokie, inteligentne, wbrew błądzeniu umysłów po dziwnych rubieżach szaleństwa. Zresztą: (..) rozum jest w szaleństwie, poznanie jest w szaleństwie i droga do prawdy wiedzie przez szaleństwo. **** A później.. później będzie jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej..fantastycznie, choć nadal okupione cierpieniem, bólem, jakie tylko może odczuwać ktoś, kto jak mówi Kępiński, czuje bardziej.


Po lekturze

   Czy zdarzyło się Wam mieć tzw. majaki na jawie? Na przykład podczas gorączki? Albo podczas snu tak piekielnego, że mimo obudzenia nadal tkwicie w koszmarze? Ja kiedyś miałam wysoką gorączkę, byłam sama w domu, z wtedy jeszcze nie rozpoznanym zapaleniem płuc. Gorączka szalała i tylko się zwiększała. Pamiętam, że w pewnym momencie zrobiło mi się błogo i wszystko mi było jedno co będzie dalej. I wtedy zobaczyłam psa. I nie wiem czemu ale jestem pewna że to była suczka, rasy Basset Hound. I ten pies, którego nie było, a którego ja wtedy ujrzałam, zmusił mnie do wstania z łóżka, nalania sobie do wanny zimnej wody i zanurzenia się w tej wodzie. Do dziś utrzymuję, że uratował mnie pies ;)  Choć wiem, że to był tylko mój umysł. Ale łatwo czasem dać się ponieść temu, co wymyśla nasza głowa. Więc teraz sobie wyobraźcie, że ta głowa, którą nosicie na swoim karku, wymyśla, że cały świat jest przeciwko Wam, że pracujecie dla tajnej organizacji jako agent i że w każdej chwili ktoś może Was zabić, bodaj spojrzeniem. (..) z urojeń rodzą się tylko nowe urojenia, aż namnoży się ich tyle, że stworzą rzeczywistość równie prawdziwą i jasną jak słońce na niebie.***** Tak właśnie mniej więcej można sobie wyobrazić jak działa tego typu choroba psychiczna zwana zespołem lękowo- urojeniowym.. Obłęd zaś pokazuje to od wewnątrz niejako, dokładnie tak jak postrzega to chory. Bezcenne doświadczenie, bo uczy wrażliwości i wyrozumiałości.
   Czytałam opinie, że trudna to książka, że wymaga niezwykłego samozaparcia, żeby ją przeczytać. Nie powiem, że to lekka lektura, ale u mnie niezwykłego samozaparcia wymagało odkładanie jej na półkę, żeby na chwilę przerwać czytanie, pójść spać, umyć się, czy coś zjeść. Czasami zmuszałam się wręcz do tego nie chcąc przeczytać jej za szybko. W pracy patrzyłam na nią z nabożną czcią, niczym na jakieś utajone bóstwo, które otworzy przede mną wrota niezwykłej mądrości. Powoli, doszczętnie popadałam w obłęd na punkcie Obłędu. Książka wciągająca, napisana mistrzowskim językiem, z każdą stroną zawierającą takie zdania, że gdybym chciała wydobyć z niej ulubione cytaty musiałabym w zasadzie przepisać całą, trzytomową powieść. Karkołomne i bezsensowne zadanie. Ale ten jeden cytat musi być, bo jest dla mnie, bibliofila, chyba najważniejszy : Książki zawsze działały na mnie jak przynęta i gotów byłem wszystko inne dla nich porzucić (..)******
  Zawsze sądziłam, że nic nie zdetronizuje Mistrza i Małgorzaty, nic mnie bardziej nie zaboli pięknem jak Księga Diny, a jednak..:)


Ważne linki:

Errata do biografii:  http://www.tvp.pl/vod/dokumenty/historia/errata-do-biografii/wideo/jerzy-krzyszton/4285429
Słuchowisko radiowe o Krzysztoniu:  http://www.polskieradio.pl/8/529/Artykul/545718,Jerzy-Krzyszton-Obled-i-marzenia



Obłęd tom 1. Tropiony i osaczony, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980
Obłęd tom 2. Przywiązany do masztu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980
Obłęd tom 3. Księżyc nad Epidaurem, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980

Cytaty:
* tom 1 str. 6
** tom 1 str. 232-233
***tom 2 str. 179
**** tom 2 str.192
***** tom 3 str. 120
****** tom 2 str. 355
Czytaj więcej

sobota, 14 lipca 2012

Dziwne przypadki niezwykłego chłopca

O zespole Aspergera pierwszy raz usłyszałam na studiach z Psychologii, gdy musiałam wybrać seminarium magisterskie i trafiłam w oko swoistego cyklonu. Opisy tematów podanych przy prowadzących nie do końca zgadzały się z nazwami, jakie były podane. Zamiast więc jak sądziłam badań osób dorosłych trafiłam do promotora, który upierał się przy badaniu dzieci. A już w ogóle to najchętniej z autyzmem. Wtedy moja reakcja była raczej paniczna i nie było mowy o badaniu jakichkolwiek dzieci, nawet zdrowych. I pierwszy raz w życiu myślałam o zmianie promotora, czego pierwsze dwa razy nie zrobiłam i nawet do głowy mi nie przyszło. A tu zonk, trzecia praca dyplomowa i chyba będzie zamieszanie. Bałam się dzieci, chociaż je lubiłam. Ale raczej pojedynczo. W grupie większej niż troje zaczynałam odczuwać narastającą histerię. Dziś po prostu wiem, że nie znoszę hałasu i że nie chodzi o dzieci jako takie. Ale wtedy postrzegałam problem w dzieciach, a nie w sobie. Bywa. Dziś nawet myślę, że takie badanie dzieci autystycznych mogłoby być najciekawszym doświadczeniem na studiach. Zamiast tego wybrałam sprawę dla mnie o niebo łatwiejszą - więzienie i badanie recydywistów (na co pan promotor wyrozumiale się zgodził). Ja to mam pomysły, co? ;) Na szczęście okazało się, że jest więcej takich szalonych dziewczyn jak ja. Uff :)  W każdym razie wtedy, gdy zajmowaliśmy się tematem od strony teoretycznej, naszpanpromotor puścił nam film o chłopcu z zespołem Aspergera. O tym jak trudno zdiagnozować tę chorobę potwierdza fakt, że parę lat później, dokładnie w zeszłym roku, przeczytałam artykuł w New York Timesie że ów chłopiec, który był już dorosłym mężczyzną, jednak Aspergera nie miał, a diagnoza za bardzo bazowała na jego chęci do izolacji i niechęci do relacji społecznych. Tak, też bywa. Czym jest zatem zespół Aspergera? Jest to zaburzenie rozwojowe, mieszczące się w spektrum autyzmu. Głównym problemem jest całkowity brak rozwoju zdolności społecznych. Chyba najbardziej niszczące upośledzenie dla rodziców takiego dziecka. Takie naturalne odruchy jak chęć przytulenia dziecka, dotykania go, wyrażania miłości werbalnie i niewerbalnie przy takim dziecku mogą spotkać się co najwyżej z reakcją nerwową. Dziecko z zespołem Aspergera rozumie wszystko dokładnie tak jak brzmi, wszelkie metafory spotykają się z niezrozumieniem. Potrzeba planowania dnia, stałego rozkładu, przewidywalności jest wpisana w tę problematykę. Ale takie dzieci to również niesamowici geniusze nauk ścisłych. Logika, matematyka, fizyka, astronomia - czują się w tych dziedzinach jak przysłowiowa ryba w wodzie. I właśnie taki jest Christopher Boone, piętnastoletni bohater książki Dziwny przypadek psa nocną porą.


W czarno- białym świecie Christophera jest miejsce na, nie tyle zrozumienie problemu, co rozumienie, że on występuje, jak w przypadku kłamstwa. To, że ludzie kłamią Christopher wie doskonale i sam, chociaż chce mówić prawdę, czasami nagina rzeczywistość do własnych wymagań. Bo na przykład musi rozwiązać zagadkę. Nie może zapytać o coś wprost, więc pyta klucząc wokół tematu. Bo w końcu dotrzymał słowa i o to o co nie miał zapytać, już nie pytał. Gdy zatem przytrafia mu się niezwykła przygoda, jaką jest znalezienie przebitego widłami (a moje serce zawyło..) psa, Christopher, który psa lubił, postanawia odnaleźć mordercę psa i traktuje tego mordercę na równi z każdym innym mordercą, mimo, że w kodeksie prawa zabicie człowieka nie jest równe zabiciu zwierzęcia. A szkoda. Świat czasami mógłby być taki, jak w oczach Christophera.
Metodyczne podejście do tematu sprawia, że Chris postanawia zachować się jak prawdziwy detektyw, naśladując uwielbianego Sherlocka Holmesa i jego metody dedukcyjne. Przesłuchuje więc sąsiadów, co w jego wypadku jest niewyobrażalnym aktem odwagi, ponieważ rozmowa z każdą obcą osobą ( a obcy jest każdy kogo Christopher nie zeskanował w myślach pod kątem jakichś cech charakterystycznych, żeby zapamiętać na zawsze, że już tę osobę poznał) jest dla niego trudna, wywołuje rozstrój nerwowy i chęć ucieczki. Metoda zagadek matematycznych pozwala chłopcu uspokajać się dzięki czemu śledztwo powoli idzie do przodu.

Ale nie, nie, to nie jest kryminał. To jest książka o tym, jak ciężko jest rodzinie z dzieckiem z zespołem Aspergera. O tym, jak brak cierpliwości do takiego dziecka, które nagle zaczyna wyć w hipermarkecie, leżąc na podłodze i sikając pod siebie, kończy się rozbiciem rodziny. O tym jak ciężko jest kochać takie dziecko. O tym jakie to dziecko jest jednak niezwykłe i piękne. I jak bardzo boli, że nie można lepiej wczuć się w to co się dzieje w jego głowie, żeby móc mu pomóc z jego lękami, fobiami i problemami z adaptacją w świecie takim, jaki on jest. To jest piękna książka, bo pokazuje komuś, kto nic nie wie o tym zaburzeniu, kto widzi tylko nastolatka tłukącego pięściami policjanta, że to dziecko przeżywa właśnie ogromny dramat wewnętrzny, że się boi, że jest tak przerażone, że jego umysł odcina go na chwilę od rzeczywistości. Napisana w formie powieści z nutką kryminalną w moim odczuciu jest czymś w formie uświadomienia, co może się dziać z takim dzieckiem z tylko i wyłącznie jego perspektywy. Jak najbardziej godna polecenia!



Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon, Świat Książki, Warszawa 2010
Czytaj więcej

środa, 6 czerwca 2012

Lot nad kukułczym gniazdem

Historia szaleństwa to przebogaty rozdział w historii rozwoju ludzkości. Zaczyna się od ciemnych piwnic, kajdan, izolowania na wszelki sposób, wyśmiewania, traktowania jak przedludzi. Z kajdan uwolnił ich słynny Pinnel pod koniec XVIII wieku, choć tym samym rozpoczął epokę zakładów dla obłąkanych, w których długo jeszcze się uczono, jak powinno się obchodzić z chorymi, jak rozróżniać choroby i jak prawidłowo powinna przebiegać terapia. Ale nawet w XX wieku zaliczono wiele wpadek, których przykładami było stosowanie elektrowstrząsów czy lobotomii, zabiegu, po którym większość pacjentów zostawała już w stanie bardziej przypominającym roślinę, niż istotę z krwi i kości, z charakterem i osobowością.

Lot nad kukułczym gniazdem książka z 1962, a więc powstała na dekadę przed słynną prowokacją Rosenhana jest fikcyjną historią o całkiem niefikcyjnej sytuacji w pewnym szpitalu psychiatrycznym, dokąd trafia niejaki Randle McMurphy, który woli odsiedzieć resztę swojego wyroku w zakładzie psychiatrycznym. Szuler, zabijaka i dziwkarz to w pełni oddający opis najważniejszych cech McMurphy'ego. A jednak.. nie sposób nie polubić go, kibicować mu, a na koniec czuć tylko bezsilną wściekłość..

Całą historię poznajemy oczami wodza Bromdena - niezwykle wysokiego, silnego z fizycznego punktu widzenia Indiana, którego cały personel szpitala ma za osobę głuchoniemą, w związku z czym nie mają oporów by przy nim prowadzić nawet bardzo ściśle tajne rozmowy o innych pacjentach. Wódz dzieli pacjentów na Okresowych - czyli przebywających w zakładzie na określony czas; Chroników - czyli osoby, które są już "skazane" na szpital na zawsze, oraz Rośliny, czyli te osoby, które po serii elektrowstrząsów bądź lobotomii utraciły to co najważniejsze w życiu - świadomość swojego istnienia.  Całość działań zaś szpitala i ogólnie systemu nazywa Kombinatem. Na skutek podłego traktowania przez sanitariuszy, którzy wykorzystują go do sprzątania szpitala oraz wielu otępiających leków, jakie musi przyjmować i serii elektrowstrząsów Wódz często odczuwa że świat spowija mgła, gęsta, mlecznobiała mgła. Gdy mgła jest silniejsza od jego zdolności percepcyjnych stara się nie poddawać lękowi, że w niej utonie, lub, że zostanie przez nią porwany. Wódz mimo swej postury stale zdaje się być w cieniu, czuje że nie jest zauważany, każdy traktuje go jak powietrze, jakby go nie było.. Jest przekonany że jest o połowę mniejszy niż kiedyś był, a wszystko co robi jest podyktowane ogromnym lękiem i niską samooceną. Wzbudza ogromną litość i poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, choć nie do końca przez niego samego uświadomionej..

Pojawienie się McMurphy'ego burzy ustalony i ściśle przestrzegany przez Wielką Oddziałową, siostrę Ratched, szpitalny porządek. McMurphy jest buńczuczny, nie chce przestrzegać reguł, zadziera z oddziałową i w efekcie toczy z nią najcięższą z batalii - tę, o własne życie.

Z perspektywy czasu i uświadomienia społeczeństwa na temat tego co działo się w szpitalach psychiatrycznych książka nie powinna budzić już takich emocji jak 50 lat temu. A jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że mimo wszystko jej wydźwięk ma uniwersalny wymiar. Bo chociaż dziś pacjenci są traktowani z szacunkiem, leczeni z godnością i nie są w tym celu ubezwłasnowolniani, to jednak walka jaką toczy McMurphy, walka, której tak naprawdę nie do końca można by się po nim spodziewać, jest czymś więcej niż walką pacjenta o swoje prawa. Przypomina raczej nieustanną walkę o wszelkie ograniczenia jakie próbuje się nakładać człowiekowi. I tak całkiem przyziemnie też - próbę uświadomienia komuś, komu za bardzo uderzyła woda sodowa władzy do głowy, że władza nie musi oznaczać bycie silniejszym.

Kolejna fenomenalna książka. Kolejna która aż roi się od wielu ciekawych fragmentów. Do której, o nie wątpię, będę wracać.



Lot nad kukułczym gniazdem, Ken Kesey, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2009
Czytaj więcej

poniedziałek, 7 maja 2012

Zniknięcia Esme Lennox

Książki związane z tematyką chorób psychicznych są niejako moim konikiem, ściśle związanym z planowaną przyszłością zawodową. Każda więc która w swojej treści zawiera specyfikę tego obszaru interesuje mnie od razu, czasami bezrefleksyjnie, bo w końcu nie jest powiedziane, że każda książka opowiadająca o zmaganiach z chorobą psychiczną, lub z osobą zmagającą się tego typu chorobą, będzie ciekawa, lub napisana w interesujący sposób. Na szczęście dotychczas się nie zawiodłam :)

Zniknięcia Esme Lennox to historia tak naprawdę o kobietach, siostrach, oraz "ich" wnuczce, a choroba psychiczna, a w zasadzie podejrzenie o nią, jest tutaj akurat tematem marginalnym, choć niewątpliwe to ona - choroba - jest przyczyną dramatu dla wszystkich tych postaci. Tyle, że przez całą lekturę zadawałam sobie pytanie o dokładną diagnozę..

Esme  Lennox to postać oryginalna, wyróżniająca się na tle swoich koleżanek, siostry, rodziny. Dziewczyna z pasją, bogatą wyobraźnią, szalenie wrażliwa, mądra, z aspiracjami do kontynuowania nauki, zamiast wybrania stałej ścieżki życia dla dziewcząt z jej otoczenia - zamążpójścia i rodzenia dzieci. Nie, Esme chce czegoś innego, nie przystaje ani do swojej epoki - te wszystkie dziwaczne wymagania, żeby pamiętać o założeniu rękawiczek, kapelusza, pamiętaniu o codziennych rytuałach.. nudy, jeszcze raz nudy; ani do pomysłów jakie ma dla niej rodzina - chodzenie na przyjęcia, pokazywanie się w towarzystwie i najlepiej - szybkie zamążpójście. Nie, Esme jest inna. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.. i płakałam nad jej losem..Esme zostaje umieszczona w zakładzie dla obłąkanych w wieku 16 lat. Pozostanie tam przez kolejnych 60..

Kitty Lennox jest ładną, choć przeciętną dziewczyną. Nie pragnie niczego innego jak wyjść za mąż, mieć dzieci. Dokładnie tak jak ją wychowywano, grzeczna, kulturalna. Gdy w jej życiu pojawia się młody James Dalziel wydaje się, że ta bajka może się ziścić..

Gdy James Dalziel poznaje Esme wszystko wywraca się do góry nogami.

Jest w tej książce scena, która rozdarła mi serce. Scena, która chyba żadnej kobiety nie pozostawi obojętną, scena, gdy dziecko zostaje odebrane przemocą matce. Ten moment w powieści spowodował, że na chwilę odłożyłam książkę na bok. Miałam łzy w oczach. Nie mogłam otrząsnąć się z siły tych emocji, jakie mną zawładnęły..Maggie O'Farrel zaskoczyła mnie mocą swojej narracji i już wiem, że będę szukać kolejnych jej książek.

Minusem powieści jest brak rozwinięcia ważnego wątku, który powoduje spory niedosyt czytelniczy. Ale kto by się skupiał na takim drobnym minusie..Gdy przewinęłam ostatnią stronę powieści czułam potworny żal. To książka z rodzaju tych nigdy nie jej nie zapomnę.



Zniknięcia Esme Lennox, Maggie O'Farrel, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.