Perspektywa była absolutnie beznadziejna. Podróż przez ten cholerny busz do tego jakiegoś ryjącego za kością słoniową Kurtza tak się roiła od niebezpieczeństw, jakby był co najmniej zaklętą księżniczką śpiącą w bajkowym zamku. * Tym cytatem można by streścić fabułę Jądra ciemności Josepha Conrada. Oczywiście byłaby to wersja mocno okrojona i pozbawiona wszelkich niuansów. Jednak nie oszukujmy się: cała historia to krótka opowieść Charlesa Marlowa, który wspomina pewną wyprawę w tytułowe jądro ciemności (czyli Kongo), z ramienia Towarzystwa Handlowego, w celu odszukania niejakiego Kurzta, któremu krótko mówiąc samotność i obcowanie z poddańczymi tubylcami w buszu zdecydowanie zaszkodziła w kwestii zdrowia psychicznego (i jak się okaże również fizycznego), a po drodze do celu pokazując cały rasizm i szowinizm epoki.
Można odkrywać wiele poziomów odbioru literatury. Pierwszy, najniższy, dotyczący fabuły rzadko jest powodem do nieporozumień, choć i tu o dziwo można spotkać różnice. Drugi związany niejako z przesłaniem powieści, jej drugim dnem, czy też nurtem literackim jaki reprezentuje, może już sprowadzać na manowce interpretacyjne i wywoływać dyskusje. Trzeci, ten jeszcze głębszy to już związany z różnicami indywidualnymi sposób odbierania pisarza. Styl, opisy, charakterystyczne maniery, czy cechy osobowościowe bohaterów. Odłóżmy na bok kwestie związane z rasizmem, jaki przebija się z Jądra ciemności, czy z kwestią władzy, która może wpłynąć na psychikę i poprowadzić podatny grunt umysłu w niebezpieczne rejony. Zostawmy to wszystko, szkoda czasu, dyskusji. Można o tym znaleźć ślady w bez mała każdej recenzji Jądra ciemności. Mnie, czytelnika z takimi a nie innymi preferencjami narracyjnymi porwał przede wszystkim mrok wyłaniający się z opisów, gęstość zieleni, mgły i obcość eksplorowanego właśnie lądu.
Podróż w górę rzeki była jak wędrówka do najwcześniejszych początków świata, kiedy roślinność kłębiła się na ziemi, a wielkie drzewa były królami. Pusty nurt, wielka cisza i potężna puszcza. Powietrze było ciepłe, gęste, ciężkie, muliste. Nie istniała tu radość słonecznego blasku. Długie odcinki naszego szlaku biegły samotnie, w ponurym cieniu.**
Zmrok wśliznął się tam sporo przed zachodem słońca. Nurt biegł gładko i wartko, ale na brzegach osiadł milczący bezruch. Żywe drzewa, powiązane z sobą pnączami i przeróżnymi krzewami niższych partii lasu, wyglądały jak skamieniałe aż do najcieńszej gałązki, najlżejszego listka. Nie sprawiało to wrażenia snu - to był stan nienaturalny, jak jakiś trans. Znikąd nie dochodził nawet najcichszy dźwięk. Człowiek patrzył zdumiony i zastanawiał się, czy nie ogłuchł, a potem naraz zapadła noc, a wraz z nią przyszła ślepota.***
Gdyby nie takie fragmenty spaliłabym na stosie zarówno książkę, jak i odłożyłabym na bok pozytywne wrażenia o autorze (tylko skąd? Lorda Jima pamiętam, męczyłam w szkole..). Całość bowiem jest tak przesączona wyższością białej rasy nad czarną, że aż człowiekowi słabo się robi. O traktowaniu kobiet, jak istot co najmniej niedorozwiniętych już nie wspomnę. Conrad jednak potrafi wciągnąć swoimi opisami w zmysłowość krajobrazu. Sama nie wiem na ile to bardzo dobra powieść, a na ile to zła książka, tylko dobrze napisana. Ciekawa jestem naprawdę, jak są prowadzone lekcje podczas jej omawiania w szkołach.. [edit: proszę zerknąć do komentarzy]
Oczywiście można jeszcze porozmawiać o tym, czym naprawdę jest tytułowe jądro ciemności. Bo to, że nie chodzi o sam Czarny Ląd, jego ciągłą wówczas nowość i dzikość krajobrazu i mieszkańców wydaje się zrozumiale samo przez się. Tak naprawdę, co pozornie oczywiste, a prowadzi jednak do dalszych dywagacji, mowa o ciemności w człowieku, który czasami daje jej wolną rękę i pozwala rządzić. Kurtz pozornie tą jest istotą, którą opętała ciemna strona jego duszy. Nie dba o ludzkie życie, zabija niemalże z nudów, gardzi tubylcami, choć też w jakiś sposób jest do nich przywiązany. Jest podziwiany i jest szaleńcem. Mieszanka wybuchowa. Pytania i dywagacje w moim odczuciu rodzić może bardziej postać samego Marlowa, który choć świadomy tego, jak Kurtz pobłądził w swoim człowieczeństwie, nie waha się go nazwać geniuszem i podziwiać w nieskrywany sposób. Szacować poziom człowieczeństwa po elementach dzikości i poddawać gradacji istoty ludzkie. A jednocześnie.. Ba jednocześnie Marlow opowiada z czystą wirtuozerią, delikatnością, przenikliwością dotyczącą ludzkiej natury. I zrozumieniem odnośnie zdobywania afrykańskiego kontynentu. Do samego końca ciężko zdecydować, czy sympatyzuje się z Marlowem, czy jednak nie..W każdym razie moc tej powieści polega na tym, że choć od jej powstania minęło ponad sto lat to ciągle jest aktualna. Człowiek zawsze będzie w sobie skrywać pokłady zła, nienawiści, wymyślonych ideałów, które będą pozwalały mu zabijać, grabić, zdobywać..
Zdobywanie ziemi na ogół oznacza odbieranie jej tym, którzy mają inny odcień skóry albo nieco bardziej spłaszczone nosy, a to nie jest zbyt piękne, zwłaszcza kiedy się przyjrzeć z bliska. Odkupieniem może stać się tylko idea. Jakaś idea, która za tym stoi: nie sentymentalne pozory, ale prawdziwa idea oraz bezinteresowna wiara w nią - w coś, co zostaje ustanowione, czemu oddaje się pokłon i składa ofiary...****
Jądro ciemności, Joseph Conrad, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, tłum. Magda Heydel
* str. 57
** str. 46
*** str. 53
**** str. 11
Czytaj więcej
Można odkrywać wiele poziomów odbioru literatury. Pierwszy, najniższy, dotyczący fabuły rzadko jest powodem do nieporozumień, choć i tu o dziwo można spotkać różnice. Drugi związany niejako z przesłaniem powieści, jej drugim dnem, czy też nurtem literackim jaki reprezentuje, może już sprowadzać na manowce interpretacyjne i wywoływać dyskusje. Trzeci, ten jeszcze głębszy to już związany z różnicami indywidualnymi sposób odbierania pisarza. Styl, opisy, charakterystyczne maniery, czy cechy osobowościowe bohaterów. Odłóżmy na bok kwestie związane z rasizmem, jaki przebija się z Jądra ciemności, czy z kwestią władzy, która może wpłynąć na psychikę i poprowadzić podatny grunt umysłu w niebezpieczne rejony. Zostawmy to wszystko, szkoda czasu, dyskusji. Można o tym znaleźć ślady w bez mała każdej recenzji Jądra ciemności. Mnie, czytelnika z takimi a nie innymi preferencjami narracyjnymi porwał przede wszystkim mrok wyłaniający się z opisów, gęstość zieleni, mgły i obcość eksplorowanego właśnie lądu.
Podróż w górę rzeki była jak wędrówka do najwcześniejszych początków świata, kiedy roślinność kłębiła się na ziemi, a wielkie drzewa były królami. Pusty nurt, wielka cisza i potężna puszcza. Powietrze było ciepłe, gęste, ciężkie, muliste. Nie istniała tu radość słonecznego blasku. Długie odcinki naszego szlaku biegły samotnie, w ponurym cieniu.**
Zmrok wśliznął się tam sporo przed zachodem słońca. Nurt biegł gładko i wartko, ale na brzegach osiadł milczący bezruch. Żywe drzewa, powiązane z sobą pnączami i przeróżnymi krzewami niższych partii lasu, wyglądały jak skamieniałe aż do najcieńszej gałązki, najlżejszego listka. Nie sprawiało to wrażenia snu - to był stan nienaturalny, jak jakiś trans. Znikąd nie dochodził nawet najcichszy dźwięk. Człowiek patrzył zdumiony i zastanawiał się, czy nie ogłuchł, a potem naraz zapadła noc, a wraz z nią przyszła ślepota.***
Gdyby nie takie fragmenty spaliłabym na stosie zarówno książkę, jak i odłożyłabym na bok pozytywne wrażenia o autorze (tylko skąd? Lorda Jima pamiętam, męczyłam w szkole..). Całość bowiem jest tak przesączona wyższością białej rasy nad czarną, że aż człowiekowi słabo się robi. O traktowaniu kobiet, jak istot co najmniej niedorozwiniętych już nie wspomnę. Conrad jednak potrafi wciągnąć swoimi opisami w zmysłowość krajobrazu. Sama nie wiem na ile to bardzo dobra powieść, a na ile to zła książka, tylko dobrze napisana. Ciekawa jestem naprawdę, jak są prowadzone lekcje podczas jej omawiania w szkołach.. [edit: proszę zerknąć do komentarzy]
Oczywiście można jeszcze porozmawiać o tym, czym naprawdę jest tytułowe jądro ciemności. Bo to, że nie chodzi o sam Czarny Ląd, jego ciągłą wówczas nowość i dzikość krajobrazu i mieszkańców wydaje się zrozumiale samo przez się. Tak naprawdę, co pozornie oczywiste, a prowadzi jednak do dalszych dywagacji, mowa o ciemności w człowieku, który czasami daje jej wolną rękę i pozwala rządzić. Kurtz pozornie tą jest istotą, którą opętała ciemna strona jego duszy. Nie dba o ludzkie życie, zabija niemalże z nudów, gardzi tubylcami, choć też w jakiś sposób jest do nich przywiązany. Jest podziwiany i jest szaleńcem. Mieszanka wybuchowa. Pytania i dywagacje w moim odczuciu rodzić może bardziej postać samego Marlowa, który choć świadomy tego, jak Kurtz pobłądził w swoim człowieczeństwie, nie waha się go nazwać geniuszem i podziwiać w nieskrywany sposób. Szacować poziom człowieczeństwa po elementach dzikości i poddawać gradacji istoty ludzkie. A jednocześnie.. Ba jednocześnie Marlow opowiada z czystą wirtuozerią, delikatnością, przenikliwością dotyczącą ludzkiej natury. I zrozumieniem odnośnie zdobywania afrykańskiego kontynentu. Do samego końca ciężko zdecydować, czy sympatyzuje się z Marlowem, czy jednak nie..W każdym razie moc tej powieści polega na tym, że choć od jej powstania minęło ponad sto lat to ciągle jest aktualna. Człowiek zawsze będzie w sobie skrywać pokłady zła, nienawiści, wymyślonych ideałów, które będą pozwalały mu zabijać, grabić, zdobywać..
Zdobywanie ziemi na ogół oznacza odbieranie jej tym, którzy mają inny odcień skóry albo nieco bardziej spłaszczone nosy, a to nie jest zbyt piękne, zwłaszcza kiedy się przyjrzeć z bliska. Odkupieniem może stać się tylko idea. Jakaś idea, która za tym stoi: nie sentymentalne pozory, ale prawdziwa idea oraz bezinteresowna wiara w nią - w coś, co zostaje ustanowione, czemu oddaje się pokłon i składa ofiary...****
Jądro ciemności, Joseph Conrad, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, tłum. Magda Heydel
* str. 57
** str. 46
*** str. 53
**** str. 11

