Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2015

Na pomoc czworonożnym. "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" Jamesa Herriota

  Weterynarz to lekarz, którego odwiedzamy najczęściej. Przy piątce Potworów to nieuniknione. Nieuniknione stało się również to, że nasze relacje z czasem zaczęły być coraz bardziej przyjacielskie. Bywa to komiczne, gdy wchodzimy z trójką psów na ten przykład, a pani weterynarz od progu wie, że tylko jedno przyszło z potrzeby, a reszta dla towarzystwa. Ciekawa jestem, czy każdy pies tak ciągnie do miejsca,w którym kłuto go tysiące razy, zmuszano do stania podczas żmudnego strzyżenia i wreszcie, gdzie zaglądano mu w takie miejsca, o których dżentelmen nigdy nie wspomina w towarzystwie. A jednak. Weterynarz to dla nas trochę jak przyjaciel. I druga rodzina.

I już wiadomo, co mnie podkusiło by poznać "Jeśli tylko potrafiłyby mówić"?



Młodym pacholęciem będąc

Wyobrażenie o wykonywanym zawodzie w momencie podejmowania jego praktyki może okazać się bolesnym upadkiem na ziemię. Mniej więcej podobne przeżycie spotyka młodego Jamesa Herriota, gdy podczas studiów, po dniu pełnym wykładów o koniach, napotkanego w drodze powrotnej z zajęć, czekającego spokojnie na ulicy konia (mowa o latach 30-tych ubiegłego wieku, gdy jeszcze można było spotkać na mieście bryczki konne) próbuje..przebadać. Domyślam się, że znalezienie się w centrum uwagi przechodniów, narażenie na krzyki właściciela, a wreszcie, wstydliwe znalezienie się w pozycji co najmniej.. rozbrajającej nie mogło być zabawne dla Herriota. Niewątpliwie, było zabawne dla całej reszty.

Opowieść "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to pod płaszczykiem humoru sytuacyjnego dość prawdziwa w wydźwięku opowieść o zmaganiach młodego weterynarza wiejskiego z realiami jego zawodu. Zawodu nieco trudniejszego od tego uprawianego w mieście, gdzie oprócz walki z chorobami zwierząt i niepewnością odnośnie diagnozy, trzeba również zwalczać uprzedzenia ich właścicieli.


Blaski i cienie

Dodatkową trudnością jest przełamywanie własnych barier i lęków, gdy trzeba interweniować podczas trudnego porodu cennej krowy, gdy trzeba zdecydować o śmierci zwierzęcia, bo ktoś haniebnie zaniedbał opiekę nad nim, gdy spędza się kolejną noc w zimnie, wilgoci i na podłodze, bo cielątko źle się ułożyło i trzeba mu pomóc w wydostaniu się na świat.

Blaski pracy weterynarza objawiają się w najmniej spodziewanym momencie. Radość, gdy kolejne maleństwo przyjdzie cale na świat i dzielnie potruchta do zmęczonej porodem matki. Zachwyt nad pięknem poranka po ciężkiej nocy, ponieważ na wsi nie mają one sobie równych. I wreszcie stwierdzenie, że to jednak była najlepsza decyzja w życiu.


Zabawne życie młodego asystenta

Jednak nie tylko zwierzętami młody weterynarz żyje. Gdy Herriot rozpocznie pracę asystenta u doktora Siegrieda Farnona jego życie zacznie zmieniać się w niekończący się ciąg komicznych sytuacji. A to będzie świadkiem braterskich potyczek, nietypowego prowadzenia księgowości, czy dziwnych relacji międzysąsiedzkich. Wisienką na torcie będzie zażylość z pewną ekscentryczną damą, traktującą swojego pieska niczym małe, rozpieszczane dziecko.

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to lekka w odbiorze, przyjemna w lekturze i momentami całkiem pouczająca lektura. Zapewniam, że nie tylko dla, jak to mawia moja mama, takich "manjaków zwierząt", jak ja.



"Jeśli tylko potrafiłyby mówić", James Herriot, przełożyli Irena Doleżal - Nowicka, Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Czytaj więcej

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Na wiktoriańskim półmisku. "Dom i jego głowa" Ivy Compton - Burnett

  Pewne książki wymagają od czytelnika cierpliwości. Poddania się ich dziwnemu rytmowi i sposobie podania. Są powieści pełne opisów, bywają powieści pełne żywiołowej akcji, Dom i jego głowa to powieść pełna niekończącego się, jak by się zdawało, dialogu. Dialogu na  obfitym, choć nietypowym, (późno) wiktoriańskim półmisku prozy. Trudno mi ocenić, czy bardziej interesującego, ze względu na zawartość, czy na sposób wykonania.

  Ivy Compton - Burnett nie była mi dotąd znaną pisarką, a z informacji, jakie odnalazłam na jej temat, wynika, że w serii Nike wydawanej przez wydawnictwo Czytelnik były już wydane dwie jej powieści (Teraźniejszość i przeszłość oraz Więcej panów niż pań), a w tym roku została wydana przez wydawnictwo W.A.B. trzecia, którą autorka napisała w 1935 roku. Sądząc po jej biogramie miała możliwość obserwowania rodziny wielodzietnej na własnym przykładzie, sama będąc siódmym dzieckiem swoich rodziców (w przypadku ojca, z drugiej małżonki), jednakże gorycz i wszechobecny sarkazm w jej powieści być może są efektem tragicznych przeżyć związanych ze śmiercią jej rodzeństwa.

Ivy Compton - Burnett, źródło zdjęcia

Dom i jego głowa

  Powieść Ivy Compton - Burnett rozpoczyna się bezpardonowym wejściem w życie rodziny Edgeworthów, do którego autorka nie dokonuje wobec czytelnika żadnego przygotowania: wchodzimy w fabułę od dziwnego dialogu dwojga małżonków. Pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to Łysa śpiewaczka Eugène Ionesco: są słowa, ale brakuje komunikacji. Jest oto Boże Narodzenie roku 1885, poranek, rodzina ma się zebrać przy tradycyjnym śniadaniu. Od razu możemy zaobserwować układ sił panujący w tej skromnej zbiorowości. Głową domu jest niewątpliwie pan Edgeworth, Duncan, a jego żona Ellen, dwie dorosłe córki, Nance i Sybil, oraz bratanek Duncana, Grant, są zniewoleni jego stylem bycia oraz kaprysami. Mamy tutaj fenomenalny opis małej domowej tyranii, tyranii na tyle skutecznie odejmującej zdolność decydowania członkom rodziny, że wszelkie domowe czynności wykonują pod dyktando. Jednakże nie w tym rzecz, jak wygląda owa tyrania, choć niewątpliwe to ona była przyczyną wszystkich wydarzeń.

 Rodzinie Edgeworthów czas upływa zgodnie z przyjętymi normami i standardami społecznymi. Posiłki odbywają się w gronie całej rodziny, każdy ma ustalone miejsce przy stole, oraz przydzielone role, w niedziele zaś wspólnie chodzą do kościoła. Tę utartą rutynę przerywa śmierć Ellen oraz, po niedługim czasie od pogrzebu, niespodziewana decyzja Duncana, by do domu wprowadzić nową panią Edgeworth. Taka zmiana w życiu prowadzi rzecz jasna do kłopotliwych sytuacji i utrudnia codzienną monotonię, jednakże los lubi płatać psika nawet osobom nawykłym naginać cały świat do swojej woli.


Tamborek, urocze damy, delikatność..

  Powieściowy wiek XIX u Compton - Burnett jest daleki od powszechnych wyobrażeń. Czytelniczkom, które przyzwyczaiła do pewnej normy Jane Austen, czy siostry Bronte zabraknie tu wszystkiego: nie ma uroczych dam, nie ma romansów salonowych, nie ma czasu na haftowanie na tamborku, nie ma romantycznych wzgórz i uniesień. Rzecz jasna różnice na pewno dyktuje epoka, wszak wymienione autorki pisały dużo wcześniej, choć omawiały również epokę wiktoriańską, tak jednak główna różnica zasadza się na punkcie widzenia.

  Autorka Domu i jego głowy przedstawia świat pełen pragmatyków, ludzi ceniących odgórnie ustalony ład i porządek, których zaś dużo mniej zajmuje sfera uczuć. Te, jeżeli się zdarzają, są raczej formą wybryku, dość nieszkodliwą, o ile nie zaowocuje w sposób wiadomy. Gdy zaś jednak zaowocuje? Oczywiście, niczemu niewinne dziecko otrzyma dom i wychowanie, odpowiednią niańkę i inne ważne do życia "pomoce". O miłości trudno tu cokolwiek mówić.


Przede wszystkim: trzymać fason

  W świecie rodziny Edgeworthów duże znaczenie ma spadek, jakiego oczekuje ojciec rodziny i to temu oczekiwaniu dyktowane są różne reakcje. Właściwie całe wychowanie panien w domu opiera się na tym jednym: na władzy pieniądza. Choć obie zdają się być uosobieniem łagodności, szczególnie najmłodsza, czytelnik przeżyje niezwykły wstrząs odkrywając prawdę. Prawdę, z którą autorka po prostu go zostawi do własnych przemyśleń, bez podawania gotowych ocen, czy wniosków.

  Nieistotne jednak do jak wielu dramatów może dojść. Wszak najważniejsze, to trzymać fason, zachować pozory, ostatecznie, w końcu można zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło. Ważne, żeby spadek trafił we właściwe ręce, cała reszta ulega przedawnieniu. Tak gorzkie podsumowanie ludzkiej moralności to podobno stała cecha prozy Ivy Compton - Burnett.


Powieść z klasą

  Dialogi, od których roi się ta powieść, powodując, że pozostałe tło wydarzeń zależy od wyobraźni czytelnika, są rozegrane po mistrzowsku. Rzekłabym: klasa sama w sobie. Zjadliwa ironia, dosadność pod płaszczykiem uprzejmości i pozorów, inteligentne riposty i intrygujące puenty. Niewątpliwie, trzeba się wczuć w lekturę, żeby poczuć ten wyjątkowy smak, gdy jednak już się wgryźć głębiej, łatwo zauważyć przenikliwość autorki i niezwykły zmysł obserwacji.

 Nie będę udawać, że to przyjemna i łatwa powieść, że historia wciąga, jednakże to jak została rozegrana cała fabuła, to z czym autorka zostawia czytelnika, o doprawdy, jest warte tego, by przeczytać Dom i jego głowę.






Dom i jego głowa, Ivy Compton - Burnett, przełożyła Jolanta Kozak, W.A.B., Warszawa 2014
Czytaj więcej

piątek, 25 lipca 2014

Gotowy scenariusz na odcinek "Archiwum X". "Troje" Sarah Lotz

  Lato uważa się za okres idealny do czytania lżejszych lektur, zwanych potocznie czytadłami. Na ogół królują kobiece powieścidła, w których piękne i powabne bohaterki płci żeńskiej, oraz piękni i powabni bohaterowie płci męskiej przeżywają swoją wielką miłość. Jeśli jednak już przewracasz oczami drogi czytelniku, masz alergię na słodkie, kolorowe okładeczki i w związku z tym sięgasz częściej po stary dobry kryminał, bo przynajmniej nie mdli od uroczych opisów i szczęśliwych ciąż, to książka o której chciałam opowiedzieć, będzie dobrym wyborem. Lekkim w lekturze, a jednocześnie wystarczająco intrygującym w fabule. Czymś na jedno, góra dwa całkiem udane popołudnia.

  Troje Sarah Lotz miało już swoje pięć minut na blogach, a mój egzemplarz przeboje w drodze do mnie, przez co ominęła mnie fala wpisów w tym temacie. Pierwsza przesyłka zaginęła, co zgłosiłam wydawcy. A ten ku mojemu zaskoczeniu przesłał książkę po raz drugi. Na szczęście druga koperta, choć wyraźnie po przejściach, trafiła do mojej skrzynki. Zastanawiam się jednak, dokąd trafiły wszystkie te książki, które do mnie nigdy nie dotarły. Bo to nie był pierwszy raz, a ponieważ przesyłki są nadawane jako listy zwykłe, to nawet nie ma jak zweryfikować ich losów. A szkoda.


  Troje to wielogłosowa powieść, która łączy w sobie klimaty naprawdę różnorodnych gatunków. Jest tu powieść grozy, jest trochę obyczajówki, coś pomiędzy tabloidową aferą, a nagłówkami zwykłych gazet. Ogółem mieszanka, o której po wielu recenzjach nabrałam przekonania, że słaba i mało zajmująca. I może dzięki temu, że nie spodziewałam się arcydzieła właśnie książka zabawiła mnie trochę jak odcinek Archiwum X, albo Millenium. Zawierała w sobie odpowiednią dawkę sensacji, intrygi, zagadki i odrobiny humoru, jaka jest niezbędna na jeden odcinek. A czego chcieć więcej od wakacyjnej lektury?

  Fabuła osnuta jest wokół czterech katastrof lotniczych, ich nietypowości, ponieważ takie wydarzenie zaburza wszelkie statystyki, ponieważ nie ma szans, by jednego dnia spadły aż cztery samoloty, na dodatek, jak się wydaje bez poważnego powodu. Samoloty, żeby było jeszcze bardziej intrygująco, spadają w czterech różnych częściach świata. Jeden trafia do położonego w Japonii lasku samobójców. Inny spada na afrykańską osadę. Następny rozbija się na bagnach na Florydzie, a ostatni w Wielkiej Brytanii. Według statystyk katastrofa lotnicza to nieuchronna śmierć wszystkich pasażerów. Szczególnie samolotów pasażerskich, które latają na dużych wysokościach. A jednak z tych czterech katastrof uchodzi z życiem troje dzieci. Jest to dziwne, nietypowe, ale stanowi jednocześnie swego rodzaju odrobinę ulgi. Że jednak ktoś przeżył. Że ów Czarny Czwartek przyniósł choć trochę nadziei. A potem nastąpiły spekulacje odnośnie czwartego dziecka. Ktoś zaczął widzieć w tym pewien schemat, jakąś niepisaną regułę, że z każdej katastrofy powinno było ocaleć jedno dziecko. I rozpoczęła się wielka akcja poszukiwawcza tajemniczego czwartego dziecka.

  Jak zwykle przy takich sytuacjach powstają różnorodne teorie spiskowe, fanatycy religijni mają używanie, a gazety na długo gorący temat na pierwsze strony. Cztery katastrofy stają się przyczyną do intratnych interesów, czwarte dziecko okazuje się nabierać coraz większego znaczenia w umysłach niektórych ludzi, a jego poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi i pociągają za sobą kolejne ofiary i kwitnący handel dziećmi. Jednakże najdziwniejsze rzeczy dzieją się w rodzinach ocalałych dzieci. Każdy z opiekunów zaznaje wstrząsających zmian w swoim życiu, w życiu ich bliskich, albo we własnym zdrowiu. Nie wszystko da się wytłumaczyć rozumem, nie wszystko ma naturalne przyczyny. Dzieci zaczynają przerażać swoich opiekunów...

  Wątek katastrof i ich skutków to główny motyw powieści, jednakże ma on wiele odnóg. Są tu relacje niektórych rodzin i bliskich osób zmarłych pasażerów czterech lotów, którzy zostali ze swoją tragedią i z ocalałym dzieckiem. Są fragmenty wywiadów, książek, czatów, historii niejako pobocznych, ale nigdy nie odbiegających zbyt daleko od wątku głównego. Jest zabawa stylem wypowiedzi, formą, jest całkiem udana wielogłosowość, gdyż każda z postaci jest wiarygodnie wykreowana. Wszystko to tworzy quasi reporterską, dobrze skomponowaną, naprawdę ciekawą powieść. Taką do przeczytania w wakacyjne popołudnie, gdy ma się potrzebę na lekkie, ale nie zepsute czytadło. Szczerze mówiąc, gdyby Chris Carter chciał nakręcić kolejną pełnometrażową część Archiwum X to myślę, że mógłby czerpać z tej książki pełnymi garściami.



Troje, Sarah Lotz, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014

Czytaj więcej

piątek, 4 października 2013

"Jądro ciemności".. słowami obraz gęsty od mroku

 Perspektywa była absolutnie beznadziejna. Podróż przez ten cholerny busz do tego jakiegoś ryjącego za kością słoniową Kurtza tak się roiła od niebezpieczeństw, jakby był co najmniej zaklętą księżniczką śpiącą w bajkowym zamku. * Tym cytatem można by streścić fabułę Jądra ciemności Josepha Conrada. Oczywiście byłaby to wersja mocno okrojona i pozbawiona wszelkich niuansów. Jednak nie oszukujmy się: cała historia to krótka opowieść Charlesa Marlowa, który wspomina pewną wyprawę w tytułowe jądro ciemności (czyli Kongo), z ramienia Towarzystwa Handlowego, w celu odszukania niejakiego Kurzta, któremu krótko mówiąc samotność i obcowanie z poddańczymi tubylcami w buszu zdecydowanie zaszkodziła w kwestii zdrowia psychicznego (i jak się okaże również fizycznego), a po drodze do celu pokazując cały rasizm i szowinizm epoki.


 Można odkrywać wiele poziomów odbioru literatury. Pierwszy, najniższy, dotyczący fabuły rzadko jest powodem do nieporozumień, choć i tu o dziwo można spotkać różnice. Drugi związany niejako z przesłaniem powieści, jej drugim dnem, czy też nurtem literackim jaki reprezentuje, może już sprowadzać na manowce interpretacyjne i wywoływać dyskusje. Trzeci, ten jeszcze głębszy to już związany z różnicami indywidualnymi sposób odbierania pisarza. Styl, opisy, charakterystyczne maniery, czy cechy osobowościowe bohaterów. Odłóżmy na bok kwestie związane z rasizmem, jaki przebija się z Jądra ciemności, czy z kwestią władzy, która może wpłynąć na psychikę i poprowadzić podatny grunt umysłu w niebezpieczne rejony. Zostawmy to wszystko, szkoda czasu, dyskusji. Można o tym znaleźć ślady w bez mała każdej recenzji Jądra ciemności. Mnie, czytelnika z takimi a nie innymi preferencjami narracyjnymi porwał przede wszystkim mrok wyłaniający się z opisów, gęstość zieleni, mgły i obcość eksplorowanego właśnie lądu.

Podróż w górę rzeki była jak wędrówka do najwcześniejszych początków świata, kiedy roślinność kłębiła się na ziemi, a wielkie drzewa były królami. Pusty nurt, wielka cisza i potężna puszcza. Powietrze było ciepłe, gęste, ciężkie, muliste. Nie istniała tu radość słonecznego blasku. Długie odcinki naszego szlaku biegły samotnie, w ponurym cieniu.**

Zmrok wśliznął się tam sporo przed zachodem słońca. Nurt biegł gładko i wartko, ale na brzegach osiadł milczący bezruch. Żywe drzewa, powiązane z sobą pnączami i przeróżnymi krzewami niższych partii lasu, wyglądały jak skamieniałe aż do najcieńszej gałązki, najlżejszego listka. Nie sprawiało to wrażenia snu - to był stan nienaturalny, jak jakiś trans. Znikąd nie dochodził nawet najcichszy dźwięk. Człowiek patrzył zdumiony i zastanawiał się, czy nie ogłuchł, a potem naraz zapadła noc, a wraz z nią przyszła ślepota.***

Gdyby nie takie fragmenty spaliłabym na stosie zarówno książkę, jak i odłożyłabym na bok pozytywne wrażenia o autorze (tylko skąd? Lorda Jima pamiętam, męczyłam w szkole..). Całość bowiem jest tak przesączona wyższością białej rasy nad czarną, że aż człowiekowi słabo się robi. O traktowaniu kobiet, jak istot co najmniej niedorozwiniętych już nie wspomnę. Conrad jednak potrafi wciągnąć swoimi opisami w zmysłowość krajobrazu. Sama nie wiem na ile to bardzo dobra powieść, a na ile to zła książka, tylko dobrze napisana. Ciekawa jestem naprawdę, jak są prowadzone lekcje podczas jej omawiania w szkołach.. [edit: proszę zerknąć do komentarzy]

Oczywiście można jeszcze porozmawiać o tym, czym naprawdę jest tytułowe jądro ciemności. Bo to, że nie chodzi o sam Czarny Ląd, jego ciągłą wówczas nowość i dzikość krajobrazu i mieszkańców wydaje się zrozumiale samo przez się. Tak naprawdę, co pozornie oczywiste, a prowadzi jednak do dalszych dywagacji, mowa o ciemności w człowieku, który czasami daje jej wolną rękę i pozwala rządzić. Kurtz pozornie tą jest istotą, którą opętała ciemna strona jego duszy. Nie dba o ludzkie życie, zabija niemalże z nudów, gardzi tubylcami, choć też w jakiś sposób jest do nich przywiązany. Jest podziwiany i jest szaleńcem. Mieszanka wybuchowa. Pytania i dywagacje w moim odczuciu rodzić może bardziej postać samego Marlowa, który choć świadomy tego, jak Kurtz pobłądził w swoim człowieczeństwie, nie waha się go nazwać geniuszem i podziwiać w nieskrywany sposób. Szacować poziom człowieczeństwa po elementach dzikości i poddawać gradacji istoty ludzkie. A jednocześnie.. Ba jednocześnie Marlow opowiada z czystą wirtuozerią, delikatnością, przenikliwością dotyczącą ludzkiej natury. I zrozumieniem odnośnie zdobywania afrykańskiego kontynentu. Do samego końca ciężko zdecydować, czy sympatyzuje się z Marlowem, czy jednak nie..W każdym razie moc tej powieści polega na tym, że choć od jej powstania minęło ponad sto lat to ciągle jest aktualna. Człowiek zawsze będzie w sobie skrywać pokłady zła, nienawiści, wymyślonych ideałów, które będą pozwalały mu zabijać, grabić, zdobywać..

Zdobywanie ziemi na ogół oznacza odbieranie jej tym, którzy mają inny odcień skóry albo nieco bardziej spłaszczone nosy, a to nie jest zbyt piękne, zwłaszcza kiedy się przyjrzeć z bliska. Odkupieniem może stać się tylko idea. Jakaś idea, która za tym stoi: nie sentymentalne pozory, ale prawdziwa idea oraz bezinteresowna wiara w nią - w coś, co zostaje ustanowione, czemu oddaje się pokłon i składa ofiary...****

Jądro ciemności, Joseph Conrad, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, tłum. Magda Heydel
* str. 57
** str. 46
*** str. 53
**** str. 11


Czytaj więcej

wtorek, 6 sierpnia 2013

"Dzwon" Iris Murdoch

Wygląda na to, że czytam Iris Murdoch z niedbałością o chronologię, rzucając się na kolejno dostępne tytuły w antykwariatach. Najpierw poznałam Morze, morze, a więc powieść doświadczonej pisarki, bo z roku 1978, gdy Iris nie tylko była już dojrzałą kobietą, ale i pisarką z niezwykłym dorobkiem. Drugą powieścią jaką poznałam był Czas aniołów. Ona z kolei jest z roku 1966, co biorąc pod uwagę odległość między powieściami powinno było już dawać odczucie znaczącej różnicy w jej odbiorze. I faktycznie, pamiętam, że ta powieść zdecydowanie bardziej do mnie przemówiła. Oczywiście po przeczytaniu Czarnego Księcia zupełnie straciłam głowę dla tej ostatniej, a moment jej wydania, datujący się na rok 1973 potwierdza tylko, jakimi przypadkowymi przeskokami w chronologii powstawania utworów poznawałam powieści Iris Murdoch. Teraz cofnęłam się zupełnie w czasie, docierając do początków pisarstwa autorki, a dokładnie roku 1958. I właśnie zaczynam dostrzegać niezwykłą różnicę pomiędzy dojrzałą Iris z okresu Morza, morza, a Iris z okresu, gdy powstawał Dzwon. I choć nie chodzi tu o jakość, bo ta w każdym przypadku była wysoka, to jednak podejście do wielu tematów, jak chociażby homoseksualizm, czy lekkie traktowanie obowiązków małżeńskich (przypominam: rok 1958) przez kobietę mówi czytelnikowi jedną, niewątpliwą rzecz o autorce - że była młoda i bardzo otwarta na świat i ludzi. Dużo bardziej podejrzewam, niż jej ówczesny czytelnik, który w dzisiejszych czasach pewnie pozwałby ją do sądu za obrazę uczuć religijnych. Podoba mi się Iris w każdym ze swoich okresów w twórczości.

Mój egzemplarz jest skromny stąd pożyczam zdjęcie z sieci. Pochodzi z zarchiwizowanej aukcji Allegro - brak linku bezpośredniego..
Dzwon w Dzwonie pełni szczególną rolę. Pierwotnie jest krążącą w okolicy Gloucestershire legendą o zatonięciu wiekowego dzwonu, na którego bokach były wyrzeźbione sceny z Ewangelii, a któremu nadano imię Gabriel. Po jego zatonięciu, żeński klasztor w Gloucestershire, Imber Abbey, sąsiadujący z upadającą posiadłością Imber Court, nie posiadał dzwonu od dawna. Powstałe na terenie posiadłości świeckie bractwo pragnęło ofiarować klasztorowi nowy dzwon. Ten nowy dzwon jest zatem ważnym tematem rozmów w bractwie i bardzo oczekiwanym przedmiotem. Wraz z dzwonem, który będzie przywoływać wiernych na msze, oczekuje się nie tylko zmiany w otoczeniu, ale też swego rodzaju przypieczętowania istnienia bractwa. Jednak stary dzwon nie da o sobie zapomnieć, choć to nowy stanie się katalizatorem do eskalacji wielu dotąd tłamszonych emocji.

Można by zatem rzec, że powieść Iris Murdoch, oprócz kilku ważnych głównych postaci ma również bohatera milczącego, nieco posępnego, pokrytego szlamem i patyną czasu, ale bardzo ważnego w toku fabuły.
A kim są owe istotne z punktu widzenia fabuły postacie? To na pewno Dora, pojawiająca się już na pierwszym planie, pierwszym już zdaniem z powieści rozbrajająca czytelnika:

Dora Greenfield rzuciła męża, ponieważ się go bała. W sześć miesięcy później postanowiła wrócić do niego z tego samego powodu.*

Murdoch, wszechstronnie utalentowana w kreowaniu złożonych ludzkich charakterów, powiedziała o swojej bohaterce w zasadzie wszystko tym jednym zdaniem. Co absolutnie nie umniejsza przyjemności z obierana tej cebuli warstw w jakie ubrała swoją bohaterkę autorka. Dora jest sumą własnych przeciwieństw, które nieodmiennie powodują oscylowanie uczuć ze skrajności w skrajność. Na zmianę czytelnik ma ochotę dosadnie przemówić jej do rozsądku, by po chwili chcieć wysłuchać jej wersji wydarzeń. Jest odbierana dokładnie tak, jak miotające nią uczucia. Gwałtowne, irytująco, a czasami ze wzruszeniem. Taka Dora, kobieta pełna emocji i prostego podejścia do życia, w którym ważne jest, żeby po prostu było jej dobrze, trafiająca do bractwa, gdzie szanuje się pracę, ciszę i drugiego bliźniego, bardzo szybko może wpaść na jakiś genialny pomysł, którego efekt może zaskoczyć nawet jej najśmielsze wyobrażenia. Jednak trafia tam, bo tam właśnie przebywa jej mąż, od którego odeszła, a teraz właśnie zdecydowała się wrócić. Na miejscu w Imber Court, oprócz złego i rozczarowanego żoną Pawła, poznajemy również Michała Meada. Warto wspomnieć o Michale, bowiem to do niego tak naprawdę czytelnik się przywiązuje i jego losy są mu bliskie sercu. Michał, niedoszły kapłan, zmaga się z własną grzeszną, jak uważa, naturą i próbuje ją jeśli nie zwyciężyć, to chociaż pokonać przez zaniedbanie. Nie może mu się to powieść z dwóch powodów...Pierwszy osiadł niedawno w Imber Court powodując poruszenie swoim stylem bycia i brakiem dbałości o relacje społeczne. Drugi wysiadł z pociągu wraz z Dorą.

W tym całym wciągającym zaczytaniu można się zapomnieć. Właśnie bym to zrobiła i popchnęła fabułę za bardzo do przodu, a przecież nie o to chodzi! Chcę tu przestawić kawałek, niczym scenę w księżycową, jasną noc, dwoje ludzi i dzwon.. Resztę, cóż, resztę musicie przeczytać już sami.

Źródło zdjęcia





Dzwon, Iris Murdoch, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972
* str. 5
Czytaj więcej

sobota, 4 maja 2013

Próbując wyrwać się z ram konwencji

Lubię gdy pisarz, choć tu będzie mowa o pisarce, nawet jeśli jego proza nie do końca do mnie przemawia, prowadzi swoją historię taką narracją, że mimo wszystko zainteresuje mnie tym, co ma do opowiedzenia. A Dżinn w oku słowika to trzy historie, które próbują za wszelką cenę wyrwać się z konwencji klasycznej bajki, gdzie najstarsze królewskie dziecko, które ruszy w wędrówkę poszukiwawczą musi ponieść fiasko, a osoba, która uwolni dżina z butelki, zawsze musi zepsuć swoje trzy życzenia.


Dwie pierwsze bajki są krótkie, i jak pierwsza ma swój urok, związany ze świadomym przełamywaniem czaru baśniowego, przez główną bohaterkę, czyli Najstarszą Królewnę, tak druga, Oddech smoka, mówiąca o całkowitym zniszczeniu małej wioski, która jak się okazało, stała na drodze pewnego smoka, przechodzącego po prostu taką trasą i zostawiającego ją w zgliszczach, jest co najmniej dziwna, bowiem trudno wyłuskać z niej puentę, czy jakiś określony sens, oprócz historii wyżej wymienionej. Dopiero jednak tytułowa historia Dżinn w oku słowika jest już bardziej rozbudowana i sięga korzeniami zarówno do Baśni z tysiąca i jednej nocy, jak i do wszelkich mitologii czy motywów baśniowych, ubierając to w na wpół realną historię pewnej kobiety w zasadzie nieważnej i dlatego szczęśliwej.*

Gillian Perholt, panią narratolog w średnim wieku, poznajemy w drodze na konferencję, która ma się odbyć w Ankarze, a jej tematem przewodnim mają być opowieści z życia kobiet. Gillian ma też swoją opowieść, choć bardzo skromną. Jest świeżo porzuconą żoną, choć nie przejęła się tym zbytnio, a właściwie można by rzec, że odetchnęła z ulgą na tę niespodziewanie odzyskaną wolność. Lubi swoją samotność i nie brakuje jej mężczyzny. W Ankarze, po wygłoszeniu referatu, Gillian spędza miło czas najpierw zwiedzając Muzeum Cywilizacji Anatolijskiej, potem dając się porwać miejscowemu przewodnikowi, słucha interesujących historii, ażeby wreszcie na zakupach, znaleźć dziwną butelkę, wykonaną ze szkła zwanego okiem słowika, w której, jak ze zdumieniem odkryje, był uwięziony dżinn. Który wbrew pozorom wcale nie wydaje się dziwnym wtrąceniem w całą opowieść, mieniącą  się od fragmentów baśni i historii rodem z tysiąca nocy, a więc dżinn Gillian właściwie wpasowuje się to całkiem interesująco. Jak później się okaże jego rozmowy z narratolożką również będą miały ciekawe rozwinięcie i niebanalny finał.

Wbrew pozorom nie jest to do końca baśń tylko o tym, jak mądrze wykorzystać swoje trzy życzenia, ponieważ między wierszami można odczytać bardzo ważny komunikat odnośnie roli kobiety zarówno w literaturze, jak i w społeczeństwie, o uwarunkowaniach społecznych tej roli, oraz o konieczności podkreślenia, jak często w wielu kulturach jest ona pomijana, traktowana po macoszemu, wreszcie, zmuszana do śmierci głodowej, bo jako kobieta nie może wyjść z domu, żeby zarobić na chleb. W tak krótkim utworze ma to niezwykłą moc i myślę, że zostawia po sobie ważny ślad. Na pewno odnajdą się w tej opowieści osoby zainteresowane kulturą Bliskiego Wschodu, baśniowością, motywami w baśniach oraz źródłami pewnych motywów. Bardzo podoba mi się styl A. S. Byatt, choć nie wszystko w tych opowieściach było urzekające, to jednak sądzę, że kiedyś chętnie sięgnę ponownie po Dżinna..


Dżinn w oku słowika, A.S. Byatt, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002
* str. 33

Czytaj więcej

piątek, 3 maja 2013

Podróż w krainę absurdu

Gdyby cierpienia świata były - co można sobie wyobrazić - mniej dojmujące, gdyby nuda i zwykłe życiowe rozczarowania były naszym najgorszym doświadczeniem i gdybyśmy - w to trudniej uwierzyć - mało przejmowali się stratą najbliższych i szli na śmierć, jak teraz układamy się do snu, cała nasza moralność byłaby w ogromnym stopniu, a może całkowicie różna. To, że ten świat jest sceną wszelkiej okropności, musi wpływać na każdego poważnego twórcę i myśliciela - mącąc mu myśli, rujnując system nerwowy, czasem doprowadzając go do szaleństwa.*

Opowieść o artyście może przynieść niezmierzone morze odczuć. Odcienie skrajnych emocji i meandry przemyśleń, które przyprawiają rozgorączkowany umysł o refleksje, co w konsekwencji wymusza przerwę w lekturze. Przynosi również zachwyt. Rozpacz. Uśmiech. Żal. I w efekcie powtórną lekturę historii o tej podroży z biletem tylko w jedną stronę. Podróży w krainę absurdu. Czyżby? Powinniśmy nieustannie rozmyślać o absurdalnościach przypadku, bo jest to temat może bardziej pouczający od tematu śmierci** jak pisze Bradley, i jak sądzę, warto poznać historię tego jednego przypadku, gdy Francis Marloe pojawił się w drzwiach mieszkania Bradleya z niekoniecznie interesującą tego drugiego nowiną.


Bradley Pearson, główny bohater i narrator powieści, jest niespełna sześćdziesięcioletnim, niestety niezrealizowanym pisarzem, z dorobkiem zaledwie kilku powieści, nieszczególnie docenianych przez czytelników.  Jako pisarz zatem się nie dorobił, ale przez większość życia pracował w biurze podatkowym, z ciągłym uczuciem, że jego wielka powieść jest jeszcze ciągle przed nim, jeszcze nie powstała, ale na pewno dotrze do tego momentu, by ją stworzyć. Obecnie, po przejściu na emeryturę pragnie jedynie samotności, w której jak wierzy, uda mu się właśnie stworzyć owo dzieło życia. Artysta w stanie łaski twórczej ma pogodny stosunek do czasu. Realizacja jest kwestią czekania. Dzieło zapowiada się samo, wyłania się niemal gotowe - kiedy nadejdzie czas i jeśli okres nauki przebiegał należycie. (..) Czułem, że potrzebna mi jest tylko samotność.*** Plan Bradleya ulegnie pewnym modyfikacjom, gdy Francis Marloe, jego były szwagier, pojawia się pewnego dnia niezapowiedziany, z informacją, że Krystiana, była żona Bradleya, wróciła do Anglii. Ta dziwna, pozornie mało interesująca Bradleya nowina, uruchomi całą lawinę wydarzeń, która zniweczy pierwotny plan samotnego wyjazdu do nadmorskiej miejscowości, aby tam w ciszy i spokoju pisać. Choć Bradley długo będzie się jeszcze trzymać jego oryginalnej wersji i długo wierzyć, że w końcu wyjazd dojdzie do skutku. Jest o tym wciąż przekonany, gdy była żona próbuje nawiązać z nim ponownie zażyłe relacje. I wtedy, gdy jego siostra, Priscilla pojawia się roztrzęsiona i w stanie skrajnego załamania nerwowego bo właśnie odeszła od męża. I nawet gdy żona jego najbliższego przyjaciela zaczyna robić mu awanse. Plan runie w posadach dopiero przez Julianę, córkę owego przyjaciela, która okaże się piękną, młodą i naiwną, a jednak może właśnie przez ową młodość i naiwność, dość okrutną nemezis niedoszłego twórcy wielkiego dzieła.

Ta fabularna część, z irytującymi znajomościami, nachalnymi kobietami, złożonymi relacjami w sieci tych dziwnych powiązań między nimi, jest ważnym  fragmentem tego ogromnego dzieła. Jego znacznie ważniejszą, w moim odczuciu, i bardzo interesującą częścią są przemyślenia Bradleya - te związane z pisaniem, tworzeniem, sztuką a także tematem miłości, która powoli, acz konsekwentnie jest coraz bardziej podobna do obłędu. Przemyślenia te dojrzewają i zmieniają się wraz z Bradleyem, a więc są naturalną konsekwencją wydarzeń, w jakich bierze udział nasz dziwny, oszalały z miłości Czarny Książę, dając jednocześnie czytelnikowi niezwykłą pożywkę intelektualną i emocjonalną.

Powieść Iris Murdoch Czarny Książę jest tak wielowątkowa, że trudno jednoznacznie opowiedzieć wrażenia z jej lektury, z obszernej tematyki i filozoficznych przemyśleń. Przyjmijmy jednak za słuszne stwierdzenie z przedmowy, że jest to historia o miłości. Trudno oprzeć się swego rodzaju egzaltacji w tym temacie - to jest naprawdę dobra historia o miłości, która naprawdę wywołuje prawdziwe emocje, od chęci by mocno potrząsnąć bohaterami żeby obudzili się ze swego rodzaju szaleństwa, w jakie popadli, przez żal nad ich losem, aż do zaskoczenia, że można tak niezwykle rozstrzygnąć tę opowieść fabularnie. Doprawdy, Iris Murdoch stworzyła niezwykłe książki i muszę z uznaniem dołączyć na stałe do grona jej wielbicieli.



Czarny Książę, Iris Murdoch, Czytelnik, Warszawa 1977
* str. 601
** str. 14
*** str. 328

Czytaj więcej

wtorek, 25 grudnia 2012

"Trafny wybór" J. K. Rowling

Widzisz na ulicy/w parku/przy boisku trzyletnie, samotnie idące dziecko. Mijasz je i idziesz dalej?
Czy chociaż rozejrzysz się gdzie mogą być jego opiekunowie?

-------------

O ludzkiej hipokryzji, o zakłamaniu i fałszywej masce zakładanej na co dzień, napisano już chyba tysiące tomów, poświęcono tej tematyce wiele filozoficznych rozpraw. To co zrobiła Joanne Kathleen Rowling swoją powieścią mogę tylko nazwać odważnym, wręcz bezlitosnym obnażeniem tego typu zachowań. W małej, zwykłej, pełnej serdecznych ludzi miejscowości. W takiej spokojnej, cichej osadzie, do której warto pewnie uciec z wielkomiejskiego zgiełku. Pod jakim wielkim jestem wrażeniem może tylko potwierdzić fakt, że książkę pochłonęłam w kilka godzin.

O konflikcie między miasteczkami Pagford i Yarvil wiedziano od kilku pokoleń. Zaczęło się od niefortunnej sprzedaży ziemi Pagford dla Yarvil, które wybudowało na niej osiedle zwane Fields. Na osiedlu zamieszkała biedniejsza część Yarvil, ale to Pagford obciążono różnymi dodatkowymi kosztami i obowiązkami. Gdy zaś w Fields zamieszkali podejrzani mieszkańcy, nadużywający alkoholu, narkotyków i niezobowiązujące seksu, który owocował kolejnymi niekochanymi dziećmi, gdy ogródki przy domkach zaczęły być zaniedbywane, gdy domy zaczęły wyglądać jak slumsy, Fields stało się ością niezgody między radnymi Rady Gminy w Pagford. Część z nich chciała przesunięcia granicy Fields, tak by osiedle przynależało w całości do Yarvil. Część się z tym nie zgadzała, jak Barry Fairbrother, który sam wywodził się z Fields i próbował uratować zarówno osiedle jak i ośrodek odwykowy Bellchapel, którego także próbowano się pozbyć, jako ośrodka pełnego ludzkich pasożytów. Śmierć Barry'ego urywa te działania, a także stwarza wolny wakat na stanowisku radnego w samorządzie.

To właśnie ten wolny wakat wywołuje najwięcej niezdrowego podniecenia w rodzinie Mollisonów. Howard, ojciec Milesa, uważany za pierwszego obywatela Pagford, znajdzie w niej okazję do przeforsowania swoich planów wobec Fields, a także wprowadzenia do Rady syna. Shirley, jego żona, okazję do pokazania kto tu jest najważniejszy. W opozycji do nich Colin Walls, zwany złośliwie Przegródką, najlepszy przyjaciel Barry'ego, będzie chciał kontynuowania jego dzieła, w czym próbuje mu pomóc lekarka, Parminder Jawanda. Simon Price dostrzeże w nowych okolicznościach okazję do łatwej sposobności zdobycia szybkich pieniędzy. I wielu, wielu innych doszuka się w tej sytuacji czegoś dla siebie. Albo będzie się musiało w tej niej odnaleźć w inny sposób. Jednak ci wszyscy ludzie, tak skupieni na wyższym i ważniejszym celu, bo przecież pomaganiu miasteczka, nie zwracają w ogóle uwagi na prawdziwy dramat, jaki dzieje się tuż pod ich oknami. Są tak pochłonięci swoimi konfliktami, swoimi sprawami, swoimi planami, że nie zwracają uwagi na dramat dwójki dzieci. A także na dramaty we własnych domach.

Świetne, prawdziwe portrety psychologiczne różnych osobowości, piękne oddana atmosfera małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego, naturalne dialogi i relacje międzyludzkie sprawiają, że tę powieść czyta się nie jak fikcję literacką, wzorującą się na rzeczywistości, a w zasadzie jak najbardziej realną historię, o realnych sytuacjach, które mogły się zdarzyć wszędzie, nawet w moim małym, swojskim miasteczku...

Przyznaję, że jestem wierną fanką Harry'ego Pottera. Wszystkie siedem tomów czytam przynajmniej raz w roku. Taka moja mała, prywatna mantra, coś jak oglądanie ulubionego serialu. Ciekawość wobec nowej powieści J.K. Rowling więc była ogromna. Myślę, że teraz mogę już spokojnie mówić, że jestem fanką autorki, nie tylko cyklu. Dała w tej powieści dowód, że jest prawdziwą, dobrą i mocną pisarką. I niecierpliwie będę czekać na więcej.

Trafny wybór, J. K. Rowling, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
Czytaj więcej

niedziela, 23 grudnia 2012

"Czas aniołów" Iris Murdoch

 Ten rodzaj atmosfery zmierzchu bogów doprowadzi sporo ludzi do obłędu (..)*

Czas aniołów to nie jest łatwa lektura - nie jest lekka, choć paradoksalnie czyta się ją lekko i szybko, ale zaliczam ją raczej do tych trudniejszych, które wymagają od czytelnika skupienia. Daje też niebywałą satysfakcję z lektury. Jej siłą są dialogi i problematyka - utrata wiary w Boga.

Powieść ta przypomina nieco teatr telewizji. Scenografia zostaje zawężona do plebanii, osnutej mgłą i w związku z tym odciętej w pewien sposób od świata, do krajobrazu rzeki ukrytej w tej mgle oraz fragmentarycznie, do paru londyńskich ulic. Bohaterowie nieliczni, ale wyraziści i każdy z bogatą historią. Spoiwem dla nich wszystkich jest Karel, kapłan, który ma opinię dziwaka, kapłan, który jest bratem, ojcem, wujem, gospodarzem i nareszcie kimś w rodzaju pana i władcy. Jest to też kapłan, który z ambony, podczas prowadzonej przez siebie mszy pyta swoich wiernych: "A co by się stało, gdybym powiedział wam, że Boga nie ma?".

Wszystko zaczyna się od tego, że Karel przenosi się na plebanię do Londynu, choć można też uznać to za etap, że wszystko się zaczęło kończyć właśnie od tego momentu. Wraz z nim w przeprowadzce biorą udział jego córka Muriel, bratanica Elżbieta, oraz osoba nie mniej znacząca, gosposia Pattie. Na plebanii zaś oczekują ich Eugeniusz Pieszkow z synem Leonem. Każdą z bohaterek i bohaterów poznajemy jakby w kolejnych odsłonach aktów, każdy akt też narasta w znaczące szczegóły, powoli historia ta nabrzmiewa od zadawanych ran, trudnego życia z chimerycznym i zdaje się, niekoniecznie zdrowym na umyśle kapłanem. Karel odcina się od świata, podobnie odcina od świata całą plebanię, czyniąc z Pattie swoistego cerbera, który ma za zadanie przeganiać wszelkich interesantów. Również brat Karela, Marek, nie ma dostępu do tego świata. W ciemni tych aktów pojawia się delikatny przebłysk, chwila nadziei na coś wspaniałego miedzy Pattie i Eugeniuszem, ale jak to z przebłyskami bywa, zgasł zbyt szybko. Niezdrowa atmosfera na plebanii narasta ze strony na stronę, by przyjąć niespodziewany obrót i w rezultacie rozproszyć bohaterów tego dramatu w różne strony miasta. Finał, jak na dramat przystało, z ofiarą śmiertelną, zamyka tę sztukę aktem końcowym.

Siłą przekazu jest utrata wiary w Boga. Wiarę tę stracił Karel, który jednocześnie sam siebie zamienia w swoiste bóstwo czyniąc siebie panem i władcą garstki kobiet na plebanii. Dla osób religijnych jego zachowanie będzie po prostu bluźniercze. Niczym obłęd, bo ciężko to wyjaśnić w kategoriach rozumu. Jego brat Marek, od dawna twierdzi że nie ma Boga, ale wiara brata była dla niego ważna, toteż uświadomienie sobie, że on tę wiarę traci zagraża fundamentalnym przekonaniom Marka. Karel syci się wiarą dobrej, niewinnej, naiwnej Pattie. Daje mu ona siłę i opromienia boską chwałą. Pattie jest swoistą Matką Boską w oczach Karela, który ma odwagę, by wymawiać słowa znanej modlitwy do Pattie, nie do Matki Boskiej. I wreszcie utracona wiara Eugeniusza. Ona jest najsilniej sprowokowana przez los, jaki spotkał Eugeniusza. Utrata majątku rodziny na skutek rewolucji, długie, stracone lata w obozach pracy., śmierć żony, samotne wychowywanie syna i emigracja do kraju, w którym nigdy nie pozwolił sobie poczuć się jak w domu. Życie jako takie uznaje jako jeden wielki obóz, jedynie umiejscawiany w różnym środowisku.

Dla kogoś wierzącego niektóre dialogi, czy twierdzenia bohaterów mogą być trudne. Dla mnie ta książka to istne morze tematów do dyskusji. Polecam umysłom otwartym, nie zrażającym się bluźnierczymi teoriami, które wygłaszają bohaterowie. Summa sumarum przekaz książki jest jasny -utrata wiary to utrata czegoś ważnego, czegoś, czego człowiek wierzący mógł się uchwycić w ciężkich chwilach. I nieważne w co wierzy tak naprawdę, ważne, że zostało to utracone.


Czas aniołów, Iris Murdoch,  Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970
*  str. 19

Czytaj więcej

niedziela, 28 października 2012

"Z ubranymi rybami" - "Listy" Johna Lennona

Nie jestem specjalną fanką Johna Lennona, ani zespołu The Beatles. Owszem, nie raz i nie dwa nuciło się pod nosem ich najbardziej znane piosenki, ale na zasadzie chwilowego zauroczenia rytmem czy tekstem. W sumie chyba wobec żadnego artysty nie mogę powiedzieć, żebym była fanką. Przynajmniej nie w tym znaczeniu jakie wyłania się ze zbioru listów, pocztówek i karteluszek jakie wypisywał John Lennon, a które zebrał w całość i fajnie objaśnił Hunter Davies (fan wg tej pozycji to ktoś kto nie żałuje grubych pieniędzy dla skrawka papieru na którym artysta wypisał listę zakupów..). Jednak sama książka wpisuje się w mój dziwny okres zainteresowania biografiami, wspomnieniami, a zatem i listami. Życiowe historie bywają niejednokrotnie znacznie ciekawsze niż te, które powstawały w wyobraźni pisarzy. Ale cóż, nie tym razem, a przynajmniej nie do końca. Zebrane w tej niebagatelnej pozycji (wzbudza podziw już rozmiarem) listy, pocztówki i karteczki są ułożone chronologicznie, począwszy od okresu dzieciństwa, z pierwszymi, niemalże kaligraficznymi wypowiedziami pisemnymi, po ostatni autograf, udzielony tuż przed śmiercią w grudniu 1980 roku, a w związku z tym podzielone zostały na kolejne etapy życia i kariery Jona Lennona. Wszystkie te listy, oraz uzupełniające opisy Daviesa stanowią na pewno ciekawy kawałek historii zarówno powstawania zespołu The Beatles, jego rozłamu, a w końcu twórczości artystycznej wraz z Yoko Ono. Wydaje mi się że dla fana czy to zespołu czy samego Lennona jest to pozycja obowiązkowa.

Same listy (do fanów, rodziny, znajomych, przyjaciół), pocztówki (do wszystkich chyba) oraz karteczki (te już skierowane do osób pracujących dla Lennona, jak np. jego wieloletni szofer) są świadectwem niezwykłego charakteru Lennona. Potrafił bawić się słowem (with dressed fishes zamiast with best wishes), pozorować pismo człowieka ubogiego w słownictwo, żartować z samego siebie, czy z sytuacji w jakich się znajdował, nawet jeśli chwilami były kłopotliwe. Pisał nieco chaotycznie, nieco patetycznie, czasami wplatając w to dziwne porównania, czasami zmieniając temat ze zdania na zdanie. Chimeryczny, chaotyczny, charyzmatyczny. Na pewno. Nie wiem czemu jednak czyta się te listy bez jakichś większych emocji. Niby są interesujące, a jednak brakuje im jakiejś ikry. Niby kawałek historii czyjegoś życia, a jednak niespecjalnie mnie ta historia zainteresowała. Ot otworzyłam, przeczytałam, zamknęłam i..(?)

Plusów sama książka ma bardzo wiele. Jest pięknie wydana. Każdy list został sfotografowany, obok zaś zdjęcia oryginału zostało umieszczone tłumaczenie. Wydanie jest przejrzyste i czytelne. Mimo gabarytów i objętości - całkiem lekkie. Opisy Daviesa wiele wnoszą i wiele wyjaśniają, ponieważ listy jak to z nimi bywa, często są wyrwane z kontekstu. Ale czegoś w nim brakuje. Może na przykład tego, że gdy Davies pisze o jakimś słynnym zdjęciu warto by było je umieścić? Może te wszystkie karteluszki z listami zakupów i rozporządzeniami zajmują zbyt wiele miejsca, a za wiele nie wnoszą do treści? Zbieranie w całość listów i pocztówek to jedno, ale zbieranie list piosenek na koncert, list zakupów, chaotycznych bazgrołów to drugie i już w mojej ocenie zbędne. Charakter pisma Lennona został ukazany w każdej możliwej konfiguracji. Chwilami miałam wrażenie, że część stron została umieszczona w celach estetycznych. Innymi słowy.. Przyjemne czytadło. Miło, między jedną trudną biografią, a drugą, niekoniecznie łatwiejszą, zrobić sobie chwilę oddechu z taką pozycją.


John Lennon. Listy, John Lennon, Hunter Davies, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012


Czytaj więcej

sobota, 29 września 2012

"Morze, morze" Iris Murdoch

Krótko o inspiracjach i morzu ;)

To co podoba mi się w blogach książkowych to nie tylko to, że za ich pomocą można odkryć ciekawe pozycje literackie, ale także to, że za ich pomocą można odkrywać kolejne blogi. Tak właśnie trafiłam na blog Patrycji Barczyńskiej o ślicznej nazwie Bezszmer, który zainspirował mnie do poznania twórczości Iris Murdoch. Zatem gdy zobaczyłam w bibliotece tytuł Morze, morze.. wybór pierwszej książki tej autorki był przesądzony ;)

Mielno, 2007
Uwielbiam patrzeć na morze. Jest coś  niezwykłego w jego spokoju, bo choć nim napawa, również jest on podszyty nutą niepokoju, związanego z jego bezkresem. Kocham szum fal, pianę, gdy zderzają się z brzegiem, spacery wybrzeżem, oglądanie zachodu słońca. Zdarzyło się nam kiedyś spędzać wakacje nad morzem w lipcu. Rzadkość, bo nasza tradycja już wieloletnia każe nam spędzać tam czas we wrześniu. Ale wtedy studiowaliśmy, mieliśmy tylko jednego Potwora, Pestkę i akurat złożyło się, wyjechaliśmy w lipcu. Nad morzem tradycyjny tłum. Nie lubimy spędzać czasu na leżaku, plackiem do słońca, więc często robiliśmy kilometry wzdłuż brzegu. Pewnego dnia, słońce jak zwykle prażyło, pogoda zaczęła gwałtownie się zmieniać. Silny wiatr przyniósł ze sobą ciemne chmury, dosłownie z chwili na chwilę zrobiło się ciemno i zaczęło lać. Deszcz przemoczył nas w kilka sekund do suchej nitki. Ludzie uciekli z plaży w parę minut. Zostaliśmy sami w tej mrocznej ulewie. Patrzyliśmy z zachwytem na tę zmianę, ale wtedy pojawiło się coś co nas przyprawiło o dreszcze - pioruny. Najpierw na linii horyzontu, ale potem coraz bliżej, aż w końcu któryś z przytłumionym hukiem uderzył w piasek. Hipnotyzujące zjawisko. Oczywiście wtedy daliśmy już nogi za pas, ale nadal gdy wspomnę tamten wyjazd przypominam sobie to wydarzenie z taką wyrazistością, jakby miało ono miejsce przed chwilą..

Morze, morze

Dotąd raz mi się zdarzyło spotkać tak antypatycznego bohatera literackiego, że niemalże zacierałam ręce z uciechy, gdy coś mu groziło. Był to Simonini wykreowany przez Umberto Eco w Cmentarzu w Pradze. W książce Iris Murdoch, przyznaję, sytuacja się powtórzyła. Bo choć Chalres Arrowby nie jest wściekle zapalonym antysemitą, to jednak jest potwornym megalomanem, któremu wydaje się, że wszystko się mu należy. Nabzdyczony, pompatyczny i podobnie jak Simonini, nękający mnie częstymi wstawkami z informacją co zjadł i w jakiej ilości. Obaj obrzydliwie się obżerają, co we mnie, ciągle na dietach wszelkiego typu, może wywoływać tylko zawiść ;) Ale z drugiej strony Charles Arrowby skojarzył mi się z tą szaloną zmianą jaka zaszła wtedy nad morzem. Ze spokoju prosto w niepokój związany z  piorunami i hukiem burzy. Tak samo Charles z pozornego spokojnego emeryta zamienia się w człowieka pełnego zaślepienia i obsesji.

Ale po kolei.
Charles Arrowby to emerytowany aktor teatralny, scenarzysta i reżyser. Po latach współpracy z londyńskim teatrem postanawia odejść na emeryturę. Kupuje więc domek w spokojnej nadmorskiej osadzie i tam postanawia mieszkać sam w spokoju i ciszy, przerywanej szumem fal. Początki tej emerytury są niemalże sielankowe. Kąpiele w morzu, obfite posiłki, samotność, spokój i wspomnienia, które Charles spisuje w swoim dzienniku, być może docelowo autobiografii? Wspomina swoje dzieciństwo, kuzyna Jamesa, kobiety, które odegrały ważną rolę w jego życiu, jak Klementyna, wspaniała aktorka, która go niejako odkryła i stworzyła. Ale potem pojawiają się kolejno kobiety, które Charles w jakiś sposób niszczył - rozbijał im małżeństwa, nie odwzajemniał ich uczuć, a przynajmniej tak twierdził, aż w końcu znudzony porzucał na rzecz kolejnej zdobyczy. Nigdy się nie ożenił, ponieważ w ogóle nie rozumiał idei małżeństwa. Zresztą, tak naprawdę na całe jego życie miało wpływ zdarzenie z dzieciństwa, kiedy to pierwsza jego miłość, Hartley, po prostu od niego odeszła. Ta pierwsza miłość we wspomnieniach Charlesa jawi się jako ideał najczystszej, najpiękniejszej miłości. Wspomnienia o niej w tej samotni w jakiej znalazł się na własne życzenie Charles, ożywają i stają się mu jeszcze droższe. Jakie więc jest jego zdumienie, gdy pewnego dnia odkrywa, że Hartley mieszka wraz z mężem w tej samej wsi co on.. I właśnie to odkrycie jest niczym uderzenie pioruna. Nagle Charles jest nie tylko przekonany o tym, że jego miłość do Hartley jest nadal tak mocno jak dawno temu w ich dzieciństwie, ale że ona, Hartley, na pewno czuje to samo. I tak powoli rodzi się obsesja, która prowadzi Charlesa do coraz bardziej dziwnych działań, łącznie z porwaniem samej Hartley i przetrzymywaniem jej przez kilka dni w domu. Jego przekonanie o słuszności swoich działań jest tak ogromne, że ignoruje prośby kobiety o powrót do domu, do męża. Dalsze wydarzenia są równie dziwnie i pewne swoistego obłąkania. Oczekiwanie na jakieś takie przywrócenie rozsądku głównemu bohaterowi trwa w zasadzie do ostatnich stron powieści.

Jest w tej powieści dużo dziwnych rzeczy. Opisy morza barwne i plastyczne. Dialogi chwilami miałam wrażenie, teatralne - pełne ekspresji i mocy. Rozmowy refleksyjne, głębokie. Narracja nieśpieszna. Upodobałam sobie postać Jamesa, kuzyna, którego w powieści nie ma za wiele, ale to jego mogę nazwać głosem rozsądku w całej historii. Całość najlepiej czytać powoli, najlepiej poświęcić tej książce więcej czasu. Bez odrywania się, jak czasami musiałam to uczynić wysiadając z pociągu. Teraz, gdy mogłam na chwilę utonąć w pościelowej szalupie i oddać się jej treści, cieszę się, że mogłam jej poświęcić ten spokojniejszy czas. Polecam bez dwóch zdań.


Morze, morze, Iris Murdoch, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986
Czytaj więcej

piątek, 17 sierpnia 2012

"Zawsze przy mnie stój" Carolyn Jess- Cooke

Przeczytałam tę książkę już dwa dni temu, ale jest mi bardzo ciężko zabierać się do opisania wrażeń. Trochę jakbym przeczytała tę książkę na przekór samej sobie, a teraz dodatkowo na przekór samej sobie biorę się za jej opis.

Gdybym spotkała się z tą powieścią bez tych wszystkich entuzjastycznych recenzji i bez zachęty ze strony kilkorga znajomych, otóż gdybym natknęła się na nią w księgarni, lub w bibliotece nawet bym nie zatrzymała na niej za długo wzroku. Okładka jest dla mnie za słodka, także zetknięcie się z nią  nie zaliczam do najszczęśliwszych..


Ale to tylko okładka i szczęśliwie dla książki, nie ma nic wspólnego z jej treścią. Uff ;)

Jednakże to nie wszystko z wrażeń estetycznie nieentuzjastycznych ;) Książka jest napisana owszem, lekko i przyjemnie, owszem, czyta się ją bardzo szybko, ale wpisuje się w nurt takiej fantastyki, w jakiej ja się nie odnajduję od lat co najmniej dwudziestu, jak nie dłużej.. i chociaż lubię czasem poczytać o różnych światach fantastycznych tak ten nie przemawia do mnie zupełnie.  A dotyczy to opieki anielskiej konkretnie. Jeśli anioły to tylko te u Jakuba Ćwieka, najchętniej z pierwszych dwóch tomów "Kłamcy" ;)

Ad rem jednak! Margot umiera, w nieznanych sobie okolicznościach, jednakże wraca na ziemię jako..swój anioł o imieniu Ruth. Jest świadkiem swoich narodzin, dorastania oraz podejmowanych decyzji. Na początku nie do końca rozumie swoją rolę, chce ingerować w decyzje Margot, zmieniać jej los, na co jednak nie ma wpływu. Jej rolą jest bowiem ogólnie rzecz ujmując być przy swojej podopiecznej i ją kochać. A Margot niestety ma bardzo trudne początki. Jej matka, narkomanka, umiera tuż po porodzie, ojciec nie przyznaje się do ojcostwa, mała więc trafia do rodziny zastępczej. Jednak żeby nie było za wesoło, rodzice zostają zamordowani przez mafię. Kolejna rodzina zastępcza to małżeństwo, które wykorzystuje emigrantów przybywających nielegalnie do kraju. Dziecko jest im potrzebne tylko dlatego, że dostaną dzięki temu zasiłek. A sama Margot w ogóle ich nie interesuje, więc dziecko jest zaniedbane, głodne, bite. Gdy los ponownie się odmienia i dziewczynka trafia do rodziny doktora Edwardsa, ponownie musi się odmienić na gorsze i odesłać ją do sierocińca, gdzie, a jakże, rządzi psychopatka, odbijająca swoje traumy z dzieciństwa na swoich podopiecznych. W sposób godny niejednego seryjnego mordercy. Dalsza lektura przynosi dorosłość Margot i niestety, ukazanie jej mrocznej strony, która wskazuje, że jest taka sama jak jej opiekunowie - nie umiała nauczyć się z własnego doświadczenia i być dobrą matką dla swojego syna. Krótko mówiąc ani treść, ani główna bohaterka nie przemówiły do mnie zupełnie.

Nie przemawia też motyw anioła. Brak jakichkolwiek odczuć jeśli chodzi o samą Margot, że ktoś się nią opiekuje i nad nią czuwa, poczucie osamotnienia i zapadanie się w kolejnych nałogach, sprawiają, że nie do końca rozumiem samego pomysłu. Skoro już obracamy się w takich regionach fantastyki dobrze by było, żeby główna bohaterka choć trochę odczuła tę anielską opiekę. Jednak życie Margot przebiega w zasadzie dokładnie tak samo jak Ruth, łącznie  z tragicznym finałem. Jaki więc ostatecznie przyświecał cel autorce? Niestety, tego się już nie dowiedziałam..

Ale.. No właśnie, jest jednak jakieś ale. Bo to nie jest tak, że książka w ogóle mi się nie podobała i że ją odrzuciłam i od razu wrzuciłam na półkę "do wymiany", co na przykład od razu zrobiłam z książką Michalak, czy Evansa. Jest w niej nienazwane coś, co mnie zauroczyło. Co sprawiło, że przeczytałam ją w parę godzin, że jednak nie oderwałam się od lektury. Tylko problem w tym, że w ogóle nie umiem nazwać tego czegoś :) Ostatecznie najlepiej jest się przekonać na własnej skórze. A że książka jest dostępna w Znaku za całe 10zł to do tego przekonywania się zachęcam ;)

http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,3007,tytul,Zawsze_przy_mnie_stoj


Zawsze przy mnie stój, Carolyn Jess- Cooke,Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2011


Czytaj więcej

sobota, 14 lipca 2012

Dziwne przypadki niezwykłego chłopca

O zespole Aspergera pierwszy raz usłyszałam na studiach z Psychologii, gdy musiałam wybrać seminarium magisterskie i trafiłam w oko swoistego cyklonu. Opisy tematów podanych przy prowadzących nie do końca zgadzały się z nazwami, jakie były podane. Zamiast więc jak sądziłam badań osób dorosłych trafiłam do promotora, który upierał się przy badaniu dzieci. A już w ogóle to najchętniej z autyzmem. Wtedy moja reakcja była raczej paniczna i nie było mowy o badaniu jakichkolwiek dzieci, nawet zdrowych. I pierwszy raz w życiu myślałam o zmianie promotora, czego pierwsze dwa razy nie zrobiłam i nawet do głowy mi nie przyszło. A tu zonk, trzecia praca dyplomowa i chyba będzie zamieszanie. Bałam się dzieci, chociaż je lubiłam. Ale raczej pojedynczo. W grupie większej niż troje zaczynałam odczuwać narastającą histerię. Dziś po prostu wiem, że nie znoszę hałasu i że nie chodzi o dzieci jako takie. Ale wtedy postrzegałam problem w dzieciach, a nie w sobie. Bywa. Dziś nawet myślę, że takie badanie dzieci autystycznych mogłoby być najciekawszym doświadczeniem na studiach. Zamiast tego wybrałam sprawę dla mnie o niebo łatwiejszą - więzienie i badanie recydywistów (na co pan promotor wyrozumiale się zgodził). Ja to mam pomysły, co? ;) Na szczęście okazało się, że jest więcej takich szalonych dziewczyn jak ja. Uff :)  W każdym razie wtedy, gdy zajmowaliśmy się tematem od strony teoretycznej, naszpanpromotor puścił nam film o chłopcu z zespołem Aspergera. O tym jak trudno zdiagnozować tę chorobę potwierdza fakt, że parę lat później, dokładnie w zeszłym roku, przeczytałam artykuł w New York Timesie że ów chłopiec, który był już dorosłym mężczyzną, jednak Aspergera nie miał, a diagnoza za bardzo bazowała na jego chęci do izolacji i niechęci do relacji społecznych. Tak, też bywa. Czym jest zatem zespół Aspergera? Jest to zaburzenie rozwojowe, mieszczące się w spektrum autyzmu. Głównym problemem jest całkowity brak rozwoju zdolności społecznych. Chyba najbardziej niszczące upośledzenie dla rodziców takiego dziecka. Takie naturalne odruchy jak chęć przytulenia dziecka, dotykania go, wyrażania miłości werbalnie i niewerbalnie przy takim dziecku mogą spotkać się co najwyżej z reakcją nerwową. Dziecko z zespołem Aspergera rozumie wszystko dokładnie tak jak brzmi, wszelkie metafory spotykają się z niezrozumieniem. Potrzeba planowania dnia, stałego rozkładu, przewidywalności jest wpisana w tę problematykę. Ale takie dzieci to również niesamowici geniusze nauk ścisłych. Logika, matematyka, fizyka, astronomia - czują się w tych dziedzinach jak przysłowiowa ryba w wodzie. I właśnie taki jest Christopher Boone, piętnastoletni bohater książki Dziwny przypadek psa nocną porą.


W czarno- białym świecie Christophera jest miejsce na, nie tyle zrozumienie problemu, co rozumienie, że on występuje, jak w przypadku kłamstwa. To, że ludzie kłamią Christopher wie doskonale i sam, chociaż chce mówić prawdę, czasami nagina rzeczywistość do własnych wymagań. Bo na przykład musi rozwiązać zagadkę. Nie może zapytać o coś wprost, więc pyta klucząc wokół tematu. Bo w końcu dotrzymał słowa i o to o co nie miał zapytać, już nie pytał. Gdy zatem przytrafia mu się niezwykła przygoda, jaką jest znalezienie przebitego widłami (a moje serce zawyło..) psa, Christopher, który psa lubił, postanawia odnaleźć mordercę psa i traktuje tego mordercę na równi z każdym innym mordercą, mimo, że w kodeksie prawa zabicie człowieka nie jest równe zabiciu zwierzęcia. A szkoda. Świat czasami mógłby być taki, jak w oczach Christophera.
Metodyczne podejście do tematu sprawia, że Chris postanawia zachować się jak prawdziwy detektyw, naśladując uwielbianego Sherlocka Holmesa i jego metody dedukcyjne. Przesłuchuje więc sąsiadów, co w jego wypadku jest niewyobrażalnym aktem odwagi, ponieważ rozmowa z każdą obcą osobą ( a obcy jest każdy kogo Christopher nie zeskanował w myślach pod kątem jakichś cech charakterystycznych, żeby zapamiętać na zawsze, że już tę osobę poznał) jest dla niego trudna, wywołuje rozstrój nerwowy i chęć ucieczki. Metoda zagadek matematycznych pozwala chłopcu uspokajać się dzięki czemu śledztwo powoli idzie do przodu.

Ale nie, nie, to nie jest kryminał. To jest książka o tym, jak ciężko jest rodzinie z dzieckiem z zespołem Aspergera. O tym, jak brak cierpliwości do takiego dziecka, które nagle zaczyna wyć w hipermarkecie, leżąc na podłodze i sikając pod siebie, kończy się rozbiciem rodziny. O tym jak ciężko jest kochać takie dziecko. O tym jakie to dziecko jest jednak niezwykłe i piękne. I jak bardzo boli, że nie można lepiej wczuć się w to co się dzieje w jego głowie, żeby móc mu pomóc z jego lękami, fobiami i problemami z adaptacją w świecie takim, jaki on jest. To jest piękna książka, bo pokazuje komuś, kto nic nie wie o tym zaburzeniu, kto widzi tylko nastolatka tłukącego pięściami policjanta, że to dziecko przeżywa właśnie ogromny dramat wewnętrzny, że się boi, że jest tak przerażone, że jego umysł odcina go na chwilę od rzeczywistości. Napisana w formie powieści z nutką kryminalną w moim odczuciu jest czymś w formie uświadomienia, co może się dziać z takim dzieckiem z tylko i wyłącznie jego perspektywy. Jak najbardziej godna polecenia!



Dziwny przypadek psa nocną porą, Mark Haddon, Świat Książki, Warszawa 2010
Czytaj więcej

czwartek, 24 maja 2012

Niuch

Trochę trudno mi być obiektywną wobec pisarza, którego książki czytam od ponad 17 lat; na którego kolejne tłumaczenie każdej powieści rzucam się niczym wygłodniałe stworzenie na żywność i który stworzył mojego prywatnego bohatera wszechczasów - sir Samuela Vimesa. Ale szczerze muszę przyznać, że chwilę dłużej czytałam tę książkę, niż normalnie mi to zajmuje. Mimo, że uwielbiam każdą książkę poświęconą Vimesowi, tak jednak tutaj coś nie do końca zagrało. Co nie oznacza, że mogłabym porzucić książkę bez doczytania! Szczególnie, że jak zwykle końcówka u Pratchetta wywołuje uśmiech na twarzy, dlatego zawsze, zawsze warto, nawet gdy wyjątkowo nie do końca wciąga!


W tym odcinku przygód komendanta Straży Miejskiej Ankh Morkporok, diuka Ankh Samuela Vimesa mamy niecodzienną okazję zobaczyć jak komendant wybiera się na urlop i co podczas owego urlopu się wydarzyło. Oczywiście, to nie on jest pomysłodawcą idei urlopu, idei, która sama w sobie wywołuje autentyczny protest i zdziwienie, że tak w ogóle to po co? Ale zarówno on jak i Vetinari podlegają sile wyższej, która jak wiemy, przyjęła postać żony Vimesa, lady Sybil. A ta niewzruszenie uważa, że jej mąż, oraz syn, potrzebują trochę świeżego wiejskiego powietrza, oraz odpoczynku. Że Vimes odpoczywać nie potrafi to wie już każdy i nawet Sybil musiała w końcu przyjąć to do wiadomości, gdy już podczas pierwszych dni urlopu Vimes natyka się na zwłoki. Jak to mawiają, jest policjant, znajdzie się i przestępstwo. Tu zaś jest ich cała moc, której podwaliną jest nietolerancja i rasizm.

W świecie Dysku pojawia się wiele różnorodnych ras i gatunków. Czasem nie wiem do końca jak niektóre zaklasyfikować. Krasnoludy, trolle, wampiry, wilkołaki to przeciętna populacja Ankh Morporok (ludzie też oczywiście..). Są również gobliny, które uważa się raczej za gatunek zwierząt, mimo, że potrafią mówić i myśleć, a nawet wytworzyły własną kulturę i wierzenie Unggue Had (inna sprawa, że dość obrzydliwe..). A jednak zostały zepchnięte głęboko pod ziemię, gdzie mieszkają i próbują kultywować swoje tradycje. Jak wiemy jednak człowiekowi nie wystarczy zwykłe upodlenie jakiejś podrzędnej według niego istoty, więc wymyśla dodatkowe rozrywki, jak wykorzystywanie goblinów jako niewolników. Albo bardziej kreatywnie, zamordowanie goblinki, ot tak, bez powodu. Ale tu wkracza Vimes, który.. No dobra, jakby to był czasy dworskie, panny i rycerze to ja bym była tą omdlewającą panną na widok Vimesa. Serio, serio, poważna konkurencja dla mojego meża, tylko cii, nie wydajcie mnie :) Dobrze, że to postać fikcyjna :) W każdym razie Vimes jest swego rodzaju idealistą (trochę jak ja..) który uważa, że prawo jest po to żeby go przestrzegać. I nie, nie, żadnych odstępstw proszę państwa, tylko dlatego, że pochodzicie z jakiegoś wysokiego rodu, czy macie majątek wart całego Ankh Morporok. Vimes uważa, że sprawiedliwość być musi i po wielu przygodach, łącznie z uratowaniem Wielkie Pipki, przepraszam, Pięknej Pipki i przetrwaniem na wodach Zdradzieckiej Staruchy do tej sprawiedliwości w wielkim stylu doprowadzi.

W międzyczasie Fred Colon natknie się na urnę goblina, przez co będzie mieć kłopoty, lady Sybil wyda kilka towarzyskich przyjęć, podczas których Vimes..zabłyśnie ;) i poznamy panią od kupek, która nosi w sobie również sporo ideałów i dzięki temu pewna goblinka może olśnić publiczność piękną grą na harfie. Wszystko to razem przystrojone typowym dla Pratchetta ciętym humorem, przypisami i świetnymi dialogami. Innymi słowy kolejna udana historia. Tylko trochę mniej wciągająca niż zwykle :)

Ale co tam - Pratchetta czytać trzeba! ;)



Niuch, Terry Pratchett, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.