Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne - Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne - Wydawnictwo Literackie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2016

Kazirodcze love story? "Kamienna noc" Gai Grzegorzewskiej

Jeśli ktoś nie czytał dotąd żadnej powieści Grzegorzewskiej może być zaskoczony wszechobecnym mrokiem, w którym toną jej bohaterowie, tajemnicami oraz powikłanymi losami. Zaczynając przygodę z Julią i Profesorem od "Kamiennej nocy" czytelnik zostanie pochłonięty historią z piekła rodem, choć jednocześnie opiewającą jedną z głębszych i trudniejszych relacji, o jakich ktokolwiek dotąd pisał.
Dobry kryminał powinien fundować niezłą akcję, sprawnie rozegraną zagadkę kryminalną i odpowiedni dobór charakterologiczny głównych bohaterów. Gaja Grzegorzewska zapewnia czytelnikom cały ten pakiet, a oprócz tego emocjonalną huśtawkę, zagadkę w zagadce i kompletnie pogubienie tożsamości bohaterów.





Dwoje straceńców


Kraków? Grecja? Wenecja? Kraków? Dwoje archeologów, palące słońce, dziwne relacje i jakaś skrywana tajemnica. Wszystko dzieje się gdzieś na obrzeżach świadomości Profesora. Nie ufa Julii, ani reszcie ekipy, nie ma cierpliwości do odgrywania roli archeologa specjalisty w jednej wąskiej dziedzinie, nudzi się. Jak się tu znaleźli? Co ich przywiodło? Dlaczego nagle Julia ma jakieś tajemnice z Martą? I nagle fabuła odmienia się. Otwiera się mrok, którego u Grzegorzewskiej zawsze pełno, ale tu ściera się on z wszystkim. Z miłością, z pożądaniem, z codziennością.

Ów mrok wkracza w życie dwojga uciekinierów, jest wszechwładny, powoli zatacza coraz szersze kręgi w ich relacji, wśród ludzi, wokół których żyją. Czy miłość może poniżać? Czy ma prawo odzierać z godności? Czy wreszcie miłość może sięgnąć po broń? A jednak, to Julia strzeliła do Łukasza.

Przewrotność narratora

Śledzenie fabuły "Kamiennej nocy" w pewnym momencie zaczyna przypominać jazdę po niebezpiecznej górskiej drodze. Na domiar złego, częściowo na wstecznym! Narracja pcha nas w przeszłość, tłumacząc wszystko to, co autorka już na początku zdradza. Zdradza i nie zdradza, bo widać, przewrotność w jej narracji to jakiś znak rozpoznawczy, rys charakteru. Wreszcie trochę teraźniejszości, ale mocno zagmatwanej i w końcu historia Marii Karo. Kim jest Maria Karo?! Na nic założenia, na nic przewidywanie dalszego ciągu. Gaja Grzegorzewska i tak na koniec wyciągnie z kieszeni swojego Asa.

Czytelnik dostaje do rąk oryginalną fabułę, bohaterów, którymi na przemian się pogardza i uwielbia, ciekawą konstrukcję narracyjną i wreszcie, po prostu niezłą treść. Najlepsza pisarka literatury środka? Doprawdy, jakiego środka?


"Kamienna noc" Gaja Grzegorzewska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016
premiera 28 kwietnia
Czytaj więcej

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Niezwykła kobieta, niezwykła opowieść. "Simona" Anny Kamińskiej

  Nie spodziewałam się takiej reakcji, bo i postać Simony Kossak dotąd była mi obca, jak i niespecjalnie interesowałam się rodem Kossaków, znając jedynie kilka literackich nazwisk wywodzących się z tej familii. Zresztą, nadal nie rozumiem fascynacji samą rodziną, jakkolwiek rozumiem już, dlaczego któryś z jej członków może być takowej przyczyną. W moim przypadku padło na Simonę, która okazała się postacią nietuzinkową i pełną sprzeczności. Pochłonęłam książkę Anny Kamińskiej z prawdziwą przyjemnością!


Być poetką czy malarką?

  Rodzina Kossaków miała z góry jasno określone wymagania wobec kolejnych członków rodziny: przypisywano im przyszłość albo pisarską, albo malarską. Simona miała być czwartym Kossakiem, a więc synem, a zatem koniecznie malarzem, który przejmie ojcowską spuściznę i wielopokoleniową tradycję. Sam fakt narodzin córki był wystarczającym rozczarowaniem, jej życiowe wybory zaś dla rodziny zupełną klęską.

  Być może z tego powodu Simona była traktowana przez matkę oschle, być może dlatego jej kolejne decyzje miały związek z tym, by nie podążać z góry ustaloną ścieżką. Nie zmienia to faktu, że Simona nie umiała trzymać pędzla, a gdy już wreszcie zdecydowała się pisać, były to sprawy związane z najważniejszymi dla niej istotami. Zwierzętami.

Simona Kossak i mieszkańcy Dziedzinki, źródło zdjęcia


Empatia do zwierząt

  Jej relacje ze zwierzętami od początku były inne. Dorastała z psami, interesowała się losem okolicznych zwierząt, ptaki, wiewiórki czy jeże, których było pełno wokół Kossakówki były dla niej większymi przyjaciółmi niż rodzina. Zresztą, w rodzinie Jerzego i Elżbiety Kossaków panowała tradycja zimnego chowu. Dziewczęta były wieczne pouczane i sztorcowane, nie miały prawa do głosu, czy swojego zdania. Wśród zwierząt Simona mogła być sobą.

   I dlatego nie powinno dziwić, że to z nimi związała całe swoje życie. Pierwsza, najważniejsza decyzja związana ze studiami była tą najtrudniejszą, ale późniejsze były jej konsekwencją. I Simona konsekwentnie realizowała swój plan na życie.


Pani na Dziedzińce

  Już po studiach przeniosła się do swojej pierwszej leśniczówki, zwanej Dziedzinką, nieświadoma faktu, że spędzi w niej resztę swojego intensywnego życia. Osiadła w Puszczy Białowieskiej, w środku niczego, bez prądu i wody. Zamieszkają z nią kruk, dzik, pies i okoliczne sowy. Puchówki będą się rozmnażały w filiżankach, a myszy polne będą się czuły, jak u siebie. Aż dziwne, że znajdzie się tam miejsce również dla człowieka.

  Jednak nawet miłość do mężczyzny, nawet odwiedzający ją goście, nie będą na tyle zajmujący co one, zwierzęta. Sporą część swojego czasu poświęci na badania nad sarnami, dzięki czemu zburzy dotychczasowy mit traktujący sarny jako szkodniki, inną na nagrania życia erotycznego owadów, będzie opowiadać zajmująco  w audycjach radiowych o bogactwie flory i fauny, poświęci całą swoją energię na ratowanie starych dębów. Będzie pierwszym, ważnym głosem w obronie zwierząt.


Czarownica z Puszczy Białowieskiej

  Dla jednych była krzykliwą wariatką, dla innych prawdziwą bohaterką w walce o życie zwierząt. Jedni jej nie znosili, inni wynosili nad poziomy. Potrafiła irytować, potrafiła ofiarować uczucie. Widziała świat w czarno-białych barwach, a jednocześnie miała w sobie wiele cierpliwości dla ukochanego mężczyzny. 

  Nazywano ją różnie, padło nawet słowo czarownica, w tamtych lasach, w tamtych czasach, ciągle wywołujące ciarki na plecach. Niezależnie od wielości i sprzeczności opinii na jej temat nie można odmówić jej tego, co najistotniejsze w życiu człowieka: żyła pełnią życia i swoich marzeń. Żyła po swojemu i z tego życia uczyniła niezwykłą i bogatą opowieść. Dajcie ją sobie opowiedzieć.



"Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak" Anna Kamińska, Wyadwnictwo Literackie, Kraków 2015

data premiery: 18 czerwca



Czytaj więcej

czwartek, 21 maja 2015

Intrygujące nudziarstwo. "Moja walka. Księga 2" Karla Ove Knausgårda

Powstał w mojej głowie istny bałagan i pomieszanie, pomiędzy dzieciństwem Karla Ove Knausgårda, opisywanym w pierwszym tomie, a przynajmniej na etapie lektury na którym nadal jestem, a jego opowieścią o małżeństwie i rodzicielstwie, będących tematem tomu drugiego jego słynnej "Mojej walki". Wszystko za sprawą ogromnej dawki ciekawości, która jak wiadomo prowadzi na manowce, oraz otrzymania obydwu tomów niemalże jednocześnie, co sprawiło, że czytałam je na zmianę. Byłam naprawdę mocno zaintrygowana tym, co ma do zaoferowania Karl Ove Knausgård. Otrzymałam opisane w bardzo intrygujący sposób zwykłe, codzienne życie, w którym nie ma niczego, czego nie przeżywa na co dzień tysiące ludzi. Jego jedyna wyjątkowość polega  na tym, że naprawdę trudno odmówić norweskiemu pisarzowi warsztatu.


Reklama czy literacki opis rzeczywistości?

Podczas lektury drugiego tomu trudno nie zderzyć się ze szczegółowością opisów, jakie serwuje autor "Mojej walki". Tak oto idąc ulicą omawia szczegółowo mijanych ludzi, nawet jeśli nie zobaczy ich nigdy więcej, ubierając siebie, czy dzieci, opowiada dokładnie o zapinaniu zamka kurtki, zakładaniu czapki firmy X, czy szalika firmy Y. Każde zapalenie papierosa, każda banalna rozmowa, każda myśl, nawet gdy nie jest błyskotliwa, jest wnikliwie opisana. Chwilami zadawałam sobie pytanie: po co ja właściwie to czytam? 

Pierwsza refleksja? Nuda, nuda, jeszcze raz nuda i droga przez mękę. Refleksja druga pojawia się po przebrnięciu pierwszych dwustu stron, gdy zaczynam dostrzegać pewien urok tej opowieści, choć nie mogę powiedzieć, by mnie zaczarowała. Są momenty, gdy autor ma ciekawe przemyślenia odnośnie literatury, czy historii ludzkości. Marzenia o powrocie do XIX wieku wydają się uroczo chłopięce - odkrywanie świata, żegluga, praca własnych rąk. Jednocześnie nuży opisywana codzienność, w której mam wrażenie autor ma ambicję by oddać każdy szczegół, tudzież, reklamować używane produkty.


Małżeńskie i rodzicielskie dylematy

Ekshibicjonistycznie opisywane życie codzienne jest pełne opisów relacji z żoną, z dziećmi, czy z ludźmi, którzy mają jakieś znaczenie dla autora. Często jednak nie tyle ludzie mają dla niego znaczenie, co przeżywane sytuacje. Gdy jest sam nie ukrywa, że wszyscy ci, z którymi spędzał czas, którymi sprawami się przejmował, teraz nie mają dla niego już żadnego znaczenia. Z jednej strony jawi się jako ogromny megaloman, narcyz i krytykant rzeczywistości, z drugiej jako wrażliwy ojciec, pisarz łaknący poklasku,  czy zakochany w żonie mąż.

Opisywane życie codzienne ma swoje blaski i cienie, jak w wielu rodzinach. Jednak Karl Ove Knausgård przede wszystkim przyznaje się do tego, co większość z ludzi woli przemilczeć. Często daje upust uczuciu, że dzieci są obowiązkiem, choć bardzo je kocha i na ogół lubi spędzać z nimi czas. Myśli o sobie i wielu innych ojcach jako o sfeminizowanych tatusiach, z obosieczną pogardą. Daje upust wszelkiej frustracji codziennej, nie bez rzeczowych argumentów odnośnie swoich uczuć, a jednak często kompletnie nijakich i związanych z tym, że życie pełne jest obowiązków i godzenia się na kompromisy. 

Wyraźnie też ukazuje swoje oblicze hipokryty krytykując to jak wszystko stało się publiczne, jak gwiazdy opowiadają o swoich rodzinach, porodach i macierzyństwie obnażają intymne szczegóły, jednocześnie popełniając obszerne dzieło obnażające nie tylko jego samego, ale także całą jego rodzinę. 


Zagadka popularności

O książce czytałam całkiem sporo entuzjastycznych wypowiedzi. Reklama i rozgłos jak na powieść autobiograficzną, były naprawdę ogromne. Gdy przeczytałam drugi tom, dość zmęczona i raczej zniechęcona, zastanawiałam się nad tym fenomenem. Wszak cały cykl ma wielu czytelników. Widziałam nawet wpisy dotyczące kolejnych ksiąg, bowiem niektórzy czytają kolejne tomy w oryginale lub po angielsku, niecierpliwi w oczekiwaniu na tłumaczenie.

Być może odpowiedzią na to pytanie jest niebywały talent Knausgårda do opisywania nawet najmniej interesujących szczegółów z życia codziennego w sposób bardzo zgrabny i powodujący, że pomimo znużenia chwilami trudno nie dać się wciągnąć w lekturę. Myślę, że ładnie podsumowuje to opis rozmowy w powieści z jednym z przyjaciół autora, który stwierdza, że Knausgård nawet z wyprawy do toalety zrobiłby taki opis, że czytelnicy by się wzruszali. To oczywiście spora przesada, ale trzeba przyznać, że coś jest na rzeczy.

Problem jednak w tym, że nawet największy talent i najlepszy warsztat literacki nie zmienią zwykłego, codziennego życia w emocjonująca fabułę, przynajmniej, nie dla tej czytelniczki. 



"Moja walka. Księga 2", Karl Ove Knausgård, przełożyła Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Czytaj więcej

wtorek, 5 maja 2015

Na pomoc czworonożnym. "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" Jamesa Herriota

  Weterynarz to lekarz, którego odwiedzamy najczęściej. Przy piątce Potworów to nieuniknione. Nieuniknione stało się również to, że nasze relacje z czasem zaczęły być coraz bardziej przyjacielskie. Bywa to komiczne, gdy wchodzimy z trójką psów na ten przykład, a pani weterynarz od progu wie, że tylko jedno przyszło z potrzeby, a reszta dla towarzystwa. Ciekawa jestem, czy każdy pies tak ciągnie do miejsca,w którym kłuto go tysiące razy, zmuszano do stania podczas żmudnego strzyżenia i wreszcie, gdzie zaglądano mu w takie miejsca, o których dżentelmen nigdy nie wspomina w towarzystwie. A jednak. Weterynarz to dla nas trochę jak przyjaciel. I druga rodzina.

I już wiadomo, co mnie podkusiło by poznać "Jeśli tylko potrafiłyby mówić"?



Młodym pacholęciem będąc

Wyobrażenie o wykonywanym zawodzie w momencie podejmowania jego praktyki może okazać się bolesnym upadkiem na ziemię. Mniej więcej podobne przeżycie spotyka młodego Jamesa Herriota, gdy podczas studiów, po dniu pełnym wykładów o koniach, napotkanego w drodze powrotnej z zajęć, czekającego spokojnie na ulicy konia (mowa o latach 30-tych ubiegłego wieku, gdy jeszcze można było spotkać na mieście bryczki konne) próbuje..przebadać. Domyślam się, że znalezienie się w centrum uwagi przechodniów, narażenie na krzyki właściciela, a wreszcie, wstydliwe znalezienie się w pozycji co najmniej.. rozbrajającej nie mogło być zabawne dla Herriota. Niewątpliwie, było zabawne dla całej reszty.

Opowieść "Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to pod płaszczykiem humoru sytuacyjnego dość prawdziwa w wydźwięku opowieść o zmaganiach młodego weterynarza wiejskiego z realiami jego zawodu. Zawodu nieco trudniejszego od tego uprawianego w mieście, gdzie oprócz walki z chorobami zwierząt i niepewnością odnośnie diagnozy, trzeba również zwalczać uprzedzenia ich właścicieli.


Blaski i cienie

Dodatkową trudnością jest przełamywanie własnych barier i lęków, gdy trzeba interweniować podczas trudnego porodu cennej krowy, gdy trzeba zdecydować o śmierci zwierzęcia, bo ktoś haniebnie zaniedbał opiekę nad nim, gdy spędza się kolejną noc w zimnie, wilgoci i na podłodze, bo cielątko źle się ułożyło i trzeba mu pomóc w wydostaniu się na świat.

Blaski pracy weterynarza objawiają się w najmniej spodziewanym momencie. Radość, gdy kolejne maleństwo przyjdzie cale na świat i dzielnie potruchta do zmęczonej porodem matki. Zachwyt nad pięknem poranka po ciężkiej nocy, ponieważ na wsi nie mają one sobie równych. I wreszcie stwierdzenie, że to jednak była najlepsza decyzja w życiu.


Zabawne życie młodego asystenta

Jednak nie tylko zwierzętami młody weterynarz żyje. Gdy Herriot rozpocznie pracę asystenta u doktora Siegrieda Farnona jego życie zacznie zmieniać się w niekończący się ciąg komicznych sytuacji. A to będzie świadkiem braterskich potyczek, nietypowego prowadzenia księgowości, czy dziwnych relacji międzysąsiedzkich. Wisienką na torcie będzie zażylość z pewną ekscentryczną damą, traktującą swojego pieska niczym małe, rozpieszczane dziecko.

"Jeśli tylko potrafiłyby mówić" to lekka w odbiorze, przyjemna w lekturze i momentami całkiem pouczająca lektura. Zapewniam, że nie tylko dla, jak to mawia moja mama, takich "manjaków zwierząt", jak ja.



"Jeśli tylko potrafiłyby mówić", James Herriot, przełożyli Irena Doleżal - Nowicka, Zbigniew A. Królicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015

Czytaj więcej

środa, 14 stycznia 2015

Zrozumieć dramat. "Mała zagłada" Anny Janko

Poznanie człowieka to również poznanie kilku jego, czasami sprzecznych ze sobą, twarzy. Jest w istocie ludzkiej zdolność do empatii, do współczucia, litości, wreszcie te mniej chwalebne, do niszczenia, złości, nienawiści. Tego, czego najczęściej brak, to prób "ubrania" cudzej skóry choć na chwilę, brak zrozumienia dla cudzych emocji. 

Nawet ktoś cechujący się ogromną empatią nie potrafi tego do końca. Anna Janko wybrała niezwykle sugestywne metody, by czytelnik choć na chwilę, wczuł się w jej uczucia, a przede wszystkim w uczucia jej matki, które ta, niczym geny, przekazała córce.


Zabić, jak to łatwo powiedzieć

Myślisz: wojna i wyobraźnia podsuwa obrazy z filmów dokumentalnych, ze wspomnień starszego pokolenia, wreszcie, sceny z książek czy filmów. Przed oczami wyobraźni ujęcia pola bitew i mnóstwa ofiar. Cyfry wyolbrzymione do niemożliwości, by je ogarnąć rozumowo. Pojmuje się rozmiar tragedii, bo uporządkowana statystyka wszystko ujednoznaczniła. Zginęło tylu i tylu na polach bitwy, tylu wymordowano w obozach, tyle i tyle wiosek spalono, tyle miast uległo zniszczeniu.. W zasadzie, to właśnie ta ilość powoduje, że człowiek przechodzi nad tym do porządku dziennego. Miliony nie oznaczają nic tak naprawdę.

Co jednak w przypadku dwustu osób? Małej wioski? Rodziców małej dziewczynki? I tu już nie można zasłonić się statystyką, arkuszem Excela, który usłużnie podsumuje wyniki. Tu jest oblicze śmierci bardziej osobowe, nagle ma jakąś twarz i cechy charakteru, jest rodzicem i właśnie, został zabity. Ależ zabić, dziś, ach dziś, to jest dopiero łatwość powiedzenia. Przecież w co drugiej grze komputerowej można kogoś lub coś zabić. Prawda?

Masakra to jest teraz ulubione słowo nowej polszczyzny, dalekie i przeinaczone echo okrutnego pierwotnego znaczenia, Masakra, masakryczny - można tak mówić na przykład o pogodzie: "Masakrycznie zimno dzisiaj.."*


Uszkodzone dzieciństwo

To jest taki banał, to jest już tak strywializowane, że aż śmieszne jest to słowo: trauma. Dziś, już każdy wypowiada się o nieprzepracowanych traumach jak wyspecjalizowany terapeuta, używa słów, które uważa, że rozumie, wypowiada się autorytatywnie. To boli, ale nawet dziś, gdy wiedza niegdyś niedostępna laikowi jest tak powszechna, trzeba stosować sztuczki, triki, żeby dotrzeć do tego trudnego etapu: zrozumienia. Opowiedzieć o lisie, któremu żywcem zdejmuje się skórę na futro. Dopiero wtedy może porusza to kogokolwiek, cokolwiek, w odczuciach.

Dziewięcioletnia Terenia Ferenc, przyszła mama Anny Janko, jednego dnia, na swoich oczach, straciła obydwoje rodziców. Miało to miejsce 1 czerwca 1943 roku. Miejscem dramatu była mała wieś na Zamojszczyźnie, Sochy, która tego właśnie dnia właściwie została usunięta z mapy. Bo jeśli zabija się bez mała wszystkich mieszkańców, to trudno mówić dalej o istnieniu wsi, prawda? Jakie jednak ma znaczenie mała wieś, w obliczu wojennych podsumowań? W skali makro: niewielkie. Jakie ma znaczenie uszkodzone dzieciństwo? W skali mikro: nie do oszacowania.

Dzieci nie potrafią wyrażać emocji słowami. Nie znają jeszcze leczniczej mocy słów. Dzieci miotają się w rozpaczy, duszą się strachem, dławią się łzami, życie psychiczne jest dla nich żywiołem o wiele bardziej niż dla dorosłych, którzy mają już jakieś punkty odniesienia, jakieś uniwersum. Dziecięca przestrzeń poznania jest ciasna i gdy wypełni ją opresja, jest jak w żelaznej obręczy - nie ma dokąd uciec.

Nie do oszacowania.


Spokojny krzyk

Książka Anny Janko to próba dialogu z matką, która przeżyła piekło zagłady, a także próba porozumienia z samą sobą, z Anną Janko, która dramat matki niejako odziedziczyła wraz z jej smutkiem, łzami, codziennymi trudnościami. Przede wszystkim jednak, w moim odczuciu, to próba przekazania tej najtrudniejszej z prawd: nawet tak "mała" zagłada może być zagładą totalną dla jednostki. Nawet gdyby to nie była zagłada, to śmierć rodziców na oczach dziecka, to zawsze dramat. Nawet "duża" zagłada to nie tylko rząd cyfr. To ludzie, ich twarze, życiorysy, pasje i cały ich mały wszechświat.

Mała zagłada to także kolejny głos w temacie dziedziczonych traum. Opowieść o snach, w których dziecko nie znające wojny z autopsji, przeżywa swoje lęki, opowieść o spadku łez przerażenia, strachu, trochę jak przejęciu cech genetycznych. To opowieść o tym, jak człowiek długo zmaga się z tym, co przeżył, a czego nic nie jest w stanie wymazać.

Pretensjonalność wypowiedzi Anny Janko wydaje się uderzać od pierwszych stron, ale jak inaczej mówić o dramacie, który się w pewien nietypowy sposób współodczuwa? Czasami, po prostu brakuje innych środków wyrazu. Czasami trzeba. Czasami ból jest silniejszy, a potrzeba ekspresji po prostu obezwładniająca. Całym sercem stoję przy tej dziewięcioletniej dziewczynce. Całym sercem jestem za tym, żeby o tym mówić.

Ocalałaś. Wszyscy ocaleni muszą dawać świadectwo.



Mała Zagłada, Anna Janko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015
Czytaj więcej

sobota, 13 grudnia 2014

"Ziymia to je taki srogi drach". "Drach" Szczepana Twardocha

 Drach ma wiele wspólnego ze znaną już i niewątpliwie popularną (mniejsza o werdykt oceniający odnośnie tego, w jaki sposób) „Morfiną”. Jest zatem znajoma stylistyka powtórzeń, jest nieco onirycznie (choć bardziej pasuje kolokwializm: psychodelicznie), jest wnikanie w głąb schorowanej ludzkiej psychiki i jest zaburzenie chronologii wydarzeń. W przeciwieństwie jednak do „Morfiny” ta powieść jest zdecydowanie dobra.

Co oznacza słowo drach można znaleźć w słowniku gwary śląskiej. Najbardziej popularne znaczenie to „latawiec”, aczkolwiek udało mi się doszukać do innego: „rozrabiaka”. Niezależnie od znaczenia powieściowy drach nie jest ani latawcem, ani rozrabiaką. Plasuje się w funkcji narratora wszechwiedzącego, ale jednocześnie istoty będącej praktycznie wszystkim. Ziemią, po której stąpa człowiek, z której pochodzi całe życie, ale również, w której ludzkie ciało połączy się z innymi odpadami. Drach zatem widzi i wie wszystko.

Człowiek, chop i baba, kamiyń, sornik, hazok, kot a pies, strom, wszystko to samo. Wszisko je jednym. Ziymia to je taki srogi drach, łażymy po jego ciele, a na grubach kopiymy jego ciało, kere je czystym słońcym.*


Rozumieć poczucie wyobcowania

Drach to utwór nierówny, skomponowany w trzech językach: oprócz wiodącego języka polskiego są tu dialogi spisane w odmianie gwary śląskiej, zwaną wasserpolskim, oraz w języku niemieckim. Do żadnego z tych języków nie ma przypisów: można samodzielnie sięgać po słowniki, ale w trakcie lektury poczucie wyobcowania, do którego zresztą autor zmierzał **, będzie się potęgować wraz z rozwojem wydarzeń.

To nie jedyne utrudnienie dla czytelnika, jakie zastosował Twardoch. Czas powieściowy wydaje się być niczym z gumy. Wszystko dzieje się jednocześnie: w jednym akapicie mogą współwystępować ze sobą rok 1921, 2014, 1942, 1918 czy 2010. To zaburzenie w chronologii i jednoczesne prowadzenie narracji przeszłości z przyszłością i teraźniejszością powodują jednak coraz większe zaintrygowanie i podsycenie ciekawości odnośnie dalszych losów bohaterów.


Scalić przeszłość z teraźniejszością

 O Drachu można przeczytać opinie, że to swoista saga rodzinna. Trudno odmówić racji temu sformułowaniu, jednakże poczucie rodzinnej wspólnoty jest czymś, czego główni bohaterowie nie odczuwają. Rodzina to konieczność, obowiązek, nie zaś sentyment, czy uczucia. Rodzinę się zakłada, ponieważ osiągnęło się ku temu stosowny wiek, kandydatki na żonę szuka, ponieważ powinna być odpowiednia. Odgrywa się spektakl związany z krótkim okresem narzeczeństwa i oto jest rodzina. W ten sposób przyjdzie na świat dziadek Nikodema Gemandera, Ernst Magnor, a później jego bliźniacze rodzeństwo. O miłości nikt nic nie mówi.

Wielopokoleniowa historia sięga do dzieciństwa Josefa Magnora, pradziadka Nikodema Gmandera, by dotrzeć do okresu dorosłości samego Nikodema. Przeskoki w czasie, w fabule, w ciągu przyczynowo – skutkowym budują napięcie. Wojenna przeszłość Josefa przewija się z karierą Nikodema, umieraniem żony Josefa, Valeski, historiami postaci pobocznych, które jednak miały mniejszy bądź większy wpływ na doświadczenia życiowe rodzin Magnorów i Gemanderów. Dramaty i chwilowe uniesienia to główne przeżycia tych ludzi, a samotność to wiodące odczucia wszystkich pokoleń.

Ich ścieżki naznacza przede wszystkim historia. Pierwsza wojna światowa odciska swoje piętno w psychice Jozefa Magnora, trudne losy Śląska, rozdartego historycznie i geograficznie między kilka państw wpływają na codzienne życie, wreszcie zostaje podjęty temat powstań śląskich i walk Ślązaków w mundurach Wermachtu. Czy tu trudne losy rodzin Magnorów i Gemanderów są jedynie wymówką, by dotknąć tego tematu, czy może odwrotnie, to tło historyczne ma podkreślić ciężkie doświadczenia tych ludzi, wydaje się być dobrym początkiem do dyskusji nad fabułą Dracha.


Psychika i język

Powieść ma swojego błazna – mędrca. Jest nią Pindur, niezwiązany z rodziną ani Magnorów, ani Gemanderów, jednakże przewija się przez Dracha razem ze swoimi wypowiedziami trochę jak dziwny duch, trochę jak dziwny patron całej powieści, ale przede wszystkim, jako rdzenny Ślązak, który posługuje się w mowie jedynie gwarą. Uczy młodego Josefa życia, próbuje przekazać ludziom najważniejszą mądrość nabytą w życiu: wszystko jest jednym, wszystko jest drach. Ludzie zaś zamykają go w zakładzie psychiatrycznym.

Szczepan Twardoch pokazał to upodobanie już w Morfinie, w Drachu także podejmuje się tej zabawy językiem i udziwnieniami w narracji. Wykorzystując zachwiania w ludzkiej psychice, poddanej ekstremalnym sytuacjom bądź substancjom psychoaktywnym, ukazuje jej dziwne oblicza. Josef Magnor zmuszony do ucieczki i ukrywania się schodzi w ciemność, w głąb, znika w drachu. Ta ciemność okiełzna go i weźmie w posiadanie jego emocje. Pindur mędrzec - filozof, a jednocześnie wiejski głupek, którego nikt nie traktuje poważnie, przemawia mądrością stuleci, za którą zostaje ukarany. Język jest tworem plastycznym, wyraża niewyrażalne, sięga po różne odmiany i znaczenia. Miesza się świadomość z wytworami wyobrażeń, drach miesza się z ludzkimi szczątkami, szaleństwo skrywanych emocji prowadzi do zguby.


Zdecydowanie lepszy Twardoch

Nie jestem wielbicielką prozy Szczepana Twardocha, ale paradoksalnie, lubię czytać jego książki. Mimo, że po lekturze Morfiny zostało, co najwyżej wrażenie odnośnie dobrego stylu autora, a jej treść była dla mnie tylko zabawą językiem, bowiem zabrakło mi fabuły, a nadwyżka irytującej skłonności do wywoływania skandalu jakoś specjalnie mnie nie bawiła, tak jednak, czytało mi się Morfinę dobrze. Przyznaję, że dopiero Drach jest tą powieścią Twardocha, którą mogę z przekonaniem polecać. Jest naprawdę niezła!





* Drach, Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, str. 360
**Źródło: wywiad z autorem w Polityce, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1600119,1,szczepan-twardoch-opowiada-o-swojej-najnowszej-powiesci-drach.read
Czytaj więcej

niedziela, 7 grudnia 2014

Jenta widzi wszystko. "Księgi Jakubowe" Olgi Tokarczuk

Siedem ksiąg

 Księgi Jakubowe albo Wielka Podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka. Mądrym dla memoriału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki.[i]

 Ksiąg Jakubowych jest dokładnie siedem. Liczba siedem jest liczbą magiczną dla wyznawców judaizmu. Jest siedem przykazań rabinicznych. Noe wypuścił gołębicę z arki po siedmiu dniach. Na żydowskich zaślubinach odmawia się siedem błogosławieństw. Siedem Ksiąg Jakubowych nawiązuje, więc bezpośrednio do tej symboliki, podkreślając jej ważność i oddając tym samym hołd żydowskiej tradycji. Nie bez kozery można nazwać Księgi księgami historii żydowskiej, choć opowieść sama w sobie dotyczy próby ucieczki od owej żydowskości, próby przybrania innej roli zarówno religijnie jak i społecznie, a ostatecznie, jest również historią nieszczęść, jakie spadały na naród mojżeszowy.

Wielobarwna Rzeczpospolita

  Połowa XVIII wieku, Rzeczpospolita Polska, kraj wielonarodowy, wielokulturowy, wielojęzyczny. Jeszcze przed katastrofą rozbiorów, gdy polskie miasteczka i wsie pełne były różnych ludzi, różnych narodowości i wyznań religijnych i zdaje się, zgoła odmiennej tolerancji, a polszczyzna jest jakaś toporna i brzmi z chłopska. Nadaje się do opisu świata natury i co najwyżej agrikultury, ale trudno nią wyrazić sprawy skomplikowane, wyższe. duchowe.[ii] To jednak nie umniejsza jej roli w komunikacji, wszak chodzi o to, by się porozumieć. O ile oczywiście, ktoś jeszcze mówi w tym wielobarwnym kraju po polsku. Świat wydaje się być nieduży, stoi wielkim otworem dla wszystkich, jednak jak to z tym światem bywa, otwiera się i zamyka w różnym stopniu na obcość i odmienność. I tak, choć obecność Żydów w Rzeczypospolitej jest czymś absolutnie naturalnym, tak jednak uprzedzenia i podejrzliwość nie umierają z samą tylko tolerancją dla obecności judaizmu i jego wyznawców. Wraz z możliwością ich zaskarżenia o morderstwo rodzi się poczucie wyobcowania i niesprawiedliwości dziejowej. A na czyjejś niedoli ktoś inny próbuje sporo ugrać.

Nie wolno nam tu kupić ziemi, osiedlić się na stałe. Przeganiają nas na wszystkie strony, a w każdym pokoleniu pojawia się jakaś katastrofa, prawdziwa gzera. Kim my jesteśmy i co nas czeka? (..) Nachman, ty go tu sprowadź. Tego Jakuba. [iii]

  Ksiądz Benedykt Chmielowski tworzy swoje almanachy ku ogólnemu pożytkowi, by wiedza była dostępna dla wszystkich, Elżbieta Drużbacka, poznana przypadkiem staje się jego bliską przyjaciółką, z którą będzie prowadzić literackie dyskursy listowne, zaś Elisza Szor, do którego ksiądz dziekan rohatyński trafi, będzie dla niego źródłem kolejnych ksiąg i wiedzy. Przecinają się więc kolejne ludzkie ścieżki, do Eliszy Szora wędruje Aszer Rubin, a jego losy połączą się z córką Pinkasa, jedną z pierwszych wartowniczek Jakuba, na weselu syna Szora pojawia się też Nachman, najwierniejszy apostoł Jakuba. Od jednego życiorysu, do kolejnego, po nitce do kłębka, pojawia się nareszcie postać Jakuba. Jakuba Franka, autentycznej postaci, która powiodła za sobą tłumy wiernych, pragnących odmiany, oczekujących na mesjasza, w nim wreszcie, upatrujących swoich nadziei.

Obcość, jako atut?

  Jakub dostał przydomek Frank, ponieważ frank znaczy obcy. Był wśród swoich, ale jednak był obcy, opuścił kraj rodzinny i udał się do kraju sobie obcego, z obcym językiem, niezrozumiałym i trudnym. Obcość ta jest również wyczuwalna wśród jego wyznawców, nie spotykają się ze zrozumieniem pozostałych przy starych przekonaniach Żydów, są traktowani jak trędowaci, dotychczasowi znajomi wypierają się ich. A jednak ta obcość wydaje się mieć jakiś atut. Jest w byciu obcym coś pociągającego, w czym się można rozsmakować, co wydaje się jak słodycz. Dobrze jest nie rozumieć języka, nie rozumieć zwyczajów, sunąc jak duch pomiędzy innymi, którzy są dalecy i nierozpoznawalni. Wtedy budzi się szczególna mądrość – umiejętność domysłu, chwytania spraw nieoczywistych.  Budzą się też wówczas bystrość i przenikliwość. Człowiek, który jest obcy, zyskuje nowy punkt widzenia, staje się, chcąc nie chcąc, swoistym mędrcem. Kto nam wszystkim wmówił, że być swoim jest tak dobrze i tak wspaniale? Tylko obcy naprawdę rozumie, czym jest świat.[iv] Bycie obcym też w pewien sposób wyróżnia, stawia po stronie tych lepszych, mądrzejszych, wszak Jakub, jak wierzą, prowadzi ich właściwą ścieżką. A ścieżka tak jest usłana ostrymi cierniami, biedy, głodu, klęski śmierci, lat wierności, komu? Obcemu. I tylko Jenta widzi to wszystko i rozumie znacznie lepiej, niż wszyscy dookoła.


Spokojny nurt kart

 Bieg kart płynie od końca spokojnym nurtem opowieści. Wielogłosowość wprawia w zachwyt. Szczegółowe i drobiazgowe opisy strojów, wnętrz, zachowań, stwarzają złudzenie, że czytelnik przenosi się tam, do tamtej epoki i tamtych wydarzeń.
  Zapisane na ostatnich stronach słowa wywołują drżenie. I zostaje czytelnik z tą grubą księgą w dłoniach sparaliżowany, niezdolny do ruchu. Zeszyt jest pełen notatek, głowa pełna myśli. Właściwie, pozostaje wrażenie, że przeczytało się już w życiu wszystko. I jeszcze, że nie przeczytało się tak naprawdę nic. Uczucie entuzjazmu jak u małego dziecka przed kolejną magią świąt Bożego Narodzenia, jak u odkrywcy przed nowym nieznanym lądem, jak przed pierwszym pocałunkiem. Czysta, jaskrawa radość. Nie do okiełznania.

(..) są cztery rodzaje czytelników. Jest czytelnik gąbka, czytelnik lejek, czytelnik cedzidło i czytelnik sito. Gąbka wchłania w siebie wszystko, jak leci; jasne jest, że potem dużo z tego pamięta, lecz nie umie wydobyć najważniejszego. Lejek – przyjmuje jednym końcem, drugim zaś wszystko, co przeczytane z niego wylatuje. Cedzak przepuszcza wino, a zatrzymuje winny osad; ten w ogóle nie powinien czytać i lepiej, żeby zajął się rzemiosłem. Sito zaś oddziela plewy, żeby otrzymać najlepsze ziarno[v].

 Bądźcie jak sito.






Słownik dla leniwych:




[i] Pełen tytuł powieści
[ii] Księgi Jakubowe, Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, Sstr. 767-766
[iii] Tamże, str. 795-794
[iv] Tamże, str. 375-374
[v] Tamże, str. 749-748
Czytaj więcej

czwartek, 16 października 2014

"Czarne skrzydła" Sue Monk Kidd

  Pisanie o książce, której nie mam absolutnie zamiaru zachwalać, ani polecać, jest dużo bardziej wymagające, niż pisanie o takiej, która wzburzyła krew i każe wręcz krzyczeć o sobie. W tym pierwszym przypadku bowiem wypada dowieść, dlaczego książka nie jest w zasadzie warta uwagi, szczególnie w takiej sytuacji, gdy w recenzjach tytułu padają same zachwycone komentarze, a wydawca ogłasza ją bestsellerem. Bez rzetelnego uzasadnienia mogę narazić się co najmniej na szyderstwa wielbicieli, że już o słownym ukamienowaniu nie wspomnę. Pewnie dlatego piszę ten tekst już prawie od tygodnia i ciągle dokładam nowe argumenty, nowe przykłady, piętrząc akapity i niepotrzebne zdania. W efekcie zaczynam naprawdę się zastanawiać, dlaczego właściwie ta książka tak mi się nie spodobała? I im dłużej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do przekonania, że zawiniło nastawienie. Nastawiłam się na dobrą powieść, podczas gdy otrzymałam zaledwie dobre czytadło. I choć jak na czytadło powieść Sue Monk Kidd nie wydaje się być dużo gorsza niż inne tytuły w tym "nurcie", to przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, zwyczajnie, zawiodłam się.

  Pomysł na fabułę wydaje się być podstawą, fundamentem, wytyczną, kierunkiem. Zwrot "wydaje się" jest na miejscu, bowiem o rzemiośle pisarskim wiem tyle, co przysłowiowy kot napłacze, a być może jeszcze mniej, nawet jeśli przyjąć za słuszne, że kot w ogóle nie płacze. Wydaje się też mnóstwo książek, które fabuły nie mają, ale wtedy autor chociaż popisze się warsztatem, zaślepi czytelnicze potrzeby wielogłosową narracją, bądź udziwnionym językiem i wtedy, klękajcie narody, brak fabuły zrobi się automatycznie marginalny. Wydaje się też książki słabe, które mają potencjał i pomysł na fabułę, poruszają ciekawe zagadnienia, wzbogacają wiedzę czytelnika o parę haseł, za to autor nijak nie umiał tego potencjału wykorzystać, zostawiając tylko przedsmak tego, co mogłoby być. I mimo szczerych chęci, by zachwalić Czarne skrzydła Sue Monk Kidd, bo jest na przykład za co pochwalić tłumaczkę, Martę Kisiel - Małecką, czy autorkę w kwestii poruszenia ciekawego tematu, tak jednak muszę je zaliczyć do tej drugiej kategorii, czyli zmarnowanych pomysłów.

 Czarne skrzydła przenosi czytelników do burzliwej epoki niewolnictwa, początku XIX wieku, na dodatek do najbardziej przychylnej niewolnictwu części Stanów Zjednoczonych, czyli słynnego Południa. Niewolnictwo, zniewolenie, ileż w tym temacie możliwości! Ukazanie go z psychologicznego punktu widzenia mogłoby objąć całe tomy.. Czarne skrzydła to powieść, która podeszła do tematu bardzo powierzchownie i bardzo hasłowo, choć z ambitnym planem ukazania niewolnictwa z dwóch perspektyw. Po pierwsze tego realnego wówczas, czyli związanego z traktowaniem człowieka jak swoją własność, własność, która nie ma prawa do człowieczeństwa. Po drugie tego, które towarzyszyło zasadom epoki, czyli wychowaniem, traktowaniem kobiet, umniejszaniem ich roli, nie dawaniem im prawa do głosowania czy wykształcenia. Gdyby tylko autorka to piękniej rozwinęła, ukazała głębiej tę problematykę, ach jakaż to  by była powieść!


 Historia zawarta w powieści jest prowadzona z perspektywy dwóch kobiet, dwóch jej narratorek. Szelmy, niewolnicy, oraz Sary, jej pierwszej właścicielki. Obie próbują jakoś wygrać swoje życie, obie będą walczyły o to na różne sposoby i obydwie będą musiały w końcu podjąć odważne decyzje. Punktem wyjścia jest dzieciństwo obydwu dziewczynek i pierwsze najbardziej chyba brawurowe w powieści akty buntu Sary. Próba uwolnienia swojej niewolnicy, nauczenie jej czytania i pisania, stawianie oporu wobec rodzicielskich upomnień. Ostatecznie jednak to Sara okazuje się być zniewolona najpierw obawą przed rodzicielskimi karami, później zasadami obowiązującymi w towarzystwie, wreszcie, własnymi przemyśleniami w których na dobrą sprawę nie ma zbyt wiele miejsca na temat tego, kim tak naprawdę jest Szelma. Szelma bowiem w myślach Sary przenigdy nie wydaje się być istotą która ma podobne prawa do Sary, choć na pewno jest istotą godną współczucia. Zniewolenie Sary sięga więc głębiej niż zdaje sobie ona z tego sprawę - Sara jest dzieckiem swojej epoki, choć najprostsze odruchy serca powodują, że nie chce do końca z nią pogodzić. Trudno jednak w tych odruchach zobaczyć coś więcej niż litość wobec pobitego stworzenia. Przeskoki czasowe w narracji ukazują obie dziewczęta w różnych okresach ich życia. Dojrzewania, gdy więź między nim zacznie słabnąć i ukazywać wyraźny rozdźwięk w dojrzałości umysłowej - Szelma zmuszona we wczesnym dzieciństwie do pracy, przejmowania coraz liczniejszych obowiązków siłą rzeczy dojrzewa szybciej od Sary, której jedynym obowiązkiem jest przymierzanie coraz to liczniejszych sukien. Dorastania, gdy Sara przeżyje pierwszy poważny zawód miłosny, a Szelma ucieczkę matki. Wreszcie dorosłości, w której obie, choć znajdując się na przeciwległych biegunach, dokonają najodważniejszych decyzji.

  Z perspektywy powyższego akapitu Czarne skrzydła wydają się ciekawą powieścią, podejmującą się trudnej tematyki, na dodatek w tak szerokim zakresie. Niestety przykrą niespodzianką jest to, jak płaskim językiem opisowym została ta powieść skrojona. Sara Grimke, wzorowana na prawdziwej postaci, jawi się tutaj jako nudna kobieta, pełna wewnętrznej inercji, której jedyny akt brawury miał miejsce w dzieciństwie, a późniejszy akt odwagi porzucenia dotychczasowego zniewolenia zasadami rodzinnego Południa, prowadzi ją płynnie do drugiego zniewolenia, zasadami kwakrów. Szelma długo również wydaje się pełna podobnej inercji, choć jej akty buntu są nieco bardziej spektakularne i paradoksalnie poczucie dumy własnej jest u niej bardziej rozwinięte. Przez pół powieści nie dzieje się nic poza opisywaniem zasad współżycia w domu rodziny Grimke, czyli czasami obowiązkowej chłosty (bądź innej kary cielesnej) na "nieposłusznych" niewolnicach, czarno - białego charakteru rodziców Sary i jej rodzeństwa, co miało chyba przez kontrast nadać samej Sarze nieco koloru. Bujność epoki zastępują opisy sukni i sposobu ich wykonywania przez niewolnice, choć w tym przypadku również padają jedynie hasła i na dobrą sprawę nie wiem, jak one robiły na przykład tak wymagając w wykonaniu, popularne wówczas gorsety. Ale koronki czy ozdobne guziczki są w każdym możliwym zestawieniu. Wreszcie temat niewolnictwa. Odnoszę wrażenie, że autorka uznała, że jak napisze parę haseł typu "chłosta, bunt, ból" to będzie wystarczające, by oddać ogrom cierpienia związanego z zagadnieniem. Nieudolność prób pisania jak Toni Morrison jest wręcz przykra i prowadzi do doznań typowej litości a'la powieściowa Sara Grimke. Litość narasta, gdy na koniec powieści dowiadujemy się kim i jaka naprawdę była Sara Grimke. Z samego biogramu wyłania się postać o wiele ciekawsza i odważniejsza, niż ta ukazana w książce.

  Oczywiście, czepiam się, bo gdyby od razu przyjęła za słuszne, że to tylko zwykłe czytadło, moje wrażenia byłyby znacznie, znacznie inne i przemilczałabym połowę niedociągnięć, chwaląc na przykład piękny przekład, albo biel papieru, na którym wydano książkę. Przez to, że oczekiwałam dobrej powieści, podejmującej się ważnego tematu uznaję pomysł za zmarnowany, a samą historię za napisaną słabo. Na dodatek z bohaterkami, które nie są zajmujące. Poznałam jednak parę nieznanych mi pojęć jak abolicjonizm czy odłam kwakrów. Niestety, żeby lepiej zrozumieć czym był abolicjonizm oraz jak odróżnić kwakra od mormona (z opisu Kidd łatwo o pomyłkę, a różnica zasadnicza) musiałam już doczytać na własną rękę. Czy te argumenty wyjaśniają dlaczego nie jestem w stanie polecać Czarnych skrzydeł? Zawsze będę jednak powtarzać, że warto przekonać się na własnej skórze. To co dla mnie jest słabe i płaskie, ktoś inny może uznać za piękne i zmysłowe. I to chodzi w końcu. Na tym polega piękno różnic indywidualnych.



Czarne skrzydła, Sue Monk Kidd, przełożyła Marta Kisiel - Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.