Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypożyczone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypożyczone. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 września 2013

Buba i spółka

Gdyby ktoś pytał mnie teraz jak uratować fatalny wieczór i zepsuty nastrój, odpowiedziałabym - idź pobiegaj! A jeśli nie masz odpowiedniej motywacji do biegania (co rozumiem, sama się zbierałam długo w końcu) to proszę, weź do ręki historię Buby (ja się nie mogę odkleić, mimo, że wypadałoby jednak już ją oddać Lirael..).


Kim jest Buba? Zwyczajną nastolatką z martensami na nogach? Może tak, choć brakuje jej tej specyficznej śmiałości jaką jest obdarzona przeciętna nastolatka. A może nie jest, tylko ja spotykam dziwne egzemplarze w tramwajach? W każdym razie Buba mimo wszystko się wyróżnia z tłumu. Jest miłą, serdeczną dziewczyną, ale też dość dorosłą w swoich odczuciach, bo przecież będąc dzieckiem tak postrzelonych rodziców musiała trochę szybciej dorosnąć. W zasadzie to nawet bardzo postrzelonych, skoro nie pamiętają imienia swojej najmłodszej latorośli.. Czego jednak się spodziewać po tacie, prowadzącym reality show i mamie, autorce łzawych romansideł? Zajęci własnymi sprawami, karierą, bądź tej kariery nagłą utratą, pisaniem kolejnej fenomenalnej powieści, bądź nareszcie sensownej książki, czy odkrywaniem nowych sposobów na urządzanie małego domowego piekiełka, nie bardzo się orientują, ani jak Bubie idzie w tej chwili w szkole, że już nie wspomnę o braku wiedzy do której szkoły tak w ogóle uczęszcza, ani z kim tak naprawdę ich córka najchętniej przebywa. Pewnie bardzo by się zdziwili, gdyby do nich dotarło, że tą osobą jest dziadek, choć Buba od jakiegoś czasu nie może oderwać wzroku od czupryny pewnego Adasia. Tylko może nie warto było się tym uczuciem dzielić z najlepszą koleżanką Jolą, która dość szybko pokaże, że najlepszą koleżanką to nie jest..

Aż dziwne, że jednak Bubie udaje się połączyć obowiązki szkolne i jako takie nadzorowanie szaleństw własnych rodziców, a oprócz tego wybuchowe powroty na łono rodziny starszej siostry Oleńki, wraz z siostrzeńcem, który nie ma przekonania do mówienia, zaś chętnie traktuje każdy mebel jako pisuar. I jeszcze znosić Mańczaków miłośników brydża. O, o pani Mańczakowej to można by oddzielny esej napisać, bowiem jej wygląd, styl i niesamowite wprost podążanie za aktualnymi trendami przykuwają uwagę od pierwszego wielkiego entrée. Kolorystka oraz dobór kroju do dość obfitej sylwetki i kształtów też robią wrażenie. Właściwie byłoby szalenie nudno gdyby nie Mańczakowie.. A jeszcze gdy dziadek odkrył sposób na ogrywanie ich w Ogóra to już w ogóle sytuacja zrobiła się, można by rzec świetna. A przynajmniej z perspektywy dziadka, którego przyznaję szczerze, najbardziej Bubie zazdrościłam. Choć też nie ukrywam, bywało, że najbardziej również irytował chwilami.

Nie jest to niewątpliwie tak zabawna historia jak Rudolfa Gąbczaka, nie ma też pewnej lekkości pióra jaką ma Musierowicz, ale niezależnie od pewnej stylistycznej skłonności do rozbawiania czytelnika na siłę (patrz: opisy Mańczaków) jest to lekka, zabawna, przyjemna powieść dla czytelników wszelakiej kategorii wiekowej. Idealna na zepsuty wieczór. I nie tylko. Tylko proszę czytać w odosobnieniu. Bywa, że czytelnik reaguje śmiechem nieco głośniejszym niż by się wydawało.

A, że lekturę zawdzięczam Lirael to już chyba oczywiste :)
Dziękuję raz jeszcze!


Buba, Barbara Kosmowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2010

Czytaj więcej

piątek, 25 stycznia 2013

"Nocny patrol" Siergiej Łukjanienko

W niektórych książkach jest zbyt wiele prawdy. W innych zbyt mało kłamstwa. Ludzie nie powinni tego czytać - dla własnego spokoju. Niech żyją z tą historią do której przywykli.*

Nikogo nie można zmusić do podłości. Nie da się nikogo wepchnąć w błoto, w błoto ludzie wchodzą sami. Bez względu na to, co będzie się działo wokół nich, nie ma i nie będzie usprawiedliwień. Ale usprawiedliwień i tak się szuka, i tak się je znajduje. Wszystkich ludzi tak uczono i oni okazali się pilnymi uczniami.**

Na ogół, sama z siebie rzadko sięgam po fantastykę. Mam paru swoich ulubieńców w tym temacie, lub, że tak to nazwę, okołotemacie, ale z reguły sięgam po książki w których wiodący jest realizm, niż magia. Czasami jednak dobrze jest zaglądać na blogi czytelników, sięgających właśnie po gatunki, których sami nie czytamy. Dzięki temu może nie przejdziemy obojętnie wobec naprawdę dobrego tytułu. Albo przynajmniej będziemy trzymać rękę "na pulsie". A dzięki uprzejmości niektórych blogerów możemy nawet poczytać książki z ich własnego księgozbioru. I tak ponownie dostałam kredyt zaufania, tym razem od Honoraty, i otrzymałam możliwość przeczytania Nocnego patrolu. Gdybym miała podsumować tę powieść w jednym zdaniu to powiedziałabym o niej trochę patosu, odrobina goryczy plus troszkę romansu, oraz oczywiście ciekawa fabuła, ale ponieważ nie da się tak do końca oddać tego w jednym zdaniu pozwolę sobie na tych zdań odrobinę więcej.

 Fabuła Nocnego patrolu rozgrywa się w Rosji, w Moskwie, w czasach mniej lub bardziej nam współczesnych. Główny bohater, Anton Gorodecki jest pracownikiem Nocnego Patrolu, który wbrew sugestii w nazwie, stoi po stronie Światła. Światło wieki temu podpisało Traktat z Ciemnością, dzięki czemu niektóre wiedźmy mają licencję na rzucanie uroków, wampiry mogą legalnie zaatakować określoną ilość osób, a jakiś Ciemny mag ma możliwość rzucenia kilku zaklęć. Układ zdaje się dawać szansę na równowagę sił Światła i Ciemności, ale czasami obopólne próby wywiedzenia przeciwnika na manowce powodują jej zachwiania. Ponieważ oba, zarówno Światło jak i Ciemność, mają swoje Patrole, Nocny i Dzienny, a więc również dwóch szefów, wielkich magów, Jasnego i Ciemnego, nieustannie trwa między nimi rozgrywka, o zwiększenie swoich wpływów w świecie ludzi, istniejącym równolegle, intuicyjnie odczuwającym świat Innych, ale nie mającym do niego dostępu. Jednakże Anton nie jest ot takim sobie bezwolnym pracownikiem, wykonującym bezmyślnie polecenia. Coraz częściej, szczególnie gdy odkrywa jak bardzo jest tylko pionkiem w działaniach swojego szefa, dokuczają mu przemyślenia odnośnie sensowności działań Światła i Ciemności, zasadności w ogóle istnienia obydwu Patroli, Dziennego i Nocnego i zasadności ingerowania w świat ludzi, którzy przecież od wieków się nie zmienili i nie potrafią uczyć się na swoich błędach. Gdy na jego drodze pojawi się ważna kobieta, te przmyślenia nabiorą jeszcze większej mocy i wprowadzą w myśli Antona więcej zwątpienia. I wreszcie, nieco nieszablonowego działania.

Powieść składa się z trzech historii, które teoretycznie można by czytać bez znajomości historii poprzednich, ale ponieważ ułożone są w pewną ciągłość, w której wydarzenia z poprzedniej części są kontynuowane w kolejnej, warto przeczytać je w całości. W pierwszej historii pojawia się chłopiec o imieniu Jegor, zwykły ludzki nastolatek, który jednak ma ogromne predyspozycje na Innego, kto wie, może nawet maga w przyszłości. Jegor jest jednak jak czysta, niezapisana karta, może wybrać zarówno Ciemność, jak i Światło.  Pojawiający się w drugiej części Dzikus również odegra ważną rolę w części trzeciej, podobnie jak Jegor. Toteż poznawanie tych postaci przez pryzmat wszystkich zdarzeń jakie miały miejsce zanim pojawili się w Zmroku pozwala na pełniejszy obraz całości. I całkiem przyjemną lekturę.

Minusy? Po części drugiej łatwo zauważyć schematyczność tych historii - w każdej w prologu pojawia się jakaś postać, która odegra znaczącą rolę w całej historii, w każdej Anton jest traktowany jak pionek w grze i w każdej olśnienie na temat tego co tak naprawdę się dzieje, dotyka Antona na niemalże sam finał akcji. Dodałabym do tego kilka miejsc, gdzie jest trochę zbyt dużo patosu, ale to naprawdę nie umniejsza przyjemności z czytania. To jest świetna książka, z ciekawą, mimo wszystko niebanalną fabułą. A nawet momentami zabawną..
  - Gdybyśmy zamieniali się tydzień później, musiałbyś się nauczyć korzystać z podpasek.
  - Jak każdy normalny mężczyzna oglądający reklamy umiem to robić perfekcyjnie. Podpaskę należy oblać jadowicie niebieskim płynem, a następnie z całej siły ścisnąć w garści.***



Nocny patrol, Siergiej Łukjanienko, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2007
* str. 203
** str. 367
*** str 200
Czytaj więcej

niedziela, 13 stycznia 2013

"Walka kotów" Eduardo Mendoza

Nic łatwiejszego w świecie, niż widzieć to, co chce się zobaczyć. W przeciwnym wypadku mężczyźni nie żeniliby się z kobietami, a ludzkość wymarłaby tysiące lat temu.*


 Madryt, marzec, rok 1936. Hiszpania u progu wojny domowej, pełna wewnętrznego napięcia, nielegalnych wieców politycznych, zamieszek i rozdarcia. Do takiej Hiszpanii przybywa flegmatyczny, oraz mimo całego swojego wykształcenia, wiedzy i erudycji, mało rozgarnięty Anglik, historyk sztuki, Anthony Whitelands. O tym, jak mało jest on inteligentny (albo inaczej: słabo przewidujący) dowodzi chociażby zadanie jakiego się podjął z rąk człowieka, którego dotąd nie znał,  a o którym słyszał tylko niepochlebne opinie. Zadanie polega na ocenie prawdziwości obrazu, należącego do pewnej nobliwej, madryckiej rodziny. Podjęcie się tak niepewnej misji oraz wyprawy do Hiszpanii w celu nie do końca pewnej transakcji, z wiedzą, co w kraju już się zaczyna dziać może już sugerować wady charakteru Anglika. Który mimo całej swojej flegmatyczności wmiesza się w samo epicentrum spraw, które ani jego nie dotyczą, ani nie są związane do końca z jego zainteresowaniami, a które mogą go przyprawić o utratę życia. Do pewnego momentu zastanawiałam się nad umiejscowieniem tej powieści gatunkowo - komedia omyłek? tragifarsa? powieść szpiegowska? I niestety nie znam odpowiedzi na to pytanie. Długo jednak w mojej głowie pojawiało się słowo - kpina. Ponieważ jest w tym jakaś kpina z czytelnika, żeby w tak doskonale zbudowane tło  historyczno - społeczne, wprowadzoną w sposób obrazowy wiedzę o dwóch ważnych hiszpańskich malarzach jak Velasquez, czy Tycjan, dodać do fabuły jako głównego bohatera kompletnego idiotę, co trochę kojarzy mi się ze starymi francuskimi filmami, gdzie przypadkowa, pechowa osoba była brana za szpiega, w związku z tym śledzona i inwigilowana, podczas gdy była najzwyklejszą postacią, ciepłymi kluchami, które nawet w szale pasji nie byłyby zdolne do radykalnych czynów. Anthony broni się jedynie swoją pasją - jego niekłamana fascynacja malarstwem sprawia, że ostatecznie przechodzi ochota by go udusić gołymi rękami.

Śmierć Akteona, Tycjan, Źródło zdjęcia
A zatem Anthony, historyk sztuki, udaje się do Madrytu, by ocenić nieznany sobie obraz. W pociągu jeszcze pisze list do swojej kochanki, Catherine, by zakończyć z nią tym listem kilkuletni romans. I już w tym pociągu zawiera ciekawą znajomość z przedstawicielem madryckiej policji. Takich znajomości Anthony zawrze jeszcze bardzo, bardzo wiele, stając się obiektem zainteresowania wszystkich wewnętrznych frakcji walczących, służb policyjnych,  szpiegujących i innych osób zainteresowanych losem Hiszpanii. Punktem wyjścia do dramatycznej części fabuły jest obraz Tycjana Śmierć Akteona, podziwiany przez Anthony'ego w trakcie oczekiwania na gospodarza domu, w którym miał dokonać oceny. Temat pochodził z wielu źródeł, z których wybijały się "Metamorfozy" Owidiusza. Wybrawszy się z przyjaciółmi na polowanie, Akteon gubi drogę i błądząc po lesie, zaskakuje Dianę, nagą, szykującą się do kąpieli w jeziorze. Rozgniewana bogini przemienia Akteona w jelenia, którego rozszarpują jego własne psy.** Obraz ten przedstawia moment przemiany Akteona oraz pierwsze ataki psów z jego sfory. Jest on interpretowany na różne sposobny, oprócz oczywistej sceny mitologicznej, choć wybrany moment dość osobliwy, stanie się swego rodzaju metaforą do sytuacji w Hiszpanii i z wolna szykującej się wojny bratobójczej. Wielu sądzi, że jesteśmy właśnie w takiej sytuacji. Błąd nie do naprawienia został popełniony, strzała opuściła cięciwę łuku; pozostaje tylko czekać, aż nasze własne psy rozerwą nas na kawałki.*** Obecność Anthony'ego więc cały czas sprawia wrażenie jakiejś pomyłki, w tej szczególnej dla kraju sytuacji. Jaką rolę odegra? Dobre pytanie. Oprócz tego, że popełni wiele dyplomatycznych gaf, rozdziewiczy obie córki gospodarza, który go przyjął i będzie musiał wiele razy uciekać by ratować życie, jego rola jest tu niejasna. Dokładnie jak tego biednego, przypadkowego, francuskiego szpiega, tyle, że Anthony'emu absolutnie brakuje jego typowej dobroduszności. Dlatego trudno lubić Anthony'ego i mu dopingować. Jest zadufany w sobie, zaślepiony, a że nie nadaje się na szpiega czy dyplomatę udowadnia niemalże na każdej stronie. Gdyby nie fabuła, która się broni ciekawą akcją, świetną narracją i dialogami, oraz niezwykłym tłem społeczno - politycznym, oceniłabym tę pozycję niżej. Ze względu jednak na wymienione walory oceniam ją całkiem pozytywnie.


Walka kotów, Eduardo Mendoza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012
* str. 264
** str. 33
*** str. 334


--------------------

Za udostępnienie książki do lektury dziękuję Kotu. Pik :)


Edit: Na życzenie właściciela powieści puszczam książkę w obieg [cytując z komentarza: Tylko niech każdy, do kogo dotrze, podpisze się na niej gdzieś z tyły lub przodu choćby nickiem ;) Żeby można było prześledzić drogę ;)]. Jeśli ktoś jest zainteresowany lekturą proszę o informację w komentarzu. Zasada będzie taka, że do pierwszej osoby wyślę książkę ja, do drugiej osoba, która ją dostała w pierwszej kolejności, do trzeciej druga itd. A ostatnia osoba zwróci właścicielowi :)

Czytaj więcej

środa, 9 stycznia 2013

"Mali bohaterowie" Zofia Lorentz

"Małych bohaterów" pisałam (..) w bardzo trudnych (..) warunkach. Miałam jednak przy sobie kogoś kto mnie mobilizował (...). Tym kimś był mój dziesięcioletni syn - Wiesław. Jego aktywność, dzielny współudział w odbudowywaniu domu, utraconego wraz z całą Warszawą, przerastały jego dziecięctwo, ale w gorącej pasji podejmowania zadań na miarę ludzi dorosłych, jakże był typowym dzieckiem wojennej Warszawy.*

Była sobie wojenna Warszawa. I były zgliszcza i huk wystrzałów i gruzy po domach poranionych od bomb. I było zdenerwowanie ogromne i strach i świat pełen najdziwniejszych i najstraszniejszych wydarzeń. I już nie było potrzeby czytania dzieciom bajek, bo to co się działo na co dzień, bardziej przerażało niż najstraszniejsze bajkowe stwory. I trzeba było odwagi większej od tej, którą posiadali dorośli, żeby rozsądnie zadziałać w momencie próby, żeby zrozumieć powagę chwili i żeby nie stchórzyć. Dlatego bajki trzeba było napisać jeszcze raz. Pozwolić Czerwonemu Kapturkowi na zmianę trasy i z koszyka wyjąć jedzenie, by je zamienić na granaty, Jasiowi i Małgosi piec suchary do paczek dla więźniów, a Kotu w Butach roznosić tajne gazetki po domach. I tak powstały Bajki Walczącej Warszawy. Bo Warszawa to jest takie dziwne miasto, w którym mogą się dziać rzeczy na pozór niemożliwe.**

źródło zdjęcia
Jest tych bajek dwanaście, na skromnej liczbie stron 114, każda nawiązuje tytułem do wybranej baśni Braci Grimm lub Andersena. Są krótkie, pisane językiem wprost, bez zbędnego zawoalowania, bez metafor, bajki o warszawskich dzieciach chwytają za serce i w wyobraźni odtwarzają trudne sceny z okresu wojennych działań na warszawskim Powiślu, z okresu powstania warszawskiego, z momentów trudnych i pełnych śmierci, lub przeczuć co do niej. I już po trzeciej bajce, o Brzydkiej Królewnie (Brzydkie Kaczątko),  łzy stają w oczach oczach, jakoś tak ciężko robi się na duszy, wobec dramatu małej dziewczynki, dramatu cichego, bez świadków, bez fanfarów i uznania dla jej bohaterstwa. I trzeba przerwać lekturę, bodaj na chwilę. By powrócić do niej po więcej, bo bajki te mimo trudnego, bolesnego tematu są napisane niezwykle ciekawie, wprowadzają poniekąd w świat własnego dzieciństwa, gdy człowiek chciał za wszelką cenę udowodnić dorosłym, że myśli znacznie rozważniej i rozsądniej, niż jest o to posądzany. Co ku mojemu zachwytowi udaje się również Jasiowi w bajce Głupi Jaś.

Najbardziej utkwiły mi w sercu, choć każda z opowieści jest na swój sposób wyjątkowa, cztery z nich. Wspomniane wyżej Brzydkie Kaczątko, Głupi Jaś, Dziewczynka z zapałkami i Żółty Pies Dingo. W tych bajkach dzieci udowadniają jakie są mądre, rozważne, jak potrafią podjąć się działań godnych bohatera, jak uratowanie uciekiniera przed zemstą gestapo, uratowanie rodziny przed nalotem niemieckich żołnierzy, odważne ukrywanie żydowskiej dziewczynki, czy mimo odniesionych ran, dzielne, we wsparciu psiego przewodnika, przeniesienie rannej siostrzyczki z niebezpiecznego miejsca. Wzruszają, ściskają za gardło, powodują że w oczach stają łzy.

Motywy z bajek są rekwizytami, formą ucieczki wyobraźni małego dziecka przed rzeczywistością. Ponieważ łatwiej trochę się żyje, gdy można udawać, że czołg jest tak naprawdę krwiożerczym smokiem, polującym na ładne dziewczęta, że czary chronią żydowską dziewczynkę przed śmiercią, że zabity gestapowiec nie jest  człowiekiem, a potworem, bestią, dlatego nie ma co go żałować. Instynktownie, niczym w odruchu samoobrony przed potwornością wojny, bajki te pokazują, że żeby przetrwać wojnę, sieroctwo, czy brak czegoś stałego, czego można się uchwycić i co pozwala dalej żyć, dzieci te przetwarzały nieco rzeczywistość, na potworną, to potworną, ale bajkę, której sami byli małymi bohaterami.

Zastosowanie formuły bajkowej opowieści służy też swego rodzaju zamortyzowaniu jej okropności, dzięki czemu całość pomimo bolesnej tematyki, czyta się mimo wszystko całkiem przyjemnie. Przeczytałam raz, a potem po raz drugi. To piękna książka. Polecam z całego serca.



-----------------------------

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Zacofanemu w lekturze ;)



Mali bohaterowie, Zofia Lorentz, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1971
*str.5
**str. 114
Czytaj więcej

niedziela, 6 stycznia 2013

"Tyrmandowie. Romans amerykański", rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska

To nie było spokojne życie. Nie było zawsze wspaniałe i poukładane. Dużo musiałam znosić i to nie tylko dlatego, że to był sławny Tyrmand, polski pisarz. Stary lowelas zdradzał taką młodą siksę jak ja. Wiem, że to robił. Miał gdzieś specjalny notes, jeszcze z Polski, w którym zapisywał swoje podboje. Kolekcjonował też ich fotografie. Pamiętam zdjęcie Niemki z dopiskiem - "zhańbienie rasy". (..) O moim życiu intymnym sprzed swojej ery nie chciał tak naprawdę słuchać, choć czasem zadawał pytania. Kiedy próbowałam odpowiadać, wściekał się. Potrafił być prawdziwym Otellem.*

Skąpiec. Zazdrośnik. Domowy tyran i dyktator w każdej dziedzinie - mody, wydatków, makijażu. Jeśli nie chciał kupić drogiej benzyny jeździł od stacji benzynowej do stacji, żeby kupić tę najtańszą. Nawet jeśli przez to w efekcie wydawał na tę benzynę więcej, bo przecież musiał ją mieć także na to poszukiwanie. Do tego człowiek głęboko przesądny. Taki obraz Leopolda Tyrmanda wyłania się z książki wspomnieniowej, w której udział brała Agata Tuszyńska. Trudno go nazwać do końca autorskim, bowiem książka składa się z listów Tyrmanda i jego trzeciej i ostatniej żony Mary Ellen, oraz wspomnień samej Mary Ellen. Dlatego zaznaczam zgodnie z kartą tytułową - rozmawiała i skomponowała.

Leopold Tyrmand zanim osiedlił się w Stanach Zjednoczonych był dwukrotnie żonaty. Nigdy nie stronił od towarzystwa kobiet, choć z kolei na kobiece zachowania miał mocno ugruntowane, bardzo staroświeckie poglądy. To znaczy, on, mężczyzna, owszem, może mieć ile zechce partnerek, ona, kobieta, nie ma do tego absolutnie prawa. To źle o niej świadczy. Kobieta ma określoną rolę w społeczeństwie i w życiu mężczyzny. A Mary Ellen Fox pięknie się w to wpisała, ślepo podążając za swoim mentorem.

Gdy się poznali ona miała 23 lata, on 50 lat. Pomijam jaki niesmak we mnie wzbudza sama myśl o związku z mężczyzną starszym od siebie o 27 lat, bo to są kwestie indywidualne, choć mój ciasny światopogląd dostrzega w tym jakąś formę zaburzenia.  Romantyk powie - miłość nie wybiera i na tym poprzestanę, W każdym razie młoda Mary Ellen okazała się podatnym egzemplarzem do kształtowania jej na modłę i podobieństwo Tyrmanda. Gdy na początku wydaje się, że ma jeszcze jako takie własne zdanie, szybko zostaje ono przemianowane na "ich" zdanie. Z psychologicznego punktu widzenia, można by rzec, że po toksycznej relacji z matką tyranką, Mary Ellen po prostu musiała znaleźć sobie takiego męża jak Tyrmand (Nikt nie miał na mnie takiego wpływu, nikt inny - może  poza matką.. w tak wyraźny sposób mnie nie kształtował**)

Mary Ellen sama zabiegała o znajomość z Tyrmandem, który nie narzekał na brak zainteresowania ze strony kobiet. Jak sama wspomina, dość szybko wskoczyła mu do łóżka, by potem zabiegać o to, by stać się dla niego osobą najważniejszą. Długo Tyrmand traktował ją jak korespondencyjną dziewczynę, dopiero tak naprawdę rozmowa z matką, którą odwiedził w Izraelu, sporo odmieniła. Pierwsza część listów z roku 1970 dotyczy rozstania niemalże zaraz na początku znajomości, gdy Tyrmand wyjechał do MacDowell Colony, miejsca dla artystów, gdzie pracował nad kolejnymi tekstami. Kolejne listy, pocztówki, wynikały z następnych rozstań, jak wyjazd do Izraela, czy do Rockford, dokąd się mieli za decyzją Tyrmanda i dużymi obawami Mary Ellen, przeprowadzić. Gdzie spędzili kolejne dziewięć lat i gdzie wychowywali dzieci (bliźnięta, urodzone w 1981r.). Bliźnięta urodziły się zimą, a już latem wyjechał na kilka tygodni do Kalifornii. A jakiś czas potem do Chin. Zwykle na ten czas przenosiłam się z dziećmi do matki. Zawsze mówił, że robi to dla swojej kariery, czyli dla nas. To na pewno będzie dobre dla nas. "Jeśli mnie będzie się dobrze powodziło, nam wszystkim będzie lepiej".***

Przeżyli razem piętnaście lat. Mary Ellen została wdową w wieku 38. lat, z dwójką czteroletnich dzieci. Czy to był szczęśliwy związek? Trudno mi ocenić. To wie tylko Mary Ellen. Choć w moim odczuciu ona po prostu była ślepo zapatrzona w Tyrmanda i co by on nie zarządził ona ze spokojem niewolnicy by wykonała. Dyplom doktorski Mary Ellen wisiał w toalecie, bo tam jest jego najlepsze miejsce, prawda?

Krótko mówiąc nie podobała mi się.. książka, ani treść. Żałuję, że przeczytałam, cieszę się, że coś mnie podkusiło, żeby nie kupować. Bo oprócz tego, co mi się treści nie podobało, nie rozumiem też logiki rozkładu zdjęć zawartych w tym tomie - np. w sekcji z roku 1970 zdjęcia Tyrmanda z lat 30-tych, czy w roku 1975 aktualne zdjęcie Mary Ellen. Czemu akurat tam? Czemu bez związku z treścią, czy zakresem dat? Ale to tylko zdjęcia, to drobiazg. Nie podobał mi się związek tyrana z młodą dziewczyną, którą zmieniał jak chciał. Oczywiście, to jej sprawa na co się zgadzała, ale moja ocena zawartości książki. Żałuję tylko, że Tyrmand po prostu stracił tak bardzo w moich oczach.. Paradoksalnie, dla Mary Ellen ta książka ma na celu zachowanie Tyrmanda w pamięci. Faktem jest, że w mojej pozostanie, ale nie jako świetny pisarz, a fatalny mąż. Żałuję.

Tyrmandowie. Romans amerykański., rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska, Wydawnictwo mg, Kraków 2012
*str. 152
** str. 230
*** str. 205
Czytaj więcej

sobota, 5 stycznia 2013

"Dziewięć kochanek kawalera Dorna" Kornel Makuszyński

   Niech ten tam i ów bredzi, co mu się żywnie podoba - a jednak najpiękniejszym stworzeniem na ziemi jest kobieta. Inni mówią, że koń, ale twierdzenie to po dłuższej rozwadze utrzymać się nie da. Toteż cokolwiek złego, albo jadowitego zostało kiedykolwiek powiedziane o kobiecie w powieści, noweli, poemacie lub komedii, ma swoje źródło w zawiści brzydkiego samca, zwalistego, o szerokich barach pitekantropusa, do rajskiego ptaka, w irytacji samozwańczego króla stworzenia, że musi patrzeć z zachwytem na wiotką, ongiś długowłosą istotę, dla której wszystko na świecie się dzieje, dla której on pracuje, buduje, tworzy, pisze i gra, z której czerpie natchnienie i dla której morduje się na wojnie. Mężczyzna dlatego nienawidzi kobiety, że musi ją wielbić.*


  Dziewięć kochanek kawalera Dorna to zbiór szesnastu opowiadań, zebranych z dzieł Makuszyńskiego wydawanych w latach 1911-32, ale po roku 1932 nigdy więcej nie publikowanych. Nie mają wspólnego tematu, a wręcz tematykę tak różnorodną, że można tu odnaleźć i humoreski i opowiadania fantastyczne i hołd kobiecie, jak również nieco ironiczny, ale jednak oddany, hołd Zakopanemu. Pisane z typową dla Makuszyńskiego swadą, dowcipem i zabawnymi dialogami, w niektórych momentach doprowadzały mnie do łez. Ze śmiechu! Szczególnie te dwa, które poświęcone są kobiecej..logice. Ponieważ z lubością popastwię się nad własnym gatunkiem, dla równowagi i złagodzenia efektu, cytat wybrałam pochwalny. Choć jak się przyjrzeć bliżej to i tu przytyk znaleźć można.

Tytułowe opowiadanie, rozpoczynające tomik, opowiada o losach nieszczęsnego kawalera (który kawalerem pozostaje z racji braku żony) Dorna, szukającego bezskutecznie miłości. Tu warto odnotować, że słowo 'kochanka' oznacza kobietę ukochaną, a nie jak dziś się powszechnie stosuje to słowo, kobietę będącą w związku pozamałżeńskim, lub w związku z mężem innej kobiety. Stąd wbrew pierwszemu wrażeniu, nie jest to historia o swoistym haremie nieszczęsnego młodzieńca, a niestety jego nieustających i mocno obfitych w tragiczne zdarzenia, poszukiwań tej jednej jedynej. Co dokładnie spotkało kawalera Dorna nie będę wyłuszczać drobiazgowo, bowiem pozbawię przyszłego czytelnika elementu zaskoczenia. Proszę tylko uważać na swoje włosy, bowiem po całej historii można osiwieć! W każdym razie to spotkało wiernego druha samego Dorna, który historii raczył wysłuchać i dla potomności spisać.
 Nie tylko Dorn poszukiwał bezskutecznie swojej miłości. Spotkało to również bohatera opowiadania zatytułowanego Sprawa o pocałunek. Biedny ów człowiek spotkał piękną dziewczynę w pociągu relacji Warszawa - Kraków. Miłość poczuł jeszcze w Milanówku, a w Piotrkowie jego uwielbienie sięgnęło wrzenia. I tu się objawia kobieca logika! Szczerze mówiąc po lekturze tego opowiadania zaczynam rozumieć, czemu rodzaj męski traktuje rodzaj niewieści z odrobiną pogardy, krótkie "nie" traktując jako "tak", lub na odwrót, co udowodniła bohaterka opowiadania, odmawiając pocałunku, a potem nazywając naszego bohatera bałwanem, że do pocałunku nie dążył. I zrozum tu kobietę! Jednakże w tej materii niewątpliwie genialne jest opowiadanie Jedno słowo kochającej kobiety, choć chronologicznie w tomie pojawia się przed Sprawą o pocałunek, zdaje się, że jedno z drugim są dla siebie niemą kropką "nad i" kobiecego stylu myślenia. Spłakałam się ze śmiechu i w myślach posyłałam wszystkim panom, znoszącym podobne męki rozmów z małżonkami, same ciepłe myśli. Panowie! Ja Was podziwiam. Sama bym dawno szanowną małżonką potrząsnęła, albo posłała do stu diabłów.

  To wszystko nie oznacza jednak, że Makuszyński z kobiety tylko bezczelnie drwi i traktuje jak trzpiotkę. We Wstępie bardzo potrzebnym zostaje to mocno obalone, potwierdzone, zaprzeczone a następnie podsumowane. Innymi słowy Makuszyński kobietę szanuje bardzo, nie szanuje stwora udającego kobietę i tylko takiemu urąga. Każdej kobiecie, która jest ciekawa jaka kobieta udaje kobietę zalecam lekturę wymienionego Wstępu.
  W opowiadaniach fantastycznych można spotkać diabła, który ma wstęp wzbroniony do piekła, przez co cierpi okrutnie, wazon, który staje się niemalże przyczyną szaleństwa biednego człowieka, oraz demoniczny obraz, który staje się kochankiem nieszczęśliwej kobiety.. i również niemalże doprowadza ją do obłędu. Jest też kilka tekstów poświęconych tematyce codziennej, jak na przykład nieumiejętność rozmawiania, słuchania i zaprzestanie pisania listów.. Ech, biedny Makuszyński, nie odnalazłby się w dzisiejszych czasach w ogóle. Jest też prześmiewczy tekst o budowaniu domu i zachowaniu majstrów, który mam wrażenie, nie stracił w ogóle na aktualności..
 Ogółem.. Kolejny przykład na to, że Makuszyński wielkim pisarzem był! Gorąco polecam!



Dziewięć kochanek kawalera Dorna, Kornel Makuszyński, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983
* str. 275
Czytaj więcej

wtorek, 1 stycznia 2013

"Przeprawa" Mira Michałowska

Pierwszy noworoczny spacer do lasu był przeprawą przez oblodzone drogi i ścieżki, które rzadko uczęszczane, nie leżą w zainteresowaniu osób odpowiedzialnych za posypywanie dróg piaskiem czy solą. I tak wycieczka, która na ogół zajmuje nam około kwadransa czasu, tym razem trwała ponad czterdzieści pięć minut. Utrzymanie równowagi, próba nie utracenia łączności między prawą i lewą nogą ponownie przywiodły mi na myśl to słowo - przeprawa. Jakież adekwatne, swoją drogą, pomyślałam, gdy w sposób zupełnie niezgrabny i absolutnie nie przywodzący łyżwiarskie figury, ratowałam się przed upadkiem.

Przeprawą było też uzyskanie dostępu do tej książki, bo choć, owszem, dostępna, zgodnie z wiedzą jaką zaczerpnęłam z bibliotecznego katalogu, to jednak na półkach była nieobecna. Po dłuższych poszukiwaniach, z pomocą przyjaznej pani bibliotekarki, dowiedziałam się, że książka jest w magazynku biblioteki, bowiem księgozbiór biblioteczny jest zbyt obszerny by go pomieścić na niedużej, bądź co bądź, powierzchni jaką zajmuje biblioteka. Dopiero po kilku dniach, po przeprawie w bibliotecznym magazynie, książka dotarła do moich rąk. Po takich przeprawach apetyt na książkę wzrastał wprost proporcjonalnie z trudnością jej zdobycia. Dlatego wcale mnie nie zdziwiło, że sama lektura zajęła mi niewiele czasu, choć niewątpliwie jej treść trochę zdziwiła.

Znana mi dotąd tylko w Wojny domowej Mira Michałowska kojarzyła mi się z żartobliwą, swobodną narracją, która działa odprężająco, a jednocześnie zabawia czytelnika ciekawymi anegdotkami z życia wziętymi. Powieść Przeprawa jest pod tym względem nieco inna, ponieważ  utrzymana jest w tonie mniej żartobliwym, choć nadal swobodnym.

Akcja powieści przenosi nas w lata 60-te ubiegłego wieku. Główną bohaterką jest pisarka, Irena, która zmaga się z twórczą niemocą. Ma właśnie podpisany kontrakt na książkę, której zamysł powstał już w Polsce, a której fabułę ma tworzyć w spokojnym pensjonacie o nazwie "Pustelnia", znajdującym się w górach Catskillu, niedaleko Nowego Jorku. Jest w Stanach tymczasowo, ze względu na  trzyletni kontrakt pracy przy ONZ jaki otrzymał jej mąż Henryk, przebywający w ich mieszkaniu w Nowym Jorku, a w zasadzie najczęściej w biurze. Pobyt w pensjonacie ma służyć spokojnemu procesowi twórczemu, który jednak jest zakłócany albo uczuciem niepokoju i chęcią powrotu do Nowego Jorku, albo ciekawością właścicielki pensjonatu czy współmieszkańców. W sposób zaś przypominający format powieści szkatułkowej przechodzimy z historii samej Ireny do powieści jaką pisze Irena, której jest również bohaterką, co czasami bardziej przypomina jej wspomnienia, niż powieść w powieści. Bohaterka - alter ego Ireny płynie na statku w rejsie z Ameryki do Francji i ma za współtowarzyszy tej podroży Dona, adwokata, płynącego wraz z synem, oraz przyjaciółką rodziny Helen, na podróż wspomnieniową do Paryża.  Z kolei na statku Don przenosi nas w odleglejszą nieco historię z roku 1938 kiedy to poznał Tanię, matkę jego syna Walta, w której zakochał się bez pamięci od pierwszego wejrzenia. I tak "Przeprawa" mówi o przeprawie, jaką musi odbyć pisarka między pustymi stronami, a stronami zapisanymi fabułą powieści, przeprawą przez ocean do źródeł historii miłosnej i wreszcie przeprawą przez ową historię miłosną, która z banalnego początku przeradza się w pospolity dramat małżeński i ostatecznie fatalne rozstanie.

Te trzy opowieści są prowadzone konsekwentnie od początku do końca, przeplatając się nawzajem,  najczęściej dlatego, że Irena zasiada do pisania, ale też w innych sytuacjach, jak wtedy gdy z powodu wypadku jakiemu uległa traci przytomność i wyobraźnią przenosi się na pokład wspomnianego statku. Narracja pierwszoosobowa najczęściej przemawiająca głosem Ireny, czasami przejmowanym przez Dona, prowadzona jest dość spokojnie, leniwie, niczym rejs na spokojnym morzu. Nie ma tu akcji zapierającej dech w piersi, historia miłosna nie porywa, a jej finał jest więcej niż do przewidzenia. A jednak jest coś ciekawego w tej książce. Mimo, że dość krótka, bo posiadająca zaledwie 244 strony, podejmuje się szerokiego wachlarza tematów, jakim jest sytuacja w Ameryce w okresie wojny w Wietnamie, podziałów w społeczeństwie, jakie ta wojna spowodowała, ruchów związanych z równouprawnieniem osób czarnoskórych, sytuacji Polaków, którzy wyemigrowali w czasie wojny do Stanów, a wreszcie różnic kulturowych między Europejczykami a Amerykanami. Całość zamyka ukończenie powieści pisanej przez Irenę.

Napisana prostym, przystępnym językiem, może nie jest typem powieści, które czyta się jednym tchem, ale też nie irytuje, by ją porzucić w połowie czytania. Polecam jednak raczej wielbicielom autorki.


Przeprawa, Mira Michałowska, Czytelnik Warszawa 1971


Czytaj więcej

niedziela, 23 grudnia 2012

"Czas aniołów" Iris Murdoch

 Ten rodzaj atmosfery zmierzchu bogów doprowadzi sporo ludzi do obłędu (..)*

Czas aniołów to nie jest łatwa lektura - nie jest lekka, choć paradoksalnie czyta się ją lekko i szybko, ale zaliczam ją raczej do tych trudniejszych, które wymagają od czytelnika skupienia. Daje też niebywałą satysfakcję z lektury. Jej siłą są dialogi i problematyka - utrata wiary w Boga.

Powieść ta przypomina nieco teatr telewizji. Scenografia zostaje zawężona do plebanii, osnutej mgłą i w związku z tym odciętej w pewien sposób od świata, do krajobrazu rzeki ukrytej w tej mgle oraz fragmentarycznie, do paru londyńskich ulic. Bohaterowie nieliczni, ale wyraziści i każdy z bogatą historią. Spoiwem dla nich wszystkich jest Karel, kapłan, który ma opinię dziwaka, kapłan, który jest bratem, ojcem, wujem, gospodarzem i nareszcie kimś w rodzaju pana i władcy. Jest to też kapłan, który z ambony, podczas prowadzonej przez siebie mszy pyta swoich wiernych: "A co by się stało, gdybym powiedział wam, że Boga nie ma?".

Wszystko zaczyna się od tego, że Karel przenosi się na plebanię do Londynu, choć można też uznać to za etap, że wszystko się zaczęło kończyć właśnie od tego momentu. Wraz z nim w przeprowadzce biorą udział jego córka Muriel, bratanica Elżbieta, oraz osoba nie mniej znacząca, gosposia Pattie. Na plebanii zaś oczekują ich Eugeniusz Pieszkow z synem Leonem. Każdą z bohaterek i bohaterów poznajemy jakby w kolejnych odsłonach aktów, każdy akt też narasta w znaczące szczegóły, powoli historia ta nabrzmiewa od zadawanych ran, trudnego życia z chimerycznym i zdaje się, niekoniecznie zdrowym na umyśle kapłanem. Karel odcina się od świata, podobnie odcina od świata całą plebanię, czyniąc z Pattie swoistego cerbera, który ma za zadanie przeganiać wszelkich interesantów. Również brat Karela, Marek, nie ma dostępu do tego świata. W ciemni tych aktów pojawia się delikatny przebłysk, chwila nadziei na coś wspaniałego miedzy Pattie i Eugeniuszem, ale jak to z przebłyskami bywa, zgasł zbyt szybko. Niezdrowa atmosfera na plebanii narasta ze strony na stronę, by przyjąć niespodziewany obrót i w rezultacie rozproszyć bohaterów tego dramatu w różne strony miasta. Finał, jak na dramat przystało, z ofiarą śmiertelną, zamyka tę sztukę aktem końcowym.

Siłą przekazu jest utrata wiary w Boga. Wiarę tę stracił Karel, który jednocześnie sam siebie zamienia w swoiste bóstwo czyniąc siebie panem i władcą garstki kobiet na plebanii. Dla osób religijnych jego zachowanie będzie po prostu bluźniercze. Niczym obłęd, bo ciężko to wyjaśnić w kategoriach rozumu. Jego brat Marek, od dawna twierdzi że nie ma Boga, ale wiara brata była dla niego ważna, toteż uświadomienie sobie, że on tę wiarę traci zagraża fundamentalnym przekonaniom Marka. Karel syci się wiarą dobrej, niewinnej, naiwnej Pattie. Daje mu ona siłę i opromienia boską chwałą. Pattie jest swoistą Matką Boską w oczach Karela, który ma odwagę, by wymawiać słowa znanej modlitwy do Pattie, nie do Matki Boskiej. I wreszcie utracona wiara Eugeniusza. Ona jest najsilniej sprowokowana przez los, jaki spotkał Eugeniusza. Utrata majątku rodziny na skutek rewolucji, długie, stracone lata w obozach pracy., śmierć żony, samotne wychowywanie syna i emigracja do kraju, w którym nigdy nie pozwolił sobie poczuć się jak w domu. Życie jako takie uznaje jako jeden wielki obóz, jedynie umiejscawiany w różnym środowisku.

Dla kogoś wierzącego niektóre dialogi, czy twierdzenia bohaterów mogą być trudne. Dla mnie ta książka to istne morze tematów do dyskusji. Polecam umysłom otwartym, nie zrażającym się bluźnierczymi teoriami, które wygłaszają bohaterowie. Summa sumarum przekaz książki jest jasny -utrata wiary to utrata czegoś ważnego, czegoś, czego człowiek wierzący mógł się uchwycić w ciężkich chwilach. I nieważne w co wierzy tak naprawdę, ważne, że zostało to utracone.


Czas aniołów, Iris Murdoch,  Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970
*  str. 19

Czytaj więcej

czwartek, 20 grudnia 2012

"Wojna domowa" Miry Michałowskiej

Gdy jakiś czas temu czytałam Szklany klosz Sylvii Plath nie zwróciłam uwagi (cóż za niedopatrzenie), że książkę tłumaczyła Mira Michałowska. Nie od dziś wiadomo, że rola tłumacza odgrywa bardzo ważną rolę, że kiepski tłumacz może zepsuć nawet arcydzieło, że genialny tłumacz może z kiepskiej powieści uczynić przyjemne czytadło. Mira Michałowska była niezwykłą tłumaczką, bo Szklany klosz czytałam jakbym czytała samą Sylvię Plath, bezpośrednio, jakby nie istniał żaden dodatkowy kanał komunikacyjny. A przecież istniał i to odczucie potwierdza, że tłumacz wykonał świetną robotę! Ale skromnie, jest zawsze w cieniu autora. W Wojnie domowej poznajemy właśnie taką tłumaczkę, jej perypetie sąsiedzkie, małżeńskie, a nareszcie pedagogiczne. I bez dwóch zdań, jest to idealna lektura na każdą porę roku. Można czytać ją w komunikacji miejskiej, w oczekiwaniu na pociąg/tramwaj/metro (niewłaściwe skreślić ;D).  Zresztą, gdyby nie Wojna domowa wczorajsza podróż do Poznania byłaby dla mnie pasmem udręki i nudów. A tak spędziłam kilka przyjemnych godzin w pociągu, czasami odrywając się od lektury, by obejrzeć świat za oknem, który już w niedalekiej odległości od Warszawy, znacząco różnił się krajobrazem pogodowym od warszawskiego.



Wojna domowa to zbiór felietonów, które Mira Michałowska publikowała pod pseudonimem Maria Zientarowa w "Przekroju" i na podstawie których powstał scenariusz do słynnego już serialu Wojna domowa. Krótkie, często ledwie dwu-trzy stronicowe humoreski są scenkami z życia dwóch rodzin. Rodziców Pawła i Pawła, oraz mieszkającego po sąsiedzku, bezdzietnego małżeństwa, do którego sprowadza się nastoletnia kuzynka, Anula. Wychowywanie młodzieży prowokuje wiele inspirujących dialogów, rozmowy dorosłych z młodzieżą, kiedy to dorośli rzadko nadążają za tokiem rozumowania młodzieży, powodują wiele zabawnych nieporozumień, ciekawych konkluzji i zaskakujących zakończeń. Napisana lekkim, przyjemnym językiem, bez specjalnych ozdobników i ulepszaczy Wojna domowa może być lekturą dla każdego, niezależnie od wieku, płci i innych upodobań. To po prostu rewelacyjna, zdecydowanie za krótka!, książeczka, która mimo tego, że została napisana w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, jest w kwestiach relacji międzyludzkich nadal aktualna. Każdemu, kto się waha polecam fragmenty (tu i tu), jakie można znaleźć u Zacofanego w lekturze, który nie po raz pierwszy zwrócił moją uwagę na ciekawą i trochę zapomnianą książkę. Polecam serdecznie!


Wojna domowa, Mira Michałowska, Wydawnictwo TRIO, Warszawa 1994
Czytaj więcej

czwartek, 13 grudnia 2012

"Tarantula, Klops i Herkules" Joanna Olech

Zima zobowiązuje. A zatem dużo herbaty z miodem i cytryną i dużo lekkiej lektury. A nawet ( o zgrozo) obejrzałam film! Jednakże z lekką książką zawsze jest mi bardziej po drodze niż nawet z najlepszym filmem, a lekką książką, której autorką jest Joanna Olech, to już w ogóle, można by rzec - pełna kompatybilność uczuć. Dlatego jak tylko zobaczyłam, że pojawiła się w katalogu naszej biblioteki miejskiej.. nie omieszkałam zostać pierwszą wypożyczającą. I tak przeniosłam się w inne miejsce - do Witkowic, oraz w inną porę roku, czyli do okresu lata. I choć z przyjemnością czytam latem książki o zimie (bo tęsknię), tak już odwrotnie.. niekoniecznie (bo jeszcze nie tęsknię). Ale co tam pora roku, akcja się liczy!

Karol, o dość nieszczęśliwym nazwisku, Klops, zostaje "zesłany" do ciotki, do małej miejscowości Witkowice na okres wakacji. Jego mama dostała stypendium naukowe w związku z czym syna trzeba było gdzieś ulokować na czas jej nieobecności. Z dwojga złego - kolonie vs ciotka, Karol i tak woli pobyt u ciotki. A ta i jej córka Bella pozornie niespecjalnie były najszczęśliwszym towarzystwem dla chłopaka - Bella to mini wersja Paris Hilton, dla której różowe tipsy i świetna fryzura to najważniejsze problemy życiowe, a ciotka zapracowana i zajęta codziennością, nie ma specjalnie dla niego czasu. W Witkowicach  jak to w małych miejscowościach bywa, nic się ogółem nie dzieje. Fatalnie się zapowiadało prawda? Nie mogło się jednak obejść bez przygód, przyjaźni i ostatecznie całkiem niezłej afery w jakiej wziął udział Karol. A zaczęło się niewinnie - ktoś podmienił w witkowickim muzeum w gablocie z pocztówkami stare pocztówki na inne, na pierwszy rzut oka niewiele różniące się od poprzedniczek. Po co podmieniać pocztówki? Na dodatek pocztówki, której mają raczej wartość sentymentalną, wspomnieniową, ale niekoniecznie już realną? Dość dodać, że po krótkim czasie, na skutek niefortunnego wypadku, gruchnie wieść o skarbie, ukrytym gdzieś własnie w Witkowicach, by zaczął się ruch, tłumny zjazd żądnych wrażeń poszukiwaczy skarbów i ciekawskich turystów.

Karol, początkowo dość sztywny w obejściu, posługujący się bardzo poprawną polszczyzną, nie zyskuje aprobaty otoczenia. No i ten strój! Biała, wyprasowana koszula, czarne spodnie, czarne pantofle.. Plus ruda czupryna i trudno, żeby nadawał się na detektywa tak bardzo rzucając się w oczy. Z pomocą przyjdzie mu Tula, która szybko znajdzie dla niego alternatywny strój, wciągnie niechcący w swoje śledztwo i przypadkiem założy grupę detektywistyczną. Której największym atutem jest pies, nie bez powodu nazwany Herkulesem. Na cześć Poirot, nie mitologicznego rzecz jasna. Jego umiejętności detektywistyczne, dedukcyjne, oraz wrodzony radar naprowadzający na przestępców, będą ogromnym wkładem w sprawę "kto podmienił pocztówki?" i "gdzie został ukryty skarb?". Bo jak w prawdziwej, kryminalnej przygodzie być powinno, skarb okaże się prawdziwy i wart poszukiwań, na dodatek okraszony ciekawą historią związaną z jego pochodzeniem. Przygody zaś sprowokowane amatorskim śledztwem urozmaicą wakacje zarówno Karola, Tuli, Belli jak i Mietka. Dzięki czemu zawiążą się przyjaźnie. Nie tylko wakacyjne.

Jak to u Joanny Olech bywa - nie można się nudzić. Pisze prostym, ale wciągającym od pierwszego zdania stylem i w takim stanie utrzymuje czytelnika do ostatniej strony. Nawet jeśli powieść zachowuje ustaloną konwencję książek kryminalnych dla młodzieży to również wprowadza swoistą świeżość, dzięki ciekawym, barwnym postaciom, zabawnym przygodom i bardzo szczególnemu psu.

Polecam! Nie tylko młodzieży ;)

Tarantula, Klops i Herkules, Joanna Olech, W.A.B., seria z kotem, Warszawa 2012
Czytaj więcej

niedziela, 9 grudnia 2012

Uwaga! Czarny parasol!

  Historia o małym detektywie, choć niepowiązana aż tak bardzo z fabułą tego filmu, przywiodła mi na wspomnienie stary polski film Skarb. Otóż wychowywana przez dziadków, często wraz z nimi oglądałam program prowadzony przez Stanisława Janickiego W starym kinie. Program nadawano bodajże o 12- tej w niedziele, ale tego już tak dokładnie nie pamiętam. W każdym razie zbieraliśmy się przed ekranem całą rodziną i słuchaliśmy najpierw przedmowy do filmu (z typowym dla pana Janickiego litewskim sposobem wymawiania spółgłosek - a może to chodziło o lwowskie l..niewątpliwie jednak wymowę miał charakterystyczną i niezapomnianą), która była zawsze bardzo interesująca i równie wciągająca jak sam film. Filmy były przedwojenne w większości. Dlatego nie mam pewności, czy to też w tym programie obejrzałam Skarb po raz pierwszy, czy już niezależnie od niego, w każdym razie stare polskie filmy chyba zawsze będą mi się kojarzyć z programem W starym kinie.
  Skarb to przyjemna i urocza komedia omyłek, ale również niebywała okazja do obejrzenia powojennej Warszawy w trakcie jej odbudowywania, bowiem pochodzi z roku 1951. Wszędzie ruiny, zniszczone budynki, a wśród nich budowa nowych bloków, nowych mieszkań.


Ale nie to jest osią scenariusza (przynajmniej pozornie). Głównym tematem jest oczywiście tytułowy skarb, który wprowadzi sporo zamieszania. A wszystko przez to, że dwoje ludzi.. bardzo się kocha ;)

Przygoda Kubusia Detektywa, głównego bohatera książki Adama Bahdaja Uwaga! Czarny parasol! w pewien sposób ma coś wspólnego ze Skarbem, choć dzieje się prawie dwadzieścia lat później. Kubuś, który ma na swoim koncie rozwikłanie zagadki zaginionej wycieraczki, oraz porwania kury, otrzymuje kolejne zadanie - odnalezienie małej jamniczki Kreci, która zaginęła pani Szrotowej. Sprawa jest prosta i Kubuś, wraz z nieocenioną pomocą Hipci, oraz dziadka Kufla, szybko odkrywa kto stoi za zniknięciem Kreci oraz odnajduje ją zgodnie z obietnicą jeszcze przed wieczorem tego samego dnia. Dzięki temu odkryciu dwójka przyjaciół wmiesza się w znacznie grubszą i znacznie ciekawszą aferę. Zadanie było dziwne i pozornie mało skomplikowane - odnaleźć stary, czarny parasol ze srebrną rączką. Na początku wydaje się, że Kubuś wraz z Hipcią sami będą w stanie zadanie wykonać, ale okazuje się, że coraz więcej osób interesuje się tajemniczym czarnym parasolem, coraz więcej pytań się pojawia, co zmusza naszych bohaterów o poproszenie o pomoc Leniwca, który co prawda najchętniej by całe dnie się wylegiwał na słońcu, ale dzięki temu może być również czujnym obserwatorem. A zamieszanie wokół felernego parasola z chwili na chwilę tylko rośnie!

Oczywiście jest to książka jednak bardziej dla dzieci, niż młodzieży, ale czyta się lekko i przyjemnie. Strony same się przewijają, Bahdaj pisze ciekawie i robi z prostej historii quasi - detektywistycznej zabawną, sympatyczną i nieumoralniającą na siłę fabułę.

Uwaga! Czarny parasol! Adam Bahdaj, Nasza Księgarnia, Warszawa 1970

Książkę przeczytałam w ramach Tygodnia bez nowości

Czytaj więcej

czwartek, 6 grudnia 2012

Na pastwiska zielone te raki pustelniki...

Czy można posklejać to co nawet nigdy nie było całością? Czy można oczekiwać, że z grupy obcych ludzi powstanie rodzina, która zainteresuje się własnym losem? Oczywiście że nie można. Nie da się. A Anne B. Ragde pięknie to opisała. Surowo. Bezwarunkowo. Bo ludzie to nie świnie, nie da się zamknąć w jednym chlewie i kazać im ze sobą koegzystować w miarę spokojnie i bez większych ofiar.

------------

Raki pustelniki, kontynuacja Ziemi kłamstw jest zdecydowanie mocniejsza emocjonalnie, a jej zakończenie jest tak wstrząsające, tak budzące zgrozę, że za część ostatnią, Na pastwiska zielone, chwyciłam od razu, nie zwracając uwagi na fakt, że godzina późna, a rano, bez zmian, trzeba za pomocą usłużnego budzika, wstać do pracy.. Myli się jednak ten, kto osądzając po pięknych okładkach tej serii uzna, że historia w niej zawarta może być równie piękna. Nie jest piękna. To w zasadzie współczesna baśń Braci Grimm, bez szczęśliwego zakończenia co prawda, ale wychodząc z jednego punktu zatacza pełne koło i wraca do niego w niemalże niezmienionej scenerii, ponosząc jedynie konieczne dla historii ofiary.

Tytuł Raki pustelniki pozornie nawiązując do figurek jakie kolekcjonuje Erlend (figurek wykonanych z kryształów Svarovskiego, na które zresztą wydaje niefrasobliwie ogromne kwoty) tak naprawdę wiernie odwzorowują życie rodziny Neshov. Każdy podąża swoją ścieżką, która jest za wąska, by pomieścić na niej pozostałe osoby. Są samotni, prowadzą pustelnicze życia, nie potrafią się ze sobą komunikować, ani okazywać ciepła czy serdeczności. Trudno zresztą, żeby to potrafili. W domu nie zaznali normalnego ciepła rodzinnego, matka od dziecka uczyła ich pogardy do ich ojca, miłością darzył ich jedynie dziadek Tallak, który jak to okazało się na końcu Ziemi kłamstw, był tak naprawdę ojcem chłopców, a mężczyzna, którego traktowali jak ojca, był  w rzeczywistości ich najstarszym bratem. I z całej tej rodziny najbardziej pokrzywdzonym przez nich wszystkich.

Po pogrzebie Anny, matki trzech braci (Margida, Tora i Erlenda) wszyscy wracają do swoich domów. Torunn do Oslo, do swojej kliniki i swoich spraw, Erlend z Krumme do Kopenhagi, szczęśliwi  że nie muszą dłużej przebywać w Byneset, a Margido do Trondheim, do swojego zakładu pogrzebowego. Tor wraz z ojcem, a właściwie swoim najstarszym bratem, zostają na gospodarstwie sami. Wydaje się, że teraz, gdy Tor jest uwolniony od toksycznej relacji z matką, oraz otrzymał zgodę braci na dziedziczenie gospodarstwa i ich zrzeczenie się ze swoich części, będzie mógł rozpocząć w miarę normalne życie. Wypadek z siekierą przekreśla te możliwości. Uszkodzona noga wymaga opatrunku i unieruchomienia, a Tor musi poddać się okresowi rekonwalescencji. I tu zaskakuje odpowiedzialnością Torunn, która po prostu decyduje się na przyjazd do Byneset i opieką nad ojcem i dziadkiem. Przejmuje obowiązki w chlewie, zajmuje się domem i wysłuchiwaniem narzekań Tora. A ten niestety jest bardzo uciążliwy. Nie może pogodzić się z własną bezużytecznością w gospodarstwie, nie potrafi porozmawiać z Torunn o swoich uczuciach, a gdy w końcu stawia córkę pod ścianą i każe jej decydować natychmiast o tym czy przejmie gospodarstwo, Torunn nie potrafi mu jednoznacznie odpowiedzieć. Odtąd ta rozmowa będzie najgorszym wspomnieniem w życiu Torunn, ponieważ to po niej Tor postanowił odebrać sobie życie.

To dlatego tak szybko musiałam sięgnąć po Na pastwiska zielone. jeszcze miałam nadzieję, jeszcze się łudziłam, że może Tora uratowano, że Torunn wróciła wcześniej, że zajrzała do chlewu.. Niestety ostatnia część trylogii szybko rozwiewa te złudzenia. A zatem Torunn zostaje z tym pytaniem - "co dalej z gospodarstwem?" i z ogromnym poczuciem winy, że to ona była bezpośrednią przyczyną śmierci ojca. Pozostali bracia, zajęci własnym życiem i planami (Erlend z Krumme oczekujący swoich dzieci, Margido rozwijający swój zakład) przerzucają tak naprawdę odpowiedzialność za Byneset i za ojca, na barki Torunn, nie udzielając jej wsparcia innego oprócz materialnego. Ale też planując własne sprawy z przebudową czy eksploracją gospodarstwa. Jak długo można wytrzymać coś takiego?..

Jest to chyba jedna z najbardziej życiowych książek (piszę książek bo mam poczucie jednej całości, choć rozbitej na trzy tomy) jakie ostatnio czytałam. Można by ją określić jako sagę o goryczy. Bo jest w tej powieści jej bardzo wiele. Mówi o rozpadzie, którego nie dało się uniknąć, gdy podstawą utworzenia rodziny jest kłamstwo. I bardzo mi się podoba, że jedyną osobą, która potrafiła sobie ułożyć życie, która żyje w szczęśliwym związku, która postanawia powiększyć rodzinę, jest Erlend, homoseksualista, do niedawna ogromna hańba rodziny. A paradoksalnie on jedyny z całej rodziny Neshov jest naprawdę szczęśliwym, kochającym i kochanym człowiekiem. Przesłanie bardzo wyraźne.


Raki pustelniki, Anne B. Ragde, smak słowa, Sopot 2011
Na pastwiska zielone, Anne B. Ragde, smak słowa, Sopot 2012

Czytaj więcej

niedziela, 2 grudnia 2012

"Ziemia kłamstw" Anne B. Ragde

Rodzina – w socjologii rozumiana jako grupa społeczna lub instytucja społeczna. Rodzina, zdaniem socjologów i najprostszych jej definicji, to najważniejsza, podstawowa grupa społeczna, na której opiera się całe społeczeństwo.

Współczesne przeobrażenia rodziny każą odchodzić od ujmowania jej w kategoriach strukturalnych na rzecz nastawienia komunikatywnego. Zgodnie z takim podejściem można rozumieć rodzinę jako „duchowe zjednoczenie szczupłego grona osób skupionych we wspólnym ognisku domowym aktami wzajemnej pomocy i opieki, oparte na wierze w prawdziwą lub domniemaną łączność biologiczną, tradycje rodzinną i społeczną”*

Łączność biologiczna jest jednym z elementów wymienionej powyżej definicji rodziny. Ale tylko jednym. Pojawiają się tu takie słowa jak akty wzajemnej pomocy i opieki. Bardzo ważne słowa. Bo co zrobić, gdy jest tylko i wyłącznie łączność biologiczna - domniemana lub prawdziwa? Czy taką więź nazwiemy również rodziną? Ja mam opory. W zasadzie nawet nie opory. Ja tej więzi w ogóle nie dostrzegam. Bo więź to coś więcej niż przypadek biologiczny, który sprawia, że mamy podobne DNA z jakąś grupą ludzi.

..................

Margido jest już starszym człowiekiem, żyje samotnie w swoim dwupokojowym mieszkaniu, prowadzi własny zakład pogrzebowy. Śmierć jest dla niego chlebem powszednim. Jest do niej wzywany niezależnie od pory dnia i roku. Zapoznany z nią w różnych okolicznościach, tych łagodniejszych i tych o makabrycznym odcieniu, nauczył się podchodzić do niej z szacunkiem, ale i profesjonalnie. Jest w tym tak dobry i cieszy się takim zaufaniem, że często jest pierwszy wzywany przez rodzinę zmarłego, zanim jeszcze zostaną powiadomione inne służby.

Erlend skończy za chwilę 40 lat. Okres młodzieńczy ma już za sobą, ale mimo to jest wiecznym chłopcem, który jest rozpieszczony szczęściem. Jest artystą, który zajmuje się projektowaniem wystaw sklepowych. Ale nie jest to banalne zajęcie - jest to niczym powstające z pietyzmem dzieło sztuki, a przynajmniej tak to wygląda, gdy zajmuje się nim Erlend. Oddaje się temu zajęciu całym sercem, podobnie jak swojemu związkowi z Carlem, którego nazywa pieszczotliwie Krummem.

Tor to zażywny pięćdziesięciolatek, zajmujący się hodowlą świń, z której się przerzucił po hodowli krów. Tęskni jednak za krowami. Za ich ciepłymi spojrzeniami i ciepłymi pyskami. No i krowa nigdy, przenigdy nie przydusiłaby własnym ciałem cielaka, co zdarzało się maciorom ze swoim prosiętami. Tor mieszka ciągle z rodzicami, prowadząc podupadłe gospodarstwo, żyjąc jednocześnie w swoistej symbiozie z matką, której nagła choroba wywołuje w nim narastające powoli załamanie nerwowe.

I jest jeszcze Torunn. Asystentka weterynarza, znakomita znawczyni zachowań psów, która prowadzi szkolenia z zakresu właśnie tej wiedzy. Ma w tym niebywały talent, jest spostrzegawcza i ma w sobie dużo cierpliwości dla zwierząt. Dzięki jej staraniom klinika weterynaryjna dla której pracuje, osiągnęła niezwykły sukces, co pomogło Torunn, zwykłej asystentce, stać się współwłaścicielką kliniki.

Co łączy tych ludzi? Więź biologiczna. Margido, Erlend oraz Tor to bracia, Torunn to córka Tora, córka, którą Tor widział raz w życiu, a o której istnieniu Erlend nie miał pojęcia. To, że Erlend wyprowadził się z rodzinnego domu dwadzieścia lat wcześniej nie miało z tym związku, bo ciąża Ciss, matki Torunn, wyniknęła jeszcze za czasów, gdy tam mieszkał. Czyli całe zajście zatajono przed najmłodszym z braci. Co może być jedną z odsłon relacji rodzinnych..

Sytuacja związana z chorobą matki wszystkich trzech mężczyzn spowoduje ich spotkanie. W zasadzie spotkanie całej "rodziny". Brak kontaktu, brak więzi, brak jakichkolwiek relacji, spowoduje, że nie będzie to ciepłe spotkanie. Ani nie pojawią się ciepłe słowa. Pomimo tego jednak ta grupka ludzi spróbuje spędzić ze sobą święta Bożego Narodzenia, przed którymi zaczęła się choroba matki. Pojawia się chęć niesienia pomocy, gdy Tor zacznie przegrywać walkę z załamaniem nerwowym. Ale też zostanie objawiona ważna rodzinna tajemnica, która naprawdę, mogłaby zwyklego człowieka załamać.

....................

Ziemia kłamstw nie jest łatwą lekturą. Autorka bezlitośnie obnaża dysfunkcjonalność tej rodziny, operuje świetnym językiem, opisuje surowe, prawdziwe obrazy. Nie lukruje, ani nie łudzi czytelnika, że zacznie to robić. Nie ma wątpliwości, że próba zadzierzgnięcia więzi między braćmi i ich bratanicą może być nierealna. że nie wynika ona z naturalnej chęci by tę więź uzyskać. Że jest raczej jak przypadkowa sytuacja, na przypadkowej grupie ludzi, którzy przypadkiem utknęli pod jednym dachem. I próbują dojść z tym do ładu. A jednak czytałam ją jednym tchem. I cieszę się, że dwa pozostałe tomy trylogii czekają już na półce.



Ziemia kłamstw, Anne B. Ragde, smak słowa, Sopot 2011

* Źródło tu
Czytaj więcej

piątek, 30 listopada 2012

Poezja prozą pisana - o "Dukli" Andrzeja Stasiuka

Dukla to rzecz niebywała.
Niby treści niewielkiej, tekstu krótkiego, a jednak mam poczucie spotkania z czymś wielkim. Poetycko.
Dukla jest niczym dobry trunek, który najlepiej sączyć powoli. Dawkować małymi łykami, niespiesznie,  nawet gdy kusi, żeby jednym haustem, żeby pochłonąć całość, teraz, zaraz, natychmiast.
Dukla to parę opowiadań. Właściwie niektóre z nich można nazwać notatkami. Wariacjami na temat.
Dukla to obrazy. Malowane prozą.
Gdy się ją czyta, jest się jakby poza czasem.
 
Czas zamierał między sobotami. Tracił swoją lekką, przejrzystą postać. Puchł, gęstniał, obezwładniał, czepiał się ciała i może życie stawało się podobne do marszu pod wiatr. Czułem się tak, jakbym próbował biec w wodzie sięgającej piersi. Gesty snuły się za mną jeszcze długo potem, jak je wykonałem. Byłem pewien, że zostawiam ślady w powietrzu. Bo wtedy czas bardzo przypominał powietrze. Albo w wodę. Za to w sobotnie wieczory czas odzyskiwał swoją właściwą postać. Płynął tak prędko, że mnie wyprzedzał. Widziałem, jak umyka. Tak uciekają pejzaże za oknem pociągu. Nic nie można zrobić. Niby zostają w tyle, lecz ma się poczucie, że to one nas porzucają, a nie odwrotnie.*

Dukla to zbiór wspomnień o nieistniejącym czasie i zmieniającej się pod jego wpływem Dukli. Małej miejscowości w województwie podkarpackim. Banał? Ot wspomnienia z dzieciństwa? Pewnie tak. Ale Dukla to nie tylko mała mieścina..

No więc Dukla jak memento, jak mentalna dziura w duszy, klucz nie do podrobienia i duch porośnięty migotliwymi piórkami realności. Dukla warta litanii, Dukla ze spróchniałym ciałem Amalii zamiast serca, Dukla wypełniona przestrzenią, w której lęgną się obrazy i dopada przeszłość, a przyszłość przestaje obchodzić (..)**

Tak naprawdę, gdyby próbować zebrać tematykę tego tomiku, to wydaje się dość uboga. Czerń nocy na styku wschodzącego słońca. Wspomnienia z dzieciństwa, z pewnego lata pełnego słońca i spowalniającego czasu, którego bieg zmieniał się jedynie w soboty, fascynacji piękną dziewczyną, wspomnienia o dziadku. Obrazki z życia flory i fauny. Tyle, że te skromne obrazy oddane są w taki sposób, że mimo swej powszedniości, ba, banalności, przykuwają uwagę, spowalniają tempo lektury, wciągają. Mam świadomość, że nie każdego może pociągać taki typ lektury. Dla mnie jednak Stasiuk tworzy niezwykłą poezję. Choć pisaną prozą.

Dukla, Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011
*str.. 34
** str. 66

Czytaj więcej

czwartek, 29 listopada 2012

Kto chce, niech czyta

Do Ewentualnego, Czytelnika
Nie jestem winien powstania tej książki. W każdym razie nie jestem winien sam. Rozliczni znajomi dokuczali mi stale: „Dlaczego nie zbierzesz w jedną całość teatralnych i filmowych swoich felietonów rozsianych po gazetach, Przekrojach i wyczerpanych przeważnie książkach? Wydał Boy «Flirt z Melpomeną», wydaj ty, jak przystało na Wiecha, ksiuty z tąże boginią! Będzie to kawałek historii teatru w Polsce Ludowej, widzianego oczami pana Piecyka, państwa Wątróbków, pana Krówki, pani Balon et consortes, jak się dawniej mawiało z tak zwanym przekąsem.” Długo się nad tym namyślałem, marudziłem, wzdrygała się dusza przed kradzieżą wielkiemu Boyowi połowy tytułu, jednak wreszcie zaniosłem materiał wydawcom. Muszę przyznać lojalnie, że zrobili wszystko, by opóźnić wyjście w świat tego dzieła. Lecz w końcu wbrew naszej woli plan, harmonogram, poślizg i inne raz rozpętane moce piekielne poniosły nas z sobą i książka jest. Kto chce, niech czyta.
AUTOR*

Ksiuty z Melpomeną zapewniły mi parę chwil genialnej rozrywki. Pan Piecyk jak zawsze chętnie i żywo wyjaśnia detalicznie co na scenie ujrzał, a jego interpretacje nie mają sobie równych. Państwo Wątróbkowie również są zapalonymi i częstymi gości teatralnych sal. Żona pana Watróbki, Genia, jest fenomenalną kobietką, jak jej się Cyganka** niegdyś naraziła kradzieżą kołdry, to i Carmen nie mogła darować i odwracała wzrok od sceny, żeby nie patrzeć na to złodziejskie nasienie.

Zacznijmy jednak od początku..
Wyobraźcie sobie Warszawę powojenną, Warszawę w latach 50-tych..

Źródło zdjęcia



Źródło zdjęcia









 Rwetes. Pośpiech. Odbudowywanie miasta,  praca, powstawanie trasy WZ. Ale też sprawy zwykłe, codzienne, zakupy, porządki, rozmowy. A w tych rozmowach.. Warszawa. Taka, jaka była, jaka jest. Jakaś inna, sympatyczniejsza od tej dzisiejszej. A warszawiacy, zasuwają niezwykłą gwarą, która zważcie to, nie ma sobie równej. Bo jak odróżnić warszawiaka od krakowiaka? Prosta sprawa! Na Ochocie, na Szmulkach, czy na Woli nie ma Kazków, ani Józków, ani Staszków ani żadnych tam Zdzisków. Jest Kaziek, Józiek, Stasiek, Zdzisiek***. Warszawiak to zresztą bardzo obyty towarzysko człowiek. Spędza wiele czasu w teatrze i w operetkach. Lubi oglądać nowe filmy w kinie. I nie masz bardziej zaznajomionego z polską historią i literaturą człowieka. Każde uchybienie w literaturze zauważy i niechybnie wytknie. I taka na przykład sztuka, o życiu Jana z Czarnolasu owszem, można powiedzieć, dosyć pouczająca, ale pod względem historycznym poważnie skopana. Z dużym felerem****. Bo Orszulki zabrakło! To nic, że sztuka obejmowała okres kawalerski w życiu Kochanowskiego, takiej nieścisłości darować nie wolno. I o tym właśnie opowiadają felietony Wiecha zawarte w tomie Ksiuty z Melpomeną, zgodnie z zapowiedzą z przedmowy. Innymi słowy recenzje przedstawień wszelakich, od tych nowoczesnych poprzez występy eksperymentalne, po klasyczne, w teatrze, operetce, a nawet w kinie. Na niczym nie zostawiając suchej nitki, ale chwaląc, że w ogólności to wszystkie są w deseczkie. W rozmowach, które Wiech "cytuje" przewija się cała plejada aktorska tamtych czasów, która jak się okazuje jest dość wrażliwa na krytykę gawędziarzy cytowanych przez Wiecha i tak wiele śpiewaczek operowych i aktorek schudło pod wpływem owej krytyki. Teatr jest bowiem miejscem nie tylko do przeżywania treści scenicznej, ale również miejscem, gdzie można przyjrzeć się uważnie kreacjom aktorskim, pomylić aktora z postacią filmową (biedny Kloss jako Jago został brutalnie spotwarzony), przeinaczyć całą treść fabuły i wynieść korzyści nie tylko duchowe. Ogółem, miejsce fenomenalne do spotkań kulturalnych i towarzyskich.

Podoba mi się tamta Warszawa, ta z przeszłości. Ale dzięki przeszłej Warszawie jakoś inaczej spojrzałam na tę codziennie mijaną w drodze do pracy. Jakaś nagle sympatyczniejsza się stała. Wiech nie tylko bawi i poucza historycznie i literacko (z przedstawień teatralnych bowiem też byłam ciemna masa i przyznaję bez bicia, że większość interpretowałam błędnie!), ale i zmienia punkt widzenia. Na zdecydowanie obszerniejszy i w większym kontekście. Warszawa jednak da się lubić, jak to śpiewał Dymsza :)


Ksiuty z Melpomeną, Stefan Wiechecki Wiech, Czytelnik, Warszawa 1963
* przedmowa do Ksiutów z Melpomeną
** zachowuję oryginalne określenia z tekstów Wiecha
***str. 118
**** str. 86
Czytaj więcej

niedziela, 25 listopada 2012

Wiech niemożebnie śmiechem leczy

Powinnam już dawno przyjąć do wiadomości, że nie literatura babska, z której najwyraźniej wyrosłam, że nie jakieś historyjki o miłości wielkiej, namiętniej i napotykającej ciągłe przeszkody na swej drodze do szczęścia, pomogą mi na chandrę jesienno - zimową.  Która co prawda dotąd nie miała do mnie dostępu, ale wystarczył jeden szaleniec, który chciał mi rodzinę rozjechać, żebym potrzebowała pociechy z literatury. Śmiechu mi było trzeba. Dlatego cieszy mnie, że Beznadziejnie zacofany w lekturze znowu naprowadził mnie rzecz nie tylko wartościową, ale i jakże przyjemną, jakże zabawną!

Helena w stroju niedbałem czyli Królewskie opowieści pana Piecyka jest niewątpliwie dowodem na to, szanowni czytelnicy, że wszyscy jesteśmy ciemna masa jeśli chodzi o znajomość historii Polski i w zaufaniu Wam powiem, żebyście czem prędzej po Wiecha sięgnęli, co by pan Piecyk Wam to detalicznie wyjaśnił. Albowiem mylicie się okrutnie sądząc, że pierwszym rodem królewskim byli Piastowie, gdyż zważcie to sobie, byli to P i a s t u s z k i e w i c z o w i e. Mylicie się też niemożebnie sądząc, że w podpaleniu Rzymu nikt z Polaków nie brał udziału, albowiem Łokietek tam był i sam szaleństwo Neronowe widział. Odradzam też dyskusje z panem Piecykiem, jakoby to inna epoka była, bowiem wrażliwy jest na przytyki, że mógł coś pomylić! I znów dzień cały, albo i dłużej, czekać trzeba będzie, żeby opowieści swe kontynuował! A że znał on historie królów i książąt polskich od pacholęcia to i ciekawych historyj moglibyście zostać pozbawieni. Bo nie tylko o rodach królewskich, ale też o naukowcach polskich Waszą wiedzę zweryfikuje mocno:

W tem czasie derektorem Pimu, czyli ministerstwa od przepowiadania wiatru, deszczu i inszego gradobicia był niejaki Kopernik, któren do dziś dnia w charakterze figury z koszykiem w ręce na słupie naprzeciwko Świętego Krzyża siedzi.
Otóż, uważasz pan, ten Kopernik, ponieważ że wszyscy byli na niego cięte, bo się przepowiednia nigdy nie zgadzała, miał cykorię, że posadę straci.
Jak on kazał  brać parasol i kalosze, słońce takie uderzało, że pot ludziom oczy zalewał, a jak znowuż przepowiadał pogode słoneczne, oberwanie chmury następowało i ludzie zmoczone do suchej nitki do domu wracali.
Ze zmartwienia, że go zredukują, wynalazek Kopernik zrobił.
"Ziemia się kręci" powiedział jednego razu. "A sprawdzić możecie to łatwo, ale tylko pod ankoholem się znajdując. Człowiek trzeźwy tego nie zauważy, bo przyzwyczajony jest tak nogamy przebierać, żeby mu ziemia nie uciekła. Ale małowiele przebywając na gaziku, od razu widziem, że wszystko się kręci, domy nie domy, latarnie nie latarnie, a jak się zatrzymamy, ziemia na nasz nie czeka, gania dalej, a my się przewracamy na mordę."
Tak powiedział Kopernik.*

Jest to tak wspaniała książeczka, że już wiem, że będę ją traktować jako remedium na kiepskie samopoczucie. Nie tylko, że wrócił mi dobry nastrój, ale i śmiałam się z tekstów pana Piecyka jak norka. Czytajcie Wiecha! :)


Helena w stroju niedbałem czyli Królewskie opowieści pana Piecyka, Stefan Wiechecki Wiech, Czytelnik, Warszawa 1979
* str. 59-60
Czytaj więcej

piątek, 23 listopada 2012

Proszę państwa, oto pan(i) Jones

Potrzebowałam czegoś, co pozwoli na mały reset umysłowy. Czegoś lekkiego, nie zmuszającego do myślenia, nieskomplikowanego, czegoś jak głupia komedia omyłek, która daje rozrywkę na chwilę, żeby po tej chwili szybko o niej zapomnieć. Ponieważ kiedyś tam przeczytałam parę książek Katarzyny Grocholi, miałam w pamięci, że są właśnie lekkie, a nawet bywały zabawne. Dlatego gdy zobaczyłam w bibliotece Houston, mamy problem, wzięłam ją na zasadzie odruchu. Na reset. I jakkolwiek nie była to zła książka, jak również spełniała podstawowe wymagania (niewymagająca, lekko napisana) tak jednak przez to, że chwilami irytowała, reset nie był do końca udany.

Główny bohater, choć mężczyzna o oryginalnym imieniu Jeremiasz, jest wypisz wymaluj kolejną wersją słodkiej Bridget Jones. Podobnie jak Bridget koncertowo rozwala sobie w życiu to, co dla niego najważniejsze (ważną rozmowę o pracę, czteroletni związek), podobnie jest flejowaty i niezorganizowany, podobnie jak ona nie potrafi słuchać i ma manierę, że jeśli on uważa, że ktoś mówi coś innego niż mówi to tak jest (przez co znowu traci szansę na pracę), ma podobnie jak ona uprzykrzającą życie mamusię, która podobnie jak mamusia Bridget ma zwyczaj zaczynania zdania zawsze w ten sam sposób, upiornego dzwonienia w najmniej dogodnych momentach i matkowania, mimo, że Jeremiasz ma 32 lata i doprawdy, mógłby dorosnąć. Mniej więcej do połowy książki miałam przekonanie, że Grochola zrobiła czytelnikowi poważnego psikusa, pisząc nową wersję przygód Bridget Jones tylko w adaptacji do polskich warunków i zmieniając płeć, ale tak naprawdę pisząc dokładnie w tym samym duchu i z tymi samymi wpadkami, oraz problemami (znaleźć kobietę życia - choć ta kobieta jest w zasięgu ręki-  i pracę w zawodzie). Szczęśliwie jednak dla całej treści są w tej książce watki naprawdę fajne i ciekawe. Jeremiasz z zawodu i z pasji jest operatorem filmowym, który mistrzowsko wyczuwa światło, stąd  czytanie o historii powstawania ważnego dla Jeremiasza filmu, Lipa, o drzewie, które oglądał przez całe swoje życie z okna domu rodzinnego, było naprawdę świetnym kawałkiem. Oprócz tego Jeremiasz to ornitolog - amator. Opisy związane z życiem ptaków, podglądaniem ich obyczajów i zachowań to kawał świetnej prozy, z plastycznymi, żywymi opisami przyrody i emocjami, jakie ona wzbudza. A trzecim plusem, jaki zaliczam dla tej powieści to postać Ingi, mądrej dziewczyny, która próbuje Jeremiaszowi parę spraw uświadomić, ale jak napisałam, nasz bohater cierpi na chroniczną niezdolność do słuchania. Dlatego zajmie mu aż 500 stron tekstu odkrycie jego własnej Ameryki.

Minusów, oprócz pierwszej połowy wyciętej żywcem z Dziennika Bridget Jones jest jednak trochę więcej. Indolencja głównego bohatera w kwestiach zasadniczych to jedno, ale parę spraw mi się nie podobało szczególnie. Jeremiasz nie jest przedstawiony ani jako osoba wierząca, ani jako osoba, która ma jakieś wyznanie, toteż niespecjalnie do mnie przemówiła wizyta w kościele i przebieg rozmowy z księdzem. Wtłoczenie do treści powieści opowiadania, jakie było opublikowane w Bluszczu jakieś półtora roku temu, które zasadniczo zmienia sposób wypowiedzi jednej z bohaterek, również wydaje mi się dziwnym zabiegiem. Staram się jednak docenić fakt, że spędziłam z tą książką parę przyjemnych godzin, ostatecznie więc uznaję ją za lekką i przyjemną lekturę.


Houston, mamy problem, Katarzyna Grochola, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012


---------------------

Kaye zaskoczyła mnie wyróżnieniem w zabawie blogowej Liebster blog. Czyli stało się to czego się obawiałam, bo to jest coś jednocześnie miłego i wprawiającego w zakłopotanie. Wydaje mi się, że pisząc o książkach oddaję jakiś kawałek siebie, więc odpowiadanie na pytania dodatkowe.. jest trochę chyba zbędne. Ale korona mi z głowy nie spadnie, zatem poniżej moje odpowiedzi (jedno pytanie omijam ponieważ nie dotyczy mojej sytuacji życiowej):


1.   Czy prowadzenie bloga wzbogaciło Twoje życie? Jeśli tak, w jaki sposób?
Jeśli chodzi o aktualny blog - to chyba jeszcze nie mogę się do końca wypowiedzieć. Jestem na blogspocie od maja, więc zaledwie pół roku. Cały czas mam poczucie, że jestem tu początkująca. Ale mój pierwszy blog, związany z zupełnie inną tematyką, wzbogacił mnie o kilka fajnych znajomości, które swoją kontynuację znalazły w rzeczywistości pozablogowej.

2.  Z jakiego wpisu, który został opublikowany na Twoim blogu jesteś najbardziej dumny/a i dlaczego?
Mam tę wadę, że nic nigdy nie jest przeze mnie wykonane dobrze, zawsze znajdę jakiś błąd, usterkę, coś co mogłabym lepiej zrobić, napisać, opowiedzieć (problem perfekcjonistki). Ale lubię te swoje wpisy, które wynikają z prawdziwych zachwytów nad książką. Jak te o Krzysztoniu, Hłasce, czy Stasiuku.

3. Czy możesz podać przykład książki, której ekranizacja jej dorównuje lub ją twórczo uzupełnia?
Nie mogę, bo nie lubię ekranizacji w ogóle.

4. Jak definiujesz "szczęście"?
Dla mnie szczęście to prosty pakiet - Marcin (mój mąż), Potwory (nasze zwierzaki) i książki. Przy mnie i ze mną. I to jest szczęście.

5.   Czy historia rzeczywiście jest "nauczycielką życia"? Jaka jest Twoja opinia?
To się nazywa zadać trudne pytanie! Z jednej strony jest, bo uczy nas jak nie powinniśmy postępować, jakich błędów nie popełniać. Tylko, że człowiek, choć istota inteligentna, nie bardzo potrafi się uczyć.. Dlatego mam ambiwalentne odczucia, czy faktycznie jest "nauczycielką życia". Jeśli tak, to musi popracować nad metodami dydaktycznymi chyba..;)

6.   Kto jest Twoją największą inspiracją?
Richard Feynman, Frida Cahlo, Irvin Yalom, Jerzy Krzysztoń.

8. W jakiej umiejętności chciałbyś/łabyś się doskonalić?
W tak wielu.. Że zostawię tę odpowiedź właśnie tak :)

9. Co najbardziej lubisz w miejscu, w którym mieszkasz?
Wszystko! To moje prywatne Eldorado, nie muszę nic zmieniać.

10. Jeśli mógłbyś/mogłabyś przywrócić do naszego życia jedną staroświecką rzecz/zwyczaj, co by to było?
Naukę kaligrafii :)

11. Jakie jest Twoje najszczęśliwsze wspomnienie z dzieciństwa?
Wszystkie wydarzenia, sytuacje, rozmowy z moim tatą, związane z moim tatą, spędzone z moim tatą.


Czytaj więcej

niedziela, 11 listopada 2012

"Biały kruk" Andrzeja Stasiuka

Można by rzec - początki znajomości. Bo to, co czytane na studiach, fragmentami zaledwie, na potrzeby zajęć, szczęśliwie dawno poszło w niepamięć. I dobrze, dobrze, lubię zaczynać od początku. Na świeżą głowę, na głowę już starszą, nieco może mądrzejszą, acz niekoniecznie.

"Biały kruk" kojarzy mi się z rzadką książką. Ale mi się wszystko kojarzy z książką, więc to naturalne, że nawet określenie dość uniwersalne na coś rzadkiego w sztuce, dla mnie ma ścisły związek z książką. Czym jest biały kruk Stasiuka? Nie powiem, włączył mi się przez chwilę, uśpiony od jakiegoś czasu filolog polonista, który niegdyś pochylał się nad każdym zdaniem szukając w nim ukrytego drugiego dna, wyjaśniając symbolikę, dopatrując się metafor w najprostszej konstrukcji zdaniowej. Biały kruk Stasiuka jest zagadką. Jest powieścią na poły wspomnieniową, na poły dramatyczną, na poły oniryczną. Mocno pobrzmiewa w niej Hłasko, Konwicki i Krzysztoń. Stasiuk czerpie pełnymi garściami z męskiej, mocnej literatury, tworząc jednocześnie coś niezwykłego i oryginalnego. Podoba mi się Stasiuk. I to bardzo.

Biały kruk opowiada w głównym nurcie o eskapadzie, jakiej podejmuje się grupka przyjaciół - czterech przyjaciół jeszcze z czasów podstawówki i piątego, który dołączył do nich całkiem niedawno. W nurcie pobocznym jest pełna wspomnień z ich warszawskiej młodości z okresu PRL-u. Stasiuk niewybrednie szarość PRL-u oddaje opowieściami o dojrzewaniu, poszukiwaniu siebie, samotności i wymyślaniu rozrywek, z racji ograniczonych możliwości. Nurt główny jest pełen niespodzianek i dziwnych zdarzeń. Ot, grupa wyrusza na swoistą partyzantkę, na przygodę, którą początkowo traktują z przymrużeniem oka, nie do końca dając wiarę Bandurce, który wymyślił ów wypad, że będą się działy rzeczy ważne i poważne. Kto wie, może to na życie i śmierć nawet wyprawa? Jest co prawda rok 1993, ale wydaje się, że surowy klimat bieszczadzkich gór przenosi ich gdzieś w czasie, gdzieś tego czasu może wcale nie ma? Poetyckie opisy, zaśnieżone drogi, śnieg, biel, śnieg. I pojawiający się dwukrotnie prawdziwy biały kruk, o dziwo, wraz ze stadem kruków czarnych, które nie wykluczyły go ze stada, traktują jak sobie równego.  Czy to był prawdziwy kruk w kolorze biały, czy tylko przewidzenie dwójki przyjaciół? Czy to wszystko naprawdę się działo, czy tylko wymyśliły to ich zmęczone głowy?

Wyprawa powoli zamienia się w istną robinsonadę, a potem ucieczkę przed wymiarem sprawiedliwości. Pojawia się choroba i strach. Pojawia się realne zagrożenie. Przyjaciele gubią się nawzajem, gubią gdzieś po drodze swoją przyjaźń, a przynajmniej to co w niej było dotąd najistotniejsze. Pojawia się zwątpienie. Wyprawa nie kończy się tak, jak to osobie wyobrażali. Właściwie trudno powiedzieć o zakończeniu, bo brakuje domknięcia. I znowu wyobraźnia rusza pełną parą.

Nie spodziewałam się tego. Że znajdę nagle nowego pisarza, któremu tak zawierzę od pierwszego spotkania, że myślę już gorączkowo o kolejnej jego powieści. Poetycka proza zawsze do mnie przemawiała. Przemówiła i tym razem.

Polecam.


Biały kruk, Andrzej Stasiuk, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 1996

Tydzień bez nowości
Czytaj więcej

niedziela, 4 listopada 2012

"Jak miał na imię Bohun?", czyli o niezwykłym zielu

 To, że z Ziela na kraterze pochodzi ksywka, jaką rodzina nadała Cesi Żak wiedziałam od dawna (dla niewtajemniczonych- chodzi o Szóstą klepkę Małgorzaty Musierowicz). Ale mimo to jakoś nie było mi z tą książką po drodze. Myślę sobie, że może jednak dobrze się stało. Gdybym próbowała przeczytać ją wcześniej na pewno bym jej nie przeczytała do końca. To jak zmienia się moja czytelnicza mentalność potwierdza właśnie ten przykład. Niegdyś odrzuciłby mnie język Wańkowicza, karkołomne zdaniotwory i dziwne neologizmy. Teraz choć chwilę mi zajęło wgryzienie się w ten styl, mogę przyznać, że czerpałam przyjemność z lektury, nawet jeśli chwilami drażniła (choć przyznaję, że winię za to wydawcę, nie autora*).

Ziele na kraterze wpisuje się w te moje ostatnio dość intensywne zainteresowanie wspomnieniami, biografiami i autobiografiami. Powieść Wańkowicza jest bowiem zarówno swego rodzaju autobiografią, biografią rodzinną, jak i zbiorem wspomnień.  Najpiękniejsza, najciekawsza i najzabawniejsza jest ta część, w której Wańkowicz opowiada o dzieciństwie swoich dwóch córek, Krystyny i Marty.  Obie dziewczynki co i rusz zyskują nowe rodzinne ksywki i tak obie nazywane są Dudami,bądź Kocimi Ogonami, oddzielnie Marta ma stały pseudonim Tili lub Tiliporek, Krysia nazywana na początku Pytonem (bo zadaje dużo pytań) przechodzi w Strusia. Rodziców nie omija to nazewnictwo. Po pysznej lekturze rodzinnej W pustyni i w puszczy ON czyli tato dostaje już na stałe na cześć słonia Kinga, imię rodzinne King, mama z biegiem lat staje się na dobre Królikiem. Czas spędzają na zabawach, udawanych podróżach pociągiem, czytaniu Sienkiewicza. Szczerze uśmiałam się z tych dialogów między dziewczynkami, a Kingiem, który choć często pełnił funkcje domowego potwora, był również ich najwspanialszym bohaterem. Oprócz tego krętaczem, kłamczuchem i potwornym gawędziarzem.

Teraz dzieci stawały się większe, umiały rachować do tysiąca i nie dały się spławić. Wobec tego Tata czytający gazetę, albo coś tam majdrujący, ułatwiał sobie sytuację, odpowiadając byle co:
- Tata, co to znaczy "transcendentalny"?
- Nietutejszy.
- King, co to znaczy "eklektyczny"?
- To znaczy po grecku "idiota".
- Co to jest tracheotomia"?
- Zabieg leczniczy w weterynarii, pozwalający dać kotu lewatywę, wsadzając go w cholewę od długiego buta.**

Sienkiewicz jest dominującym autorem w domu Wańkowicza. Podczas lektury trylogii kilkuletnie smyki zabawiają się w wymyśloną grę w "zielone" na tematy z trylogii, w którą bawiły sie ze znajomym Taty, adwokatem Stanisławem Święcickim. To jemu zadały tytułowe pytanie (Jak miał na imię Bohun?) i cóż, pan adwokat odpowiedzi nie znał, zmyślając, że o tym w trylogii nie było.

- Jak to? A przecież Krzywonos mówi "Jurku, mój przyjacielu". ***

Wyłania się z tej powieści obraz wspaniałej, kochającej się rodziny. Dziewczynki dorastają i z czasem uwidacznia się każdej z nich inny charakter. Tili, która od dzieciństwa chciała zostać żoną i matką, okazuje ogromny hart ducha i wolę przetrwania, gdy przyjdzie jej wyemigrować podczas wojennej zawieruchy. Krysia, która początkowo wydaje się aspołeczna, unikająca kontaktów z ludźmi weźmie czynny udział w Powstaniu Warszawskim, w którym przyjdzie jej zakończyć swoje młode życie. Śmiałam się i płakałam podczas lektury. Śmiałam się z dorastających dziewczynek i ich pomysłów. Byłam wzruszona czytając fragmenty dotyczące początków II wojny światowej, a potem losów Powstańców.. Zaś list Kinga do nieżyjącej już Krysi.. Czytałam już poprzez łzy...

Ziele na kraterze obejmuje swoją fabułą okres tzw. dwudziestolecia międzywojennego, oraz okres wojny. Wańkowicz jednak czasami cofa się wspomnieniami do okresu sprzed odzyskania niepodległości, czasów własnej młodości i narzeczeństwa. Jednym słowem, burzliwy czas, gdy niepodległość odzyskiwano, a potem walczono o stworzenie państwa polskiego. Mimo, że rodzinę autora los wrzucił w bardzo niekorzystny historycznie czas, potrafią oni czerpać radość z życia, wyrastać niczym to biedne ziele na kraterze, które teoretycznie nie ma szans rozkwitu, wydawać owoce swoją pracą i pokazywać, że miłość.. to naprawdę wszystko czego człowiek może pragnąć od życia.

Jest w tej książce tak wiele wątków, że nie jestem w stanie przekazać nawet części z nich. Jest to niezwykła powieść, do której warto wracać. Jeśli pozostałe książki Wańkowicza są podobne.. to pewnie wkrótce dopiszę go do listy ulubionych pisarzy.

Książkę wypożyczyłam z ciekawości i z chęci zapoznania się z twórczością Wańkowicza, ale  wpisała się również w wyzwanie Tydzień bez nowości :)


* trafiło mi się niechlujne wydanie, bez tłumaczeń wszystkich zwrotów obcojęzycznych (a jest ich sporo po niemiecku, francusku, angielsku, w spolszczonym rosyjskim i litewskim, który jako jedyny przetłumaczono), z masą błędów,; żeby było ciekawiej to wydanie jest wydaniem lekturowym
** Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Literatura, Łódź 1997, str. 45
*** tamże, str. 40
Czytaj więcej

czwartek, 25 października 2012

"Chcę nauczyć kochać i rozumieć" - o Januszu Korczaku refleksji kilka

Ilekroć, odłożywszy książkę, snuć zaczniesz nić własnych myśli, tylekroć książka cel zamierzony osiąga. Jeśli szybko przerzucając karty - odszukiwać będziesz przepisy i recepty, dąsając się, że ich mało — wiedz, że jeśli są rady i wskazówki, stało się tak nie pomimo, a wbrew woli autora.*

Co ty wiesz o Korczaku?

W zamierzłych czasach..Gdy jeszcze miałam lat dwadzieścia parę, a potwór zwany komputerem był mi obcy, zaś sieć zwana dziś internetem w ogóle czarną magią, o czytanych książkach pisałam niczym grzeczna uczennica lekcje w kajecie, w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie w kratkę. Z zeszytu zrobiły się dwa zeszyty, potem trzy.. Dziś mam całą torbę takich notatników, w których można znaleźć maczkiem spisane uwagi, streszczenia dla własnej pamięci słabej i refleksje po każdej czytanej lekturze. A wyglądało to na przykład tak:



I tak jestem w posiadaniu 8 takich stron A4 pisanych pismem ręcznym własnym, dziś ledwie rozpoznawalnym dla mnie samej, notatek po lekturze książki Korczaka Jak kochać dziecko. Jednak Korczak w moim życiu pojawił się dużo wcześniej. Jeszcze jako dziecko słuchałam różnych opowiadań o tym, jakim był wspaniałym człowiekiem. W latach okupacji mój dziadek, kilkuletni smyk wówczas, stracił rodziców, a rodzeństwo wraz z nim rozparcelowano po różnych sierocińcach.  To niezwykle traumatyczne przeżycie rzadko było przez dziadka wspominane, ale nie wiedzieć czemu historia o pobycie w sierocińcu u sióstr, jak to dziadek wspominał, pokrywała się jednocześnie z opowieścią o Korczaku. Choć może być tak, że moja pamięć płata mi jakiegoś figla. Niezależnie od tego Korczak był u nas w domu wspominany dość często. Prosty człowiek, a bohater. Wielki, wspaniały. Niesamowity. Padały rożne określenia, ale każde było pełne szacunku i jakiegoś takiego żalu. "Takich ludzi już nie ma" powiedział mi kiedyś dziadek. Sam zresztą pieniacz potworny, daleki od spokoju czy pedagogicznych umiejętności. Ale mam bolesne przeczucie, że miał rację. Bo kto dziś traktuje dzieci z taką powagą i czułością? kto dziś wyjaśni matce- nie, dziecko nie jest twoje, nawet w ciąży ono nie jest twoje? kto dziś rozumie jaką indywidualnością jest każde dziecko? No i czy ktoś poszedłby z gromadką cudzych dzieci umierać razem z nimi?

Wracając jednak do pytania.. "Co ja wiem o Korczaku?" które zadałam sobie, gdy dowiedziałam się o tym, że rok 2012 został ustanowiony przez sejm Rokiem Janusza Korczaka - wiedziałam niewiele. To co napisałam powyżej, plus znajomość eseju Jak kochać dziecko, którego strony swego czasu przewertowałam  kilkadziesiąt razy. Znałam pobieżnie jego biografię, znałam parę filmów, których jednak dziś za wiele nie pamiętam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, że wczytam się w jego życiorys zmieni utworzony dawno temu obraz jego sylwetki w mojej głowie. Zamówiłam w bibliotece książkę Joanny Olczak Ronikier, zagłębiłam się w swoje notatki, przeczytałam szczegółowy życiorys. Nie, póki co bez zmian. Obraz dobroci i łagodności ciągle tkwi w moich myślach, a w sercu nadal tkwi ogromny żal na samą myśl. Że był. Że tak ukochał że nie zostawił dzieci samych w ich ostatniej, najtrudniejszej podróży. Że takich ludzi już nie ma..


Próba biografii Joanny Olczak - Ronikier

Nie da się jednak ukryć, że Joanna Olczak  - Ronikier wprowadziła do tego obrazu kilka nowości. Rozszerzyła moją wizję o dodatkowe, kluczowe elementy związane z jego życiem, sposobem myślenia oraz bycia. Tym jak traktował dzieci, ale również tym, jak traktował samego siebie.

Źródło zdjęcia
Henryk Goldszmit, który dla potomności chyba na zawsze zostanie Januszem Korczakiem, przeżył w dzieciństwie rzecz przejmującą dla każdego dziecka. Najpierw rzadkie i chłodne zainteresowanie ze strony ojca, a wreszcie jego chorobę, a potem śmierć. Tylko ktoś kto przeżył coś podobnego jest w stanie zrozumieć jak boleśnie odbija się to na całym życiu i jak bardzo wpływa na sposób postrzegania samego siebie. To co przeżyjemy w dzieciństwie pozostaje niczym piętno, szczególnie, gdy nie należy do najszczęśliwszych zdarzeń. Dawno nie odczuwałam takiego powinowactwa dusz, ponieważ sama również straciłam ojca we wczesnym dzieciństwie i również borykałam się z poszukiwaniem w samej sobie własnej wartości. Jakby ta strat zubożyła mnie w całości, nie tylko pozbawiając rodzica, ale również celowości mojego istnienia. Czytanie więc o Korczaku, jego wypowiedziach było jak czytanie o kimś, kto mógłby być mi bardzo bliski, bo miałby wyrozumiałość jak mało kto wobec tego, co zdarzyło mi się przeżyć. Bo przecież to jak Korczak odbierał potrzeby dzieci miało bezpośredni związek z jego dzieciństwem własnym. I stąd w jego odczuciach dziecko miało prawo do równego traktowania, do prawa do głosu, do możliwości sprzeciwienia się karze. Takie właśnie zasady wprowadził do obydwu domów dziecka jakie przyszło mu prowadzić, zarówno Domu Sierot, jak i Naszego Domu. Dlaczego jednak nigdy sam nie założył rodziny? Skąd taki wybór, żeby pozostać samotnym? Autorka sugeruje, że być może pierwsze erotyczne doświadczenie z lat młodości, które zakończyło się niechcianą ciążą i stąd fatalnymi wspomnieniami, spowodowało, że Korczak nie chciał więcej zaznawać tego typu relacji z kobietami. To i być może jeszcze obawa przed genetycznym obciążeniem chorobą psychiczną? Tego do końca niestety nie wiadomo, ponieważ Korczak rzadko się wypowiadał o swoich sprawach intymnych. Jeżeli już to w kontekście samotności ogólnej, życiowej, szczególnie już związanej z pogubieniem się w sensie własnych działań. Ale to nastąpiło później.

W młodości Korczak był pełen ideałów. Wierzył w świat w którym w zgodzie mogą koegzystować Żydzi i Polacy. W świat, w którym może triumfować tolerancja, miłosierdzie wobec bliźniego, wyrozumiałość. Zarówno historia, jak i działania ludzkości szybko zaczęły weryfikować te ideały. Pod koniec XIX wieku oraz na początku wieku XX, gdy powoli Polska zmierzała do odzyskania niepodległości, krwawo zresztą okupionej, bardzo często na ulicach polskich miast trwały zamieszki, podczas których atakowano Żydów, żydowskie sklepy. Przezywano żydowskie dzieci. Rzucano kamieniami. Żyd ogólnie podsumowując, to był ktoś gorszy, ktoś komu można dokuczać i traktować go z góry. Obciążone zasadami judaizmu żydowskie dzieci nie mogły zareagować równie agresywnie. Pozostało im więc uciekać, żeby obronić się przed atakami. W rezultacie żydowskie dzieci uważano za tchórzliwe. Pierwsze doświadczenie Korczaka z dziećmi, podczas słynnych kolonii, które stały się bezpośrednią przyczyną powstania Mośków, Jośków i Sruli oraz Józków, Jaśków i Franków jest zaprzeczeniem tej powszechnej opinii. Żydowskie dzieci, podobnie jak polskie dzieci, przeżywały na tych koloniach najlepsze chwile, przygody życia, choć jedyne co można im było zaoferować to rzeka, łąka i świeże powietrze. Dzieci dysponujące ogromną wyobraźnią na tych łąkach przeżywały wielkie bitwy, szalone zabawy, podczas których nie raz i nie dwa wykazały się odwagą, chęcią pomocy, serdecznością. Otoczone opieką, pozbawione codziennych trosk związanych z biedą, głodem i nieszczęściem  zaopatrzone we własne łóżko i kąt, te dzieci mogły być nareszcie sobą. Dziećmi. Bawiącymi się, śmiejącymi, cieszącymi prostą zabawą.

Źródło zdjęcia
Chociaż projekty na życie były różne, bo zarówno te związane z literaturą, jak i te z ukończoną medycyną, to jednak te związane z dziećmi okazały się ostateczną ścieżką na jaką wszedł Korczak. Bo jako literat mógł dla nich pisać książki, a jako lekarz mógł je wyleczyć z chorób, ale stale myślał - "dobrze, ale co dalej"? Bo potem te dzieci wyleczone wracały do głodu, biedy, nieszczęścia. Ta decyzja okazała się decyzją na całe życie, mimo różnorodnych niepowodzeń, biedy, głodu, wybuchu wojny rosyjsko - japońskiej, do której działań Korczak przymusowo został powołany, zamieszek podczas powstawania niepodległego nareszcie państwa polskiego, a potem II wojny światowej i przeniesienia Domu Sierot do getta.  A jednak pedagogiczne powołanie było silniejsze od niego. Choć nie raz i nie dwa przyszło mu zwątpić, poczuć się osamotnionym w tej walce, a nawet odpierać ataki swoich podopiecznych, którzy w pewnym okresie zaczęli mieć do niego żal o czternaście lat względnego dobrobytu, bez przygotowania jednak na brutalną przyszłość, w której nie ma dla nich miejsca zatrudnienia, ani zamieszkania.

Dla wielu rodziców aktem heroizmu jest wychować dwoje, troje dzieci. Jak zatem nazwać wychowywanie setki, dwóch setek dzieci? Nadawanie tym dzieciom rangi ważności, traktowanie każdego indywidualnie, budowanie swoistego domu, gdzie on jest ojcem a Stefania Wilczyńska, wieloletnia współpracownica.. nie, to brzmi źle - wieloletnia oddana przyjaciółka, oddana jemu i dzieciom, pełniła funkcję swoistej matki. Choć zasadniczo różni, szczególnie w poglądach, ona skrajnie areligijna, on uznający zasadność odbywania świąt religijnych i uczenia dzieci modlitw, stanowili niezwykłą drużynę. On stworzył zasady funkcjonowania Domu Sierot, ona ja razem z nim wdrażała w życie. I tak w tym niezwykłym miejscu powstał sąd dziecięcy, gdzie można było wnieść skargę, gdy ktoś skrzywdził, niesprawiedliwie ukarał, nawet jeśli karę wymierzył pedagog, powstawały swoiste zakłady o zmianę zachowania ("będę się bił tylko raz w miesiącu!"), zadania dzielone równo (skarpetki uczyły się cerować wszystkie dzieci, niezależnie od płci!), dbanie o dietę i o gimnastykę, czytanie bądź opowiadanie bajek. Dbanie w szerokim tego słowa rozumieniu. W myśl zasady, że nie tylko ciepła strawa i dach nad głową mają znaczenie. I choć Dom Sierot mógł dzieciom zapewnić tylko czternaście lat tych starań, to jednak biedne, nieszczęśliwe dzieciaki, otrzymały dzięki działaniom Korczaka namiastkę prawdziwego domu.

Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Znamy ją zapewne wszyscy, jej zwieńczeniem jest wagon, jadący do Treblinki, wypełniony po brzegi dziećmi i opiekunami Domu Sierot. Jednakże jest w tym nuta szczęśliwego zakończenia, przynajmniej dla samego Korczaka. Odbył ze swoimi dziećmi ostatnią drogę, co było dla niego zupełnie naturalne. Pomagając im wkraczać w życie, pomógł im także zmierzyć się ze śmiercią.

Po lekturze

Refleksji miałam wiele. Od tych skrajnych, związanych z gwałtownymi emocjami przy lekturze o getcie oraz postępującej eksterminacji narodu Żydowskiego, do tych związanych z pedagogiką, wychowywaniem dzieci, byciem opiekunem - wychowawcą. Refleksje te były na ogół gorzkie. Mimo, że mamy XXI wiek, społeczeństwo w dużej mierze wykształcone, nadal mamy przypadki braku wyrozumiałości dla wieku dziecięcego. Dla dziecięcego rozumienia świata. Nadal traktuje się dzieci jako istoty niższej kategorii, którymi należy rozsądnie pokierować, wpoić odpowiednie rzeczy, ale słuchać dzieci, dbać o ich rozwój emocjonalny, traktować nie jak dziecko, a jak człowieka.. Myślę, że to nadal umiejętność, której trzeba nabyć. Koniecznie. Dlatego warto czytać Korczaka. Nie po to, jak napisałam w cytacie z jego najbardziej znanego dzieła Jak kochać dziecko, żeby otrzymać gotowe recepty i rady, ale po to, by go wysłuchać, ponieważ ma wiele mądrego do powiedzenia. Ponieważ nabył wiedzę przez lata doświadczeń w wychowywaniu dzieci. Ponieważ był wspaniałym pedagogiem i warto się od niego uczyć.


Korczak. Próba biografii. Joanna Olczak - Ronikier, W.A.B., Warszawa 2011
* Jak kochać dziecko, Janusz Korczak, Jacek Santorski & CO, Warszawa 1998, str. 7

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.