Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca/młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura dziecięca/młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2015

"Powiedz wilkom, że jestem w domu" Carol Rifki Brunt

Na stronie autorki można znaleźć informacje o oszołomieniu reakcją czytelników na jej debiut. Pierwsze zaskoczenie to uhonorowanie w  2013 roku przyznane przez American Library Association Alex Award (przyznającej nagrody powieściom dla tzw. młodych dorosłych), później w 2014 odnalezienie swojego tytułu na liście bestsellerów New York Timesa. Trzeba przyznać, że takie uznanie dla pierwszej publikacji ma prawo wywoływać radość.

Powieść nareszcie pojawia się na polskim rynku wydawniczym: jej premiera przewidziana jest za klika dni, dokładnie na 14 stycznia i już można przeczytać wpisy pierwszych zachwyconych czytelniczek. Dołączam do ich grona, choć w moim przypadku nie będzie aż takich fajerwerków. To niewątpliwie udany debiut, to fakt, ale nie obędzie się bez kilku uwag krytycznych. Prawo nieco starszej  czytelniczki.


Dwie straty i dwie żałoby

June ma trzynaście lat, rodziców często nieobecnych w związku z wykonywaną pracą, starszą siostrę zajętą swoimi sprawami i wujka, który umiera na tajemniczą chorobę. Z jej perspektywy jeszcze wiele spraw jest dość tajemniczych, choć wiele innych wydaje się jej dużo jaśniejszych, niż dla dorosłych. Na przykład stracone marzenia mamy i próba ich odbicia na karierze najstarszej córki. Z drugiej strony June jest po prostu dziewczynką, która zwyczajnie, potrzebuje opieki.

Gdy zatem rodzice są wiecznie zajęci swoim "punktem krytycznym" w pracy, siostra z jakiegoś powodu wyzłośliwia się na każdym kroku, June w wujku Finnie widzi całą swoją ostoję, pocieszenie i wreszcie, takie pierwsze małoletnie zakochanie. Gdy ten umiera, pozostawiając za sobą wiele pytań i malowany w ostatnich miesiącach życia portret sióstr, każda z nich przeżywa żałobę i stratę w inny sposób. Bo każda, jak się okazuje, doznała innej straty.

Dla June była to strata ukochanej osoby, z którą dzieliła pasje i zainteresowania, dla Grety to ponowna strata June, odsuwającej się od siostry w sposób nawet dla siebie samej niezauważalny, już od dłuższego czasu. 

źródło zdjęcia
Oswoić śmierć, czyli powiedz wilkom..

Choroba, która zabija Finna to AIDS, które dziś już jest chorobą na tyle oswojoną, że nie wywołuje takiego przerażenia, jak wówczas, gdy dorastała June, czyli w 1987 roku. Pandemia AIDS kojarzona jako choroba mniejszości seksualnych, prowadziła prostą drogą do nieprawidłowych skojarzeń, jakoby to właśnie one były w ogóle przyczyną jej powstania. Staje się więc ona dodatkowym powodem, by odczuwać niechęć do środowisk gejowskich. Niechęć, odrazę i wykluczenie z życia społecznego. Homo homini lupus.

I taką właściwie wersję, pełną uprzedzeń i szukania winnego w partnerze zmarłego, przedstawiają June rodzice i siostra. Toby, jedyny łącznik ze zmarłym wujkiem, ma dla niej trochę inną opowieść. Jest w niej dużo miłości i oddania, jest radość ze wspólnych chwil i próba pozyskania kilku nowych, jest wreszcie oswajanie choroby i wspólna droga do zrozumienia samych siebie, życia jako takiego i śmierci w obecności bliskiej osoby.


Dorosłe dzieci

Nie można odmówić autorce lekkości pióra i całkiem ciekawej opowieści. To, co uderza czytelnika dorosłego to konfrontacja w tej opowieści świata dorosłych i nastolatek. Dorośli specjalnie się nie odróżniają od dzieci. Są zapracowani, pochłonięci tym, co się dzieje w ich pracy, a jednocześnie są tak samo naiwnie dziecinni i łatwo przybierają stereotypowe pozy. W obserwacji otoczenia chętniej przyjmują pierwsze z brzegu wyjaśnienia, są łatwowierni i właściwie czasami sami bardziej zachowują się jak nastolatki, niż same nastolatki.

Sama zaś opowieść o June i jej dojrzewaniu budzi czasami wątpliwości. Z jednej strony to zagubione dziecko, które potrzebuje dorosłego opiekuna, z drugiej, to całkiem dojrzała istota, która instynktownie rozumie, jak się zachować w obliczu śmierci. Z jednej nie rozumie ciągle wielu spraw, z drugiej wyłapuje niewidoczne dla dorosłych niuanse pewnych sytuacji, konteksty i jest szybsza w łączeniu faktów.

Niemniej jednak Powiedz wilkom, że jestem w domu to całkiem udana powieść. Wątki związane z poszukiwaniem własnej tożsamości, z zagubieniem, z radzeniem sobie z żałobą, wreszcie, z odkrywaniem sprzeczności ludzkich charakterów, są niewątpliwie jej największymi atutami. Jak na debiut to nawet czwórka z plusem.

źródło zdjęcia
Powiedz wilkom, że jestem w domu, Carol Rifka Brunt, Wydawnictwo YA!, Warszawa 2015
Czytaj więcej

wtorek, 15 kwietnia 2014

W "Papierowych miastach" papierowa dziewczyna pisze na papierze pismem krzyżowym..

 Łatwo zapomnieć, jak przepełniony ludźmi jest świat - świat pęka w szwach od ludzi, a każdego z nich możemy sobie wyobrazić, tylko że nieodmiennie tworzymy sobie o nich niewłaściwe wyobrażenia. *

 Z epoki nastoletnich zachwytów wyrosłam, przynajmniej zgodnie z metryką i założeniami. To, że nie wyrosłam nigdy w sensie mentalnym potwierdzają moje kolejne wybory literackie. Gdy mam słabszy czas, gdy łapię spadek nastroju, czytam książki z założenia dla młodzieży właściwie jedna po drugiej. Są dobre na kiepskie samopoczucie, dają czasami dawkę energii albo każą się nieco zastanowić na ile ja, bądź co bądź  dorosła, byłabym w stanie podjąć takie decyzje, jak ich nastoletni bohaterowie. Oczywiście fikcyjne nastolatki i ich fikcyjne decyzje to słaby przykład do tego typu refleksji, jednakże trudno się im nie poddawać. Szczególnie po powieściach Johna Greena, którego niniejszym wpisałam na listę ulubieńców.

  Przypadek sprawił, że trafiła do mnie Gwiazd naszych wina, która ujęła mnie i wzruszyła, choć Szukając Alaski, po którą sięgnęłam niejako z automatu, podobała mi się bardziej. Jednakże dopiero Papierowe miasta zmieniły status autora na mojej prywatnej liście z "lubię to" na "to ważne". Czytelnik znający wszystkie trzy pozycje zapewne zastanowi się dlaczego. Gdyby przyjrzeć się Szukając Alaski i Papierowym miastom trudno nie zauważyć, że autor opisuje historie bardzo do siebie podobne, zaś bohaterowie wszystkich trzech wydają się być tacy sami. Dziewczęta mają podobne cechy charakterów, chłopcy zdają się przemawiać tym samym głosem. Zarzut pisania jednej i tej samej historii był w zasadzie tym, który skutecznie dotąd trzymał mnie z daleka od powieści Johna Greena. A jednak Papierowymi miastami przekonał mnie do siebie i sprawił, że chcę więcej. Ot, odezwała się po raz kolejny mentalność nastolatki. 
Bywa.





Pomyślałem, że to genialne: człowiek słucha ludzi, żeby ich sobie wyobrazić i słyszy wszystkie te okropne i cudowne rzeczy, które ludzie czynią sobie i innym, lecz w końcu to jego samego słuchanie obnaża bardziej niż ludzi, których próbuje słuchać.**

  Nie chciałabym psuć lektury tym, którzy jeszcze nie znają Papierowych miast, toteż bez zdradzania ważnych szczegółów mogę opowiedzieć, że jest to historia trudnej, ale również niesamowicie intrygującej i ciekawej relacji. Oczywiście chłopaka i dziewczyny. On nazywany w skrócie Q, ona dla równowagi dwojga imion, czyli Margo Roth Spiegelman. Wspólne dzieciństwo zbliży ich na chwilę, jedno ważne przeżycie zmieni bieg tej znajomości, by w okresie liceum znaleźli się w przeciwnych obozach. Cóż, nie tyle obozach, co grupach. Ona przebojowa, piękna, popularna, on przyjaźniący się z tymi, którzy odpadli w eliminacjach na najpopularniejszych nastolatków. A jednak Q często o Margo myślał i niewątpliwie się w niej podkochiwał, choć być świadomy jak wiele ich dzieli i jak bardzo nie ma szans na zbliżenie się do swego ideału. Pewnej nocy Margo zapewni Q szaleńczą jazdę po ich rodzinnym mieście, z włamaniem i wtargnięciem w pakiecie, by następnego dnia zniknąć z miasteczka i życia Q. Wtedy to właśnie w Q następuje ważna przemiana i postanawia odnaleźć Margo.

  Wbrew pozorom nie ma tu banalnej historii o zakochanych nastolatkach. Jest to opowieść nie tylko o trudnej relacji, ale również o przemianach, jakie człowiek przechodzi - tych świadomych i tych mniej sobie uświadamianych - gdy zależy mu na drugiej istocie bardziej niż na sobie samym. O poszukiwaniu swoistego dowodu na własne istnienie przez przeprowadzenie dowodu na istnienie drugiego. Margo stała się dla Q świadectwem jego istnienia, inspiracją, ale także przyczyniła się do pierwszej dojrzałej decyzji życiowej. Odrobina skromnego i cichego dydaktyzmu, niebanalne połączenie z wielką literaturą, świetne dialogi to atuty, które docenią również starsi czytelnicy. Dla mnie powieści Johna Greena to fenomenalna rozrywka, która jednak w przeciwieństwie do wielu powieści dla młodzieży nie trąci trywialnością, ani nie kreuje nijakich postaci. Z utęsknieniem czekam teraz na kolejne tomy twórczości tego ciekawego autora. Nawet jeśli znowu opowie mi bardzo podobną historię, z przyjemnością jej "posłucham".


Papierowe miasta, John Green, Bukowy Las, Wrocław 2013
* str. 332
** str. 280
Czytaj więcej

środa, 25 grudnia 2013

"Felix, Net i Nika oraz tajemnica Czerwonej Hańczy", czyli dla wielbicieli pozycja obowiązkowa

  Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo tego potrzebowałam. Te parę godzin śmiechu, czystego, doprowadzającego do łez śmiechu, było w rzeczy samej czymś nie tylko przyjemnym, ale i oczyszczającym z toksyn z pewnego listopadowego, mocno nerwowego tygodnia. Mogę pochwalić ostatnią część przygód najbardziej znanych polskich gimnazjalistów z autentycznym entuzjazmem! Wybaczając tym samym parę nieco słabszych części z cyklu, ale też z oczekiwaniami, że następne przyniosą mi właśnie taką rozrywkę! Tym razem mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to typowo młodzieżowa historia, to znaczy zawierająca odpowiednią dawkę humoru (nawet bardzo odpowiednią), przygody i tajemnicy, z dozowaniem stosownego dla młodzieży przesłania, które jest jak być powinno - wtrącone mimochodem, na fali przemyśleń naszych bohaterów, nie mając w sobie nic z natrętnego moralizatorstwa. Polecam, polecam, jako lekturę obowiązkową! Nie ma potrzeby czytania ciągu dalszego, możecie od razu biec do księgarń! Gdyby jednak interesowało Was coś więcej niż mój subiektywny zachwyt dodam, możliwie najkrócej, swoje uzasadnienie.

Felix, Net i Nika oraz tajemnica Czerwonej Hańczy nawiązuje do tradycyjnej, przygodowej historii dla młodzieży, gdzie możemy znaleźć odrobinę Bahdaja, tradycyjnie, masę nawiązań do Harrry'ego Pottera, ale też do wielu innych książek przygodowych, nie ujmując jednak książce ani odrobinę jej oryginalności. Bo choć Kosik czerpie pełnymi garściami ze sztampowych modeli literatury młodzieżowej to nadal dodaje to swoje pikantne coś, co sprawia, że chętnie sięgam po tę serię.
Dlaczego?



Przygoda po pierwsze.
Najważniejsze w powieści dla młodzieży jest oczywiście przygoda. W Tajemnicy Czerwonej Hańczy ta przygoda ma kilka wymiarów. Po pierwsze dotyczy ona wyjazdu klasowego do rzekomo luksusowego miejsca, gdzie uczniowie mają odpocząć po wytężonej pracy przez cały rok szkolny. Oczywiście okaże się, że miejscem wycieczki nie będzie żaden kurort, a zwykłe obozowisko z myciem się w jeziorze oraz własnoręcznym przygotowywaniem posiłków, a także z upiornym opiekunem rodem z najgorszych koszmarów. Walka o suwerenność będzie tu ciekawą lekcją poglądową o tym, czy zawsze większość ma rację oraz czy zawsze warto posłusznie wykonywać rozkazy. Po drugie przygoda wiąże się również z poszukiwaniami zaginionej koleżanki, w co oczywiście najbardziej zaangażują się Felix, Net i Nika. No dobrze, tak naprawdę to najbardziej Nika, ale wiadomo, gdzie ona tam i chłopcy.

Tajemnica po drugie.
Tłem dla rozgrywającej się przygody będzie oczywiście tajemnica. Najbardziej związana ze zniknięciem Zosi i próbą jej zlokalizowania. Potem z dziwnym stworami łudząco przypominającymi diabła, a także z pewnym żeńskim klasztorem, w którym nasza trójka przyjaciół zupełnie przypadkiem zje kolację. O dziwnym Echu nie wspominając. Dialogi z Echem proszę czytać uważnie, wbrew bowiem pozorom nie jest to zwykłe Echo!

Relacje i więzi społeczne po trzecie.
Rafał Kosik to interesujący obserwator współczesnego społeczeństwa. Nie umykają mu dziwolągi reporterskie, konieczność tabloidowego tworzenia wieczornych wiadomości, przyciągania widza telewizyjnego coraz głupszymi tworami publicystycznymi, a wreszcie coraz większego zaniku bezpośrednich relacji społecznych, które zastępują wszelkiego rodzaju gadżety komunikacyjne- telefony, tablety, komputery, gry, portale społecznościowe...Polska rodzina na ogół to rodzina rozbita, pełna patologii i trudności. Kosik nie udaje, że jego dzieciaki pochodzą z innych rodzin. Nika to sierota, która dzięki swojemu położeniu zyskuje coraz większe zdolności do przetrwania w trudnej rzeczywistości. Rodzice Felixa wydaje się bardziej się oddają od siebie, a Neta przeżywali już swój wielki kryzys, który na szczęście zażegnało pojawienie się bliźniąt. Jednak przekrój polskiej rodzinnej patologii mamy również w klasie trójki przyjaciół, w historiach jakie zbiera irytująca dziennikarka, irytująco podobna do Rity Skeeter z Harry'ego Pottera, a także ogólna obserwacja polskiego społeczeństwa. Jednak nie ma to na celu wprowadzenia czytelnika w ponury nastrój, bądź czarne wizje odnośnie przyszłości. Wprost przeciwnie - Kosik wzbudza refleksyjność u młodego czytelnika poprzez takie wstawki, otwiera jego oczy na rzeczywistość, której nie zakłamuje a jedynie pokazuje taką, jaka ona jest. To od czytelnika zależy jak przyjmie tę wiedzę i jak ją wykorzysta w przyszłości.

Zaskoczenie jako ostatni element.
I nie, nie mowa o głównym wątku fabularnym, bo on od początku śmierdzi czytelnikowi jakimś oszustwem. Wielkim zaskoczeniem jest wielka przemiana dyrektora Stokrotki! Wielbiciele serii będą przecierali oczy ze zdumienia. Uwierzcie, zmiana jest drastyczna i zgoła niemożliwa, także polecam tę część jako przełomową w kwestii zachowań dyrektora gimnazjum im. prof. Kuszmińskiego. To, co się wydarzy nie śniło się nawet największym fantastom. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że podmieniono nam dyrektora Stokrotkę!

Oczywiście nie zabraknie też innych ciekawostek, jak chociażby oryginalna wymiana uczniowska, ciekawe i odmienne lekcje z tymi ostatnimi, a wreszcie, wreszcie drobna odmiana losu w życiu biednego Neta na lekcjach informatyki.

Innym słowy.. To jest cześć, na którą warto było czekać!


Felix, Net i Nika oraz Tajemnica Czerwonej Hańczy, Rafał Kosik, Powergraph, Warszawa 2013
Czytaj więcej

sobota, 30 listopada 2013

Lektury dzieciństwa. "Taja z Jaśminowej" Adriany Szymańskiej

Lektury okresu dzieciństwa mają niezwykły urok. Na mojej liście jest kilka stałych ulubieńców, których kartki swego czasu wertowałam namiętnie i z dużą regularnością. Do nich należy między innymi Taja z Jaśminowej Adriany Szymańskiej wydana pierwszy raz w 1988 roku. Taka "dziewczyńska", jak to mawiał mój brat cioteczny, choć on w ogóle uważał, że czytanie jest "dziewczyńskie". Taja jednak była dla mnie szczególna. W momencie lektury byłam tylko o rok starsza od bohaterki, przede mną były podobne zmiany, czyli przeprowadzka, miałyśmy rodzeństwo w zbliżonym wieku. Dlatego ta malutka książeczka miała dla mnie szczególne znaczenie wtedy, a i dziś sentyment z nią związany wcale nie uległ zmniejszeniu. Szczególnie, gdy patrzę na te pierwsze próby oznaczania własnych książek, a także, pierwsze próby ich katalogowania.


Gdy zobaczyłam pierwsze od 1988 roku wznowienie Tai, pięknie zresztą wydane przez wydawnictwo W.A.B w 2010, leżące w taniej książce w ilości kosmicznej, za całe 11 polskich złotych, zrobiło mi się smutno. W trzy lata po wydaniu tej książeczki zainteresowanie nią okazuje się być znikome. A przecież jest to naprawdę przemiła książka dla dzieci, która mogłaby również cieszyć oko rodzica przyjemnymi ilustracjami, czy to ze starej, czy to z nowej jej wersji.


Taja tak naprawdę ma na imię Natalia. Jej imię zmodyfikował malutki braciszek, Daszo, który zresztą również sobie zmienił imię, bo przecież jego prawdziwe to Adam. Po tacie, Adamie. Tata dla rozróżnienia więc jest Duży - to po to, by mama nie musiała wołać ich obu na raz, gdy będzie potrzebowała tylko jednego. Całą rodziną, wraz z babcią, mieszkają w ślicznym domku przy Jaśminowej 3. Taję cieszy przy Jaśminowej wszystko. Ogród pełen Dziwanów, dziadek Filip po sąsiedzku, kolega Michał, z którym często się droczy i oczywiście kochana rodzina, choć oni ciągle zajmują jej czas, podczas gdy w ogrodzie tyle się dzieje!

ilustracja z wersji z 1988, ilustrowała Katarzyna Gintowt
 Tańczące Świetliki śpiewają jej piosenki i zmuszają do poszukiwań, bo ciągle jej umykają. Słończyk bywa kapryśny i nie zawsze się pojawia, gdy Taja tego pragnie. Czasami, gdy pada dłużej niż jeden dzień tęskni za nim bardzo i dlatego się cieszy, gdy ponownie się pojawia. Oczywiście, wraz z pierwszymi promieniami słońca.

ilustracja z wersji 2010, ilustrowała Lucyna Talejko - Kwiatkowska
 Bo tak, Taja ma bujną wyobraźnię i to ona pomaga jej nie myśleć o zmianach, które są nieuchronne. Wyprowadzka z Jaśminowej to już tylko kwestia czasu. Mama ciągle mówi o nowym mieszkaniu, cieszy się, babcię też ta zmiana nastraja optymistycznie, gdyż duża wilgoć w domu przy Jaśminowej znacząco wpływa na jej samopoczucie. Daszy póki co jest wszystko jedno. A Taja nie wyobraża sobie innego życia niż tego przy Jaśminowej. Dziadek Filip znaczy dla niej bardzo wiele, a Michała też na pewno będzie jej brakować. Oprócz tego ogrodowe Dziwany, ściganie Rdenia, poszukiwania Galopka - tego nie da jej mieszkanie w nowym bloku. Dziewczynka jest więc zrozpaczona i postanawia, że zostanie sama przy Jaśminowej. Dopiero rozmowy z Dziadkiem Filipem pomogą jej zrozumieć, że pewne zmiany w życiu są konieczne, że należy szukać w nich pozytywnych stron, nie żałować tego, co mija, a witać nowe z ciekawością, bo nigdy nie wiadomo, co ono przyniesie. A wszystko co najważniejsze przecież Taja i tak zabierze ze sobą, w swoim sercu.

Dziadek Filip w starszej wersji
 Taja z Jaśminowej jak na lekturę dla dzieci przystało omawia parę ważnych spraw, ale przede wszystkim daje popis siły dziecięcej wyobraźni. Wszystko, co widzi Taja jest przesycone pięknem, ale też pokazujące, że zwykły promień słońca, zwykły deszcz, mogą być źródłem niesamowitych wyobrażeń. Nawet taka nudna czynność, jak pielenie grządek, może okazać się niezwykłą przygodą. Oczywiście jest to historia, która może już nie znajdywać swoich odbiorców. W świecie, gdzie wyobraźnię zastąpiły gotowe obrazy, a rozrywki dostarczają gadżety elektroniczne, taka bajeczka o zwykłej w sumie dziewczynce, z przeciętnymi, choć poetyckim marzeniami, może wydawać się nudna. A jednak sądzę, że świat dziecięcej wyobraźni aż tak bardzo się nie zmienił i dlatego mimo wszystko warto dawać dzieciom Taję do poczytania. W każdym razie moja bratanica na pewno dostanie swój egzemplarz, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. I liczę na jej spektakularny sukces, podobny do tego z jakim spotykają się aktualne lektury (w tej chwili mocno, ale też z dużą namiętnością, targane za nieszczęsne stronice).


Taja z Jaśminowej, Adriana Szymańska, Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988
                                                             Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010


Czytaj więcej

sobota, 23 listopada 2013

Bo dzieciom też należy opowiadać o Holocauście. "Arka czasu" Marcina Szczygielskiego

  Nie wiem jak dziś jest omawiany w szkołach okres II wojny światowej, a szczególnie tematyka Holocaustu, ale wiem, że gdy sama byłam dzieckiem to dziadek mnie wtajemniczył w to zagadnienie. Zresztą, rozmowa na ten temat zakończyła się naszą pierwszą poważną kłótnią. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że miliony ludzi najpierw wtrącono do gett, a potem wywożono na masową śmierć. Moje podstawowe pytanie do dziadka było - "i nikt nie zareagował?" Dziadek nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego tak naprawdę cały świat zignorował te wydarzenia, a przynajmniej, nie zareagował na tyle by się przeciwstawiać działaniom faszystów. Nie wytrzymał i nakrzyczał na mnie wyzywając mnie od idealistek. Wówczas poznałam słowo "idealista" i chciałam dowiedzieć się więcej o wydarzeniach z okresu II wojny światowej. Miałam osiem, może dziewięć lat. Jednak nie miałam wtedy za bardzo z kim o tym porozmawiać.

  Sądzę, że dzieciom powinno się opowiadać o Holocauście, a już na pewno powinno się odpowiadać na ich pytania w tym temacie. Wierzę jednak, że to musi być bardzo trudne. Opowiedzieć własnemu dziecku o potwornościach z getta, o wycieńczającej pracy w obozach, a głodowaniu, chorobach, a wreszcie okrutnej śmierci? To temat wywołujący mocny dyskomfort, szczególnie, że każdy rodzic chce dziecko przede wszystkim chronić. Dlatego takiemu rodzicowi, który chciałby o tym mówić, ale ma obawy jak to zrobić najłagodniej, najtaktowniej dla dziecka, proponuję lekturę Arki czasu Marcina Szczygielskiego. Najlepiej na głos, wspólnie z pociechą. Z dwóch ważnych powodów - pierwszy jest taki, że przeżycia wojenne poznajemy z perspektywy i głosem dziecka, drugi zaś jest taki, że w tej perspektywie nie ma zakłamania, ani udawania, że dramatu nie było, a jednocześnie jest to historia opowiedziana z dużym wyczuciem, tak, by młodego czytelnika poruszyć, ale nie przerazić natłokiem wojennego koszmaru, by uświadomić, ale też wyłuszczyć istotne w życiu tematy, takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, oraz ich ogromną moc w trudnych chwilach. Dodam już niezależnie od własnego osądu, że nagroda jury III konkursu literackiego imienia Astrid Lindgren może potwierdzać, że warto.


  Głównym bohaterem tej historii jest Rafał, który ma prawie dziewięć lat i mieszka wraz z Dziadziem w Dzielnicy. Początek jego historii ma nawet parę elementów zabawnych, bowiem w jednym mieszkaniu z Dziadziem i Rafałem mieszka też parę innych rodzin. I tak w jednym pokoju mieszkają państwo Brylant z synami, a pani Brylant, która ma schorowane nogi i w związku z tym nie wychodzi w ogóle z domu, przysparza czasami komicznych sytuacji, gdy próbuje cokolwiek zarobić przeistaczając się we wróżkę, która wróży z kart. Podsłuchiwanie tych wróżb może grozić chichotem i zdemaskowaniem podsłuchującego. Oprócz pani Brylant jest jeszcze pani Aniela, dawna nauczycielka, jednak ona jest często smutna. W kolejnej rodzinie, mieszkającej w trzecim pokoju, są nawet dzieci w wieku Rafała, ale mówią w języku, którego Rafał nie zna. Trudno jest zresztą w Dzielnicy znaleźć przyjaciela, bo tu codziennie coś się zmienia, ktoś się wyprowadza, ktoś wprowadza. Na szczęście jest biblioteka, do której co prawda  droga bywa niebezpieczna, ale dzięki niej właśnie Rafał może spędzać miłe chwile na lekturze. Bardzo lubi książki Juliusza Verne'a, ale ostatnio pani z biblioteki dala mu Wehikuł czasu i Rafał przepadł z kretesem. Cóż za niezwykła lektura!

  W tę dość oswojoną codzienność zaczyna wkraczać jednak brutalna rzeczywistość getta. Chłopiec wraz z dziadkiem muszą przenieść się w inne miejsce. Na dodatek dziadek jest coraz bardziej schorowany, głód często zagląda im w oczy. Dziadzio co prawda gra pięknie na skrzypcach dzięki czemu zarabia czasem na coś do jedzenia, ale jest o to coraz trudniej. Dlatego pewnego dnia zapada decyzja. Rafał musi uciec z Dzielnicy. W tym celu Dziadzio prowadzi chłopca do innego mieszkania, gdzie rozpocznie się jego trudna i pełna bólu odyseja do wyzwolenia, w której przetrwaniu pomoże chłopcu jego niezwykła wyobraźnia - tak, pobudzona przez lekturę pięknych i interesujących książek! - oraz jego zdolność do szybkiego uczenia się, bo choć miał dopiero dziewięć lat już był nauczony myśleć jak dorosły. W tej podróży nie obędzie się bez trudnych, bolesnych i krwawych momentów, które niejako amortyzuje jej dobre i szczęśliwe zakończenie.

 Marcin Szczygielski pisząc o życiu w getcie opowiada w sposób delikatny, operujący symboliką właściwą dla perspektywy dziecka, przemawiający do dziecięcej wyobraźni, ale też nie zakłamujący rzeczywistości. Dba o przekazanie realiów z życia getta i nie ukrywa przed młodym czytelnikiem prawdopodobnych losów osób wysiedlonych z getta. Uczy wrażliwości i przenikliwości pokazując świat wojennej warszawy oczami Rafała. W ten sam sposób tworzy różnorodne alegorie jak na przykład ukazanie losu Żydów poprzez występ teatrzyku kukiełkowego, który uważnie jest obserwowany przez Rafała, podświadomie odczuwającego w tym dodatkowy przekaz. Kukiełki wyglądają bardzo ładnie. Każda ma przyczepione do rąk, nóg i głowy sznurki, za które pociągają ludzie schowani  w budce, oni też mówią, udając, że odzywają się lalki. Przyglądam się kukiełkom i sznurkom, śmieję się, aż tu nagle - chociaż to głupie - przestaje mi być wesoło i zaczynam żałować tych lalek. Muszą robić to, co chcą ukryci w budce ludzie - chodzić, podskakiwać, kłaniać się. Są uwięzione. Wiem przecież, że to tylko zabawki, że nic nie czują, ale nie mogę przestać o tym myśleć. * Wyobrażenia, jakie podejmuje Rafał podczas ucieczki z getta są przykładem siły dziecięcej psychiki, która nieprzygotowana na wiele tematów radzi sobie z wydarzeniami i otoczeniem dookoła siebie najlepiej jak potrafi. Elementy fantastyczne wykorzystane w tej książce pozwalają nieco złagodzić momenty brutalniejsze i dodać powieści nieco baśniowości, która w końcu najlepiej przemawia do dziecka. Wreszcie rozmowa końcowa, z pierwszą czytelniczką Arki czasu może pokazać, jak mogłaby wyglądać rozmowa z dzieckiem po zakończeniu lektury. Namawiam do sięgnięcia po Arkę czasu. Jest to wartościowa, zgrabnie i ładnie napisana, a przede wszystkim z umiarem i taktem wobec młodego czytelnika, wprowadzająca go w tematykę Holocaustu w najlepszy z możliwych sposobów, wzruszająca powieść o małym chłopcu z warszawskiego getta. Która ma walory dydaktyczne, bo jednocześnie uczy, że ważne jest by znać historię, aby nie powielać jej błędów, a także że ludzi nie powinno się różnicować ze względu na religię, przynależność narodową, czy kolor skóry. To jest naprawdę bardzo ważna książka i nie wolno jej przeoczyć.

O Arce możecie też przeczytać na blogu Beznadziejnie Zacofany w Lekturze.

Arka czasu, Marcin Szczygielski, STENTOR, Warszawa 2013
* str. 56

Czytaj więcej

niedziela, 27 października 2013

"Omega" Marcin Szczygielski

Choć - myśli Omega i jest to jedna z najbardziej dorosłych myśli w jej dotychczasowym życiu - czy jakakolwiek śmierć ma sens, jeśli człowiek nie ma zapasowego życia, w którym dzięki otrzymanej nauczce nie popełni już drugi raz tej samej pomyłki?*

Omegę, a właściwie Joasię, poznajmy o poranku w dniu jej dwunastych urodzin. Jest to o tyle nietypowy poranek, oprócz tego, że urodzinowy, że Omega budzi się dużo wcześniej niż jej mama. Co samo w sobie jest bardzo niezwykłe. I dodaje temu dniu jeszcze większej nadzwyczajności. Jak na dwunastolatkę Omega jest zdecydowanie trochę dziwna. Choć nie znam zbyt wielu dwunastolatek, niemniej kojarzą mi się one z dziewczynkami chodzącymi stadnie, szczebioczącymi, wesołymi, raczej towarzyskimi istotami. Omega preferuje towarzystwo komputera, z którym znajomość zawarła naprawdę bliską. Lubi wszelkiego rodzaju gry komputerowe, a na różnych forach, na których bywa i gdzie jest znana i lubiana, dzieli się wszystkimi odkryciami jakich dokonuje podczas pokonywania kolejnych poziomów. Innymi słowy Omega to istota, która lubi życie wirtualne i ten właśnie styl bycia przedkłada nad znajomości z rówieśnikami i relacje z mamą. Które już i tak są utrudnione odkąd tata postanowił założyć nową rodzinę. Cóż, bywa i tak.


Niezwykłość dnia urodzinowego podkreśli pewna niespodzianka - zagadkowy, bo jakby znikąd, e-mail wraz z linkiem do prezentu: do nowej gry. Omega długo się nie zastanawia, klika na link i dwukrotnie potwierdza, że tak, jest pewna, że chce zacząć grę. I odtąd cały świat Omegi zmieni się w scenę gry, każda jej znajoma postać będzie musiała się podporządkować regułom tej gry, a dziwne, bo mówiące niemowlę znalezione na progu mieszkania będzie jedynym przewodnikiem po tej zwariowanej sytuacji. Przewodnikiem o tyle nietypowym, że nie do końca pewnym, czy można zaufać Dziecku, czy też nie. Omega do samego końca nie będzie tego pewna.

Kolejne poziomy gry przynoszą ze sobą następne zagadki i metody przejścia danego poziomu. Sceną każdego poziomu są miejsca Omedze dobrze znane, jak jej szkoła, ulice miasta, czy stadion, na którym będzie zmuszona wziąć udział w Olimpiadzie Zmysłów. Omega będzie musiała pokonać bandę dziwnych klaunów, którzy kradną ludziom radość, przeciwstawić się własnej samolubności i chęci rozstawiania ludzi po kątach, gdy na jednym z poziomów będzie musiała pracować jako Funkcjonariusz Kodeksu, wziąć udział w wyścigu strusi, a także przeżyć kilkakrotnie swoją śmierć. Szczygielski wymyśla dla swojej bohaterki coraz to nowsze i bardziej skomplikowane historie z którymi musi się ona zmierzyć. Omega poznaje przeszłość swojej babci, z której zombie zresztą będzie wędrować przez większość poziomów, będzie uciekać przed wilkołakami i ratować dzieci przed zupełnym pozbawieniem ich własnej tożsamości w pewnej okropnej klinice pseudo - psychiatrycznej. W tym zalewie dziwności i fantazyjności przewija się jednak sporo prawd o współczesnym świecie, wiele ciekawych wskazówek i rozwiązań dla samej Omegi, która pokonując kolejne poziomy gry pokonuje też własne wady i słabości. Ostatecznie, w tej dziwnej grze o powrót do własnego życia, Omega ma szansę trochę dorosnąć, troszkę dojrzeć, przyjrzeć się własnym przywarom i lepiej zrozumieć zachowanie swojej mamy, która jest samotna i zrozpaczona i która też może potrzebować, by się nią ktoś zaopiekował.

Omega to dość długa powieść, jak na powieść skierowaną do młodzieży, ale przyznaję uczciwie, że wcale nie czułam jej długości, bo jest naprawdę fajnie skomponowana i ciekawie napisana. Wygląda na to, że mogę kupować powieści Szczygielskiego już w ciemno, choć Omegę mogłabym przegapić, gdyby nie nieoceniony kolega, mianujący siebie Zacofanym w lekturze, u którego odkryłam ten tytuł, gdy pisał o nim tutaj.


Omega, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2009
* str. 271

Czytaj więcej

wtorek, 10 września 2013

Buba i spółka

Gdyby ktoś pytał mnie teraz jak uratować fatalny wieczór i zepsuty nastrój, odpowiedziałabym - idź pobiegaj! A jeśli nie masz odpowiedniej motywacji do biegania (co rozumiem, sama się zbierałam długo w końcu) to proszę, weź do ręki historię Buby (ja się nie mogę odkleić, mimo, że wypadałoby jednak już ją oddać Lirael..).


Kim jest Buba? Zwyczajną nastolatką z martensami na nogach? Może tak, choć brakuje jej tej specyficznej śmiałości jaką jest obdarzona przeciętna nastolatka. A może nie jest, tylko ja spotykam dziwne egzemplarze w tramwajach? W każdym razie Buba mimo wszystko się wyróżnia z tłumu. Jest miłą, serdeczną dziewczyną, ale też dość dorosłą w swoich odczuciach, bo przecież będąc dzieckiem tak postrzelonych rodziców musiała trochę szybciej dorosnąć. W zasadzie to nawet bardzo postrzelonych, skoro nie pamiętają imienia swojej najmłodszej latorośli.. Czego jednak się spodziewać po tacie, prowadzącym reality show i mamie, autorce łzawych romansideł? Zajęci własnymi sprawami, karierą, bądź tej kariery nagłą utratą, pisaniem kolejnej fenomenalnej powieści, bądź nareszcie sensownej książki, czy odkrywaniem nowych sposobów na urządzanie małego domowego piekiełka, nie bardzo się orientują, ani jak Bubie idzie w tej chwili w szkole, że już nie wspomnę o braku wiedzy do której szkoły tak w ogóle uczęszcza, ani z kim tak naprawdę ich córka najchętniej przebywa. Pewnie bardzo by się zdziwili, gdyby do nich dotarło, że tą osobą jest dziadek, choć Buba od jakiegoś czasu nie może oderwać wzroku od czupryny pewnego Adasia. Tylko może nie warto było się tym uczuciem dzielić z najlepszą koleżanką Jolą, która dość szybko pokaże, że najlepszą koleżanką to nie jest..

Aż dziwne, że jednak Bubie udaje się połączyć obowiązki szkolne i jako takie nadzorowanie szaleństw własnych rodziców, a oprócz tego wybuchowe powroty na łono rodziny starszej siostry Oleńki, wraz z siostrzeńcem, który nie ma przekonania do mówienia, zaś chętnie traktuje każdy mebel jako pisuar. I jeszcze znosić Mańczaków miłośników brydża. O, o pani Mańczakowej to można by oddzielny esej napisać, bowiem jej wygląd, styl i niesamowite wprost podążanie za aktualnymi trendami przykuwają uwagę od pierwszego wielkiego entrée. Kolorystka oraz dobór kroju do dość obfitej sylwetki i kształtów też robią wrażenie. Właściwie byłoby szalenie nudno gdyby nie Mańczakowie.. A jeszcze gdy dziadek odkrył sposób na ogrywanie ich w Ogóra to już w ogóle sytuacja zrobiła się, można by rzec świetna. A przynajmniej z perspektywy dziadka, którego przyznaję szczerze, najbardziej Bubie zazdrościłam. Choć też nie ukrywam, bywało, że najbardziej również irytował chwilami.

Nie jest to niewątpliwie tak zabawna historia jak Rudolfa Gąbczaka, nie ma też pewnej lekkości pióra jaką ma Musierowicz, ale niezależnie od pewnej stylistycznej skłonności do rozbawiania czytelnika na siłę (patrz: opisy Mańczaków) jest to lekka, zabawna, przyjemna powieść dla czytelników wszelakiej kategorii wiekowej. Idealna na zepsuty wieczór. I nie tylko. Tylko proszę czytać w odosobnieniu. Bywa, że czytelnik reaguje śmiechem nieco głośniejszym niż by się wydawało.

A, że lekturę zawdzięczam Lirael to już chyba oczywiste :)
Dziękuję raz jeszcze!


Buba, Barbara Kosmowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2010

Czytaj więcej

wtorek, 3 września 2013

"Kawa z kardamonem" Joanny Jagiełło

Początek to istne deja vu. Bowiem mamy również nastoletnią bohaterkę, której mama jest dziwnie wyobcowana, której pasją jest fotografowanie i w której świecie również właśnie kończą się wakacje. Skojarzenie z Pozłacaną rybką Barbary Kosmowskiej jest aż nadto silne i budzące nieufność wobec autorki. Autorki z królewskim nazwiskiem, nie ma co ukrywać, powodującej przypuszczenia, że coś za dużo tu zbieżności... Na szczęście, po kilku stronach wszystkie te odczucia mijają jak ręka odjął, a potem to nawet się zastanawiałam, czy mój entuzjazm wobec Pozłacanej rybki nie był przesadzony, bo Kawa z kardamonem jest po prostu świetna i spowodowała, że lektura jej kontynuacji to niemalże konieczność!
I może nawet ciut lepsza w paru momentach...


Kawa z kardamonem wydaje się taką typową dziewczęcą opowiastką o miłości. Jest dziewczyna, jest chłopak, jest wspólna pasja i jest cudowna w smaku kawa. Nie można jednak tej powieści zaliczyć do typowej landrynkowej historyjki. Przede wszystkim ze względu na poważną problematykę jakiej się podjęła Joanna Jagiełło, do tego na tak wielu wymiarach, że dziwię się, że ta historia nie utonęła pod ich ciężarem. Jednak lekka nośność narracyjna podźwignęła ten ciężar i mogę powiedzieć, że nie tylko udało się uratować tę opowieść, ale może nawet trochę w nią uwierzyć? W końcu nic co ludzkie..

Linka, a dokładniej Halinka (jejku, jeszcze ktoś używa tego imienia? Strasznie je lubię!) to ciekawa, niebanalna postać, choć nie jest tak mądra w swoim postępowaniu jak bohaterka Pozłacanej rybki. Popełnia typowe dla nastolatki błędy, igrając czasami z ogniem, ale ucząc się z tych błędów i wyciągając odpowiednie wnioski. Właśnie popełniając owe błędy i przeżywając różne rozterki potrzebuje pomocy mamy. Ta jednak od jakiegoś czasu robi się coraz odleglejsza myślami, coraz bardziej nieuważna, coraz mniej skoncentrowana na otaczającej ją rzeczywistości, by w końcu pewnego dnia oznajmić zdumionej rodzinie, że musi wyjechać za granicę. Dla dziewczynki to zdecydowanie szokująca wiadomość, szczególnie, że teraz opieka nad młodszym bratem i jako takie zarządzanie porządkiem w domu zostanie na jej głowie. I to nie na tydzień czy dwa, ale znacznie dłużej. Podejrzeń zresztą pojawia się w jej głowie bardzo wiele. Czy mama ich porzuciła? Czy ma kochanka i dlatego odeszła? Czy jeszcze wróci? Linka w końcu nie potrafiąc dalej biernie czekać, próbuje znaleźć klucz do zachowań swojej mamy, a co za tym idzie, niechcący sięga w odległą przeszłość, znajdując stare zdjęcie mamy, które przedstawiało je obie - matkę i córkę, gdy ta ostatnia miała zaledwie parę miesięcy. I jeszcze istotny fakt - ciążę mamy. Ciążę, po której nie ma śladu, bo Linki siostra lub brat w takim wieku nie istnieją, a przynajmniej nie istnieją w jej świadomości. Poszukiwania utraconego rodzeństwa zaprowadzą ją niczym po sznurku do kłębka, do którego pewnie Linka wcale nie chciałaby dotrzeć, gdyby wiedziała, jak to się skończy.

I cóż my tu mamy.. Zdrada małżeńska, porzucenie małego dziecka, depresja.. Wyliczać dalej? Dużo jak na  jedną, krótką, młodzieżową historię. Dużo jak na jedną wątłą i w końcu jeszcze niedorosłą dziewczynę. A jednak znowu miałam chwilę (za krótką zdecydowanie..) czytania jednym tchem, przyjemne parę godzin i poczucie, że coś w tej powieści ponownie odtworzyło we mnie nastolatkę, która dużo chętniej czytała kiedyś takie powieści, niż jakiekolwiek inne. Cieszy mnie niesamowicie, że polska literatura młodzieżowa ma znowu sporo do powiedzenia, wracając do dawnej, ach, dość już przebrzmiałej tradycji, że czytanie to nie tylko przyjemna, ale i pouczająca czynność.

Sympatycznie czytało mi się tę historię. Choć czuję się nieco rozczarowana, bo w końcu miało być lekko i przyjemnie, a znowu było jednak trochę bardziej po grudzie. Nie dajcie się zwieść tytułowi!

Swoją drogą cieszy mnie, że współczesna młodzież w książkach dla młodzieży nie jest opisywana jak te landrynkowe, sztuczne postaci rodem z filmów z Disney Channel. W ogóle mnie cieszy, że jest taki szeroki wybór tych książek! Mam tylko nadzieję, że więcej prawdziwej młodzieży je jeszcze czyta :)


Kawa z kardamonem, Joanna Jagiełło, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012
Czytaj więcej

czwartek, 22 sierpnia 2013

Nie Oskar z panią Różą, a Fryderyk z Alicją

   Początków było wiele.

  A to o tym, jak to pierwszy raz przeczytałam Oskara i panią Różę, jeszcze w księgarni, jeszcze zanim dotarłam do kasy cała we łzach.
   A to o tym, jak na drugim roku studiów z psychologii jedna z prowadzących zaprosiła nas do udziału w wolontariacie w dziecięcym hospicjum, a potem musiała chwilę wyjaśniać, dlaczego część z nas musi zrezygnować z tego pomysłu ("Macie pomagać, a nie płakać z tymi dziećmi")
   I jeszcze o tym fragmencie z przygód Rudolfa i spółki, gdy Rudolf i BB Blacha 450 wybrali się do szpitala na dziecięcy oddział onkologiczny i autorka przewrotnie zweryfikowała poglądy czytelnika na postać BB Blachy 450. Fakt, też miałam łzy w oczach (coś ostatnio sporo tych łez, jeszcze się okaże, że jednak jestem bardziej kobieca, niż sama się o to posądzałam).
   Wreszcie o tym, jak to się mści stereotypowe osądzanie, bo przecież wzięłam książkę Barbary Kosmowskiej za lekturę lekką, łatwą i przyjemną w odbiorze, traktując ją jako miły przerywnik, tylko dlatego, że przeznaczona dla kategorii wiekowej plus minus szesnaście lat. Błąd! Nie do końca jest lekko, łatwo i przyjemnie. W zasadzie to przewija się tu sporo trudnych tematów i spraw..

  Później przyszła mi do głowy taka refleksja, że to niezwykłe, że taka nieduża książka może przywołać tyle wspomnień i nawiązań.
  I pytanie do samej siebie skąd się wzięła u mnie maniera częstego wyjaśniania, czemu po coś sięgnęłam. Na litość, ileż można? Czytam literaturę dla dzieci i młodzieży i nic tego nie zmieni, nawet jak mi stuknie mocno poważniejsza liczba w papierach. Trudno, widać, nastoletnia wersja mnie jest we mnie głęboko zakorzeniona. Dorastać w tej kwestii absolutnie nie mam zamiaru.

   O i jakoś lżej na duszy.


  Pozłacana rybka zaczyna się od końca wakacji, które Alicja spędza u Babci i Dziadka na wsi. Jest pięknie, tak pięknie, że szkoda w ogóle wracać do miasta. Babcia pysznie gotuje, Dziadek zaraził pasją fotograficzną, a Panna Fryzunia to najbardziej urocza krowa pod słońcem. Poza tym wracać do domu, gdzie mama wiecznie poświęcona biografii Astrid Lindgren wydaje się, że zapominać, że ma w ogóle córkę, a tata, który jakiś czas temu zdążył założyć nową rodzinę, ma już dla Alicji czasu zdecydowanie mniej. Chociaż Alicja tęskni za swoimi rodzicami, to jednak ich rozwód obciążył czternastolatkę wystarczająco mocno, by mieć ochotę na ucieczkę od rzeczywistości. Szczególnie, gdy pod koniec wakacji wraca z pracy w Niemczech Robert, bardzo drogi Alicji sercu przyjaciel i chciałoby się tylko ten czas zatrzymać...

  Powrót do rzeczywistości będzie jednak dużo trudniejszy niż Alicja się spodziewa. Na stacji nie odbierze jej tata, choć tak było ustalone, a przyczyna jego nieobecności wywoła bolesny skurcz w sercu. Mały braciszek Alicji, Fryderyk, synek z drugiego małżeństwa jej taty, okaże się śmiertelnie chory i Alicję i jej bliskich czeka najtrudniejsza lekcja życia. Lekcja z umierania.

  Ten skurcz nadziei jaki chwyta człowieka w takich sytuacjach jest bezlitośnie beznadziejny.  Bo cóż z tego, że to tylko powieść, cóż z tego, ze tylko dla młodzieży, jak i tak porywa falą trudnych emocji i jest przyczyną roztrzepania w pracy i uporczywej myśli, co dalej z małym Fryckiem... Ostrzeżenie zatem do przyszłych czytelników - nie czytajcie w drodze dokądś, gdy będziecie zmuszeni przerwać lekturę. To może tylko wyprowadzić z równowagi, zdenerwować i zepsuć resztę dnia, gdy jest tak niezbędna koncentracja! Wyjątkiem jest sytuacja, gdy podróż jest kilkugodzinna..

  Nie wiem czy są w tej powieści jakieś mankamenty. Są? Na pewno jakiś uczony człowiek znajdzie. Szczęśliwie, ja jestem tylko prosty czytelnik i nie znalazłam. Rzecz jasna można by się przyczepić, że dość sporo problemów przytrafia się jednej czternastolatce, ale swoją drogą, jest to jednak dość życiowe i nie da się powiedzieć, że coś takiego jest naciągane. Czyta się przysłowiowym jednym tchem. Niczym jazda na kolejce wąskotorowej, zapiera dech w piersi. Ciężko się zatrzymać w zaczytaniu. Nie wiem czy polecać. Bo jest świetna, ale dla wrażliwców takich jak ja jednak zwyczajnie, za bardzo wzruszająca. Odganianie łez to naprawdę trudna sztuka!


Pozłacana rybka, Barbara Kosmowska, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2012
Czytaj więcej

piątek, 31 maja 2013

Misz - masz ponownie, czyli pół żartem, pół serio

Jak już kiedyś wspominałam są lektury, które fajnie mi się czyta, ale raczej nie są powodem do długiego wpisu, ponieważ - zwyczajnie na świecie - nie pozostawiają po sobie aż tak wyraźnego śladu czy to w pamięci, czy to we wrażeniach. Tym razem jednak bardziej chyba zabrakło czasu, jak chęci, aczkolwiek nie mogę powiedzieć by książki, o których chciałam opowiedzieć w kolejnym miszmaszowym wpisie, były specjalne, bądź mocno zapadające w pamięć.

Sabina Czupryńska zdecydowanie wyróżnia się wśród, przepraszam za to słowo, pewnej bylejakości serwowanej przez polskie autorki tak zwanej kobiecej literatury. Pisze nie tylko świetną polszczyzną, ale ma niezłe pomysły na fabułę, dobre wyczucie psychologiczne pewnych mechanizmów i naprawdę żywe, barwne postaci. Ta druga, słodka i ostra to moja druga powieść tej autorki i druga w jej dorobku, toteż wychodzi na to, że obserwuję ją od początku jej drogi pisarskiej. Zachwytów jednak nie ma, bo mam ciągle poczucie, że czekam na tę naprawdę dobrą i mocną powieść Sabiny Czupryńskiej. I mam ogromne przeczucie, że się doczekam. Chociażby dlatego, że już Ta druga.. jest lepsza od Kobiet w domu Sonii co potwierdza, że autorka ewoluuje, dojrzewa pisarsko i nie powtarza się (co już w ogóle jest rewelacyjne!), ani w historiach, ani w kreowaniu bohaterów. Mam bardzo, bardzo pozytywne odczucia co do dalszych książek i będę ich wypatrywać niecierpliwie. Co do zaś samej powieści, to pomysł na nią był naprawdę niebanalny. Osią całej fabuły jest pewien dziwny trójkąt i relacje jakie w nim zachodzą. Krystyna, Karol i Jacek. Krystyna wydaje się buńczuczną, kłótliwą i dość kłopotliwą kobietą, z zapędami do feminizmu, toteż zadziwia jej decyzja zamążpójścia za spokojnego, niemalże flegmatycznego Karola, stonowanego, stosującego skromne środki wyrazu. Wydaje się, że takie małżeństwo nie ma szans przetrwania. Dodatkowo pojawia się Jacek, najpierw student Krystyny, a następnie współlokator obydwojga. I tak żyją sobie we trójkę, w dość nietypowej konfiguracji. Gdy przychodzi na świat Rafał, Karol nie ma odwagi zadać tego ważnego pytania. I nigdy nie pada na nie odpowiedź. Do tego dorosły Rafał dość długo nie będzie mógł sobie poradzić z powikłaniami emocjonalnymi wynikającymi z dorastania w tak nietypowej rodzinie. Czego zabrakło? Albo rozwinięcia niektórych wątków, co powinno wydłużyć opowieść, albo skrócenia o te wątki nierozwinięte. Zakończenie też mogłoby być rozbudowane nieco lepiej. Jeśli ktoś polubił już autorkę to myślę, że powinien sięgnąć i po tę powieść.

Ta druga, słodka i ostra, Sabina Czupryńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013


Moja słabość do powieści dla młodzieży (no proszę, a niedawno martwiłam się, że się starzeję..) przejawia się w różnych odcieniach tematycznych (choć jakoś nadal nie potrafię się przebić przez te wszystkie wampirze sagi, pamiętniki i inne cykle). Krąg mnie zaintrygował, ale nie na tyle, żeby tracić na to cenne fundusze przeznaczone na dobrą literaturę. Od czego jednak są wymiany na LC? I tak książka do mnie trafiła, zapewniła mi dwa miłe wieczory nieskomplikowanej rozrywki, jednakże z całą masą wtórności, która spowodowała, że powieść owszem, przeczytałam, ale nie mogę powiedzieć by była naprawdę tak dobra, jak to było przedstawiane podczas jej promowania przez wydawcę. Przede wszystkim, nihil novi, znowu mamy środowisko szkolne, ponownie młodzież o niespotykanych, nadprzyrodzonych zdolnościach i oczywiście walkę z bliżej niesprecyzowanym złem. To co wyróżnia Krąg to poczucie, że to zło jest złowrogie i namacalne, bowiem młodzi ludzie giną naprawdę, w bardzo okrutnych okolicznościach, a więc sama walka ma ogromny sens, bo przede wszystkim trzeba ratować własne życie. Krąg siedmiu osób, które mają spełnić misję owej walki zostaje przerwany już na początku, gdy ginie pierwsza z osób. Zostaje ich zatem sześcioro, choć jeszcze nie wiedzą że to właśnie ich zetknie los. Bo co może mieć wspólnego szkolna gwiazda, szkolna ofiara mobbingu, czy kujonka, niepewna sama siebie? Na co dzień albo się unikały, albo jedna prześladowała drugą, albo w ogóle udawały, że nie istnieją. Gdy zatem łączy je krąg jest im bardzo trudno stworzyć zgrany, ufający sobie zespół. Oczywiście, jak to w typowej historii dla nastolatków bywa, jest sporo kłótni, wyrzucania sobie nawzajem różnych błędów, popełniania nowych, a na koniec, pełnego pojednania. Miłe, łatwe i przyjemne, ale niekoniecznie rewelacyjne. Dla odprężenia całkiem dobra lektura. Czekam jednak na godnego zastępcę Igrzysk śmierci.

Krąg, Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren, Czarna Owca, Warszawa 2012


Przerywnikiem w literaturze poważniejszej, słabszej i cięższej była książeczka Joanny Olech Pompon w rodzinie Fisiów. Tak, ostatecznie jednak dziecinnieję, a więc chyba wychodzi na to, że się starzeję, ponieważ to jeden z syndromów. Lubię jednak takie przerywniki i nic na to nie poradzę. Nie mam usprawiedliwiania dla posiadania takich książeczek w postaci dzieci własnych, toteż jestem po prostu dziwaczką i przyznaję się do tego otwarcie. Mam słabość do Joanny Olech, a ona uparcie pisze dla młodszego czytelnika, toteż nie mam wyboru i muszę podczytywać właśnie takie pozycje. Historia małego smoka, który wychodzi sobie z odpływu kanalizacyjnego jako jeszcze różowy stworek bez łusek, by później wyrosnąć na przyjemnie wyglądającego smoka wielkości średniej i wywrócić do góry nogami życie miłej rodziny Fisiów jest zwyczajnie sympatyczną historią, którą dzieciaki na pewno polubią, toteż jeśli jeszcze się wahaliście czy kupić tę pozycję swoim latoroślom, to myślę, że możecie przestać się wahać. Przyjemne rysunki autorki, twarda oprawa i słodkie szczęśliwe zakończenie są po prostu tym, czym dobra i fajna bajka powinno być. A przy takiej pozycji o mankamentach nie wypada opowiadać, toteż przemilczę. Kilkulatek ich nie zauważy, a rodzic i tak musi się uporać z niejedną taką historią, a ta przynajmniej uczy odpowiedzialności i pewnych dorosłych decyzji jakie są związane z opieką nad innym stworzeniem.

Pompon w rodzinie Fisiów, Joanna Olech, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

O Flush'u wolałabym nie pisać w takim wpisie skrótowym, dlatego być może uda mi się jednak napisać o samej książce, a nie ponownie o Potworach, do czego za każdym razem gdy pomyślę o książce Virginii Woolf prowadzi mnie dalszy tok myślowy. Szczególnie, gdy czytam to zdanie:
Stopniowo, z biegiem dziejów Anglii pojawiło się co najmniej siedem słynnych rodzin spanieli - Clumber (..) * i od razu mam przed oczami tego naszego krnąbrnego Clumbera.. A jak Bruno, to i Pestka, a już o Pestce bez Pana Kota.. nie udaje się w ogóle.

*Flush, Virginia Woolf, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, str. 7
Czytaj więcej

niedziela, 28 kwietnia 2013

Szanowny Rodzicu, wyłącz dziecku telewizor

Odnoszę wrażenie, że w wielu polskich rodzinach nie można funkcjonować bez telewizora. I nie chodzi o to, że mama ma swój ulubiony kanał, tata lubi obejrzeć mecz, a dzieci teleranek. No dobra, może nie teleranek, a pewnie jakiś program/film na kanale Cartoon Network. W każdym razie nie problem w tym, że o określonej godzinie jest wyświetlany jakiś film czy program. Chodzi o to, że telewizor jest włączony przez cały dzień. Działa na okrągło, niezależnie od tego, czy jest w ogóle coś wartego do obejrzenia, czy nie. Podczas obiadu wszyscy się nawzajem przekrzykują. Bo nie wpadną na pomysł, żeby telewizor bodaj przyciszyć. A już wyłączyć? Rozbój w biały dzień. I tak też są wychowywane dzieci. Z gadającym odbiornikiem telewizyjnym. Dwadzieścia cztery na dobę. Cieszę się, że Marcin Szczygielski zwraca uwagę na ten problem. Dlatego Szanowny Rodzicu, wyłącz telewizor i poczytaj z dzieckiem tę książkę. Zapewniam, że warto, bo są również świetne ilustracje. Nie znudzicie się oboje.


Główną bohaterką Czarownicy piętro niżej jest właśnie takie telewizyjne dziecko - niespełna dziewięcioletnia Majka, która uprawia niezwykłą żonglerkę słowną korzystając z zapoznanych z telewizji zwrotów. Jeśli pani psycholog w programie śniadaniowym wypowiadała się na jakiś temat, Majka powtórzy to w odpowiednim momencie bardzo dosłownie. Fragmenty z reportaży, czy seriali są znane na pamięć. Dziecko zatem wypowiada się jak niemalże dorosła osoba, choć nie do końca rozumie co tak naprawdę mówi. Trzeba jednak przyznać, że intuicyjnie udziela wypowiedzi na ogół bardzo trafnych. Na szczęście, choć nie na skutek szczęśliwego splotu wydarzeń, Majce przyjdzie spędzić wakacje u dość dziwacznej i podstarzałej ciababci, nazywanej tak w skrócie siostry babci.

Początkowo perspektywa takiego sposobu spędzania wakacji wydaje się Mai co najmniej nieporozumieniem i głośno i wyraźnie daje upust swoim odczuciom. Korzystając oczywiście z telewizyjnego slangu. Jednakże przedwczesne narodziny siostrzyczki Mai, malutkiej Alicji, powodują, że rodzice dziewczynki nie mają wyboru. Skupieni wokół inkubatora wcześniaka pragną zapewnić dziecku jakąś inną rozrywkę niż telewizor i urozmaicić dietę o coś więcej niż pizza dziennie. I chwała im za to. Co prawda początek jest fatalny - telewizor okazuje się być starym modelem, z czarno - białym obrazem, na dodatek nie ma do niego pilota. Oprócz tego ta dziwna cisza, jakby nie było życia dookoła. A jednak wakacje u ciababci przyniosą same zaskoczenia. Najpierw odnośnie stylu życia samej ciababci, która pierze raz w miesiącu, ale korzystając z wielkiego kotła i starej wysłużonej Frani, i gotuje na piecu w którym trzeba codziennie rozpalać ogień. Potem zadziwiające okazują się zwierzaki jakie spotyka w ogrodzie ciababci Maja - wyniosłego kota i narcystyczną wiewiórkę, której się wydaje, że jest lisicą. A niczym wisienką na torcie jest tajemnica pochodzenia Oscara oraz zagadkowego związku ciababci z sąsiadką o nazwisku Monterowa. Nadprogramowo pojawia się chłopiec, który spełnia swoją bajkową rolę jako typowy chuligan, zainteresowany rzucaniem czym popadnie w kota, czy uprzykrzaniem życia Majce. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło..

To już drugie spotkanie z prozą Marcina Szczygielskiego, drugie i bardziej udane. Czarny młyn podobał mi się bardzo, ale miał w sobie, jak na książkę dla młodzieży, trochę zbyt dużą dawkę grozy. Czarownica piętro niżej to świetna historia, z ciekawym i ważnym przesłaniem, a oprócz tego po prostu rewelacyjna rozrywka. Polecam dzieciom i rodzicom. Dzieciom rozbudzi wyobraźnię, a rodzicom może trochę otworzy oczy na ważny aspekt związany ze zbyt dużą ilością telewizji w życiu ich dzieci. Zdecydowanie polecam! I liczę na ciąg dalszy.




Czarownica piętro niżej, Marcin Szczygielski, Wydawnictwo Bajka, Warszawa 2013


Czytaj więcej

wtorek, 19 marca 2013

Lekcja z dorastania

Taka niepozorna jest ta książeczka, że w zasadzie pewnie bym ją przeoczyła na półkach rodziców Marcina, skąd ją porwałam z krzykiem do mamy Marcina "pożyczam!", gdyby nie znajoma szata graficzna:


Książki dla młodzieży z tego cyklu dotąd mnie nie zawiodły i na ogół okazywały się całkiem przyjemną lekturą. Niektóre pochłaniałam w zawrotnym tempie (jak Koniec wakacji Janusza Domagalika), niektóre może nieco wolniej smakowałam, ale też wywierały pozytywne wrażenie (jak Romeo, Julia i błąd Szeryfa Ewy Lach), jednak każda przywodziła dość skuteczne wspomnienia własne z dzieciństwa. A ta powieść jeszcze mocniej, ponieważ miejsce akcji, Suwalszczyzna, kanał Augustowski, to w końcu moje rodzinne klimaty, wśród jezior i lasów, gdy każde wakacje to było moczenie się w wodzie, co nigdy, przenigdy nie mogło się znudzić. Do dziś pływanie jest dla mnie jedyną możliwą formą ruchu, która zawsze, ale to zawsze mnie pociąga. Bo tak poza tym to jestem leń patentowany. Ale pływać mogę godzinami.

I nie tylko jeziora i lasy, ale i pływanie właśnie jest motywem przewodnim powieści Zofii Chądzyńskiej. Nadal jednak ta niepozorność jest wyjątkowo w tym przypadku złudna, bowiem podczas lektury zagryzałam paluchy z niepokoju o los głównych bohaterów i naprawdę bałam się zawierzyć serii, że w końcu dla młodzieży, toteż i zakończenie powinno być łagodne. Szczęśliwie - było, ale treść wciągnęła mnie niczym fabuła kina akcji i jej skromne sto czterdzieści stron przeczytałam w mgnieniu oka. Zaskoczona! Bardzo pozytywnie.

Głównym bohaterem jest podobnie jak u Domagalika, chłopiec, niespełna czternastoletni  podobnie mamy okres wakacji, podobnie, poznaje dziewczynę, a właściwie dziewczynkę Helenę. Ale na tym kończą się podobieństwa, bo Marek ma znacznie trudniejszą sytuację, osierocony przez ojca jeszcze gdy był kilkulatkiem, pozostawiony samemu sobie przez matkę, która pogrążyła się w rozpaczy po stracie męża, próbuje radzić sobie najlepiej jak umie. Nauczony głównie szorstkości i nieuprzejmości również w ten sposób traktuje swoje otoczenie. W klasie jednak imponuje jego styl bycia i Marek staje się jej niepisanym hersztem, z nauczycielami wojuje głupimi żartami i wagarami, jednak gdy objawia się jego talent pływacki, wszystko to uchodzi mu na sucho. Nauczyciele przeciągają go za uszy z klasy do klasy, byle tylko pływał nadal i reprezentował szkołę. W końcu to taki talent, taki prestiż.. Jednak gdy przychodzi nowa wychowawczyni, bardzo zasadnicza i surowa w ocenie Marek w końcu otrzymuje bezcenną lekcję od życia, ale również traci szansę na udział w zawodach. Co jest największą przyczyną jego smutku i niepokoju. Jednak chłopiec nie umie uczyć się na swoich błędach, a przynajmniej nie potrafi tego od razu, dopiero gdy poznaje drobniutką Helenkę, dopiero gdy trener podsuwa mu w żartach pewien pomysł, wszystko się zmieni, a to co wymyślą dzieciaki, żeby jednak uratować pozycję pływacką Marka.. No właśnie spowodowało, że się mocno zdenerwowałam i ostatnie strony pochłaniałam bardzo emocjonalnie.

Szybka lekcja dorastania i dojrzałości. Bardzo szybka, dziejąca się w mgnieniu oka, ale tak potężna w swym działaniu, że nie trzeba będzie nawet jej powtarzać. Nauczyła Marka nie tylko większej odpowiedzialności, ale też rozumienia i docenienia czegoś tak ważnego jak przyjaźń. Ta lekcja również stała się dobrą lekcją dla matki Marka, która nareszcie obudziła się z wieloletniego letargu i zaczęła dostrzegać nie tylko syna, ale i swoje błędy. Świetna pozycja dla młodzieży! Absolutnie nie poddająca się sile czasu, aktualna, na dodatek przekazująca ważne wartości bez moralizowania na siłę. Raczej opowiadająca historię chłopca, który popełnia błędy, a ich konsekwencje odbierają mu ważną dla niego rzecz. Ucząca czegoś, czego jak zaobserwowałam, nawet niektórzy dorośli nadal nie rozumieją, że wiele wydarzeń w życiu człowieka, jest konsekwencją jego czynów, a nie jak lubią sobie to wmawiać, pecha, czy złego losu. Warto przypominać takie książki. Nawet gdy korekta nieco kuleje, a język używany przez autorkę nie jest najwyższej próby, to nadal - warto. Polecam!


Życie za życie, Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1979

Czytaj więcej

sobota, 16 marca 2013

W walce z żywiołem

Gdy wczoraj zajrzałam do mojej ulubionej Krainy Andersena znalazłam wpis reklamujący blogi książkowe. Lubię takie wpisy, bo dzięki nim można odkryć perełki, które w zawirowaniach wirtualnej sieci łatwo przegapić. Jednak nie spodziewałam się takiego wyróżnienia i pojawienia się Mojej skromnej Pasieki na liście Mery. Po pierwszej fali przyjemnego uczucia, że Mery nie tylko lubi mój blog, ale nawet go zachwala, pomyślałam, że taka pochwała zobowiązuje, a przecież u mnie ostatnio trochę mniej staroci było. Z tego też powodu przyspieszyłam decyzję o lekturze Powodzi Jerzego Szczygła, która czekała już od jakiegoś czasu na półkach. I bardzo słusznie, bo okazało się, że to naprawdę świetna książka.

Samym autorem zainteresowała mnie z kolei Koczowniczka, gdy pisała o Tarninie. Ponieważ tego tytułu dotąd nie udało mi się znaleźć, skorzystałam z okazji, dzięki której to Powódź trafiła na moje półki, a więc tradycyjne podczas buszowania po internetowych antykwariatach. I przyznaję, że jest to autor, którego warto przypomnieć, wyciągnąć z zakurzonych półek, odświeżyć wiedzę na jego temat i przyciągnąć do niego czytelników - nie tylko tych młodych. Pisze równie przyjemnym piórem jak Bahdaj; choć lekkim stylem, to podejmuje się trudnej tematyki, ale też mimo, że przedstawia pewną już przebrzmiałą epokę z historii naszego kraju, to jednak pokazuje uniwersalny świat ludzkich problemów, niezależnie od tego dość już obcego i egzotycznego w naszych oczach tła historycznego z lat 60-tych ubiegłego wieku.

Fabuła Powodzi opiewa okres pewnej bardzo trudnej zimy, której kaprysy doprowadziły do zagrożenia powodzią -  najpierw duże opady śniegu oraz mrozy, a potem gwałtowne ocieplenia i odwilż, które z kolei spowodowały gwałtowne podnoszenie się poziomu Wisły. W Starogrodzie gdzie mieszka Leon, główny bohater omawianej historii, zostaje wszczęty alarm przeciwpowodziowy, do miasteczka zjeżdża się wojsko z lodołamaczami i ładunkami wybuchowymi. Trwa akcja ratunkowa, walka z żywiołem, w której pomagają nawet Leon i jego koledzy, zwolnieni z obowiązku szkolnego ponieważ budynek szkoły został tymczasowo wykorzystany na lokum dla powodzian. Jednak oprócz tego poważnego problemu miasteczko musi też zmierzyć się z innym, nie mniej ważnym, jakim jest pojawienie się kłusownika i złodzieja, który zaczynając od podkradania ryb okolicznym rybakom, przechodzi do kłusowania w lesie, oraz włamań do domów. Chłopcy, znudzeni brakiem codziennej konieczności chodzenia do szkoły, jak również nieco ostudzeni początkowym zapałem walki z powodzią, wszczynają samodzielne śledztwo w celu odkrycia przestępcy, co do którego tożsamości mają już pewne podejrzenia. Śledztwo jednak jest niebezpiecznie i chwilami może doprowadzić do tragicznego zakończenia. Narracja początkowo dość spokojna powoli wprowadza coraz większe napięcie, a wypadek przy moście, genialnie opisany, przykuwa uwagę czytelnika jeszcze mocniej. Ciekawa, choć niebezpieczna przygoda, kończy się jednak szczęśliwie, choć nie bez ofiar.

Jest w tej powieści wszystko. I przygoda, związana z nietypową sytuacją i walką z żywiołem, i trudy dorastania, związane z zawiłościami relacji między młodzieżą, jak i z dorosłymi, pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania, nauka odpowiedzialności za siebie, ale też nauka odpowiedzialności za dzieci, z jaką muszą się zmierzyć rodzice jednego z bohaterów. Napisana lekkim, przyjemnym językiem, czyta się naprawdę wyśmienicie, wciąga z każdą kolejną stroną coraz bardziej, a sytuacje związane z zagrożeniem są opisane bardzo realnie i nie do końca pozwalają wierzyć, że wszystko zakończy się szczęśliwie. A jednak mimo opałów w jakich znajdą się chłopcy, udaje im się wyjść z tego obronną ręką. Nie są to jednak naciągane historyjki, nie ma tutaj infantylności charakterystycznej dla literatury dla młodzieży, jest raczej dość brutalna rzeczywistość, pokazana jednak przez pryzmat chłopięcego świata. Dlatego dobra do polecania zarówno młodzieży, jak i dorosłym.


Powódź, Jerzy Szczygieł, Nasza Księgarnia, Warszawa 1970


------------

 Jerzy Szczygieł (ur. 14 marca 1932 w Puławach, zm. 21 sierpnia 1983 w Warszawie) – polski pisarz, także dla młodzieży, prozaik. W 1945 r. na polach minowych nad Wisłą stracił wzrok. W 1957 ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1954 na łamach "Sztandaru Młodych". Od 1957 redaktor naczelny czasopisma "Nasz Świat" a od 1964 także "Niewidomy Spółdzielca". Członek i działacz Polskiego Związku Niewidomych. W 1976 otrzymał Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za całokształt twórczości.

Czytaj więcej

niedziela, 3 lutego 2013

Gdy miłość jest chorobą...

W każdej dotąd poznanej mi dystopii (a nie twierdzę, że jestem jakąś specjalną znawczynią, porównuję to, co dotąd poznałam) autor stwarza świat, w którym ludzie traktowani są jak pionki w rządowej grze, kwestią oryginalności pozostaje jak te pionki są rozstawiane i w jaki sposób się je kontroluje. W Atrofii jest kwestia przypadku, na skutek eksperymentowania z ludzką genetyką, co wywołuje ogólnoświatową chorobę (którą jak przypuszczam rząd i tak pewnie monitoruje, ale o tym pewnie się dowiemy z części drugiej), w trylogii Suzanne Collins są to głodowe igrzyska, publiczne, losowe, zabieranie dzieci rodzinom, żeby się pozabijały na oczach ludzi, w celu ukrócenia ewentualnego oporu wobec władz rządzących. Lauren Oliver stworzyła świat, gdzie ludzi kontroluje się poprzez zabieranie im zdolności do kochania drugiego człowieka, obniżając ryzyko wszelkiego oporu z braku jakiejkolwiek namiętności, od dziecka zaś wpajając każdemu, że miłość to choroba, która odbiera człowiekowi racjonalne rozumowanie, a ostatecznie doprowadza do obłędu. Tytułowe "delirium" ma oznaczać właśnie tę chorobę. Pomysł sam w sobie interesujący. Fabuła jednak już trochę mniej, choć zdecydowanie ciekawsza od Atrofii.

W tomie pierwszym poznajemy Lenę, główną bohaterkę, która zgodnie z panująca tendencją jest przedstawiona jako dość przeciętna dziewczyna, o przeciętnej urodzie i niespecjalnej zdolności do wybijania się w tłumie, w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki Hany, która nie tylko, że urodziwa, to wydaje się odważnie negować panujący porządek. Obie dziewczyny są przed tak zwaną ewaluacją, czyli czymś w rodzaju egzaminu, w którym zostaną ocenione a po ocenie poddane zabiegowi. Zabieg jest na ogół przeprowadzany po osiemnastym roku życia, zamieniając człowieka w twór człekopodobny. Wszelkie przyjaźnie zawiązane przez zabiegiem, relacje, więzi, ulegają anulowaniu. Człowiek zostaje pozbawiony podstawowych emocji - miłości, przywiązania, a nawet radości. Oczy tracą blask, dziecka się nie przytula, rozmowy prowadzone są bez emocji, a małżeństwa powstają na skutek odgórnego parowania z minimalną możliwością wyboru. Twór niemalże doskonały!
   Jak w prawdziwej historii dla młodzieży przystało, wkrótce w życiu Leny pojawi się chłopak, Alex, Odmieniec, czyli mieszkaniec Głuszy, świata poza granicami miast, odgrodzonego drucianym płotem, który dodatkowo jest podłączony do prądu. Zwroty akcji nie są jakieś gwałtowne, znajomość z Aleksem wprowadza Lenę w świat Głuszy, zupełnie innego od dotąd znanego jej świata, obala wiele kłamstw dotąd jej wpajanych, wywołuje bardzo powolne co prawda, ale jednak, odcinanie się od tego co dotąd było dla niej ważne, aż w końcu Lena musi podjąć życiową decyzję, bo do zabiegu zostało już naprawdę niewiele czasu.

W tomie kolejnym Lena trafia do tego drugiego świata, poza granicami swojego dotychczasowego, świata owianego legendą i jak jej wmawiano, tak naprawdę nieistniejącego, porównywanego realnością do świata wampirów i wilkołaków (swoją drogą, zabawne porównanie w kontekście innego nurtu popularnych dla młodzieży powieści). Głusza jest zaś niebezpiecznym miejscem, nie ma w niej lekarzy, sklepów z żywnością, ani domów z ciepłymi łóżkami i normalnym życiem. Każdy dzień jest walką o przetrwanie, co do dziewczyny dociera z coraz większą brutalnością.
Pandemonium wyróżnia się ciekawszą narracją, przeplatającą wątki z czasu teraźniejszego Leny z okresem sprzed sześciu miesięcy, gdy trafiła do Głuszy. Następuje odwrócenie ról - to Lena jest teraz odmieńcem w świecie normalnych, wyleczonych ludzi, a co więcej, jest podwójnym zagrożeniem, ponieważ przystąpiła do ruchu oporu. I ponownie na jej drodze staje chłopak, z tymże w odwróconej konfiguracji to Lena będzie się musiała tłumaczyć z tego kim jest i powoli zmieniać światopogląd Juliana. Zakończenie zaś spowodowało, że na pewno sięgnę po część trzecią, gdy tylko zostanie wydana. Bardzo jestem ciekawa jak autorka rozwiąże patową sytuację w jakiej znalazła się Lena.

Oceniam te powieści jako lepsze od Atrofii, trochę słabsze od Igrzysk śmierci, ale stanowią całkiem interesującą rozrywkę, gdy ma się ochotę na coś innego. Chwila odprężenia po ciężkim tygodniu. Mogłabym wymieniać listę wad i przewinień, ale mam pełną świadomość, że to powieść dla młodzieży i że w związku z tym ma prawo do egzaltowanych opisów koloru oczu czy włosów, czy pewnych nieścisłości. Wymyślony świat jednak rządzi się swoimi prawami i autor może je dowolnie naginać na swoje potrzeby. I dobrze, bo taka literatura też niesie ze sobą jakąś wartość. Ważne, żeby do czytania zachęcać, nie zniechęcać.  Dlatego zachęcam! Młodzież w szczególności.


Delirium, Lauren Oliver, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012
Pandemonium, Lauren Oliver, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2012
Czytaj więcej

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jak Bilbo Baggins


Podwójnie zawiniłam.
Pierwszy raz, gdy dostałam ją od mojej wspaniałej polonistki, dokładnie 15 lat temu, gdy przywiozła mi ją jako pamiątkę ze swojej wizyty w Gdańsku. Razem z nią dostałam Początek Szczypiorskiego, który pochłonęłam od razu, a ona czekała dalej na półce.
Drugi raz gdy poznałam Marcina i od niej się tak naprawdę zaczęło. To znaczy dzięki niej Marcin odważył się ze mną porozmawiać, bo zobaczył ją na mojej półce. I pożyczył! Zastanawiałam się właśnie jak to się stało, że mam gdzieniegdzie rogi pozaginane. Domyślam się, że to jego robota. To drugie zawinienie jest o tyle poważne, że przecież od lat żyję pod jednym dachem z wielbicielem Tolkiena, to wypadałoby chociaż tę jedną jego książkę przeczytać...
Udało się dopiero dziś. Po piętnastu latach, po kilku przymiarkach, po wielokrotnym zaczynaniu jej treści przez te ostatnie lata, nareszcie przeczytałam od początku do końca. Nie zmieniło się tylko jedno - zawsze przychylałam się do oporu biednego hobbita przed przygodą, którą zafundował mu Gandalf i krasnoludy. Wolałam zostać w ciepłej norce, z pełną spiżarnią, brzuszkiem i ciszą dookoła. Niestety, trzeba było wyruszyć. A że pokrewieństwo dusz z hobbitem poczułam od razu to i podobnie jak Bilbo, zmieniłam zdanie na temat całej przygody i odbyłam ją z ogromną przyjemnością. Marcin może się teraz szelmowsko uśmiechać i powtarzać "a nie mówiłem?". I oczywiście, ciągnąć mnie do kina... Ci którzy czytają moje wrażenia z lektur już od dłuższego czasu, wiedzą, że nie lubię oglądać ekranizacji książek.


Opisywać dziś Hobbita, w sytuacji gdy czytało go już miliony czytelników, a w kinach można obejrzeć ekranizację, co prawda, dopiero pierwszą część, ale zawsze,  to jak pisać o tym, że za oknem mamy śnieg, bo zima. Oczywiście, nie każda zima musi sypnąć śniegiem, ale idea jest chyba jasna.
Dla mnie hobbit to nieduży, grubiutki stworek, który przedkłada wygodę i spokój swojego domku nade wszystko, więc już wiem, że to co sobie wyobraziłam nijak się ma do wizji reżyserskiej Jacksona. Owszem, lubię aktora, który wcielił się w Bilba, ale Bilbo bez brzucha, to nie Bilbo. Właśnie dlatego ekranizacji nie lubię, a że obraz wchodzi do głowy szybciej niż słowo to i zepsuć własne wyobrażenie potrafi w sposób analogicznie łatwy. Dlatego spróbuję bronić swojej wizji ile sił. A jest ona naprawdę przyjemna. Oto mały hobbit, ciepłolubny, zostaje sprytnie wciągnięty przez czarodzieja Gandalfa w wyprawę krasnoludów pragnących odzyskać dawno utracone bogactwa, aktualnie pilnowane przez groźnego smoka Smauga. Ażeby je zdobyć muszą odbyć długą wędrówkę, na wstępie której czyhają już niebezpieczne trolle, gobliny czy wargale. Będzie więc i walka wręcz i ucieczka i nareszcie brzemienne w skutkach spotkanie z Gollumem. Ale pewnie Wy to już wszystko wiecie.. Mogę tylko powiedzieć, że żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej. Bo choć dziś spodobała mi się bardzo to jednak wiem, że piętnaście lat temu wczułabym się w nią nieco bardziej, a już dwadzieścia lat temu czytałabym z wypiekami na policzkach. A tak Marcin był tylko świadkiem kilku okrzyków w dramatycznych momentach (a przecież Gandalf im mówił, żeby nie schodzili ze ścieżki!) i paru westchnień, gdy powoli zbliżałam się do końca. Naprawdę, miło tak wrócić na chwilę do dzieciństwa. Polecać nie muszę. Każdy fan Tolkiena albo już zna, albo ma w planach. A przeciwnicy i tak znajdą każdy możliwy pretekst by nie sięgnąć.

A teraz spędzam miły wieczór, w ciepłym, spokojnym domku, słucham szumu czajnika i całkiem jestem zadowolona, że Gandalf mnie jednak nie odwiedzi. Spokój i cisza nade wszystko. Bo ja naprawdę jestem jak Bilbo Baggins...oczywiście, zanim odezwie się w nim krew prapraprapradziadka Tuka..


Hobbit, czyli tam i z powrotem, John Ronald Reuel Tolkien, Wydawnictwo "Iskry", Warszawa 1997

Czytaj więcej

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Joanna Fabicka, "Sylwester" czyli Szczęśliwego Nowego Roku!

Wtorek, 31 grudnia

    Sylwester. Pełen goryczy czas filozoficznych podsumowań. Oto moje: jestem życiowym bankrutem, wypalonym wewnętrznie frustratem z krzywym zgryzem.
    Ponieważ znowu samotność złapała mnie w swoje kleszcze, postanowiłem powrócić do mojego pamiętnika. Tym bardziej że pijackie śpiewy na dole umilkły i rodzice wytoczyli się z domu wężykiem, odziani w zwoje serpentyn i confetti. Pojechali do babci do szpitala świętować ten wyjątkowy i jedyny dzień w roku.
     Pewnie jutro będę musiał odebrać ich z izby wytrzeźwień.

  Taa... od czego by tu zacząć? Tyle się wydarzyło.
  Ojciec znowu jest bezrobotny. Po tym jak zatrudnił w naszej szkole mamę (na stanowisku pedagoga), kompletnie przestał panować nad sytuacją: w pokoju nauczycielskim zawiązały się dwie opozycyjne frakcje, wzmogły się kontrole kuratorium i sanepidu, no i ojciec wymiękł. Jako wolny ptak nie znosi żadnej presji. Mama z kolei, skłócona z ciałem pedagogicznym, na zebraniu rady stwierdziła, że mogą ją pocałować w dupę. Mamy więc nowego dyrektora i nowego pedagoga.
   A teraz najgorsze. Moja wyśniona sarenka... puściła mnie kantem. Co tu dużo mówić, jak tylko wyprostowała sobie zgryz, zaczęła prowadzać się z hip-hopowym guru, BB Blachą 450.
    Najgorsze jest to, że... nadal jestem prawiczkiem. W tym wieku! O mój Boże!

Godzina 20.00

    Za cztery godziny wybije północ i jak nie zdarzy się cud, to wejdę w Nowy Rok samotnie z bagażem doświadczeń i Oponą na plecach. Zestarzała się przez te trzy miesiące, o mnie nie wspominając (to w końcu szmat czasu). Wyłysiała. Zgubiła zęby. Oślepła. I zwariowała.

    Mój zgryz bez zmian. Może to dlatego, że nie noszę aparatu. Ciągle robią mi się jakieś odciski na dziąsłach.
    Mam dziwne wrażenie, że moje życie stoi w miejscu. Co najwyżej posuwa się świńskim truchtem. Nie dla mnie dostojny galop czy ekstatyczny cwał!
     Założyłem marynarkę ojca. Jestem w permanentnym stanie gotowości na wypadek, gdyby jednak ktoś zaprosił mnie na sylwestrowy bal.
    Zjadłem chińskie ciasteczko z wróżbą w środku, które zostało jeszcze po Hee Jong. Oto, co wylosowałem: „Kiedy pokonasz wreszcie górę, jaka jest przed tobą, zobaczysz cztery następne na horyzoncie”.

Północ, Nowy Rok

     No i cud się nie zdarzył, co było do przewidzenia. Nie będę płakał. Jestem już mężczyzną. No... prawie. Wzniosłem toast noworoczny szampanem bezalkoholowym (wszystko, co ma procenty, znika w tym domu w okamgnieniu) i poszedłem odebrać Gonzo z jakiegoś kinderbalu. Nawet on szaleje tej nocy. Gdybym był małostkowy i zawistny, żółć zalałaby mnie od stóp do głów. Tak, jak w tej chwili.

Nad ranem

    No i ekstra. Na dole w przedpokoju leży pijany ojciec, pijana matka, pijany Gonzo i pijana Opona. Chyba im wszystkim wszyję esperal! Co do Opony to nie jestem pewien. Chyba jest tylko zamroczona racą odpaloną przez ojca. Jak zwykle, strzelił nie tam, gdzie trzeba. Dla pewności zalałem ją wodą, bo jeszcze tliły jej się resztki ogona, i poszedłem spać.


Świńskim truchtem, Joanna Fabicka, W.A.B.,Warszawa 2004, str. 5-7


--------------------------

  A tak już zupełnie abstrahując od literatury.. 
Wszystkim zaglądającym tu częściej, rzadziej, z nawyku, z przypadku..
   Wszystkim Wam życzę udanego Sylwestra, takiego, jak lubicie - czy to w spokojnym, domowym zaciszu, czy to na jakimś balu, czy na imprezie wśród znajomych. Niech będzie tak jak lubicie!
   Tylko może nie strzelajcie za dużo petardami.. Z myślą o moich Potworach i innych domowych, czy to bezdomnych  czworonogach, które to przyprawia o ogromną dawkę strachu (przepraszam za prywatną propagandę :D).

Bawcie się dobrze i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Niech 2013 będzie spokojnym, dobrym rokiem z tylko i wyłącznie przyjemnymi niespodziankami! I bardzo, bardzo owocnym czytelniczo! :D



Czytaj więcej

sobota, 29 grudnia 2012

"Kapelusz za sto tysięcy" Adam Bahdaj

Moja zajadłość (samozwańczego) naukowca, żeby wiedzieć, dotrzeć do źródeł, poznać, czasami męczy mnie samą. Szkoda, że nie mogę się rozerwać i zajmować kilkoma rzeczami na raz (a przecież i tak próbuję, bo nawet zębów nie umiem umyć, żeby drugą ręką na przykład nie suszyć włosów..) i tak na przykład zajmować się jednocześnie dokształcaniem w zakresie znajomości angielskiego (co haniebnie zaniedbuję) , czytać o rodzajach psychoterapii (kolejne znalezisko w bibliotecznych odrzutach z 1976 roku!) i zaczytywać w kilku książkach na raz. Do tego jeszcze zdecydować co czytać w  następnej kolejności, gdy się zostało tak obficie obdarowanym i każda książka nęci i kusi! Zmęczyłam się... Na odsapnięcie Bahdaj jest idealny!

Kapelusz za sto tysięcy to kolejna propozycja dla młodego czytelnika. Najlepiej takiego, który też musi spędzać wakacje z rodzicami nad morzem, podczas gdy pogoda nie dopisuje i niż znad Skandynawii obficie dzieli się deszczem. Takie właśnie wakacje spędza dwunastoletnia Krysia, zwana Dziewiątką, która w Warszawie nawet była szefem gangu, a teraz nudzi się jak mops na wspomnianych wakacjach w Nieborzu. Tato z bratem, Jackiem, spędza każdy dzień na połowach ryb, a mama znalazła upodobanie w grze w karty. Nad morzem jest niespokojnie, fale uderzając szaleńczo o brzeg zniechęcają do większych wędrówek, na dodatek ten deszcz. Na szczęście jest jeszcze kawiarnia Jantar, gdzie można dostać niezgorsze rurki z kremem i całkiem przyjemnie spędzić czas, pomimo tego, że na jeden metr kwadratowy przypada co najmniej dziesięciu turystów, których przywiała do kafejki niepogoda. A jednak to w Jantarze Dziewiątka, bystra i spostrzegawcza, pierwsza dostrzega niefortunną zamianę kapeluszy. A zamiana ta spowoduje niezgorszą aferę, kolejne śledztwo i zadziwiające jego wyniki. A przy okazji także nową znajomość z ornitologiem, który raczej jest kiepskim detektywem. Ale o tym co się tak naprawdę wydarzyło, dlaczego wiolonczelista rozpacza nad utratą zwykłego kapelusza, a Goguś chodzi i węszy, to już możecie doczytać sami. Najlepiej wspólnie, z własną, osobistą latoroślą, o ile jest na podorędziu. Bo może też gdzieś biega, w poszukiwaniu sensacji..

Bahdaja polecam każdemu niezależnie od wieku, płci i nastrojów. Jest dobry na pogodę i niepogodę. A przy tym lekki i odprężający, dzięki czemu można oderwać się od ponurych myśli, jakie spowodowała na przykład poprzednia lektura



Kapelusz za sto tysięcy, Adam Bahdaj, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2009
Czytaj więcej

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Joanna Fabicka, "Święto Kobiet"


8 marca

Spałem sobie niespokojnym snem winowajcy, gdy do pokoju wdarła się Adela w peniuarze i zmusiła mnie do dykcyjnych rymowanek:
– Pracowitość i systematyczność to podstawa sukcesu – grzmiała, próbując równocześnie umocować w ustach sztuczną szczękę. Zawsze jak ma kaca, to robi się nagle bardzo pracowita. Usiadłem na łóżku półprzytomny i mechanicznie powtarzając „złorzeczył zrzęda na grzędzie”, zastanawiałem się, czy ja jednak aby nie gram od urodzenia w jakimś komediowym serialu, tylko nikt mi o tym nie powiedział? Już dochodziłem do końcowych wniosków, gdy zadzwonił telefon.

– Dzisiaj Święto Kobiet, nie zapomnij...
– Wszystkiego najlepszego mamo...
– Cicho, durniu, nie o to mi chodzi. Idziemy wszystkie na manifę. Zbiórka o jedenastej przed pomnikiem Kopernika.
– Ale ja nie jestem kobietą!
– To nie ma najmniejszego znaczenia – przerwała mi brutalnie mama. – Chodzi o sprawę.
Aha. Powlokłem się do łazienki, gdzie odkryłem, że znowu ktoś mi podbiera moją piankę do golenia. To znak, że Adela przyjmuje potajemnie jakichś mężczyzn. Przysiadłem na muszli i pomyślałem, że jestem już tak zmęczony życiem, że właściwie to mi wszystko jedno i mogę iść na tę manifestację. To będzie mój prezent dla wszystkich zdradzanych, oszukiwanych, dyskryminowanych, gwałconych, źle wynagradzanych, zmuszanych do prostytucji kobiet na świecie. Dla wszystkich ofiar kłamliwych, egoistycznych jajozwisłych samców!

Pod pomnikiem

Tak musiała zaczynać się rewolucja październikowa! Jeszcze pochód nie ruszył na dobre, a już policyjne sikawki do tłumienia nielegalnych demonstracji stały w pogotowiu. Tłum z minuty na minutę pomrukiwał coraz drapieżniej. Powoli zaczyna mi się kręcić w głowie od nadmiaru wrażeń. To było skrzyżowanie Parady Miłości z karnawałem w Rio de Janeiro. Z trudem wypatrzyłem moje kobitki. Stawiły się w komplecie: mama, Hela, Adela, babcia i Gonzo. Wszystkie miały bojowe miny i silne przekonanie, że oto nadszedł kres dla męskiej odmiany gatunku ludzkiego. Gonzo paradował w babcinym fioletowym boa i staniku w tygrysie wzory, niczym jakiś karłowaty transwestyta. Co prawda, pętało się tam całkiem sporo facetów, ale na twarzy mieli wypisane histeryczne pytanie: co ja tu robię? Niektórzy nadrabiali miną, ale i tak rzucali trwożne spojrzenia na boki i obmyślali skrycie plan ewakuacji. Elka przybyła razem z Ozyrysem. Dźwigali wielki transparent MĘSKIM DZIWOLĄGOM – RADOSNE NIE. Pojawienie się Oziego wzbudziło nienaturalne podekscytowanie mediów. Co chwila ktoś podbiegał z kamerą, celował mu w nos mikrofonem i zadawał pytania. Jazgot był jednak tak wielki, że nic nie było słychać. Wreszcie na mównicę zaczęły wdzierać się kolejno gwiazdy polskiej myśli feministycznej i zaczął się meksyk.
– Czy chcesz, aby mężczyzna decydował o twoim życiu?
– NIE! – zagrzmiał tłum.
– Czy chcesz być tylko robotem kuchennym?
– NIE!
– Czy jesteś dmuchaną sexy doll?
– NIE!!!

O rany! Tłum falował coraz bardziej i przyparł mnie do barierki oddzielającej taras dla VIP-ów. Czułem się jak na koncercie punkrockowym. Jeszcze chwilę, a zaczną tańczyć pogo, aby znaleźć ujście dla wszechogarniającej agresji. Trochę się bałem, że je poniesie, ale zaraz przypomniałem sobie, że kobiety, jako ten wyższy stopień na drabinie ewolucyjnej, są uosobieniem spokoju i łagodności. Muszę przyznać, że te wszystkie feministki prezentują się na żywo dużo lepiej niż w telewizji. A ta, co ją wywalili z „Pegaza”, ma zniewalające spojrzenie sarny. Hm... i całkiem niezłą figurę. Może jednak ten cały feminizm wyjdzie mamie na dobre i nabierze trochę kobiecości? Zresztą jak stała teraz z tymi swoimi oczami rozświetlonymi nienawiścią, to wyglądała bardzo ładnie. Tymczasem nastąpiła bezwzględna demitologizacja męskiej andropauzy. Podobno to tylko kłamstwo wymyślone przez mężczyzn zazdrosnych o menopauzę. Nauka dowiodła, że samcy, jako mniej rozwinięte stworzenia, nie przechodzą burzy hormonalnej, tylko hodują brzuchy z lenistwa. Jakiś okularnik w kapeluszu dopadł do mikrofonu, krzycząc, że to nieprawda, ale i tak nikt nic nie słyszał, bo straż miejska odłączyła nagłośnienie. Pochód ruszył w stronę dworca, paraliżując stolicę. Kierowcy wysiadali ze swoich samochodów i klnąc na czym świat stoi, kopali z wściekłością koła. Mieli czerwone twarze i sapali z bezsilności. Patrząc na nich, naprawdę uwierzyłem w teorię Darwina. Nie wiem, jak kobieta, ale facet to na pewno pochodzi od małpy. No i Kasica Łasica. Ona to w prostej drodze od pawiana z tym swoim gościnnym dupskiem. Patrzyłem na Helę z rozwianymi włosami i zastanawiałem się, czy wie, jakiego barana ma za męża. Przed dworcem nastąpił przełom dramaturgiczny i pierwszy punkt zwrotny. Nasza pokojowa manifestacja stanęła oko w oko z Frakcją Rodzin Polskich i z jej młodzieżowym odłamem: Rewolucyjną Frakcją Dzieci Rodzin Polskich. Tu proporcje były odwrotne. Więcej było mężczyzn w średnim wieku o wykształceniu rolniczym, którzy trzymali za rękę swoje wystraszone żony. Co jakiś czas rozlegała się komenda
– Zocha, protestuj, do pioruna!
I wtedy Zocha nieśmiało wznosiła okrzyk:
– Jestem szczęśliwą żoną i matką!
A jej małżonek dodawał:
– Śmierć pedałom!
I tak sobie wszyscy wesoło wymieniali poglądy, aż podjechały trzy wozy strażackie, błyskawicznie wzniesiono zaimprowizowaną estradę i na deski wskoczył... jakiś latynoski kochaś z rozkołysanymi biodrami. Uważam, że Urząd Miasta Stołecznego Warszawy spisał się na medal. Żeby tak spacyfikować imprezę, no, no! Feministki zapomniały, po co tu przyszły i piszczały w ekstazie, Dzieci Rodzin Polskich prosiły je do samby i poczułem się jak idiota, bo byłem jedynym, który krzyczał: „Precz z sondą waginalną!”

Poniedziałek

Co za wstyd! Jestem pośmiewiskiem całej szkoły. Wczoraj we wszystkich wydaniach „Wiadomości” pokazywali materiał z manify, w którym stoję na barykadzie i wrzeszczę falsetem: „Moja wagina należy do mnie!” W tle Gonzo udaje, że wiesza się na fioletowym boa babci. Najgorszy był komentarz.
„Zacietrzewienie polskich feministek sięga tak daleko, że w swej nienawiści nie widzą już, że zamiast pozostać kobietami, zamieniają się w pokracznych nastolatków wrzeszczących, jakby przechodzili nieudaną mutację”.
Nikt, nikt mi nie pogratulował sławy. Najłatwiej krytykować, typowo polska przypadłość.
Ozyrysa też było widać w TV. Wszyscy mówią, że świetnie wypadł. Potnę się pod
kolankami z zazdrości.


Świńskim truchtem, Joanna Fabicka, W.A.B.,Warszawa 2004, str. 82-86.

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.