Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Jerzy Krzysztoń "Rześkim porankiem..."


Źródło zdjęcia
 Powietrze rześkie, zawieja ucichła nad ranem, lekki trzymał mróz, śnieg chrzęścił pod butami. Zadarłem głowę w niebo, słońce podświetlało unoszące się mgły nad Mokotowem. Zapowiadał się pogodny dzień. Żona i córka wstały. Wycałowałem je na powitanie, Jo spieszyła się do liceum, pochwaliłem się, co im przywiozłem z podróży: świeży góralski chleb i oscypkę. A kożuchy trzeba zamawiać latem, żeby były gotowe na zimę! Rad bym opowiedzieć żonie o przygodach w pociągu, ale nie było sposobności. Zostawiłem obie przy porannej kawie i w samą porę wróciłem do gabinetu. Akurat radio nadawało piosenkę, a słowa jej przyprawiały mnie o dreszcz. "... I shall see you walking... In the sunshine, in the storm... The bravest of them all... Ujrzę cię, gdy idziesz?... W słońcu, w burzy?... Najdzielniejszy spośród nich?... Natychmiast przypomniały mi się brzemienne słowa mojego Dostojnego Rozmówcy: "Idź ty jutro przez miasto..." Abym nie miał cienia wątpliwości, trzykrotnie powtórzył się refren: "I shall see you walking..." Więc zaszyfrowany rozkaz wymarszu! Z pięknym apelem do mojej odwagi... Udaję się w ciężkiej misji, którą życiem przypłacić można. Szybko, szybko, zwłoka może okazać się fatalna. Jeślibym działał opieszale, a wskutek mojej powolności sytuacja uległaby niekorzystnej zmianie, to kto wie, czy sam na siebie nie wydałbym wyroku? W pośpiechu narzuciłem palto, włożyłem beret, zdumionej żonie wyjaśniłem, że muszę być wcześniej w Radiu! Chwyciłem magnetofon, mój stary Uher ze świeżo wymienioną taśmą, i - wybiegłem z domu.

Była ósma. Krajobraz mokotowski zmienił się nie do poznania, od samego progu. Ulica była ta i nie ta, ludzie byli ci i nie ci, wszędzie to i nie to... Przede wszystkim wyczuwało się atmosferę napięcia, powagi i grozy. Większość przechodniów na ulicy to nie zwykli przechodnie, tylko współuczestnicy tego, co się wokół mnie rozgrywało, moi skryci towarzysze albo przewodnicy. Wpierw na Madalińskiego, tuż za furtką, z najwyższym zdumieniem spostrzegłem ekipę w pomarańczowych kubrakach, która dla pozoru kładła asfalt na jezdni. Dawnej nawierzchni nic nie brakowało! Ujrzawszy ich, krzątających się w ochronnej odzieży, pojmuję, że pozorując remont jezdni przyszli z pomocą w ciężkiej dla mnie chwili! Nie musimy nawet mrugać do siebie,
gdy tak stoję nieporuszony w sinawym swędzie płynnego asfaltu, który bucha parą i dymem, możemy obejść się bez słów, gdyż więź między nami jest tak silna. Podnoszę tylko na znak szacunku dłoń do beretu. Wiem, cokolwiek się zdarzy, klasa robotnicza będzie ze mną! Zaczerpnąłem otuchy przed długą drogą, rozumiejąc, że nie będzie to droga ani łatwa, ani prosta. Na mój ukłon maszynista kierujący ugniataczem odpowiedział przeciągłym gwizdkiem, zahuczało jak syrena okrętowa. Przypomniał mi się Gdańsk, nasze nieszczęście narodowe, niedawne wypadki. Czarna Wigilia, tak czarna, że płakałem. A oni pracowali ze spokojną rozwagą po drugiej stronie jezdni, której połowę zostawili dla ruchu. Czekałem, kiedy dadzą mi znak, że mogę iść dalej, droga wolna! Zachowywali się wobec mnie cudownie... "Udawajmy, Antoś, że się nic nie stało". Walec pyrkotał, swąd świerzbił w nosie, dym w oczy szczypał, smoła wrzała w piecu na czterech
kołach. A może chcą wystawić na próbę moją odwagę, przekonać się, jak ten reporter poradzi sobie? Czy długo będzie stał wyprężony na baczność, salutując do beretu, wyróżniając się spośród gapiów i gawiedzi? Owszem, stoję, gdyż wśród tych robociarzy w pomarańczowych kubrakach czułem się naprawdę bezpieczny.

Raptem coś zatrąbiło! Przemknął autobus, mignął czerwienią w oczy, smugą czerwieni. Coś niesamowicie pięknego... Komunikacja miejska została włączona do rozgrywających się wokół mnie wydarzeń! Muszę iść tropem czerwieni, pod jej sztandarem dojdę, gdzie trzeba. Ruszyłem w stronę Puławskiej, aby przekonać się natychmiast, że mam przewodniczkę! Doścignąwszy mnie, wyminąwszy, szła przede mną, ponaglając mnie torebką: pospiesz się, pospiesz się! Młoda, zgrabna. I przeświadczona, że posłusznie idę za nią, nawet się nie oglądała, aż dopiero przed sklepem warzywniczym zerknęła wymownie przez ramię, zanim weszła do środka. Czekałem, co dalej? Patrzyłem na wystawioną beczkę z kapustą, beczkę z kiszonymi ogórkami i puste skrzynki po jabłkach. Przypomniał mi się jeden z naszych uczonych, który marzył, żeby zostać badylarzem, i gromadził w tym celu kapitały, wątpliwe kapitały. Lecz cały czas rzucałem wokół bystre spojrzenia, by nie dać się zaskoczyć. Wtem z zieleniaka wyszła staruszka, poprowadziła mnie dalej. Niosła w siatce główkę czarnej kapusty. Czyżby to już taki był nóż na gardle, że trzeba mobilizować staruszki? Ale cóż za cudowna organizacja! Co za wspaniałe zgranie! Oto z naprzeciwka idzie młody człowiek, wymownie trzyma gazetę, a mijając mnie przeciera ręką twarz. Oto, co mi komunikuje: nie miej łusek na oczach, nie trać twarzy i niechaj nic z dzisiejszych wydarzeń nie przedostanie się do gazet... Tak! Wzmógł moją czujność, postanowiłem mieć oczy otwarte na wszystko. Z rozczuleniem myślę o drepczącej starowince - mimo tak sędziwego wieku bierze udział w akcji. Ach, polskie kobiety, żony powstańców i zesłańców. Zostaje to we krwi na całe pokolenia! Raptem zdębiałem. Z przeciwka szedł oficer w mundurze z beretkami, bardzo postawny, solenny... Ten minął mnie godnie, bez zbytecznego gestu, starczy, aby dać do zrozumienia, że w ostateczności wojsko też mnie nie zawiedzie! Był w randze pułkownika, doceniłem wiec powagę sytuacji. Staruszka miała wytarty paltocik z wyliniałym kołnierzem, niemodny kapelusik, na chudych nogach pończochy w obwarzanki. Ot, taka sobie staruszka. Jakie to chytre, z jakim wyczuciem konspiracji! Ten naród ma dobrą szkołę...




Obłęd, Jerzy Krzysztoń, Świat Książki, Warszawa 2005, strony 79-81
Czytaj więcej

niedziela, 24 marca 2013

Poczta literacka, audycja trzydziesta druga

   Nasi korespondenci coraz częściej domagają się odpowiedzi na piśmie. Jest to nieporozumienie. Nasza Poczta działa wedle reguły, która zakłada udzielanie odpowiedzi wyłącznie na antenie. Nie możemy uprawiać na poły prywatnej korespondencji, bo z czegóż by powstała nasza audycja? Musimy zachować reguły gry i proszę mnie nie nagabywać o listowne odpowiedzi. Korespondenci, którzy się tego domagają, wyznają bez żenady, że bardzo rzadko słuchają radia. W takim razie trafili pod zły adres, jeśli nie stać ich na wysłuchanie raz w miesiącu dziesięciominutowej Poczty Literackiej, do której kierują swoje utwory. Nie ma rady. Proszę słuchać radia.

   Kampania wrześniowa ma bardzo bogatą literaturę pamiętnikarską, publicystyczną, historyczną i powieściopisarską, że wspomnimy choćby "Polską jesień" Jana Józefa Szczepańskiego czy "Dni klęski" Żukrowskiego. I wydaje się, że została dość gruntownie opisana, a jednak każdy nowy do niej przyczynek ma swoją wartość. Jednym ze świadków ówczesnych wydarzeń był pan magister Bronisław Tymczyński z Katowic, który na dwudziestu stronicach maszynopisu nadesłał na swoje wspomnienia z września. Był on podówczas porucznikiem, dowódcą kompanii strzeleckiej w 11 Karpackiej Dywizji Piechoty, która toczyła boje w Małopolsce. Oto jak autor opisuje swoją kompanię w dniu wymarszu na front:

  Dwieście kilkadziesiąt żołnierzy z 4 kompanii maszeruje za dowódcą miarowym krokiem w pełnym, ciężkim rynsztunku bojowym. Karabiny pięciostrzałowe na pasie, bagnet i łopatka, maska przeciwgazowa, manierka i ciężki tornister załadowany żołnierskim dobytkiem polowym. Na końcu maszeruje patrol sanitariuszy ze zwiniętymi noszami, a za nim jadą trzy kompanijne wozy taborowe i kuchnia polowa zaprzężona w cztery konie.

  Wkrótce zaczną się ciężkie boje i opis tych bojów stanowi właściwą kanwę pamiętnika. Najcięższe zmagania czekały dywizję w rejonie Przemyśla, a potem w Lasach Janowskich.

   Pada coraz więcej naszych żołnierzy, naszych dobrych kolegów. Dręczy nas brak snu, doskwiera głód, pali pragnienie, zmęczenie przyciąga do ziemi ociężałe nogi, utrudzone nad miarę w conocnych marszach i codziennych szykach rozwijanych i znów zwijanych w tych upalnych dniach i w tym coraz cięższym z każdym dniem rynsztunku. Ciągle napinają nasze nerwy naloty nurkujących z przeraźliwym świstem i wyciem samolotów, a wybuchy bomb lotniczych i granatów artyleryjskich sieją postrach, śmierć, rany i zniszczenie.

   Autor przywołuje bohaterską śmierć majora Stanisława Młyńskiego, który ginie śmiercią żołnierza. Porucznik Tymczyński chce być kronikarzem skromnym, nie zamierza relacjonować zdarzeń, których nie oglądał na własne oczy jako dowódca kompanii. Stąd aby dać pełny obraz wydarzeń, odwołuje się do autorytetu swojego dowódcy dywizji, pułkownika Bronisława Prugara Ketlinga, któremu  raz po raz oddaje głos w swoim pamiętniku. W końcu dochodzi do tego, że więcej nam mówi cytowany obficie Prugar Ketling niż sam porucznik Tymczyński, który swoją rolę świadka ograniczył ponad miarę. "Pozostała przy życiu grupka żołnierzy, w tym ranni i kontuzjowani, wpadła wraz ze mną, także kontuzjowanym, do niewoli niemieckiej". Pamiętnik kończy się lakonicznym zdaniem: "Z niewoli niemieckiej potrafiłem później zbiec." Szkoda, że autor nie zechciał nam opowiedzieć, w jaki sposób udała mu się ucieczka do niewoli. Mógłby to być pasjonujący ciąg dalszych wspomnień polskiego żołnierza.

  Pani Wanda Tarasińska z Poznania uprawia trudną sztukę prozatorskiej miniatury, powołując na swojego mistrza Stanisława Dygata. Są to krótkie opowiadanka, dawniej zwane obrazkami. A więc obrazki z dzieciństwa, które wypadło na tuż powojenne lata, stąd cień wojny jest w nim stale obecny, choćby w utworze "Szczenięce zabawy" czy "Historia z pukawką". Anegdota, w tych opowiastkach jest wątła i nie o nią w końcu chodzi , idzie o przywołanie tamtych ulotnych chwil, ich barwy i nastroju, co się autorce z całą pewnością udaje, tak jak udaje się stworzyć portret wrażliwej dziewczynki, otwartej na świat, którego tajemnica i cuda chłonie. Pochwalić również wypada język, bardzo sugestywny i plastyczny. Posłuchajmy dla przykładu:

  Do Gądżarewy biegało się po pierwsze wiosenne kwiaty - po zawilce. Potem po smardze, poziomki i czarne jagody, a jesienią po grzyby. Były tam upatrzone miejsca: w dębince borowiki, a dalej w brzeźniaku kraśniaki. Strzegliśmy tych miejsc zazdrośnie, uciekając przed pomyloną Paulinką, która ze wsi przychodziła aż tutaj, błąkając się po lesie i okolicznych polach.

  Czyż nie jest to klarowna, piękna polszczyzna? Czytałem te miniatury z przyjemnością, mają one walor dobrej prozy. Gdybym był wydawcą, nie cofałbym się przed ich wydaniem. Dlatego z czystym sercem namawiam panią Tarasińską, aby napisała cały tomik z myślą o wydaniu książki. Zdaję sobie sprawę, że jest to trudne, gdyż ten rodzaj pisarski do najtrudniejszych należy, ale sądząc po tak udanych miniaturach, jak "Sylwia" czy "Strony świata", można wnosić, że nie zabraknie autorce talentu. Życzę powodzenia.

  Pan Gustaw Trzciński z Warszawy pisze do nas w te słowa: "Choć jestem stary i scyniczniały, nie mogę przestać interesować się poezją, która była dla mnie zawsze oderwaniem się od codzienności, czymś czystym i radosnym, pędem do piękna natury, wszystko jedno, czy była to róża, czy człowiek. Tak było. Dzisiejsza poezja jest, nie wnikając w przyczyny dlaczego, nie kończącym się filmem okropności, monologami ludzi pozujących na proroków, zestawiających słowa bez semantycznego ładu. Ma to być ich wizja losów świata lub ich skomplikowanego ego? A co człowiek, który jest u zarania swojej obecności na ziemi, może o tym widzieć? Nic. Prawie wszystko, co się pisze na ten temat, jest pozą".
  Bardzo to kategoryczny sąd, zapewne niesprawiedliwy, i nie sposób się z nim zgodzić, ale przytaczam go, gdyż jest w pewnej mierze charakterystyczny dla gustów i odczuć twórców amatorów, którzy pragną, aby poezja była właśnie "czymś czystym i radosnym", jak chce tego nasz korespondent. Myślę, że wolno tego od poezji oczekiwać, ale nie można jej odmawiać prawa do niepokoju i poszukiwań, do stawiania pytań, na które nie ma łatwych odpowiedzi. I tu trafia do przekonania zdanie pana Trzcińskiego, które pasuje jak ula, że człowiek jest u zarania swojej obecności na ziemi, a zatem jest istotą, która wciąż się uczy, poznaje i stawia pytania, a tego człowiekowi i poecie wzbraniać nie wolno, to nie jest jego poza, tylko obowiązek poznawczy, twórczy. Nasz korespondent nie powinien być tak cięty na współczesnych poetów, gdyż sam pisze wiersze i sam stawia pytania:

Gdzie jesteśmy? Czym?
odblaskiem gwiazd dalekich?
mitem? życia pleśnią?
pyłem? kurzem? Nieistnieniem?
Nie wiem

  Pan Trzciński uwielbia muzykę, co widać w jego wierszach. Może znajdzie odpowiedź w swojej ulubionej "Sonacie Księżycowej" Beethovena. 

  Nieszczęście osobiste wielu ludziom wkładało pióro do ręki, aby mogli wypłakać swój żal po stracie ukochanej osoby. Poezja elegijna ma swoją bardzo długą tradycję, ale trudno o niej rozprawiać, gdy czyta się wiersze napisane po śmierci syna, jakie nadesłała nam pani Józefa Mazur z Będkowic. "Te bardzo skromne żale", jak je określa z rozpaczliwą pokorą autorka. Wierszy jest wiele, na miarę cierpienia, które nie gaśnie, wciąż podsycane pamięcią. I nie jest ważne, czy są to strofy pisane ze znajomością poetyckiego rzemiosła, czy chwilami wręcz nieporadne, gdyż sama ich nieporadność staje się wymowna. Nie sposób do tych wierszy zwyczajną krytyczną przykładać miarkę. Narodziły się z potrzeby serca i służyć miały ulżeniu własnej doli, czemu nie mogło posłużyć nawet malarstwo, któremu pani Józefa Mazur się poświęca. Sztuka jest pocieszeniem, więc miejmy nadzieję, że pisząc swoje wiersze autorka pociechę taką znalazła. W każdym razie w jej szczerość wątpić nie możemy, gdy powiada:

Czemuż ja wróżby nie uczyniłam
Przy twoim narodzeniu
Może los okrutny bym uprosiła
I przeszkodziła przeznaczeniu..?

Czemu na gwiazdę nie patrzyłam
Co życie Twoje oznaczało
W karty Cyganki nie wierzyłam
I tak śmierć młodo cię zabrała.

  Na tym kończymy dzisiejszą Pocztę Literacką. (..) Do usłyszenia.



Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 161-165



Czytaj więcej

niedziela, 17 marca 2013

Poczta literacka, audycja piętnasta

  Dziś na początek pomówmy trochę o języku, jakim posługują się twórcy amatorzy w swoich utworach. W ciągu półtora roku zapoznałem się ze sporą ilością manuskryptów, aby wyrobić sobie zdanie i wygłosić kilka uwag na ten temat. Co mnie ujęło przede wszystkim i co uważam za pokrzepiające zjawisko? Pierwsza rzecz, którą godzi się podkreślić, to czystość polszczyzny,  jaką władają twórcy amatorzy. Jest to język nie zachwaszczony, wolny od żargonu dziennikarskiego czy biurokratycznego, który wciska się do mowy potocznej, wolny od sztampy, skostnień, szymli i frazeologii biurokratycznej.(Ostatnio na przykład słyszałem w telewizji takie powiedzenie: "Przestaliśmy pracować z tytułu braku oświetlenia" zamiast "z powodu braku" albo "ponieważ zabrakło".)

  Twórcy amatorzy unikają tego żargonu, co dobrze świadczy o ich smaku i odporności. Wykazują troskę nie tylko o poprawność językową, ale o kulturę języka w ogóle. Mają szacunek dla słowa pisanego, rozumiany jako poszanowanie wartości. Właściwie wszyscy poza nielicznymi wyjątkami wykazują pewien stopień obycia, nobilitacji kulturalnej, osiągnięty poprzez lekturę i obcowanie z tradycją, wyrażoną w dziełach wielkich pisarzy. Stąd w stylu twórców amatorów nietrudno spostrzec ciążenie naszych romantyków zwłaszcza, a także poetów Młodej Polski, którzy cieszą się zaskakującym wzięciem wśród nieprofesjonalnych autorów, inspirują i podsuwają wzory. Trzeba tu od razu powiedzieć, że twórcy amatorzy dalecy są od wszelkiej awangardy i w niczym nie usiłują naśladować poezji nowoczesnej, z jej rozluźnieniem kanonów formalnych. Wśród kroci utworów, jakie przyniosła Poczta Literacka, nie znalazłem ani jednego wiersza, który by w czymkolwiek nawiązywał do poezji nowoczesnej, nie powiem - do Białoszewskiego, ale choćby - Herberta, choćby Grochowiaka. Choćby do Szymborskiej.

   Nasuwa się oczywisty wniosek, że poezja nowoczesna jest im z gruntu obca, nie przemawia do nich, nie trafia, czemu zresztą nieraz dają bezpośredni wyraz w swoich listach. Dlaczego tak się dzieje? Zapewne jeden z powodów to podeszły wiek twórców amatorów, którzy przeważnie chwytają za pióro, gdy znajdują się na emeryturze. Ale nie da się tej sprawy uogólnić, bo wielu z nich pisze od wczesnej młodości, właściwie całe życie. Tylko ich upodobania zatrzymały się w najlepszym razie na Tuwimie i Marii Jasnorzewskiej - Pawlikowskiej. I już nie posunęły się dalej. Dla twórcy amatora wiersz to musi być wiersz - z rymem, rytmem, strofą. Solidny i tradycyjny. Wręcz kurczowo trzymający się tradycji. Można więc powiedzieć, że twórcy amatorzy to tacy ludzie, którzy przypominają strażników grobowca. Kultywują tradycje, które należą już do historii literatury.

   Ale przecież za każdym takim wierszem, kryje się przeżycie. Kryje się pragnienie dania wyrazu temu, co żywe w autorze, co dręczy, boli, zachwyca. Tymczasem tradycyjna forma nadaje im kształt anachroniczny. Wiadomo, że te wiersze nie dostąpią druku, nie przyjmie ich żadna redakcja. Pozostaną poezją uprawianą na prywatny użytek. Zamiłowaniem wdzięcznym i godnym pochwały. Docenianym przez Pocztę Literacką i upowszechnianym przez nią w pewnym zakresie. Dzisiejsza poezja nowoczesna odejdzie kiedyś do historii literatury i za lat pięćdziesiąt, może sto, przyszli twórcy amatorzy będą sięgać do Białoszewskiego, Herberta, Grochowiaka czy Szymborskiej, tak jak dziś sięgają do Słowackiego, Asnyka, Tetmajera i Tuwima. Wygłaszam to jako pochwałę strażników tradycji i dobrego języka polskiego.

A teraz zajmiemy się tym, co otrzymaliśmy w dzisiejszej Poczcie Literackiej. Pani Natalia Lipińska z Sandomierza nadesłała nam cykl pod tytułem "Sny", składający się z siedmiu bardzo ekspresyjnych utworów. Nie wiem, czy ta siódemka jest nawiązaniem do cyfry kabalistycznej, w każdym razie "Sny" są wielce niesamowite. Jeśli autorka rzeczywiście coś takiego przeżyła, jeśli są to jej autentyczne sny, to pozazdrościć bogactwa podświadomości. A jeśli są to twory wyobraźni, to pogratulować wyobraźni. Jest to wyobraźnia o wyraźnych cechach malarskich ze skłonnością do deformacji i widzenia rzeczywistości w wynaturzeniu na wzór Hieronima Boscha - z tym, że zamiast pokracznych człeczków mamy do czynienia z pokracznymi zwierzętami.Właściwie są to fantasmagorie, jakby pod wpływem narkotyku, choćby narkotyku wybujałej fantazji. Poetyka snu, uprawniająca każdą niesamowitość, walnie tej fantazji sprzyja. Każdemu z tych utworów - po dwie, trzy stroniczki - pisanych poetycką prozą, patronuje jakieś groźne zwierzę. Orzeł z głową tygrysa, bizon ze smoczą paszczą, nawet pospolity gacek, nietoperz, staje się groźny. Wszystkie te zjawy, bardzo plastycznie odmalowane, prześladują bohaterkę, która ucieka przed nimi, lecz nie ma się gdzie skryć. Wprawdzie wie, że kryjówka gdzieś istnieje, ale nie potrafi jej znaleźć. Cóż więc czyni? Postanawia wchłonąć w siebie zjawę, przeistacza się, zaczyna żyć jej życiem i patrzeć na świat jej przeraźliwymi oczami. Czytałem kiedyś angielską przypowieść o pani przemienionej w lisa, tutaj natomiast pani przemienia się w kilka demonów z rzędu! I skóra nam cierpnie. Jeśli to ma być metafora o demoniczności kobiecej, to strzeż nas Panie Boże. A jeśli są to przypowieści o niespożytej sile zła, które musi nas pochłonąć to robi się bardzo ciężko na duszy. Stężoną atmosferą pełną grozy "Sny" przypominają baśnie Grimma, którymi straszono mnie w dzieciństwie. Nie wiem, czy Panią Natalię Lipińską straszono w podobny sposób, ale dziś swoją wizją sama też straszyć potrafi. Po lekturze bałem się, że mi się to przyśni, ale jakoś los strzegł.

  Pan Eugeniusz Jaworek, którego lwowskie wspomnienia sprzed pierwszej wojny światowej omawiałem w poprzedniej audycji, jest rónież autorem nostalgicznych wierszy o Lwowie, z których jeden chciałbym tu przedstawić:

I zamknie moje znużone powieki
Śmierć swoją dłonią zimną jak ołów
Jeszcze zobaczę jak obraz daleki
Te cudne wieże Twoich białych kościołów
Jak wynurzają się z oparów rzeki
I jak się pławią w wieczornej godzinie,
W przejrzystym, bladym niebios seledynie

 Pan Jaworek, który zmarł przed rokiem, a którego utwory nadesłała nam wdowa po nim, zachował do końca życia tęsknotę i uwielbienie dla Lwowa, któremu poświęcił wszystko, co napisał, włącznie ze swoim interesującym pamiętnikiem.

  Pani Kazimiera Książek z Wrocławia serdecznie ubolewa, że znając ograniczenia swojej muzy nie mogła, choć pragnęła, napisać wiersza ku czci Jarosława Iwaszkiewicza, którego nazywa poetą wspaniałym. Poświęca temu cały list, zresztą z opisem dzieciństwa i młodości swojej, pokrewnej młodości Iwaszkiewicza, gdy "wieś była wsią, każda miała swój urok, swój język, strój, a nawet potrawy". Pisze dalej, cytuję: "Jakże dzisiaj rozumiem poetę naszych czasów, który jest tak kochany, że nawet sobie nie wyobraża, co czujemy, kiedy go czytamy". Głęboka zaduma, wspomnienia, a czytając w zaciszu samotności - starsza pani wzruszona idzie wraz z Iwaszkiewiczem na spacer po starych ścieżkach, choć już zarosłych, jednak przy księżycowym blasku, z psami. Można być szczęśliwym nawet na starość.

  Na tym kończymy dzisiejszą Pocztę Literacką. Pocztmistrz prosi autorów o listy. Do usłyszenia.


Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 74 -77
Czytaj więcej

niedziela, 10 marca 2013

Poczta literacka, audycja ósma

  Mój znamienity kolega, Władysław Terlecki, suponuje, że sam kołatałem do jakiejś Poczty Literackiej, a na stare lata - proszę! - dochrapałem się godności pocztmistrza. Oj, pięknie by było i zgodnie z tradycją: terminator w jakimś fachu na koniec zostaje mistrzem... To znaczy, wreszcie fundują mu posadę mistrza. Ale nie u nas! O, nie! U nas mistrz, zanim czegokolwiek się dochrapie, ma nad sobą tylu dyletantów!.. Albowiem dyletantów u nas mrowie, a mistrzów mało. I dlatego prawie, w każdej dziedzinie powodzi nam się.. oj powodzi!
  Nie ma co daleko szukać.. W końcu ja też dochrapałem się posady pocztmistrza wskutek swojego dyletanctwa!.. Mnie się na przykład wydaje, że pocztówka z Krynicy nie powinna iść do Warszawy bite dwa tygodnie, a tak może myśleć tylko dyletant... Albo - że słowo pisane, mówione, każde ludzkie słowo nie powinno być rzucane na wiatr... A tak może myśleć tylko dyletant! Zresztą, czyż potrzebuję dostarczać dowodów swojego dyletantyzmu?

  Wyznam tylko, że do do Poczty Literackiej sam nigdy nie pisałem, przeto domysły mojego znamienitego kolegi są płonne... Słałem listy wprost do redakcji czasopism literackich - no i tak na tym wyszedłem, że przyszło mi pisaniem zarabiać na chleb, co nie jest tak dobrze.. Dobrze to miał Jan z Czarnolasu, tudzież Mikołaj Rey z Nagłowic. Ani linijki nie spłodził dla grosza! Pozazdrościć! Myślę, że zazdrość tę podziela również mój znamienity kolega Władysław Terlecki, gospodarz dzisiejszego programu "Niedzielnych spotkań"..
  Otóż - pro domo sua! Poczta literacka jest właśnie dla tych, co nie dla grosza.. I nie dla sławy, bodaj. A jeno - z potrzeby serca. Więc z duchowego, a nie materialnego przymusu. Ot, co!
  To nie byle jakie, to mocne credo pocztmistrza. Wyrosłe z kroci tych w końcu bezinteresownych listów, które otrzymał. Albowiem lepsza czy gorsza, udana bądź mniej udana, zgrabna czy wręcz nieporadna, jest to w końcu twórczość swobodna i radosna.. A nie żadne tam - dla chleba, panie, dla chleba.. Tak dobrze znane wszystkim literatom we wszelkich szerokościach geograficznych,, Ot, co!
  Koledzy po piórze pomyślą,że trochę się zagalopowałem. A bo ja wiem? A cóż by ze mnie był za pocztmistrz, gdybym nie bronił własnej firmy?

źródło zdjęcia
  Pora podać do publicznej wiadomości, co w tej chwili w firmie słychać. Żale nad korespondencyjną posuchą, którym niedawno pocztmistrz dał upust, zaowocowały koszem listów.. I sędziwy pocztmistrz poczuł się tak, jakby mu wiązankę kwiatów złożono pod spiżowym pomnikiem! Przy okazji pomyślał sobie tak: że w Polsce warto być zapomnianym pisarzem, bo Niezapomnianych zaraz tak oszpecą, jak biednego Prusa na Krakowskim Przedmieściu... Hm, tak. A w tym miłym koszu dużo, dużo wierszy. Ale i kilka tekstów pisanych mową niewiązaną, owoców żmudnego w końcu zajęcia, któremu sam poniekąd się poświęcam. Damy im dzisiaj pierwszeństwo, jako że pocztmistrz, mało że dyletant, wzorem ludzi na stanowisku, lubi uprawiać prywatę. Takie hobby, jakby kto o to pytał, proszę państwa.

Otóż - są to opowiadania, napisane przez trzy panie. Ani jednego mężczyzny! O czym to świadczy , lepiej nie mówić. Potem się dziwią, że kobiety są wszędzie, wieczni chłopcy... A tu trzy utwory prozą, stanowiące piękne świadectwo kobiecej cierpliwości. I tak po kobiecemu związane z przyrodą i życiem. Pomówmy najpierw o dwóch. Jedno jest o grzybach, drugie o kuchni polskiej. Na przystawkę zacznijmy od grzybów, od opowieści leśnej, której autorką jest pani Eleonora Lemańska z Człuchowa.
  Nasza autorka pisze o grzybach z taką cudowną czułością i znajomością rzeczy, jakby pisała o dzieciach, o poczęciu. No bo proszę - zacytujmy:

Ciepło i wilgoć dają początek ich krótkim dniom - ich życiu, które rodzi się tuż pod powierzchnią leśnej gleby, w pobliżu korzeni przyjaznego drzewa. Tam, w ciemności ziemnego ukrycia, tworzy się ich przyszły kształt - biały pąk uśpionego wzrostu. Gdy ciepły dotyk słońca obudzi go z wczesnego snu, rozwija się po kilku dniach w nieruchomy kwiat i wypływa z dna lasu na jasną powierzchnię zielonego dnia, by milcząco rozkwitnąć wśród szelestu drzew. Od rodzaju zaś drzewa, z którego korzeniami wchodzą w zażyły związek mikoryzy, zależy koloryt i typ urody borowików - ich rasa..

Nie pięknie? Czyż nie jest to genesis - z ducha i materii? Opowiadanie nazywa się "Dabrowa". Ciekawe, gdzie jej poszukać? - spyta niejeden grzybiarz w tym kraju. Więc pójdźmy w ślad za autorką:

źródło zdjęcia
Dróżka ta bowiem zaprowadziła mnie w zieloną głąb dąbrowy osłoniętej od strony drogi sosnowym zagajnikiem, na tyle gęstym, że nie zachęcającym wcale do zanurzenia się  w jego kłujący dotyk. Możliwe, że ta nieprzystępność chroniła dąbrowę przed intruzami - trafiłam najwidoczniej do grzybowego ogrodu samego króla lasów! Stałam tam i rozglądałam się opanowana atawistycznym lękiem, jaki ogarnia naw wobec zjawisk na pograniczu rzeczywistości i przywidzenia: cała bowiem przestrzeń lasu, jaką obejmowałam wzrokiem - porośnięta przeważnie dębami, ale urozmaicona obecnością buków,sosen i świerków - roiła się od borowików!...


  Dość, dość! Bo do radia zaczną sypać się telefony - a gdzie to? Gdzie to tak? w którym to nadleśnictwie? Choć do sezonu jeszcze dość daleko.. A zleci nam miesiączek, dwa i tłumy rodaków pomkną w las w pogoni za runem, za każdym grzybkiem, za muchomorem sromotnikowym na czele... Oj, droga pani, u nas nawet pisanie o grzybach niebezpieczne.. Mikologia w powijakach! A już wskazywanie ludziom drogi, zachęta do grzybobrania to kryminał - ze względu na brak borowików i szczególne wzięcie, jakim wśród naszych amatorów cieszy się muchomor sromotnikowy... Rozumiem więc, dlaczego na koniec przezornie informuje pani o ścięciu tej cudownej dąbrowy. W ten sposób rzeczywiście najlepiej podwyższyć statystykę demograficzną.

  Pani Lemańska pisze w liście załączonym do opowiadania o królewskim rodzie grzybów: "Już dawno przestałam traktować je jako wyłącznie potrawę, chociaż zbieranie ich jest pewną namiastką polowania. Z myśliwską pasją łowów łączy je podobieństwo wrażeń - pokrewny odcień owej namiętności tropienia i dopadania zdobyczy, a radość ze spotkania z pięknymi okazami jest często celem samym w sobie!"
  Zgoda. Tylko analogia z polowaniem na zwierzynę w jednym tu szwankuje. Dziś na krwawym polowaniu dubeltowi i sztucerowi niczym nie ryzykują, chyba że przez pomyłkę, jeden drugiego kropnie. A polowanie na grzyby? Ehe, tutaj trup pada gęsto. Z obu stron. Coś o tym wiem. Sam zbieram grzyby. Pani wybaczy.

  Opowiadanie drugie, którego autorką jest pani Maria Krakus z Włocławka, dotyczy kuchni polskiej. Nazywa się "Tatar". Sądząc po tytule miałem prawo mniemać, że podejmuje temat historyczny, coś z dziejów naszego średniowiecza, zwłaszcza gdy na samym wstępie trafiłem na taki opis: "Goście zasiedli przy trzech półmiskach, solidnie obłożonym mięsem. Na jednym różowiała szynkowa kiełbasa, na drugim zimna pieczeń, na trzecim pieczeń rzymska, w domu rodzinnym zwana klopsem..". Otóż to! Właściwe słowo we właściwym miejscu. Dlatego urwijmy na tym klopsie! Bo znów się posypią telefony z prośbą o dokładny adres..solenizantki, która "wniosła następny półmisek, a na jego widok wydobyło się z piersi zebranych westchnienie uwielbienia.. Był to tatar! Ale jak podany - to był ogród, park na półmisku!"
  Dość! Kończ, waśćka, wstydu oszczędź. Dość, powiadam, bo wszystkie telefony w tej sprawie byłyby nie tylko bezprzedmiotowe, ale całkiem nie a'propos. Dlaczego? Ano z tej przyczyny, że cały ten opis gastronomicznych bachanalii jest wstępem do żarliwej filipki przeciwko zabijaniu zwierząt, na rzecz wegetarianizmu, mleka, jarzyn, sera, jaroszostwa. Wypada zauważyć, że podjęcie akurat tak niepopularnego tematu jest świadectwem prawdziwej odwagi cywilnej. A propagować wegetarianizm w tym karju, świecąc na dodatek własnym przykładem? To zafundować sobie cierniową koronę na codzienny użytek. Nie dziwota, że autorka przywołuje Ormuzda i Arymana, potem Biedaczka z Asyżu, świętego Franciszka. Wszystko to darmo. Polak bez schaboszczaka to żaden Polak. I kwita. Nic tu nie wskóramy.

Pozostaje naszej autorki sprawa serdeczna. To co naprawdę i bardzo boli. Pani Maria nie cierpi zabijania zwierząt. Wręcz metafizycznie. "Dlaczego to tak głupio urządzone - powiada - czy nie mogłyby kurczęta rosnąć jak grzyby i zasypiać w określonym czasie?" A w swoim liście pyta mnie wręcz: "Czy zabijał pan własnoręcznie kury, kaczki? Ciekawa byłabym odczuć. Mimo wszystko więcej mam szacunku dla tych, co sami zabijają, a nie jak ja i mnie podobni robią to cudzymi rękami". Pani Mario. Sam nie zabiłem żadnego żywego stworzenia prócz insektów. I ryb. Dziś tego drugiego się wstydzę. Powiem pani, że w młodości cztery lata żyłem wśród Hindusów, w Indiach. Nie radzę oglądać padających z głodu bawolic obok mrących z głodu ludzi. Sam jadam mięso, choć nie muszę. Tyle spowiedzi. A jeśli chciałaby pani zajrzeć do literatury przedmiotu - to proszę przeczytać reportaż Janusza Krasińskiego "Metafizyka uboju", pomieszczony w jego książce pt. "Przerwany rejs Białej Marianny". Proszę mi wierzyć, pisarzom też bywa przykro, aż skóra cierpnie.

  Na koniec słówko od autorki "Suity scytyjskiej", pani Marii Kapuścińskiej z Warszawy, która już raz gościła u nas swoimi wierszami. Pospieszyła nadesłać dwa opowiadania, ponieważ jęczałem, że torba pocztyliona taka chuda. Przeczytałem i odnoszę wrażenie, że wena poetycka lepiej służy pani Marii Kapuścińskiej niż żmudna a niewdzięczna Musa prozaica. Tak to bywa. A za pamięć dziękuję.




Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 39- 43
Czytaj więcej

niedziela, 3 marca 2013

Poczta literacka, audycja pierwsza


Powierzono mi pieczę nad Pocztą Literacką, którą niniejszym powołujemy przy niedzielnych spotkaniach w Polskim Radiu. Pieczę nad listami, które - miejmy nadzieję - do nas napłyną, przynosząc wiersze i opowiadania, poezje i prozę, owoce pierwszych flirtów z muzą, prób artystycznych, świadectwa potrzeby wypowiedzenia się - pisania, która to potrzeba często objawia się w młodości, potem gaśnie; doskwiera ona bardzo wielu ludziom, a nielicznym przez całe życie. Przy czym ten przymus - bo nie używajmy tu niebezpiecznego słowa "powołanie" - ten przymus pisania nie zamyka się i nie wyczerpuje sam w sobie. Współżyje z przymusem komunikowania, owym "podaj dalej!", z młodzieńczych zabaw. Albowiem nie wierzę, by ktokolwiek kiedykolwiek pisał dla siebie, malował czy komponował wyłącznie dla siebie samego. Grzeczność nakazuje "podać dalej" salaterkę czy półmisek. Kurtuazja biesiadnego stołu obowiązuje w trójnasób we wszelkiej twórczości artystycznej. Oczywiście, staje się czymś więcej niż kwestią dobrego wychowania, jest potrzebą, koniecznością, przymusem, wreszcie - spełnieniem i satysfakcją. Oby zawsze satysfakcją!, a nie czymś bolesnym, przykrym, pomyłką, żalem i rozczarowaniem. Ale i tę ciemną stronę trzeba mieć na uwadze, jeśli już ktoś decyduje się własne dzieło dać do spróbowania innym.

   Z tej konstatacji bynajmniej nie wynika, że Poczta Literacka zamieni się w surowy trybunał, ferujący sądy bezwzględne, a wyroki kategoryczne. Nie miałaby wówczas najmniejszego sensu - w moim skromnym przekonaniu głównego pocztmistrza, który ma ochotę pogawędzić o pisaniu, a nie wyżywać się na kimkolwiek, kto przyśle doń list w dobrej wierze. W tym polubownym nastroju pocztmistrz nie ma zamiaru nikomu czynić krzywdy, ale też prosi aby i jemu krzywdy na duszy nie czyniono, prosi o listy, które w najgłębszym przekonaniu nadawcy m u s z ą  z o s t a ć  w y s ł a ne. Powtarzam: muszą. Muszą i kropka.
  Od razu też pocztmistrz generalny zastrzega się, że nikomu nie będzie odpisywał, lecz odpowie wyłącznie na antenie. Zachowa sobie również prawo do przemilczeń wówczas, gdy okaże się ono błogosławione dla obu stron. Wreszcie musi wyrazić obawę, że czasem - mimo najlepszych chęci - nie będzie w stanie odpowiedzieć na każdy list. Zawczasu więc zastrzega sobie prawo wyboru.
Tyle zastrzeżeń na początek, gdyż dalej pocztmistrz nie jest w stanie się mądrzyć, ponieważ nie otrzymał jeszcze ani jednego listu. I czeka dopiero na pierwszą przesyłkę.
  Dzieje nas uczą, że bywały różne poczty. Możemy wymienić pocztę miłosną, handlową, prywatną, urzędową, dyplomatyczną, pantoflową. I tak dalej. Do dziś trwa spór, która byłą pierwsza? Poczta miłosna czy poczta handlowa? Zapewne nie rozstrzygniemy nigdy tego sporu. Choć osobiście przychylam się miłosnej, najpiękniejszej ze wszystkich poczt. Zresztą, wkrótce ludzkim zwyczajem uległy one symbiozie: "Przysyłam ci sto karetów wina, sto amfor oliwy i sto osłów, a ty przyślij mi najurodziwszą córkę swą". Od tamtej pory spór o toczy pierwszeństwo należy dać poczcie miłosnej czy handlowej - stracił wszelki sens.
 
  Potrzebom poczty służyły, jak wiadomo, tabliczki gliniane, woskowe, skorupy, liście palmowe, kora drzewna, trzcina bambusowa, papirus i Bóg wie co jeszcze. Jako środki transportu służyli biegacze, gońcy, czyli hermerodromi, konie pocztowe, gołębie pocztowe, wreszcie samoloty pocztowe, które pilotował Antoine de Saint-Exupery. Czy możemy wyobrazić sobie, ile poczty namnożyło się w ciągu czterech tysięcy lat! (Bo Egipcjanie wymyślili pocztę już na dwa tysiące lat przed Chrystusem.) Ile to ludzie ponapisywali! I czego to nie można by znaleźć w tej poczcie! I jakże to wszystko posegregować na pocztę prywatną, urzędową, miłosną, handlową.. Próżny trud!
  Wszak jednak wiadomo bez wątpienia, że najosobliwsza z tych wszystkich poczt jest Poczta Literacka!
  A dlaczego?
  Nie tylko dlatego, że jest najprawdziwsza w poczt. Bez literatury nie byłoby pisma, a bez pisma nie byłoby poczty. Innymi słowy - bez pisania nigdy, ale to nigdy nie byłoby żadnej poczty. A któż powie, że człowiek, który powziął myśl stworzenia znaków, liter, pisma - któż powie, że ten człowiek nie był artystą? Najprawdziwszym, najrzetelniejszym pisarzem, jaki się narodził! To on rozpoczął działalność pisarską w naszym imieniu, w imieniu człowieka. Właśnie on w zamierzchłych dziejach. w chwili, którą warto sobie wyobrazić, przeżył ten cudowny moment, kiedy słowo zapisane sprzęgło się z pięknem. Były to narodziny literatury. Co potem z tym zrobiono to już całkiem inna sprawa. Ale zdaniem pocztmistrza - nie warto pisać, jeśli się nie ma w sobie cząstki tamtego człowieka, jeśli się o nim zapomniało. O naszym fundatorze pierwszej Poczty Literackiej.

  Pragnę wyjaśnić jeszcze jeden szkopuł, związany z osobliwością tej szczególnej naszej poczty, Poczty Literackiej. Winna ona budzić zaufanie, jak każda przyzwoita poczta, lecz bez zachowania tajemnicy korespondencji!, co każdą inną pocztę natychmiast kompromituje. tymczasem listy, utwory, które do nas nadejdą mogą być przeznaczone na użytek publiczny. Otrzymamy teksty z przyzwoleniem ich publicznej oceny. Pocztmistrz ma zatem rolę trudną i dlatego woli stać się powiernikiem niż sędzią. Przeto nie będzie stosował wybiegów analogicznych rubryk prasowych (więc inicjałów, skrótów, pseudonimów), nie będzie nikomu wystawiał cenzurek ani posługiwał się wygodną formułką: "Na publikację jeszcze za wcześnie!". Natomiast będzie się do każdego zwracał pełnym imieniem i nazwiskiem, w ten sposób dziękując za zaufanie. Albowiem ma ochotę pogawędzić, porozmawiać o tym, co mu nadesłano, a co właśnie przeczytał,
  Otwiera zatem Pocztę Literacką i czeka na listy.
  Natomiast o tym, czy mu szczęście dopisze, opowiem słuchaczom za trzy tygodnie o tej samej porze.
  A teraz żegnając się przypominam, że do Poczty Literackiej można pisać kaligraficznie, literą rzymską i grecką, można atramentem, można na maszynie, a zawsze można - trzciną na śniegu.


Poczta literacka, Jerzy Krzysztoń, Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", Warszawa 1985, str. 5-8

Czytaj więcej

niedziela, 27 stycznia 2013

Jerzy Krzysztoń, "Mordercza próba nerwów"

Niedobry zmierzch. Śnieg  topnieje za oknem, brudnawe łachy, rozkisłe koleiny i furka się kolebie. Do swoich się kolebie. Chabeta do stajni, gospodarz do miski. A ja - do diabła!, morduję się w tym pociągu. Więc wymknęliśmy się jakoś z Podkarpacia, wkrótce Kraków, wielka niewiadoma... I zapalili światło! Podekscytowany tym, co się wokół mnie działo, umysł mój pracował sprawnie, ale z odrobiną gorączki. Fakty kojarzyłem prawidłowo, z obserwacji wyciągałem właściwe wnioski.

Zwłaszcza moja spostrzegawczość, którą długie lata ćwiczyłem, służyła mi wiernie w godzinie potrzeby, chwilach zagrożenia... Moja zimna krew, choć niebezpieczeństwo czai się tuż, tuż. Ano, proszę bardzo, panie i panowie! Proszę bardzo. Dziś mordercza próba nerwów, zgoda! Nikt nie może się domyślić, nikt z was, że ja wiem, co w trawie piszczy, panowie. Spokojny mój gest, pokerowe oblicze. Mam zamiar wynieść z tej gry skórę całą... I nie ośmieszyć się na waszych oczach, w tym przedziale nadzianym elitą tajniaków. Panie Buraczany Nos! o co udawać tę drzemkę? Z każdym słowem liczyć się muszę, zupełnie jak na publicznym wystąpieniu! Stronić od śliskich tematów (Słowacja!). Nie dać się wciągnąć w trefną dysputę polityczną. Dowcipów dwuznacznych nie opowiadać. Natomiast dozwolone rozmowy o pięknie życia etc. No, spróbujmy!

 Nachyliłem się do siwego emisariusza Stolicy Piotrowej i rzekłem na wskroś bezpośrednio, zazierając mu w oczy pod gęstymi brwiami: - "Bóg, który stworzył człowieka, aby ten Go znalazł... Bóg, którego szukamy po omacku w ciągu naszego życia - ten Bóg jest tak rozprzestrzeniony i dotykalny jak atmosfera, tak samo jak świat! Czegóż wam zatem brak, byście mogli Go ogarnąć? Tylko tego, by Go widzieć..." - tu urwałem cytat, cichutko włączając magnetofon wiszący na haku pod płaszczem.
 - Pytanie za sto tysięcy drachm. No?
 - Wygląda mi na świętego Pawła... - odrzekł po chwili namysłu.
 - Bravissimo! W rzeczy samej, to święty Paweł!
Uśmiechnął się delikatnie. I zatarł ręce całkiem jak chłopiec, który zbyt długo się nudził.
 - A teraz niech pan zgadnie. Zgoda?
 - Trudno. Zgoda.
 - Ale to będzie trochę dłuższe. Bo współczesne...
 - E, księże! Proszę mi nie podpowiadać!
- No dobrze! Więc tak... - i z dziwnym smutkiem zacierając mi w oczy mówił: - "Świat w ciągu całego mego życia..." Zaraz, tak? Hm, tak... "przez całe moje życie... powoli rozpalał się, rozpłomieniał w moich oczach, aż stał się wokół mnie całkowicie świetlisty od wewnątrz... Diafania Boża..." Pan wie? Tak? No dobrze. "Dziafania Boża w sercu wszechświata, ta, której doświadczyłem w kontakcie z Ziemią, rozjarzyła się... Chrystus, Serce wszechświata, Ogień zdolny wszystko przeniknąć, który powoli rozprzestrzeniał się wszędzie..." - On to mówił, a we mnie raptem serce skurczyło się, struchlało, ściśnięte jak drżąca piąstka! Uśmiechnął się złowróżbnie czy promiennie, nie wiem. - I to już wszystko... No, czyje to słowa?
 - Nie wiem... - szepnąłem zaschniętymi wargami.
 - Teilharda de Chardin.
- Ale panowie obkuci, kurcze! - zawołał wielkolud. Jakby sam chciał przystąpić do gry. Niechby i on się popisał... Już miałem go zachęcić, lecz siwy emisariusz łagodnym przymknięciem powiek poskromił moje zapały. Chrząknięciem zbył wielkoluda i natychmiast zwrócił się do mnie:
 - A którego z mistyków ceni pan najmocniej, proszę pana?
 - Tomasza !!a Kempis - odparłem. I rzeczywiście tak było.
 - Tomasza !!a Kempis!... Ho, to niespodzianka... - i spojrzał na mnie jakby z powątpiewaniem. - A zna pan świętego Jana od Krzyża? - i wbił we mnie gorejące oczy. - Czytał pan? Nie?... No, to serdecznie go panu polecam...

W milczeniu skinąłem głową, właściwie gotów na ścięcie. Ten Juan, święty Jan od Krzyża, hiszpański zakonnik i poeta, późniejszy święty, prześladowany był i przez przełożonych, i przez Inkwizycję! Zatem Watykan ustami swojego emisariusza daje mi dyskretnie do zrozumienia, z czym to powinienem się liczyć... Wokół mnie tężeje atmosfera! Błyskawicznie wypiłem łyk koniaku. A oni wszyscy przyglądali się, jak odkręcałem flaszkę i z lekka drżącą ręką napełniam kusztyczek. Musieli obserwować mnie tak nachalnie? I śledzić każdy mój ruch? Jakże w takich okolicznościach zachować swobodę! Czekają, sępy, aż zacznę kruszeć...


Obłęd, Jerzy Krzysztoń, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980, str. 19-21


Jerzy Krzysztoń


--------------

Jerzy Krzysztoń to z pewnością jedna z najbardziej tragicznych postaci naszej powojennej literatury.
Powieściopisarz, dramatopisarz, tłumacz. Po wybuchu II wojny wraz z matką i bratem został wywieziony do Kazachstanu. W 1942 r. udało mu się dotrzeć wraz z rodziną do polskiego wojska, z którym został ewakuowany do Persji, a potem do Indii i Ugandy. Pod koniec lat 40. wrócił do kraju.
– Był jednym z najbardziej niedocenianych pisarzy polskich – mówi „Magazynowi TV” Joanna Siedlecka. – Jako jeden z pierwszych wydał oficjalnie powieść o gehennie Polaków na Wschodzie „Wielbłąd na stepie”. Książka przeleżała w PIW całe pięć lat. Pogrążyła ją recenzja wewnętrzna pułkownika Zbigniewa Załuskiego. Oddano ją do Czytelnika, a tam prezes Stanisław Bębenek jakoś przepchał.
Jej pojawienie się na rynku wywołało „burzę z piorunami”. Protestowała ambasada radziecka. Bębenek wzywany był na dywanik i nakazano wycofanie z księgarń 10-tysięcznego nakładu. To było niemożliwe, bo natychmiast się rozszedł. Żona pisarza Halina mówiła mi, że kiedy chodziła po księgarniach i pytała, czy jest „Wielbłąd na stepie”, jeden z pracowników odpowiedział: „Na stepie to może on jest, ale w księgarniach to z pewnością nie”.
W najwybitniejszych dziełach Krzysztoń nawiązywał do swojej biografii, zwłaszcza w powieści „Krzyż Południa” i wspomnianym „Wielbłądzie na stepie”. W ostatnich latach życia leczył się w szpitalach psychiatrycznych.
– Wystarczy wziąć do ręki „Wielbłąda na stepie” czy „Krzyż Południa”, by uzyskać klucz do zrozumienia jego rany. Fizycznej, jak utrata ręki, i psychicznego okaleczenia, które właściwie nigdy go nie opuściło – mówi Siedlecka. – Po amputacji ręki Krzysztoń porównywał siebie do Łazarza, który wstaje z martwych. Z niechęcią, ale jednak próbuje wrócić do życia. Zawładnęła nim ciężka choroba psychiczna, która trwała latami. Z okresami gorszymi i lepszymi. Próbował się leczyć, trafił do szpitala. Zaczął pisać „Obłęd”, mając nadzieję, że ta powieść stanie się lekiem, terapią. Niestety, ta terapia nie okazała się skuteczna.

Jan Bończa-Szabłowski 23-09-2010
Jerzy Krzysztoń sylwetka tragicznej postaci literatury PRL | rp.pl
Czytaj więcej

piątek, 11 stycznia 2013

Jerzy Krzysztoń, "Stu kobziarzy"

  W Comrie, małym miasteczku szkockim, popasaliśmy dwa dni i dwie noce. Przygarnął nas schludny pensjonacik, którego okna z jednej strony wychodziły na kamienne murki i wrzosowe wzgórza, a z drugiej - na stary cmentarzyk z kamiennym kościółkiem. Kiedy pod wieczór zalęgły się tam mgły, widok był jak z "Psa Baskerville'ów"- niesamowite opary wśród nagrobków i celtyckich krzyżów. W Szkocji zresztą odwiedzaliśmy groby, gdyż na cmentarzu w Perth spoczywał ojciec Leszka, pułkownik wojska polskiego.
  Zastanowiło nas, dlaczego gospodarz dopytywał się trzykrotnie, czy rzeczywiście chcemy u niego zamieszkać, gdy Leszek telefonicznie zamawiał dla nas pokoje. W Comrie wyszło na jaw, że akurat kupił ten pensjonat i jesteśmy jego pierwszymi gośćmi. Postanowił to uczcić. Poczęstował nas kolacją, rozpalił kominek i wydobył flaszkę scotcha pod nazwą "Hundred Pipers", "Stu kobziarzy". Na kolację był rostbef na zimno, kipers, sery i wino. Od tamtej pory wszelkie przypowiastki o szkockim skąpstwie między bajki kładę.
  Nasz gospodarz, siwy dżentelmen o pociągłym, ujmującym obliczu, zasiadł z nami przed kominkiem ze szklaneczką whisky w ręce. Musiałem słuchać go uważnie, gdyż mówił ze szkockim akcentem, do którego nie byłem przyzwyczajony. Dowiedzieliśmy się, że był inżynierem górnikiem i całe życie spędził w Grenlandii, w tamtejszych kopalniach. Na starość wrócił w rodzinne strony, żeby prowadzić pensjonat i kształcić syna na uniwersytecie w Edynburgu.
  - Niech pan coś opowie o swoim życiu wśród Eskimosów - poprosiłem.
  - Obraziliby się śmiertelnie. Nie cierpią, kiedy ich nazywać Eskimosami - wyjaśnił. -  Uważają się za Grenlandczyków. Nie wiadomo, jak ich nazywał Eryk Rudy, który, wygnany z Islandii za morderstwo, odkrył Grenlandię pod koniec dziesiątego wieku... W każdym razie już wtedy znali harpun, oszczep i łuk. Już wtedy towarzyszył im pies eskimoski, pomagał nie tylko w polowaniach, ale i w najgorszą zadymkę potrafił zaprowadzić do osady. To są odważni ludzie. Tamtejszy klimat, samo polowanie na foki czy na niedźwiedzia polarnego, wymaga odwagi. I przeraźliwie boją się duchów... Kiedyś w kopalni zwracam się do jednego z nich: "Skoczcie no, sztygarze, na sąsiedni chodnik..." Przestąpił z nogi na nogę: " A może poszlibyśmy razem, panie inżynierze?" Tam wszyscy boją się złych duchów, a cóż dopiero w kopalni. Wiechy strzegą domostw przed urokiem. I są to wszystko dobrzy chrześcijanie... - uśmiechnął się nasz gospodarz i zapalił fajkę.
   - Gdybym miał żyć wśród lodowców, wśród gór lodowych znoszonych przez prądy morskie, wsród zamieci i burz śnieżnych.. sam bym się bał - powiedziałem.
   - U nas nie było tak źle - zaśmiał się inżynier. - Akurat w tych stronach gdzie pracowałem, rozpościerała się tundra. Kwitły zioła i mak polarny.
   - A w kopalniach nie było karzełków?
   - Nie przypominam sobie, abym miał zaszczyt któregoś spotkać.
   - To niedobrze, bo u nas na Śląsku są. Ale ogrzał się pan przynajmniej pod ziemią?
   - Tak, tam zdarzał się upał tropikalny. Pamiątka z tych czasów, kiedy na Grenlandii kwitły pomarańcze.
 Przed kominkiem leżała skóra białego niedźwiedzia, w której nurzaliśmy stopy. Ogień trzeszczał na kominku, wciąż się obawiałem, że grudka żaru spadnie na niedźwiedzie futro.
   - Piękny niedźwiedź - powiedziałem.
   - Owszem.
   - Może to ten sam, którego widziałem na dryfującej górze lodowej w pobliżu Labradoru.
   - Nie sądzę. Pochodzi z północnej Grenlandii.
   - Ta góra zjawiła się na kursie naszego statku. Nie była duża, ale bardzo piękna. I ten samotny niedźwiedź na niej.
   - Widocznie mizantrop - powiedział nasz gospodarz. - Bo niedźwiedzie podróżują przeważnie parami, w stadzie...
   - Tak jak my - powiedziałem uśmiechając się do żony.
   - To bardzo ładnie z państwa strony, że chcieliście zatrzymać się pod moim dachem. Ledwie otworzyłem interes, a już mam gości! - rozpromienił się i zatarł ręce.
   - Nasz przyjaciel, Leszek, spędził w tym miasteczku kilka lat młodości. Chciał je nam pokazać, wędrujemy z nim razem po Szkocji. Cóż za urok ma ten kraj.
   - Tak - rzekł gospodarz. - Wiedziałem, że mam dokąd wracać... - potrząsnął siwą czupryną. - No, napijmy się za mój szczęśliwy powrót.
   - A ten pensjonat kto panu naraił?
   - Właściciel zmarł. Spadkobiercy chcieli się go pozbyć.
   - Właściciela?
   - Nie, pensjonatu.
   - Powiedział pan tak, jakby chcieli się pozbyć właściciela.
   - Przejęzyczyłem się. O kropelkę whisky za wiele.
   - I pochowano go po sąsiedzku, na tym cmentarzu?
   - Tego nie wiem. Ale to taki stary cmentarz, że nikogo się na nim nie grzebie.
   - Zabytek?
   - Można i tak powiedzieć. Tam są nagrobki z osiemnastego wieku. I nastrojowy widoczek, prawda?
   - Żaden Grenlandczyk by tu nie zamieszkał.
   - Dlaczego?
   - Bałby się duchów.
Gospodarz uśmiechnął się kwaśno.
   - A jeśli w pensjonacie straszy? - powiedziałem.
   - No, to pora sprawdzić - rzekł gospodarz- Dobranoc.
 I rozeszliśmy się. Akurat byłem w łazience, kiedy usłyszałem pisk żony. Oho - pomyślałem sobie - wcześnie zaczyna! I pobiegłem z pomocą. Lecz okazało się, że to butelka z gorącą wodą wsunięta pod kołdrę napędziła jej strachu. Zapobiegliwy gospodarz włożył nam ją do łóżka.
 Wyjrzałem przez okno. Spośród mgieł wyłaniały się kamienne nagrobki porośnięte mchem. Zacząłem je liczyć. Nie wiem, dlaczego byłem przekonany, że spoczywa tu stu szkockich kobziarzy . Każdy pod starym kamieniem. Zza mgły przeświecał księżyc, cmentarz spowiły półcienie. Na murku cmentarnym sterczał kot wygięty w pałąk i prychał na zmarłych. Doliczyłem się stu nagrobków. I wreszcie ukołysała mnie do snu niesamowita muzyka stu kobziarzy. Miałem pełne uszy tej niesamowitej muzyki, wygrywanej na kobzach, które nie zbutwiały mimo stuleci. Najgłośniej grali ci spod nagrobków z osiemnastego wieku. Obudziłem się jakbym okrągłą noc maszerował pod dźwięk piszczałek. Nogi miałem spuchnięte, a najgorzej bolało mnie prawe ramię, jakbym nim całą noc dyrygował.
   - Rozmasuj mi prawą rękę - poprosiłem żonę.
   - A co ci się stało?
   - Byłem szkockim tamburmajorem. A tobie dobrze się spało?
   - Tak - odparła niepewnie. - Tylko ktoś grał na kobzie...
   - Aha! No to wszystko w porządku. Teraz nasza kolej. Poczęstuję gospodarza flaszką żubrówki. I zobaczymy! Zobaczymy, co jemu się przyśni!



Jerzy Krzysztoń, źródło zdjęcia






Noweletki, Jerzy Krzysztoń, Iskry, Warszawa 1980, str. 105-109
Czytaj więcej

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Joanna Fabicka, "Sylwester" czyli Szczęśliwego Nowego Roku!

Wtorek, 31 grudnia

    Sylwester. Pełen goryczy czas filozoficznych podsumowań. Oto moje: jestem życiowym bankrutem, wypalonym wewnętrznie frustratem z krzywym zgryzem.
    Ponieważ znowu samotność złapała mnie w swoje kleszcze, postanowiłem powrócić do mojego pamiętnika. Tym bardziej że pijackie śpiewy na dole umilkły i rodzice wytoczyli się z domu wężykiem, odziani w zwoje serpentyn i confetti. Pojechali do babci do szpitala świętować ten wyjątkowy i jedyny dzień w roku.
     Pewnie jutro będę musiał odebrać ich z izby wytrzeźwień.

  Taa... od czego by tu zacząć? Tyle się wydarzyło.
  Ojciec znowu jest bezrobotny. Po tym jak zatrudnił w naszej szkole mamę (na stanowisku pedagoga), kompletnie przestał panować nad sytuacją: w pokoju nauczycielskim zawiązały się dwie opozycyjne frakcje, wzmogły się kontrole kuratorium i sanepidu, no i ojciec wymiękł. Jako wolny ptak nie znosi żadnej presji. Mama z kolei, skłócona z ciałem pedagogicznym, na zebraniu rady stwierdziła, że mogą ją pocałować w dupę. Mamy więc nowego dyrektora i nowego pedagoga.
   A teraz najgorsze. Moja wyśniona sarenka... puściła mnie kantem. Co tu dużo mówić, jak tylko wyprostowała sobie zgryz, zaczęła prowadzać się z hip-hopowym guru, BB Blachą 450.
    Najgorsze jest to, że... nadal jestem prawiczkiem. W tym wieku! O mój Boże!

Godzina 20.00

    Za cztery godziny wybije północ i jak nie zdarzy się cud, to wejdę w Nowy Rok samotnie z bagażem doświadczeń i Oponą na plecach. Zestarzała się przez te trzy miesiące, o mnie nie wspominając (to w końcu szmat czasu). Wyłysiała. Zgubiła zęby. Oślepła. I zwariowała.

    Mój zgryz bez zmian. Może to dlatego, że nie noszę aparatu. Ciągle robią mi się jakieś odciski na dziąsłach.
    Mam dziwne wrażenie, że moje życie stoi w miejscu. Co najwyżej posuwa się świńskim truchtem. Nie dla mnie dostojny galop czy ekstatyczny cwał!
     Założyłem marynarkę ojca. Jestem w permanentnym stanie gotowości na wypadek, gdyby jednak ktoś zaprosił mnie na sylwestrowy bal.
    Zjadłem chińskie ciasteczko z wróżbą w środku, które zostało jeszcze po Hee Jong. Oto, co wylosowałem: „Kiedy pokonasz wreszcie górę, jaka jest przed tobą, zobaczysz cztery następne na horyzoncie”.

Północ, Nowy Rok

     No i cud się nie zdarzył, co było do przewidzenia. Nie będę płakał. Jestem już mężczyzną. No... prawie. Wzniosłem toast noworoczny szampanem bezalkoholowym (wszystko, co ma procenty, znika w tym domu w okamgnieniu) i poszedłem odebrać Gonzo z jakiegoś kinderbalu. Nawet on szaleje tej nocy. Gdybym był małostkowy i zawistny, żółć zalałaby mnie od stóp do głów. Tak, jak w tej chwili.

Nad ranem

    No i ekstra. Na dole w przedpokoju leży pijany ojciec, pijana matka, pijany Gonzo i pijana Opona. Chyba im wszystkim wszyję esperal! Co do Opony to nie jestem pewien. Chyba jest tylko zamroczona racą odpaloną przez ojca. Jak zwykle, strzelił nie tam, gdzie trzeba. Dla pewności zalałem ją wodą, bo jeszcze tliły jej się resztki ogona, i poszedłem spać.


Świńskim truchtem, Joanna Fabicka, W.A.B.,Warszawa 2004, str. 5-7


--------------------------

  A tak już zupełnie abstrahując od literatury.. 
Wszystkim zaglądającym tu częściej, rzadziej, z nawyku, z przypadku..
   Wszystkim Wam życzę udanego Sylwestra, takiego, jak lubicie - czy to w spokojnym, domowym zaciszu, czy to na jakimś balu, czy na imprezie wśród znajomych. Niech będzie tak jak lubicie!
   Tylko może nie strzelajcie za dużo petardami.. Z myślą o moich Potworach i innych domowych, czy to bezdomnych  czworonogach, które to przyprawia o ogromną dawkę strachu (przepraszam za prywatną propagandę :D).

Bawcie się dobrze i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Niech 2013 będzie spokojnym, dobrym rokiem z tylko i wyłącznie przyjemnymi niespodziankami! I bardzo, bardzo owocnym czytelniczo! :D



Czytaj więcej

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Joanna Fabicka, "Święto Kobiet"


8 marca

Spałem sobie niespokojnym snem winowajcy, gdy do pokoju wdarła się Adela w peniuarze i zmusiła mnie do dykcyjnych rymowanek:
– Pracowitość i systematyczność to podstawa sukcesu – grzmiała, próbując równocześnie umocować w ustach sztuczną szczękę. Zawsze jak ma kaca, to robi się nagle bardzo pracowita. Usiadłem na łóżku półprzytomny i mechanicznie powtarzając „złorzeczył zrzęda na grzędzie”, zastanawiałem się, czy ja jednak aby nie gram od urodzenia w jakimś komediowym serialu, tylko nikt mi o tym nie powiedział? Już dochodziłem do końcowych wniosków, gdy zadzwonił telefon.

– Dzisiaj Święto Kobiet, nie zapomnij...
– Wszystkiego najlepszego mamo...
– Cicho, durniu, nie o to mi chodzi. Idziemy wszystkie na manifę. Zbiórka o jedenastej przed pomnikiem Kopernika.
– Ale ja nie jestem kobietą!
– To nie ma najmniejszego znaczenia – przerwała mi brutalnie mama. – Chodzi o sprawę.
Aha. Powlokłem się do łazienki, gdzie odkryłem, że znowu ktoś mi podbiera moją piankę do golenia. To znak, że Adela przyjmuje potajemnie jakichś mężczyzn. Przysiadłem na muszli i pomyślałem, że jestem już tak zmęczony życiem, że właściwie to mi wszystko jedno i mogę iść na tę manifestację. To będzie mój prezent dla wszystkich zdradzanych, oszukiwanych, dyskryminowanych, gwałconych, źle wynagradzanych, zmuszanych do prostytucji kobiet na świecie. Dla wszystkich ofiar kłamliwych, egoistycznych jajozwisłych samców!

Pod pomnikiem

Tak musiała zaczynać się rewolucja październikowa! Jeszcze pochód nie ruszył na dobre, a już policyjne sikawki do tłumienia nielegalnych demonstracji stały w pogotowiu. Tłum z minuty na minutę pomrukiwał coraz drapieżniej. Powoli zaczyna mi się kręcić w głowie od nadmiaru wrażeń. To było skrzyżowanie Parady Miłości z karnawałem w Rio de Janeiro. Z trudem wypatrzyłem moje kobitki. Stawiły się w komplecie: mama, Hela, Adela, babcia i Gonzo. Wszystkie miały bojowe miny i silne przekonanie, że oto nadszedł kres dla męskiej odmiany gatunku ludzkiego. Gonzo paradował w babcinym fioletowym boa i staniku w tygrysie wzory, niczym jakiś karłowaty transwestyta. Co prawda, pętało się tam całkiem sporo facetów, ale na twarzy mieli wypisane histeryczne pytanie: co ja tu robię? Niektórzy nadrabiali miną, ale i tak rzucali trwożne spojrzenia na boki i obmyślali skrycie plan ewakuacji. Elka przybyła razem z Ozyrysem. Dźwigali wielki transparent MĘSKIM DZIWOLĄGOM – RADOSNE NIE. Pojawienie się Oziego wzbudziło nienaturalne podekscytowanie mediów. Co chwila ktoś podbiegał z kamerą, celował mu w nos mikrofonem i zadawał pytania. Jazgot był jednak tak wielki, że nic nie było słychać. Wreszcie na mównicę zaczęły wdzierać się kolejno gwiazdy polskiej myśli feministycznej i zaczął się meksyk.
– Czy chcesz, aby mężczyzna decydował o twoim życiu?
– NIE! – zagrzmiał tłum.
– Czy chcesz być tylko robotem kuchennym?
– NIE!
– Czy jesteś dmuchaną sexy doll?
– NIE!!!

O rany! Tłum falował coraz bardziej i przyparł mnie do barierki oddzielającej taras dla VIP-ów. Czułem się jak na koncercie punkrockowym. Jeszcze chwilę, a zaczną tańczyć pogo, aby znaleźć ujście dla wszechogarniającej agresji. Trochę się bałem, że je poniesie, ale zaraz przypomniałem sobie, że kobiety, jako ten wyższy stopień na drabinie ewolucyjnej, są uosobieniem spokoju i łagodności. Muszę przyznać, że te wszystkie feministki prezentują się na żywo dużo lepiej niż w telewizji. A ta, co ją wywalili z „Pegaza”, ma zniewalające spojrzenie sarny. Hm... i całkiem niezłą figurę. Może jednak ten cały feminizm wyjdzie mamie na dobre i nabierze trochę kobiecości? Zresztą jak stała teraz z tymi swoimi oczami rozświetlonymi nienawiścią, to wyglądała bardzo ładnie. Tymczasem nastąpiła bezwzględna demitologizacja męskiej andropauzy. Podobno to tylko kłamstwo wymyślone przez mężczyzn zazdrosnych o menopauzę. Nauka dowiodła, że samcy, jako mniej rozwinięte stworzenia, nie przechodzą burzy hormonalnej, tylko hodują brzuchy z lenistwa. Jakiś okularnik w kapeluszu dopadł do mikrofonu, krzycząc, że to nieprawda, ale i tak nikt nic nie słyszał, bo straż miejska odłączyła nagłośnienie. Pochód ruszył w stronę dworca, paraliżując stolicę. Kierowcy wysiadali ze swoich samochodów i klnąc na czym świat stoi, kopali z wściekłością koła. Mieli czerwone twarze i sapali z bezsilności. Patrząc na nich, naprawdę uwierzyłem w teorię Darwina. Nie wiem, jak kobieta, ale facet to na pewno pochodzi od małpy. No i Kasica Łasica. Ona to w prostej drodze od pawiana z tym swoim gościnnym dupskiem. Patrzyłem na Helę z rozwianymi włosami i zastanawiałem się, czy wie, jakiego barana ma za męża. Przed dworcem nastąpił przełom dramaturgiczny i pierwszy punkt zwrotny. Nasza pokojowa manifestacja stanęła oko w oko z Frakcją Rodzin Polskich i z jej młodzieżowym odłamem: Rewolucyjną Frakcją Dzieci Rodzin Polskich. Tu proporcje były odwrotne. Więcej było mężczyzn w średnim wieku o wykształceniu rolniczym, którzy trzymali za rękę swoje wystraszone żony. Co jakiś czas rozlegała się komenda
– Zocha, protestuj, do pioruna!
I wtedy Zocha nieśmiało wznosiła okrzyk:
– Jestem szczęśliwą żoną i matką!
A jej małżonek dodawał:
– Śmierć pedałom!
I tak sobie wszyscy wesoło wymieniali poglądy, aż podjechały trzy wozy strażackie, błyskawicznie wzniesiono zaimprowizowaną estradę i na deski wskoczył... jakiś latynoski kochaś z rozkołysanymi biodrami. Uważam, że Urząd Miasta Stołecznego Warszawy spisał się na medal. Żeby tak spacyfikować imprezę, no, no! Feministki zapomniały, po co tu przyszły i piszczały w ekstazie, Dzieci Rodzin Polskich prosiły je do samby i poczułem się jak idiota, bo byłem jedynym, który krzyczał: „Precz z sondą waginalną!”

Poniedziałek

Co za wstyd! Jestem pośmiewiskiem całej szkoły. Wczoraj we wszystkich wydaniach „Wiadomości” pokazywali materiał z manify, w którym stoję na barykadzie i wrzeszczę falsetem: „Moja wagina należy do mnie!” W tle Gonzo udaje, że wiesza się na fioletowym boa babci. Najgorszy był komentarz.
„Zacietrzewienie polskich feministek sięga tak daleko, że w swej nienawiści nie widzą już, że zamiast pozostać kobietami, zamieniają się w pokracznych nastolatków wrzeszczących, jakby przechodzili nieudaną mutację”.
Nikt, nikt mi nie pogratulował sławy. Najłatwiej krytykować, typowo polska przypadłość.
Ozyrysa też było widać w TV. Wszyscy mówią, że świetnie wypadł. Potnę się pod
kolankami z zazdrości.


Świńskim truchtem, Joanna Fabicka, W.A.B.,Warszawa 2004, str. 82-86.

Czytaj więcej

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Joanna Fabicka, "Przygoda z showbiznesem"

Sobota, 22 kwietnia

Od samego rana jestem niezwykle podekscytowany! W nocy trzy razy musiałem zmieniać prześcieradło. O czternastej rozpoczyna się w wytwórni filmowej „Wytwórnia” casting do reklamy szybko schnącej pasty mocującej protezy zębowe. To może być przełom w moim życiu! Goliłem się pięciokrotnie. Gonzo na mój widok wrzasnął falsetem jak z Blaszanego bębenka i razem z Oponą schował się do bieliźniarki. Starłem z twarzy grudki krwi i wróciłem do łazienki, żeby wydepilować sobie pachy. Z rozpędu ogoliłem i nogi. Przynajmniej włosy nie będą mi wystawały z getrów, czyniąc ze mnie jakiegoś nieokrzesanego neandertalczyka. Właśnie zeskrobywałem w łazience kamień z zębów, kiedy wpadła mama i zaczęła wywalać brudy z kosza:
 – Gdzie, u diabła, podział się mój pilnik do paznokci?
Jak zobaczyła, że trzymam go w ręce, wpadła w furię. Szarpała się ze mną jak szalona, a mnie została do wyczyszczenia tylko górna trójka i nie chciałem go oddać. Wreszcie udało się jej go złamać. Całe szczęście, że nie razem z moim zębem. Ale tak sobie przejechałem po dziąśle, że zalałem się krwią. Mama sięgnęła błyskawicznym ruchem do apteczki i wyjęła z niej spirytus. Chlusnęła obficie na to, co zostało z pilnika, i syknęła: „Jesteś nienormalny!” Teraz dostanę zakażenia, wypadną mi wszystkie zęby i umrę ze zgryzoty. Zareagowała z matczyną troską: „Przynajmniej nie będziesz już potrzebował aparatu ortodontycznego”. Odmówiła też wezwania Gruczoła. Nie ma co! Świetnie się zaczęła przygoda z showbiznesem.
  
W metrze

Dziąsła ciągle krwawią. Zabrudzę na planie protezy zębowe i będę musiał zapłacić wielomilionowe odszkodowanie! A w ogóle, to czy mogę się tam pokazać z takimi dłońmi? Jakby je odrąbano Frankensteinowi. Na pewno urodziłem się bez rąk i w szpitalu pijany chirurg przyszył mi łapy jakiegoś kulomiota, który zginął na zawodach trafiony własnym pociskiem. W dodatku mama w ataku szału pocięła na kawałki moją kolekcję koronkowych rękawiczek, a potem długo konsultowała się z jakimś profesorem od zaburzeń.


Kilka godzin później

Jestem na granicy histerii, niczym kobiety na krawędzi załamania nerwowego. Od dwóch godzin tkwię unieruchomiony w windzie, w wytwórni. Guzik z napisem „Alarm” wciskałem tak nerwowo, że wypadł, a ja mam na palcu bąbel wielkości truskawki po napromieniowaniu. Tak się spociłem, że zaczynam mieć dosyć swojego zapachu. Zamknięta wraz ze mną młoda dziewczyna zanosi się w rogu od płaczu. Nienormalna czy co?
Oho! Idzie ekipa techniczna!

Godzinę później

Ciągle w windzie! Ci robole nie mogą sobie poradzić z najprostszym problemem. Ponieważ winda zatrzymała się tak, że była mała szczelina na górze, postanowili, że mamy się przez nią przecisnąć. Uwięzionej ze mną anorektyczce to się udało. Zostałem w środku sam, ale jakoś nie potrafiłem się cieszyć, że mam dla siebie więcej miejsca. Podczas gdy technicy usiłowali podciągnąć trochę windę, ja obliczałem w panice, na ile starczy mi tlenu. Byłem jednak zbyt zdenerwowany. Wreszcie zapadła decyzja: mam wyłazić szczeliną, bo windy nie da się ruszyć. Robotnicy tak mnie poganiali, że nie zdążyłem nawet zrobić kilku ćwiczeń rozluźniających tai-chi. Kiedy byłem już w połowie, winda nagle ruszyła! Naprawdę nie wiem, co w tym takiego śmiesznego. Mogłem zostać zmasakrowany niczym bohaterowie filmów „gore” klasy C! Napisałbym skargę, gdyby dla ukojenia nerwów robotnicy nie przynieśli mi dużego kubka mocnej kawy.

Na wolności

Teraz pędem na casting. Opatrzność nade mną czuwa. Przed drzwiami kłębił się tłum bezzębnych emerytów, a więc nie mają jeszcze pełnej obsady. Zapytałem na wszelki wypadek jakiegoś faceta z ekipy, jakie role już są obsadzone. Spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem technika rentgenologa i powiedział:
– Dla ciebie najlepsza byłaby rola papy uszczelniającej albo Domestosa.
Co za dowcip! Kiedyś oni wszyscy będą mi się kłaniać w pas! Po regularnej bitwie z bandą rozwydrzonych staruszków jestem wreszcie w środku. Ten koleś, którego zaczepiłem na korytarzu, okazał się drugim reżyserem. Od razu wyłowił mnie z tłumu i kazał się przejść pod ścianą w tę i z powrotem. Wskazówki reżyserskie:
 – Zagraj mi to pięknie. Szybszy uśmiech. Pokochaj ten produkt!
Wykonałem to najlepiej, jak umiałem, stosując metodę Stanisławskiego. Na koniec zaprezentowałem jeszcze dwa razy hulance.

Wieczór

Siedzę w domu i nie mogę ruszyć szczęką! Włożyli mi między zęby jakieś świństwo, które natychmiast stwardniało. Mama dzwoni po prywatnych pogotowiach pediatrycznych. O wstydzie! O hańbo!

Szalone życie Rudolfa, Joanna Fabicka, W.A.B.,Warszawa 2004, str. 28-32.
Czytaj więcej

wtorek, 20 listopada 2012

"(...) zostawić taki obrazek swojej wrażliwości"

Gdy wczoraj skończyłam czytać Cyrograf dojrzałości zamknęłam oczy. Pod powiekami powidok słów Krzysztonia. Ciąg myśli, korowód obrazów, metafor i postaci. Zasnęłam ukołysana kolejnymi frazami.



Dlatego dziś dla odmiany.. Zostawiam fragment. Bez zbędnych zachwytów własnych i komentarzy.
Tytułem wstępu dodam tylko, że Cyrograf dojrzałości to zbiór nowel i opowiadań (jest ich w sumie siedemnaście). Część z nich była wcześniej wydana w tomiku Opowiadania indyjskie.


Koralik

Kto tam? - usłyszał jej głos. - Kto tam?
- Podejrzany typ o nocnej porze. Lepiej mu nie otwieraj dziewczyno.
Zanim nacisnął dzwonek, długo stał pod drzwiami, wpatrzony w mosiężną tabliczkę, w obnażone mięśnie drzewa pociągnięte politurą , z żywym pulsem w skroni - drzwi się uchyliły, ujrzał trzepot światła na jej włosach, przylgnęła do niego zwinnym ruchem,
- Nie rzucaj się opryszkom na szyję - powiedział
- Romek, Boże. Zaraz się rozpłaczę... Ty się nie śmiej . Oczy masz te same.
- Nawet pachnę. Ogoliłem się. Ostrzygłem. Wdziałem pożyczony garnitur. Zionę naftaliną. Prosto z antymolowego worka.
- Nie pocałujesz mnie?
- Sama jesteś Marta?
- Jeszcze nie wrócił z pracy - powiedziała. - Późno przychodzi.
- Twój stary nie byłby tak wniebowzięty, gdyby mnie tu zobaczył.
- Trzy miesiące. Mój Boże. Nareszcie cię zwolnili!
- Nie wpuścisz mnie do mieszkania?
Robiła wrażenie oszołomionej niespodzianką, wydało mu się jednak, że jest sztuczna i nieszczera, jakby obmyśliła scenę powitania do najdrobniejszego gestu i tylko nieprzewidziana trema psuła jej szyki; nawet wówczas, gdy schwyciła go za rękę wiodąc do wnętrza, podejrzewał, że wolałaby zostawić go za drzwiami. Pokój jej w niczym się nie zmienił, ten sam niefrasobliwy klimat wdzięku i wyobraźni, który nawet by katorżnika natchnął swobodą. Ze zdumieniem spostrzegł fotografię na stoliku przy tapczanie, obok lampki z brzozowego sęka.
- Trzymasz tego faceta w ramkach? Zastanawiająco podobny do mnie. I stary ci pozwala?
- Kładę pod poduszkę
- Tego się spodziewałem - zaśmiał się i odsunął ją lekko, gdy nachyliła twarz do pocałunku. - Usiądź pod lampą. Połóż ręce na stole. Nie bądź taka poważna. Zrób taką minę, jakbyś chciała kichnąć. No. O, właśnie!...- wpatrywał się przymrużonymi oczami. - Taką cię zapamiętałem... Rany boskie, któregoś dnia, akurat była grochówka w misce, byłem głodny i nie mogłem przełknąć ani łyżki, zapomniałem, jak ty wyglądasz. Słowo daję. Wiesz, człowiek chce coś sobie przypomnieć i za Boga nie może. I raptem. Nie wiem, chyba po dwóch dniach. Olśniło mnie! A co by było, gdybyś kiedyś nie kichnęła w mojej obecności?
Wstała szybko od stołu z iskierką w oczach, przyjmując kpinę jak najczulsze wyznanie; spojrzał na nią zbity z tropu; sporo wdzięku jawiło się w jej grze i gubił się chwilami; wyglądała swobodnie, w obcisłym sweterku, który świadczył jej piersiom zgrabny komplement.
- Zgadnij, co się zjawi na twoje powitanie?
- Twój stary, jeśli Bóg da.
Uklękła na podłodze i spod stolika wydobyła obrośniętą kurzem płytę. Dmuchnęła marszcząc nos, obłoczki zwiewne zawirowały w smugach lampy, pochyliwszy czoło dmuchnęła jeszcze mocniej podnosząc istny hamsin, burzę pyłu, zanurzając się w niej bez troski o urodę, z lekkomyślną co najmniej brawurą. Zasłonił nos i usta, póki żywioł nie ochłonął poskromiony kołysanką Gershwina.
- Pięknie, co? - powiedziała z uśmiechem.
- Co pięknie?
- Zdmuchnęłam trzy miesiące.


Cyrograf dojrzałości, Jerzy Krzysztoń, Państwowe Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1975, str. 180-182




Nagłówek jest cytatem z wypowiedzi Jerzego Krzysztonia z filmu Errata do biografii. Jerzy Krzysztoń.
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.