Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie/wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie/wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

Mierząc się z samym sobą. "Baltazar" Sławomira Mrożka

Pojawia się w tej autobiografii parę pomyłek odnośnie dat, miejsc czy ludzi. Jest parę nieścisłości, jednakże w ogólnym rozrachunku, jest to niezwykle tytaniczna praca, jaką wykonał Sławomir Mrożek gdy doznał udaru, a w efekcie rozległości uszkodzeń, afazji. Ćwiczenia, trening pamięci, wreszcie, mowy i pisma, świadczące o jego niesamowitej determinacji, dyscyplinie wewnętrznej, ogromnej mobilizacji by pokonać straty, jakie spowodował udar dały ten efekt, jaki możemy odczytywać w Baltazarze. Ta mini autobiografia sięga do czasów sprzed emigracji, a więc dla wielbicieli autora jednego z bardzo ważnych okresów, bowiem aktualnie najtrudniejszych do odtworzenia jeśli chodzi o samego autora i jego przemyślenia i opis przebiegu wydarzeń bądź co bądź przełomowych w jego życiu. Dzienniki z tego okresu spalił toteż bezpośredni ślad wspomnieniowy został bezpowrotnie utracony. Czytanie jednocześnie jego Dziennika już z czasów emigracyjnych i Baltazara pozwala na połączenie tego w spójną całość. Szczerze mówiąc mogę tylko polecać taki właśnie sposób czytania tej niewielkiej książeczki.

Ażeby docenić trud, jaki Mrożek włożył w to dzieło trzeba przede wszystkim zrozumieć co oznacza sama afazja. Odbierając choremu zdolność mowy i wszelkich z mową związanych funkcji, jest ona dla człowieka, który język traktuje jako swoje narzędzie rzemieślnicze wyjątkowo okrutna. Mrożek po udarze nie tylko stracił zdolność swobodnego wypowiadania się, ale również zapomniał wszystkie języki obce, którymi dotąd władał biegle. Stracił zdolność orientowania się w przestrzeni i nie mógł funkcjonować samodzielnie. Od momentu gdy zrozumiał jak bardzo udar go zubożył, jak ograniczył jego motorykę i psychikę podjął się terapii i ćwiczeń umożliwiających mu powolny, ale postępujący stopniowo powrót do kondycji sprzed udaru. Czytając Baltazara tak naprawdę nie mogłam wyjść z podziwu nad siłą jego charakteru, nad tym czego dokonał pisząc to skromne, a jednak ogromne pod względem włożonego weń trudu, dzieło.

źródło zdjęcia

Baltazar rozpoczyna się od końca niejako, bowiem od decyzji opuszczenia Meksyku, którą Mrożek podjął w 1996 roku i powrócił do Krakowa oraz pierwszych, wyraźnych chwil przeżywanych zaraz po owym powrocie. Fragment ten jest o tyle istotny, że omawia jedną z bardzo trudnych sytuacji w życiu Mrożka - pierwszy poważniejszy pobyt w szpitalu, który zakończył się wszczepieniem sztucznej aorty. Tamto doświadczenie jest tutaj przywołane jako w pewien sposób analogiczne do udaru. W obydwu tych sytuacjach Mrożek nie mógł zrozumieć do końca, jak poważny był jego stan. Później zaczynają się bardziej skomplikowane do rozwikłania dla zamglonej pamięci elementy- powroty świadomością do dzieciństwa, wczesnej młodości, pierwszych wyborów życiowych. I jak to z pamięcią bywa, a już szczególnie z pamięcią po udarze, są te fragmenty gdzieniegdzie obfite w niespotykane szczegóły, opisy domów, okolic, drzew, szczególnie krakowskich topoli, czy wreszcie ważnych dla tych momentów ludzi, by czasami bagatelizować niektóre okresy, traktując je niejako po macoszemu, przechodząc przez nie, jak przez mniej ważne. Nie należy jednak tego odbierać w ten sposób - to jest właśnie sygnał świadczący o walce z afazją. Mówią o nim też niektóre zdania, czasami zbudowane pięknie, zgrabnie, z pełną typową dla Mrożka oryginalną stylistyką, by przejść do zdań mniej zgrabnych, w których niektóre określenia są błędnie przyjmowane za inne. Tym cenniejsze jest czytanie tej książeczki.

Przechodząc od okresu dzieciństwa, w Borzęcinie, wojennej Porębki Uszewskiej, czasów zimy okrutnej a więc i straszliwego marznięcia, czytania na strychu wszystkiego jak popadnie, wyjazdów i powrotów do Krakowa, okupacji i strachu Mrożek krok po kroku dochodzi własnej prawdy o sobie i swoich wspomnieniach, próbuje zmierzyć się z samym sobą sprzed lat. Odgrzebuje w pamięci, która wyraźnie odmawia współpracy, wspomnienia o początkach kariery, o podjętych i przerywanych studiach, o pierwszym reportażu w duchu socjalistycznym, pracy dla "Dziennika Polskiego" i wstąpieniu, a później odejściu z partii. Wszystkie te dane ogólnie zgadzają się z jego biogramem, a samych pomyłek nie jest dużo i wcale nie muszą one świadczyć o nadal panującym spustoszeniu w jego umyśle po afazji, a zwykłych lukach, jakie ludzka pamięć samoistnie stwarza wraz z wiekiem i przeżytym bogactwem doświadczeń. I Baltazar może być świadectwem stoczonej walki i dowodem jej zwycięstwa. W ramach zaś odgrodzenia się od tego co było i tego co jest Mrożek wymyślił sobie nowe nazwisko na użytek tej historii. Baltazar. Czyż nie piękne? Tak oto powstał zamysł i został spełniony. Do którego lektury chciałabym zachęcać każdego choć wiem, że nie każdego zachwyci samo to, jak Mrożek bardzo się starał, ile włożył w tę pracę serca i wysiłku. Wiem jednak, że warto.

Źródło zdjęcia


Baltazar. Autobiografia, Sławomir Mrożek, Noir sur Blanc, Warszawa 2006
Czytaj więcej

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Awantury na tle powszechnego ciążenia", czyli nie tylko dla lemofili

   Czytanie prozy Stanisława Lema to niewątpliwie kwestia gustu czytelniczego* i to tak naprawdę związana aż z trzema wymiarami. Pierwszy to gatunek, jaki uprawiał, który ma swoich fanów, ale i wielu czytelników omijających szerokim łukiem. Drugi dotyczy specyficznego języka, jakiego używał pisarz - admiratorzy będą zgodnie potakiwać głową, że nie masz nic cenniejszego nad prozę Lema, przeciwnicy, że nadto karkołomna. Trzecim jest niewątpliwie ta warstwa między wierszami, w której Lem przemycał swoją życiową filozofię, pesymizm i ateizm. Dlatego czytanie Lema nie każdego musi interesować. Ale czytanie o Lemie, na dodatek czytanie o nim z perspektywy jego syna, zaufajcie mi, może zainteresować każdego, czy jest lemofilem, czy też nie. Tomasz Lem napisał o swoim ojcu książkę piękną, subtelną, zabawną, taktowną i po prostu - ciekawą! Mówi ona o nietypowym człowieku, jego nietypowych relacjach z ludźmi, rodziną a także z tym najważniejszym w końcu - z synem.


   I nie chodzi o to, że jest to kolejna biografia, którą być może drodzy czytelnicy już z miejsca zaklasyfikujecie zgodnie ze sztampowym schematem "urodził się, był, stworzył bądź przyczynił się, zmarł", a w związku z tym kojarzycie z nudą, a o to, że to zwyczajnie wyśmienita książka, dzięki której można choć trochę poznać tego fascynującego człowieka. Bo czy jest się gorącym zwolennikiem literatury jaką się parał, czy też nie, nikt nie zaprzeczy, że była to bujna, niezwykła i fascynująca osobowość.

   Od samego początku Tomasz Lem nie ukrywa, dość wiedzieć że z ponurym przymrużeniem oka, że Hitler i Stalin byli istotną przyczyną poznania się jego rodziców. Gdyby nie konieczność opuszczenia rodzinnego Lwowa zapewne spotkanie z ukochaną Basią, o którą Stanisław, bo już nie Staszek z racji sporej różnicy wieku między tą dwójką, musiał się długo starać i długo do siebie przekonywać, nigdy nie doszłoby do skutku. Do spotkanie jednak doszło i do przekonania wybranki serca również. Jak mu się to udało pozostaje zagadką, jednak ostatecznie Basia powiedziała "tak", a potem była największym autorytetem w życiu Lema, najważniejszą osobą, łącznikiem ze światem zewnętrznym, ba, nawet z rodziną. Choć niejednokrotnie zdarzało mu się ten autorytet nie zauważać..

   Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Jak co dzień ojciec zawozi matkę do pracy; zostawia samochód na parkingu i wyrusza do delikatesów uzbrojony w awośkę - torbę na zakupy, którą nosiło się na wszelki wypadek.
   Tymczasem z powodu awarii sprzętu lekarzy odsyłają do domów. Matka odnajduje samochód na parkingu i siada na przednim siedzeniu.
   Ojciec wkłada zakupy do bagażnika i, nie zauważając żony, zasiada za kierownicą.
   Basia, początkowo oburzona, siedzi cicho. Wyjeżdżają z parkingu - Basia czuje narastające zaniepokojenie. Gdyby się znienacka odezwała, Staszek mógłby się przestraszyć i spowodować wypadek.
   Samochód zatrzymuje się na światłach. Zamyślony mąż z nudów myje spryskiwaczem szybę, rutynowo oblewając czekających na tramwaj. Zaczyna się rozglądać. Jego wzrok zatrzymuje się na wykładzinie podłogowej po stronie pasażera. Dostrzega tam czyjeś nogi. W damskich butach i rajstopach.
   Z oczami wielkimi jak spodki:
   - Basiu, co ty tu robisz? Przecież jesteś w pracy!**

  Tego typu ciekawymi, zabawnymi, czasami, jak to w życiu, również przykrymi historiami przepełniona jest ta niezwykła książka. Czytanie Awantur na tle powszechnego ciążenia to przyjemność niezwyczajna, bo powoduje uśmiech, wybuchy śmiechu głośnego i w związku z tym przyciąganie uwagi mojego osobistego ochroniarza, czyli Bruna (choć tak poza tym pierwszego tchórza RP) zainteresowanego moim głośnym zachowaniem i patrzącego na mnie z wyrzutem, bo on też by tak chciał. A właśnie czytałam o relacjach domowych z innymi członkami rodziny, jakimi były zwierzaki, łudząco podobne do naszej trójki i wielkiej męczarni, wydatków i zmilczenia jak ta menażeria śmierdzi, bo przecież miłość, buddyzm, ZEN i ogólny humanitaryzm zakazują mordowancji. ***

Obraz Stanisława Lema w oczach Tomasza Lema nie jest wcale jakimś zachwyconym, i w związku z tym idealistycznym, oddaniem charakteru ojca. Z taktem, czułością i miłością mówi też o jego trudnym temperamencie i częstych pogadankach pedagogicznych, jakie musiała uprawiać żona Lema, żeby mąż odnosił się nieco dyplomatyczniej do gości. Mówi zarówno o tym, że dzieci mieć nie chciał, bo uważał świat za zbyt podłe miejsce by sprowadzać na nie życie, jak i o tym, że gdy już tym ojcem został wcale nie potrafił tak do końca zrezygnować z siebie i swojej cukierkowej pasji, na przykład częstując syna jedną porcją a samemu pałaszując całość torebki. Niemniej był też ojcem troskliwym i nieskończenie cierpliwym:

- Co robi tata?
- Tata siedzi na schodach i wkłada buty.
- A Tomeciek?
- Tomeciek siedzi obok taty i pyta co robi tata.
- A tata?
- Tata odpowiada, że wkłada buty
- A Tomeciek?*****

Miał dla syna czas i starał się nim interesować, na tyle na ile to było dla niego możliwe. A jak się pięknie uśmiechał gdy później trzymał w ramionach wnuczkę! Bowiem Awantury na tle powszechnego ciążenia, to nie tylko anegdoty o śpiewaniu podczas golenia, tworzeniu kolejnych ciekawych konstrukcji domowego, powiedzmy, użytku, czy wreszcie wojaży po świecie, ale również piękny album rodzinny. Do którego nie tylko warto, ale trzeba zajrzeć.



Awantury na tle powszechnego ciążenia, Tomasz Lem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009
** str. 60-61
*** str. 101
**** str. 112


* próbuję być dyplomatyczna, grzeczna i wyrozumiała, choć oczywiście jako lemofil sama bym siebie za to zdanie chętnie skarciła, bo przecież jest jeden tylko rozsądny gust w tej materii
Czytaj więcej

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Mrożek. Striptiz neurotyka" Małgorzata Niemczyńska

Wszyscy chcemy być lubiani i aprobowani, ale u osób neurotycznych zależność od uczuć lub aprobaty jest nieproporcjonalna w stosunku do rzeczywistej wagi, jaką inni przywiązują do tego w życiu. Chociaż wszyscy chcemy być lubiani przez osoby, które sami darzymy sympatią, to u neurotyków występuje niezróżnicowane pragnienie aprobaty lub uczucia, niezależnie od tego, czy lubią daną osobę i czy jej ocena ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. *

Neurotyk często przyjmuje jako mechanizm obronny zachowanie "nie zależy mi". Chowanie się w siebie, ucieczkę mentalną. Często ma niską samoocenę i jest bardzo przewrażliwiony na swoim punkcie. Podłoże tego typu osobowości ma swoje źródła w kulturze, w wychowaniu, w podatnym na nerwice charakterze. Być może u Mrożka zawiniła wojna, rozłąka z matką, której szukali wraz z ojcem, milcząca wędrówka z tym ostatnim, która wpłynęła na styl myślenia? I tę odwieczną postawę milczącego, trudnego we współżyciu człowieka? Być może.

Małgorzata Niemczyńska zaczyna swoją opowieść o Mrożku i jego striptizie w dość niekonwencjonalny sposób, bowiem od udaru jaki przeżył dramaturg w 2002 roku, którego skutkiem była afazja, czyli dosłownie, utrata zdolności mówienia. Terapia jaką wtedy odbył zaowocowała napisaną z trudem autobiografią Baltazar, w której jednak autor myli parę istotnych faktów, miesza daty. Ważność tej pozycji zasadza się wszak na tym, że jest owocem niezwykłego wysiłku, dowodem skuteczności terapii, swoistym sukcesem, jaki wtedy odniósł Mrożek. Jednakże cóż, właśnie wtedy Mrożek tak naprawdę przestaje już pisać. Zaczyna zatem swoisty striptiz mentalny - odsłanianie kolejnych kart ze swojego życiorysu poprzez publikacje listów, oraz decydując się na wydanie dzienników. Po raz pierwszy tak naprawdę Mrożek odsłania się niemalże całkowicie.


W książce Niemczyńskiej poznajemy biografię autora słynnego Tanga poprzez miejsca i ludzi, z jakimi był związany. Miejsca to Kraina dzieciństwa, czyli rodzinny Borzęcin, w którym Mrożek przyszedł na świat i gdzie odkrył bogactwo książek, gdy na początku okupacji został siłą rzeczy zamknięty w czterech ścianach domu. To Kraków, czyli Dom Literatów, gdzie Mrożek żył dość biednie, skąpo, ale niewątpliwie wesoło biorąc pod uwagę świetne towarzystwo w jakim przyszło mu wtedy koegzystować i słynne anegdoty o pilnowaniu toalety, czy nałogu Gałczyńskiego. To Chiavari, czyli pierwsze emigracyjne przypadki na Riwierze Włoskiej i najbardziej płodny twórczo okres, bo w końcu to właśnie wtedy powstało Tango i inne najbardziej rozpoznawalne utwory. To wreszcie Paryż, Meksyk i nareszcie Nowa Polska, gdy po latach Mrożek wróci do kraju wraz z drugą żoną i odkryje w sobie po raz kolejny obcość wobec miejsca, które obcym teoretycznie być nie powinno. Ludźmi są przyjaciele i rodzina, wszyscy, którzy mieli bodaj drobny wpływ na jego życie, jak poeta i mentor Adam Włodek, czy podziwiany i nienawidzony jednocześnie, bo ciągle lepszy Witold Gombrowicz, ale także ci, którzy stali mu się bliscy i ważni, jak pierwsza żona Mara, druga żona Susana, czy najbliższy mu kolega (bo przyjaciel, to chyba zbyt duże słowo) Stanisław Lem, z którym w korespondencji dawał upust swojemu pesymizmowi i złośliwości wobec innych kolegów literatów.

Z tych obrazów, fragmentów, listów wyłania się naprawdę trudna postać. Mrożek to człowiek milczący. Nie odzywa się, nie komentuje, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Czasem skomentuje coś gestem. Jest trudnym mężem. Wymaga by to nim się zajmowano, jemu poświęcano czas, w zamian dając raczej niewiele. Opisując śmierć Mary skupia się na otoczeniu, detalach jej wyglądu, dopiero potem znajduje w sobie emocje związane z żalem. Jest zamknięty w sobie, skupiony na sobie. Właściwie jest wrażenie, że jemu wystarczy on sam. Mrożek Sławomir dla Sławomira Mrożka to postać kluczowa. Nie da się polubić Mrożka tak jak można polubić książkę o Mrożku, czy książki Mrożka. Ot, niezwykła zagadka, którą z przyjemnością chciałoby się rozwiązywać nieco dłużej, niż opowieść zawarta w tej publikacji.

Mrożek. Striptiz neurotyka to naprawdę ciekawa pozycja, choć nie pozbawiona wad. Chwilami wydaje się, że została przygotowana w pośpiechu, miejscami zapisana zbyt drobiazgowo jeśli chodzi o pewne postaci z kręgu znajomych Mrożka, z kolei zostawiając niewiele miejsca dla samego Mrożka. A przecież dla neurotyka to niezwykłe uchybienie. Powinno być więcej Mrożka w Mrożku. Striptizie neurotyka. Ważne jest jednak to, że to lektura również w przystępny sposób przybliżająca sylwetkę pisarza, było nie było, trudnego i mrukliwego w obyciu człowieka. Pokazuje co i jak wpływało na jego osobowość, jak pierwsze doświadczenia mogły wpłynąć na taki styl postrzegania świata, jak emigracja zmieniała w nim poczucie wyobcowania, poczucia przepaści, którą nabył podczas wojny, którego to uczucia nie pozbył się do końca. Przy tym autorka ma lekkość pióra, która sprawia, że nawet przy paru zastrzeżeniach warto polecać tę lekturę. Szczególnie, że całości dopełnia ciekawy wywiad z bohaterem powieści, w którym można się jeszcze dopatrzyć śladów przebytej afazji, ale również niezłomności, by z nią wygrać.


Mrożek. Striptiz neurotyka, Małgorzata I. Niemczyńska, Agora SA, Warszawa 2013

* str. 35, z: Neurotyczna osobowość naszych czasów, Karen Horney, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011
Czytaj więcej

piątek, 5 lipca 2013

Migawki z ukrytej wojny


Patrzyliśmy jak umierają na naszych oczach i robiliśmy zdjęcia.*

-----------

Wzięłam udział w tym konkursie (Okiem fotografa) na portalu lubimyczytac.pl na przekór samej sobie - bo wtedy książka Bractwo Bang Bang w ogóle do mnie nie przemawiała. Zaś temat konkursu jak najbardziej. Tamto zdjęcie, które zgłosiłam właśnie do konkursu chodziło za mną przez ponad dwa lata. Często pojawiało się w mojej głowie w najmniej spodziewanym momencie. Przypominało mi, że to moje biadolenie z różnych błahych powodów jest żałosne. Ustawiało do pionu. Teraz myślę, że to był ledwie przedsionek piekła. Zdjęcia fotografów wojennych z bractwa Bang Bang są pełne grozy i okrucieństwa, udowadniając, że żaden żywioł nie jest w stanie dokonać tylu spustoszeń, tyle bezsensownej śmierci, co człowiek.

------------
Bractwo Bang Bang.

Ken Oosterbroek:

Źródło zdjęcia
  Teraz mogę iść na całość. Bardzo proszę, niech ktoś da mi taką szansę, żebym mógł pójść na całość. (..) ALE niech to będzie coś rzeczywistego. Prawdziwego, dziejącego się tu i teraz, żywego. Praca mająca znaczenie. Coś co sprawi, że podskoczy mi adrenalina, a o czy wyjdą z orbit, mózg się zlasuje od nadmiaru możliwości i odjazdowych zdjęć. Jestem fotografem. Dajcie mi pracować!**

Fragment dziennika Kena Oosterbroek'a umieszczony w książce Bractwo Bang Bang.

Ken zginął 18 kwietnia 1994 roku podczas fotografowania ostrzeliwanego hotelu w townshipie Thokoza.


Kevin Carter:

Źródło zdjęcia

Byłem zbulwersowany tym co oni robią. Byłem zbulwersowany tym, co ja robię. Ale potem ludzie zaczęli mówić o tych zdjęciach, narobiły trochę szumu. I wtedy poczułem, że może moje postępowanie nie było tak całkiem złe. Bycie świadkiem czegoś tak potwornego niekoniecznie musi być czymś złym. ***

Kevin zmarł 27 lipca 1994 roku.

Greg Marinovich i Joao Silva

Źródło zdjęcia
Jedyni żyjący fotoreporterzy z grupy czwórki zwanej Bractwem Bang Bang. Obaj przetrwali zarówno Wojny Hotelowe, jak i inne konflikty zbrojne, w których ryzykowali życiem i zdrowiem, płacąc za ujęcia fotograficzne i filmowe wysoką cenę. Greg był wielokrotnie ranny. Joao stracił nogi. Wspólnie pracowali nad książką Bractwo Bang Bang.

 --------

     Bractwo Bang Bang trudno jednoznacznie określić reportażem, choć jest świadectwem faktycznych zdarzeń, które obserwowali i fotografowali członkowie znanej grupy Bang Bang. Jest tu trochę swoistego pamiętnika, związanego ze wspomnieniami z okresu dorastania w RPA, poznawania kolejnych fotoreporterów, z którymi przyjdzie im utworzyć w przyszłości tę niespotykaną grupę i relacja z ostatnich chwil życia Kena i Kevina. A przede wszystkim żywa, ilustrowana fotografiami, relacja z Wojen Hotelowych, najgorszych z możliwych rodzajów wojen, bo wojny domowej.
 
Ken, Kevin, Greg i Joao. I wielu innych, bo umowna nazwa określająca reporterów jako tych Bang Bang dotyczyła wielu fotoreporterów wojennych. Ale książka jest głównie o tej czwórce, bowiem to im przyszło pracować razem przez przypadek, a potem przyjaźnić się już z wyboru. Każdy z nich zaczynał solo, każdy miał innych charakter i trochę inaczej odbierali wszystko to, co obserwowali i zapisywali na kolejnych kliszach. Łączyło ich na pewno to, że w sytuacjach, które przyszło im przeżyć, wyciągali aparat. Przez kamerę aparatu byli świadkami strzelanin, pościgów za ofiarą, bezrozumnego zabijania wprost na ulicy, wielu, wielu śmierci. Także w swoim, reporterskim gronie.

autor: Greg Marinovich, źródło zdjęcia
Pokazali światu Wojny Hotelowe z końcowego okresu apartheidu, z bardzo bliska. Udokumentowali te śmierci wielu ludzi, które obserwowali okiem reportera, zasłaniając się aparatem niczym tarczą, będąc niemymi świadkami tego potwornego spektaklu - od pościgu, przez lincz do podpalenia lub innej metody uśmiercenia. Wszystko to przeraża ogromem bólu jaki zadawano ofiarom przed śmiercią, ogromem strat jakie ponieśli niewinni ludzie, ogromem szaleństwa, ogromem wydawałoby się beznamiętnej obserwacji reporterskiej, która po prostu wywoływała konieczność strzelania kolejnych ujęć. Jednak nie była to wcale beznamiętna obserwacja, a fotografie jakie obiegły świat kosztowały fotoreporterów dużo zdrowia i negatywnych emocji. Odbijały się na ich codzienności i relacjach z ludźmi. Spowodowały, że tylko w swoim towarzystwie mogli czuć się tak naprawdę i do końca rozumiani, ponieważ nikt, nawet najbliższe im osoby nie były w stanie pojąć wielkości wewnętrznej walki, jaka się w nich rozgrywała, sensu snów, jakie mieli, a także znaczenia tej pracy, jaką wykonywali. A dość szybko okazało się, że ta praca uzależnia. Adrenalina jaką odczuwali dawała mocnego kopa, takiego, że późniejsze próby, by wykonywać zdjęcia w jakichś łagodniejszych okolicznościach spełzały na niczym. Wojna, walka, bycie w centrum tworzenia się historii, w centrum ważnych wydarzeń, to powodowało, że chwytali za sprzęt i biegli w samo piekło, tak jakby tylko tam mogli zaznać spokoju. Nie nauczyli się respektu dla własnego życia pomimo odniesionych ran. Za każdym razem wracali na pole bitwy. Tak przynajmniej najczęściej robił Greg i Joao. Ten ostatni zapłacił za to ceną własnych nóg. Albo popadali w chaos własnych emocji. Sięgali po narkotyki i alkohol by je zagłuszyć. Jak Kevin, który w końcu nie zniósł już samego siebie i zamknął się w samochodzie z wężem ogrodowym, którego drugi koniec był przymocowany do rury wydechowej..

Jest w tej książce ważna część poświęcona historii RPA, świata, wydawałoby się tak odległego, że aż nierealnego, a jednak, proszę, spójrzcie na te zdjęcia - bardzo, bardzo realnego. Ta historia, choć może nie jest przedstawiona tak drobiazgowo jak popełniłby to kronikarz, wprowadza w świat wielkiego rasizmu, wojny domowej i głodu, który ona spowodowała. Gdzie tak zwany Biały wysiedla Czarnego ze "swoich" miast. Najpierw wysiedla z miast, a potem daje skrawki ziemi, gdzie można zbudować jakąś chałupkę, jeśli ma się szczęścia, bądź wysiedlają ich do mieszkań w hotelach robotniczych, w których warunki przypominają te z łagrów. Kilka, lub kilkanaście osób na pokój, warunki sanitarne wołające o pomstę do nieba, rozdzielanie małżeństw, bo takie jest administracyjne widzimisię.. Co tylko potęgowało ten wewnętrzny konflikt, który nie poprzestawał na pojedynczych morderstwach, ale wyzwalał eskalację agresji. Zabicie więc niewłaściwej osoby można było skwitować "ach, to Pondo? on zasłużył na śmierć". Nieważne, że nie był tym, za kogo go uważano. I tak zasłużył na śmierć. A wszystko to to zwykła rozgrywka polityczna, którą u nas co najwyżej by poprowadzono wysokimi nakładami finansowymi z pieniędzy podatników. Tam płacono ludzkim życiem. I choć chwilami wydaje się, że takim anonimowym, bo nawet tłum ścigający ofiarę nie zawsze był pewien kogo ściga, a jednak te ofiary nie były anonimowe, a ich rodziny cierpiały i nawet po wielu latach wspomnienia nękały ich jak żywe.. Rodzina Rapoo nadal nie czuje się w kuchni bezpiecznie, biedna Joyce ciągle wierzy, że jej wnuczka Mimi, jest zombie.. Bo dzięki temu wciąż ma nadzieję na powrót dziecka.

Próba opowiedzenia sobie nawzajem tej historii sprowokowała też wiele pytań o własny charakter, własną naturę, a wreszcie, pytań o człowieczeństwo. Kiedy człowiek naciska spust migawki, a kiedy przestaje być fotografem? Odkryliśmy, że aparat fotograficzny nigdy nie był dla nas filtrem, za pomocą którego broniliśmy się przed tym, czego byliśmy świadkami i co fotografowaliśmy. Było dokładnie na odwrót - wydawało się nam, że sceny, które utrwalaliśmy na filmach, wypalały się także w naszych umysłach. ****

Te pytania, o własne człowieczeństwo, o sens ich zawodu, powtarzały się przez wiele momentów w ich życiu. Nie znajdują oni jednoznacznej odpowiedzi. Ale też widać, że jednego są pewni. To jest ważne, żeby świat zobaczył historię, o której być może przeczytano by jakąś prasową wzmiankę i za chwilę zapomniano. Wobec ich zdjęć zaś trudno było przejść obojętnie. Wobec tej książki również nie można.


Bractwo Bang Bang, Greg Marinovich, Joao Silva, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012
* str. 175
** str. 45
*** str. 46
**** Prolog, str. XXII

Czytaj więcej

poniedziałek, 18 marca 2013

Erudyta o okupacji

O wojnie i okupacji zostały zapisane przeróżne świadectwa. Najczęściej te pełne jej okrucieństw. Pisane różnym stylem, czasami jako beznamiętne świadectwo, czasami pełne rozpaczy, czasami zupełnie bezsilne. Były już świadectwa dotyczące pola bitwy, okrucieństw holocaustu, a także beznadziei partyzantki ukrywającej się w lasach, podziemia, które choć trochę próbowało się nie poddawać, walczyć pomimo niebezpieczeństw ze strony okupanta. Na tym tle opowieść Jana Parandowskiego początkowo przypomina bajkę. Jest piękna wrześniowa noc. Pod ciężarem jej zapachu świat wydaje się pełen oczekiwań na coś dobrego. Nic, ale to absolutnie nic nie wskazuje na to, że za chwilę rozpęta się szaleństwo. Podróż wozem ze zwykłym rolnikiem prowadzącym konia zdaje się sielanką. Gdy dodać poetycką polszczyznę, jaką opisuje ten moment autor, wydaje się, że tak naprawdę przenosi nas ponownie w świat Hellady i mitu. Że za chwilę rozpocznie bajania o boginkach skradających serca śmiertelnikom, o Dzeusie, który ponownie zdradził Herę. Ale nie. Tym razem to nie mit. Choć tak, wchodzimy w świat utraconej tradycji. Tym razem, naszej własnej.

Wrześniowa noc to ledwie czternaście szkiców, na ledwie ponad stu stronach. Krótkie, dotyczące różnych momentów okupacji, łącznie z jej zakończenie, nie mówiące o brutalności wojny, przynajmniej nie o takiej jaką znamy z innych przekazów. Jest tu groza i niebezpieczeństwo również, choć Parandowski znajdował się w znacznie lepszym położeniu niż inni Polacy, ponieważ był chroniony niczym bezcenne dzieło literatury. Ukrywany, ostrzegany, wspomagany na wszelkie możliwe sposoby, przetrwał wojnę w zasadzie bez szwanku. Ale nie siedział bezczynnie, jedynie próbując się ukrywać. Starał się wspomóc kraj jak potrafił najlepiej - nauczając w miejscach, gdzie jest można było uczyć, ponieważ Niemcy zamykali wszystkie szkoły, które nie nauczały odpowiedniego fachu rzemieślniczego, zamieniając je w swoje urzędy. I notował obserwacje z okupacji. Nocne wizyty Niemców. Przeszukiwanie otrzymywanych zza granicy paczek z żywnością  Nieudana próba ostrzeżenia francuskiego Żyda, jednego, któremu na chwilę udało się wysiąść z wagonu, wiezionego do Treblinki, któremu niemiecka propaganda została tak zaszczepiona, że nie chciał uwierzyć w grożące mu niebezpieczeństwo i odmówił zaoferowanej pomocy. Umierający w polu żołnierz, do którego nikt nie chciał podejść, aż w końcu zawstydziła wszystkich starsza kobieta, za którą dopiero poszło więcej osób, by zabrać umierającego. Opisane krótko, bez zbędnego patosu, po prostu, obrazki z obserwacji. Tak było. Nie nie dodając, nic nie ujmując Parandowski opowiada o tym, co sam przeżył, lub poznał z opowieści innych ludzi.

Sceny, które jakoś szczególnie przemawiały mi do serca to te związane z decyzjami Parandowskiego. O pozostaniu w kraju, mimo wielu ofert pomocy w emigracji ze strony znajomych i przyjaciół. Patrzenie z bólem serca na mapę własnego kraju. Chodzenie po popiołach zniszczonej biblioteki. Jednak nie mi oceniać pewne sceny i aspekty. Nie mi osądzać pewną bezradność z jaką obserwował swój niszczejący świat Parandowski. Ale jakoś ciężko mi przejść obojętnie nad losem dzieci z getta, o których Parandowski wspomina niczym o jakimś egzotycznym okazie, który pojawił się na klatce schodowej jego mieszkania, okazie, który był na tyle egzotyczny, że warto o nim napomknąć.. i resztę przemilczeć. Czy autor próbował pomóc w jakikolwiek sposób tym dzieciom? Nie wiem niestety. Oczywiście, może nie mógł im pomóc. Sam miał w domu dwójkę dzieci, na których uratowaniu na pewno zależało mu najbardziej. Ale pozostaje jakaś zadra w sercu. Choć może Parandowskiego tłumaczyć, że jeszcze nikt nie rozumiał, jeszcze nikt nic nie wiedział, każdy mógł mieć nadzieję..* Być może tak właśnie było..

Jednak piękny język polski jakim pisze Parandowski, piękna czysta, niczym nieskażona polszczyzna, jest czymś czym nie potrafię się do końca nasycić. Niektóre akapity czytałam po kilka razy. Niektóre pachną poezją i lasem. Tęsknię za takim pięknym językiem polskim. Mogłabym czytać po wielokroć. Dlatego polecam, bo walory tej pozycji są oczywiste, a jej długość może zachęcić nawet najbardziej opornych na lekturę tego typu. Polecam z całego serca.


Wrześniowa noc, Jan Parandowski, Iskry, Warszawa 1968
* str. 55
Czytaj więcej

środa, 30 stycznia 2013

O pewnej malarce, która wymyśliła Muminki

Tove w swoim atelier, źródło zdjęcia

(...) obawiam się, że przez całe życie pozostanę apolityczną = asocjalną malarką, tzw. indywidualistką, która odwzorowuje cytryny, pisze baśnie oraz zbiera dziwaczne hobbystyczne przedmioty, i brzydzi się stowarzyszeń. Brzmi to nieco żałośnie, ale takiego życia pragnę.*

To pewnie był jeden z tych ciepłych, ale nie gorących sierpniowych dni. Tak naprawdę w powietrzu już było czuć zapach jesieni, choć lato jeszcze nadal królowało. I pewnie było oczekiwanie takich jakich wiele, gdy ma przyjść na świat dziecko, ale też takiego wyjątkowego, jakie czuje każda rodzina. Rodzina artystów, myślę, że mogę się pokusić o takie założenie, wyczekuje jeszcze intensywniej. Wrażliwsi na świat i ludzi, równie mocniej i wrażliwiej oczekiwali swojego dziecka. Pierwszego dziecka. Nieważne, jakiej będzie płci, ważne  że na pewno będzie artystą. Artystką.

Sierpień stał się odtąd ważnym miesiącem. Nie tylko dla rodziców Tove, ale i dla niej samej. Muminek właśnie ten miesiąc lubił najbardziej. A szczególnie jego końcówkę. Był koniec sierpnia. Nocami hukały sowy, a nietoperze krążyły bezszelestnie nad domem. Las pełen był szumu, morze - niepokoju. W powietrzu było oczekiwanie i smutek, a księżyc wschodził wielki i złoty. Muminek zawsze najbardziej lubił ostatnie tygodnie lata, ale nigdy dokładnie nie wiedział dlaczego. **

Cudowne dziecko przyszło na świat u zarania pierwszej wojny światowej, szybko musiała dorosnąć na skutek wybuchu drugiej. Nie był to dobry czas dla nikogo, dla artystów tym mocniej, że nie było już czasu ani sił na sztukę. Żeby jakoś się dołożyć do domowych wydatków brała się za różnego rodzaju chałtury, jak je nazywała, robiła ilustracje do bajek, grafiki, projektowała okładki, wszystko to traktowała jako pracę poboczną, tę niezwiązaną z jej pracą malarki. Bo przecież ona była malarką! Jej artystyczna dusza tylko w tym postrzegała wartościową siłę wyrazu dla własnego artyzmu, wrażliwości, jak również wyrazu swoich przemyśleń.

Rodzina, Tove Jansson, źródło zdjęcia
Przede wszystkim malarka. Tak o sobie mówiła i przez pryzmat takiego wizerunku chciała być postrzegana. "Muminkowy biznes" jednak sprawił, że na zawsze stała się mamą Muminków i autorką tylko tej serii. Bardzo niesłusznie. Jako malarka osiągnęła również niemały, choć związany z dużym nakładem pracy i poświęcenia, sukces, a także napisała wiele innych pozycji literackich, nie związanych z Muminkami. Jej prace doczekały się wielu wystaw, a wiele obrazów do dziś ma niezwykłą siłę przekazu.
 Jak ten bardzo ceniony przez krytykę, zatytułowany "Rodzina", na którym widać rozterki związane z czasem wojennym. Brat w mundurze żołnierskim, młodszy brat siedzący na przeciwko niego, rodzice,  matka zwana Ham i ojciec, zwany Faffanem, po przeciwległych brzegach obrazu. Tove w środku. Prawdopodobnie gdzieś wychodzi. Rodzina zaś, choć skupiona razem, jednak w jakiś sposób rozdzielona. Czy tylko wojną?

Źródło zdjęcia
Muminek pojawił się dość wcześnie, w postaci Niuchacza, jeszcze na etapie rysunków satyrycznych, na których równo wyśmiewała Hitlera i Stalina, niejednokrotnie narażając siebie i redakcję "Garma", w którym pełniła rolę nadwornego satyryka. Był nieco smuklejszy, z mniejszym nochalem, ale już widać było, że ma w sobie zadatki na Muminka. W tamtym okresie stał się jej niejako znakiem firmowym, pojawiał się w rogu obrazka, bądź w mniej eksponowanym miejscu. Żartowała sama z siebie nazywając się panią Niuchaczową. Z czasem Muminek stał się prawdziwym Muminkiem, zyskał Mamę i Tatę, pojawiła się Dolina Muminków, a z tym wszystkim, po wielu latach ciężkiej pracy również sława i przekłady na inne języki. A z przekładami dziwne zmiany jak ta w wersji niemieckiej, gdzie Muminki zostają nieco odmienione i odmawiają pacierz na dobranoc. Albo ta do wersji angielskiej (wersji komiksu z Muminkami) gdy Tatuś Muminka zamiast pisać na rolce papieru toaletowego musi skorzystać z bardziej stosownego nośnika. Jednakże mimo tych wszystkich dziwnych niedogodności Muminki i ich Dolina ulegają rozwojowi, zmianom, jak w życiu Tove pojawiają się nowi ludzie i nowe miłości, tak i do Doliny witają kolejne ciekawe postaci.

Między kolejnymi tomami opowieści prosto z Doliny Muminków pracuje pełną parą nad innymi projektami. Ilustruje między innymi Alicję w Krainie Czarów, Hobbita i inne pozycje przeznaczone dla młodego czytelnika. Decyduje, że nie chce rodzić dzieci, które będą służyły jako mięso armatnie w kolejnej wojnie. Podróżuje. Planuje ślub, a potem go odwołuje. Zakochuje się wreszcie tak jak została do tego stworzona - w kobiecie. Zakochanie w kobiecie było doświadczeniem oszałamiającym i diametralnie innym niż wszystko, co przydarzyło się jej do tej pory. Nowe uczucie wyzwoliło kolory, nowe myśli, pomysły i emocje, które silnie wpłynęły na jej życie zarówno artystyczne, jak i osobiste. Ta miłość poruszała zarazem serce i umysł.  (..) Teraz ja jestem słońcem, które świeci - notuje uszczęśliwiona malarka***

Niezwykła to biografia. Wykorzystuje fragmenty dzienników Tove, listów, recenzji, oraz cytatów z mniej znanych pozycji literackich. Przez pryzmat Muminkowej sagi, oraz kolejnych książek, a także obrazów,  przechodzimy kolejno od narodzin do śmierci Tove Jansson. Przez jej bogate życie artystyczne, podróżnicze, rysownicze, malarskie, pisarskie i w końcu to związane z potrzebą wolności i samotności, której nawet miłość nie powinna i nie może ograniczać. Wraz z kolejnymi tomikami z historią Muminków pojawiają się następne ich interpretacje związane tak ściśle z życiem i filozofią Tove.

Jest parę drobnych mankamentów, których nie wypada przemilczeć przez pryzmat zachwytu. Liczne powtórzenia autorki mogą dawać odczucie uciążliwości, jednakże momentami przypomnienie o jakimś fakcie opisanym pięćdziesiąt stron wcześniej może też być pomocne. Interpretacje prozy Tove czasami za bardzo oscylują w stronę teoretyczno - literacką, co może przeciętnego czytelnika zniechęcić, choć dla mnie było to tylko dodatkowym atutem. I cóż, jako drobna rysa na szkle wpadki edytorskie w postaci literówek.

Niezależnie jednak od tych drobnych minusów, to piękna pozycja. Wielbiciel Muminków, taki jak ja, może dać się przenieść ponownie w ich świat, może nawet trochę lepiej go zrozumieć i jeszcze bardziej zatęsknić za ponowną ich lekturą. Oprócz tego książka Boel Westin to nieprzeciętny obraz biograficzno - artystyczny niezwykłej kobiety. Myślę, że zachwyci nie tylko entuzjastów Doliny Muminków.


Tove Jansson: Mama Muminków. Biografia. Boel Westin , Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2012
*str. 217
** str. 422
*** str. 185
Czytaj więcej

niedziela, 6 stycznia 2013

"Tyrmandowie. Romans amerykański", rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska

To nie było spokojne życie. Nie było zawsze wspaniałe i poukładane. Dużo musiałam znosić i to nie tylko dlatego, że to był sławny Tyrmand, polski pisarz. Stary lowelas zdradzał taką młodą siksę jak ja. Wiem, że to robił. Miał gdzieś specjalny notes, jeszcze z Polski, w którym zapisywał swoje podboje. Kolekcjonował też ich fotografie. Pamiętam zdjęcie Niemki z dopiskiem - "zhańbienie rasy". (..) O moim życiu intymnym sprzed swojej ery nie chciał tak naprawdę słuchać, choć czasem zadawał pytania. Kiedy próbowałam odpowiadać, wściekał się. Potrafił być prawdziwym Otellem.*

Skąpiec. Zazdrośnik. Domowy tyran i dyktator w każdej dziedzinie - mody, wydatków, makijażu. Jeśli nie chciał kupić drogiej benzyny jeździł od stacji benzynowej do stacji, żeby kupić tę najtańszą. Nawet jeśli przez to w efekcie wydawał na tę benzynę więcej, bo przecież musiał ją mieć także na to poszukiwanie. Do tego człowiek głęboko przesądny. Taki obraz Leopolda Tyrmanda wyłania się z książki wspomnieniowej, w której udział brała Agata Tuszyńska. Trudno go nazwać do końca autorskim, bowiem książka składa się z listów Tyrmanda i jego trzeciej i ostatniej żony Mary Ellen, oraz wspomnień samej Mary Ellen. Dlatego zaznaczam zgodnie z kartą tytułową - rozmawiała i skomponowała.

Leopold Tyrmand zanim osiedlił się w Stanach Zjednoczonych był dwukrotnie żonaty. Nigdy nie stronił od towarzystwa kobiet, choć z kolei na kobiece zachowania miał mocno ugruntowane, bardzo staroświeckie poglądy. To znaczy, on, mężczyzna, owszem, może mieć ile zechce partnerek, ona, kobieta, nie ma do tego absolutnie prawa. To źle o niej świadczy. Kobieta ma określoną rolę w społeczeństwie i w życiu mężczyzny. A Mary Ellen Fox pięknie się w to wpisała, ślepo podążając za swoim mentorem.

Gdy się poznali ona miała 23 lata, on 50 lat. Pomijam jaki niesmak we mnie wzbudza sama myśl o związku z mężczyzną starszym od siebie o 27 lat, bo to są kwestie indywidualne, choć mój ciasny światopogląd dostrzega w tym jakąś formę zaburzenia.  Romantyk powie - miłość nie wybiera i na tym poprzestanę, W każdym razie młoda Mary Ellen okazała się podatnym egzemplarzem do kształtowania jej na modłę i podobieństwo Tyrmanda. Gdy na początku wydaje się, że ma jeszcze jako takie własne zdanie, szybko zostaje ono przemianowane na "ich" zdanie. Z psychologicznego punktu widzenia, można by rzec, że po toksycznej relacji z matką tyranką, Mary Ellen po prostu musiała znaleźć sobie takiego męża jak Tyrmand (Nikt nie miał na mnie takiego wpływu, nikt inny - może  poza matką.. w tak wyraźny sposób mnie nie kształtował**)

Mary Ellen sama zabiegała o znajomość z Tyrmandem, który nie narzekał na brak zainteresowania ze strony kobiet. Jak sama wspomina, dość szybko wskoczyła mu do łóżka, by potem zabiegać o to, by stać się dla niego osobą najważniejszą. Długo Tyrmand traktował ją jak korespondencyjną dziewczynę, dopiero tak naprawdę rozmowa z matką, którą odwiedził w Izraelu, sporo odmieniła. Pierwsza część listów z roku 1970 dotyczy rozstania niemalże zaraz na początku znajomości, gdy Tyrmand wyjechał do MacDowell Colony, miejsca dla artystów, gdzie pracował nad kolejnymi tekstami. Kolejne listy, pocztówki, wynikały z następnych rozstań, jak wyjazd do Izraela, czy do Rockford, dokąd się mieli za decyzją Tyrmanda i dużymi obawami Mary Ellen, przeprowadzić. Gdzie spędzili kolejne dziewięć lat i gdzie wychowywali dzieci (bliźnięta, urodzone w 1981r.). Bliźnięta urodziły się zimą, a już latem wyjechał na kilka tygodni do Kalifornii. A jakiś czas potem do Chin. Zwykle na ten czas przenosiłam się z dziećmi do matki. Zawsze mówił, że robi to dla swojej kariery, czyli dla nas. To na pewno będzie dobre dla nas. "Jeśli mnie będzie się dobrze powodziło, nam wszystkim będzie lepiej".***

Przeżyli razem piętnaście lat. Mary Ellen została wdową w wieku 38. lat, z dwójką czteroletnich dzieci. Czy to był szczęśliwy związek? Trudno mi ocenić. To wie tylko Mary Ellen. Choć w moim odczuciu ona po prostu była ślepo zapatrzona w Tyrmanda i co by on nie zarządził ona ze spokojem niewolnicy by wykonała. Dyplom doktorski Mary Ellen wisiał w toalecie, bo tam jest jego najlepsze miejsce, prawda?

Krótko mówiąc nie podobała mi się.. książka, ani treść. Żałuję, że przeczytałam, cieszę się, że coś mnie podkusiło, żeby nie kupować. Bo oprócz tego, co mi się treści nie podobało, nie rozumiem też logiki rozkładu zdjęć zawartych w tym tomie - np. w sekcji z roku 1970 zdjęcia Tyrmanda z lat 30-tych, czy w roku 1975 aktualne zdjęcie Mary Ellen. Czemu akurat tam? Czemu bez związku z treścią, czy zakresem dat? Ale to tylko zdjęcia, to drobiazg. Nie podobał mi się związek tyrana z młodą dziewczyną, którą zmieniał jak chciał. Oczywiście, to jej sprawa na co się zgadzała, ale moja ocena zawartości książki. Żałuję tylko, że Tyrmand po prostu stracił tak bardzo w moich oczach.. Paradoksalnie, dla Mary Ellen ta książka ma na celu zachowanie Tyrmanda w pamięci. Faktem jest, że w mojej pozostanie, ale nie jako świetny pisarz, a fatalny mąż. Żałuję.

Tyrmandowie. Romans amerykański., rozmawiała i skomponowała Agata Tuszyńska, Wydawnictwo mg, Kraków 2012
*str. 152
** str. 230
*** str. 205
Czytaj więcej

czwartek, 15 listopada 2012

Rozgoryczony, rozżalony, ale pełen opowieści. Hłaskower na emigracji.

Życie, które mi dano jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa. *


Gdyby mi ktoś powiedział jeszcze jakiś czas temu, że podczas lektury książek Hłaski będę nie tylko czerpać przyjemność z czytania, ale jeszcze się zachwycać tym co Hłasko napisał, to naprawdę pomyślałabym, że albo ten ktoś zna mnie za słabo, albo przecenia Hłaskę. Albo jedno i drugie. A tu proszę. Czytając Pięknych dwudziestoletnich miałam olbrzymią ochotę po prostu żywcem przepisywać kolejne akapity.  Bo choć to proza pełna rozgoryczenia, żalu i tęsknoty, bo choć wspomnienia dotyczą szarej polskiej rzeczywistości powojennej, to jednak Hłasko ma celne uwagi odnośnie życia, korzysta z ciekawej i pięknej symboliki, a między akapitami dużo mówi o przeżyciach, z których pozornie cynicznie kpiąc, tak naprawdę oddaje swój ból i ogrom doświadczeń.

Piękni dwudziestoletni powstało jako zbiór wspomnień związanych z emigracją i brakiem możliwości powrotu do kraju. Jest próbą rozrachunku dotyczącego pierwotnie decyzji własnej o przedłużeniu emigracji, a potem już związanej z utrudnieniami i niemożliwością tego powrotu w związku z decyzjami władz. Przy okazji jest formą autobiografii, krytyki literackiej, oceny kondycji polskiej literatury, historii oraz aktualnej sytuacji społeczno - politycznej. Jest zbiorem anegdot i wspomnień związanych z różnymi ludźmi. Jest ciągłym opowiadaniem, tak jak mu poradził Newerly.

Wątki autobiograficzne są przeplatane z anegdotami. Wyłuskiwanie ich jest wbrew pozorom przyjemną częścią lektury. Hłasko jako dziecko nie radził sobie w szkole, której ostatecznie nie udało mu się zakończyć. Że tak było, przyznaje bez żadnych skrupułów i upiększania rzeczywistości:

Zacząłem pisać mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki do czytania - tak, że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą, matematyką i chemią zachodzi jakakolwiek różnica i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąkolwiek cyfrę; jeśli to się w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepchałem się tylko dzięki temu, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego.**

Zresztą, do całego swojego życia ma bardzo zdystansowane podejście  Gdy szkoły nie ukończył obowiązek państwowy zmusił go do podjęcia pracy. Zaczął już w wieku 16 lat. Imał się różnych zawodów i poznał specyfikę pracy w powojennej Polsce. A zatem po pierwsze wielkie krętactwo, mataczenia, oszustwa i przekupstwo. Uczy się cynicznego, brutalnego życia, które wymaga ciągłego przepychania się łokciami. Ale chce pisać. Pracę traktuje jako życiową konieczność, cel jaki widzi dla siebie jednak ma związek z twórczością. Dlatego nawet gdy  UB go zgarnia i postanawia zrobić z niego szpicla (każde przedsiębiorstwo miało komórkę Urzędu Bezpieczeństwa, a jego referent miał swoich kapusiów wśród pracowników), on to wykorzystuje na swój sposób. Informuje o tym kolegów, ci przekierowują go do samodzielnej pracy, tak by nie miał możliwości nic widzieć, a zatem nic zaraportować i zaczyna się pisanie kreatywnych raportów. Jak stwierdził sam autor tychże lipnych donosów, zawdzięczał im całkiem sporo, ponieważ rozwijało to jego fantazję i podnietę twórczą***. Pisanie jednak w powojennej Polsce jest mocno utrudnione. Działa cenzura, nie można swobodnie się wypowiadać i choć opowiadania Hłaski są filmowane, to nie są wydawane (!). Takiej Polski jak on widzi, twierdzą jego przeciwnicy, po prostu nie ma. To uczucie, że patrzy na świat innymi oczami niż reszta ludzkości jeszcze nie raz się powtórzy.

Pomimo rozgoryczenia Polską Hłasko do tej Polski tęskni cały czas. O sobie, że jest Polakiem, mówi z nieukrywaną dumą. Rozmyśla nad tym co aktualnie się w kraju dzieje, chociaż nie może do niego wrócić. Zostawia gorzką pigułkę o tym jak dzisiejsi piękni dwudziestoletni nie przejmują się losem swojego kraju:

Ci wszyscy chłopcy, z którymi ja zaczynałem, wiedzieli, że jest fatalnie, ale czekali przez lata, aby móc napisać jeden wiersz, jedno opowiadanie; aby móc namalować jeden surrealistyczny obraz czy też wystawić rzeźbę niepodobną do niczego. Ale to byli wszystko ludzie, którzy wbrew faktom i
wbrew wszystkiemu co działo się dokoła, usiłowali zachować wiarę, że nadejdzie chwila, w której wolno będzie powiedzieć: nie. My, łysiejący już i nie piękni, i nie dwudziestoletni, mieliśmy tych parę kroków w słońcu; jedni z nas robili to gorzej, drudzy lepiej, nie powstały w tym czasie dzieła o wielkiej wartości, ale być może przydadzą się one przyszłym kronikarzom jako dowody nędzy i nieudolności i jako dowody niemocy człowieka żyjącego w koszmarze, nie znajdującego w sobie siły, aby to wyznać. Ale jak powiedziałem: byli to ludzie, którzy wierzyli, że wolno im będzie powtarzać tylko to jedno najważniejsze w życiu każdego człowieka słowo: nie.
Kiedy dzisiaj spotykam ludzi pięknych, dwudziestoletnich i rozmawiam z nimi, przeraża mnie jedno: wszyscy oni wiedzą, że w Polsce jest źle; wszyscy nie mają złudzeń co do tego, że Polska jest krajem okupowanym ; natomiast nikogo to z nich specjalnie nie interesuje.****


Chęć by spisać całość tekstu ciągle we mnie tkwi. To jest niesłychane jak jego lektura objaśnia czemu Hłasko był taki, jaki był. Skąd ten cynizm i świat bez skrupułów w jego utworach. Dopiero teraz rozumiem, że trzeba go czytać między wierszami. Wtedy wyłania się zupełnie inny obraz, obraz człowieka, któremu przypadło w udziale żyć w okropnych czasach, z którymi próbował zmagać się na swój sposób, z postawą, że ma to wszystko gdzieś, chociaż tak naprawdę, to wszystko to go strasznie bolało.

Wydawca książki pisze, że długo Pięknych dwudziestoletnich nie można było wydać w Polsce - daty to pięknie dokumentują: Hłasko ukończył książkę w 1966, moje wydanie pochodzi z 1989 roku. Jednocześnie w krótkim wstępie ów wydawca dyplomatycznie umywa ręce od poglądów głoszonych przez Hłaskę, ciesząc się tylko tym, że nareszcie mógł książkę dostarczyć czytelnikowi. Czasami Hłasko jest istotnie dosadny. Czasami zbyt cyniczny. Czasami zbyt mroczny. Ale szczerze mówiąc w takiej sytuacji w jakiej się znalazł trudno o lepszy sposób ekspresji swojej opowieści.


Piękni dwudziestoletni, Marek Hłasko, Czytelnik, Warszawa 1989
*. str. 13
** str. 8
*** str. 46
**** str. 158
Czytaj więcej

czwartek, 25 października 2012

"Chcę nauczyć kochać i rozumieć" - o Januszu Korczaku refleksji kilka

Ilekroć, odłożywszy książkę, snuć zaczniesz nić własnych myśli, tylekroć książka cel zamierzony osiąga. Jeśli szybko przerzucając karty - odszukiwać będziesz przepisy i recepty, dąsając się, że ich mało — wiedz, że jeśli są rady i wskazówki, stało się tak nie pomimo, a wbrew woli autora.*

Co ty wiesz o Korczaku?

W zamierzłych czasach..Gdy jeszcze miałam lat dwadzieścia parę, a potwór zwany komputerem był mi obcy, zaś sieć zwana dziś internetem w ogóle czarną magią, o czytanych książkach pisałam niczym grzeczna uczennica lekcje w kajecie, w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie w kratkę. Z zeszytu zrobiły się dwa zeszyty, potem trzy.. Dziś mam całą torbę takich notatników, w których można znaleźć maczkiem spisane uwagi, streszczenia dla własnej pamięci słabej i refleksje po każdej czytanej lekturze. A wyglądało to na przykład tak:



I tak jestem w posiadaniu 8 takich stron A4 pisanych pismem ręcznym własnym, dziś ledwie rozpoznawalnym dla mnie samej, notatek po lekturze książki Korczaka Jak kochać dziecko. Jednak Korczak w moim życiu pojawił się dużo wcześniej. Jeszcze jako dziecko słuchałam różnych opowiadań o tym, jakim był wspaniałym człowiekiem. W latach okupacji mój dziadek, kilkuletni smyk wówczas, stracił rodziców, a rodzeństwo wraz z nim rozparcelowano po różnych sierocińcach.  To niezwykle traumatyczne przeżycie rzadko było przez dziadka wspominane, ale nie wiedzieć czemu historia o pobycie w sierocińcu u sióstr, jak to dziadek wspominał, pokrywała się jednocześnie z opowieścią o Korczaku. Choć może być tak, że moja pamięć płata mi jakiegoś figla. Niezależnie od tego Korczak był u nas w domu wspominany dość często. Prosty człowiek, a bohater. Wielki, wspaniały. Niesamowity. Padały rożne określenia, ale każde było pełne szacunku i jakiegoś takiego żalu. "Takich ludzi już nie ma" powiedział mi kiedyś dziadek. Sam zresztą pieniacz potworny, daleki od spokoju czy pedagogicznych umiejętności. Ale mam bolesne przeczucie, że miał rację. Bo kto dziś traktuje dzieci z taką powagą i czułością? kto dziś wyjaśni matce- nie, dziecko nie jest twoje, nawet w ciąży ono nie jest twoje? kto dziś rozumie jaką indywidualnością jest każde dziecko? No i czy ktoś poszedłby z gromadką cudzych dzieci umierać razem z nimi?

Wracając jednak do pytania.. "Co ja wiem o Korczaku?" które zadałam sobie, gdy dowiedziałam się o tym, że rok 2012 został ustanowiony przez sejm Rokiem Janusza Korczaka - wiedziałam niewiele. To co napisałam powyżej, plus znajomość eseju Jak kochać dziecko, którego strony swego czasu przewertowałam  kilkadziesiąt razy. Znałam pobieżnie jego biografię, znałam parę filmów, których jednak dziś za wiele nie pamiętam. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, że wczytam się w jego życiorys zmieni utworzony dawno temu obraz jego sylwetki w mojej głowie. Zamówiłam w bibliotece książkę Joanny Olczak Ronikier, zagłębiłam się w swoje notatki, przeczytałam szczegółowy życiorys. Nie, póki co bez zmian. Obraz dobroci i łagodności ciągle tkwi w moich myślach, a w sercu nadal tkwi ogromny żal na samą myśl. Że był. Że tak ukochał że nie zostawił dzieci samych w ich ostatniej, najtrudniejszej podróży. Że takich ludzi już nie ma..


Próba biografii Joanny Olczak - Ronikier

Nie da się jednak ukryć, że Joanna Olczak  - Ronikier wprowadziła do tego obrazu kilka nowości. Rozszerzyła moją wizję o dodatkowe, kluczowe elementy związane z jego życiem, sposobem myślenia oraz bycia. Tym jak traktował dzieci, ale również tym, jak traktował samego siebie.

Źródło zdjęcia
Henryk Goldszmit, który dla potomności chyba na zawsze zostanie Januszem Korczakiem, przeżył w dzieciństwie rzecz przejmującą dla każdego dziecka. Najpierw rzadkie i chłodne zainteresowanie ze strony ojca, a wreszcie jego chorobę, a potem śmierć. Tylko ktoś kto przeżył coś podobnego jest w stanie zrozumieć jak boleśnie odbija się to na całym życiu i jak bardzo wpływa na sposób postrzegania samego siebie. To co przeżyjemy w dzieciństwie pozostaje niczym piętno, szczególnie, gdy nie należy do najszczęśliwszych zdarzeń. Dawno nie odczuwałam takiego powinowactwa dusz, ponieważ sama również straciłam ojca we wczesnym dzieciństwie i również borykałam się z poszukiwaniem w samej sobie własnej wartości. Jakby ta strat zubożyła mnie w całości, nie tylko pozbawiając rodzica, ale również celowości mojego istnienia. Czytanie więc o Korczaku, jego wypowiedziach było jak czytanie o kimś, kto mógłby być mi bardzo bliski, bo miałby wyrozumiałość jak mało kto wobec tego, co zdarzyło mi się przeżyć. Bo przecież to jak Korczak odbierał potrzeby dzieci miało bezpośredni związek z jego dzieciństwem własnym. I stąd w jego odczuciach dziecko miało prawo do równego traktowania, do prawa do głosu, do możliwości sprzeciwienia się karze. Takie właśnie zasady wprowadził do obydwu domów dziecka jakie przyszło mu prowadzić, zarówno Domu Sierot, jak i Naszego Domu. Dlaczego jednak nigdy sam nie założył rodziny? Skąd taki wybór, żeby pozostać samotnym? Autorka sugeruje, że być może pierwsze erotyczne doświadczenie z lat młodości, które zakończyło się niechcianą ciążą i stąd fatalnymi wspomnieniami, spowodowało, że Korczak nie chciał więcej zaznawać tego typu relacji z kobietami. To i być może jeszcze obawa przed genetycznym obciążeniem chorobą psychiczną? Tego do końca niestety nie wiadomo, ponieważ Korczak rzadko się wypowiadał o swoich sprawach intymnych. Jeżeli już to w kontekście samotności ogólnej, życiowej, szczególnie już związanej z pogubieniem się w sensie własnych działań. Ale to nastąpiło później.

W młodości Korczak był pełen ideałów. Wierzył w świat w którym w zgodzie mogą koegzystować Żydzi i Polacy. W świat, w którym może triumfować tolerancja, miłosierdzie wobec bliźniego, wyrozumiałość. Zarówno historia, jak i działania ludzkości szybko zaczęły weryfikować te ideały. Pod koniec XIX wieku oraz na początku wieku XX, gdy powoli Polska zmierzała do odzyskania niepodległości, krwawo zresztą okupionej, bardzo często na ulicach polskich miast trwały zamieszki, podczas których atakowano Żydów, żydowskie sklepy. Przezywano żydowskie dzieci. Rzucano kamieniami. Żyd ogólnie podsumowując, to był ktoś gorszy, ktoś komu można dokuczać i traktować go z góry. Obciążone zasadami judaizmu żydowskie dzieci nie mogły zareagować równie agresywnie. Pozostało im więc uciekać, żeby obronić się przed atakami. W rezultacie żydowskie dzieci uważano za tchórzliwe. Pierwsze doświadczenie Korczaka z dziećmi, podczas słynnych kolonii, które stały się bezpośrednią przyczyną powstania Mośków, Jośków i Sruli oraz Józków, Jaśków i Franków jest zaprzeczeniem tej powszechnej opinii. Żydowskie dzieci, podobnie jak polskie dzieci, przeżywały na tych koloniach najlepsze chwile, przygody życia, choć jedyne co można im było zaoferować to rzeka, łąka i świeże powietrze. Dzieci dysponujące ogromną wyobraźnią na tych łąkach przeżywały wielkie bitwy, szalone zabawy, podczas których nie raz i nie dwa wykazały się odwagą, chęcią pomocy, serdecznością. Otoczone opieką, pozbawione codziennych trosk związanych z biedą, głodem i nieszczęściem  zaopatrzone we własne łóżko i kąt, te dzieci mogły być nareszcie sobą. Dziećmi. Bawiącymi się, śmiejącymi, cieszącymi prostą zabawą.

Źródło zdjęcia
Chociaż projekty na życie były różne, bo zarówno te związane z literaturą, jak i te z ukończoną medycyną, to jednak te związane z dziećmi okazały się ostateczną ścieżką na jaką wszedł Korczak. Bo jako literat mógł dla nich pisać książki, a jako lekarz mógł je wyleczyć z chorób, ale stale myślał - "dobrze, ale co dalej"? Bo potem te dzieci wyleczone wracały do głodu, biedy, nieszczęścia. Ta decyzja okazała się decyzją na całe życie, mimo różnorodnych niepowodzeń, biedy, głodu, wybuchu wojny rosyjsko - japońskiej, do której działań Korczak przymusowo został powołany, zamieszek podczas powstawania niepodległego nareszcie państwa polskiego, a potem II wojny światowej i przeniesienia Domu Sierot do getta.  A jednak pedagogiczne powołanie było silniejsze od niego. Choć nie raz i nie dwa przyszło mu zwątpić, poczuć się osamotnionym w tej walce, a nawet odpierać ataki swoich podopiecznych, którzy w pewnym okresie zaczęli mieć do niego żal o czternaście lat względnego dobrobytu, bez przygotowania jednak na brutalną przyszłość, w której nie ma dla nich miejsca zatrudnienia, ani zamieszkania.

Dla wielu rodziców aktem heroizmu jest wychować dwoje, troje dzieci. Jak zatem nazwać wychowywanie setki, dwóch setek dzieci? Nadawanie tym dzieciom rangi ważności, traktowanie każdego indywidualnie, budowanie swoistego domu, gdzie on jest ojcem a Stefania Wilczyńska, wieloletnia współpracownica.. nie, to brzmi źle - wieloletnia oddana przyjaciółka, oddana jemu i dzieciom, pełniła funkcję swoistej matki. Choć zasadniczo różni, szczególnie w poglądach, ona skrajnie areligijna, on uznający zasadność odbywania świąt religijnych i uczenia dzieci modlitw, stanowili niezwykłą drużynę. On stworzył zasady funkcjonowania Domu Sierot, ona ja razem z nim wdrażała w życie. I tak w tym niezwykłym miejscu powstał sąd dziecięcy, gdzie można było wnieść skargę, gdy ktoś skrzywdził, niesprawiedliwie ukarał, nawet jeśli karę wymierzył pedagog, powstawały swoiste zakłady o zmianę zachowania ("będę się bił tylko raz w miesiącu!"), zadania dzielone równo (skarpetki uczyły się cerować wszystkie dzieci, niezależnie od płci!), dbanie o dietę i o gimnastykę, czytanie bądź opowiadanie bajek. Dbanie w szerokim tego słowa rozumieniu. W myśl zasady, że nie tylko ciepła strawa i dach nad głową mają znaczenie. I choć Dom Sierot mógł dzieciom zapewnić tylko czternaście lat tych starań, to jednak biedne, nieszczęśliwe dzieciaki, otrzymały dzięki działaniom Korczaka namiastkę prawdziwego domu.

Ta historia nie ma szczęśliwego zakończenia. Znamy ją zapewne wszyscy, jej zwieńczeniem jest wagon, jadący do Treblinki, wypełniony po brzegi dziećmi i opiekunami Domu Sierot. Jednakże jest w tym nuta szczęśliwego zakończenia, przynajmniej dla samego Korczaka. Odbył ze swoimi dziećmi ostatnią drogę, co było dla niego zupełnie naturalne. Pomagając im wkraczać w życie, pomógł im także zmierzyć się ze śmiercią.

Po lekturze

Refleksji miałam wiele. Od tych skrajnych, związanych z gwałtownymi emocjami przy lekturze o getcie oraz postępującej eksterminacji narodu Żydowskiego, do tych związanych z pedagogiką, wychowywaniem dzieci, byciem opiekunem - wychowawcą. Refleksje te były na ogół gorzkie. Mimo, że mamy XXI wiek, społeczeństwo w dużej mierze wykształcone, nadal mamy przypadki braku wyrozumiałości dla wieku dziecięcego. Dla dziecięcego rozumienia świata. Nadal traktuje się dzieci jako istoty niższej kategorii, którymi należy rozsądnie pokierować, wpoić odpowiednie rzeczy, ale słuchać dzieci, dbać o ich rozwój emocjonalny, traktować nie jak dziecko, a jak człowieka.. Myślę, że to nadal umiejętność, której trzeba nabyć. Koniecznie. Dlatego warto czytać Korczaka. Nie po to, jak napisałam w cytacie z jego najbardziej znanego dzieła Jak kochać dziecko, żeby otrzymać gotowe recepty i rady, ale po to, by go wysłuchać, ponieważ ma wiele mądrego do powiedzenia. Ponieważ nabył wiedzę przez lata doświadczeń w wychowywaniu dzieci. Ponieważ był wspaniałym pedagogiem i warto się od niego uczyć.


Korczak. Próba biografii. Joanna Olczak - Ronikier, W.A.B., Warszawa 2011
* Jak kochać dziecko, Janusz Korczak, Jacek Santorski & CO, Warszawa 1998, str. 7

Czytaj więcej

piątek, 19 października 2012

Z pamięci i z wyobraźni.."Kapelusz cały w czereśniach" Oriany Fallaci

Źródło zdjęcia
Oriana Fallaci.. Nazwisko, które się słyszy, które gdzieś tam w szumie informacyjnym zostaje w głowie. Chociaż jestem osobą, która ani nie interesuje się polityką (zatem wywiadów z politykami nie czytam), ani nie ogląda wiadomości (nieświadomość jest błogosławieństwem) to jednak nie da się ukryć, że wiedziałam kim jest. Ale nie znałam kompletnie jej publikacji. Wiedziałam, że ma w sobie odwagę, determinację i siłę, której niejednemu mężczyźnie brakuje. Ale nie interesowałam się nigdy. Przypadek sprawił, że gdy zobaczyłam to grube tomiszcze w księgarni zainteresowałam się nim samym, niezależnie od autorki czy tytułu. Choć tytuł, to trzeba przyznać - bajkowy Kapelusz cały w czereśniach, również przyciągnął wzrok. Zajrzałam do środka, taka odwieczna bibliofilska ciekawość wobec wielgachnych stronicowo dzieł, która nie pozwala przejść wobec nich obojętnie, sprawia że często sięgam po takie tomiszcza z zaintrygowaniem. Zaczęłam czytać. I cóż.. Nie oparłam się jej urokowi. Nie mogłam. Chociaż nie mogę powiedzieć, że w związku z tym stałam się z nagła wielbicielką samej Fallaci. Nie, bowiem nie podoba mi się do końca to jak opisywała islam (o czym przeczytałam zapoznając się z jej biogramem). Szerzenie wrogości wobec jakiegokolwiek wyznania wzbudza we mnie pejoratywne odczucia. Natomiast na pewno stałam się wielbicielką Kapelusza całego w czereśniach. Zanim powiem więcej - oto akapit, który sprawił, że wiedziałam, że to książka dla mnie:
    Dobrze wiedziałam rzecz jasna,, że pytanie dlaczego-się-urodziłem zadawały już sobie, i to na próżno, miliardy ludzkich istnień, że odpowiedź na nie jest częścią tajemnicy, która nazywa się Życiem. I jeśli chciałabym udać, że ją znalazłam, to musiałabym odwołać się do idei Boga. Tego wybiegu nigdy nie rozumiałam i nie stosowałam. * So do I Mrs. Fallaci! Aczkolwiek nie utożsamiam swojego "kim jestem?" z tym kim byli moi przodkowie (nie, nie i jeszcze raz nie). Jednak w przypadku autorki ten zabieg.. ma swoje historyczno  -społeczne uzasadnienie. Jej przodkowie aktywnie brali udział we wszelkich działań powstańczych czy rewolucyjnych. Oriana Fallaci brała udział we włoskim antyfaszystowskim ruchu oporu. Koło historii zatoczyło pełen cykl.

Kim jestem? Od tego właśnie pytania wywodzi się cała treść swoistej autobiografii tej ciekawej dziennikarki. Pytanie Kim jestem? według Oriany Fallaci ma ścisły związek z tym Kim byli moi przodkowie? ponieważ ich życie to zwielokrotnione życie Ja Oriany Fallaci w ich życiorysach. W ich krwi, w ich chromosomach, w ich emocjach i przejściach. Dlatego autorka zabiera nas na długą podróż po jej genealogicznym drzewie, którego pierwsza gałąź znajduje swój początek w 1773 roku, w Toskanii, w pięknej osadzie Panzano i nosi męskie imię Carlo. Carlo Fallaci, od którego rozpoczyna swą barwną opowieść autorka, był ogromną indywidualnością na tle swojej rodziny i zapragnął innego życia niż to, które oferowało mu rodzinne Panzano i rygorystyczne zasady wyznawanej religii. Jednakże ów zamiar zmian nie powiódł się zupełnie i doprowadził do swoistej przemiany osobowości, która z kolei doprowadziła do ślubu z niejaką Cateriną. Na szczęście dla Oriany, jak stwierdza sama autorka, bo tylko dzięki temu mogli zaistnieć jej przodkowie. Caterina to moja ulubiona postać kobieca w tej bogatej w szczegóły i postaci powieści. Była kobietą odważną, która mimo, że epoka nie sprzyjała charakternym kobietom, miała w sobie siłę by się przeciwstawiać ogólnej tendencji do traktowania kobiety jako istoty gorszej. Jej zgoda na zamążpójście wynikała z bardzo praktycznej motywacji - wymogła na przyszłym małżonku, że nauczy ją pisać i czytać. Nie przewidziała jednak, że ewentualna ciąża, w którą zaszła zaraz po nocy poślubnej, może trochę przeszkodzić tym planom. Ponieważ jednak miała naprawdę mocny charakter, zawzięła się i naukę pisania i czytania opanowała przez cały okres ciąży. Żeby po ciąży mieć możliwość pełnoetatowego zajmowania się dzieckiem. Jednakże jest to dopiero początek jej zmagań z życiem małżeńskim i rodzinnym, jej heroicznych prób by pozostać sobą, mimo wszelkich przeciwności losu, jakim na początek jest śmierć pierwszego dziecka.

Losy Cateriny, Carla i ich licznej rodziny zostały wiernie odtworzone w części pierwszej tej monumentalnej sagi, a części wszystkich zawiera ona cztery. Tylko i aż cztery. Tylko, bowiem opisywane przez Orianę Fallaci losy rodzinne kończą się wraz ze śmiercią ostatniej opisywanej prababki i niestety nie sięgają do wieku XX (pisanie przerwała śmierć autorki). Aż cztery, bo każda jest tak szczegółowo opisana, że czytelnik zostaje porwany w tę  historię w całości, kompletnie zapomina o otaczającym go świecie i przenosi się do świata przodków Oriany Fallaci.

W części drugiej poznajemy gałąź rodzinną od strony matki autorki. Francesco z szalonym błyskiem w oku, który przysięgnie śmierć dwudziestu Algierczykom i Montesserat, która odbędzie długą, samotną podróż, to kolejni bohaterowie tej niezwykłej sagi. Zanim się spotkają każde z nich zazna różnych życiowych niespodzianek i rozczarowań, ale silny charakter obydwojga nie pozwoli im się poddawać w życiowej wędrówce, co sprawiło, że pewnego dnia ich ścieżki się zetknęły a oni się pokochali. A potem pobrali i spłodzili czterech synów na schwał. W ciąży z piątym Montesserat przeżyje przykrą przygodę, ale dzięki tej przykrej przygodzie nareszcie dostaniemy mały przemyt wiadomości z życia samej Oriany. Montesserat wyszła z domu gdy do miasta wkraczały wojska napoleońskie. Była w siódmym miesiącu ciąży i została przez żołnierzy zaatakowana.. Bardzo podobną sytuację przeżyła Fallaci w latach 70-tych, gdy jako dziennikarka przebywała w Wietnamie. Była w siódmym miesiącu ciąży i została zaatakowana przez żołnierzy.. Z obydwu sytuacji obie kobiety zostały wyratowane bez szwanku dla swojego zdrowia. Jedynie dziecko Montesserat zapłaciło za to wysoką cenę rodząc się z kilkoma wadami wrodzonymi.

Oczywiście takich przemyconych wspomnień własnych jest trochę więcej. Jak te z rozmów z dziadkami, opowieściami rodziców, losami kufra Cateriny. Te związane z poszukiwaniem tożsamości Bezimiennego, czy w końcu z  wyznaniem na łożu śmierci babci Giacomo. Mimo zatem tego, że większa część sagi poświęcona jest rekonstrukcji losów jej przodków, Oriana Fallaci uchyla też rąbka tajemnic z życia jej rodziny i jej własnego.

Te historie można snuć całymi dniami. Są piękne, misternie i kunsztownie opisane, z miłością, troską i wszelkimi detalami. Nie mam jednak na celu streszczenia całej powieści. Nie dałabym zresztą nawet rady by wykonać tak karkołomne zadanie. Ta powieść jest monumentalna, drobiazgowa, długa. Zbyt długa by ją opowiedzieć, zbyt piękna by to zrobić, bo byłoby ze szkodą dla jej treści. Niewątpliwie interesująca jest każda z czterech części, ale historia zawarta w części czwartej, gdzie pojawia się wątek polski, z mojej perspektywy stała się tą, która nieco przyspieszyła bicie serca.. :)

Nie tylko jednak treść tej książki ma ogromną zaletę. Oprócz tego, że Oriana Fallaci sprawnie operuje łącząc w ciekawą całość, językiem potocznym i literackim, nadając swojej sadze uniwersalny wymiar, jest to również świadectwo niezwykłej i długiej pracy jakiej jej poświęciła. Praca nad tą książką to nie tylko dziesięć lat poszukiwań w dokumentach, archiwalnych zapisach notarialnych, księgach urodzeń, rekonstruowania rodzinnych opowieści, ale również podróże do miejsc, o których w książce opowiada. Dzięki temu zapis z każdej podróży jej przodków jest jeszcze bardziej malowniczy, bo na tyle, na ile to było realne, oddany w sposób możliwie najwierniejszy. Dodatkowo szczegółowy zapis tła historycznego, nie tylko związanego z burzliwym okresem wojen napoleońskich, wojną secesyjną (część akcji dzieje się w Stanach), rewoltami i powstaniami (także w Polsce), ale również związanego z obyczajowością tamtych czasów, obowiązującym kanonem reguł i zachowań, od stroju po konieczność stosowania się zasad wyznania w jakim zostali wychowani poszczególni bohaterowie (niejednokrotnie bardzo restrykcyjnym, niszczącymi życie).

Źródło zdjęcia
A na koniec dodam, że dopiero Orianie Fallaci udało się dokonać coś, czego dotąd nikomu się nie udało. Byłam parę razy we Włoszech, spędziłam tam wiele różnych chwil, zarówno tych pięknych jak i tych mniej szczęśliwych. W jakiś sposób byłam związana z tym krajem, bo tam wiele długich lat spędziła moja mama. Ba, kto wie, jak potoczyłaby się moja historia gdyby nie decyzja z lat dziecięcych, że nie, nie chcę tam zamieszkać. Gdyby moja rodzicielka miała inny charakter i zmusiła mnie wtedy do zamieszkania w Ladispoli, wszystko w moim życiu rozegrałoby się inaczej. A nie chciałam tam zostać ponieważ od samego początku Italia w ogóle mi się nie podobała. Dopiero gdy dorosłam i ponownie odwiedziłam ten słoneczny kraj, zaczęłam dostrzegać jego urok. Ale nie, nie było mowy o jakimś rozkochaniu, jakie obserwuję w filmach, powieściach czy opowieściach osobistych, którym miejscem akcji była własnie Italia. Dopiero piękno krajobrazu jaki roztoczyła przede mną Oriana Fallaci sprawiło, że zaczęłam rozumieć to rozkochanie..


Kapelusz cały w czereśniach, Oriana Fallaci, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
* str. 7
Czytaj więcej

niedziela, 7 października 2012

"Poniedziałkowe dzieci" Patti Smith

Źródło zdjęcia








 Byliśmy jak Jaś i Małgosia, ruszyliśmy w czarny las świata. Są tam pokusy, wiedźmy i demony, o których nam się nie śniło, ale też jest wspaniałomyślność, której nawet w najśmielszych porywach sobie nie wyobrażaliśmy. Nikt nie mógł przemówić w imieniu tych dwojga młodych ludzi, nikt nie mógł prawdziwie opowiedzieć o ich dniach i nocach razem. Mogliśmy to zrobić tylko Robert albo ja. To nasza historia, jak mówił. Odszedł, więc mnie przypadło to zadanie.*



Patti Smith i Robert Mapplethorpe poznali się w pewien upalny, lipcowy dzień 1967 roku. Oboje młodzi, ledwie 21-letni, oboje z poczuciem misji artysty.  W tamtych dniach kwitła epoka rock and rolla, pojawiały się kolejne gwiazdy muzyczne i estradowe i kolejne gwiazdy upadały w nałogu prosto w ramiona śmierci. Nowy Jork pełen był bezdomnych, młodych ludzi, którzy próbowali utrzymać się na powierzchni jak najdłużej. Dorywcze prace i marzenia artystów łączyły je w swoistą komunę, której punktem zbornym był hotel o nazwie Chelsea. To tu swoje najlepsze dni przeżyją Patti i Robert, w powolnym odkrywaniu samych siebie, swoich relacji ze sobą i własnego artyzmu. Oboje na zmianę pełniący wobec siebie rolę muzy i artysty natchnionego muzą. On ją ośmielał do pisania, śpiewu, ona pozowała mu do zdjęć. Para zakochanych, czy bardziej brat i siostra, wierni sobie nawzajem przyjaciele?

Poniedziałkowe dzieci to  zbiór wspomnień, ułożony w chronologiczny sposób, jednakże jak to bywa ze wspomnieniami, które napływają w różnorodny sposób, są one czasami wyrwane z jakiegoś kontekstu, nachodzą na siebie, zderzają się w  zbliżonym punkcie czasowym. Przewijają się przez nie głośne wtedy i teraz nazwiska artystów, tytuły płyt, opłakiwanie kolejno umierających wokalistów i poetów,  koncert The Doors na żywo i inne ważne zdarzenia z tamtego okresu, ale motywem przewodnim jest wzajemne uczucie i fascynacja jakie łączą Patti i Roberta.  I to właśnie ona nadaje tej książce magię, ponieważ samo życie Patti i Roberta do najłatwiejszych nie należało. Częste głodowanie, brak pieniędzy na czynsz, czy podstawowe środki do przeżycia, łapanie się przypadkowych prac, sięganie po narkotyki, a nawet w przypadku Roberta sięganie po ostateczny sposób zarobku - prostytucję. W takich chwilach naprawdę zastanawiałam się czy sztuka jest tego warta? Tym bardziej, że zdjęcia jakie znalazłam w sieci, te które należą do tych najbardziej artystycznych w ocenie Roberta Mapplethorpe'a są najzwyczajniej w świecie obsceniczne. Jak lubię w sztuce umiejętność operowania ludzkim ciałem, jako swego rodzaju dziełem sztuki, tak jednak zdjęcia Roberta Mapplethorpe'a nie przypadły mi do gustu w ogóle. Natomiast wszystkie zdjęcia, jakie zrobił Patti są przepiękne. Zaskakujące jest jak wiele je różni od tych zdjęć artystycznych.

Jednak Poniedziałkowe dzieci to poetycka opowieść o rodzącym się uczuciu, o oddaniu, które niejednokrotnie wiązało się z rezygnacją z własnych planów i wizji na przyszłość. To historia o dojrzewaniu dwójki artystów, którzy wzajemnie wspierali się w każdym działaniu, motywowali do dalszego tworzenia, na przekór wszelkim przeciwnościom losu. To opowieść o największym bogactwu jakie może dać sobie dwoje ludzi - wzajemnie zrozumienie siebie nawzajem. I trwanie przy sobie, nawet jeśli w pewnym momencie na odległość, stałe utrzymywanie kontaktu, dalsze spędzanie ze sobą czasu i dzielenie się swoją sztuką.

Oprócz poetyckiego języka Patti Smith to przede wszystkim naprawdę pięknie wydana powieść. Rzadko na to zwracam uwagę, dla mnie podstawą jest, żeby książka się nie rozlatywała. Okładki tez rzadko mają znaczenie. Tu uwagę przykuwa już samo zdjęcie na okładce oraz jej faktura. W środku zachwyca już sposób numeracji stron! Zdjęcia przeplatane przez tekst pobudzają wyobraźnię, bo nie tylko przedstawiają tytułowe poniedziałkowe dzieci, ale również ich prace, czy odwiedzane miejsca. I wreszcie wiersze Patti Smith na końcu są jakby piękną, poetycką kropką nad i całej fabuły. To książka z rodzaju tych, po której człowiek łapie notatnik i długopis, ponieważ zaczynają go nachodzić w głowie i wyobraźni jakieś piękne słowa, które warto przelać na papier. Pojawia się mnóstwo obrazów, w szczególności ulice Nowego Jorku, jakieś takie zupełnie inne od tych znanych z filmów, pełne księgarni i parków. Nagle niczym wehikuł czasu czytelnik przenosi się do 1967 roku a każdy dzień jest wart uwiecznienia go na fotografii albo rysunku.


Po prostu - polecam.


Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012
* str, 270
Czytaj więcej

poniedziałek, 17 września 2012

"Spektrum" Krystiana Głuszko

Spektrum zarezerwowałam w mojej księgarni zaraz po przeczytaniu jej recenzji napisanej przez Izusr oraz po zajrzeniu na bloga autora. Dziś ok. godziny 12:00 w południe pojechałam odebrać ją z księgarni. W drodze powrotnej do biura zaczęłam czytać. Skończyłam po niespełna godzinie...

Trudno tę książkę traktować jak powieść. Jest to raczej wyznanie. Miejscami nieskładne, ale jak może być składne, skoro jest wspomnieniem chorego człowieka, wspomnieniem dotyczącym okresu najtrudniejszego, bo dla owej choroby zwyżkowym, a więc związanym z leczeniem i pobytem w szpitalu psychiatrycznym? Jak się okazuje terapie jakie są stosowane dziś niewiele się różnią od tych, znanych z Obłędu Krzysztonia, czy ze Szklanego klosza Sylvii Plath. Jak na przykład terapia insulinowa.


„Wstrząsy” insulinowe wprowadzone zostały do lecznictwa psychiatrycznego  przez polskiego neuropsychologa i neuropsychiatrę Manfreda J. Sakela w 1927 r. [39].  Polegały one na wprowadzaniu pacjenta (technika najwcześniej stosowana wobec osób uzależnionych od pochodnych morfiny [40], zasadniczo jednak – w schizofrenii [40, 41]) w stan śpiączki hipoglikemicznej i utrzymywaniu go w tym stanie za pomocą wzrastających dawek insuliny. (..) I w tym  przypadku obserwowane w fazie przedśpiączki/podśpiączki (semicoma) objawy ruchowe w rodzaju: jaktacji, miotania się, drgawek klonicznych czy tonicznego wzmożenia  napięcia mięśniowego [49], były zdecydowanie objawami ubocznymi terapii (skutek: zasadowicy metabolicznej, skurczu naczyń, głębokiego niedocukrzenia i niedotlenienia mózgowia, obrzęku mózgu, itp.) [14], a nie pożądanymi i celowymi elementami  składowymi terapii mającymi działanie terapeutyczne.*

W cytowanym opracowaniu ta metoda jest nazwana dawniejszą metodą i jako taka nie została omówiona szczegółowo. Wydaje mi się, że jednak w cytowanym fragmencie można znaleźć meritum całej terapii. Pacjentowi podaje się wzrastającą dawkę insuliny, której zadaniem jest wywołanie śpiączki insulinowej. Efektami owej śpiączki są okropne cierpienia: Rzucało jego ciałem, łóżko na którym leżał suwało się po całym pokoju, było to słychać wszędzie! Przytrzymujące go pasy, mimo swojej ogromnej wytrzymałości, wyglądały jakby miały zaraz zostać rozerwane na strzępy. Wstrząsy były bardzo silne. Po kilku godzinach koszmaru wstrzykiwali mu dożylnie glukozę, by go wybudzić**. Co nie zawsze udawało się od razu, jak podkreśla autor. O tym jakie to było trudne przeżycie może świadczyć fakt, że Krystian Głuszko opisuje to najpierw jako historię kogoś innego. Dopiero po jakimś czasie przyznaje, że opisywana postać to był on sam. Trzeba było ogromnego zdystansowania do tej sytuacji, żeby ją w ogóle opowiedzieć. Nieszczególny to był prezent na osiemnaste urodziny. Nie wyobrażam sobie nawet takiego przeżycia. A to nie jest jedyna forma terapii jaką jest leczony autor Spektrum. Zastanawiające jest to, że w żadnym momencie, żaden psychiatra nie orzekł konkretnej diagnozy, a jednocześnie stosowano szereg form leczenia, od leków psychotropowych, przez wstrząsy insulinowe, po terapie elektrowstrząsami, w efekcie której Krystian Głuszko cierpi również na epilepsję. 

Bohater Spektrum, a więc sam Krystian Głuszko, nie przeżył okresu dorastania jak większość nastolatków. Problemy ze zdrowiem psychicznym zaczęły się bardzo wcześnie, już w wieku 15 lat zaczął brać leki psychotropowe, niedługo potem był pierwszy raz hospitalizowany. Pobytów w szpitalu psychiatrycznym było w sumie cztery.  Wiązało się z nimi dużo lęku, cierpienia spowodowanego kolejnymi terapiami i ich efektami ubocznymi i po jakimś czasie nawrocie choroby i powrocie do szpitala. W którym opieka lekarska..cóż, wiele można by jej zarzucić. Brak lekarzy na dyżurach, picie alkoholu podczas dyżuru, wsparcie tak naprawdę udzielane przez salową a nie terapeutów. W sumie trzeba się cieszyć, że w szpitalach psychiatrycznych są tak wspaniałe salowe.. Co do lekarzy.. Opisywani w książce są usprawiedliwiani przez autora, że młodzi i mniej w związku z tym doświadczeni, bo ci doświadczeni wyjechali na urlopy i stąd na przykład została podjęta decyzja o leczeniu elektrowstrząsami mimo braku ważnych badań. Co właśnie skutkowało epilepsją - zanikami pamięci, atakami drgawek, siniakami po nich. Mam wrażenie, że opisywane leczenie jest ziszczonym snem jakiegoś sadysty, którego pomysły zalęgły się w głowach tych wszystkich lekarzy. Jak to świadczy o polskiej psychiatrii?

Ta książka to zbiór krótkich notatek z leczenia, z cierpienia, z nadziei najpierw na śmierć, a potem na lepsze jutro, na przyszłość. A w końcu historia o miłości, która pojawia się w odpowiednim momencie. Nie będę dyskutować nad jej walorami literackimi, bo w ogóle nie to tu chodzi. Spektrum to wyraz cierpienia, poczucia braku zrozumienia w społeczeństwie ludzi "zdrowych", samotności wynikającej z izolacji wywołanej czy to lekami, czy halucynacjami związanymi z chorobą. Mogę tylko powiedzieć, że na pewno jest ciężko żyć z przeświadczeniem, że nikt autora nie zrozumie, bo nie zobaczy świata oczami osoby chorej psychicznie. Dlatego wydaje mi się, dobrze się stało, że książka została wydana, że pojawia się na blogach. Bo jeśli nie potrafimy zrozumieć tego świata, dobrze jest choć trochę go poznać, na przykład czytając Spektrum. Żeby na przykład dać autorowi wsparcie. Że choroba psychiczna wcale nie musi oznaczać wykluczenia ze społeczeństwa, używania zwrotów "wariat" czy stygmatyzacji. 



Spektrum, Krystian Głuszko, Dobra Literatura, Słupsk 2012

*źródło: Psychiatria Polska; 2008, tom XLII, numer 6; strony 797–818
http://www.psychiatriapolska.pl/uploads/images/PP_6_2008/Zyss%20s797_Psychiatria%20Polska%206_2008.pdf
** Spektrum, str. 17

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.