Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne - Agora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzyjne - Agora. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 listopada 2014

Być jak bóg. "Religa" Dariusza Kortko i Judyty Watoły

 Byłem szczęśliwy, że mogłem pracować w tej klinice. Oglądałem profesora Religę podczas operacji i marzyłem, żeby kiedyś być choć odrobinę tak sprawny jak on. Kiedyś miałem nocny dyżur i zobaczyłem go na korytarzu. Ledwo trzymał się na nogach, odbijał się od ścian. Tej nocy przestał być dla mnie bogiem. *

 Z papierosem w ustach mówił o konieczności prowadzenia zdrowego trybu życia. Śmierć każdego swojego pacjenta zagłuszał alkoholem. Nie przebierał w słowach. Przez prawie piętnaście lat był weekendowym mężem i ojcem. A mimo to wielu traktowało go jak boga. Niewielu zwątpiło.


  Walorami reporterskiej biografii zespołu Kortko - Watoła jest przede wszystkim poczucie autentyczności. Religa nie jest tu ukazany, jako człowiek anielski, czy o wzniosłych cechach charakteru, mimo przypisywanych mu bez mała boskich możliwości. Pomimo tego, że dbał o swoich pacjentów, zalecał im zdrowie żywienie i uprawianie sportu, sam przykładu nie dawał. Palił papierosy jak smok, pił bardzo mocną kawę, która przeciętnemu człowiekowi zapewne mogłaby zniszczyć serce, nadużywał alkoholu, prowadził auto z niebezpieczną prędkością i nie miał poważania dla autorytetów. Gdy zdecydował o tym, że dokona w Polsce pierwszego przeszczepu serca nie było takiej siły, która mogłaby go powstrzymać. Ani argumenty religijne, przeciwne takiej ingerencji w ludzkie ciało, ani argumenty medyczne, związane z tym, że w kraju ciągle nie było odpowiedniego przygotowania do tak skomplikowanej operacji. I pomyśleć, że jego pragnieniem na studiach było zostać internistą!

 Religa to biografia odbiegająca od przeciętnego życiorysu. Nie jest utrzymana w ramach chronologicznych, poprowadzona jest pewnymi etapami w życiu kardiochirurga, przedstawia jego sylwetkę nie tylko przez pryzmat dokonań chirurgicznych i prób politycznej kariery, ale również przez wypowiedzi jego najbliższych współpracowników, wspomnień rodziny i tych najważniejszych - ocalonych przez niego pacjentów. W tym obrazie widać pełnię znaczenia zwrotu "człowiek charyzmatyczny". Mimo wielu sprzeczności w jego zachowaniu i cechach charakteru można było na niego liczyć, każdy pacjent, który się u niego pojawił, był wysłuchany, można było zaczepiać go na korytarzu i prosić o diagnozę, dzwonić do radia, gdy był uczestnikiem audycji i dostać się na niedostępne dotąd badania. Nie różnicował pacjentów na lepszych i gorszych, ratował każdego. A jednocześnie był szalenie wymagający dla swoich współpracowników, nie grzeszył grzecznością, sięgał po kontrowersyjne rozwiązania, nie dbał o wizerunek. Można by też rzecz, że z pewnego punktu widzenia zaniedbał swoją rodzinę, przez piętnaście lat kursując między Zabrzem, a Warszawą i spędzając z nimi zaledwie ulotne chwile. I nawet po powrocie do domu nadal był wiecznie zajętym człowiekiem, jak nie kardiochirurgiem, to politykiem. Kto wie, czy gdyby nie choroba w ogóle zwolniłby tempo?

z nieodłącznym papierosem; źródło zdjęcia
  Minusów samej książki jest niewiele, aczkolwiek jeden zmusza do postrzegania tej pozycji trochę jak przygotowywanej w pospiechu. Jedna wypowiedź słynnego polskiego kardiochirurga zostaje powtórzona dwukrotnie dokładnie w tej samej wersji**, choć w dwóch różnych kontekstach. Oczywiście, mogło być tak, że Religa miał tę wypowiedź tak ugruntowaną, że powtarzał ją dokładnie słowo w słowo. Z czysto ludzkiego i pamięciowego punktu widzenia wydaje się to, co najmniej naciągane. Jest to jednak tak drobny minus, że absolutnie nie rzutuje na całość. Wprost przeciwnie, może właśnie podkreślać, że mimo doszukiwania się w Relidze cech boskich, był najzwyklejszym człowiekiem, jakkolwiek człowiekiem utalentowanym tak jednak jak każdy inny, popełniającym błędy i wierzącym może za bardzo w drugiego człowieka.

     

Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga, Dariusz Kortko, Judyta Wojtyła. Biblioteka Gazety Wyborczej, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 103
** str. 61 i str. 199 (wypowiedź dotyczy umiejętności rozpoznawania, kiedy pacjent umrze)
Czytaj więcej

sobota, 1 listopada 2014

Pół wieku tęsknoty: "Dom tęsknot" Piotra Adamczyka

 Ściany naszej kamienicy zbudowane były z tęsknot. Ściany najgrubsze, oddzielające dom od ulic i podwórka, tęskniły za dawnym światem. Za turkotem wozów drewnianych, za klaksonami nielicznych limuzyn, za porannym okrzykiem sprzedawcy gazet. Za tamtym duchem czasu, który przez bramę dzisiaj nie przejdzie, chociażby nie wiadomo jak mocno wycierał buty i naciskał klamkę. Miała swoje tęsknoty moja matka, miała panna Julianna, miał pan Teofil, mieli pozostali mieszkańcy. Zrozumiałem, że teraz przyszła kolej na mnie.*

  Psychoterapia jest czymś, co często zachwalam, jako pozytywną w skutkach pomoc w sytuacjach kryzysowych. Ponieważ zmusza do ogromnej pracy i wysiłku pozwala jednocześnie zmierzyć się z tym, z czym sobie w pewnym momencie przestaliśmy radzić, a także daje nam jedyną w swoim rodzaju możliwość by usiąść niejako z boku i popatrzeć na własne życie z perspektywy widza. Piotr do swojej terapii zostaje zobligowany sądownie, choć każdy psycholog powie, że taka terapia jest bez sensu, a dobry terapeuta zaprosi dopiero wtedy, gdy pacjent sam dojrzeje do takiej decyzji. Może jednak dobrze, jest gdy czasami człowiek uznaje, że musi coś zrobić? W ten sposób Piotr "obejrzy" swoje dotychczasowe życie przez pryzmat najwcześniejszych wspomnień, o które poprosiła go terapeutka. I być może dzięki temu poskłada sobie pewne rzeczy na nowo.

 Wrocław w Domu tęsknot to nietypowe miasto z rozdwojeniem jaźni. Historia nie obeszła się z nim zbyt łaskawie, przerzucany z rąk jednego narodu do drugiego, jest podwójnie naznaczony kulturowo, językowo, architektonicznie. Najtrudniejszym z momentów było gdy po wojnie został przywrócony na polskie ziemie. Masowa emigracja dotychczasowych mieszkańców, nowe regulacje prawne, zasiedlanie przez polskich imigrantów dawnych mieszkań niemieckich to dominujące wydarzenia tamtych lat. Poczucie tymczasowości jednakże dawało o sobie znać. Wrażenie, że Breslau tylko chwilowo jest Wrocławiem było dla jego mieszkańców przytłaczające. Nie każdy Niemiec opuścił swoje miasto. W wielu polskich domach ciągle zalegały porzucone przez poprzednich lokatorów przedmioty. Na opakowaniach na sól pozostawało twarde Salz. Podobnie było z kamienicą, w której mieszkał i wychował się Piotr. Wszystko, wszystko ciągle jeszcze było poniemieckie.

 Nasza kamienica była poniemiecka - we Wrocławiu prawie wszystko było poniemieckie: mosty parki, kostka brukowa, najpiękniejsze wille, nawet moja matka była poniemiecka.**


Wrocław w latach 50-tych, źródło zdjęcia

  Kamienicę zamieszkują więc rozbitkowie tej powojennej rzeczywistości. Tę grupę zupełnie przypadkowych ludzi połączy wspólnota tęsknoty. Ktoś tęskni za wojennym narzeczonym, o którym słuch wszelki zaginął, ktoś za stabilizacją, ktoś za dawną ojczyzną, bo choć miasto to samo, to język i ludzie już inni. Wreszcie jest tęsknota z tych najdziwniejszych i najsilniejszych, za tym co mogłoby być, a nigdy się już nie zdarzy. Świat jednak otrząsa się powoli z wojennych przeżyć, a miasto zaczyna nowy etap w swojej historii. Dzieciom za plac zabaw służy cmentarz, bo również poniemiecki, toteż nikt się nie przejmuje jego powolną dewastacją, bądź opowieści rodzinne, pełne tajemnic i dwuznaczności. Rodzina Piotra, zajmująca mieszkanie po XIX-wiecznym pisarzu niemieckim, Gustawie Freytagu, ma tych tajemnic rodzinnych również całkiem sporo. Sam fakt, że matka jest Niemką, a ojciec Polakiem powoduje, że jest to rodzina, w której wielokulturowość w takim momencie historycznym nastręcza jeszcze więcej trudności. Uparta niemieckość matki koliduje z partyzancką przeszłością ojca. Nakarmiona bajkami o mitycznych praprzodkach Atlantach, o narodowej misji, a wreszcie o kielichu Lutra, który miał stać się podstawą nowej religii przekazuje te same historie synowi, jakby nadal wierzyła w ich realność. Nie potrafi długo przyjąć do wiadomości zbrodni wojennych, długo jeszcze z dumą pokazuje zdjęcia braci w mundurach żołnierskich. Dopiero po latach zrozumie i zawstydzi się tych zdjęć. Jednakże przez całe życie będzie nieustanną strażniczką pozostawionych po Freytagach przedmiotach, zarówno tych domowego użytku, jak i pięknej biblioteki, w której będzie można znaleźć nie tylko powieści samego Gustawa.

  Powieść Piotra Adamczyka jest snuta wielowątkowo. Otrzymujemy historie poszczególnych lokatorów przeplataną z wewnętrznymi konfliktami rodziny głównego bohatera. W tle dzieje się wielka historia, odbudowa państwa polskiego i coraz większe rozczarowanie rzeczywistością, w której stan gospodarki w Polsce kontrastuje z tym, co się dzieje w przegranych przecież Niemczech. A stamtąd rodzina, która wyemigrowała, relacjonuje dobrobyt, posiadanie auta i sklepy pełne jedzenia. Jakby to nie Niemcy byli wielkimi przegranymi, a Polska. Jednakże takie wywrotowe myślenie jest zakazane, głośno nie wolno mówić takich rzeczy, więc rozmowy są prowadzone tylko w domu, tylko przy zaufanych osobach. Co wcale nie utrzyma służb bezpieczeństwa z daleka od kamienicy. Nagle zaczną się pojawiać i zadawać dziwne pytania, nagle legenda kielichu Lutra nabierze realności, nagle pojawi się coraz więcej osób, zainteresowanych pozostałościami po Niemcach, a wreszcie nastąpi zaskakujący powrót wojennego narzeczonego.

  Dom tęsknot niesie ze sobą coś unikalnego gatunkowo. Pozornie jest to zwykła powieść obyczajowa, z zajawkami powieści historycznej, jednakże siłą wyrazu może pretendować także do powieści z pogranicza realizmu magicznego, tudzież do powieści przygodowych. Ma w sobie niezwykłą kompilację i to dodatkowo wzbogaca interesującą treść. Oceniałabym ją jeszcze wyżej, gdyby nie mankament w postaci powtórzeń. Chwilami odnosiłam wrażenie, że powieść powstawała w odcinkach, które następowały po sobie w dużych odstępach czasu, stąd, żeby przypomnieć czytelnikowi poprzednie odcinki konieczne wydawały się pewne powtórzenia. Bogactwo anegdot, historii pojawiających się niczym z magicznego kapelusza rekompensuje to nieco, choć nie zaciera przykrego wrażenia do końca. Mimo jednak tej wady jest to nadal powieść pełna uroku, napisana ciekawym stylem, pozwalającym się unieść fabule trochę jak w Stu latach samotności. Tyle, że u Adamczyka oglądamy poniemiecką kamienicę przez pryzmat jednej rodziny na tle historii Wrocławia przez bez mała pół wieku tęsknoty za przeszłością.



  


Dom tęsknot, Piotr Adamczyk, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 447
** str. 21
Czytaj więcej

czwartek, 24 lipca 2014

Pisane smutkiem "Listy" Marka Hłaski

  Gdy pierwszy raz pisałam tutaj o czytaniu listów, wspomniałam o takim dziwnym poczuciu wkraczania w cudzą intymność. W końcu listy, a już szczególnie te pisane tylko do bliskich osób, powinny zostać zachowane właśnie u nich, w pamiątkach po danej osobie. Rzecz oczywista, gdy mowa o kimś przeciętnym, zwyczajnym, nieznanym jest to całkiem naturalny odruch. Zmienia się nieco sposób rozumowania, gdy pojawia się temat listów kogoś znanego, kogoś ważnego, cenionego. Pisarza chyba szczególnie, zwłaszcza zmarłego, gdy potencjał jego prozy został wyczerpany. Wtedy znalezione, zebrane, trzymane w pamiątkach listy są istotną pokusą. Wydawać, czy nie wydawać? Tu zawsze będę na swego rodzaju rozdrożu. Z jednej strony naprawdę jestem szczęśliwa, że poznałam listy Kafki, czy Mrożka. Zmieniły one moje podejście do obydwu pisarzy, zbliżyły do nich, sprawiły, że ich proza stała się dla mnie dużo ważniejsza. Mniej mnie cieszyły listy Johna Lennona, bo wyraźnie były zbiorem listów przeznaczonych dla rodziny i naprawdę największych fanów. Listy Marka Hłaski powinny były zostać w rodzinnych zbiorach, albo jakimś literackim muzeum. Powinno się im oddać szacunek, bowiem są obrazem ludzkiego nieszczęścia. Takiej najzwyklejszej niedoli, spowodowanej zawirowaniami historycznymi, fatalnym ustrojem, oraz wynikającą z tego emigracją i tułaczką. Te listy wzbudzają ogromną litość i poczucie żalu, że tak postępowano, nawet nie tyle, że z pisarzem, co po prostu z człowiekiem. Poza litością i żalem, nie wywołują jednak większego zainteresowania swoją treścią.

Marek Hłasko, źródło zdjęcia
 Zbiór Listów otwierają te nieliczne pisane w okresie dorastania Hłaski, toteż nie dziwią pewne charakterystyczne, szablonowe sformułowania, jakich używa ich autor. Przypominają się lekcje języka polskiego i nauka pisania listów, podań i pism oficjalnych. Szablon, pod który wkładało się treść własną był czymś, czego powidok mam ciągle pod powiekami. Niektórym udaje się "wyrosnąć" z owej szablonowości, przerobić ją na własny styl, dodać wiele od siebie, ba, nawet zrezygnować z pewnych jej rygorów (powitanie, zapytanie o zdrowie, rozwinięcie, pozdrowienie i uszanowanie na koniec), a niektórzy piszą w ten sposób przez całe życie. I tak, gdy czytamy pierwsze, dziecinne, chłopięce, nieco zbuntowane, choć zbyt grzeczne w swoim buncie, listy Marka Hłaski uśmiechamy się pod nosem. Jakie to znajome! Gdy jednak ten styl dominuje także u dorosłego pisarza coś zaczyna się psuć. Wyrozumiałość dla chłopca jest naturalna, dla dorosłego nieco mniejsza. Istotniejsze jednak są opisywane przez niego wydarzenia, toteż czytelnik odkłada na bok zaskoczenie formą i skupia się na treści.

  Czytając te listy, nawet bez znajomości biografii pisarza, łatwo się w nich odnaleźć bowiem zbiór został podzielony na kolejne lata, a przed każdym rokiem jest krótki opis ważniejszych wydarzeń z życia Hłaski (w opracowaniu Andrzeja Czyżewskiego). I tak poznajemy trudności wychowawcze w okresie dojrzewania, gdy Hłasko nie mógł się porozumieć ani z matką, ani z ojczymem. Trudności pedagogiczne i nieukończenie szkoły, a co za tym idzie, konieczność podjęcia pracy w wieku szesnastu lat. Pierwsze próby pisania i przyjęcie do grona literatów. Ciężką pracę i wykorzystywanie jej wątków do pierwszych opowiadań. A potem u progu sławy wyjazd do Paryża, nagonkę w polskiej prasie, niezgodę na przedłużenie ważności paszportu i niefortunną prośbę o azyl w Berlinie, czego Hłasko będzie bardzo długo żałować, jako swój największy błąd. Nie wiedział jeszcze wtedy, że do kraju już nigdy nie wróci, a jego tułaczka będzie trwała do końca jego życia.

  Treść tego zbioru, jak na początku dotyczyła trudnej relacji rodzinnej Hłaski, tak później w dużej mierze zmagań zarówno z emocjonalnymi, jak i finansowymi trudami emigracji. Jej bolesny początek działa szczególnie mocno, gdy w listach do polskich władz w Izraelu Hłasko w uniżonym tonie przeprasza za azyl w Berlinie, prosi, wręcz błaga o zgodę na powrót do kraju. A jednak ukartowana przez polskie władze gra  z pisarzem była z góry przegrana. Hłaskę miano zwodzić i zwodzono. Hłasko stał się persona non grata w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i jedyne co mogę powiedzieć, to to, że  za każdym razem, gdy o tym czytam jest mi wstyd za rodaków. Kolejne listy są pewną formą poddania się, przyznania do porażki w tej sprawie i próbą jakiegoś uporządkowania codzienności w zastanej formie. Izrael jest jednak trudnym krajem, praca fizyczna, co uświadamia sobie dość szybko Hłasko, nie jest możliwa do wykonywania przez całe życie, oprócz tego jest dobroduszność jest wykorzystywana przez wszystkich, począwszy od matki, na biednych znajomych zakończywszy. Hłasko hojnie dzieli się tym co ma, rozdaje ciężko zarobione pieniądze, wysyła je rodzinie, utrzymuje biednego kolegę, nieświadomy, że ten go szpieguje na zlecenie władz polskich. Jest w tym wszystkim dużo niesprawiedliwości i wrednych działań ludzi udających jego przyjaciół. Jednak sam Hłasko nie jest też pozbawiony wad. Lubi wypić, zabawić się, nie jest specjalnie wierny swoim kobietom, choć w swoich wyznaniach miłości wydaje się chłopięco i wzruszająco szczery.


  Z listów tych wyłania się postać człowieka niewykształconego, prostego, wyolbrzymiającego swoje dolegliwości, często zaprzeczającego samemu sobie i raczej nieobytego, który jednak ma talent, upór i ambicję, by coś zmienić. Często prosi o przysyłanie książek (Błagam Cię, wysyłaj mi książki, bo to dla mnie jak chleb, bez którego nie mogę żyć*), próbuje nadrabiać braki w wykształceniu, chce coś zmienić. Wydaje się jednak, że utknął w jakimś nieszczęśliwym impasie. Gdy w końcu coś się zaczyna układać, bo szczęśliwie się ożenił, to jednak małżeństwo z miesiąca na miesiąc zaczyna się sypać. Problemy z chorym dzieckiem Sonii, częsta rozłąka wynikająca z jej aktorskiej pracy, nie sprzyjają całości. Wreszcie stałe problemy finansowe, które od połowy tomu są tematem dominującym. Wymiana korespondencji z wydawcami to ciągłe dopominanie się o pieniądze, prośby o stypendia, opisywanie problemów związanych ze staraniami o stały pobyt w Stanach, co uniemożliwiało podjęcie jakiejkolwiek pracy. Ogółem, jest to prywatna historia nieszczęścia Marka Hłaski, spisana jego ręką w korespondencji do bliskich i do wydawców. Czy w związku z tym warto czytać Listy? Ulubioną odpowiedzią psychologów jest zwrot "to zależy". Jeżeli ktoś jest wielbicielem polskiego Jamesa Deana i tak postrzega Hłaskę, jako swoistego patrona zbuntowanych, to odradzam. Jeżeli jednak lubi czytać jego prozę, po prostu jest zainteresowany jest losami i stylem pisania listów, wtedy myślę, że można sięgnąć po ten zbiór. W każdym razie nie jest to lektura, mimo prostoty tych listów, lekka. Wzbudza dużo smutku i refleksji, ale też na pewno w pewien sposób wzbogaca wiedzę o samym Hłasce, jego sposobie zapatrywania się na pewne sprawy, jego skłonności do mitomanii, czy stylu bycia wobec ukochanych kobiet. Niewątpliwie jest to też świadectwo pewnej epoki, epoki pisania listów, która wydaje się być już jakąś odległą przeszłością. Dla tej wiedzy o Hłasce i powrotu do przeszłości zapewne warto sięgnąć po Listy.

  


Listy, Marek Hłasko, Agora SA, Warszawa 2014
* z listu do matki, str. 349


Czytaj więcej

wtorek, 27 maja 2014

"Kontener" Katarzyny Boni i Wojciecha Tochmana

  Na zajęciach z psychologii międzykulturowej mieliśmy osobne zajęcia poświęcone problematyce uchodźców. Nie przynudzając powiem tylko, że to jedna z największych traum, równie silna, jak przeżycia żołnierzy podczas wojny. Uchodźcy są najczęściej diagnozowani jeśli chodzi o zespół stresu pourazowego (znane jako PTSD). Konieczność ucieczki z własnego kraju to ogromny dramat, którego trudno z czymkolwiek innym porównać. Pojawiające się po ucieczce emocje związane z tym, co już się przeżyło i z separacją z najbliższymi są długo i silnie przeżywane. Podobnie, jak lektura Kontenera. To książka z rodzaju tych, że nieistotne jest jak dawno temu się ją przeczytało. Zostaje w głowie na długo i często pojawiają się w myślach różne akapity, niczym sceny z filmu.

 W Europie szanują zwierzęta, psy, koty, czytałem, walczą o ich prawa. Może świat nam kiedyś pomoże, może się opamięta i człowiek syryjski będzie chociaż jak pies, a nie jak bydło rzeźne.*

   W 2011 roku w Syrii wybuchły zamieszki. Eskalacja wewnętrznych konfliktów nastąpiła w zastraszającym tempie. Trwa wojna domowa. Ludzie giną na ulicach swoich miast, we własnych domach. Uciekają więc z ojczystego kraju, choć niejednokrotnie robią to tylko po to, by ratować życie. Wielu próbuje później wracać. Bo bez własnej ziemi źle jest człowiekowi, trudno się odnaleźć.

  Kiedy Arab opuszcza ukochaną kobietę albo drogą mu ojczyznę, czuje gurbę. To nostalgia, wyobcowanie, świadomość wygnania i żal za utraconym. Dręczące poczucie bycia nie u siebie.**



  Tysiące uchodźców trafia do Jordanii. Tu się przenosimy na chwilę za pomocą tej małej książki. Drobnej, niepozornej. A niosącej ze sobą ładunek trudny do udźwignięcia. To losy tych, którzy zostali i próbowali nie poddawać się okolicznościom, ratować rannych, nie uciekać. A jednak rzeczywistość podjęła decyzję za nich. To historie o życiu w obozie dla uchodźców, o kontenerach mieszkalnych, w których brakuje wszystkiego i jest naprawdę bardzo ciężko żyć w tych warunkach. To głosy wielu ludzi, mówiące o tym samym, choć każde inaczej, bo z innego punktu widzenia. To opowieść o tym, jak zmienia się również perspektywa kulturowa, bo nagle mężczyzna pozbawiony swojego domu i dotychczasowej roli zatraca swoją męskość, a kobieta dotąd spychana tylko na plan kuchni i domowej pedagogiki podejmuje się walki o przyszłość. O kontraście, jaki daje opowieść o życiu w obozie i późniejszej podróży dziennikarzy relacjonujących to, co zobaczyli, w wygodzie i niemalże luksusie, gdy wcześniej widziało się biedę, głód i walkę o przetrwanie. A także wykorzystywanie nawet tak traumatycznej sytuacji do kradzieży, rozwijania małych interesów, czy sprzedawania własnych dzieci.

   Kontener to krótki, treściwy reportaż o sytuacji syryjskich uchodźców. To trzeba przeczytać.



Kontener, Katarzyna Boni, Wojciech Tochman, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 90
** str. 11
Czytaj więcej

środa, 21 maja 2014

"Wszystko zależy od przyimka". Zapis niezwykłej rozmowy o języku

  Od językoznawstwa trzymałam się zawsze z daleka. Wszystko, co nie było związane z literaturą, po prostu mnie nużyło. Nawet studia nie pomogły i zajęcia obowiązkowe, najpierw z gramatyki opisowej, później historycznej, traktowałam jako zło konieczne. I ten podział był wśród nas, studentów filologii polskiej, bardzo wyraźny. Część interesowała się tylko językoznawstwem, część tylko literaturoznawstwem. Im jednak dłużej piszę, im więcej błędów u siebie odnajduję, tym częściej o tym myślę i więcej się interesuję. I częściej również zastanawiam, skąd niektóre z nich w ogóle się wzięły. Bardzo fajnie to wyjaśniają nasi najbardziej znani specjaliści od języka polskiego, prowadząc całkiem swobodną, a jakże owocną rozmowę, której próbował nadać kierunek Jerzy Sosnowski. Trzeba przyznać, że przy takich trzech rozmówcach jest to nie lada sztuka, ale udała się ona doskonale, a sama lektura to przyjemność nawet dla kogoś, kto od słów przecinek, przyimek i inne przydawki, uciekał gdzie pieprz rośnie. Już nie uciekam, a lekturę książki Wszystko zależy od przyimka zalecam każdemu, jak dobry zestaw witamin w świeżo wyciśniętym soku z ulubionych owoców, nawet jeśli w ogóle nie interesuje się poprawną polszczyzną.

od lewej stoją: Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski, Jan Miodek; przed nimi siedzi Jerzy Sosnowski, źródło
 Jan Miodek, Jerzy Bralczyk i Andrzej Markowski zebrali się we trójkę by porozmawiać o współczesnym języku polskim, o jego kondycji w dobie internetu, komunikacji smsowej, o najczęściej popełnianych błędach językowych, wplatając w to różnorodne anegdoty z własnych doświadczeń, czy to akademickich, czy też związanych z prowadzonymi przez nich programami popularyzującymi poprawność językową. Jerzy Sosnowski, którego pełen biogram (pisarz, publicysta, felietonista, dziennikarz telewizyjny i radiowy...) mógłby zając połowę niniejszego wpisu, toteż powiem tylko, że człowiek naprawdę interesujący, co udowadnia prowadzony przezeń blog (tutaj link), jako moderator tej rozmowy próbował nadążyć za gonitwą słów, galopadą myśli, cytowaniem całych fragmentów i tak oto została ona spisana i przekazana do rąk czytelników. Co znajdziemy w środku? Rozważania na temat nadużywania zdrobnień, wulgaryzmów, które zaczęły pełnić rolę interpunkcyjną w wypowiedzi, popularności błędów i przyczyny ich powielania, prób odkrycia genezy niektórych z nich, a także o tym, jak to, co raziło niegdyś i było traktowane jako niepoprawne, dziś stało się w pełni aprobowane i zupełnie właściwe. Wszystko to jednak nie przypomina nudnego podręcznika, nie niesie ze sobą konieczności uczenia się na pamięć, a w formie naprawdę interesującej rozmowy wprowadza w zagadnienia językoznawcze w niezwykle przystępny i przyjemny sposób. Ot, trzech panów zasiadło do konwersacji na różne tematy, w której wspominają swoją młodość, swoich studentów, ciekawostki z życia wykładowcy, doradcy, czy obserwatora codzienności, a przy okazji omawiają sprawy językowe. Jest w tym wszystkim ogromne poczucie humoru każdego z nich, dzięki czemu niezauważalnie, poprzez lekturę samej tylko rozmowy, mimochodem, możemy się naprawdę wiele nauczyć i wyeliminować niewłaściwe nawyki. Po ostatniej zaś stronie owej fascynującej dyskusji pozostaje niedosyt i ochota na więcej.

Na zachętę fragment o tym, co oznacza, tak ostatnio wywołujące silne emocje, słowo gender:

Markowski:  Jak pisał zapomniany dziś nieco satyryk Marian Załuski: "płeć jak telewizor, telewizor jak płeć, można nie korzystać, ale trzeba mieć"
Bralczyk: Właśnie. W "Babcia i wnuczek, czyli noc cudów" było: "Jak się pan nazywa? Płeć. Jak pan może, z tak pornograficznym językiem!"
Sosnowski: "Płeć"  oznaczało też cerę.
Markowski: Była też płeć piękna.
Bralczyk: Ale też: "gdzieniegdzie grubszą płeć odsłania" - to z "Pana Tadeusza". Chodziło o grubszą skórę, cerę, coś takiego. A więc zupełnie co innego płeć znaczyła. Dziś odróżniamy płeć żeńską i męską. A seks? To już nie jest coś, co posiadamy, tylko to, co uprawiamy. Płci nie uprawiamy, a seks - zdarza się, od czasu do czasu. Gender zaś jest rodzajem, bo oprócz płci mamy jeszcze rodzaj. I to jest jeszcze coś innego.

Markowski: Etymologicznie gender to jest rodzaj, pochodzi od genus. A genus to od gingire, generare "rodzić". "Rodzaj" jest zresztą od "rodzić".*

Dodam tylko, że dalej jest równie ciekawie!



Wszystko zależy od przyimka, Jerzy Bralczyk, Jan Miodek, Andrzej Markowski, Jerzy Sosnowski, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 171

Czytaj więcej

niedziela, 13 kwietnia 2014

Na "Jarmarku sensacji" Egona Erwina Kischa

   W oczywistościach znajdywał coś, czego nie widzieli inni* napisał Mariusz Szczygieł w swoim wstępie do tego tajemniczego dla mnie tomu, co przyjęłam jako swego rodzaju przesadę wobec ulubionego, ba pionierskiego w swoim rodzaju reportera, zwanego "szalejącym reporterem". Co absolutnie przesadą nie jest, a jedynie uczciwym stwierdzeniem faktu odnośnie osobowości Egona Erwina Kischa. Gdy wczytać się w treści jakie przekazuje książka Jarmark sensacji wyłania się quasi biografia kogoś niewątpliwie nietuzinkowego. Irytującego i wszędobylskiego z jednej strony, bystrego obserwatora, któremu nie umyka najdrobniejszy szczegół ze strony drugiej. Kogoś zapatrzonego w samego siebie po koniuszki wąsów i własny odbiór rzeczywistości, ale jednocześnie nie pozwalającego, by jego odczucia na ów odbiór wpłynęły. Egon Erwin Kisch miał tę niewątpliwą zaletę, że choć był egocentrykiem pełną gębą, to jednocześnie był człowiekiem, który posiadł zdolność odcinania się od tego, by bacznie przypatrywać się światu, czytać między wierszami, dopisywać ciąg dalszy niedopowiedzeń w sposób oryginalnie obiektywny mimo na wskroś ogromnej subiektywności ludzkiej natury. Był człowiekiem ciekawym świata, ludzi, choć w sposób stricte reporterski i obojętny wobec dalszych losów tych, którym zaglądał przez ramię by zobaczyć co czytają w tramwaju. Fascynująca postać!
 

  Nazwisko Kisch jak się okazuje mówi o najsłynniejszym reporterze pierwszej połowy XX wieku. Napisał ponad trzydzieści książek, inspirowali się nim najwięksi polscy i światowi reporterzy, ale mam wrażenie dopiero teraz dzięki tej publikacji stanie się trochę bardziej znanym współczesnemu polskiemu czytelnikowi. W tomie Jarmark sensacji poukładane chronologiczne, choć czasami przeskakujące okresami, gdy autor wybiega nadto do przyszłych zdarzeń, odnajdziemy opowieści z dzieciństwa, które przeplatają się z historią monarchii austro - węgierskiej i przemianami, jakie zachodziły w tym okresie, zarówno w jego ojczyźnie, jak i na świecie, początki jego kariery, gdy pracował nad skromnymi notatkami do rubryk kryminalnych praskich gazet, a następne o jego kolejnych życiowych i zawodowych potyczkach. Bo jedne z drugimi wiązały się na swój sposób. Jego upór i wścibstwo powodowało, że wchodził nieproszony do mieszkań, umiejętnie docierał do policyjnej kartoteki, doszukiwał się drugiego dna cesarskiego publicznego telegramu, by znaleźć w nim znacznie ważniejsze treści niż te, które odczytywała większość osób. Nie wystarczały mu proste wyjaśnienia, nie ufał powszechnym opiniom, wszystkie informacje musiał zbadać sam.

   Jarmark sensacji otwiera opowieść z dzieciństwa autora, o Ślepym Metodym, ostrzącym na podwórku noże, przy tej pracy odśpiewującym wszystkie miejskie ballady. Będzie on choć epizodyczną to jednak postacią stale przewijającą się przez całą książkę, podsumowującą jej ważniejsze wątki w śpiewanych historiach. Zatem wszystko to, o czym opowiada Kisch mogło się zdarzyć, a również mogło być po prostu wytworem ludzkiej wyobraźni, która później przetwarza wydarzenia w kolejnych pieśniach. Historia prawdziwa przeplata a się z tą przerobioną przez ludzkie języki, dramaty odnajdują się w kolejnych strofach, postaci męskie zamieniają się na żeńskie na skutek różnych splątań i muzycznych przetworzeń. Sam Kisch wymyślając historię wokół pożaru młynu (Debiut przy pożarze młynów) daje czytelnikowi jasno do zrozumienia, że lubi zmyślać. Proza Kicha kipi od ciekawych metafor i odwołań, wydaje się być znakomitą akrobatyką między językiem ulicy a językiem literackim. Zda się on częściowo być reporterem, częściowo bajarzem, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że opowiada to, co przeżył naprawdę bądź oddając głos swoim rozmówcom, czy bohaterom różnych historii to, co przeżyli inni. Zdecydowanie największe wrażenie zrobiła na mnie historia zatytułowana Matka mordercy, gdzie Kisch zupełnie przypadkiem wywoła w biednej kobiecie, którą chciał przepytać na okoliczność morderstwa, lawinę niełatwych wspomnień, zaś finał tej historii zaskoczy, jak się okaże na koniec, obydwoje jej uczestników.

  Nie powiem, żeby cała ta książka była pasjonująca, albo każde z przytoczonych wydarzeń równie interesujące. Sama otoczka historyczna, carska Praga, należąca wówczas do monarchii austro - węgierskiej, oraz postać Kischa, który nie potrafi nie pisać o sobie, to największe atuty Jarmarku sensacji. Są tu i historie rodem z brukowca i ważne wydarzenia polityczne, historyczne, czy społeczne. Są tu także ciekawe wspomnienia Kischa i opowieści, które nie kończą swojego życia, pozostając w obiegu w postaci opiewających je pieśni. Wreszcie są historie smutne, życiowe i tragiczne, choć przeplatane sporą dozą komizmu i nietypowego poczucia humoru autora. Prawdziwie intrygująca i ciekawa mieszanka. Nie polecam tej książki - ja namawiam by po nią sięgnąć. Zapewniam, że warto!




Jarmark sensacji, Egon Erwin Kisch,  Narodowe Centrum Kultury, Agora SA, Warszawa 2014
* str. 5

Czytaj więcej

niedziela, 26 stycznia 2014

"Pod Mocnym Aniołem" czyta Andrzej Grabowski

  Pod Mocnym Aniołem, czytane lat temu około dwunastu, zrobiło na mnie ogromne wrażenie nie z powodu niebywałego (dyskusyjnego, pełnego powtórzeń) stylu Jerzego Pilcha, ani z powodu otrzymanej wówczas Nike, ani również z powodu jej oryginalnej fabuły, choć owszem, wszystkie te czynniki również niejaki wpływ na to miały, ale z powodu pijacko - poetyckiej retoryki, która u Pilcha pełna ozdobników, napuszonego lotu płynącego prosto z butelki brzoskwiniówki jest niebanalnym sposobem oddawania stylu mowy i myśli delirycznej, wzbierającej pod wpływem alkoholu do wyżyn literackich ozdobników, do gwiazdozbioru pod Mocnym Aniołem, do poematu niemalże. Mój złakniony wyższości, a może nawet nieśmiertelności, język rządził mną. Byłem we władaniu języka, byłem we władaniu kobiet, byłem we władaniu alkoholu.*


  Pan J., znany również jako Juruś, główny bohater i narrator całej historii, jest wielbicielem, oddanym miłośnikiem, wyznawcą, najlepszym przyjacielem gorzkiej żołądkowej. Jego wiecznie złaknione alkoholu usta w odurzeniu opowiadają deliryczne stany pijaństwa z czterdziestu dni i czterdziestu nocy, a może nawet stu czterdziestu dni i nocy? Jest tak oddany temu nałogowi, że nie wie, o którym "teraz" mówi. Teraz, czyli po wyjściu z oddziału dla deliryków? Teraz, czyli po czterdziestu dniach i czterdziestu nocach nieustannego picia? Teraz, czyli po poznaniu poetki Albertyny Lulaj? Kiedy, teraz? Nie wiadomo. Jego historia to historia pijącego bez ustanku mężczyzny, pisarza, który ma nawet spory dorobek literacki, a jednak najbardziej kocha pić. Nie wie, nie rozumie i nie chce zrozumieć, jak to jest być szczęśliwym i nie pić. Odbywa kolejne próby leczenia i kolejne chwile utraty alkoholowej przytomności, kolejne odtrucia i kolejne stany deliryczne. I jak każdy nałogowiec  wierzy, że miłość, jedynie miłość go z tego wszystkiego uleczy. Magiczne "my", ta podniecająca liczba mnoga wyrwie go z marazmu alkoholowej pustki. A przecież nie ma miłości silniejszej od miłości do alkoholu, żadna z jego żon, opiekunek oddanych, terapeutek wiernych nie była w stanie odciągnąć go od picia i to do alkoholu jest skierowany cały ten dziwaczny "miłosny" utwór quasi liryczny.

  Pod Mocnym Aniołem to zbiór wyrwanych z alkoholowego bełkotu historii, w nielogiczny sposób, choć owszem,w  tym szaleństwie tkwi metoda,  połączonych w jedną całość, którą otwiera i zamyka poetycka metafora o beznadziejności, ale i euforii picia. Jak każdy nałóg prowadzi ono na terapię uzależnień, na oddział deliryków, gdzie stykają się ze sobą bardzo różni ludzie, z różnych grup wiekowych i zawodowych, a jednak połączonych w jedną, wielką, alkoholową rodzinę. Ci ludzie prowadzą dzienniczki uczuć, konfesje alkoholowe, biorą udział w terapii grupowej, odżywają na oddziale dostając solidne porcje witamin, dają sobie jakąś złudną nadzieję, by ostatecznie wrócić do picia. Swoisty, obłędny krąg tych działań naprzemiennie prowadzi ich do dni pełnych picia i dni walki z piciem. Żartobliwy ton opisu i literackie pseudonimy pozwalają na odrobinę dystansu do tego, na odwrócenie uwagi czytelnika, na chwilę uśmiechu nawet, ale nie oszukujmy się: tak naprawdę tu nie ma nic zabawnego. Nie ma nic zabawnego w tym, że człowiek okrada z pieniędzy najbliższą rodzinę, bo musi się napić, nie ma nic zabawnego w tym, że człowiek po pijackim ciągu nie rozróżnia pory dnia, ani w tym, że picie całkowicie pozbawia go kręgosłupa moralnego, upadla, pozostawia zarzyganego na środku ulicy bez środków do życia, bo już je przepił. A jednak potrzeba uśmiechu jest silna nawet w tym okropieństwie. Dlatego uśmiechamy się gdy Don Juan Ziobro przyrządza denaturat w sobie tylko znany, bardzo wyszukany sposób, a także gdy głupieje na widok córek Królowej Kentu, uśmiechamy się gdy czytamy deliryczne konfesje Joanny i Marianny i toczony przez nie spór o plagiat, wiedząc kto jest autorem obydwu, gdy czytamy o bałaganie Asi Katastrofy i gdy przeliczamy wraz z narratorem wszystkie pralki świata na alkohol. Tu trzeba się uśmiechać, gdy wszystko inne jest bezsilne i może tylko stać z boku z bezradnie opuszczoną głową. I tylko to i poezja całości sprawia, że mimo wszystko świetnie się czyta/słucha tę prozę.

  Andrzej Grabowski idealnie się wkomponowuje swoim chrapliwym głosem w tę pijacką narrację. Jego "Boże mój" jest tak rozdzierająco pijane, tak żałosne w tym pijackim przywoływaniu Boga, tak prawdziwe, że łatwo się dać ponieść kolejnym rozdziałom. Co więcej nie ma w tym czytaniu momentów znużenia, momentów ulotności uwagi, jest niezwykła jak dla mnie chęć słuchania dalej. Właściwie to miałam w planach słuchanie tego audiobooka tylko w drodze do i z pracy, co przy siedmiogodzinnym nagraniu dałoby aż trzy dni słuchania. Jednakże to, w jaki sposób Andrzej Grabowski interpretuje Pod Mocnym Aniołem jest takie ciekawe, takie momentami zabawne, nawet gdy żałość wzbiera w sercu, że nie sposób się oprzeć jego urokowi. Zasłuchałam się i w efekcie skończyłam przed zaplanowanym czasem. A przecież na początku, gdy zobaczyłam to połączenie - Pilch i Grabowski - byłam nieco sceptyczna. Nie sądziłam, że aktorowi uda się oddać ciekawie kobiece głosy, że może tak się wczuć w tę dziwaczną, pełną picia poetykę. A jednak takie rozczarowania są najmilsze. To nie tylko ciekawe połączenie, ale powiedziałabym teraz, że jedyne możliwe. I wiem, że gdy w kinach triumfuje film Smarzowskiego ten audiobook może trochę przejść bez echa, co byłoby całkowicie niesłuszne. Każdemu kto uznaje zasadność czytania książek przed ich ekranizacją, a jednak nie mającego czasu na lekturę własną, polecam audiobooka jako remedium a jednocześnie naprawdę przyjemną rozrywkę.



Pod Mocnym Aniołem, Jerzy Pilch, czyta Andrzej Grabowski, Bellona SA, Agora SA, Warszawa 2014, tom 2 serii Mistrzowie Słowa
* rozdział drugi Ciemnoskóry zapaśnik

Czytaj więcej

sobota, 4 stycznia 2014

Historia pewnego obłędu. "Za żelazną kurtyną" Anne Applebaum

  Mądre słowa, jakie padają na koniec tej książki długo zostają w głowie czytelnika. Są kwintesencją całej lektury, epoki oraz jej wydarzeń, a jednocześnie bardzo prostym wyjaśnieniem, dlaczego warto czytać takie tytuły jak Za żelazną kurtyną:
  Zanim uda się odbudować naród, obywatele muszą najpierw zrozumieć, jak doszło do jego zniszczenia: w jaki sposób osłabiano instytucje, wypaczano język, manipulowano ludźmi. Muszą znać konkrety, nie ogólne teorie, muszą usłyszeć osobiste świadectwa, nie ogólniki na temat mas. Muszą lepiej pojąć, co powodowało ich poprzednikami, dostrzec w nich ludzi z krwi i kości. Dopiero wtedy będzie możliwa powolna odbudowa społeczeństwa.*

 Anne Applebaum poświęciła tej pozycji sześć lat, które spędziła na wertowaniu archiwów, rozmowach z ludźmi (pisarzami, artystami, dziennikarzami), którzy ciągle jeszcze wspominają lata stalinizmu, będący świadkami jego rozkwitu bądź upadku, a także na czytaniu literatury przedmiotu. Jej praca zaowocowała niezwykłym dziełem, które oprócz wartości historycznej ma walory świetnego reportażu, niezwykłych wywiadów, a także dużego taktu wobec osób, które brały czynny udział w tworzeniu państw socjalistycznych, a które później historia i ich współcześni oceniali bardzo surowo.


  Węgry, Niemcy Wschodnie, tak zwane NRD, oraz Polska są głównymi bohaterami tej książki, choć Czechosłowacja, Bułgaria czy Rumunia również wzięły w niej udział jako bohaterowi poboczni. Głównym zainteresowaniem autorki jednak cieszyły się te trzy kraje, między którymi jak sama powiedziała w wywiadzie**, można wskazać więcej różnic niż cech wspólnych, ale w których proces tworzenia państwa socjalistycznego przebiegał w dokładnie ten sam sposób, ze stosowaniem tych samych metod podporządkowywania sobie ludzi oraz tworzeniem podobnej aparatury rządowo-policyjnej.

  Po drugiej wojnie światowej, po której większość narodów biorących w niej udział przeżyła ogromne traumy, związane zarówno z samymi działaniami wojennymi, okupacją, a przede wszystkim z gettami i obozami koncentracyjnymi, w których zginęło całe mnóstwo ich bliskich i znajomych, konieczność odczuwania ulgi po jej zakończeniu była silna. Każdy potrzebował poczucia wolności, możliwości swobodnego funkcjonowania i jako takiej normalności. Wkroczenie Armii Czerwonej, która teoretycznie przynosiła wyzwolenie, witane więc było z autentycznym entuzjazmem i prawdziwym poczuciem ulgi. To, co jednak przemilczały późniejsze informacje na ten temat to liczne zniszczenia, ciała zamordowanych ludzi i zniszczone psychiki zgwałconych kobiet, które pozostawiała za sobą przechodząca z triumfem przez kolejne kraje armia radzieckich żołnierzy. Już sam ten początek mógł dawać sporą wiedzę w temacie tego, jaką tak naprawdę przyszłość przygotowuje ZSRR dla okupowanych państw. Od tej historii, od wkroczenia armii radzieckiej do każdego z państw przyszłego bloku wschodniego zaczyna swoją opowieść Anne Applebaum. Kolejne rozdziały przybliżają historię powstawania, jako kraju komunistycznego, każdego z tych państw kolejno od och sekretarzy generalnych partii, zwanych "małymi" Stalinami (na Węgrzech Mátyás Rákosi, w Polsce Bolesław Bierut, w Niemczech Wschodnich Walter Ulbricht), tworzenia Partii, aparatu bezpieczeństwa, który z czasem przerodził się w kolejne narzędzie socjalistycznego terroru, pilotowanie grup młodzieżowych, w których zduszano wszelkie spontaniczne inicjatywy, a wreszcie do planów kilkuletnich stworzonych w każdym kraju, mających na celu sprawną i szybką odbudowę państw po wojnie, rozbudowę miast, szkół i gospodarki. Jednakże to jest elementarna wiedza historyczna, którą może przekazać każdy podręcznik. Czym się zatem wyróżnia ta książka?

  Anne Applebaum opisuje kolejne elementy znanej nam już historii ukazując jej szczegóły w kontekście wszystkich wydarzeń, zarówno wojennych, jak i tych zaraz po wojnie. Sytuacje, ludzi, poszczególne miasta opisuje drobiazgowo, dając zaplecze kolejnych działań wszystkich bohaterów tego trudnego okresu. Opisując drogę polityczną "małych" Stalinów opowiada o ich przeszłości, wymienia zaciemnienia wokół Bieruta, nie przemilcza rozkochania w systemie jaki wprowadzał stalinizm u Ulbrechta, pisząc o gwałtach jakie dokonywała "zwycięska" Armia Czerwona nie opuszcza fragmentów związanych ze spustoszeniami, jakie po sobie zostawiła, ale też daje psychologiczny obraz jej wycieńczonych żołnierzy. W reporterski sposób omawia osoby, które brały udział w budowaniu socjalizmu w swoich krajach, przedstawia ich punkty widzenia, trudności, z jakimi się borykali, ich próbę wiary w reżym komunistyczny, albo próbę wykorzystania zastanej sytuacji w najlepszy możliwy dla swojego narodu sposób. Żyjąc w krajach komunistycznych w okresie rozkwitu stalinizmu nie sposób było zupełnie nie brać udziału w zachwalaniu ustroju. Brak obecności na marszach pierwszomajowych, manifestach, festynach, brak udziału w zbiorowym śpiewaniu pieśni chwalących czy to Stalina, czy Partię, mogło skutkować zainteresowaniem Bezpieki, wzięciem danej osoby pod obserwację w najlepszym przypadku, aresztowaniem i brutalnym przesłuchiwaniem w najgorszym. Paranoja Stalina wywoła również obłęd w jego poplecznikach. Szukanie szpiegów tam, gdzie ich nie było, zwalczanie wszelkich spotkań zorganizowanych żeby zapobiec ewentualnego buntowi, zwalczanie organizacji religijnych, walka z Kościołem, to wszystko by utrzymać cały czas silną pozycję, nie pozwolić by ktokolwiek zaczął myśleć samodzielnie, a wreszcie doprowadzić do utworzenia Homo Sovieticusa..

 Poznawanie tej epoki to nie tylko kwestia dogłębnego przyjrzenia się kolejnym etapom zmian historyczno - politycznych okresu. Jest tutaj i historia, ale i jej kontekst społeczny, jest przedstawianie wydarzeń ogólnie, ale i przez pryzmat jednostek, zwykłych, szarych ludzi, z cytowaniem listów robotników, opowieści związanych z codziennym życiem, swoistym rozdwojeniem jaźni, które wywoływało publiczne mówienie tego, co poprawne i pochwalane przez ustrój. To fragmenty książek, reportaży, poezji z okresu, dające dowód tego, że choć ludzie musieli żyć pod przymusem, walczyć o szansę na przetrwanie, to jednak nie udawało się wcale łatwo przetransformować ich w Homo Sovieticusa, jak to sobie wyobrażał Stalin. Ta krótka z historycznego punktu widzenia epopeja sowieckiego obłędu jest o tyle ważna, że pokazuje, że jednoznaczne, czarno-białe oceny zachowań i decyzji ludzi żyjących w tamtych czasach jest błędnym i nie do końca sprawiedliwym zachowaniem. Chociażby dlatego, że często za tymi decyzjami krył się strach o rodzinę, o najbliższych, o życie. Oczywiście z uwzględnieniem, że nie każdy człowiek o to życie musiał się obawiać, nie każda decyzja wynikała z przymusu. To też historia o tych, którzy uwierzyli komunizmowi, a więc jednoznacznie opowiedzieli się za reżymem, o tych, którymi łatwo było manipulować, bo byli słabego charakteru, jednak przede wszystkim o tym, że ludzie po prostu chcieli normalnie żyć, nawet jeśli w związku z tym musieli czasem zaśpiewać bezsensowne pieśni.

  Szczerze mówiąc ta książka udowadnia tylko jak mało wiedziałam o tym okresie. Hasła, nazwy, daty, to wszystko to było jak widok za mgłą. Wiedziałam i nie wiedziałam jednocześnie. Miałam świadomość tego, jak było ciężko w tamtych czasach, ale nie wiedziałam nawet jak bardzo. Gdy dziś człowiek ma prawo do wykształcenia, własnych poglądów politycznych, czy wyznania religijnego ot tak, po prostu, bo jest człowiekiem, nie jest w stanie w pełni zrozumieć problemów tamtej epoki. Dlatego tak ważna jest ta książka. Rozrzedza mgłę, przejaśnia obraz. A przy okazji to kawał rzetelnej pracy dziennikarskiej. Mogę tylko zachęcać do lektury.




Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944-1956, Anne Applebaum, Świat Książki przy współpracy z Agora S.A., Warszawa 2013
* str. 522
** wywiad można obejrzeć tutaj
Czytaj więcej

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Mrożek. Striptiz neurotyka" Małgorzata Niemczyńska

Wszyscy chcemy być lubiani i aprobowani, ale u osób neurotycznych zależność od uczuć lub aprobaty jest nieproporcjonalna w stosunku do rzeczywistej wagi, jaką inni przywiązują do tego w życiu. Chociaż wszyscy chcemy być lubiani przez osoby, które sami darzymy sympatią, to u neurotyków występuje niezróżnicowane pragnienie aprobaty lub uczucia, niezależnie od tego, czy lubią daną osobę i czy jej ocena ma dla nich jakiekolwiek znaczenie. *

Neurotyk często przyjmuje jako mechanizm obronny zachowanie "nie zależy mi". Chowanie się w siebie, ucieczkę mentalną. Często ma niską samoocenę i jest bardzo przewrażliwiony na swoim punkcie. Podłoże tego typu osobowości ma swoje źródła w kulturze, w wychowaniu, w podatnym na nerwice charakterze. Być może u Mrożka zawiniła wojna, rozłąka z matką, której szukali wraz z ojcem, milcząca wędrówka z tym ostatnim, która wpłynęła na styl myślenia? I tę odwieczną postawę milczącego, trudnego we współżyciu człowieka? Być może.

Małgorzata Niemczyńska zaczyna swoją opowieść o Mrożku i jego striptizie w dość niekonwencjonalny sposób, bowiem od udaru jaki przeżył dramaturg w 2002 roku, którego skutkiem była afazja, czyli dosłownie, utrata zdolności mówienia. Terapia jaką wtedy odbył zaowocowała napisaną z trudem autobiografią Baltazar, w której jednak autor myli parę istotnych faktów, miesza daty. Ważność tej pozycji zasadza się wszak na tym, że jest owocem niezwykłego wysiłku, dowodem skuteczności terapii, swoistym sukcesem, jaki wtedy odniósł Mrożek. Jednakże cóż, właśnie wtedy Mrożek tak naprawdę przestaje już pisać. Zaczyna zatem swoisty striptiz mentalny - odsłanianie kolejnych kart ze swojego życiorysu poprzez publikacje listów, oraz decydując się na wydanie dzienników. Po raz pierwszy tak naprawdę Mrożek odsłania się niemalże całkowicie.


W książce Niemczyńskiej poznajemy biografię autora słynnego Tanga poprzez miejsca i ludzi, z jakimi był związany. Miejsca to Kraina dzieciństwa, czyli rodzinny Borzęcin, w którym Mrożek przyszedł na świat i gdzie odkrył bogactwo książek, gdy na początku okupacji został siłą rzeczy zamknięty w czterech ścianach domu. To Kraków, czyli Dom Literatów, gdzie Mrożek żył dość biednie, skąpo, ale niewątpliwie wesoło biorąc pod uwagę świetne towarzystwo w jakim przyszło mu wtedy koegzystować i słynne anegdoty o pilnowaniu toalety, czy nałogu Gałczyńskiego. To Chiavari, czyli pierwsze emigracyjne przypadki na Riwierze Włoskiej i najbardziej płodny twórczo okres, bo w końcu to właśnie wtedy powstało Tango i inne najbardziej rozpoznawalne utwory. To wreszcie Paryż, Meksyk i nareszcie Nowa Polska, gdy po latach Mrożek wróci do kraju wraz z drugą żoną i odkryje w sobie po raz kolejny obcość wobec miejsca, które obcym teoretycznie być nie powinno. Ludźmi są przyjaciele i rodzina, wszyscy, którzy mieli bodaj drobny wpływ na jego życie, jak poeta i mentor Adam Włodek, czy podziwiany i nienawidzony jednocześnie, bo ciągle lepszy Witold Gombrowicz, ale także ci, którzy stali mu się bliscy i ważni, jak pierwsza żona Mara, druga żona Susana, czy najbliższy mu kolega (bo przyjaciel, to chyba zbyt duże słowo) Stanisław Lem, z którym w korespondencji dawał upust swojemu pesymizmowi i złośliwości wobec innych kolegów literatów.

Z tych obrazów, fragmentów, listów wyłania się naprawdę trudna postać. Mrożek to człowiek milczący. Nie odzywa się, nie komentuje, nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Czasem skomentuje coś gestem. Jest trudnym mężem. Wymaga by to nim się zajmowano, jemu poświęcano czas, w zamian dając raczej niewiele. Opisując śmierć Mary skupia się na otoczeniu, detalach jej wyglądu, dopiero potem znajduje w sobie emocje związane z żalem. Jest zamknięty w sobie, skupiony na sobie. Właściwie jest wrażenie, że jemu wystarczy on sam. Mrożek Sławomir dla Sławomira Mrożka to postać kluczowa. Nie da się polubić Mrożka tak jak można polubić książkę o Mrożku, czy książki Mrożka. Ot, niezwykła zagadka, którą z przyjemnością chciałoby się rozwiązywać nieco dłużej, niż opowieść zawarta w tej publikacji.

Mrożek. Striptiz neurotyka to naprawdę ciekawa pozycja, choć nie pozbawiona wad. Chwilami wydaje się, że została przygotowana w pośpiechu, miejscami zapisana zbyt drobiazgowo jeśli chodzi o pewne postaci z kręgu znajomych Mrożka, z kolei zostawiając niewiele miejsca dla samego Mrożka. A przecież dla neurotyka to niezwykłe uchybienie. Powinno być więcej Mrożka w Mrożku. Striptizie neurotyka. Ważne jest jednak to, że to lektura również w przystępny sposób przybliżająca sylwetkę pisarza, było nie było, trudnego i mrukliwego w obyciu człowieka. Pokazuje co i jak wpływało na jego osobowość, jak pierwsze doświadczenia mogły wpłynąć na taki styl postrzegania świata, jak emigracja zmieniała w nim poczucie wyobcowania, poczucia przepaści, którą nabył podczas wojny, którego to uczucia nie pozbył się do końca. Przy tym autorka ma lekkość pióra, która sprawia, że nawet przy paru zastrzeżeniach warto polecać tę lekturę. Szczególnie, że całości dopełnia ciekawy wywiad z bohaterem powieści, w którym można się jeszcze dopatrzyć śladów przebytej afazji, ale również niezłomności, by z nią wygrać.


Mrożek. Striptiz neurotyka, Małgorzata I. Niemczyńska, Agora SA, Warszawa 2013

* str. 35, z: Neurotyczna osobowość naszych czasów, Karen Horney, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011
Czytaj więcej

czwartek, 26 września 2013

"Musicie wiedzieć, że jest tu pięknie" pierwsze reportaże Ryszarda Kapuścińskiego

Kolor skóry to tylko kolor skóry. Jak kolor oczu, człowiek sobie sam nie wybiera. A jednak ciągle człowiek człowieka segreguje na kolory. Czarny, biały, żółty, ba nawet czerwony. Paleta rozmaitości. Potem dodaje epitety. A końcu stwierdza, że jest najlepszy, bo jest..? biały? A jaka w tym jego zasługa? A czym mu zawinił ten z innym kolorem skóry? Odpowiedzi brak. Podoba mi się to jak o tym wspomina Kapuściński, w swoich pierwszych, pierwszych relacjach z Afryki, jeszcze gdy sam był młody i niedoświadczony w ogóle na afrykańskiej ziemi i popełniał masę błędów merytorycznych. Jednak to spostrzeżenie nie ma związku ani z jego wiedzą, ani z doświadczeniem, ani młodym wiekiem. Dawniej złościły mnie książki o Afryce: tyle w nich o białym i czarnym. Kolor taki i siaki we wszystkich odmianach. Aż wreszcie pojechałem sam. I wtedy zrozumiałem. Od razu dostaję swój przydział, swój tor. Od razu ta skóra swędzi. Albo razi, albo wywyższa. Człowiek nie może z niej wyskoczyć, ale przeszkadza mu ona żyć. * Mimo, że jestem dość pokojowo nastawiona do świata i ludzi, to jednak relacje z Afryki za czasów kolonizacji, potem dekolonizacji,  z momentów walki o własną suwerenność, sprawiają, że budzi się we mnie gniew.


Czarne gwiazdy to zbiór pierwszych, czasami pisanych na kolanie, reportaży z Ghany, Konga i z Sudanu, będących zupełnie subiektywnym zapisem i relacją z wrażeń z podróży, pobytu, znajomości z tubylcami oraz opowieścią, o pierwszych ważnych postaciach rodzącej się wówczas afrykańskiej areny politycznej. A mowa o okresie już dość zamierzchłym, bowiem późnych latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku i początku lat sześćdziesiątych (pierwsze wydanie Czytelnika miało miejsce w 1963 roku). Jak to podsumował sam Kapuściński**, artykuły te, mające być zalążkiem książki o okresie dekolonizacji w Afryce zostały wydane w takiej właśnie niedokończonej formie, ponieważ został on ponownie wysłany do Afryki i prace nad zbiorem zostały przerwane. Praca ta podzielona na trzy części (Kolon, Kwame, Patrice) jest żywym świadectwem doświadczeń i rozmów, jakie przeprowadził Kapuściński, który wyraźnie zaangażowany emocjonalnie w afrykańskie sprawy często stapia się ze swoim bohaterem zbiorowym, mówiąc o przeżyciach w liczbie mnogiej. Chce iść z żołnierzami gdy trwa ofensywa, nie chce siedzieć bezczynnie. Wchodzi na wiec, pełen rozgorączkowanych ludzi, choć jego kolor skóry zdradza go i wzbudza podejrzenia odnośnie jego pochodzenia. Razem z nimi jednak wrzuca papier do ognia i razem słucha przemówień. Podoba mi się ten Kapuściński, choć często coś myli, nie zna dokładnie dat, czy nazw strojów ludowych. Ale jest pełen zapału, energii i zainteresowania Czarnym Lądem i jego bolączkami. Angażuje się w to całym sobą i daje to odczuć w opisywanych wydarzeniach. Absolutnie nie jest bezstronny i nie udaje obiektywizmu. Wyraźnie widać, że jest przede wszystkim po stronie człowieka.

Wspaniałym dodatkiem do książki są zamieszczone w niej zdjęcia zrobione przez Kapuścińskiego w tym okresie, oraz co najważniejsze w moim odczuciu - posłowie Bogumiła Jewsiewieckiego, który w bardzo prosty i niczego nie ujmujący Kapuścińskiemu sposób uporządkował wszystkie nieścisłości, jakie pojawiły się w zbiorze, a także uzasadnił interesująco, dlaczego czytanie tych reportaży, choć już z pewnej perspektywy archaicznych, nadal ma duży sens. Czytanie Czarnych gwiazd to czytanie relacji z wydarzeń dekolonizacyjnych z najważniejszej perspektywy - z perspektywy mieszkańców Afryki, nie ich kolonizatorów. Bohaterem jest tu rdzenny mieszkaniec Afryki, nie uzurpator. I ten punkt widzenia nadal ma ogromne znaczenie, biorąc pod uwagę dalsze losy Ghany czy Konga (przekształconego niewiele później w Zair, by dopiero w 1997 stać się Demokratyczną Republiką Konga), dalszy rozlew krwi i walkę o niepodległość. Wielka zaleta reportaży Kapuścińskiego polega na tym, że interesując się konkretnymi jednostkami, czasem politykami na szczycie, a czasem prostymi ludźmi, których spotykał, przedstawia obraz znacznie lepiej odzwierciedlający ludzkie doświadczenia i przeżycia.***

Lektura Czarnych gwiazd to naprawdę ogromna przyjemność, która tylko zwiększa apetyt na więcej reportaży Kapuścińskiego.



Czarne gwiazdy, Ryszard Kapuściński, Agora SA, Warszawa 2013
*str. 148
** str. 4
*** str. 189

Czytaj więcej

piątek, 9 sierpnia 2013

"To nie jest zawód dla cyników" Ryszarda Kapuścińskiego

     Temat życia studenckiego coś natarczywie do mnie wraca ostatnimi czasy. Najwyraźniej siła zwana przymusem do nauki znowu wpływa na mnie z każdej strony, czy to ze świadomych źródeł, czy to podyktowana potrzebami podświadomymi.
    Pamiętam jak szalenie ceniłam wykłady prof. Cierpiałkowskiej, które przecież zawierały w sobie cały ogrom wiedzy, realnych scen wziętych z doświadczenia pani profesor (a to była chyba najciekawsza część wykładu). Do dziś pamiętam parę przykładów, jakie przytoczyła wykładowczyni na temat trudów związanych z procesem terapeutycznym, o wybiegach pacjentów (np. tzw. pacjenci klamkowi, czyli po opowiedzeniu całej historii swojego, zdawałoby się poukładanego i bezproblemowego życia, na wyjściu, już trzymając klamkę, rzucają hasłowo prawdziwy problem, jaki ich sprowadził do gabinetu terapeutycznego), o tym jak też trzeba zadbać o siebie w całym procesie i wiele, wiele innych. Siła wykładu nie pozostaje we mnie bez echa. Zapis z wykładu, choć to nie to samo co jego wysłuchanie, może trochę wprowadzić w tę atmosferę, rozbudzić wyobraźnię, która zabierze czytelnika na salę i pozwoli mu wsłuchać się w głos prelegenta. To nie jest zawód dla cyników to właśnie taki zbiór wykładów, warsztatów, ale i wywiadów przeprowadzonych z Kapuścińskim, kolejno w Ameryce Łacińskiej i we Włoszech. Podzielona na dwie części książka, z której część wykładowa nosi tytuł Pięć zmysłów dziennikarza, a część z włoskich spotkań To nie jest zawód dla cyników zawiera w sobie swoiste kompendium wiedzy o wykonywaniu zawodu, czyli dziennikarstwa. Część najciekawsza to zdecydowanie warsztaty o dziennikarstwie, taka próbka przekazania młodym adeptom sztuki dziennikarskiej, swojego doświadczenia, zebranej wiedzy, prób znalezienia jakiegoś zestawu recept, jak być dobrym dziennikarzem, jak najlepiej wykonywać swój zawód, jak rozmawiać z innym, jak nazywa Kapuściński swoich rozmówców, mieszkańców krajów Trzeciego Świata.


 Czym jest współczesne dziennikarstwo? Wydaje się, że w epoce globalnej wioski, życia wirtualnego, zawód dziennikarza stracił rację bytu, bowiem informacje docierają do wszystkich w każdym zakątku świata w błyskawicznym tempie. Wiadomości są przygotowywane przez cały sztab ludzi, w związku z tym trudno znaleźć autora efektu końcowego, trwa ciągłe manipulowanie sposobem myślenia ludzi, bo informacja jest na wagę złota, a więc dotarcie do niej również. Co za tym idzie wszyscy, żeby na pewno dysponować dokładnie tą samą informacją, co konkurencja relacjonują na przykład zdarzenia z jednego miejsca, pilnując siebie nawzajem, podczas gdy ważne rzeczy dzieją się w innym i są przemilczane. Co sprawia, że jakby nie zaistniały.. Dlatego jak podkreśla Kapuściński dziś dziennikarz stając przed wyzwaniami współczesności musi w dwójnasób się starać. Przede wszystkim nie ustawać w kształceniu. Na każde napisane sto stron poświęcić lekturę wielu książek. Musi mieć kontakt z ludźmi, bo tylko dzięki nim pozyska żywe, prawdziwe relacje. Musi mieć w sobie dużo empatii i absolutnie nie wolno mu być cynikiem, bo dziennikarstwo to nie zawód dla cyników.

(..) dziennikarstwo nie może być uprawiane przez cyników. Trzeba jednak odróżnić cynizm od ostrożności, sceptycyzmu, czy realizmu. Te cechy są absolutnie potrzebne, bez nich nie da się wykonywać tego zawodu. Cynizm to cecha nieprzystająca do dziennikarstwa. Cynizm to cecha niegodna człowieka, cecha, która automatycznie wyklucza z dziennikarstwa. Mówimy tu tylko o wielkim dziennikarstwie, bo to jedyne, którym warto się zajmować, a nie o odrażającej jego formie, z którą często mamy do czynienia.*

Oddając tak wiele z własnego doświadczenia, jednocześnie Kapuściński udowadnia ogromną wiedzę o świecie, polityce, literaturze, a nawet odrobinę w psychologii, świadomy konieczności budowania związku z człowiekiem, zawiązywania więzi, niezbędnej do pozyskania zaufania, a co za tym idzie, relacji ze zdarzeń. Bogatej, prawdziwej, tej z pierwszej ręki, dzięki czemu jest ona dużo bardziej wiarygodna, niż ta poznana ze źródła pośredniego. Czyta się to wszystko bardzo przyjemnie i nie da się ukryć, że mogę tę lekturę polecać każdemu, kto chciałby bliżej poznać Kapuścińskiego i jego podejście do zawodu. Parę minusów tej pozycji jednak warto nadmienić. Nie wiem w jakim odstępie czasu odbywały się warsztaty w Buenos Aires, ale pojawia się element powtórzeń. Być może miał to być celowy zabieg, nie wykluczam tego, w końcu chodziło o to, żeby czegoś nauczyć, coś wpoić, ale w pewnym momencie jest poczucie, że można by z tego wyciągnąć pewną esencję i już jej tak bardzo nie rozwadniać o masę przykładów. Dzieciństwo autora przywoływane jest chyba z dwa razy, jak również jego początki pracy reporterskiej. Rozumiem ważność tego tła autobiograficznego, ponieważ kto wie, może gdyby nie ten moment w historii i takie jej zawirowania, Kapuściński zostałby na przykład lekarzem, a nie reporterem, ale powtórzone w tak krótkim tekście powoduje poczucie zapętlenia w lekturze. W drugiej zaś części, relacjonującej spotkanie zainspirowane przez Marię Nadotii z Kapuścińskim i Johnem Bergerem, miałam wrażenie, że obaj panowie boją się porozmawiać, więc zarzucają się nawzajem masą komplementów przez parę stron, co zresztą przerywa im nareszcie autorka spotkania, by zachęcić do rozmowy na temat i jak to sama określiła, przywołać do rzeczywistości.

A co można znaleźć w tej książce o Cesarzu?

Niekiedy decyzje podejmowane przez autora prowadzą go w rejony, o których mu się nawet nie śniło. Na przykład w Cesarzu nie pisałem o życiu o Hajle Sellasje. Jego tam nie ma. Książka pokazuje, jak władza zmienia ludzi, w jaki sposób ulega wynaturzeniu zachowanie człowieka, który wchodzi do polityki. Polegając na własnym instynkcie, zamiast pisać książkę o Hajle Sellasje, skoncentrowałem się na psychologicznych, zakulisowych mechanizmach władzy, na funkcjonowaniu instytucji i ludzi, którzy nimi kierują.**

Wspomnień o Cesarzu jest kilka. Wracanie do tej pozycji jest swoistą mantrą powtarzaną przez autora, co nie znaczy, że nie wymieniał pozostałych swoich książek. Widać jednak, że Cesarz miała dla niego szczególnie znaczenie, chociażby ze względu na związany z nią wieloletni pobyt w Etiopii i fenomen wydawniczy i translatorski tej pozycji. Chwilami zastanawiające było to, że Cesarz jest i nie jest reportażem. Jest prawdziwy, bo Kapuściński spisał prawdziwe relacje, ale jednocześnie skonstruował na własny użytek archaiczne wypowiedzi swoich rozmówców. Jest i nie jest o Hajle Sellasje: jest, bo mówi o stylu jego władzy, nie jest, bo cesarz nie był z gruntu złym człowiekiem, tylko zmieniła go sama władza i jej ogromny wpływ na ludzką psychikę. Pozostaje nadal masa znaków zapytania.

Tak czy inaczej, książka warta czasu jej poświęconego. Szczególnie, że rady dotyczące zawodu dziennikarskiego mają wbrew pozorom dość uniwersalny wymiar. Przekaz można bowiem streścić tak: ucz się, rozwijaj w sobie empatię, ceń drugiego człowieka, nie ustawaj w wysiłkach, by się rozwijać, dojrzewać. W moim odczuciu, zestaw rad wart do podążania za nimi, niezależnie od tego, jaki zawód ktoś wykonuje.


To nie jest zawód dla cyników, Ryszard Kapuściński, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013
* str. 163
** str. 75
Czytaj więcej

niedziela, 4 sierpnia 2013

Niedziela z psychoterapeutami

Na pierwszych zajęciach na studiach z psychologii, były to bodajże ćwiczenia ze wstępu do historii myśli psychologicznej, opowiadaliśmy sobie w grupie, z jakich pobudek każde z nas podjęło decyzję o studiowaniu psychologii. Oczywiście ile osób tyle motywacji, ale od lat powtarzane jest jak zdarta płyta, że student psychologii to niedoszły pacjent (lub klient - określenie jest uzależnione tak naprawdę od szkoły terapeutycznej) terapeuty/psychologa. Gdy tak rozejrzeć się po sali studentów psychologii to na pewno jakiś procent ma sporo problemów ze sobą, co może potwierdzać tę tezę, ale spójrzmy prawdzie w oczy - to samo można powiedzieć, o sali pełnej przyszłych fizyków czy stomatologów. A ja choć problemy u siebie zdiagnozowałam na długo przed pójściem na psychologię, to jednak zdecydowałam o studiach nie w ramach autoterapii, a w ramach poznania nowego, co pośrednio miało mnie prowadzić do celu upragnionego - kryminologii, która jak wiadomo bazuje zarówno na psychologii, jak i psychiatrii (a która wówczas nie była prowadzona jako odrębny kierunek). Nieoczekiwany substytut podarował mi jednak coś, czego się nie spodziewałam - sporo odpowiedzi na pytania, które krążyły w mojej głowie od lat dziecięcych. Można by rzec, że w ten oto sposób stałam się dowodem na tezę, choć ostatecznie żadnej terapii nigdy nie miałam. Zyskałam za to nową jakość własnych przemyśleń.

Literatura psychologiczna oraz około psychologiczna stała się dla mnie czymś ważnym. Dyplom wcale nie zakończył procesu edukacji, a kolejne lektury tylko to udowadniają. Jednak jak każda literatura naukowa bywa ona odbierana jako przynudzająca, dobierająca zbyt fachowe słownictwo, a przez to w efekcie jest pomijana przez wielu czytelników. Sama zresztą bywam również przytłoczona tym stylem, którym niestety celują głównie polscy psychologowie w swoich pracach (choć wyjątkiem jest zdecydowanie prof. Dariusz Doliński, którego książki mogę polecać w ciemno każdemu), dlatego czasami chętnie biorę pod lupę pozycje pisane w bardziej uproszczonej formie. Żyj wystarczająco dobrze jest właśnie taką ciekawie skomponowaną, przyjemną w odbiorze, a jednocześnie poruszającą się po ważnych obszarach w naszym codziennym życiu - od złożonej osobowości, jakiej cechy możemy nieoczekiwanie odkryć w sobie, przez relacje w związku partnerskim, czy rodzicielskim, a wreszcie do postawy jaką mamy wobec życia. A wszystko w ciekawym układzie prostych, życiowych pytań i mądrych odpowiedzi doświadczonych ekspertów.


Agnieszka Jucewicz i Grzegorz Sroczyński, redaktorzy Wysokich Obcasów, przeprowadzili rozmowy z dwudziestką specjalistów w zakresie psychologii i psychoterapii. Książka została podzielona na rozmowy z każdym z nich, ale ten podział jest również jednoznaczny z podziałem tematycznym. Gdy jest rozmowa o trudnej osobowości, rozmówcy skupiają się na tym problemie, choć jak to w życiu bywa, jest on powiązany z każdym następnym tematem, dlatego chwali się autorom taki właśnie podział rozmów, że kolejno wprowadzają one czytelnika w następne powiązania, następne komplikacje życiowe związane z jakimiś traumami, brakami, a także zwykłym zdawałoby się popełnianiem błędów. Co rzecz jasna nie oznacza, że teraz każdy powinien udać się na terapię. Wprost przeciwnie. Każdy z tych problemów, dopóki nie dojdzie do jego eskalacji, jest do wychwycenia i wspólnego z bliskimi przepracowania. Ta pozycja ma o tyle niebywałą wartość, że mówi czytelnikowi o tym, że każdy ma jakieś problemy, każdy ma chwile załamania, ale warto to przemyśleć na spokojnie, gruntowanie ocenić własne zachowania i wtedy może wspólnie wybrać sposób na zmianę utartych schematów. A to już naprawdę ogromny krok ku zmianie. Bo trzeba zachować zdrowy dystans podczas lektury i wziąć sobie do serca słowa Danuty Golec:

Wywiady z terapeutami psychoanalitycznymi mają ten niepowtarzalny urok, że każdy znajdzie w nich kawałek siebie. Tyle, że to urok dość złudny. Powtórzę: wszyscy mamy w sobie wszystko. Na pewno ma pan w sobie elementy borderline, jak każdy. Na pewno często stosuje pan proste mechanizmy obronne, jak każdy. Ale to nie znaczy, że jest pan zaburzony.*

Sam tytuł Żyj wystarczająco dobrze oznacza, że w naszym życiu jest coraz więcej ideałów, za którymi gonimy i radość z samego faktu życia, posiadania środków na to życie, domu i w miarę stabilnej sytuacji finansowej staje się niewystarczająca. Poprzeczka nie wiadomo kiedy poszła w górę i tak oto stworzyliśmy społeczeństwo pełne osobowości narcystycznych (rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem), pracoholików, nie zdolnych do nawiązania dobrych, zdrowych więzi (rozmowa z Lubomirą Szawdyn), alkoholiczek, co jest całkiem nowym zjawiskiem w Polsce (rozmowa z Lubomirą Szawdyn), oraz ze zjawiskiem coraz większych problemów z zajściem w ciążę (rozmowa z Tatianą Ostaszewską - Mosak). Wszystko to, jak w każdej dziedzinie życia, jest pozbawione złotego środka. O tym złotym środku można właśnie poczytać w tej niezwykłej książce. Co nie oznacza, że znajdziecie tu odpowiedzi na wszystkie pytania, lub o zgrozo, że znajdziecie tu gotowy zestaw rad jak żyć. Nie ma takiego zestawu, ale zawsze można pomyśleć nad jego stworzeniem dla samego siebie, nad znalezieniem własnego złotego środka. Czy to w kwestii problemów w związku partnerskim, czy w kwestii trudności związanych z zajściem w ciążę. Polecam nawet do częstego czytania.



Żyj wystarczająco dobrze, Agnieszka Jucewicz, Grzegorz Sroczyński, Agora SA, Warszawa 2013
* str. 74, rozmowa o osobowości borderline
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.