Jak pokolenie opisywanie przez autorkę, trwające ciągle "pomiędzy", dorastające pomiędzy schyłkiem komunizmu a początkami demokracji, dojrzewające pomiędzy światem analogowym a cyfrowym, tak i ja utknęłam w swoistym "pomiędzy" po lekturze Znaków szczególnych Pauliny Wilk.
Pomiędzy entuzjazmem dla stylu autorki, jej przenikliwej obserwacji i oceny współczesności a protestem związanym z unifikowaniem mnie na siłę. Pomiędzy wyrozumiałością, że w przypadku opisywania zbiorowości trudniej o miejsce dla jednostek, które z niej odstają, a niezgodą na jednoczesne przywoływanie autorskich doświadczeń i traktowanie ich jako uniwersalne dla całego pokolenia. Niezgodą na zbiorowe "my", bo nie mówi ono o mnie i przychylnością na autorskie "my", bo oceniając swoje pokolenie Paulina Wilk nie udaje, że sama istnieje poza tą zbiorowością jako zupełnie odrębna jednostka. Podejmując próbę opisania tej pozycji muszę się niestety odciąć od tego, że mówi ona o moim pokoleniu. Nie do końca mówi ona o moim pokoleniu, a przynajmniej nie do końca o rówieśnikach, z którymi dorastałam. Częściowo, zakładam, mówi o sporej zbiorowości, bowiem rozpoznaję pewne symptomatyczne zachowania znane z własnej obserwacji, niekoniecznie jednak rówieśników. I cóż ja tej zbiorowości nie znam za dobrze, niektóre szczegóły wywoływały gwałtowne uniesienie brwi, a niektóre, tak, smutne potwierdzenie. Tyle, że tych potwierdzających było naprawdę niewiele, zaś tych zaskoczonych znacznie, znacznie więcej.
Współcześni trzydziestolatkowie są tu przedstawieni jako pokolenie, które miało dzieciństwo w schyłkowych latach komunizmu i które tak naprawdę dorastało razem z rodzącą się demokracją. Pokolenie dzieciaków bawiących się na podwórkach, którym do zabawy wystarczyła własna wyobraźnia, trzepak i sam fakt, że się wspólnie przeżywa dzieciństwo. Z nostalgią autorka wspomina czasy, gdy meble kupowano całymi miesiącami, a potem całymi latami doceniano ich użyteczność, gdy rodziny powstawały naturalnie, bez planowania, zastanawiania się, wyliczania, czy rodzinę stać na kolejne dziecko, a sprzęty, nawet te już mocno zużyte przeżywały swoją emeryturę na strychach bądź działkach. W opozycji do tego autorka stawia teraz współczesność owych podwórkowych dzieciaków. I jest ta współczesność co najmniej smutna. Pokolenie to zdobywało najpierw starannie i wytrwale wykształcenie i zbierało każde możliwe doświadczenie stając w wyścigu do lepszej od ich rodziców przyszłości, by potem utknąć ponownie "pomiędzy", tym razem pomiędzy starym pokoleniem doświadczonych zawodowców a młodymi, urodzonymi w latach dziewięćdziesiątych, którzy już napierają na ich zawodowe poletko, a w zasadzie z niego wypierają. Pomiędzy szczeblami kariery, której nie udało się zrobić w pełni i gwałtownym zmianami gospodarki, która nagle spowolniła, nie przystając do ich oczekiwań. A jednak jest to w pewnym sensie pokolenie zwycięzców, bo żyjące już w pełnym dobrobycie, w kraju w którym nie ma już powodów do kompleksów wobec innych krajów, gdzie można zaprosić na koncert ważnych piosenkarzy, bo jest już gdzie ich ugościć, a toalety publiczne osiągnęły europejski standard. Jednakże jednocześnie jest to pokolenie, które zatraca poczucie ważności relacji i więzi, któremu brakuje autorytetów, bo ich rodzice nie nadążali za tempem zmian, a nauczyciele nie byli odpowiednio do nich przygotowani. Pokolenie, które wymienia sprzęt nie z powodu jego uszkodzenia, zniszczenia, bądź zużytkowania, ale dlatego, że już jest jego lepszy model. I podobnie też robi z bliskimi sobie ludźmi, nie starając się przesadnie w budowaniu trwalszych więzi, traktując małżeństwo swobodnie, nie poważając składanych sobie przysiąg. Jest to pokolenie hipokrytów, ludzi, którzy odeszli od kościoła, ale są przywiązani do kościelnej tradycji, więc chętnie do niego wracają gdy chodzi o śluby, czy chrzty. Fasadowość tych ceremonii nie przeszkadza już nikomu.
Przez to, że nie widzę siebie do końca w tej książce nie umiem ocenić jej sprawiedliwie. Może gdyby była mowa o kimś innym, a nie o moich rówieśnikach, w jakimś sensie o mnie, postrzegałabym ją inaczej. Często łapałam się na tym, że szukam na siłę jakichś punktów stycznych z bohaterem zbiorowym tej opowieści. Ale trudno mi było je znaleźć, bo ani parcia na karierę nie miałam, ani do Anglii za pracą nie jeździłam, ani ślubu fasadowego nie brałam, nie grałam w gry komputerowe, ani nawet puszek nie zbierałam. A jedyne zbiorowe, solidarne przeżywanie żałoby jakiego zaznałam to było to z 11 września 2001 roku po atakach na WTC. Punkty styczne to ten trzepak, podwórkowe dzieciństwo i kredyt hipoteczny, którego zresztą branie autorka surowo ocenia jako swego rodzaju oszustwo, rozłożone konsekwencjami w czasie*. Ja zaś nazywam jedyną słuszną dla mnie alternatywą, wynikającą z wyboru albo kredytu albo nieustannego wynajmowania cudzych mieszkań. Czy jednak te kilka punktów wystarczy, by autorka mówiła za mnie "my"? I z tego powodu nadal tkwię "pomiędzy". Pomiędzy protestem na wtłaczanie mnie w to "my" a obserwacją niektórych rówieśników, którzy idealnie wpisują się w opisywane znaki szczególne pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Pomiędzy obiektywną oceną, że jest to naprawdę świetnie napisana i skomponowana książka a poczuciem, że pozostając uczciwą wobec samej siebie i własnych doświadczeń, nie potrafię jej subiektywnie ocenić. I może to moje "pomiędzy" jest moim znakiem szczególnym, potwierdzającym, że jednak należę do tego pokoleniowego "my"? Niewykluczone.
Znaki szczególne, Paulina Wilk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
Pomiędzy entuzjazmem dla stylu autorki, jej przenikliwej obserwacji i oceny współczesności a protestem związanym z unifikowaniem mnie na siłę. Pomiędzy wyrozumiałością, że w przypadku opisywania zbiorowości trudniej o miejsce dla jednostek, które z niej odstają, a niezgodą na jednoczesne przywoływanie autorskich doświadczeń i traktowanie ich jako uniwersalne dla całego pokolenia. Niezgodą na zbiorowe "my", bo nie mówi ono o mnie i przychylnością na autorskie "my", bo oceniając swoje pokolenie Paulina Wilk nie udaje, że sama istnieje poza tą zbiorowością jako zupełnie odrębna jednostka. Podejmując próbę opisania tej pozycji muszę się niestety odciąć od tego, że mówi ona o moim pokoleniu. Nie do końca mówi ona o moim pokoleniu, a przynajmniej nie do końca o rówieśnikach, z którymi dorastałam. Częściowo, zakładam, mówi o sporej zbiorowości, bowiem rozpoznaję pewne symptomatyczne zachowania znane z własnej obserwacji, niekoniecznie jednak rówieśników. I cóż ja tej zbiorowości nie znam za dobrze, niektóre szczegóły wywoływały gwałtowne uniesienie brwi, a niektóre, tak, smutne potwierdzenie. Tyle, że tych potwierdzających było naprawdę niewiele, zaś tych zaskoczonych znacznie, znacznie więcej.
Współcześni trzydziestolatkowie są tu przedstawieni jako pokolenie, które miało dzieciństwo w schyłkowych latach komunizmu i które tak naprawdę dorastało razem z rodzącą się demokracją. Pokolenie dzieciaków bawiących się na podwórkach, którym do zabawy wystarczyła własna wyobraźnia, trzepak i sam fakt, że się wspólnie przeżywa dzieciństwo. Z nostalgią autorka wspomina czasy, gdy meble kupowano całymi miesiącami, a potem całymi latami doceniano ich użyteczność, gdy rodziny powstawały naturalnie, bez planowania, zastanawiania się, wyliczania, czy rodzinę stać na kolejne dziecko, a sprzęty, nawet te już mocno zużyte przeżywały swoją emeryturę na strychach bądź działkach. W opozycji do tego autorka stawia teraz współczesność owych podwórkowych dzieciaków. I jest ta współczesność co najmniej smutna. Pokolenie to zdobywało najpierw starannie i wytrwale wykształcenie i zbierało każde możliwe doświadczenie stając w wyścigu do lepszej od ich rodziców przyszłości, by potem utknąć ponownie "pomiędzy", tym razem pomiędzy starym pokoleniem doświadczonych zawodowców a młodymi, urodzonymi w latach dziewięćdziesiątych, którzy już napierają na ich zawodowe poletko, a w zasadzie z niego wypierają. Pomiędzy szczeblami kariery, której nie udało się zrobić w pełni i gwałtownym zmianami gospodarki, która nagle spowolniła, nie przystając do ich oczekiwań. A jednak jest to w pewnym sensie pokolenie zwycięzców, bo żyjące już w pełnym dobrobycie, w kraju w którym nie ma już powodów do kompleksów wobec innych krajów, gdzie można zaprosić na koncert ważnych piosenkarzy, bo jest już gdzie ich ugościć, a toalety publiczne osiągnęły europejski standard. Jednakże jednocześnie jest to pokolenie, które zatraca poczucie ważności relacji i więzi, któremu brakuje autorytetów, bo ich rodzice nie nadążali za tempem zmian, a nauczyciele nie byli odpowiednio do nich przygotowani. Pokolenie, które wymienia sprzęt nie z powodu jego uszkodzenia, zniszczenia, bądź zużytkowania, ale dlatego, że już jest jego lepszy model. I podobnie też robi z bliskimi sobie ludźmi, nie starając się przesadnie w budowaniu trwalszych więzi, traktując małżeństwo swobodnie, nie poważając składanych sobie przysiąg. Jest to pokolenie hipokrytów, ludzi, którzy odeszli od kościoła, ale są przywiązani do kościelnej tradycji, więc chętnie do niego wracają gdy chodzi o śluby, czy chrzty. Fasadowość tych ceremonii nie przeszkadza już nikomu.
Przez to, że nie widzę siebie do końca w tej książce nie umiem ocenić jej sprawiedliwie. Może gdyby była mowa o kimś innym, a nie o moich rówieśnikach, w jakimś sensie o mnie, postrzegałabym ją inaczej. Często łapałam się na tym, że szukam na siłę jakichś punktów stycznych z bohaterem zbiorowym tej opowieści. Ale trudno mi było je znaleźć, bo ani parcia na karierę nie miałam, ani do Anglii za pracą nie jeździłam, ani ślubu fasadowego nie brałam, nie grałam w gry komputerowe, ani nawet puszek nie zbierałam. A jedyne zbiorowe, solidarne przeżywanie żałoby jakiego zaznałam to było to z 11 września 2001 roku po atakach na WTC. Punkty styczne to ten trzepak, podwórkowe dzieciństwo i kredyt hipoteczny, którego zresztą branie autorka surowo ocenia jako swego rodzaju oszustwo, rozłożone konsekwencjami w czasie*. Ja zaś nazywam jedyną słuszną dla mnie alternatywą, wynikającą z wyboru albo kredytu albo nieustannego wynajmowania cudzych mieszkań. Czy jednak te kilka punktów wystarczy, by autorka mówiła za mnie "my"? I z tego powodu nadal tkwię "pomiędzy". Pomiędzy protestem na wtłaczanie mnie w to "my" a obserwacją niektórych rówieśników, którzy idealnie wpisują się w opisywane znaki szczególne pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Pomiędzy obiektywną oceną, że jest to naprawdę świetnie napisana i skomponowana książka a poczuciem, że pozostając uczciwą wobec samej siebie i własnych doświadczeń, nie potrafię jej subiektywnie ocenić. I może to moje "pomiędzy" jest moim znakiem szczególnym, potwierdzającym, że jednak należę do tego pokoleniowego "my"? Niewykluczone.
Znaki szczególne, Paulina Wilk, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014
* str. 183







