W pragnieniu estetyki nie ma absolutnie nic złego. W pragnieniu zetknięcia się z bliska z literaturą klasyczną również (przecież nie ma nic złego w ciągłych powtórkach tego, co dobre, prawda?). Nie ma też nic złego w tym, że w podłym stanie ducha człowiek idzie obejrzeć odwieczny dylemat moralny związany z karą za przewinienie. A potem ma dziwne sny, niczym ten Raskolnikowa o nieszczęsnym koniu (której to sceny długo nie można zapomnieć; o zgrozo, dużo bardziej mną wstrząsnęła niż śmierć biednej, niewinnej Lizawiety) i przewija się w tym jakaś nerwowa chorobliwość. Doprawdy, ileż może się emocji człowiekowi w głowie zalęgnąć po kilku ledwie scenach wyrwanych z powieści Dostojewskiego, to niebywałe.
Raskolnikow w Teatrze Powszechnym jest ukazany tuż po zbrodni, chwilę po tym, gdy niczym obłąkany po własnym czynie wrócił do swojego pokoju, wrzucił skradzioną lichwiarce biżuterię do dziury za tapetą i pogrąża się w stuporze, który przerywa natłokiem własnym, głośnych myśli. Te myśli zdają się krzyczeć w nim, choć stało się, morderstwo zostało dokonane. Skąd wziął na to siły? Nie wie. Wie, że teraz jest tym przytłoczony, udręczony, popada w swoistą chorobę, gdy jego nerwy jednak nie potrafią do końca pogodzić czyny z myślami, domysły z rzeczywistością, hipotezy własne z przeprowadzonym dowodem. Który im wszystkim zaprzeczył. A jednak nie da się zabić ot tak, usunąć przeszkody na drodze człowieka niezwykłego. A jednak o tak, morderca jest po prostu mordercą..
Wstrząs psychiczny jaki przeżywa Raskolnikow jest tym większy, że nie może dać upustu szalejącym w nim emocjom, przepracować właśnie dokonanego czynu, może jedynie beznadziejnie pogrążać się w chaosie własnych myśli, a te mieszają się z wyrzutami sumienia i błędami własnych teorii o zbrodni. Mimo wielu przesłanek, które wskazują jego winę niewiele osób jest w stanie dojrzeć winnego właśnie w nim. I tu pojawia się moja ulubiona postać. Porfiry. Irytująco dokładny w swoich przemyśleniach, choć zdawałoby się, że za bardzo flegmatyczny. A jednak powoli i skrupulatnie doprowadzający Raskolnikowa do wiadomej decyzji..
Na scenie asceza rekwizytów i odcienie szarości. Podzielona na trzy części: pokój przesłuchań po lewej (stół, parę krzeseł, okno z wybitą szybą), po środku coś w rodzaju ulicy bądź klatki schodowej w zależności od sceny, po prawej część najważniejsza, pokój Raskolnikowa (łóżko, stolik, taboret), gdzie widz ma możliwość siedząc pod samą sceną zetknąć się z najgwałtowniejszymi emocjami bohatera wieczoru. Jego napadami wściekłości i bezsilności, gniewnego przestawiania mebli i żarliwej rozmowy z Sonią.
Jaka jest Zbrodnia i kara według Śmigasiewicza? Zbrodnia jest aktem poza sceną, wszyscy wiedzą, że Raskolnikow zabił i znają okoliczności śmierci przypadkowej ofiary tego feralnego wieczoru - Lizawiety. To nad jej śmiercią ubolewa cały Petersburg, nie nad śmiercią lichwiarki (co może w jakiś sposób potwierdzać teorie Raskolnikowa..). Raskolnikow jest pełen cierpienia, którego nie rozumie. Posterunek policji jest miejscem kafkowskich dialogów. Główny problem zaś uwidoczniony, uwypuklony, wyolbrzymiony niczym ogromny transparent, zeppelin nad miastem: dlaczego człowiek posuwa się do takiej ostateczności, by odebrać życie bliźniemu? Skąd biorą się w ludziach demony zbrodni? Dlaczego to właśnie ona, zbrodnia, mimo całej swej plugawości, nadal jest najbardziej fascynującym tematem? Wejrzenie w duszę mordercy, jakim stał się w końcu zwykły, inteligentny student, pokazuje, że zbrodni może dokonać każdy człowiek.
Nie ma zbrodni na scenie, nie ma też kary, choć wiemy co spotkało powieściowego Raskolnikowa. Ten odgrywany przez Marcina Perchucia, jest miotany sprzecznymi emocjami, ale najbardziej zwykłymi wyrzutami sumienia. Zbrodnia i kara w Teatrze Powszechnym to tak naprawdę oddanie głosu Raskolnikowi i jego emocjom. Pokazanie krok po kroku ciężkich, depresyjnych, na granicy szaleństwa stanów psychicznych prowadzących do wyznania winy. Jest wszystko, co jest esencją dzieła Dostojewskiego - zmagania z czynem, który przekracza wszelkie wyobrażenia. I w zasadzie potem są już tylko jakieś dziwne sny. Może nie trzeba było brać Zbrodni i kary przed snem do poczytania?
Zbrodnia i kara, Teatr Powszechny, reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, scenografia Maciej Preyer
Obsada
Raskolnikow: Marcin Perchuć
Porfiry: Kazimierz Kaczor
Sonia: Paulina Holtz
Razumichin: Michał Sitarski
Zosimow: Jarosław Gruda
Marfa: Anna Moskal
Czytaj więcej
![]() |
| autor plakatu: Lech Majewski, źródło |
![]() |
| Marcin Perchuć jako Raskolnikow, źródło |
![]() |
| od lewej: Razumichin (Michał Starski), Porfiry (Kazimierz Kaczor), Raskolnikow (Marcin Perchuć) i Zosimow (Jarosław Gruda); źródło |
![]() |
| Raskolnikow (Marcin Perchuć) i Sonia (Paulina Holtz), źródło |
Nie ma zbrodni na scenie, nie ma też kary, choć wiemy co spotkało powieściowego Raskolnikowa. Ten odgrywany przez Marcina Perchucia, jest miotany sprzecznymi emocjami, ale najbardziej zwykłymi wyrzutami sumienia. Zbrodnia i kara w Teatrze Powszechnym to tak naprawdę oddanie głosu Raskolnikowi i jego emocjom. Pokazanie krok po kroku ciężkich, depresyjnych, na granicy szaleństwa stanów psychicznych prowadzących do wyznania winy. Jest wszystko, co jest esencją dzieła Dostojewskiego - zmagania z czynem, który przekracza wszelkie wyobrażenia. I w zasadzie potem są już tylko jakieś dziwne sny. Może nie trzeba było brać Zbrodni i kary przed snem do poczytania?
Zbrodnia i kara, Teatr Powszechny, reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, scenografia Maciej Preyer
Obsada
Raskolnikow: Marcin Perchuć
Porfiry: Kazimierz Kaczor
Sonia: Paulina Holtz
Razumichin: Michał Sitarski
Zosimow: Jarosław Gruda
Marfa: Anna Moskal







