piątek, 31 maja 2013

Misz - masz ponownie, czyli pół żartem, pół serio

Jak już kiedyś wspominałam są lektury, które fajnie mi się czyta, ale raczej nie są powodem do długiego wpisu, ponieważ - zwyczajnie na świecie - nie pozostawiają po sobie aż tak wyraźnego śladu czy to w pamięci, czy to we wrażeniach. Tym razem jednak bardziej chyba zabrakło czasu, jak chęci, aczkolwiek nie mogę powiedzieć by książki, o których chciałam opowiedzieć w kolejnym miszmaszowym wpisie, były specjalne, bądź mocno zapadające w pamięć.

Sabina Czupryńska zdecydowanie wyróżnia się wśród, przepraszam za to słowo, pewnej bylejakości serwowanej przez polskie autorki tak zwanej kobiecej literatury. Pisze nie tylko świetną polszczyzną, ale ma niezłe pomysły na fabułę, dobre wyczucie psychologiczne pewnych mechanizmów i naprawdę żywe, barwne postaci. Ta druga, słodka i ostra to moja druga powieść tej autorki i druga w jej dorobku, toteż wychodzi na to, że obserwuję ją od początku jej drogi pisarskiej. Zachwytów jednak nie ma, bo mam ciągle poczucie, że czekam na tę naprawdę dobrą i mocną powieść Sabiny Czupryńskiej. I mam ogromne przeczucie, że się doczekam. Chociażby dlatego, że już Ta druga.. jest lepsza od Kobiet w domu Sonii co potwierdza, że autorka ewoluuje, dojrzewa pisarsko i nie powtarza się (co już w ogóle jest rewelacyjne!), ani w historiach, ani w kreowaniu bohaterów. Mam bardzo, bardzo pozytywne odczucia co do dalszych książek i będę ich wypatrywać niecierpliwie. Co do zaś samej powieści, to pomysł na nią był naprawdę niebanalny. Osią całej fabuły jest pewien dziwny trójkąt i relacje jakie w nim zachodzą. Krystyna, Karol i Jacek. Krystyna wydaje się buńczuczną, kłótliwą i dość kłopotliwą kobietą, z zapędami do feminizmu, toteż zadziwia jej decyzja zamążpójścia za spokojnego, niemalże flegmatycznego Karola, stonowanego, stosującego skromne środki wyrazu. Wydaje się, że takie małżeństwo nie ma szans przetrwania. Dodatkowo pojawia się Jacek, najpierw student Krystyny, a następnie współlokator obydwojga. I tak żyją sobie we trójkę, w dość nietypowej konfiguracji. Gdy przychodzi na świat Rafał, Karol nie ma odwagi zadać tego ważnego pytania. I nigdy nie pada na nie odpowiedź. Do tego dorosły Rafał dość długo nie będzie mógł sobie poradzić z powikłaniami emocjonalnymi wynikającymi z dorastania w tak nietypowej rodzinie. Czego zabrakło? Albo rozwinięcia niektórych wątków, co powinno wydłużyć opowieść, albo skrócenia o te wątki nierozwinięte. Zakończenie też mogłoby być rozbudowane nieco lepiej. Jeśli ktoś polubił już autorkę to myślę, że powinien sięgnąć i po tę powieść.

Ta druga, słodka i ostra, Sabina Czupryńska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013


Moja słabość do powieści dla młodzieży (no proszę, a niedawno martwiłam się, że się starzeję..) przejawia się w różnych odcieniach tematycznych (choć jakoś nadal nie potrafię się przebić przez te wszystkie wampirze sagi, pamiętniki i inne cykle). Krąg mnie zaintrygował, ale nie na tyle, żeby tracić na to cenne fundusze przeznaczone na dobrą literaturę. Od czego jednak są wymiany na LC? I tak książka do mnie trafiła, zapewniła mi dwa miłe wieczory nieskomplikowanej rozrywki, jednakże z całą masą wtórności, która spowodowała, że powieść owszem, przeczytałam, ale nie mogę powiedzieć by była naprawdę tak dobra, jak to było przedstawiane podczas jej promowania przez wydawcę. Przede wszystkim, nihil novi, znowu mamy środowisko szkolne, ponownie młodzież o niespotykanych, nadprzyrodzonych zdolnościach i oczywiście walkę z bliżej niesprecyzowanym złem. To co wyróżnia Krąg to poczucie, że to zło jest złowrogie i namacalne, bowiem młodzi ludzie giną naprawdę, w bardzo okrutnych okolicznościach, a więc sama walka ma ogromny sens, bo przede wszystkim trzeba ratować własne życie. Krąg siedmiu osób, które mają spełnić misję owej walki zostaje przerwany już na początku, gdy ginie pierwsza z osób. Zostaje ich zatem sześcioro, choć jeszcze nie wiedzą że to właśnie ich zetknie los. Bo co może mieć wspólnego szkolna gwiazda, szkolna ofiara mobbingu, czy kujonka, niepewna sama siebie? Na co dzień albo się unikały, albo jedna prześladowała drugą, albo w ogóle udawały, że nie istnieją. Gdy zatem łączy je krąg jest im bardzo trudno stworzyć zgrany, ufający sobie zespół. Oczywiście, jak to w typowej historii dla nastolatków bywa, jest sporo kłótni, wyrzucania sobie nawzajem różnych błędów, popełniania nowych, a na koniec, pełnego pojednania. Miłe, łatwe i przyjemne, ale niekoniecznie rewelacyjne. Dla odprężenia całkiem dobra lektura. Czekam jednak na godnego zastępcę Igrzysk śmierci.

Krąg, Mats Strandberg, Sara Bergmark Elfgren, Czarna Owca, Warszawa 2012


Przerywnikiem w literaturze poważniejszej, słabszej i cięższej była książeczka Joanny Olech Pompon w rodzinie Fisiów. Tak, ostatecznie jednak dziecinnieję, a więc chyba wychodzi na to, że się starzeję, ponieważ to jeden z syndromów. Lubię jednak takie przerywniki i nic na to nie poradzę. Nie mam usprawiedliwiania dla posiadania takich książeczek w postaci dzieci własnych, toteż jestem po prostu dziwaczką i przyznaję się do tego otwarcie. Mam słabość do Joanny Olech, a ona uparcie pisze dla młodszego czytelnika, toteż nie mam wyboru i muszę podczytywać właśnie takie pozycje. Historia małego smoka, który wychodzi sobie z odpływu kanalizacyjnego jako jeszcze różowy stworek bez łusek, by później wyrosnąć na przyjemnie wyglądającego smoka wielkości średniej i wywrócić do góry nogami życie miłej rodziny Fisiów jest zwyczajnie sympatyczną historią, którą dzieciaki na pewno polubią, toteż jeśli jeszcze się wahaliście czy kupić tę pozycję swoim latoroślom, to myślę, że możecie przestać się wahać. Przyjemne rysunki autorki, twarda oprawa i słodkie szczęśliwe zakończenie są po prostu tym, czym dobra i fajna bajka powinno być. A przy takiej pozycji o mankamentach nie wypada opowiadać, toteż przemilczę. Kilkulatek ich nie zauważy, a rodzic i tak musi się uporać z niejedną taką historią, a ta przynajmniej uczy odpowiedzialności i pewnych dorosłych decyzji jakie są związane z opieką nad innym stworzeniem.

Pompon w rodzinie Fisiów, Joanna Olech, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013

O Flush'u wolałabym nie pisać w takim wpisie skrótowym, dlatego być może uda mi się jednak napisać o samej książce, a nie ponownie o Potworach, do czego za każdym razem gdy pomyślę o książce Virginii Woolf prowadzi mnie dalszy tok myślowy. Szczególnie, gdy czytam to zdanie:
Stopniowo, z biegiem dziejów Anglii pojawiło się co najmniej siedem słynnych rodzin spanieli - Clumber (..) * i od razu mam przed oczami tego naszego krnąbrnego Clumbera.. A jak Bruno, to i Pestka, a już o Pestce bez Pana Kota.. nie udaje się w ogóle.

*Flush, Virginia Woolf, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, str. 7
Czytaj więcej

czwartek, 30 maja 2013

O Potworach rzecz wcale nie krótka

Zaczęło się, jak to banalnie bywa, we wczesnym dzieciństwie. Mieszkaliśmy w małym, sennym mazurskim miasteczku, w starym poniemieckim biurowcu, którego umownie przetransformowano na budynek mieszkalny. Innymi słowy dorobiono zamki do drzwi poszczególnych pokoi i zaczęto udawać, że to samodzielne mieszkania. Toaleta, luksus w tamtych czasach, była jedna na cały budynek i mieściła się na ostatnim, czyli drugim piętrze. Natomiast do piwnic, położonych głęboko, wiodły wąskie, ostro zwężające się w lewo, strome schody, na których zimą było najłatwiej o kontuzję, ba złamanie z powikłaniami, co spotkało jednego z naszych sąsiadów, przezywanego przez nas dzieciaków, Bocianem. Był wysoki, szczupły i miał ptasi, ostry nos. Czyhaliśmy pod jego drzwiami zaciekawieni co tam robi. Gdy kiedyś otworzył drzwi bez ostrzeżenia i wciągnął mnie do środka swojego mieszkania przeżyłam chwilę zgrozy. A on mnie poczęstował wtedy krążkami usmażonych na patelni ziemniaków. Były pyszne! Od tamtej pory już mu nie dokuczaliśmy, a ja przez chwilę nosiłam nad sobą aureolę chwały, tej, która wróciła żywa z jaskini lwa.
Piwnica nie była oświetlona, za każdym razem trzeba było brać ze sobą latarkę, inaczej ciemność pochłaniała każdego, komu udało się bez szwanku do niej zejść. W środku śmierdziało stęchlizną, małe, zabite okienka nie przepuszczały ani światła, ani powietrza. Ale właśnie tam urządziłam legowisko kotom. Skąd się to dokładnie we mnie wzięło to już nie wiem, ale kochałam wszelkie żyjące stworzenia. Dokarmiałam koty, ale i myszy i szczury także, bo nie rozumiałam jeszcze za bardzo, że skupione razem w piwnicznej czeluści są sobie nawzajem śmiertelnymi wrogami. Wynosiłam w tajemnicy pułapki na myszy. A pewnego dnia przyniosłam Tacie umierającą małą myszkę, by ją uratował. W mojej pięcioletniej jaźni pierwszy raz otworzyła się wtedy przestrzeń na słabości mojego rodziciela.

Koty i myszy rozpoczęły wędrówkę zwierząt przez moje życie. Gdy miałam 6 lat dziadek sprowadził do domu śliczną sunię, rasy wielorakiej, której poprzedni właściciele niestety zmarli, a którą nazwano Lalką. I to Lalka była przyczyną ogromnego nieporozumienia, gdy podczas szkolnej pauzy, z wypiekami na policzkach, oznajmiłam klasowemu koleżeństwu, że nasza Lalka właśnie urodziła sześć cudnych, pyzatych szczeniąt. Dzieci patrzyły się na mnie jak na pierwszorzędną dziwaczkę i jedno odważyło się dopytać: "twoja zabawka ma szczeniaki?" I tu pierwszy raz w życiu zrozumiałam, że można używać tego samego słowa w bardzo wielu znaczeniach.
Szczenięta Lalki były zawsze, nie wiedzieć czemu, pyzate i różnej maści. Łaciate, popielate, jasnobrązowe, szare. Jednolite i kolorowe. I zawsze psotne. Gdy nadchodził moment, że były już za duże, by je nadal trzymać, szczeniaki były rozdawane wszystkim znajomym, rodzinie, a nawet przypadkowym osobom. Pamiętam, jak siedziałam na ganeczku przed klatką schodową do mieszkania dziadków i nawoływałam, niczym Ida Sierpniowa, gdy próbowała sprzedawać swoje gipsowe serduszka na jeżyckim rynku, "komu szczeniaka, komu, bo idę do domu!" trzymając pyzatą kulkę w ramionach. Gdy jakiś przechodzeń się zgłaszał dostawał podstawowy zestaw pytań. "Czy lubisz dzieci? Czy masz dzieci? Jak nie masz to po co ci pies?" Jeden pan powiedział, że owszem, nie ma, ale jego malutka żona (a potem jak czytałam Maleńką panią wielkiego domu przypomniałam sobie te słowa) właśnie jest w ciąży i za parę miesięcy ma mu urodzić ślicznego dzidziusia. I on chce by dzidziuś wychowywał się z pieskiem. I pamiętam potem jak szli z wózkiem, a pyzata kulka, już nie pyzata a całkiem smukła z przyjemnym pyszczkiem, podążała za nimi. A pan słał mi szeroki uśmiech. To były najpiękniejsze dni, te z Lalką, szczeniakiem, kotami i innym przychówkiem, jaki tylko udało mi się wokół siebie zebrać.

Toteż chyba nikogo nie powinno dziwić, że w związku z tym, posiadanie zwierzaka w domu było dla mnie czymś zupełnie naturalnym. Jednak w marcu 2003 roku, gdy jeszcze studiowałam moją ukochaną filologię polską, gdy sama nie miałam swojego kawałka podłogi, a książki przenoszone z jednej stancji na drugą, przeżywały swoje najcięższe chwile, posiadanie własnego czworonoga było raczej w planach na dość odległą przyszłość. Pestka postanowiła wtedy inaczej. Zanim jeszcze Wojciech Malajkat udzielił głosu Kotowi w Butach w popularnej bajce ze Shrekiem w tytule, Pestka miała opanowane do perfekcji owo słynne spojrzenie Kota, które potrafiło złamać nawet najbardziej zatwardziałe serca. Palec przeznaczenia powiódł mnie wtedy w rodzinne strony, gdzie miałam spędzić parę dni i wrócić do uczelnianych obowiązków. Gdy wychodziłam z mieszkania Babci Pestka, wtedy jeszcze bezimienna, już czekała na klatce schodowej. Prawdopodobnie sprowadziła ją tam dzieciarnia podwórkowa, w czym niewątpliwie brała również udział moja najmłodsza siostrzyczka, wówczas ledwie 11-letnia. Spojrzałam w dół, na ten czarny, mizerny tłumoczek. Pestka podeszła. Ciężko osunęła mi się na stopy. I spojrzała. "Albo mnie weźmiesz.. Albo tu umrę." Więc co mogłam zrobić innego?

Pestka w dwa lata po pojawieniu się w naszym życiu
Początki były trudne. Marcin się zdenerwował, choć wtedy jeszcze nie mieszkaliśmy razem, ale mieliśmy wkrótce to zrobić. Moje współlokatorki również, bo nie było mowy o czymś takim. A tu pies. Gdzie tam pies! Wyglądała jak nieboskie stworzenie, nie szczekała, nie piszczała, nic. Leżała bezwolna, ze smutnym pyskiem (niech mi ktoś powie, że psy nie mają mimiki.. ). Biegałam do weterynarza, bo była chora. Zastrzyki codziennie, bo zapalenie pęcherza, bo jakiś wirus, bo wreszcie sporo ran na skórze, ukrywających się pod sierścią. Gdy po dwóch miesiącach Pestka zjeżyła sierść i wydała z siebie głos, piękny, dumny szczek psiego honoru, uwłaczanego właśnie przez innego przechodzącego obok drzwi mieszkania psa, mieliśmy ochotę świętować. Wtedy już Pestkę kochali wszyscy - i Marcin i dziewczyny i nawet moja sceptycznie podchodząca do tematu Babcia. Która zresztą jest autorką imienia naszej suni. "O rany, coś ty tu za ogryzioną pestkę przyniosła?!" krzyknęła Babcia, gdy wniosłam Pestkę do jej mieszkania. I tak od pierwszej chwili Pestka, była Pestką.

Gdy w 2004 roku przeniosłyśmy się z Pestką do stolicy obie przeżywałyśmy małą traumę. Nasza malutka sunia od zawsze wyrażała głośno protest na podróżowanie autobusami, czy pociągami. A tu autobus, potem kolejny, a tu tramwaj, huk, hałas i ten tłum. Było jasne jak słońce, że Pestka nie lubi Warszawy (choć Marcin twierdzi, że dlatego, że ja jej nie lubiłam). Dorosłość dopadła nas wtedy ostatecznie. Wspólne zamieszkanie, pierwsze obowiązki w pracy, konieczność samodzielnego utrzymywania się już bez wsparcia z żadnej strony (bo cóż, pokończyły się stypendia, a renta po Tacie przeszła na młodsze rodzeństwo), a co za tym idzie, konieczność zostawiania Pestki samej w domu. Długo się więc nie zastanawialiśmy nad rozwiązaniem problemu. Pestka to uczuciowy zwierzak, kocha obecność. Dlatego już we wrześniu 2004 pojawił się Pan Kot. I wejście miał doprawdy, mocne.

Pan Kot w październiku 2004
Pan Kot nie polubił Pestki. Po domu więc miotała się wściekła kula sierści i pazurów, której nie mogliśmy w żaden sposób uspokoić, ani powstrzymać przed atakowaniem biedniej, niewinnej Pestki. To były ciężkie tygodnie. Wynajmowaliśmy naprawdę małe mieszkanko na Pradze, gdzie okna kuchni i łazienki wychodziły na tzw. galerię, a okna pokoików na betonowy parking. Mieszkanie tak małe, że dwie osoby w kuchni, to był już tłum, a do łazienki można było wchodzić tylko pojedynczo (poranne mycie zębów we dwójkę było więc istną przygodą). Toteż gdy ta chodząca kocia furia zaczęła szaleć po mieszkaniu, nie było miejsca by gdzieś uciec, schować się. Zarządzaliśmy wtedy przymusową separację. Pan Kot w małym pokoju, Pestka w dużym. Do momentu, gdy pewnego dnia Pan Kot nie wyszedł z pokoju, podbiegając rączo do Pestki i nagle ostentacyjnie się o nią ocierając. Od tamtej pory dla Pana Kota istnieje tylko Pestka. Nas ma w głębokim poważaniu.

Pestka i Pan Kot, czerwiec 2008

A zatem mieliśmy już Pestkę i Pana Kota. W zasadzie nasze życie zostało podporządkowane tej dwójce. Nie pojedziemy już w żadne miejsce gdzie nie można mieć ze sobą psa, a więc przed każdym wyjazdem siedzieliśmy z telefonem w dłoniach, obdzwaniając każde miejsca i skreślając je z listy. Pana Kota na czas podróży oddawaliśmy do mojej przyjaciółki, ale i to wkrótce zaczęło się zmieniać, bo ewidentnie Pan Kot nie lubił być bez nas, choć podróżować też nienawidził. Nie potrafię nawet oddać tych czterech godzin, spędzonych w autobusie, w drodze do mojego rodzinnego miasteczka, gdzie mieliśmy spędzić kilka dni, a Pan Kot zawodził, jakby go ze skóry odzierano. Nie pomagało nic, ani to, że trzymałam go na kolanach i próbowałam uspokoić, ani chodzenie po innych pasażerach. Nie tylko Pan Kot zresztą to uprawiał. Nie zapomnę swojego zdumienia gdy pewnego razu, Pestka cichutko, grzecznie, wdrapała się na kolana pani siedzącej zaraz za nami...A pani się na mnie spojrzała, uśmiechnęła i stwierdziła "no skoro jej tu dobrze".. I tak Pestka dojechała na obcych kolanach do naszego celu podróży. A potem bez żenady opuściła swoje legowisko, nie posyłając pani nawet pożegnalnego spojrzenia, by razem z nami opuścić autobus.

Gdy w 2009 roku naszym życiem zaczęło rządzić szaleństwo pt. "kupujemy mieszkanie" (każdy kto przechodził przez procedurę brania kredytu hipotecznego wie o czym mówię..), i gdy w końcu udało się nam przeprowadzić na nareszcie własny kawałek podłogi, gdy po rozpakowaniu wszystkich rzeczy okazało się, że tym razem nic się nie zbiło, nic nie zginęło i nie zostało zniszczone, myślałam, że najgorsze za nami. Najgorsze jednak było przed nami, bo oto z Krakowa Marcin przywiózł Bruna..
Pestka w trakcie rekonwalescencji po ataku wrednego psa, a Bruneczek od początku pokazuje swoją naturę..
Jeśli tajfun Mongolia, jaki rządził życiem Kaśki (jeśli ktoś nie wie o czym mowa odsyłam do Rokisia Joanny Papuzińskiej) wywrócił jej dotychczasową codzienność do góry nogami, to nasz tajfun przewartościował wszystkie nasze twierdzenia na temat psów i życia z nimi. Przyzwyczajeni i rozpieszczani wręcz spokojną Pestką nie mogliśmy zrozumieć, że taki maluch może:
- demolować mieszkanie
- niszczyć meble
- szantażować emocjonalnie gdy trzeba było go zostawić samego, a w odwecie nawet zjadać moją komórkę
- zjadać buty i inne nierozsądnie zostawione na wierzchu przedmioty
- przez co często też lądować na ostrym psim dyżurze
..
Teraz jest nadal najbardziej absorbującym Potworem w domu.. Nadal potrafi zjeść nie to co trzeba i nadal zmusza nas do częstych wizyt u weterynarza. Pestka jest teraz dużo od niego mniejsza, a jedynym postrachem Bruna jest.. Pan Kot. Ale to do Pestki się klei najbardziej. No, zaraz po Marcinie.

Bruno monitoruje Marcina wpisy na fb ;)


I czy uwierzycie mi, że to wszystko co teraz napisałam, ta powódź wspomnień związanych z Potworami, to przez Flush'a Virginii Woolf?


Czytaj więcej

środa, 29 maja 2013

W nieco odmiennym stylu. O "Pninie" Nabokova.

Marność nad marnościami. Grafomania.
Tak sobie myślę, śledząc swoje wpisy. Jak dobrze, że nigdy nie miałam ambicji by pisać coś więcej, że już nie wspomnę, o próbach wydawania tego. Blog jest o tyle elastycznym kanałem pisarskim, że zaglądają tu tylko ci czytelnicy, którym się to faktycznie, albo spodoba, albo ich zainteresuje z jakiegoś powodu.
W każdym razie uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz. Pisanie bloga daje upust emocjom związanym z lekturą. Piszę głównie o tym, co mi się spodobało, co zachwyciło, co zainspirowało. Przemilczam słabizny narracyjne, autorów czytanych tylko rano do kawy, bo wtedy nie trzeba się mocno wysilać z myśleniem, a o piątej rano to myślenie jest istotnie spowolnione i ciągle zaspane. Bo co można napisać o takich pozycjach? Owszem, czytało się to miło (tak miło jak czasami jest miło u cioci na imieninach), ale obiektywnie rzecz biorąc pewne zgrzyty są nie do przemilczenia, więc cóż, wolę przemilczeć, niż krytykować. Oczywiście, konstruktywna krytyka jest w cenie, a jakże, ale ja się nie poczuwam do bycia krytykiem literackim. Nie mam ani przygotowania do tak ambitnych działań, ani chęci. Jestem czytelnikiem, że powtórzę za Jackiem Dehnelem.

Co sobie uzmysłowiłam? Że to wszystko co piszę jest potwornie wtórne. Powtarzam się jak zdarta katarynka. Fenomenalna narracja, genialna pisarka/pisarz, polecam. I na co to komuś jest potrzebne? Jak to mawiał mój dziadek - psu na budę (choć swoją drogą zimą, lub bodaj podczas ogromnej ulewy, taka buda może się okazać wiejskiemu psu niezbędna). A jednak terapeutyczna moc pisania sprawia, że ciągnie mnie do tego w sposób nieodparcie kuszący. Szczególnie, gdy książka zachwyci, gdy chcę się podzielić z przemyśleniami jakie wywołała. Tym razem mam jednak problem. Bowiem Pnin Nabokova, powieść o podstarzałym profesorze, emigrancie rosyjskim, który wchodzi w amerykańską codzienność z typową dla siebie pninowatością, jest tak dobrze napisana, że w zasadzie odbiera mi wszelką argumentację, by o tym napisać. Bo co mogę nowego powiedzieć w kwestii świetnie napisanej książki? Że takiej zdolności tworzenia opisów mógłby pozazdrościć Nabokovowi niejeden pisarz i pisarka? Że choć historie same w sobie nie są może jakoś fenomenalnie skonstruowane, to jednak tak poprowadzone zgrabną pisarską wirtuozerią, że można tylko powtarzać: "niesamowite!"? Ponownie: wtórność.


A Pnin, jakkolwiek by nie odebrać tę krótką powieść (kompilację z opowiadań?) nie jest ani wtórny, ani banalny. A w każdym razie na pewno nie jest tak napisany. Odkrywam, że z wiekiem (czy to oznacza, że się starzeję?) większe znaczenie ma to jak pisarz posługuje się swoim piórem, jaki ma warsztat, niż to o czym pisze. Bo znam pisarzy (no dobrze, znacznie więcej pań tu celuje, a więc pisarek) piszących historie niebanalne w swej treści, ale napisane tak fatalnie, że czytanie idzie po grudzie. Znam powieści nie wnoszące swoją fabułą zbyt wiele akcji, a jednak czytam jak urzeczona. Tonę w takiej prozie. Zatapiam się w dobrze skonstruowanej powieści. Zarówno pod kątem narracji, jak i pod kątem fabuły. Najchętniej rzecz jasna, gdy powieść spełnia obydwa te wymogi. I takich poszukuję bezustannie. Dybię na nie w antykwariatach. Poszukuję w nowościach, gdzie niestety, są już większą rzadkością. I dlatego pewnie tak chętnie podążam za polecanymi książkami, szczególnie polecanymi przez szczególnie ważne dla mnie postacie. A że Pnina polecał Jacek Dehnel to już czułam, że to będzie coś interesującego. I było! Tylko jak Wam o tym opowiedzieć tak by zachęcić do lektury, by pokazać skąd we mnie zachwyt?

Powiem więc krótko, bo już przynudzam.

Jestem pod wrażeniem.


Pnin, Vladimir Nabokov, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1987



Czytaj więcej

wtorek, 21 maja 2013

Co komu pisane, temu w wodę kamień

Nurt w jaki wpływa czytelnik zaraz po otwarciu pierwszej strony powieści  Joanny Bator jest silny. Porywa on go ze sobą  i w zasadzie nie pozostawia mu wyboru. Książkę pochłania się, przyjmuje niczym daninę, niczym mannę z nieba, dar.  Nawet gdy to takie słodko - gorzkie, pełne bezmyślnej przemocy, bólu, krzywd zadawanych własnym dzieciom, wyzysku człowieka przez człowieka, śmierci. To i tak ciężko odłożyć na bok. I ciężko czytać. Wszystko ciężko. Ojciezkoojciezko. I człowiek tak czyta te fiksum - dyrdum i tylko myśli, jakie to wszystko w tej całej grotesce cholernie prawdziwe, jakie polskie, jakie realne. I odechciewa się, a potem się chce więcej. Ot i zagadka pani Bator. Mistrzyni tej dziwnej, niezwykłej narracji.


Piaskowa góra to powieść strumień. Wylewają się z niej kolejne nurty słów i historii poszczególnych postaci; jego odnogi rozrastają się niebotycznie. Dominika jest chuda i te jej włosy, istna buszmenka, jak powiada jej matka, Jadzia, kobieta zawsze pełna kształtów i ciała. Zupełne przeciwieństwa. Droga do zaistnienia Dominiki wiedzie przez wędrówkę do Wałbrzycha Jadzi, kosza pełnego jaj i pośliźnięcia się na schodach. I upadku wprost w ramiona Stefana Chmury, dzięki czemu Jadzia uniknie egzaminowania przez Halinę, przyszłą teściową. A Halina miała wymagania wobec przyszłej synowej, musiała być najlepsza. Ech ta Jadzia, udało się jej uprzedzić Halinę i jej ewentualny wywiad. I było za późno, Stefan zdecydował, do ślubu Jadzia poszła w sukni uszytej z firanki, bo ta szyta na miarę tuż przed ślubem okazała się za mała na Jadzine obfitości. Zanim Jadzia przyjdzie na świat będzie wojna i podczas tej wojny zginie wielu Żydów. Jednego z nich los poprowadził pod drzwi matki Jadzi, Zofii, tym samym zostawiając trwały ślad w sercach obydwojga. Jak to mawia Zofia, co komu pisane, temu w wodę kamień, dlatego nie zastanawia się długo nad nieprzytomnym, wycieńczonym Ignacym. I tak można bez końca, bo te historie są jak matrioszka bez dna, co otwierasz jedną to za nią siedzi kolejna. Wszystkie jednak prowadzą do Dominiki, jej nielekkiego dzieciństwa z magister Demon w tle i wredną Jagienką. I Piaskowej Góry, tego szczęścia i nieszczęścia osiedlowego, wyczekanego, w końcu z centralnym, jedynego, tylko dla ich rodziny, mieszkania państwa Chmury..

Gorzka ironia, groteska z jaką opisuje Bator przeszłość zarówno Jadzi, jak i Zofii, a wcześniej Jadwigi, matki Zofii, jak i przeszłość wielu Polaków, przeszłość, której autorka nie ocenia, tylko pokazuje, taką jaka była, wydaje się jakimś złym snem. Gorzkie czasy wojenne, gdy nawet na ściganym i umierającym z głodu i wycieńczenia Żydzie próbowano zarobić, żeby potem zostawić na pastwę losu, ciężkie czasy dźwigania się z powojennej rzeczywistości w normalność, stereotypy rządzące ludzką wyobraźnią, a wreszcie wytykanie wszelkiej anomalii, która jeśli nie katolicka, zwykła, rodzinna, gdzie dziecko matkę i ojca ma, a do tego babcia, żeby pomagać, to nienormalna, jakieś homoniewiadomo o co chodzi. Więc jak homoniewiadomo to można tych zboczeńców stłuc niemalże na śmierć, psu kark przekręcić i zostawić na powolne umieranie.. Nie ma chwili oddechu w tej rzeczywistości. A jednak wciąga, wsysa w nią to jak autorka prowadzi narrację. Polecam!


Piaskowa góra, Joanna Bator, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009

Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.