sobota, 30 listopada 2013

Lektury dzieciństwa. "Taja z Jaśminowej" Adriany Szymańskiej

Lektury okresu dzieciństwa mają niezwykły urok. Na mojej liście jest kilka stałych ulubieńców, których kartki swego czasu wertowałam namiętnie i z dużą regularnością. Do nich należy między innymi Taja z Jaśminowej Adriany Szymańskiej wydana pierwszy raz w 1988 roku. Taka "dziewczyńska", jak to mawiał mój brat cioteczny, choć on w ogóle uważał, że czytanie jest "dziewczyńskie". Taja jednak była dla mnie szczególna. W momencie lektury byłam tylko o rok starsza od bohaterki, przede mną były podobne zmiany, czyli przeprowadzka, miałyśmy rodzeństwo w zbliżonym wieku. Dlatego ta malutka książeczka miała dla mnie szczególne znaczenie wtedy, a i dziś sentyment z nią związany wcale nie uległ zmniejszeniu. Szczególnie, gdy patrzę na te pierwsze próby oznaczania własnych książek, a także, pierwsze próby ich katalogowania.


Gdy zobaczyłam pierwsze od 1988 roku wznowienie Tai, pięknie zresztą wydane przez wydawnictwo W.A.B w 2010, leżące w taniej książce w ilości kosmicznej, za całe 11 polskich złotych, zrobiło mi się smutno. W trzy lata po wydaniu tej książeczki zainteresowanie nią okazuje się być znikome. A przecież jest to naprawdę przemiła książka dla dzieci, która mogłaby również cieszyć oko rodzica przyjemnymi ilustracjami, czy to ze starej, czy to z nowej jej wersji.


Taja tak naprawdę ma na imię Natalia. Jej imię zmodyfikował malutki braciszek, Daszo, który zresztą również sobie zmienił imię, bo przecież jego prawdziwe to Adam. Po tacie, Adamie. Tata dla rozróżnienia więc jest Duży - to po to, by mama nie musiała wołać ich obu na raz, gdy będzie potrzebowała tylko jednego. Całą rodziną, wraz z babcią, mieszkają w ślicznym domku przy Jaśminowej 3. Taję cieszy przy Jaśminowej wszystko. Ogród pełen Dziwanów, dziadek Filip po sąsiedzku, kolega Michał, z którym często się droczy i oczywiście kochana rodzina, choć oni ciągle zajmują jej czas, podczas gdy w ogrodzie tyle się dzieje!

ilustracja z wersji z 1988, ilustrowała Katarzyna Gintowt
 Tańczące Świetliki śpiewają jej piosenki i zmuszają do poszukiwań, bo ciągle jej umykają. Słończyk bywa kapryśny i nie zawsze się pojawia, gdy Taja tego pragnie. Czasami, gdy pada dłużej niż jeden dzień tęskni za nim bardzo i dlatego się cieszy, gdy ponownie się pojawia. Oczywiście, wraz z pierwszymi promieniami słońca.

ilustracja z wersji 2010, ilustrowała Lucyna Talejko - Kwiatkowska
 Bo tak, Taja ma bujną wyobraźnię i to ona pomaga jej nie myśleć o zmianach, które są nieuchronne. Wyprowadzka z Jaśminowej to już tylko kwestia czasu. Mama ciągle mówi o nowym mieszkaniu, cieszy się, babcię też ta zmiana nastraja optymistycznie, gdyż duża wilgoć w domu przy Jaśminowej znacząco wpływa na jej samopoczucie. Daszy póki co jest wszystko jedno. A Taja nie wyobraża sobie innego życia niż tego przy Jaśminowej. Dziadek Filip znaczy dla niej bardzo wiele, a Michała też na pewno będzie jej brakować. Oprócz tego ogrodowe Dziwany, ściganie Rdenia, poszukiwania Galopka - tego nie da jej mieszkanie w nowym bloku. Dziewczynka jest więc zrozpaczona i postanawia, że zostanie sama przy Jaśminowej. Dopiero rozmowy z Dziadkiem Filipem pomogą jej zrozumieć, że pewne zmiany w życiu są konieczne, że należy szukać w nich pozytywnych stron, nie żałować tego, co mija, a witać nowe z ciekawością, bo nigdy nie wiadomo, co ono przyniesie. A wszystko co najważniejsze przecież Taja i tak zabierze ze sobą, w swoim sercu.

Dziadek Filip w starszej wersji
 Taja z Jaśminowej jak na lekturę dla dzieci przystało omawia parę ważnych spraw, ale przede wszystkim daje popis siły dziecięcej wyobraźni. Wszystko, co widzi Taja jest przesycone pięknem, ale też pokazujące, że zwykły promień słońca, zwykły deszcz, mogą być źródłem niesamowitych wyobrażeń. Nawet taka nudna czynność, jak pielenie grządek, może okazać się niezwykłą przygodą. Oczywiście jest to historia, która może już nie znajdywać swoich odbiorców. W świecie, gdzie wyobraźnię zastąpiły gotowe obrazy, a rozrywki dostarczają gadżety elektroniczne, taka bajeczka o zwykłej w sumie dziewczynce, z przeciętnymi, choć poetyckim marzeniami, może wydawać się nudna. A jednak sądzę, że świat dziecięcej wyobraźni aż tak bardzo się nie zmienił i dlatego mimo wszystko warto dawać dzieciom Taję do poczytania. W każdym razie moja bratanica na pewno dostanie swój egzemplarz, jak tylko osiągnie odpowiedni wiek. I liczę na jej spektakularny sukces, podobny do tego z jakim spotykają się aktualne lektury (w tej chwili mocno, ale też z dużą namiętnością, targane za nieszczęsne stronice).


Taja z Jaśminowej, Adriana Szymańska, Wydawnictwo "Alfa", Warszawa 1988
                                                             Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010


Czytaj więcej

czwartek, 28 listopada 2013

Odcienie znaczeń. "Honor" Elif Shafak

 Każdy człowiek jest osadzony w jakiejś kulturze, w której przyszło mu się urodzić i wychować. Nawet jeśli kiedyś wyemigruje ze swojego kręgu kulturowego, nawet gdy wpływy innych kultur i postaw znacząco ukształtują zmiany w jego charakterze, pewnych niemalże bezwarunkowych wpisów, nie sposób z serca wymazać. Idą w ślad za człowiekiem, niczym jego skarb, albo piętno, zależy jak na to spojrzeć. Ta różnorodność kulturowa ma takie rozpięcie, taki rozmach, że jedno słowo, choć potencjalnie oznaczające to samo, może mieć tego znaczenia całą masę odcieni. Bo na przykład takie słowo jak "hańba" może dla Anglika znaczyć coś zupełnie innego niż dla tureckiego imigranta, który w Anglii zamieszkał. Tak się rodzą nieporozumienia, tak powstaje mit podłej rasy, tak też interpretacje zachowań osób z innej kultury są zakrzywione. Choć trudno powiedzieć, by to oznaczało, że mniej sprawiedliwe, gdy mowa o tak zwanym honorowym morderstwie. Bo czy jakiekolwiek morderstwo może usprawiedliwiać pochodzenie kulturowe?

 Wędrówka przez powieść Elif Shafak rozpoczyna się w Londynie, by płynnie cofnąć się w czasie i przestrzeni do małej, kurdyjskiej wioski nad Eufratem i ten sposób prowadząc czytelnika przez czas i miejsca tak sobie odległe, tak różniące się kulturowo, opowiedzieć historię pewnej rodziny, której początki wcale nie miały związku z miłością i oddaniem. Bowiem Naze gdy rodziła Pembe i Jamilę oczekiwała syna, a nie kolejnych córek. Bowiem Adem pokochał Jamilę, choć za żonę pojął Pembe. Wszystko poszło nie tak, jak tego oczekiwali bohaterowie tej opowieści, trudno się zatem dziwić, że i historia sama w sobie nie tchnie przesadnie wydźwiękiem pozytywnym.


 Rodzina Topraków wyemigrowała ze Stambułu, z małego, stęchłego i pełnego wilgoci mieszkania w suterenie do Londynu, jak każdy emigrant, za lepszym życiem. Stara, słuszna zasada mówi o tym, że człowiek może uciec od miejsca i od innych ludzi, ale od siebie samego nie ma jak uciec. Londyn przyprawia Pembe o zwiększoną zabobonność, potęguje nałóg Adema, wpływa na zmianę charakterów dzieci;  Iskander, najstarszy syn, coraz częściej interesuje się spotkaniami z kolegami i boksem, córka Esma w zasadzie nosi się jak londyńskie dziewczyny, a najmłodszy Yunus ciągle jest poza domem i ukrywając to przed rodzicami, spędza czas z squattersami, zakochany bez pamięci w jednej z nich -  Tobiko. Jednak tak naprawdę to, co zabrali ze sobą jeszcze znad Eufratu, potem trwało przy nich w Stambule, a następnie razem z nimi wyemigrowało do Londynu, to to, że od dawna nie układało się między Pembe a Ademem, który ostatecznie odchodzi od żony i związuje się z tancerką erotyczną.

 Mężczyzna grzeszy, kobieta zaś hańbi rodzinę. Na tym w skrócie polega różnica pomiędzy Ademem, który sypia z inną niż jego żona kobietą, a Pembe, która nieśmiało zaczyna się spotykać z Eliasem, zgadzając się jedynie na cotygodniowe seanse kinowe. Ale Adem jedynie zgrzeszył, Pembe zhańbiła cały ród. Niesłychane, jak można zapomnieć o dobrym tonie, wychowaniu i zakląć gorzko w duszy, czytając takie niesprawiedliwe i krzywdzące oceny. A jednak te postawy i oceny, traktowane jako coś niepodważalnego, powodują mnóstwo nieszczęścia. Bo przecież rodzinie trzeba honor przywrócić. Skoro ojciec nie może podołać zadaniu siłą rzeczy spada ono na barki najstarszego syna. Chłopak nie ma wyboru. W przypływie gniewu dokonuje czynu - w jego przekonaniu - honorowego, w odczuciu każdej innej istoty - hańbiącego. Zabija własną matkę.

 Wbrew pozorom powyżej oddałam jedynie jeden z odcieni tej powieści. Shafak prowadzi nas swoim zręcznym piórem przez jej różnorodne odnogi, które sięgają głęboko w przeszłość, pokazują trudne ścieżki, jakimi byli zmuszeni podążyć jej bohaterowie, wreszcie, nie poddaje ocenie swoich postaci. Są oni marionetkami w rękach losu, w sidłach silnych emocji, uwięzieni w sztywnych, kulturowych ramach, poza które nie potrafią wyjść nawet gdy chodzi o dobro dziecka, miłość do matki, gdy chodzi o mówienie dziecku pewnych prawd, bądź kłamstw. W Honorze mamy pięknie ukazane, jak bezrefleksyjnie posłuszni kulturowym, odziedziczonym zasadom, ludzie wpadają w ślepe zaułki, jak miotają się w sprzecznych emocjach, które powoduje chęć obejścia, złamania, bądź zapomnienia tych zasad. Niestety, w powieści Elif Shafak okazują się one dla wielu jej bohaterów silniejsze nawet od miłości.

 Wspaniale się czyta Honor. Pięknie, z rozmachem i kobieco napisana, saga rodziny Topraków przenosi czytelnika w inne zakątki świata, wywołuje emocje, wzburza, wzrusza, ponosi falą słów. Lubię Elif Shafak, nawet jeśli Honor nie jest tak dobry jak Bękart ze Stambułu to utrzymuje wysoki poziom tej ostatniej i udowadnia, że autorka ma jeszcze wiele do opowiedzenia. A ja chętnie będę sięgać po kolejne jej tytuły.



Honor, Elif Shafak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Czytaj więcej

sobota, 23 listopada 2013

Bo dzieciom też należy opowiadać o Holocauście. "Arka czasu" Marcina Szczygielskiego

  Nie wiem jak dziś jest omawiany w szkołach okres II wojny światowej, a szczególnie tematyka Holocaustu, ale wiem, że gdy sama byłam dzieckiem to dziadek mnie wtajemniczył w to zagadnienie. Zresztą, rozmowa na ten temat zakończyła się naszą pierwszą poważną kłótnią. Nie mogłam przyjąć do wiadomości, że miliony ludzi najpierw wtrącono do gett, a potem wywożono na masową śmierć. Moje podstawowe pytanie do dziadka było - "i nikt nie zareagował?" Dziadek nie potrafił mi wyjaśnić dlaczego tak naprawdę cały świat zignorował te wydarzenia, a przynajmniej, nie zareagował na tyle by się przeciwstawiać działaniom faszystów. Nie wytrzymał i nakrzyczał na mnie wyzywając mnie od idealistek. Wówczas poznałam słowo "idealista" i chciałam dowiedzieć się więcej o wydarzeniach z okresu II wojny światowej. Miałam osiem, może dziewięć lat. Jednak nie miałam wtedy za bardzo z kim o tym porozmawiać.

  Sądzę, że dzieciom powinno się opowiadać o Holocauście, a już na pewno powinno się odpowiadać na ich pytania w tym temacie. Wierzę jednak, że to musi być bardzo trudne. Opowiedzieć własnemu dziecku o potwornościach z getta, o wycieńczającej pracy w obozach, a głodowaniu, chorobach, a wreszcie okrutnej śmierci? To temat wywołujący mocny dyskomfort, szczególnie, że każdy rodzic chce dziecko przede wszystkim chronić. Dlatego takiemu rodzicowi, który chciałby o tym mówić, ale ma obawy jak to zrobić najłagodniej, najtaktowniej dla dziecka, proponuję lekturę Arki czasu Marcina Szczygielskiego. Najlepiej na głos, wspólnie z pociechą. Z dwóch ważnych powodów - pierwszy jest taki, że przeżycia wojenne poznajemy z perspektywy i głosem dziecka, drugi zaś jest taki, że w tej perspektywie nie ma zakłamania, ani udawania, że dramatu nie było, a jednocześnie jest to historia opowiedziana z dużym wyczuciem, tak, by młodego czytelnika poruszyć, ale nie przerazić natłokiem wojennego koszmaru, by uświadomić, ale też wyłuszczyć istotne w życiu tematy, takie jak miłość, przyjaźń, lojalność, oraz ich ogromną moc w trudnych chwilach. Dodam już niezależnie od własnego osądu, że nagroda jury III konkursu literackiego imienia Astrid Lindgren może potwierdzać, że warto.


  Głównym bohaterem tej historii jest Rafał, który ma prawie dziewięć lat i mieszka wraz z Dziadziem w Dzielnicy. Początek jego historii ma nawet parę elementów zabawnych, bowiem w jednym mieszkaniu z Dziadziem i Rafałem mieszka też parę innych rodzin. I tak w jednym pokoju mieszkają państwo Brylant z synami, a pani Brylant, która ma schorowane nogi i w związku z tym nie wychodzi w ogóle z domu, przysparza czasami komicznych sytuacji, gdy próbuje cokolwiek zarobić przeistaczając się we wróżkę, która wróży z kart. Podsłuchiwanie tych wróżb może grozić chichotem i zdemaskowaniem podsłuchującego. Oprócz pani Brylant jest jeszcze pani Aniela, dawna nauczycielka, jednak ona jest często smutna. W kolejnej rodzinie, mieszkającej w trzecim pokoju, są nawet dzieci w wieku Rafała, ale mówią w języku, którego Rafał nie zna. Trudno jest zresztą w Dzielnicy znaleźć przyjaciela, bo tu codziennie coś się zmienia, ktoś się wyprowadza, ktoś wprowadza. Na szczęście jest biblioteka, do której co prawda  droga bywa niebezpieczna, ale dzięki niej właśnie Rafał może spędzać miłe chwile na lekturze. Bardzo lubi książki Juliusza Verne'a, ale ostatnio pani z biblioteki dala mu Wehikuł czasu i Rafał przepadł z kretesem. Cóż za niezwykła lektura!

  W tę dość oswojoną codzienność zaczyna wkraczać jednak brutalna rzeczywistość getta. Chłopiec wraz z dziadkiem muszą przenieść się w inne miejsce. Na dodatek dziadek jest coraz bardziej schorowany, głód często zagląda im w oczy. Dziadzio co prawda gra pięknie na skrzypcach dzięki czemu zarabia czasem na coś do jedzenia, ale jest o to coraz trudniej. Dlatego pewnego dnia zapada decyzja. Rafał musi uciec z Dzielnicy. W tym celu Dziadzio prowadzi chłopca do innego mieszkania, gdzie rozpocznie się jego trudna i pełna bólu odyseja do wyzwolenia, w której przetrwaniu pomoże chłopcu jego niezwykła wyobraźnia - tak, pobudzona przez lekturę pięknych i interesujących książek! - oraz jego zdolność do szybkiego uczenia się, bo choć miał dopiero dziewięć lat już był nauczony myśleć jak dorosły. W tej podróży nie obędzie się bez trudnych, bolesnych i krwawych momentów, które niejako amortyzuje jej dobre i szczęśliwe zakończenie.

 Marcin Szczygielski pisząc o życiu w getcie opowiada w sposób delikatny, operujący symboliką właściwą dla perspektywy dziecka, przemawiający do dziecięcej wyobraźni, ale też nie zakłamujący rzeczywistości. Dba o przekazanie realiów z życia getta i nie ukrywa przed młodym czytelnikiem prawdopodobnych losów osób wysiedlonych z getta. Uczy wrażliwości i przenikliwości pokazując świat wojennej warszawy oczami Rafała. W ten sam sposób tworzy różnorodne alegorie jak na przykład ukazanie losu Żydów poprzez występ teatrzyku kukiełkowego, który uważnie jest obserwowany przez Rafała, podświadomie odczuwającego w tym dodatkowy przekaz. Kukiełki wyglądają bardzo ładnie. Każda ma przyczepione do rąk, nóg i głowy sznurki, za które pociągają ludzie schowani  w budce, oni też mówią, udając, że odzywają się lalki. Przyglądam się kukiełkom i sznurkom, śmieję się, aż tu nagle - chociaż to głupie - przestaje mi być wesoło i zaczynam żałować tych lalek. Muszą robić to, co chcą ukryci w budce ludzie - chodzić, podskakiwać, kłaniać się. Są uwięzione. Wiem przecież, że to tylko zabawki, że nic nie czują, ale nie mogę przestać o tym myśleć. * Wyobrażenia, jakie podejmuje Rafał podczas ucieczki z getta są przykładem siły dziecięcej psychiki, która nieprzygotowana na wiele tematów radzi sobie z wydarzeniami i otoczeniem dookoła siebie najlepiej jak potrafi. Elementy fantastyczne wykorzystane w tej książce pozwalają nieco złagodzić momenty brutalniejsze i dodać powieści nieco baśniowości, która w końcu najlepiej przemawia do dziecka. Wreszcie rozmowa końcowa, z pierwszą czytelniczką Arki czasu może pokazać, jak mogłaby wyglądać rozmowa z dzieckiem po zakończeniu lektury. Namawiam do sięgnięcia po Arkę czasu. Jest to wartościowa, zgrabnie i ładnie napisana, a przede wszystkim z umiarem i taktem wobec młodego czytelnika, wprowadzająca go w tematykę Holocaustu w najlepszy z możliwych sposobów, wzruszająca powieść o małym chłopcu z warszawskiego getta. Która ma walory dydaktyczne, bo jednocześnie uczy, że ważne jest by znać historię, aby nie powielać jej błędów, a także że ludzi nie powinno się różnicować ze względu na religię, przynależność narodową, czy kolor skóry. To jest naprawdę bardzo ważna książka i nie wolno jej przeoczyć.

O Arce możecie też przeczytać na blogu Beznadziejnie Zacofany w Lekturze.

Arka czasu, Marcin Szczygielski, STENTOR, Warszawa 2013
* str. 56

Czytaj więcej

piątek, 22 listopada 2013

Argentyńska defensywa. Gombrowicz i jego "Dziennik 1953 - 1956"

  Słowo się rzekło, rozpoczęło się nadrabianie związane z wyrzutami sumienia i proszę, oto efekty:  w poniedziałek zakończyłam lekturę pierwszego tomu Dzienników Witolda Gombrowicza..

  Chwilami zachwycona, momentami zniesmaczona, czasami pełna litości i współczucia męczyłam ten pierwszy tom Dzienników Gombrowicza bodaj dwa tygodnie (a tomów na półce zostało wszak jeszcze dwa..). Pewności nie mam, jak długo dokładnie zajęła mi lektura, bowiem porzucałam książkę, jak tylko wpadło mi w oko coś znacznie ciekawszego. Rzecz jasna nie powiem, że Gombrowicz w ogóle nudził, albo że może był miejscami zbyt nachalnie bezczelny wobec rodaków. Nie, bo to nie byłoby do końca prawdą. Nie, bo w zasadzie to dość przebrzmiałe, dawne dzieje, lat temu już sześćdziesiąt, a tamten kij wrzucony w mrowisku stracił już na swojej sile impetu. Zmienił się w kraju ustrój, zmienił się świat, a w międzyczasie Gombrowicz umarł i teraz jest wbrew własnym zamiarom "wielkim pisarzem". Choć, tu rację mu muszę przyznać, mentalność Polaków nie uległa zmianie i całkiem nieźle on wieszczył, jak będzie wyglądała przyszłość polskiej literatury. Szkoda jednak, że jednocześnie siebie tak wydelikacał, wybielał, ukazywał w lepszym świetle, niemalże w belferskim tonie pouczał, chociaż sam wyemigrował i nie mógł do końca rozumieć tego, co się dzieje w kraju, a więc trochę przykre, że krytykował kolegów po piórze, inteligentów, czytelników aż tak dobitnie. I nawet czasami  nie do końca za styl, czy za konkretny utwór, ale też za pewne postawy. Z czym jednakże momentami aż ciężko bywało się nie zgadzać...

  Co myśleć o poziomie intelektualnym i wszelkim innym poziomie osoby, która dotąd nie wie, że słowo zmienia się zależnie od tego jak jest użyte - że nawet słowo róża może stać się niepachnące, gdy jawi się na ustach pretensjonalnej estetki, a nawet słowo na"g.." może stać się doskonale wychowane, gdy posługuje się nim świadoma swych celów dyscyplina?
  Ale oni czytają dosłownie. Jeśli ktoś używa wzniosłych słów - szlachetny; jeśli krzepkich - silny; jeśli ordynarnych - ordynarny. I ta tępa dosłowność panoszy się nawet na najwyższych szczeblach społeczeństwa - więc jakże marzyć o literaturze polskiej na szerszą skalę? *




   Dziennik z okresu lat 1953 -1956 obejmuje zapiski quasi osobiste (nie dajmy się jednak nabrać temu wszędobylskiemu "ja" czy zachwytowi, że zakupił był właśnie za ciasne buty), zapiski dotyczące wspomnień własnych o pierwszych momentach w Argentynie, oraz naprzemiennie krytykowanie polskich: literatury, katolicyzmu, komunizmu, egzystencjalizmu i marksizmu, oraz komentowanie wydarzeń w kraju. Kolejno pod pręgierze słów pisarza muszą pójść w tej defiladzie zarówno katolicy (kraj jest zdziecinniały, bo prowadzony za rączkę przez kościół), jak i komuniści, poeci (nikt prawie nie lubi wierszy**), uznani polscy pisarze, jaki i ci znacznie słabsi, temat niepodległości odzyskanej w 1918 roku, na którą w ogóle nie byliśmy przygotowani, literatura okresu Młodej Polski, oraz Dwudziestolecia Międzywojennego, z wyszczególnieniem co zacniejszych nazwisk tych epok, na których nie pozostawił nawet cienia wątpliwości, że wszystko to marność, marność nad marnościami. Zarozumiałość moja trąci poważną chorobą*** przyznaje między wierszami, a ja przez grzeczność nie zaprzeczę.

 Gombrowicz wcale nie potrafił odnaleźć się łatwo w emigracyjnej rzeczywistości, szczególnie gdy minął wstrząs pierwszych wrażeń i spotkań z nowymi ludźmi, poszukiwań nowych doznań, imprez i dziwnych dialogów z kolejną dawką ironicznego prezentowania własnej osoby; gdy nadeszły momenty osamotnienia w jego notatki  wkradał się w opisach przemyt tęsknoty, której mam wrażenie, sam do końca nie był świadomy. Częste nawroty do Witolda Gombrowicza z przeszłości są próbą nie tylko uporządkowania pierwszych miesięcy w Argentynie, ale także formą autoterapii, powrotów do dawnych miejsc i ludzi, do tego co minęło i nie wróci, a więc tym tęskniej przychodzi do nich sięgać myślą.

  Tam, przewiany, usiłuję dokonać rzeczy nad siły a tak upragnionej - nawiązać z Witoldem Gombrowiczem do epok niepowrotnych. Rekonstrukcji mojej przeszłości poświęciłem wiele czasu, ustalałem pracowicie chronologię, wytężałem pamięć do ostateczności szukając siebie, niczym Proust, ale nic się nie da zrobić, przeszłość jest bezdenna, a Proust kłamie - nic, zupełnie nic nie da się zrobić...****

   Dziennik ten, co warto tutaj odnotować, nie był dziennikiem osobistym sensu stricte. Pisany z myślą, że idzie do druku, najpierw we włoskiej, a potem w paryskiej "Kulturze" nie mógł takim do końca być. Miał ogromną funkcję autokreacji, wypowiadania swojego zdania na temat tego, co się dzieje w Polsce, na temat ówczesnej literatury i kultury, bo tylko tą drogą Gombrowicz miał jakikolwiek głos, o którym wiedział, że na pewno dotrze do kraju. A zatem z założenia był kolejną formą wypowiedzi literackiej w pozornej okładce osobistego notatnika, kolejnym pstryczkiem w nos kolegom literatom tworzącym w kraju, kolejną ucieczką od upupenia, a jednocześnie poszukiwaniem w tym upupeniu kryjówki. Jak również był Dziennik głośną i publiczną próbą znalezienia formy dla samego siebie. Znajdują się tu, oprócz wyżej wspomnianego potępienia polskiej literatury, i notatek osobistych, również wrażenia z lektur bądź ich krytyka (m. in. książki Camus czy Simone Weil), próby zapisu snów, czegoś co miałoby szansę być rozwinięte w opowiadanie, choć w tych latach ciągle tętniące głosem Ferdydurke, jej oddające niejako honor, do niej nawołujące i nawiązujące. Zresztą, do tej powieści Gombrowicz często powraca, raz martwiąc się jej recepcją, za chwilę zupełnie ignorując jej brak, raz angażując się w tłumaczenie Ferdydurke na hiszpański, za chwilę zupełnie odwracając się od samego siebie z okresu Ferdydurke, by po chwili stwierdzić, że nadal jest dokładnie tak samo niedojrzały, jak podczas jej pisania. Myślę, że o lekturze kolejnych tomów Dzienników mogę zakładać podobnie, jak Gombrowicz napisał o lekturze Procesu Kafki..

  (..) zabrałem się ponownie do przeglądania Procesu porównując go ze sceniczną wersją Gide'a. Ale i tym razem nie udało mi się przeczytać uczciwie tej  książki - olśniewa mnie słońce genialnej metafory, przebijające się przez chmury Talmudu, ale czytać stronę za stroną, nie, to nad siły.*****

Witold Gombrowicz, źródło zdjęcia


Dziennik 1953 - 1956, Witold Gombrowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004
* str. 26
** str. 339 (dodatek Przeciw poetom)
*** str. 61
**** str. 119-120
***** str. 153
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.