niedziela, 3 listopada 2013

"W mrocznym, mrocznym domu" w Teatrze Narodowym

Gdy wczoraj nawigacja (niestety, mocno nieaktualna,a  ja z tych nieprowadzących auta, co to nie mają pojęcia, którym zjazdem gdzie zjechać i gdzie jest zakaz skrętu w lewo) poprowadziła moją siostrę, a zatem i mnie, w jakieś dziwne rejony i w zasadzie było więcej niż pewne, że do teatru nie zdążymy na czas, poczułam straszny żal. Nawet nie o te wydane już na bilety pieniądze, ale o stracony spektakl. Nałóg teatralny nabrał monstrualnych rozmiarów jak widać. Nie szkoda mi, że wydałam jakąś kwotę i ta kwota może przepaść - szkoda mi straconej okazji, by znowu być w teatrze! Ostatecznie jednak, w stresie już maksymalnym, dotarłyśmy na Wierzbową i wpadłyśmy zziajane na ostatnie pięć minut do teatru. Emocje tak ogromne, że późniejsza, kolejna dawka emocji podczas spektaklu doprowadziła nas dwie do stanu permanentnego milczenia. Wyobraźcie sobie jaki to przeciwstawny stan do wcześniejszych 48 godzin, gdy nam się usta nie zamykały.


Na scenie ściana z bluszczu i żwir. W zasadzie poza paroma rekwizytami nic więcej się tu nie pojawi przez cały spektakl. Bez wstępów dziwny dialog pomiędzy dwiema męskimi postaciami. Bracia. Jeden przebywa na przymusowym leczeniu psychiatrycznym w szpitalu, drugi został wezwany na spotkanie z jego terapeutami, bowiem podczas procesu terapeutycznego pojawiły się nowe, ważne wydarzenia z dzieciństwa obydwu, które tylko brat może potwierdzić. Od początku rozmowa ma dziwny przebieg. Czuć niechęć tego z braci, który przyjechał, czuć dziwną grę tego, którego leczą. Obaj widać, mają spore problemy, obaj, to widać, nie pałają silnymi braterskimi uczuciami, co potwierdza częstotliwość spotkań, która wychodzi na jaw już podczas wymiany pierwszych zdań. Drew, były adwokat, który dorobił się dzięki oszukaniu swojego klienta, podczas jazdy po pijanemu doprowadził do wypadku. Smaczku całej sytuacji dodała obecność narkotyków w jego aucie. Podczas gdy Drew próbuje się jakoś wybronić z sytuacji Terry próbuje żyć swoim dziwnym życiem, w którym nie ma miejsca ani na rodziców, ani na brata. Drew wpada na pewien pomysł i stąd obecność Terry'ego w szpitalu. Terry'ego, którym rodzina nie interesowała się od wielu, wielu lat..

Drew (Marcin Przybylski) i Terry (Grzegorz Małecki), fot. Andrzej Wencel, źródło
Rozmowa początkowo niejasna zmierza do tego, co Drew zaplanował - pomocy Terry'go w jego sprawie. Wyjaśnienia, jakie złoży Terry mogą bowiem potwierdzić to, co Drew właśnie wyznał terapeutom - że w dzieciństwie był wykorzystywany seksualnie przez dawnego znajomego, dorosłego wówczas człowieka, człowieka, który z kolei był bliskim przyjacielem Terry'ego. Terry zgadza się potwierdzić wspomnienia brata, dzięki czemu Drew wkrótce wychodzi na wolność.

Wspomnienie jednak dawnego przyjaciela, Todda, pokieruje dalszymi krokami Terry'ego, który nie potrafi spokojnie przejść wobec wspomnień brata i postanawia odszukać Todda. Zamiast niego spotyka jego córkę, szesnastoletnią, słodką i naiwną Jennifer, dzięki której dowie się kilku istotnych szczegółów o znajomym z przeszłości.

Jennifer (Milena Suszyńska) i Terry (Grzegorz Małecki), fot. Agata Grzybowska, źródło
Im głębiej w tę przeszłość, w to dzieciństwo braci, tym więcej mrocznych sekretów wychodzi na jaw. Wraz z nimi ściana z bluszczu powoli odsuwa się od widowni, jakby mimochodem miała odsłonić jeszcze więcej, choć nadal odsłania jedynie przestrzeń pełną żwiru. Na której, przy trzeciej i najważniejszej scenie spektaklu dochodzi do pełnego obnażenia przeszłości Terry'ego, oraz ukazania prawdziwego oblicza Drew.

W mrocznym, mrocznym domu tytułem ma nawiązywać do wyliczanki, jaką anglosaskie dzieci skandują w Halloween. "W mrocznym, mrocznym lesie stoi mroczny, mroczny dom, a w mrocznym, mrocznym domu, jest mroczny, mroczny pokój".. Brzmi znajomo? Znałam tę wyliczankę w trochę innej wersji, którą przypomniała nie tak dawno znowuż, Joanna Bator w swojej powieści Ciemno, prawie noc. Zamiast słowa mroczny był wskazany kolor czarny. Słowo dark, oznaczające ciemność, mrok, może wszak być zastąpione synonimicznie słowem "czerń". A zatem w tym czarnym, czarnym domu, w tym mrocznym, mrocznym pokoju stał stół, na którym było pudełko - to w wersji angielskiej.  W wersji polskiej pamiętam, była trumna. Nadal jednak coś przerażającego, co może zawierać w sobie okrutną niespodziankę. Co znajduje się w pudełku jakie zaserwował widzom LeBute? Im bardziej scenariusz obnaża naszych bohaterów z ich przeszłości, tym głębiej sięga w mrok, jakiego nawet psychoanaliza nie odważyłaby się tknąć i przepracowywać. Zresztą, psychoterapię jako taką, niezależnie od szkoły, LeBute ładnie wyśmiewa, pokazując, jak niewiele trzeba by każdy mógł mieć trudną przeszłość, którą można się zasłonić w razie przekroczenia pewnych granic. Karta przetargowa, jaką jest seksualne wykorzystywanie w dzieciństwie jest tą najsilniejszą, bo trudną do obalenia, nawet gdy dowodów na takie zdarzenie jest w zasadzie niewiele.

Wieloznaczność. Słów i zachowań. Brak oczywistego zakończenia i głowa pełna domysłów. Widz może sobie dopowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło, choć może to prowadzić na różnorodne manowce interpretacyjne. Nie da się ukryć, że LeBute doświadczył swojego bohatera okrutnie, że przypisał mu przeszłość fatalną i ciężkie przeżycia. I że mrok gęstnieje wraz z kolejnymi scenami. Grzegorz Małecki podbił nasze serca swoją rolą. Gdy już odzyskałyśmy obie głos to właśnie o jego postaci, o Terrym, było najgłośniej w samochodzie. Moc ekspresji, głos, emocje. Żwir trzeszczał, trącał nas odpryskami, chwilami brakowało tchu. Wymieniałyśmy spojrzenia na sekundy, bo trudno było oderwać wzrok od aktorów. I choć w pewnym momencie już się domyślamy, już wiemy tak naprawdę, to nadal, gdy Terry posyła w pustkę to ostatnie spojrzenie, przyznaję bez bicia, że mieszam postać z aktorem i czuję ogromną litość do tej rozpaczliwie miotającej się, biednej postaci.

W mrocznym, mrocznym domu, Teatr Narodowy, Neil LaBute, reżyseria: Grażyna Kania, scenografia: Stephan Testi, muzyka: Dominik Strycharski, reżyseria światła: Mirosław Poznański

Obsada      
Terry: Grzegorz Małecki
Drew: Marcin Przybylski
Jennifer: Milena Suszyńska

Czytaj więcej

środa, 30 października 2013

Radosne słowotwórstwo. O "Cyberiadzie" Stanisława Lema.

  Trudno jest przejść bez przeszkód przez lekturę Cyberiady, bez połamania sobie języka mentalnego, bez karkołomnej logopedii, jakby człowiek na nowo musiał się uczyć wymowy. Ćwiczenia z czytania ze zrozumieniem, z powtarzania akapitów, z wyciągania wniosków. A potem, jak już czytelnik się przyzwyczai do tej dziwnej, karkołomnej nomenklatury, przekroczy granice lemowskiej ontologii, to już tylko ćwiczenia z cierpliwości. Bo trzeba naprawdę się nabiedzić, żeby znaleźć się z Lemem sam na sam, bez żadnych przeszkód, bez mówiących głośno ludzi, bez ludzi dookoła w ogólności, a przecież tego tylko właśnie się pragnie! Uciec przed dystraktorami i zagłębić się w głębię, próżnię kosmosu, w radosne słowotwórstwo, w filozofię najlepszego ze znanych mi (czytelniczo) ludzi pióra.

  Cyberiada to w zasadzie zbiór opowiadań, bajek, historyjek, dykteryjek, na poły poważnych, na poły komicznych, wszelako za każdym razem refleksyjnych, które łączy dwóch głównych bohaterów, dwóch wielkich konstruktorów, przyjaciół i wrogów zarazem: Trurla i Klapaucjusza. I tak oto w baśniowej nieco atmosferze, w wielkim Kosmosie..

  Kiedy Kosmos nie był jeszcze tak rozregulowany jak dziś, a wszystkie gwiazdy stały porządnie poustawiane, tak że łatwo dało się je policzyć od lewej ku prawej albo z góry na dół, przy czym osobno grupowały się większe i bardziej niebieskie, a mniejsze i żółknące jako ciała drugiej kategorii poupychane były po katach, gdy w czasoprzestrzeni ani śladu nikt nie znalazł wszelakiego kurzu, pyłu i śmiecia mgławicowego, w owych dobrych, dawnych czasach panował zwyczaj, że konstruktorzy posiadający Dyplom Omnipotencji Perpetualnej z wyróżnieniem wyprawiali się kiedy niekiedy w podróże, aby dalekim ludziom nieść dobrą radę i pomoc.*


  Zatem Trurl i Klapaucjusz podróżują i w miarę swoich możliwości starają się pomagać potrzebujących ich pomocy królestwom. Nie zawsze podróżują razem, czasami osobno, czasami zgodnie sobie pomagają, czasami kłócą się na całego (albo sprawiają sobie Wielkie lanie). Na prośby królów stwarzają wszelkiego typu machiny, kreują światy i całe społeczeństwa, wydawałoby się posiadają ogromną moc oraz wiedzę, by każdorazowo spełniać dziwactwa kolejnych władców, łącznie z tworzeniem maszyn, które opowiadają bajki, czy udają smoki (których jak powszechnie wiadomo nie ma, ale nie chodzi o to, co istnieje, bo to już wszak zbadane), czy wreszcie mają być dowodem naturalnie odczuwanej szczęśliwości, co oczywiście w praktyce jest absolutne niemożliwe. Tematyka opowiadań jednak na ogół oscyluje wokół konstrukcji świata jako takiego, która  jest ułomna i na próbach skonstruowania świata dużo lepszego, wokół stylów rządów, jakie prezentują poszczególne królestwa, które nierzadko celują w dyktaturę, oraz wokół głupoty, którą Lem z lubością obnaża ukazując jej chciwość, błędy i upartość (cztery, a cztery jest siedem!). Bo w sumie głupota nie dotyczy li i jedynie inteligencji, a jest pewną sumą woli, która w swoim stanie zapartym będzie przeczyła wszelkiej logice. Bywa.

  Baśniowość historyjek Lema podkreśla zarówno język, jak i formuła stwarzanych historii - rzecz się dzieje gdzieś w niezmierzonej przestrzeni kosmicznej, zawsze ma związek z problemem jakiegoś królestwa, które nierzadko potrzebuje wsparcia niezwykłych konstruktorów, a oni dwaj, choć pełni wzajemnej rywalizacji zawodowej i złośliwości, starają się jednak zawsze działać w zgodzie z najważniejszymi, można by rzec, moralnymi zasadami, choć oczywiście do rycerskich bohaterów jest im daleko. Niemniej jednak warto pamiętać, że wszyscy bohaterowie Cyberiady to roboty, antynomie białkowców, choć prawdopodobnie w swoim mniemaniu dużo lepsi od ludzi, są istotami zatem na wyższym poziomie rozwoju, z genialnymi pomysłami i ich realizacją, a ponadto ich maszyny zawsze cechuje "podskórna" lojalność wobec konstruktora, nawet gdy oficjalnie lojalność winna jest tylko królowi danego królestwa. Ostatecznie zatem, gdy król po wykorzystaniu konstruktora chce się go pozbyć, może się to skończyć tylko na obiciu i porzuceniu gdzieś w kosmosie, ale jednak ujściu cało z każdej historii. A cóż, władcy na ogół bywają mocno dwulicowi.

Język Cyberiady to osobny temat, godzien przynajmniej osobnego artykułu, analiz, z cytowaniem całej masy fragmentów, bo co drugi to lepszy, to zgrabniejszy, to trudniejszy... Przeplatając język naukowy z potocznym, staropolskie sformułowania z baśniową konwencją, masę neologizmów z archaizmami, stworzył Lem dzieło niezwykłe, jedyne w swoim rodzaju, niesamowicie oryginalne i niezaprzeczalnie niepowtarzalne! Ale przecież..

- To wszystko sofizmata! - wykrzyknął Trurl, tym bardziej gwałtownie, że słowami przyjaciela poruszony. - Elektrony skaczą nie tylko wewnątrz głów naszych, ale i wewnątrz płyt gramofonowych i z tej powszechności nic takiego nie wynika, co by uprawniało do analogii tak hipostatycznych! **

Możecie to sami sprawdzić. Do czego gorąco namawiam.


Cyberiada, Stanisław Lem, Agora SA, Warszawa 2009
* str. 33
** str. 155
Czytaj więcej

niedziela, 27 października 2013

"Omega" Marcin Szczygielski

Choć - myśli Omega i jest to jedna z najbardziej dorosłych myśli w jej dotychczasowym życiu - czy jakakolwiek śmierć ma sens, jeśli człowiek nie ma zapasowego życia, w którym dzięki otrzymanej nauczce nie popełni już drugi raz tej samej pomyłki?*

Omegę, a właściwie Joasię, poznajmy o poranku w dniu jej dwunastych urodzin. Jest to o tyle nietypowy poranek, oprócz tego, że urodzinowy, że Omega budzi się dużo wcześniej niż jej mama. Co samo w sobie jest bardzo niezwykłe. I dodaje temu dniu jeszcze większej nadzwyczajności. Jak na dwunastolatkę Omega jest zdecydowanie trochę dziwna. Choć nie znam zbyt wielu dwunastolatek, niemniej kojarzą mi się one z dziewczynkami chodzącymi stadnie, szczebioczącymi, wesołymi, raczej towarzyskimi istotami. Omega preferuje towarzystwo komputera, z którym znajomość zawarła naprawdę bliską. Lubi wszelkiego rodzaju gry komputerowe, a na różnych forach, na których bywa i gdzie jest znana i lubiana, dzieli się wszystkimi odkryciami jakich dokonuje podczas pokonywania kolejnych poziomów. Innymi słowy Omega to istota, która lubi życie wirtualne i ten właśnie styl bycia przedkłada nad znajomości z rówieśnikami i relacje z mamą. Które już i tak są utrudnione odkąd tata postanowił założyć nową rodzinę. Cóż, bywa i tak.


Niezwykłość dnia urodzinowego podkreśli pewna niespodzianka - zagadkowy, bo jakby znikąd, e-mail wraz z linkiem do prezentu: do nowej gry. Omega długo się nie zastanawia, klika na link i dwukrotnie potwierdza, że tak, jest pewna, że chce zacząć grę. I odtąd cały świat Omegi zmieni się w scenę gry, każda jej znajoma postać będzie musiała się podporządkować regułom tej gry, a dziwne, bo mówiące niemowlę znalezione na progu mieszkania będzie jedynym przewodnikiem po tej zwariowanej sytuacji. Przewodnikiem o tyle nietypowym, że nie do końca pewnym, czy można zaufać Dziecku, czy też nie. Omega do samego końca nie będzie tego pewna.

Kolejne poziomy gry przynoszą ze sobą następne zagadki i metody przejścia danego poziomu. Sceną każdego poziomu są miejsca Omedze dobrze znane, jak jej szkoła, ulice miasta, czy stadion, na którym będzie zmuszona wziąć udział w Olimpiadzie Zmysłów. Omega będzie musiała pokonać bandę dziwnych klaunów, którzy kradną ludziom radość, przeciwstawić się własnej samolubności i chęci rozstawiania ludzi po kątach, gdy na jednym z poziomów będzie musiała pracować jako Funkcjonariusz Kodeksu, wziąć udział w wyścigu strusi, a także przeżyć kilkakrotnie swoją śmierć. Szczygielski wymyśla dla swojej bohaterki coraz to nowsze i bardziej skomplikowane historie z którymi musi się ona zmierzyć. Omega poznaje przeszłość swojej babci, z której zombie zresztą będzie wędrować przez większość poziomów, będzie uciekać przed wilkołakami i ratować dzieci przed zupełnym pozbawieniem ich własnej tożsamości w pewnej okropnej klinice pseudo - psychiatrycznej. W tym zalewie dziwności i fantazyjności przewija się jednak sporo prawd o współczesnym świecie, wiele ciekawych wskazówek i rozwiązań dla samej Omegi, która pokonując kolejne poziomy gry pokonuje też własne wady i słabości. Ostatecznie, w tej dziwnej grze o powrót do własnego życia, Omega ma szansę trochę dorosnąć, troszkę dojrzeć, przyjrzeć się własnym przywarom i lepiej zrozumieć zachowanie swojej mamy, która jest samotna i zrozpaczona i która też może potrzebować, by się nią ktoś zaopiekował.

Omega to dość długa powieść, jak na powieść skierowaną do młodzieży, ale przyznaję uczciwie, że wcale nie czułam jej długości, bo jest naprawdę fajnie skomponowana i ciekawie napisana. Wygląda na to, że mogę kupować powieści Szczygielskiego już w ciemno, choć Omegę mogłabym przegapić, gdyby nie nieoceniony kolega, mianujący siebie Zacofanym w lekturze, u którego odkryłam ten tytuł, gdy pisał o nim tutaj.


Omega, Marcin Szczygielski, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2009
* str. 271

Czytaj więcej

sobota, 26 października 2013

O słabościach, czyli dlaczego lubię Jonathana Carrolla

Ostatecznie wszyscy mamy do opowiedzenia tylko jedną historię. A chociaż ją przeżyliśmy, zazwyczaj opuszcza nas odwaga i nie mamy pojęcia, jak ją opowiedzieć. *

Na głównej stronie Jonathana Carrolla możemy przeczytać (link tutaj), że cieszy go zakończenie najnowszej powieści "Kąpiąc lwa" i zdumiewające daty publikacji - w Polsce w październiku 2013, zaś w Stanach na lato 2014. Dla mnie to coś niezwykłego, choć można by w tym doszukiwać się drugiego dna, jednak ja po prostu cieszę się, że jego najnowsza powieść miała premierę właśnie u nas.

Rebis zresztą właśnie wypuścił na rynek tę powieść. Jest dopieszczona jeśli chodzi o okładkę (twarda oprawa, przyjemna w dotyku, dłoń na zdjęciu robi wrażenie), choć już trochę mniej jeśli chodzi o redakcję (ale dostałam egzemplarz recenzyjny, więc może to dlatego), i prezentuje typową dla Carrolla historię z pogranicza jawy i snu, przenikania się dwóch światów i nieoczywistego rozwiązania fabularnego. Recenzję pisałam na potrzeby portalu Wiadomości 24 i tutaj jej nie zamieszczam, bo musiałabym napisać ją od nowa (do czego być może dojrzeję). Tutaj staram się pisać od siebie, bardziej osobiście, gdy piszę dla W24 wpadam w typową dla tego portalu sztuczną i nieco oficjalną tonację. Nie lubię tego. W każdym razie, w miarę możliwości, nie chciałabym tak pisać tutaj na blogu. Nie jest to do końca blog osobisty, ale rysy prywatności posiada - podpisuję się własnym nazwiskiem, wrzucam trochę historii rodzinnych, a zatem ma dla mnie też i osobisty wymiar. I stąd jest dla mnie ważnym miejscem. Nawet gdy nie mam czasu na pisanie, nie mam ochoty wrzucać tu tak zwanych "zapchajdziur" tylko po to, by coś się pojawiło na blogu. To tak przy okazji tytułem wyjaśnienia, czemu znowu dłużej trwała tu cisza..

Po lekturze Kąpiąc lwa zatęskniłam za tym Carrollem, który kiedyś mnie zaczarował swoimi ciekawymi stwierdzeniami, nietypowymi zdaniami przeplatanymi z truizmami i tą stałą mantrą wynikającą z fabuły jego powieści - absolutnie nic nie jest oczywiste, nic nie jest przewidywalne, a zwykłe szare życie może mieć nutę magii, o ile człowiek się choć trochę wysili, by w ogóle ją dostrzec. Oczywiście, kolejny truizm, ale Carroll ubiera swoje truizmy w ciekawe postaci i intrygujące wątki fabularne. Mogę zgodzić się co do wielu głosów krytycznych, ale jednego Carrollowi zarzucić się nie da - jego powieści nie są przewidywalne. Jednakże to co lubię najbardziej u Carrolla to jego niezwykły zmysł wczuwania się w narrację kobiecą. Głos kobietom oddał w kilku swoich powieściach, do których należą dwie moje ulubione: Kości księżyca i Zaślubiny patyków. Szczerze mówiąc, po ich lekturze poważnie się zastanawiałam, czy Carroll to na pewno mężczyzna (czytałam je dobre 10-15 lat temu, nie posiadałam ani komputera, ani nie wiedziałam jeszcze za bardzo o istnieniu internetu, więc wtedy nie bardzo mogłam sobie "wyguglać" jego zdjęcia czy informacji o nim i się upewnić). Czasami wrażenie to się potęgowało, gdy czytałam literaturę stricte kobiecą i zastanawiałam się o jakich kobietach ta kobieta pisze, bo nie tylko nie znam tego typu zachowań, ale ich kompletnie nie rozumiem. Carroll zdawał się wczuwać w kobiety o niebo lepiej.

Zaślubiny patyków to powieść, po którą sięgnęłam odruchowo, przerywając inne czynności (oprócz biegania, bo tego się nie da przerwać, nawet jak człowiekowi słabo i nic się nie chce..) i inne lektury (Lema! porzuciłam Lema o zgrozo! ale już, już wracam), by na chwilę cofnąć się w czasie. O Zaślubinach patyków pisałyśmy do siebie pełne emfazy i zachwytów listy z moją licealną przyjaciółką. Listy te przeplatały się z ulubionymi cytatami, choć obie najbardziej lubiłyśmy te najmniej oczywiste. Wcale nie ten wyłuszczony przez Rebis na tylnej okładce, o paleniu patyków wspomnień, a te nieco bardziej przyziemne, jak ten o jedzeniu dla starszych ludzi, które jest dla nich niczym seks. Główną bohaterkę Mirandę czasami rozumiałyśmy, czasami miałyśmy ochotę stłuc na kwaśne jabłko. Temat jednak był nieporównywalnie lepszy od wszystkich innych, typowych dla młodych dziewczyn tematów. Szczególnie, że w tej powieści Carroll podjął się ciekawego wątku- wykorzystywania innych ludzi w drodze do własnego szczęścia. I niekoniecznie takiego oczywistego wykorzystywania. Budowania swojego ego dzięki czyjejś miłości, oddaniu, byciu. I to nie tylko w tym życiu - w każdym jego wcieleniu. Nawet teraz po przeczytaniu tej powieści ponownie odczuwam tamten klimat zachwytów i chęć powrotu do innych powieści autora. Które grzecznie stoją na półkach, bo przecież od lat zbierałam jego książki, kupując przy okazji jakichś wyprzedaży, znajdując je na stosach tanich książek, czy podczas wymian.

Jonathan Carroll, źródło
To co najmilsze z tych kilku ostatnich dni to właśnie ten czas oddany dawnej lekturze, która nie straciła na uroku, a przywróciła wiele ciekawych momentów z mojego życia. Znalazłam parę cennych skarbów z tamtego okresu, gdy Carroll był moim ukochanym pisarzem i cieszę się, że nie zawsze jest tak, że powrót do dawnej lektury musi okazać się rozczarowaniem. Czego oczywiście nie wolno uznać za regułę, bo już z doświadczenia wiem, że nie każdy taki powrót ma równie optymistyczny wydźwięk.

Próbując zachęcić do lektury Zaślubin patyków chciałabym móc oddać nieco klimat tej niezwykłej powieści, ale cóż, talentu pisarskiego nie posiadam. Niemniej jednak... Czytając tę powieść poznajemy historię pisaną z perspektywy starej kobiety, która relacjonuje swoje ciekawe życie. Choć początkowo wcale na takie znowuż ciekawe się nie zapowiadało. Młoda kobieta, prowadząca nietypowy antykwariat pełen białych kruków, samotna, której związki z mężczyznami nie przechodzą próby czasu i która w końcu zawiązuje romans z żonatym ojcem dwójki dzieci, może raczej wywołać antypatię i krytykę. I tu można przywołać masę głosów mówiących o tym, jak to Miranda zasłużyła na wszystko to, co przyjdzie jej później przeżyć. Bo choć Hugh odchodzi od żony i wszystko zapowiada szczęśliwe, wspólne życie, nie od dziś wiadomo, że nie można budować szczęścia na cudzym nieszczęściu. A przynajmniej, może się to okazać bardzo utrudnione. Zatem szczęścia nie będzie, bo wkrótce po odejściu od żony Hugh umiera. Miranda zostaje sama tuż po tym, gdy zorientowała się, że jest w ciąży. Po takiej dawce dramatu życiowego można się załamać. Zamiast tego do Mirandy przychodzi duch jej zmarłego chłopaka licealnego i prowadzi ją przez parę istotnych wspomnień z jej życia. Dzięki którym Miranda podejmie pierwszą niesamolubną decyzję. I rozpali ogień.

Bywa dramatycznie, bywa zabawnie w tej powieści. Pojawiają się tu takie małe śmieszności typowe dla Carrolla, jak zachwyty nad małą torebką Mirandy, coś tak nietypowego dla kobiety, czy o klaunach przyrody, jakimi ochrzcił Carroll dynie i słoneczniki. Pojawiają się zdania refleksyjne i te tchnące rozpaczą. Jednak wyjątkowo jak na Carrolla zakończenie, choć pełne domysłów, prowadzi te domysły na nieco optymistyczniejszą ścieżkę. Najprzyjemniejsze jednak jest to, jak Carroll kieruje  czytelnika swoją narracją. Pozornie gładko i przyjemnie, by po chwili wytrącić z równowagi, zaskoczyć, odurzyć. Jego styl pisania nazwałam kiedyś swoistą grą fabularną z czytelnikiem i mogę tylko podtrzymać tę opinię. Nie da się go czytać i przeniknąć do końca jego zamysły. I właśnie chyba dlatego tak go lubię.


Zaślubiny patyków, Jonathan Carroll, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2002
* str. 7
Czytaj więcej
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Autorzy

A.S.Byatt Adam Bahdaj Adriana Szymańska Agata Tuszyńska Agatha Christie Agnieszka Jucewicz Agnieszka Topornicka Agnieszka Wolny-Hamkało Alan Bradley Albert Camus Aldona Bognar Alice Hoffman Alice Munro Alice Walker Alona Kimchi Andrew Mayne; tajemnica Andrzej Dybczak Andrzej Markowski Andrzej Stasiuk Ann Patchett Anna Fryczkowska Anna Janko Anna Kamińska Anna Klejznerowicz Anne Applebaum Anne B. Ragde Anton Czechow Antoni Libera Asa Larsson Augusten Burroughs Ayad Akhtar Barbara Kosmowska Bob Woodward Boel Westin Borys Pasternak Bruno Schulz Carl Bernstein Carol Rifka Brunt Carolyn Jess- Cooke Charlotte Rogan Christopher Wilson Colette Dariusz Kortko David Nicholls Diane Chamberlain Dmitrij Bogosławski Dorota Masłowska Edgar Laurence Doctorow Eduardo Mendoza Egon Erwin Kisch Eleanor Catton Elif Shafak Elżbieta Cherezińska Emma Larkin Eshkol Nevo Ewa Formella Ewa Lach Francis Scott Fitzgerald Frank Herbert Franz Kafka Gabriel Garcia Marquez Gaja Grzegorzewska Greg Marinovich Grzegorz Sroczyński Guillaume Musso Gunnar Brandell Haruki Murakami Henry James Hermann Hesse Hiromi Kawakami Honore de Balzac Ignacy Karpowicz Igor Ostachowicz Ilona Maria Hilliges Ireneusz Iredyński Iris Murdoch Irvin Yalom Isaac Bashevis Singer Ivy Compton - Burnett Jacek Dehnel Jakub Ćwiek Jan Balabán Jan Miodek Jan Parandowski Jerome K. Jerome Jerzy Bralczyk Jerzy Krzysztoń Jerzy Pilch Jerzy Sosnowski Jerzy Stypułkowski Jerzy Szczygieł Joanna Bator Joanna Fabicka Joanna Jagiełło Joanna Marat Joanna Olczak - Ronikier Joanna Olech Joanna Sałyga Joanna Siedlecka Joanna Łańcucka Joanne K. Rowling Joao Silva Jodi Picoult John Flanagan John Green John Irving John R.R. Tolkien Jonathan Carroll Jonathan Safran Foer Joseph Conrad Joyce Carol Oates Judyta Watoła Juliusz Słowacki Jun'ichirō Tanizaki Karl Ove Knausgård Katarzyna Boni Katarzyna Grochola Katarzyna Michalak Katarzyna Pisarzewska Kawabata Yasunari Kazuo Ishiguro Kelle Hampton Ken Kesey Kornel Makuszyński Krystian Głuszko Kurt Vonnnegut Larry McMurtry Lars Saabye Christensen Lauren DeStefano Lauren Oliver Lew Tołstoj Lisa See Liza Klaussmann Maciej Wasielewski Maciej Wojtyszko Magda Szabo Magdalena Tulli Maggie O'Farrel Majgull Axelsson Marcin Michalski Marcin Szczygielski Marcin Wroński Marek Harny Marek Hłasko Maria Ulatowska Marika Cobbold Mariusz Szczygieł Mariusz Ziomecki Mark Haddon Marta Kisiel Mathias Malzieu Mats Strandberg Matthew Quick Małgorzata Gutowska - Adamczyk Małgorzata Musierowicz Małgorzata Niemczyńska Małgorzata Warda Melchior Wańkowicz Michaił Bułhakow Milan Kundera Mira Michałowska (Maria Zientarowa) Natalia Rolleczek Nicholas Evans Olga Tokarczuk Olgierd Świerzewski Oriana Fallaci Patti Smith Paulina Wilk Paullina Simons Pavol Rankov Pierre Lemaitre Piotr Adamczyk Rafał Kosik Richard Lourie Rosamund Lupton Roy Jacobsen Ryszard Kapuściński Sabina Czupryńska Sara Bergmark Elfgren Sarah Lotz Serhij Żadan Siergiej Łukjanienko Stanisław Dygat Stanisław Ignacy Witkiewicz Stanisław Lem Sue Monk Kidd Suzanne Collins Sylvia Plath Szczepan Twardoch Sławomir Mrożek Tadeusz Konwicki Terry Pratchett Tomasz Lem Tore Renberg Tove Jansson Trygve Gulbranssen Umberto Eco Vanessa Diffenbaugh Virginia C. Andrews Vladimir Nabokov Wiech William Shakespeare William Styron Wioletta Grzegorzewska Wit Szostak Witold Gombrowicz Wladimir Sorokin Wojciech Tochman Zofia Chądzyńska Zofia Lorentz Zofia Posmysz

Popularne posty

O mnie

Moje zdjęcie
Nie lubię kawy na wynos: zawsze się oparzę i obleję. Maniakalnie oglądam "Ranczo" i jeszcze "Brzydulę".Uwielbiam zimę. I wiosnę. I jesień. I deszcz. Lubię ludzi. Kocham zwierzęta. Czytam, więc wmawiam sobie, że myślę.